Wyczulony na zapachy nos marszczy się, gdy przez nozdrza przelewa się fala smutku i rozpaczy.
Wyostrzone na dźwięki uszy drgają, gdy w bębenkach dudnią odgłosy krzyku i płaczu.
Zrywam się z legowiska i machinalnie rozdziawiam pysk, wysuwając na wierzch długi jęzor. Otrzepuję z sierści resztki niespokojnego snu, lustrując otoczenie. Jest obce, nieznane, niepokojące. Przesiąknięte na wskroś tęsknotą i bólem. Tak, właśnie tak pachną tęsknota i ból. Tylko skąd o tym wiem?
Zaglądam po cichu do innego pomieszczenia, z którego dobiega hałas. Widzę roztrzaskaną na podłodze szklankę i kobietę z mokrą od łez twarzą. Drżącymi dłońmi usiłuje zgarnąć szklane odłamki na szufelkę. Obok chodzi mężczyzna. Tam i z powrotem, jakby nie był pewien, w którą stronę się udać.
– Nie zniosę tego dłużej, Klaudio. Nie dam rady – mówi, wciąż bezsensownie łażąc.
– To twoja wina… – szepcze kobieta, jakby do siebie. On nic nie słyszy, ale ja doskonale. – Miałeś ją wtedy zawieźć, obiecałeś jej to. Ale praca jak zawsze była ważniejsza. To twoja wina…
W końcu przystaje i, nerwowo wymachując rękoma, zaczyna mówić zdecydowanie za głośno.
– Słyszałaś?! Mam dość. Dość obarczania mnie winą za to, co nas spotkało!
– To twoja wina… – powtarza kobieta.
Ostatnie słowo, mimo iż, jak poprzednie, wypowiedziane cicho, niesie się po wszystkich tych obcych i nieznanych kątach. Drapie w ściany, łomocze w podłogę, rozrywa zasłony, dewastuje cały dom. Dom przepełniony dźwiękiem krzyku i płaczu. Dom przepełniony zapachem smutku i rozpaczy.
Wracam do legowiska, jakby to była ostatnia ostoja i schronienie w tym mrocznym miejscu. Zwijam się w kłębek, skomląc. Pragnę uciec, gdziekolwiek, byle dać zmysłom chwilę wytchnienia. Ale nie mogę. Niewidzialny łańcuch trzyma mnie przy niewidzialnej budzie. Trzaskają drzwi. Krzyki cichną, płacz się nasila.
Chowam pysk między łapy z nadzieją, że następnym razem przebudzę się w zupełnie innym miejscu.
*
Przyzwyczaiłem się do mebli, ozdób, wygodnej sofy. Ale nie przyzwyczaiłem się do zapachów i dźwięków, którymi wciąż na wskroś przesiąknięty jest każdy zakątek domu.
Siedząc nad miską wypełnioną karmą, nie czuję suszonej wołowiny. Mięso przegrywa po stokroć z żalem i bezsilnością, które obecnie wypełniają kuchnię. Zjadam wszystko, wylizuję miskę. Bez smaku, bez radości, jedynie z konieczności. Zaglądam do salonu. Klaudia leży na kanapie i patrzy w biały sufit, jakby w tej bieli dostrzegała coś, czego ja nie potrafię dostrzec. Wskakuję na nią i opieram pysk na piersiach. Z jakiegoś powodu wiem, że przynosi jej to choć odrobinę ukojenia. Głaszcze mnie za uchem, nie spuszczając jednak wzroku z tajemniczego punktu. Po godzinie, a może dwóch, w końcu siada, zsuwając mnie delikatnie. Przenosi spojrzenie na zdjęcie stojące na szarej półce. Klaudia bardzo często się w nie wpatruje. Czasami nawet do niego mówi, płacząc przy tym. Mała dziewczynka z dwoma jasnymi warkoczami, otoczona złotą ramką, uśmiecha się do nas. Nie znam jej, nie pamiętam. Ale jak miałbym pamiętać, skoro nie pamiętam nawet czasu, w którym byłem szczeniakiem? A może nigdy nim nie byłem?
– Marysia bardzo cię kochała, Łatku – mówi niespodziewanie Klaudia, obejmując mój pysk w obie dłonie. Przykłada kciuk do czubka łebka, rozgarniając sierść. Wzdrygam się i skomlę. Widząc to, dodaje:
– Nie mam pojęcia, skąd masz tę straszną bliznę. Ale pójdziemy w końcu do weterynarza, bo lepiej to sprawdzić. Obiecuję.
W takich wspólnych chwilach, jak te, zapachy w domu zmieniają się. Smutek i rozpacz uciekają w kąty, aby zrobić miejsce odrobinom spokoju i radości. Jest to jednak niezwykle złudne, kruche. To, czego moje zmysły nie chcą już dłużej znosić, opanowało ten dom do reszty. I nawet jeśli ustąpi na krótko, to zawsze wraca. Nie zamierza odpuścić ani się wyprowadzić. Niczym fundamenty, na których wszystko się opiera.
Wychodzimy na spacer. Nie, tak nie można tego nazwać. Wychodzimy przed dom. Na minutę, może dwie. Zawsze tak wyglądają nasze wyjścia. Robię, co muszę, przy najbliższej tui, i wracamy, bo nie jestem w stanie pójść dalej. Pragnę tego jak niczego innego. Wyrwać się, rzucić pędem na pobliską łąkę i biec przed siebie wśród chmar brzęczących owadów i łaskoczących traw.
Dom jednak mnie wzywa. Zawsze wzywa mnie z powrotem, gdy tylko jedna łapa przekroczy próg. Ciągnie za niewidzialną smycz, prosto w paszczę nieustającej beznadziei. I wówczas ciało mnie nie słucha. Kładę się, drapię pazurami o kostkę brukową, wyję niczym wilk do księżyca. Klaudia tego nie rozumie. Powtarza, że uwielbiałem długie spacery i nie potrafi pojąć, dlaczego tak nagle zacząłem bać się świata poza domem.
Gdyby tylko wiedziała, że jest zupełnie odwrotnie.
Wracamy do środka. Po drobinkach przyjemnych zapachów nie ma już śladu. Klaudia ze spuszczoną głową snuje się po kuchni. W końcu otwiera dużą butelkę z czerwonym płynem i siada przy stole, łkając. Idąc w stronę legowiska, mijam buty należące do mężczyzny, który nie tak dawno jeszcze tutaj mieszkał. Nie widziałem go jednak przez ostatni tydzień albo i dłużej. I przeczucie mówi mi, że już nie wróci.
Rozpościeram łapy na miękkim posłaniu. Płacz dobiegający z kuchni nie jest najlepszą na świecie kołysanką.
Ale lepszej nie ma i nie będzie.
*
Zmienia się.
Od Klaudii z tygodnia na tydzień, a może nawet z dnia na dzień, coraz mocniej wyczuwalne jest coś, czego nie potrafię do końca rozpoznać. Jakby te wszystkie okropne zapachy beznadziei, smutku i tęsknoty nieustannie się kotłowały, przybierając jedną, konkretną formę. Przeistaczając się w coś bardzo złego, coś, od czego jeży się sierść od grzbietu aż po czubek ogona.
Ciało też ma inne.
Rzadko widuję, żeby cokolwiek jadła. Jest mocno wychudzona. Skóra na policzkach zapadła się, sine plamy pod oczami są wyraźniejsze, a czarne włosy zaniedbane, co kiedyś było nie do pomyślenia.
Wlatuję do salonu akurat w momencie, w którym włącza telewizor. Nie robi tego zbyt często. Odkąd krzyki i mężczyzna będący ich głównym źródłem zniknęli, w domu panuje przejmująca cisza. Przez krótką chwilę myślę, że to dobry znak. Może włączy sobie jakiś film i tym samym mikser od wstrętnych zapachów przejdzie w tryb pauzy. Drżącą dłonią wciska przyciski na pilocie, drugą klepie obok siebie, dając znak, abym towarzyszył jej podczas seansu.
– Pewnie źle, że znowu to robię, Łatku. W niczym nie pomaga. Ale widzieć ostatnie sekundy jej życia… to jakby próbować znaleźć się w tym miejscu w tamtym czasie i zmienić przebieg wydarzeń, wiesz?
Wchodzi w bibliotekę zapisanych wideo, wybiera fragment wiadomości sprzed kilku miesięcy. Kółko kręci się i kręci uparcie, jakby coś chciało powstrzymać Klaudię przed obejrzeniem tego nagrania. W końcu jednak załadowuje się i na jednej połowie ekranu pojawia się kobieta z mikrofonem, a po drugiej stronie obraz z miejskiej kamery ukazujący drogę.
Wczorajszego popołudnia na ulicy Dietla w Krakowie miał miejsce tragiczny wypadek. Kierowca, będący pod wpływem alkoholu, zboczył ze swojego pasa, wjeżdżając na chodnik. Potrącił ze skutkiem śmiertelnym ośmioletnią dziewczynkę. Sam również zginął na miejscu. Wstępnie, według ustaleń naszej redakcji, bezpośrednim powodem zgonu okazał się metalowy pręt, który po wjechaniu pojazdu w rusztowanie firmy budowlanej remontującej kamienicę, wbił się w głowę sprawcy wypadku.
Kobieta przestaje mówić, a obraz z kamery rozciąga się na cały monitor. Dziewczynka z dwoma jasnymi warkoczami i żółtym plecakiem na plecach. Jej twarz jest zamazana, ale i tak rozpoznaję dziecko uśmiechające się spomiędzy złotej ramki. Srebrny SUV skręcający w stronę chodnika. Jakby… znajomy.
Blizna zaczyna pulsować, aż szczekam z bólu.
Klaudia nie zwraca na to uwagi. Płacze, zakrywając twarz poduszką. Mikser, zamiast przystopować, wchodzi w jeszcze większe obroty.
*
Zrywam się z legowiska, warcząc.
Coś wybudziło mnie szarpnięciem za ogon. A może to był tylko zły sen? Rozglądam się po ciemnym pokoju, ale nikogo ani niczego nie dostrzegam. Za to wyczuwam… coś nowego. Coś tak okropnego i cuchnącego, że poprzednie zapachy będące stałymi bywalcami w tym domu to przy tym aromat kwiecistej łąki z marzeń. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak sprawdzić źródło tego smrodu.
W pierwszej kolejności zaglądam po cichu do sypialni Klaudii. Kołdra razem z poduszką leżą na ziemi, a łóżko jest puste. Jest środek nocy, dokąd mogła pójść o tej porze? Sprawdzam kuchnię, ale tu też jej nie ma. W końcu zdaję się na węch i podążam za tym nowym zapachem. Doprowadza mnie do… drzwi wyjściowych. Walczę ze sobą i ze złymi demonami, które z jakiegoś powodu trzymają mnie na siłę w domu. Walczę i muszę wygrać. Muszę sprawdzić, co się dzieje. Napieram łapą na klamkę i na szczęście zostawiła otwarte drzwi. Przechodzę przez próg, schodzę kilka stopni, czuję chłodny beton pod opuszkami.
I nic.
Niewidzialny łańcuch nie szarpie, nie próbuje zaciągnąć z powrotem do środka. Idę przez ogród, węsząc. Mijam oczko wodne, porcelanowe pawie, wiatę z miejscem na ognisko. A wszystko to po raz pierwszy. Zatrzymuję się przed małym, drewnianym domkiem. Pewnie składzik na narzędzia lub coś w tym stylu. Wewnątrz świeci się światło, a to znaczy, że dotarłem do celu. Podchodzę spokojnie, bo nie chcę jej wystraszyć…
HUK.
Coś rąbie o podłogę.
Ktoś charczy.
Wbiegam do środka i widzę Klaudię wiszącą nad zwalonym krzesłem, z pętlą na szyi. Szamocze się, krztusi, patrzy na mnie wyłupiastymi oczami. Odruchowo robię głupotę, zaciskając szczękę na jej bucie, ciągnąc za nogę. Szybko jednak zdaję sobie z tego sprawę i w pośpiechu lustruję to małe pomieszczenie. Wskakuję na drewnianą skrzynię, z niej na starą, zagraconą lodówkę, a następnie prosto na linę, która przywiązana jest do belki pod sufitem. Łapię się jej zębiskami, z całych sił. Szarpię, gryzę, targam łbem na prawo i lewo. Trwa to może kilka sekund, choć mam wrażenie, że całą wieczność.
W końcu spadamy.
Klaudia zdejmuje z szyi pętlę, kaszląc i dławiąc się. Oddycha łapczywie. Po chwili, gdy nieco uspokaja roztrzęsione ciało, przenosi na mnie wzrok, uśmiecha się i zaczyna płakać. Jednocześnie. Rzucam się w jej objęcia. I szczekam głośno, choć tak naprawdę chciałbym wypowiedzieć słowa:
– Nigdy więcej tego nie rób. Masz jeszcze mnie. Masz jeszcze mnie…
Witaj. :)
Technikalia (zawsze – tylko do przemyślenia):
A może nigdy nim nie byłem? – czy aliteracja celowa?
Coś tak okropnego i cuchnącego, że poprzednie zapachy (przecinek?) będące stałymi bywalcami w tym domu (i tu?) to przy tym aromat kwiecistej łąki z marzeń. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak sprawdzić źródło tego smrodu. – powtórzenia?
Napieram łapą na klamkę i na szczęście zostawiła otwarte drzwi. – jakoś zgrzyta mi składnia, może zdanie podzielić?
Wolne wersy na końcu można usunąć.
Przyznam, że tak szybkie zakończenie mocno mnie zaskoczyło. W opowiadaniu dajesz pewne wskazówki, pisząc:
Widzę roztrzaskaną na podłodze szklankę i kobietę z mokrą od łez twarzą. Drżącymi dłońmi usiłuje zgarnąć szklane odłamki na szufelkę. Obok chodzi mężczyzna. Tam i z powrotem, jakby nie był pewien, w którą stronę się udać. (…)
Tak, właśnie tak pachną tęsknota i ból. Tylko skąd o tym wiem? (…)
Nie znam jej, nie pamiętam. Ale jak miałbym pamiętać, skoro nie pamiętam nawet czasu, w którym byłem szczeniakiem? A może nigdy nim nie byłem? (…)
– Nie mam pojęcia, skąd masz tę straszną bliznę. Ale pójdziemy w końcu do weterynarza, bo lepiej to sprawdzić. Obiecuję. (…)
Srebrny SUV skręcający w stronę chodnika. Jakby… znajomy.
Blizna zaczyna pulsować, aż szczekam z bólu.(…)
Idę przez ogród, węsząc. Mijam oczko wodne, porcelanowe pawie, wiatę z miejscem na ognisko. A wszystko to po raz pierwszy. Zatrzymuję się przed małym, drewnianym domkiem. Pewnie składzik na narzędzia lub coś w tym stylu. (…)
Te zdania pokazują w moim odczuciu, że pies nie zna początkowo obojga rodziców dziewczynki, nie zna też otoczenia ich domu (a przecież tu mieszka, mieszkał i wychodził na spacery), odczuwa, jak człowiek i dodatkowo ma bliznę oraz pamięta wypadek i samochód. Byłam przekonana, że to dusza kierowcy, zajmująca teraz ciało psa dla odbycia pokuty. A tu nagle – koniec…
Opowiadanie moim zdaniem jakby urwane, niedokończone, pozostawiające Czytelników z wieloma zapytaniami, niewiadomymi. Za to świetnie wpisuje się w tematykę konkursową i klikam za nastrój oraz rewelacyjnie opisane emocje narratora-pieska-Łatka. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Anonim dziękuje za pierwszy komentarz i tylko daje znać, że miałaś bardzo słuszne przekonanie. Tym samym opowiadanie anonim uważa za zamkniętą całość i specjalnie nie wykładał wszystkich kart bezpośrednio na stół, a wskazówki chyba dostatecznie dostarczają informacji, kim w rzeczywistości jest pies i jaki jest cel jego egzystencji. Ale inne interpretacje też dopuszczalne. Dzięki! :)
Za emocje narratora – BRAWA!
To sztuka, aby tak pisać. :)
Pozdrawiam serdecznie. 
Bardzo nastrojowe. Kolejny dowód na to, że pies jest jak ząb-jedynka: niby można żyć, ale się nie uśmiechniesz ;) Pozdrawiam :)
Przybywam!
Wczorajszego popołudnia na ulicy Dietla w Krakowie miał miejsce tragiczny wypadek. Kierowca, będący pod wpływem alkoholu, zboczył ze swojego pasa, wjeżdżając na chodnik. Potrącił ze skutkiem śmiertelnym ośmioletnią dziewczynkę. Sam również zginął na miejscu. Wstępnie, według ustaleń naszej redakcji, bezpośrednim powodem zgonu okazał się metalowy pręt, który po wjechaniu pojazdu w rusztowanie firmy budowlanej remontującej kamienicę, wbił się w głowę sprawcy wypadku.
Wczorajszego popołudnia na ulicy Dietla w Krakowie miał miejsce tragiczny wypadek. Kierowca, będący pod wpływem alkoholu, zboczył ze swojego pasa i wjechał na chodnik. Potrącił ze skutkiem śmiertelnym ośmioletnią dziewczynkę. Sam zginął na miejscu, doznawszy urazu czaszki o element rusztowania.
Po pierwsze, upolowałem kolejny imiesłów w dzisiejszym dniu (czuję się prawie jak Messi na Mundialu, albo Wiedźmin na cmentarzysku zombie, tylko już nie pamiętam, ile ich ubiłem).
Po drugie, wybacz, Anonimie, ale to najgorszy zapis relacji, który tu czytałem (ever). Jak można osadzić takiego potworka w całkiem niezłym tekście? Starałem się przepisać, najgorzej było z elementem twistu fabularnego – w relacji nie może być tak drastycznych opisów jak głowa przebita prętem, ale z drugiej strony jest to potrzebne do rozwiązania zagadki, czyli reinkarnacji kierowcy.
Odruchowo robię głupotę, zaciskając szczękę na jej bucie, ciągnąc za nogę. Szybko jednak zdaję sobie z tego sprawę i w pośpiechu lustruję to małe pomieszczenie.
Drugie upiorne miejsce. Uwierz mi, przy redakcji przydałby się tag “horror”.
Instynktownie zaciskam zęby na bucie i ciągnę za nogę. Szybko zauważam, że tak jej nie uwolnię – Klaudia kaszle jeszcze bardziej. Pośpiesznie rozglądam się po pomieszczeniu.
Gdzieś zauważałem jeszcze jakieś “spowalniacze”, ale nie mogę wyręczać innych tropicieli słówek, bo się rozleniwią 
Podobała mi się historia opowiadana przez psa. Może dlatego, że jeśli przechodzę przez wieś, zwykle przychodzą do mnie wszystkie psy i merdają ogonkami, a jeśli w okolicy zgubi się pies, jest spora szansa, że znajdzie się właśnie u mnie. Nie muszę zatem mieć swojego psa, ale trzymam torbę z karmą na wszelki wypadek :)
Podobało mi się również to, że uwzględniłeś hierarchię zmysłów pieska – wzrok nie jest na pierwszym miejscu.
I podobało mi się to, że nie przeczytałem komentarza Bruce przed czytaniem, bo nie miałbym przyjemności zgadywania.
Anonimie, na koniec sugerowałbym wywalić ten HUK, ponieważ:
a) Reg się załamie,
b) wszyscy będą wiedzieli, kto to napisał XD.