- Opowiadanie: Jerzy Trzciński - S.M.O.K – Kryptonim V

S.M.O.K – Kryptonim V

Jest to kolejna moja opowieść na styku fantazji i fantastyki. Zapewne dla niektórych zbyt nudna aby do niej zajrzeć, lecz w taki sposób układają moje myśli. Jeżeli ktoś jednak przeczyta i chociaż trochę ją polubi, to bardzo mnie to ucieszy. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

S.M.O.K – Kryptonim V

Pod koniec XXI stulecia zakończono prace nad S.M.O.K (System Monitoringu Obiektów Kosmicznych). Dzięki temu z nieomal stuprocentową skutecznością Ziemia została zabezpieczona przed niekontrolowaną kolizją z ciałami pochodzącym z kosmosu. Tego typu incydenty, które miały miejsce od zarania, skutkowały różnymi konsekwencjami. Wszystko zależało od wielkości obiektu. Bez względu na skalę, kolizje te stanowiły ogromne zagrożenie. W skrajnym przypadku zdarzenie mogło doprowadzić do całkowitej zagłady życia na Ziemi.

Tym sposobem ludzkość nie musiała już obawiać się zagrożenia z kosmosu, a ponieważ ochroną został objęty również Księżyc, stworzyły się możliwości przeniesienia z Ziemi większości CP (Centrów Produkcji). Na macierzystej planecie, z uwagi na jej zanieczyszczenie oraz coraz bardziej niestabilne warunki atmosferyczne, koszty produkcji stawały się przesadnie wysokie.

System sekunda po sekundzie, a także kwartał po kwartale monitorował kosmiczny firmament. Procedura śledzenia konkretnego obiektu uruchamiała się automatycznie, gdy znalazł się on w dozorowanym obszarze. Ochrona dotyczyła sfery o promieniu od 1 do 15 au (jednostek astronomicznych). Parametry, które były brane pod uwagę w pierwszej kolejności to wielkość oraz trajektoria lotu. Wydolność S.M.O.K-a pozwalała na jednoczesne śledzenie około sto tysięcy obiektów.

System analizował, a także rejestrował wszystkie istotne dane dotyczące obiektów.

W tym masę, prędkość poruszania się, skład chemiczny i inne parametry stosownie do okoliczności lub bieżących potrzeb.

Dotyczyło to naturalnych ciał niebieskich, okruchów materii oraz statków kosmicznych, kapsuł i innych urządzeń, zarówno sprawnych i działających, jak i tych, które stały się porzuconym złomem.

Jeżeli trajektoria konkretnego obiektu była niekolizyjna z Ziemią oraz Księżycem, 

a w odniesieniu pojazdów kosmicznych były one w stu procentach identyfikowalne i sprawne, S.M.O.K zachowywał się pasywnie. Natomiast w przypadku nawet śladowego prawdopodobieństwa, jakiegokolwiek zagrożenia kolizją, system automatycznie klasyfikował go jako OPN (Obiekt Potencjalnie Niebezpieczny). Było to równoznaczne z wdrażaniem procedury szczegółowego i ciągłego śledzenia. 

Rekomendacje system przekazywał do analityków, którzy podejmowali decyzje. Zazwyczaj ta faza kończyła się przeklasyfikowaniem na ON (Obiekt Niebezpieczny), a w konsekwencji przekazaniem zlecenia do JS (Jednostek Śmieciowych). Ich zadaniem była eliminacja zagrożenia po przez przechwycenie lub fizyczne zniszczenie zagrożenia. Średnio w ciągu dwudziestu czterech godzin system wskazywał kilka do kilkunastu ON. 

Odrębne zagadnienie stanowiły większe ciała kosmiczne. Takie jak planetoidy, rzadziej komety lub damokloidy. Gdy system stwierdził, że z jakichkolwiek względów stawały się zagrożeniem, analitycy SMOK-a nawiązywali kontakt z ZRK (Zespoły Ratownictwa Kosmicznego). Rozmieszczone w różnych miejscach BK (Bliskiego Kosmosu) stosownie do otrzymanych dyspozycji przechwytywały obiekty o znacznych masach. W dyspozycji ZRK znajdowały się potężne statki mogące poradzić sobie nawet z naprawdę dużymi ciałami. Niezależnie zajmowali się oni również przechwytywaniem obiektów, które z uwagi na zawartość określonych pierwiastków lub rzadkich substancji, docelowo mogły być wykorzystywane w CP. Był to jeden z najpopularniejszych, a zarazem najbardziej efektywny sposób pozyskiwania cennych surowców.

Obiekty o zbyt dużych rozmiarach przed ich przejęciem, były rozbijane, przy użyciu nadprzestrzennej wiązki energofotonowej emitowanej w sposób pulsacyjny z SPD (Stacjonarny Promiennik Destrukcyjny). Te potężne urządzenia były rozmieszczone symetrycznie w BK. Trzy na Księżycu oraz po dwa na Marsie i Wenus. Dawało to możliwość jednoczesnego wyemitowania wiązki w kierunku wskazanego obiektu przynajmniej z dwóch SPD. W razie wymaganej koincydencji, nawet z czterech. Moc wiązki liczona w peta watach nie dawała żadnych szans obiektowi poddanemu jej działaniu. Uzyskany w ten sposób materiał przed przekazaniem do CP magazynowano w MK (Magazyn Kosmiczny).

Któregoś dnia na monitorze Tima Tedro, jednego z wielu analityków pracujących w bazie S.M.O.K -a, pojawiła się standardowa informacja o bardzo małym obiekcie zakwalifikowanym do kategorii OPN. Analityk spojrzał na odczyt, a doświadczenie podpowiadało mu, że to typowy złom. W takich przypadkach procedura była jasna. Sprawa wydawała się rutynowa. Miał zamiar wydać polecenie o przechwyceniu obiektu przez JS celem przekazania do przerobu, gdy mignęła mu niezbyt wyraźna wizualizacja korpusu potencjalnego złomu.

Analityk był pasjonatem historii. Interesował się wszystkim, co dotyczyło eksploracji kosmosu. Kiedyś marzył, że zostanie wielkim odkrywcą i będzie brał udział w ekspedycjach międzygalaktycznych. Marzenia są wspaniałe, lecz bardzo często człowiek jest zmuszony na nich poprzestać.

WP (Weryfikacja Proceduralna), którą przechodzili wszyscy młodzi ludzie po zakończeniu pierwszego etapu zdobywania wiedzy i kwalifikacji, dokonywała jednoznacznej kategoryzacji ludzi. Tim Tedro otrzymał kategorię AK112. To zdefiniowało kierunek, w którym mógł być programowany jego rozwój. Obszar analityczno-projektowy to było jego przeznaczenie. O karierze w bezpośredniej eksploracji kosmosu musiał zapomnieć. Wskazania wdrożonego przed kilkudziesięcioma laty systemu WP, były ściśle przestrzegane. Nikt nie chciał ponosić kosztów nietrafionej edukacji młodych ludzi lub co gorsza, przypadkowego zatrudnienia kogoś w miejscu, gdzie po prostu się nie nadawał.

Czynności wymagające wymuszonego wysiłku fizycznego lub wykonywane w nieprzyjaznym dla człowieka środowisku były w pełni zautomatyzowane lub realizowane przez CC-ty (Humanoidalne Roboty Bliźniacze). W miejscach, gdzie niezbędna była ludzka inteligencja, zatrudnienie znajdowali wspomagani sztuczną inteligencją użytkową SIU, wyselekcjonowani ludzie

Od kilkudziesięciu lat był pewien problem z ludźmi, na których praktycznie nie było żadnego zapotrzebowania. Mogli być rezydentami na kolonizowanych planetach lub pozostać w Rezerwie Kadrowej RK. Ale to zupełnie inny problem.

Nie bez znaczenia były również sprawy prokreacji. Rozwiązania w obszarze klonowania ludzi i innych technologii, które miały zastąpić konwencjonalny przyrost naturalny, nie sprawdziły się. W dłuższej perspektywie okazało się, że ponoszone nakłady były niewspółmierne do uzyskiwanych efektów. Istoty powstające w pozaustrojowych procesach w znacznym procencie nie nadawały się praktycznie do niczego. Dlatego postanowiono wrócić do zbliżonych do naturalnych procesów prokreacyjnych. Chociaż brzmi to ekscytująco lub romantycznie, to zupełnie inna tematyka, o której w tym momencie Tim nie myślał.

Zwizualizowany obiekt coś przywołał w jego pamięci.

– Michael spojrzyj proszę. Co o tym myślisz? – poprosił kolegę zajmującego sąsiednie biurko.

– Jak to co? To zwykły złom. Do przerobu – odpowiedział kolega zerkając od niechcenia.

– Coś mi nie pasuje, a właściwie kołacze się w głowie – odpowiedział Tim.

– Znowu te twoje sentymenty.

Wbrew opinii Michaela, Tim wstrzymał procedurę destrukcji. Potem pospiesznie przeglądał archiwalne materiały z ZI (Zasoby Informacyjne). Był nieomal pewny, że to musiało być to, o czym przed momentem pomyślał. Nie odczuwał podniecenia, lecz zaczął się wahać.

A może jednak się mylę?

Zdawał sobie sprawę, z niedorzeczności swojego potencjalnego odkrycia. W grę wchodziła też ewentualność, że konkurencja podesłała im replikę obiektu, który w rzeczywistości dawno już został poddany destrukcji lub w dalszym ciągu błądził gdzieś daleko poza US (Układem Słonecznym). Nie można było niczego wykluczyć.

Czasami ludzie robią sobie różne dziwne rzeczy – pomyślał.

Lecz w tym przypadku, jaki mógłby być sens i cel takiego działania?

Gdy odnalazł w ZI stare zdjęcia, pomimo ich tragicznej rozdzielczości, zdecydował nadać sprawie przejęcia obiektu klauzulę S (Specjalna). Następstwem takiej klasyfikacji było przechwycenie i przetransportowanie obiektu do laboratorium L-SMOK, w celu precyzyjnego zbadania. Mieściło się ono na Księżycu. Było absolutnie sterylne.

Gdy po kilkunastu dniach Tim Tedro tam dotarł, aby dokonać oględzin obiektu, dopadły go silne, ambiwalentne uczucia. Nie potrafił uwierzyć w to, co zobaczył.  Wyglądało na to, że potwierdziły się jego pierwsze skojarzenia. Tak czy inaczej ciągle nie mógł zrozumieć, o co tu właściwie chodzi.

Na stojakach stała sonda Voyager, która zgodnie z jego wiedzą dawno już zakończyła nadawanie sygnałów radiowych, ponieważ w najlepszym przypadku znajdowała się ona gdzieś w przestrzeni międzygwiezdnej.

Pobieżna analiza oznaczeń na tabliczkach znamionowych poszczególnych podzespołów, a także wstępna weryfikacja materiałów, z których zostały wykonane elementy jej wyposażenia, wydawały się w sposób jednoznaczny wskazywać na jej oryginalność. Wyglądało na to, że była to ta sama sonda, którą u zarania eksploracji kosmosu ludzie wysłali w samobójczą misję.

Podchodząc do tematu obiektywnie i racjonalnie było to niemożliwe. Timowi przemknęło przez myśl archaiczne określenie „cuda”, lecz te już od dawna pozostały jedynie w legendach, które można było znaleźć na ZI.

Odrzucając emocje naukowiec stwierdził, że obiekt był co najmniej zadziwiający. Sonda wyglądała jak zupełnie nowa, bez śladów przeszło stuletniej eksploatacji. Niechybnie musiała to być replika, wykonana przez którąś z konkurencyjnych agencji.

Ogłoszenie informacji o przechwyceniu Voyagera, który powrócił na Ziemię nie wiadomo skąd, byłoby sensacją. Lecz gdyby potem, ktoś sprostował, że to tylko replika, to Tim, a także cały zespół analityków skompromitowałby się. Dlatego temat trzeba było szczegółowo i dokładnie sprawdzić, przeanalizować i jednoznacznie dowiedzieć się z czym mamy tu do czynienia. Jak doszło do pojawienia się Voyagera w zasięgu S.M.O.K -a? Dopiero po tych działaniach, gdy uzyskana zostanie stuprocentowa pewność, można będzie coś ogłaszać.

Tim Tedro złożył raport. A następnego dnia stał przed obliczem szefa.

– Kolego, co to za brednie powypisywałeś pan w raporcie nr 553/SM/89? To jest poważny dokument.  A pan sobie robisz jakiś cyrk. W naszej firmie nie ma miejsca na takie żarty – przełożony Tima nie krył swojego wzburzenia.

– Wiem, jak to może wyglądać. Sam nie potrafię tego zrozumieć, a tym bardziej zinterpretować.  Ale proszę zapoznać się z pełną dokumentacją.

– No nie wiem? – Z oblicza przełożonego emanowała niepewność i zakłopotanie.

Wstępne wyniki skanowania fotonowego, nie dawały cienia wątpliwości. Sprawa była o wiele bardziej skomplikowana. A co do żartów, nie mogło być o nich mowy.

Tim nie wiedział, na jakim szczeblu zapadły decyzje, lecz po pewnym czasie otrzymał poufną informację, że został powołany zespół, którego zadaniem było zbadanie tematu. Sprawa otrzymała Kryptonim V.

Analityk Tedro został jednym z szefów powołanego zespołu. Ściągnięto ekspertów z różnych dziedzin, wspomaganych autonomicznymi humanoidami CC. Sprowadzono najlepszy sprzęt diagnostyczny i obliczeniowy, między innymi ultraprecyzyjne wielofazowe skanery fotonowe.  Przy użyciu nadzwyczajnych sił i środków postanowiono zbadać i określić wszelkie parametry obiektu. Analizy dotyczyły ostatecznego przesądzenia pochodzenia materiałów użytych do wykonania urządzenia. Wnikliwe badania obiektu miały rozwiać wszelkie wątpliwości i inne znaki zapytania. Niezależnie przeszukiwano zasoby ZI pod kontem uzyskania informacji dotyczących sondy. Zarówno te oficjalne, jak również te nie dostępne zwykłym użytkownikom, bez względu na to, czy miały one jakikolwiek sens.

Po wykonaniu zaplanowanych działań nie było wątpliwości, nikt nie był w stanie wykonać tak dokładnej repliki sondy Voyager. Technologie oraz procesy wytwórcze stosowane pod koniec XXI wieku były zbyt precyzyjne, a zarazem zdecydowanie różniące się od tych wykorzystywanych sto lat wcześniej. Dodatkowo analizy przeprowadzone na poziomie molekularnym udowodniły, że wszystkie użyte materiały pochodziły z lat siedemdziesiątych XX wieku. Do tego rejony Ziemi, gdzie zgodnie z dokumentacją zostały wykonane niektóre z elementów i podzespołów, od kilkudziesięciu lat zakrywały wody oceanu lub z uwagi na totalną degradację były wyłączone z jakiegokolwiek użytkowania.

Kolejny istotny, a jednocześnie nie wytłumaczalny aspekt będący przedmiotem analizy, to trudna do zrozumienia techniczna regeneracja wszystkich elementów. Stan podzespołów wskazywał, że musiała ona nastąpić w nieodległej przeszłości.

Trzeci, a zarazem równie niewytłumaczalny aspekt, był natury biologicznej. W tym przypadku hipotezy były kuriozalne. Otóż prawdopodobnie w trakcie końcowych prac przygotowawczych do wystrzelenia sondy złamano procedury bezpieczeństwa. Między płytki urządzenia nadawczego sondy dostał się niewielki pajęczak. Zwierzę nie przeżyło startu lub pobytu w przestrzeni kosmicznej. Natomiast śladowe ilości bakterii i wirusów uległy hibernacji.

Najciekawszy i jak wszystko w tej sprawie niedorzeczne, był stan tych drobnoustrojów. W podobny sposób jak podzespoły i instalacje techniczne, materia ze świata ożywionego, również uległa swego rodzaju odnowieniu. Chociaż drobnoustroje nie przeżyły, lecz ich kod genetyczny został zregenerowany i mógł być użyty do replikacji. Przy wykorzystaniu dostępnych pod koniec XXI wieku procedur tworzenia organizmów żywych na bazie dowolnego materiału genetycznego, powstały klony wirusów, bakterii i samego pajęczaka.

Był to trudny do wytłumaczenia fenomen. Przy założeniu, że nie istnieją zagadnienia, których nie da się racjonalnie wyjaśnić, ta sprawa również musiała mieć logiczne i merytoryczne wytłumaczenie.

Wszelkie uzyskane informacje dotyczące sprawy o kryptonimie V nie znalazły się w ogólnodostępnej części ZI. Decyzja została podjęta na najwyższych szczeblach władzy.

Gdyby przyjąć, że zjawisko regeneracji kodu genetycznego dałoby się wykorzystać w odniesieniu do populacji ludzkiej, można by przezwyciężyć wiele zadawnionych i narastających problemów. Wszelkie choroby cywilizacyjne, które były następstwem degeneracji genetycznych zapisów w obszarze ludzkiej fizjologii lub psyche mogłyby tą drogą zostać wyleczone i zapomniane. Natomiast niepożądane mutacje genetyczne przy wykorzystaniu tajemniczych procedur zostałyby wyeliminowane. Tym sposobem problem degeneracji ludzkości jako populacji nie stanowiłyby już problemu.

Lecz na tym etapie był to początek drogi, a niezbędne badania i eksperymenty miały być kontynuowane przez kolejne lata.

Niezależnie przy użyciu oficjalnie nieistniejącej maszyny o możliwościach obliczeniowych na poziomie tera-yotta-flopów wykonano symulacje i analizy trasy lotu sondy Voyager. Wyniki prac nie były jednoznaczne, co nie znaczyło, że mało interesujące.

Najbardziej prawdopodobna hipoteza, to odbicie się lub wystrzelenie Voygera z OMS-O (Obiekt Materii Skupionej-Odwróconej) po okresowym pobycie sondy w tym miejscu. W przeszłości w odniesieniu do tych obiektów używano określenia CD (Czarna Dziura), co by sugerowało, że jest to jakaś teraprzestrzeń będąca miejscem, gdzie nawet najmniejsza cząstka materii wpadając przepada bezpowrotnie. A co się z nią tam działo, nie sposób nawet sobie wyobrazić. A może jednak nie pozostaje w niej, lecz wydostaje się po równie nieokreślonej drugiej stronie. Bo jeżeli mielibyśmy do czynienia z dziurą to musiałby istnieć kwasi otwór lub ujście również po drugiej stronie. Czyli wlot dziury byłby w pewnym sensie po naszej stronie, a wylot w jakiejś przestrzeni lub przestrzeniach równoległych. Nie można również wykluczyć większej ilości wylotów, a patrząc z tamtej strony wlotów. To z kolei implikuje dopuszczenie poprawności teorii o istnieniu niepoliczalnej ilości przestrzeni równoległych.

Nie są to teorie nowe, a nawet oryginalne, lecz do tej pory empirycznie nie udowodniono występowania światów równoległych. Samo w sobie nie jest to dowodem, że takie światy nie istnieją. Dlatego też logiczne, a może jedynie dopuszczalne jest wieloaspektowe, wariantowe podejście do tego złożonego zagadnienia.

Podstawowy problem z OMS-O, które wcześniej nazywano CD wynikał z nieprecyzyjnych założeń, że wszystkie są jednakowe i o stałych właściwościach. Nasuwający się brak logiki w takim podejściu wynika chociażby z wiedzy o innych ciałach niebieskich. W przypadku gwiazd lub planet przyjmuje się, że można je, co najwyżej grupować ze względu na zbliżone właściwości lub charakter, a takich grup jest nieskończenie wiele. Podobnie jest z OMS-O/CW. Każdy z tych obiektów różni się. Parametrów decydujących o ich indywidualnych cechach zapewne jest dziesiątki tysięcy.

Pewna ich część, patrząc z ludzkiej perspektywy, przez nieskończony czas, pochłania materię nie pozwalając na jej wydostanie się. Inne podobnie jak olbrzymie lustra, po zbliżeniu się obcego obiektu w rejon oddziaływania po prostu odbijają go. Jednocześnie emitują one olbrzymie ilości energii, co może generować mega przyspieszenie wystrzeliwanych obiektów.

Kolejne grupy prawdopodobnie pochłaniają materię, a po pewnym czasie pozbywają się jej, po dokonaniu jej modyfikacji lub regeneracji. A może takie procesy zachodzą wyłącznie w bezpośredniej bliskości OMS-O, w ramach struktur, które mogą kojarzyć się z pierścieniami wokół niektórych planet US.  Dlatego chociaż mało wiarygodne, wszystko jest możliwe,

W odniesieniu do przechwyconego Voyagera, który wrócił na Ziemię wystąpił, któryś z przytoczonych przypadków. Chociaż równie prawdopodobna była sytuacja, że wydarzyło się zupełnie coś innego. Prawie pewne jest, że obiekty OMS-O mogą zmieniać swoje położenie, co jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Z uwagi na nieprzystającą do ludzkiej percepcji perspektywę czasową tych procesów, tak naprawdę nie warto zastanawiać się nad tymi zjawiskami.

Pomimo śladowego prawdopodobieństwa osiągnięcia sukcesu, nakreślono ogólną koncepcję wykorzystania domniemanego zdarzenia do próby regeneracji kodu genetycznego ludzkości. O podjęciu tematu zdecydowała jego waga oraz fakt, że finansowaniem projektu byli zainteresowani ludzie o olbrzymich możliwościach w tym zakresie.

Warunki były jasne i logiczne. Materiał genetyczny ludzi, którzy finansowali przedsięwzięcie musiał być w zasobach eksperymentalno-badawczych, które miały być zabrane w ramach misji. Prawdopodobnie tym sposobem fundatorzy chcieli sobie zapewnić swego rodzaju nieśmiertelność. Żadne informacje nie podważały wcześniejszych szacunków, że najbliższy obiekt OSM-O znajduje się w odległości nieosiągalnej w logicznym, a nawet rozsądnym czasie.

Przy ograniczonych możliwościach pokonywania przestrzeni kosmicznej. Czas potrzebny na osiągnięcie peryferii US, a potem opuszczenie go, przy użyciu rozwiązań z końca XXI wieku, wynosił od 300 do 500 tys. ziemskich godzin, a osiągnięcie peryferii naszej lub krańca sąsiedniej galaktyki, praktycznie były poza racjonalnymi wyobrażeniami.

Pewne teorie i symulacje przewidywały, że OMS-O mogą być osiągalne w skończonym czasie z uwagi na generowaną przez nie strumieniową mega grawitację. Zdarzenie związane z odzyskaniem Voyagera, świadczyło o tym, że coś mogło być na rzeczy. Co prawda przy racjonalnym podejściu, do tematu, bardziej był on zbliżony do pomysłów z obszaru SF. Nie byłby to pierwszy przypadek, w którym niestandardowe myślenie pozwoliło osiągnąć ludzkości racjonalne rozwiązania.

Tim Tedro jako szef przedsięwzięcia stanął przed życiową szansą. Wysłanie ekspedycji po śladach Voyagerów z XX wieku, mogło wiele wyjaśnić. Tyle tylko, że ślady urywały się w bliskiej peryferii US. A to jedynie promil, promila przestrzeni wszechświata. W jakich rejonach sondy błądziły przez dziesiątki lat, w trakcie których nie było z nimi żadnego kontaktu, tego nie sposób odtworzyć. Sens spekulowania na ten temat był niewielki.

Przeprowadzone przy użyciu aparatury będącej w dyspozycji zespołów, symulacje przewidywały prawie nieskończoną liczbę rozwiązań. Wykorzystanie SIU, urządzenia o możliwościach analitycznych przekraczających wyobrażenia przeciętnego człowieka, również niewiele zmieniło. Ale dawało nadzieję, a przede wszystkim motywację do działania.

Tim Tedro był świadomy, że on, a może nawet nikt, kto mówiąc kolokwialnie, utożsamiał się z obecną cywilizacją nie doczeka się powrotu sond Voyager 2098/1 oraz Voyager 2098/2. Ale to nie stanowiło przeszkody w podjęciu działania. 

Wysyłane w nieznane imienniczki sond sprzed przeszło wieku posiadały systemy pozyskiwania energii oraz łączności, które umożliwiały transmisję danych praktycznie w nieskończonym czasie. Teoretycznie będzie można śledzić ich położenie w każdym momencie funkcjonowania przez setki lat. O ile inteligentna ludzkość przetrwa tyle czasu. Możliwe też, że dzięki Misji o Kryptonimie V osiągnięte zostaną możliwości rozwiązania problemów z którymi ludzie borykali się od dawna. A może również takich, o których w momencie startu misji nie było wiadomo, że kiedykolwiek zaistnieją.

Koniec

Komentarze

Z góry przepraszam za niedoskonałości tekstu. Pomimo starań zawsze coś jest nie tak. A tym bardziej dziękuję za korekty i uwagi.

 

pozdrawiam. 

Dobrze pomyślony świat. Super pomysły. Faktycznie, coś z Lema tu widać. Czy mógłbyś bardziej opowiadać, mniej statycznie przedstawiać świat i bohaterów? Twoje pomysły są warte czytelników.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Kiedy napisałeś o pajęczaku, od razu przyszedł mi pomysł na niesporczaki (Tardigrada). Są to jedne z niewielu zwierząt, które wytrzymują próżnię i promieniowanie kosmiczne, a po powrocie do bardziej sprzyjających warunków znów mogą normalnie funkcjonować i się rozmnażać. Bez problemu przetrwają opisywaną podróż. Może to jest pomysł na “ubarwienie” opowiadania, a przy tym zainteresowanie czytelników tymi mało znanymi stworzonkami? One są jak wyjęte z SF :)

Podobnie jak poprzednio: unikanie powtórzeń tych samych informacji w kolejnych zdaniach sprawi, że znajdziesz więcej czytelników. Wiele osób czyta opowiadania “na kolanie” i szybko zniechęca się do nadmiarowych słów.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Niezły S.M.O.K, lubię takie skróty ;)

 

Bez względu na skalę, tego typu kolizje stanowiły nieprzewidywalne oraz ogromne zagrożenie.

Skoro ogromne, to jednak przewidywalne. Z jednego bym zrezygnowała.

 

System sekunda po sekundzie, a także kwartał po kwartale monitorował kosmiczny firmament. Procedura śledzenia konkretnego obiektu uruchamiała się automatycznie,

gdy znalazł się on w dozorowanym obszarze. Ochrona dotyczyła sfery o promieniu od 1 do 15 au (jednostek astronomicznych). Istotne znaczenie w pierwszej kolejności miała wielkość oraz trajektoria lotu obiektów. Wydolność SMOK-a pozwalała na jednoczesne śledzenie ok. 10120 obiektów w sposób intencjonalny, to znaczy bez szczegółowego rozpracowywania.  

Coś się rozjechało w formatowaniu. 

Istotne znaczenie i w pierwszej kolejności, to masło maślane. 

W tekście literackim nie używam skrótów, ma być około. Poza tym około to 100, 1000, a nie 12345.

Liczby zapisujemy słownie. 

Intencjonalny oznacza zamierzony, a nie nieszczegółowy.

 

Te odstępy między akapitami utrudniają czytanie.

 

Jeżeli trajektoria konkretnego obiektu była niekolizyjna z Ziemią, Księżycem lub pozostałymi ochranianymi elementami, a w przypadku pojazdów kosmicznych były one

w 100% identyfikowalne i sprawne, SMOK zachowywał się pasywnie. Natomiast w przypadku nawet niewielkiego prawdopodobieństwa, że obiekt w jakikolwiek sposób może być zagrożeniem, system automatycznie klasyfikował go jako OPN (Obiekt Potencjalnie Niebezpieczny). Wtedy rozpoczynało się szczegółowe i ciągłe śledzenie obiektu.

 

Tu też coś się rozjechało. 

Procenty słownie, 100 też.

Za dużo grzybów w barszczu jeśli piszesz, że chronili ziemię i księżyc, to te pozostałe już tylko utrudniają czytanie. 

Masz obiektozę.

 

Rekomendacje system przekazywał do analityków, którzy podejmowali decyzję.

Raczej te decyzje, bo jeśli we wszystkich przypadkach, zespoły analityków podejmowały jedną decyzję, to trochę kosmos;)

 

Najczęściej był to dryfujący złom, roje meteorytów lub okruchy materii niewiadomego pochodzenia.

Już to wiem.

 

No ja nie jestem mistrzem wiedzy o kosmosie, ale przechwytywały komety?! Hello!

Lem gdzieś tam płacze!

 

Jest lepiej z zapisem dialogów, ale są dość drewniane. Trzeba by popracować nad ich płynnością.

SF dla mnie jest dość ryzykowne i mało przekonujące. Wiem, że to trudna sztuka, ale nie porwało. 

 

Wolałabym, choć to może być mój osobniczy defekt, fabułę bardziej dotyczącą bohatera. Wtedy łatwiej jest się wystraszyć, poruszyć. Bo przygody maszyn i śmieci nie są aż tak zajmujące. 

 

teksty generowane komentuję z AI

fabułę bardziej dotyczącą bohatera

 

Właśnie, skoro inspiracja twórczością Lema, to taki Pirx by się przydał. Pirx był refleksyjny i potrafił zbudować napięcie, nawet jeśli występował solo. A czytelnik potrzebuje “przewodnika”, kogoś, z kim się utożsami.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Dziękuję za przeczytanie oraz dobre słowa. Ambush wprowadzę korekty, za które jestem wdzięczny.

Marzan jesteś konsekwentny w swoich opiniach. Nie zaprzeczam, że może momentami coś jest przegadane. Może kiedyś ta maniera mnie odpuści, lecz nie jest łatwo się zmienić, tym bardziej, gdy człowiek to lubi. Ale doceniam.

Teo Max staram się. Dziękuję 

Trzymam kciuki:) mocno trzymam kciuki

“Brak zapotrzebowania na ludzi” – dobre:)

Kolejne klasyczne opowiadanie SF. Dzięki!

Pozdrawiam!

Mehiko mam nadzieję, że inne moje pomysły też ci się spodobały. Wiem, że jestem jakby anachroniczny, a moje SF dla niektórych czytelników jest zupełnie interesujące. Tak bywa. Piszę również na inne tematy, ale co do SF odpowiada mi właśnie taka konwencja. Mehiko dziękuje za dobre słowo.

Ambush zrobił mi korektę, za co jestem wdzięczny. Sam nie potrafię wyłapać wielu błędów, powtórzeń i innych niedoskonałości. Jednocześnie wyśmiał mnie odnośnie możliwości przechwytywania przez ZRK komet. Spór jest oczywiście natury akademickiej, lecz przy odpowiednich siłach i środkach wszystko jest możliwe. Nawet teleportacja między światami równoległymi.

Pozdrawiam panie bruca i regulatorzy. Robią świetne korekty, lecz moje pisanie trochę je denerwuje. 

Miłego dnia. 

Nowa Fantastyka