Tym razem porwałem się na szorta. Był swego czasu “Autor”, więc pomyślałem, że warto mu dać czytelnika. Miłej lektury!:)
Tym razem porwałem się na szorta. Był swego czasu “Autor”, więc pomyślałem, że warto mu dać czytelnika. Miłej lektury!:)
Właściwie to nikt już nie pamięta jego imienia. Może nawet nigdy go nie miał? Nie wiadomo… choć, w tych pradawnych czasach przełomu drugiego i trzeciego tysiąclecia, kiedy żył, wszyscy nosili jakieś imiona. Dziś mówi się o nim tylko jako o Czytelniku bądź Umyśle. On, Czytelnik – człowiek, heros, a może bóg, który podtrzymał świat w istnieniu. Świat stał się poprzez wypowiedzenie Słowa, a przetrwał dzięki przyjęciu nieskończenie wielkiej liczby słów, na które owo pierwsze Słowo się rozpadło. Nieskończona Mądrość rozdrobniona została wreszcie na miliony małych mądrości, wiedz, opinii, sądów, opowieści, pytań, które, im więcej ich było, tym większy wytwarzały chaos. Aż w końcu chaos ten zaczął zagrażać integralności świata. Rozproszona wiedza nie mogła go już utrzymać w całości i na oczach przerażonej ludzkości – i raczej obojętnie przyjmujących to przedstawicieli fauny wszelakiej – znane od wieków uniwersum zaczęło się rozpadać. Ktoś musiał wziąć to wszystko w garść, zebrać znów całą rozproszoną wiedzę i scalić ją w swym umyśle. Tylko wtedy mogła na powrót stać się podstawą i zasadą istnienia świata. I nikt, ale to nikt nie spodziewał się, że zadania tego podejmie się pewien niepozorny mol książkowy. On sam zresztą też nie miał pojęcia, na co się zanosi i na co go stać.
Otóż gdzieś u początków trzeciego tysiąclecia ery chrześcijańskiej, kiedy żywa planeta zaczęła przypominać pogorzelisko ze sporą kolekcją przysmażonych i obsuszonych szczątków Bogu ducha winnych gatunków roślin i zwierząt, w środkowej Europie mieszkał sobie On. Tak go nazwiemy, bo – jak pamiętamy – imienia jego nie znamy, a przynajmniej nie mamy pewności, więc po co siać zamęt i wzbudzać wątpliwości w i tak już wystarczająco skołowaciałym świecie. A zatem, ów niepozorny jegomość miał jedną pasję: czytanie. Czytał namiętnie, nie zważając na uszczerbek na zdrowiu (wzrok coraz słabszy), kieszeni (książki kosztowały) i przestrzeni lokalowej (gdzie to wszystko upchnąć, na miły Bóg?). Zapisany był do wszystkich bibliotek w niemałym przecież mieście, w którym przyszło mu żyć (i czytać). Chcąc wprowadzić jako taki porządek w zrazu przypadkowym doborze lektur, sporządził wreszcie listę książek do przeczytania. Nie wiedział, że kiedy skończy ostatnią, nastąpi koniec świata. Dlaczego? Cóż, być może Stwórca lubił go na swój sposób i chciał pozwolić mu doczytać, co zamierzył, nim zgodzi się, by jego pierwsze Słowo ostatecznie rozpadło się na miliardy miliardów kawałeczków.
Czytelnik zatem czytał pozycje z listy. I im bliżej był jej końca, tym groźniejsze zjawiska pojawiały się na świecie: tajfuny, katastrofalne powodzie, wojny etc. Przestraszył się, że nie zdąży wszystkiego przeczytać, więc podkręcił tępo, a wraz z tym groza zjawisk apokaliptycznych narastała. Czasem jednak, czytając to i owo, znajdował rzecz godną uwagi i dodawał do listy książek. Wtedy na świecie robiło się spokojniej. Ktoś – może żona, nie wiemy – wreszcie odgadł tę prawidłowość i postanowił odwlec apokalipsę, dorzucając nowe, ciekawe książki. A że sytuacja na świecie była już naprawdę zła, powiadomiono stosowne władze. Zrazu informację zignorowano, lecz wytypowany do obserwowania Czytelnika agent – o dość poślednim zaszeregowaniu – sporządził obiecujący raport. Przemycił go szefowi służby bezpieczeństwa poprzez wspólną kochankę i ryba chwyciła przynętę. Zainicjowano – na początku raczej sondażowo i z małym nakładem kosztów (były pilniejsze wydatki w dobie nadciągającej apokalipsy) akcję o kryptonimie „Czytelnik”. Monitorowano przebieg czytania i odległość Czytelnika od końca listy, podsuwając mu kontrolnie od czasu do czasu nowe pozycje. O dziwo i ku uldze wszystkich, zadziałało. Im więcej Czytelnik miał przed sobą książek na liście, tym spokojniej było na świecie.
Wkroczyła Rada Bezpieczeństwa ONZ. Sprawie nadano najwyższy priorytet. Pisarze i wydawcy zwarli szyki: rozszyfrować, co Czytelnik lubi i dostarczać mu tego. Lekarze dmuchali i chuchali, by żył jak najdłużej (i czytał). Wreszcie pojawił się pomysł, by jego umysł w obliczu nieuchronnej śmierci przenieść do komputera, unieśmiertelnić i niech czyta dalej ad infinitum. W efekcie powstał Wielki Elektroniczny Brat, który wciąż czyta i jak długo to trwa, świat istnieje. Dla zapobieżenia awarii bądź sabotażowi jego umysł został rozproszony po różnych serwerach, w tym ściśle strzeżonych w tajnych bazach światowego superrządu (powołanego dla koordynacji podtrzymania zbawczego czytania). W efekcie czytał nawet więcej, a im więcej czytał, tym większy był błogostan na świecie.
Mijały lata i oto mamy szczęśliwy dzień dzisiejszy. Trzeba przyznać, że gdy pamięć o żywym Czytelniku – i jego imieniu – zatarła się, nabrał on w pewnych kręgach cech niemal nadprzyrodzonych. Po jakimś czasie pojawiły się sekty przypisujące mu atrybuty boskie i wątpiące w jego rzekomą ludzką przeszłość. Czytelnik jest wszak zarazem wszędzie i nigdzie, a uroczyste wgrywanie nowych książek do "świętych" komputerów, do których jego umysł ma dostęp, nabrało charakteru rytuału.
Dziś pisarze ubiegają się o prawo przedstawienia swych dzieł Umysłowi (jak z nabożeństwem nazwano Czytelnika). Lepsza pogoda, zbiory itp. świadczą, że rzecz się spodobała. Taki pisarz chwalon jest wielce. Gdy nieurodzaj, znaczy to, że książka licha i pisarz spotyka się z naganą, zakazem pisania itd. Dla uniknięcia tego typu nieszczęsnych wpadek, generujących złowrogie zjawiska, powołano wreszcie urząd cenzorski, złożony z najtęższych znawców upodobań literackich Umysłu. Urząd ten dba o wysoką jakość prezentowanych mu dzieł. Oczywiście oryginalna lista książek do przeczytania, jaką sobie Czytelnik u początku sporządził, jest największą świętością, a zawarte w niej lektury, jako wybrane przez niego samego, są kanonem w szkołach i czytane przy różnych podniosłych okazjach. Są co prawda i niedowiarkowie, którzy powątpiewają w oryginalność owej listy, uważając ją za podróbkę chciwych władzy bibliokratów. Ci atoli są w mniejszości i póki co kult Pierwszego Wielkiego Czytelnika kwitnie, świat trwa, a ludziom żyje się dostatniej.
Hej Mehiko – pomysł ciekawy, początek mi trochę bibliczne Genesis przypominał i jest to pasująca do kontekstu stylizacja.
Ciekawy jestem, jak Czytelnik zareagował, gdy dowiedział się jaki ma wpływ na świat. Przypuszczam, że przy takich zaangażowanych środkach ciężko by było utrzymać to w tajemnicy :) Dużo dłuuuuuugich poprzecinkowanych zdań ale z racji interpunkcji dobrze się to czytało. Mam podobną tentencję, może warto by było miejscami spróbować je rozbić, żeby czytało się odrobinę bardziej dynamicznie?
Kilka drobnych uwag, coś tam przy czytaniu wpadło w oko :)
(gdzie to wszystko upchnąć, na miły Bóg?)
Nigdy nie spotkałem się z formą “na miły Bóg”, nie neguję jej poprawności ale odmiana wydaje mi się dziwna. Może “na miłość boską”? Trochę wybiło mnie to z rytmu.
Lepsza pogoda, zbiory itp. świadczą, że rzecz się spodobała. Taki pisarz chwalon jest wielce. Gdy nieurodzaj, znaczy to, że książka licha i pisarz spotyka się z naganą, zakazem pisania itd.
Może to osobista preferencja ale nie lubię przy wyliczeniach w książkach, chyba, że jest to w kwestii przez kogoś wypowiedzianej, użycia “itd.” lub “etc.”, które było wyżej. Masz i tak dość zgrabne wyliczenie więc wydaje się zbędne i osobiście przeredagowałbym zdanie aby go uniknąć. Stylistycznie do bardzo “gładkiego” tekstu też mi troszkę nie pasuje.
sobie Czytelnik u początku sporządził,
” (…) na początku sporządził, (…) “ – forma, którą wybrałeś wydaje mi się nadmierną stylizacją.
Ci atoli są w mniejszości i póki co kult Pierwszego Wielkiego Czytelnika kwitnie, świat trwa, a ludziom żyje się dostatniej.
Musiałem sprawdzić “atoli” i z tego co rozumiem jest ok wykorzystywany aby wyrazić przeciwieństwo aczkolwiek nie jako rzeczownik, a tutaj wyrażnie staje się podmiotem zdania. Przeredagowałbym i użył innego zwrotu szczególnie, że nigdzie indziej po takie archaizmy nie sięgasz.
Czytało się przyjemnie, pozdrawiam! :)