Krótkie opowiadanie o dorastaniu w innym świecie
Krótkie opowiadanie o dorastaniu w innym świecie
Znamy gwiazdy i poezję, nie znamy rodziców. Taki jest nasz świat. Spadamy z Drzewa Życia i wchodzimy w ziemię, szybko, jak najszybciej, bezbronni.
Spadliśmy i kopali ku korzeniom Drzewa, ku jego sokom, ku naszemu życiu. Nie widzieliśmy niczego, nie czuliśmy niczego. Była pustka, czysty instynkt, początek wszystkiego był w nieświadomym My. Piliśmy, choć nie wiedzieliśmy, co to jest, nie wiedzieliśmy dlaczego, ani po co. To działo się poza nami. Nie wiedzieliśmy, że pijąc, rośniemy. Wtedy przyszedł nasz pierwszy ból. Coś pękło – to my pękaliśmy i nie dało się tego zatrzymać. Już nie byliśmy. Każde z nas było sobą. Byłom też ja. Odseparowane od reszty. Bałom się tego, że byłom samo. Już wiedziałom, czym jest ból i poznałom strach. Byłom miękkie, słabe i nadal głodne. Musiałom stwardnieć na nowo. Każdy ruch był bólem. Nie ruszałom się więc, tylko piłom i twardniałom. Nie wiedziałom, czy trwa to godziny, dni czy lata. Nie znałom czasu. W końcu stwardniałom i kopałom dalej, w dół, ku grubszym pędom pełnym życiodajnego płynu. Rosłom i czułom, że nadchodzi ból i zmiana. Nie mogłom tego zatrzymać. Nie chciałom być małe ani samo. Chciałom odpocząć, schować się przed tym, co nieuniknione, odwlec kolejne cierpienie. Tak bardzo pragnęłom zostać przy tym, co znam, co bezpieczne i ciepłe. Nie umiałom zatrzymać czasu, tak samo jak żadna mała istotka taka jak ja, choćby nie wiem jak mocno kopała i jak twardy miała pancerz. Pękłom wzdłuż grzbietu i jeszcze raz bolało. Wiedziałom już, że ja istnieję. Dlaczego i po co – nie.
Byłom większe i znowu miękkie. Już nie byłom. Już poczułom, że to ja byłam. Wiedziałam, że aby to poczuć, trzeba zrzucić pancerz, w bólu, strachu i na nowo stać się miękką. Pierwszy raz czułam takich jak ja. Wszyscy piliśmy, kopaliśmy w dół ku grubszym, większym korzeniom. Wszyscy stawaliśmy się twardsi. Wszyscy rośliśmy. Dostrzegaliśmy, jak wibrują nasze myśli. Pewnego dnia odkryłam inne, podobne do mnie i poczułam pod skorupą radosne mrowienie. Zniknęła ta ciemna, zimna samotność. Jedna z nich miała myśli tak piękne, gładkie i zgrabne. Moje były przy jej powolne, zwyczajne, ociężałe. Ociężałe, tak je nazywała. Wtedy przyszedł nowy ból. Był inny niż ten kopania – przyszedł od tej drugiej, ale palił od środka. Chciała mojej radości i mi ją odebrała. Pragnęłam schować się jeszcze głębiej w swój pancerz. Tam, gdzie nikt nie pozna mych myśli, nie będzie z nich szydzić. Wiedziałam już, że inni mogą być obok i mogą krzywdzić. Nie znałam przyczyny i celu.
Chciałam uciec, ale nie było dokąd, wszędzie tylko kamienie, korzenie, ciemność. Trzeba nadal było kopać, więcej i więcej, aby żyć. Piłam, rosłam, a wraz ze mną rósł mój wstyd. Nie potrafiłam wyrwać się od tych myśli. Byłam w tłumie, ale czułam się obca. Znów było tak okropnie ciasno, w ciele, w głowie, wśród tych innych. Każda droga wiodła donikąd, każdy koniec dnia przynosił ulgę, a nowy budził strach. Nadchodził mój czwarty instar. Rozpadłam się znowu. Wiedziałam już, że każde cierpienie z czasem minie. Kolejny raz te same pytania bez odpowiedzi.
Kolejny raz stałam się bezbronna. Wszyscy byli już inni i w innym miejscu. Czułam w ich drżeniu strach i niepewność. Przewidziałam, że wkrótce stwardnieję, ale moje ciało już nie tylko rosło. Byłam inna. Nadal mogłam kopać, ale zmieniałam się – rosły mi skrzydła. Moja głowa stała się większa, czułam i słyszałam nowe myśli. Moje sny były bogatsze, moje wizje kolorowe i ruchome. Nie widziałam innych w ciemności. Wtedy poczułam jak jakaś nieznana siła powoli, od środka wypala w mej głowie dwa ogniste punkty. Poczułam tęsknotę, ale już nie za tym, co było. Nie tylko by rosnąć, pękać i twardnieć. Miałam skrzydła pod ziemią, miałam oczy w ciemności. Dokoła była ciasna, zimna czerń ziemi. Dusiłam się w tym własnym więzieniu. Wiedziałam już, że aby urosnąć, trzeba się rozpaść.
Wtedy pękłam i poczułam się miękka, lecz wolna. Wtedy w myślach wykrzyczałam – dość i ruszyłam w przeciwną stronę, ku górze. Pewnego dnia me ciało otoczył chłód i pełna lęku przestałam kopać. Czekałam tak pod powierzchnią. Mijały miesiące, czułam, słyszałam, że coś nade mną jest. Chodzi, szumi, śpiewa. Drzewo Życia nie jest tylko dla nas. Są inni, nieznani, może piękni, może źli i niebezpieczni. Moje ciało było już gotowe. Niegotowy był jeszcze ten świat. Wiedziałam już, że cierpliwości nie można się szybko nauczyć.
Pewnej nocy temperatura wzrosła, a wraz z ciepłem przyszła nadzieja. Poniosła mnie ta emocja. Poczułam uderzenie całego ciała ku górze i wyszłam. Wspinałam się po Drzewie ku konarom i gwiazdom. Czułam, że muszę, że tak trzeba, że tego nie zatrzymam i, że właśnie tego chcę. Był strach, ale była odwaga. Po raz ostatni zrzuciłam swój twardy gorset. Świat rozbłysnął i ujrzałam tysiąc gwiazd. Wiedziałam już – nie pojmę go całego, ale to wystarczy.
Ponownie byłam ja, byłyśmy i byliśmy tu wszyscy, miękcy, ale silniejsi. Tamta ciemność nie była karą, tylko naszym losem. Me serce pulsowało pełne spokoju. Przyjęłam ten świat, który widziałam swymi ognistymi oczami, a on zaakceptował mnie. Nie potrzebowałam już tego, by głębiej, więcej, ani wyżej. Wystarczyła mi moja gałąź i ten fragment nieba. Zostały własne marzenia. Jak martwy pancerz odpadł wstyd, że je mam. Zapragnęłam na nowo aby był ktoś, aby był blisko.
Tamtej nocy usłyszałam ich muzykę, piękną, kuszącą, dla każdej z nas, dla mnie. Zagrali jak jedna orkiestra i tysiące solistów. Była w tych dźwiękach duma i obietnice, były wyznania. Była siła, ale i słodka, cicha słabość. Oni śpiewali, ale to my wybierałyśmy. Wiedziałam już, że wybiorę swoją muzykę. Znalazłam jego bliskość.
Magicicada Undetriginta
Rok liczby pierwszej Dwudziesty Dziewiąty po Wylęgu 8342101, Planeta Nieznana
Witaj. :)
Dość zawile i zaskakująco – biorąc pod uwagę formę – stworzona opowieść. :)
Dla mnie jest zaledwie krótkim urywkiem większej, obszerniejszej powieści. :)
Pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet