- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - A ty? Zdążyłbyś?

A ty? Zdążyłbyś?

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Użytkownicy, marzan, Finkla

Oceny

A ty? Zdążyłbyś?

Belka zatrzeszczała pod jego ciężarem. Z oddali dobiegł jeszcze odgłos zabijanych deskami drzwi sąsiedniej kamienicy.

Zaraza – ostatnia myśl przemknęła przez jego głowę. – Dobrze, że już mnie nie dotyczy.

Nagle nadeszło zawahanie. Sigurd szarpnął rękami sznur, lecz on już zaciskał się na szyi zbyt mocno. Wszystkie mięśnie gardła napięły się, próbując chwycić choć jeden ostatni oddech. Rozpaczliwie wypchnął język do przodu, licząc, że chociaż to pomoże. Było już jednak za późno.

Krew napłynęła do twarzy, która nabrzmiała momentalnie. Oczy wytrzeszczyły się, jakby obca siła wycisnęła je z wnętrza czaszki. Jeszcze kilka krótkich zrywów, kilka kopnięć nogami, by dosięgnąć podłogi. Nadaremno.

Mrok zaczął nadchodzić od krawędzi obrazu, powoli kurcząc widzialny świat, aż całkowicie ogarnęła go ciemność.

Nogi przez chwilę szarpały w nieskoordynowanych drgawkach, jeszcze kilka pustych, odruchowych westchnień, a później cisza. I tylko świat wciąż zdawał się wirować. A może to on obracał się, wisząc u powały?

Wtem ciszę, która miała zapaść na wieki, przerwały powolne, rytmiczne oklaski.

– Brawo! Brawo!

Uśmiech Barona Samedi błysnął w mroku narożnika izby. Siedział w powycieranym fotelu z założonymi nogami, a między jego zębami żarzyło się grube cygaro. Dym mieszał się z powoli zbierającą się wokół mgłą zaświatów.

– Przepiękny spektakl – zachichotał duch śmierci. – Dawno się tak nie ubawiłem!

Sigurd otworzył oczy, rozglądając się dookoła, aż jego wzrok zatrzymał się na nieznanej dotąd postaci.

– Czy to już niebo?

– Ha! – parsknął Baron. – Nie słyszałeś, że do nieba nie idą grzesznicy?

– Ale przecież ja…

– Taaa… A kto wisi u powały?

Sigurd odwrócił się przez ramię i ujrzał siebie samego, kołyszącego się nadal na powrozie. Tak niewiele mu brakowało do podłogi. Może gdyby nie zdążył zdjąć butów. Może…

– To jak? – rzucił ochryple duch, poprawiając czarny jak smoła cylinder. – Idziemy?

– A to? – Mężczyzna skinął głową w stronę swego ciała.

– To ci już raczej nie będzie potrzebne. Chodźmy!

– Ale przecież ciało trzeba pogrzebać… – zaprotestował Sigurd.

– Tak. Ale to nie twój obowiązek – odparł znudzonym głosem Baron.

Duch ruchem dłoni otworzył bramy zaświatów, a gęsta mgła naraz zalała całą izbę. Dziwny wiatr coraz szybciej krążył, rozrzucając szmaty, przewracając drewniane miski i porywając luźne kartki ze stołu. Bębny zadudniły rytmicznie.

– A jeśli nie pójdę? – wyszeptał mężczyzna niepewnie.

– Co? – Baron odwrócił się, przeczesując nerwowo resztki włosów na przegniłej skórze głowy. – To ja marnuję dla ciebie swój czas, a ty wolisz utknąć na wieki pomiędzy światami?!

Oczy ducha śmierci zapłonęły gniewem, a jego trupia twarz wykrzywiła się w złowrogim grymasie. Mgła zaświatów na krótką chwilę jakby opadła, a izbę wypełniła cisza.

– Dobrze… Skoro taka jest twoja wola, niech będzie!

Samedi dociągnął zawiązaną pod szyją chustę i ruszył. Wir powietrza pochłonął gęstniejącą mgłę, a duch zniknął w mroku wyrwy pomiędzy światami. Jeszcze tylko stukot jego obcasów niósł się pośród izby, zanim wszystko ucichło.

 

***

Następnego dnia, gdy dzwon wybił południe, Sigurd siedział w fotelu, wpatrując się w wiszące u powały ciało. Przez noc zdążył przemyśleć większą część swojego życia. Niewiele tego w końcu było. Dzieciństwo skończyło się szybko, a później była już tylko robota, zmęczenie i czasem kubek gorzały w portowej karczmie. A teraz to… jakkolwiek to nazwać. Wegetacja.

Drzwi skrzypnęły cicho, uchylając się do wnętrza. W blasku dnia z trudem ujrzał zarys postaci. Dopiero po chwili rozpoznał twarz przyjaciela.

– Edric! – krzyknął z nadzieją, zrywając się z fotela i biegnąc w stronę przybysza. – Dobrze cię widzieć!

Mężczyzna zrobił kilka kroków w głąb mieszkania. Przystanął, wpatrując się w wiszące na sznurze ciało. Po jego policzkach popłynęły łzy. Trwał w osłupieniu przez kilka chwil. Mruknął coś pod nosem, a później odwrócił się i położył dłoń na klamce.

– Nie! Zaczekaj! Nie zostawiaj mnie tak! – krzyknął Sigurd, ale przyjaciel nawet nie drgnął. W jego oczach pojawił się lęk, jakby to, co ujrzał, nie mogło być prawdą.

Umarły dopadł do drzwi, zapierając się o nie barkiem i nogą, lecz Edric szarpnął raz, potem drugi. Drewno wreszcie ustąpiło. Sigurd osunął się na kolana, a przyjaciel odszedł, nieświadomy jego krzyku.

 

***

Minęła kolejna noc, a ciało wciąż wisiało u powały. Czy ktokolwiek przyjdzie je odciąć? Dlaczego Edric tego nie zrobił?

Sigurd wciąż starał się odganiać muchy, które coraz tłumniej siadały na wytrzeszczonych gałkach ocznych i języku. Niekiedy nawet mu się udawało. Jednak odoru, który z każdą godziną przybierał na sile, nie był w stanie się pozbyć.

Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Zmarłego ogarnęła nadzieja, że wreszcie ktoś zrobi to, co należało.

– Sigurd! – ryknął ochryple strażnik, stając w progu mieszkania. – Już drugi dzień nie stawiasz się w kopalni! Jeszcze jeden i forsy nie będzie, słyszysz?

Deski zaskrzypiały pod ciężkimi buciorami, a mężczyzna wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi.

– Ochar… – warknął Sigurd, czując odrazę na sam widok znienawidzonego mężczyzny.

Strażnik rozejrzał się po wnętrzu mieszkania. Podszedł bliżej. Szturchnął wiszące u powały ciało wartowniczą pałką. Zakołysało się bezwładnie.

Ochar uchylił okna, by wpuścić choć trochę świeżego powietrza, a później usiadł przy stole. Chwycił jedną z rozrzuconych przez wiatr kartek i położył na blacie. Była czysta.

– Tobie, Sigurdzie, i tak już nic z tego nie przyjdzie… a mój los może się wreszcie odmienić – wyszeptał.

Strażnik otworzył flakonik z inkaustem i wyjął pióro. Zaczął pisać. Słowa testamentu były krótkie, proste, ale wystarczyły.

Gdy skończył, dokładnie odwzorował podpis zmarłego z leżących na podłodze dokumentów. Złożył papier i wcisnął go w kieszeń na piersi Sigurda.

Jeszcze tylko zamknął szczelnie okna i ruszył w stronę drzwi. Zanim wyszedł, usłyszał odgłos spadającej na podłogę kartki. Zmarszczył brwi. Włożył ją przecież głęboko. Podniósł ją i umieścił ponownie w kieszeni nieboszczyka, tym razem zapinając guzik. Drzwi trzasnęły głucho, a Sigurd znów został sam.

– Nie ujdzie ci to płazem – zaszlochał. Nie zdołał jednak rozpiąć kieszeni. I choć szarpał z całych sił, ciało jedynie lekko się zakołysało.

 

***

Ochar wszedł do należącej do teściowej kamienicy. Zdjął buty, by nie nanosić błota. Mamusia tego nie tolerowała.

– Ile żeś dzisiaj zarobił?! – warknęła starsza kobieta, zaciskając palce na drewnianym wałku.

– Jeszcze nic, ale to był dobry dzień – odparł, przyspieszając kroku, by przemknąć do swojej izby.

– Dobry dzień?! Wracasz do domu bez pieniędzy i twierdzisz, że to był dobry dzień?! – kobieta krzyknęła, unosząc wałek nad głowę. – Niedorajda! Żadnego z ciebie pożytku! Ani dziecka nie potrafisz zrobić, ani na chleb zapracować!

Ochar uskoczył przed wałkiem rzuconym w jego stronę. Kobieta odwróciła się w stronę kuchni.

– Dobry dzień… – rzekła niby do siebie, ale dostatecznie głośno, by ją usłyszał. – Dobry byłby, gdybyś wcale nie wrócił…

Wśliznął się przez uchylone drzwi. Jego żona siedziała pochylona nad robótką ręczną. Nawet nie odwróciła ku niemu głowy.

– Znowu zaczęła? – spytała z przekąsem.

– Mogłaś chociaż zaprzeczyć…

– Zaprzeczyć, że jesteś niedorajdą? – prychnęła. – Tego sam mógłbyś nareszcie dowieść.

Ochar zacisnął szczęki, tłumiąc łzy. Usiadł naprzeciw kobiety, licząc, że chociaż podniesie na niego wzrok.

– Niedługo będziemy mieć własne mieszkanie – rzekł wreszcie z nadzieją.

– Ty? – parsknęła cicho. – Nie składaj obietnic, których nie jesteś w stanie spełnić.

W końcu na niego spojrzała. W jej oczach nie było jednak nadziei, tylko politowanie.

 

***

Tego dnia na cmentarzu za miastem wiatr wył przeciągle, a deszcz lał jak z cebra. Nad wykopanym dołem wciąż spoczywała prosta sosnowa trumna, za którą z własnej kiesy zapłacił Ochar. Wokół grobu stała zaledwie garstka ludzi: poza grabarzami jedynie kapłan i Ochar.

Sigurd ze smutkiem wpatrywał się w zebranych żałobników. Nie spodziewał się, że tak niewiele osób przyszło go pożegnać.

Po ostatnich słowach kapłana grabarze opuścili trumnę na dno dołu i zaczęli zasypywać grób. Strażnik wrzucił jeszcze mały zerwany przy ścieżce kwiat, który zniknął pomiędzy grudami cmentarnej ziemi.

– Widać, że za życia miał tylko jednego przyjaciela, ale za to prawdziwego – rzekł kapłan, poklepując Ochara po ramieniu, zanim odszedł.

Mężczyzna nie odpowiedział. Serce waliło mu mocno.

– Jak śmiesz?! – wrzasnął Sigurd prosto w twarz Ochara. – Będziesz smażył się w piekle, złodzieju! Zobaczysz!

Mężczyzna poczuł jedynie mocniejszy podmuch wiatru. Nad cmentarzem zagrzmiało, lecz on nie usłyszał ani jednego słowa zmarłego.

Szum deszczu przybierał na sile, a zimny powiew wywracał kwiaty na sąsiednich grobach, jakby wobec zaświatów nie miały one żadnego znaczenia. 

 

***

Dwa tygodnie zajęło Ocharowi odświeżenie przejętego po Sigurdzie mieszkania. Dziś jednak po skończonej dniówce mógł wreszcie ze spokojem rzucić się na łóżko i odetchnąć. Bez ciągłych uwag teściowej, bez pogardliwego spojrzenia żony, z którą od dawna dzielił tylko dach. Teraz mógł odpocząć sam. A one… niech im życie lekkim będzie…

Ochar leżał na zaścielonym grubym kocem łóżku. Chłodny przeciąg przyjemnie omiatał jego spoconą po dniu pracy twarz. Okna wciąż zamykał jedynie na noc, próbując pozbyć się uporczywego trupiego odoru.

Ktoś załomotał do drzwi. Łup. Łup. Mężczyzna zerwał się na nogi. W razie potrzeby miał przygotowane wszystkie dokumenty potwierdzające uznany przez radę miasta testament poprzedniego właściciela. To na jego mocy mieszkanie należało teraz do Ochara. Jednakże wciąż obawiał się, że ktoś zechce je odebrać. Otworzył drzwi.

– Czego tak sterczysz?! – wrzasnęła teściowa.

Ochar nie dowierzał. Zwykle nie wychylała nosa poza własne drzwi. A teraz pofatygowała się na drugi koniec miasta?

– W piecu nienapalone! Brakuje węgla! A ty siedzisz tutaj i gnuśniejesz! – krzyczała. – Własnej żonie pozwalasz marznąć! Zobaczysz, przez ciebie dopadnie ją zaraza i umrze! Przez ciebie!

Tym razem jednak Ochar nie musiał jej słuchać.

– Idź precz, kobieto – rzekł beznamiętnie, zatrzaskując przed nią drzwi.

Jeszcze przez chwilę słyszał dobiegające z zewnątrz krzyki.

– Rodziną nie potrafisz się zająć! Niedorajda! Zobaczysz!

Później jednak ucichły.

Łup. Łup. Łup. Ktoś ponownie załomotał do drzwi. Ochar ruszył szybkim krokiem i szarpnął klamkę.

– Wezwę straż, jeśli… – krzyknął, otwierając z impetem drzwi. Umilkł jednak, nie widząc teściowej przed progiem.

Rozejrzał się baczniej. Na tonącej w mroku ulicy nie było nikogo. Jedynie wiatr zamiatał liście na bruku.

– Dziwne… – wyszeptał, zamykając zasuwę.

Naraz okna trzasnęły, szarpane przeciągiem. Ochar zamknął je szczelnie, aby szyby nie popękały. Później usiadł przy stole i zapalił świecę, by przeliczyć zarobione tego tygodnia pieniądze.

– Dwa solary i osiem lunarów… – wyszeptał, z dumą uśmiechając się do siebie.

Złote monety wrzucił do zamykanej na klucz szkatułki i schował pod łóżko. Lunary zaś wcisnął do przywiązanej u pasa sakiewki. Srebro zabrzęczało przyjemnie. Jutro kupi kwiaty na grób Sigurda, a pewnego dnia być może postawi mu pomnik. Czas pokaże.

Naraz wiatr powiał mocniej, gasząc światło świecy i przewracając stojący na stole flakonik z terpentyną. Ochar spojrzał w stronę zamkniętych okien. Zasłony nawet nie zafalowały.

Zapalił ponownie świecę i pozbierał resztki stłuczonej butelki. Nim zdążył wytrzeć rozlany płyn, wiatr znów dmuchnął, przewracając świecznik i zrzucając płonącą jeszcze świecę na podłogę.

Terpentyna natychmiast stanęła w płomieniach, a Ochar rzucił się w kierunku roznieconego ognia i zadeptał go. Tym razem osadził świecę głęboko w ciężkim lichtarzu. Zapalił ją i posprzątał dokładnie.

Na podłodze jednak pozostał niewyraźny ślad. Ochar długo wpatrywał się w koślawe znaki, aż wreszcie drżącym głosem odczytał wypalone słowo:

– Złodziej…

Nerwowo rozejrzał się po mieszkaniu. Drzwi były zamknięte, a okna… przecież sprawdził dwa razy. Ręce mu zadrżały. Powoli podniósł wzrok w kierunku solidnej belki podtrzymującej strop. Niemal od razu dostawił krzesło, by zedrzeć z niej pozostały po Sigurdzie fragment powrozu. Jak mógł go wcześniej przeoczyć? Czyżby bał się choćby spojrzeć w tę stronę?

To powinno wystarczyć… To z pewnością załatwi problem – pomyślał.

 

***

Kolejna nieprzespana noc. Kolejny dzień oglądania się przez ramię. Sigurd nie pozwalał Ocharowi przestać o sobie myśleć. Bez przerwy szeptał mu do ucha niezrozumiałe słowa, drażniące niczym nocne brzęczenie komara. Wytrącał przedmioty z rąk, kreślił w pyle koślawe znaki. Z każdym dniem coraz silniej oddziaływał na świat żywych.

Tego dnia Ochar przyniósł kolejny bukiet kwiatów i zapalił świecę na grobie Sigurda. Płomień jednak gasł raz po raz, jakby knot zawilgł wewnątrz świecy.

Duch umarłego rozrzucał złożone w darze kwiaty, unosił w powietrze liście i pył, dmuchał piachem w oczy Ochara. Ten jednak wciąż stał przed grobem. Wytrwale. Aż wreszcie odezwał się, przerywając cmentarną ciszę.

– Przepraszam, Sigurdzie! – krzyknął, patrząc w granatowe niebo. – Przepraszam, że cię okradłem! Słyszysz? Przepraszam!

Wiatr zawirował mocniej, niemal przewracając mężczyznę.

– To była moja jedyna szansa na normalne życie… – dodał po chwili, a jego głos zadrżał.

Coś podcięło mu nogi. Upadł. Chrupnęło. Kolano przeszył ból. Mimo to zerwał się do ucieczki. Kroki stawiał niepewnie, jakby nie wiedział, ile mu ich jeszcze zostało.

– Czego… czego ode mnie chcesz? – załkał.

Wir popychał Ochara coraz mocniej i mocniej, aż stracił grunt pod nogami. Wpadł do głębokiego wykopu. Z ziemi patrzyły na niego puste oczodoły częściowo zmiażdżonej czaszki. Gdzieniegdzie sterczały kości, a brzegi dołu osypywały się przy każdym ruchu.

– Tego pragniesz?! – krzyknął zrozpaczony Ochar. – Tego?!

Z trudem wygramolił się na górę, rozglądając się wokół. Nie dostrzegł jednak żadnej odpowiedzi. Spojrzał jeszcze raz na dno wykopu. Wykopu, który czekał na kolejną śmierć.

Niedaleko, w mroku, rozległo się przeciągłe wycie. Kto wie, co przypełza nocą na żer między grobami? Kto wie? Zerwał się do biegu. Byle bliżej miasta. Byle bliżej domu.

 

***

Sigurd kończył wyskrobywać ostatnią literę w drewnie. Nie potrafił poruszyć cięższych przedmiotów, ale niewielki odłamek szkła z rozbitej butelki nadawał się idealnie.

Naraz drzwi trzasnęły głucho, a Ochar wpadł do środka, jakby ścigało go stado wygłodniałych wilków. Czym prędzej zaryglował drzwi i dopadł do okien, zamykając je szczelnie. Nie zapalił świecy. Skulił się na łóżku, okrył się kocem i nasłuchiwał.

Ostatnie skrobnięcie ostrą krawędzią szkła przeszyło ciszę. Ochar zadrżał, podnosząc wzrok w stronę belki, a w nikłej poświacie księżyca dostrzegł opadające na posadzkę wióry.

Ręce mu dygotały, a gardło ścisnęło się tak mocno, że przez chwilę nie potrafił wydobyć z siebie słowa. Wreszcie wyszeptał łamiącym się głosem:

– S… Sigurd?

Nagły podmuch wiatru wyrwał z kurczowo zaciśniętych dłoni koc. Zasłona zafalowała, a okno otworzyło się i uderzyło o ścianę z trzaskiem. Szyba nie wytrzymała. Przez jej środek biegło podłużne pęknięcie. Ochar czym prędzej zamknął okno z powrotem, a cisza wypełniła izbę. Spojrzał w kierunku belki.

Mężczyzna zapalił świecę i podstawił taboret. Gdy na nim stanął, wreszcie dojrzał wyryte w starym drewnie imiona.

Garron. Aldren. Morven. Sigurd. Ochar.

Ostatnie było świeże, niemal białe. Jeszcze nie ściemniało od panującej w izbie wilgoci.

 

***

Sigurd spojrzał na rozkopaną starą mogiłę, do której niedawno wepchnął Ochara. Był z siebie zadowolony. W końcu zobaczył prawdziwy lęk w oczach strażnika. Należało mu się.

– Już nigdy nie zapomni mojego imienia. – Duch uśmiechnął się do siebie. – A z tą belką… aż miło było patrzeć.

– Cieszy cię czyjeś cierpienie… – Usłyszał za sobą stanowczy kobiecy głos.

Na płycie nagrobnej przy pobliskiej alejce siedziała Maman Brigitte. Jej ciemnorude loki opadały niemal na uda, przesłaniając trupio bladą twarz. Wypuściła z krwistoczerwonych ust dym cygaretki. Zapachniało goździkami, a mgła zaświatów powoli rozlewała się pomiędzy grobami. Sigurd zrobił krok w stronę żony Barona Samedi.

– I pomyśleć, że on chce ci postawić pomnik. – Podniosła na niego wzrok.

– Co mi z pomnika po śmierci?

– A z mieszkania?

– To co innego – warknął Sigurd. – On mnie okradł!

– Ukradł coś, czego i tak nie możesz zabrać z tego świata – odparła Maman Brigitte, poprawiając czarny, ażurowy kapelusz.

Na cmentarzu zapanowała cisza. Sigurd nie odpowiedział. Mgła gęstniała wokół Maman Brigitte, a słowa odbijały się echem między grobami.

– Gdybyś wiedział, jak wyglądało jego życie… – Wypuściła z ust chmurę dymu. – Wyryłeś imię na belce. Czego ty właściwie od niego chcesz?

– Latami traktował ludzi bez litości, zasłaniając się swoją pozycją – uniósł głos Sigurd. – Teraz nadszedł czas, by zapłacił za wyrządzone krzywdy.

– Widzisz w nim tylko złodzieja… – odparła Maman Brigitte.

– Nie miał prawa do mojego mieszkania i nigdy mieć nie będzie! – Sigurd zaczął nerwowo przechadzać się pomiędzy mogiłami.

– Nie. Nie miał – rzekła ciszej. – Czy to od razu powód, by życzyć mu śmierci?

Sigurd spochmurniał. Milczał. Nie wytrzymał spojrzenia ducha śmierci. Odwrócił głowę.

– Ty nie potrafiłeś odnaleźć własnej ścieżki w życiu… Czy i on musi przez to umrzeć? – rzuciła ostro Maman Brigitte.

Odwróciła się. Rude loki zafalowały na wietrze, a po chwili Maman Brigitte zniknęła we wrotach zaświatów. Jeszcze tylko bębny zadudniły rytmicznie.

Sigurd został sam pośród mogił i opadniętych liści.

 

***

Zamek zardzewiałej kraty zachrzęścił, gdy Ochar i jego towarzysz wepchnęli skazańca do więziennego wozu.

– Błagam… ja tego nie chciałem zrobić – jęknął mężczyzna zza żelaznych prętów, gdy tylko pojazd ruszył.

– Tak, tak… Nam się nie musisz tłumaczyć – odparł drugi strażnik, parskając śmiechem.

– Proszę… mówię prawdę! – łkał gorzko, a jego płacz cichł z każdą chwilą, aż wreszcie umilkł, gdy wóz zniknął za zakrętem.

– Co temu zarzucają? – zapytał Ochar.

– Temu? – Towarzysz uniósł brwi. – Próbował ukraść chleb. Później jednak w szamotaninie złamał nos gwardziście.

Ochar nie odpowiedział.

– Zawiśnie jeszcze dzisiaj… – dodał po chwili drugi strażnik.

– Za chleb…

– Nie! – oburzył się mężczyzna. – Za podniesienie ręki na gwardzistę.

Zapadła cisza, a Ochar ruszył w stronę domu. Jego warta dobiegała końca. 

Gdy zamknął za sobą drzwi mieszkania, usiadł zrezygnowany na niskim zydlu. Podniósł wzrok na belkę. Od chwili, gdy dostrzegł na niej własne imię, starał się na nią nie patrzyć. Teraz jednak miał wrażenie, że ktoś z tego miejsca bez przerwy mu się przygląda.

Cisnął na podłogę przepocony mundur i podszedł do stołu. Chwycił chleb, by odkroić ostrym nożem grubą pajdę. Nim jednak skończył, jego ręka zadrżała, a bochenek wyśliznął mu się i upadł na brudne deski. Nogi ugięły się pod Ocharem, a znajomy ból przeszył kolano, gdy uderzył nim o posadzkę.

– Dlaczego?! – krzyknął nagle w stronę milczącej belki. Przed oczami wciąż miał twarz dzisiejszego skazańca.

Sigurd siedział w fotelu ustawionym w kącie izby i obserwował Ochara. Patrzył. Lecz ani zasłony nie zafalowały, ani nawet płomień świecy nie przygasł. 

Łzy strażnika powoli kapały na wypalony w podłodze napis.

 

***

Dłoń Ochara dygotała, gdy wciskał do kieszeni na piersi spisany naprędce testament.

Mieszkanie nigdy do mnie nie należało – powtarzał w myślach. – Niech miasto rozsądzi, czyją winno być własnością.

Stanął na chyboczącym się taborecie i długo wpatrywał się w zwisający z belki sznur. Serce waliło mu jak oszalałe, a po policzkach spływały łzy.

– Nie rób tego! – krzyczał Sigurd, lecz jego głos nie docierał do Ochara, który sięgał w stronę pętli. – Nie musisz! Nie!

Zasłony załomotały, jakby targał nimi wiatr, choć okna były zamknięte. Stojące na stole naczynia spadły na podłogę z głośnym trzaskiem. Mężczyzna jednak nawet nie odwrócił głowy. Bezustannie wpatrywał się w belkę, jakby ta wzywała go do siebie.

Sigurd poruszył powrozem, a ręka Ochara chwyciła powietrze. Duch dojrzał luźny węzeł przy belce i czym prędzej zaczął go rozplątywać. Strażnik znów wyciągnął rękę po sznur, lecz w tej chwili zsunął się on na podłogę. Zdążył.

Ochar spojrzał na wyryte w ciemnym drewnie własne imię, a później na leżący na deskach powróz.

A jeśli mnie nie utrzyma? Jeśli nie będzie to tylko krótka chwila? – Zadrżał na tę myśl.

Osunął się na podłogę i podkurczył kolana do piersi. Leżał przez dłuższy czas, łkając. Kątem oka zauważył coś przemykającego pod szafką.

Ochar zerwał się na równe nogi. Otarł oczy i wybiegł na ulicę, zostawiając otwarte na oścież drzwi. Sigurd ruszył za nim. Strażnik biegł. Za rogiem skręcił i wpadł z impetem do sklepu zielarza.

Duch zatrzymał się przed drzwiami. Po chwili ujrzał, jak mężczyzna wychodzi z wyraźną ulgą na twarzy. W dłoni ściskał czarny flakonik z przekreślonym rysunkiem gryzonia. Powolnym krokiem ruszył w stronę mieszkania.

Gdy wszedł do środka, zamknął zasuwę, postawił flakonik na środku stołu i podszedł do szafy. Wyjął odświętny mundur. Ten na szczególne okazje. W tej chwili izbę przeszył dźwięk tłuczonego szkła. Odłamki czarnego flakonika rozprysły się po posadzce, a trucizna zaczęła wsiąkać w drewno podłogi.

– Co?! Dlaczego, Sigurdzie?! – ryknął Ochar, szukając wzrokiem jakiegokolwiek śladu ducha. – Pozwól mi choć o tym zdecydować! Proszę!

– Ocharze, wybaczam ci! Słyszysz? Wybaczam!

Jednak strażnikowi odpowiedziała tylko cisza.

Dopiero po chwili przerwało ją ciche skrobanie, a wióry spękanej belki opadły na posadzkę. Mężczyzna spojrzał na wyryte imiona. Ostatnie z nich, jego własne, zostało przekreślone.

Ochar przystawił jednak taboret i ostrym nożem pogłębił litery. Teraz były widoczne niemal od drzwi.

Bez wahania zarzucił sznur i pospiesznie zaciągnął dwa węzły. Solidne. Zbyt mocne, by Sigurd zdołał je rozwiązać. I choć duch z całych sił szarpał powróz, nie był już w stanie sprzeciwić się Ocharowi.

 

***

Belka zatrzeszczała pod jego ciężarem. W oczach Ochara pojawił się lęk. Sznur wżarł się głęboko w szyję, nie pozwalając zaczerpnąć powietrza.

Jeszcze dłonie szarpnęły pętlę. Jeszcze kilka rozpaczliwych prób nabrania oddechu, kilka kopnięć nogami, by dosięgnąć podłogi. Bezskutecznie. A przecież była tak blisko. Niemal czuł ją czubkami palców stóp. Ale było już za późno. Nagle wszystko ucichło. Tylko powróz skrzypiał ochryple, coraz mocniej skręcany obracającym się ciałem.

Ciszę przerwało rytmiczne dudnienie bębnów, a wypalony w podłodze napis powoli niknął w rozlewającej się w mieszkaniu mgle.

– Brawo! Brawo! – Oklaski Barona Samedi wypełniły izbę.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Kwestie językowe i powstałe przy czytaniu sugestie oraz wątpliwości (zawsze – jedynie do przeanalizowania):

Belka zatrzeszczała pod jego ciężarem. Z oddali dobiegł go jeszcze odgłos zabijanych deskami drzwi sąsiedniej kamienicy. Zaraza – ostatnia myśl przemknęła przez jego głowę. – powtórzenie/zaimkoza

Siedział w powycieranym fotelu z założonymi nogami, a między jego zębami żarzyło się grube cygaro. Jego dym mieszał się z powoli zbierającą się wokół mgłą zaświatów. – i tutaj?

To na jego mocy mieszkanie należało teraz do niego. Mimo to wciąż obawiał się, że ktoś zechce mu je odebrać. – i tu?

Mgła gęstniała wokół Maman Brigitte, a jej słowa odbijały się echem między grobami.

– Gdybyś wiedział, jak wyglądało jego życie… – Wypuściła chmurę dymu w jego stronę. – Wyryłeś jego imię na belce. Czego ty właściwie od niego chcesz? – i tu także?

 

Jeszcze kilka krótkich zrywów, kilka kopnięć nogami, by dosięgnąć podłogi. Nadaremno. Mrok zaczął nadchodzić od krawędzi obrazu, powoli kurcząc widzialny świat, aż całkowicie ogarnęła go ciemność. Nogi jeszcze przez chwilę szarpały w nieskoordynowanych drgawkach, jeszcze kilka pustych, odruchowych westchnień, a później cisza. I tylko świat jeszcze zdawał się wirować. – powtórzenia?

A może to on obracał się, wisząc u powały. – czy to nie jest zdanie pytające?

Może (przecinek?) gdyby nie zdążył zdjąć butów. – i to?

Ochar uskoczył przed wałkiem rzuconym w jego stronę. Kobieta odwróciła się w stronę kuchni. – powtórzenie?

Znowu zaczęła? – zapytała z przekąsem. – czy aliteracja celowa?

Cieszy cię czyjeś cierpienie… – i ta?

– Niedługo będziemy mieć własne mieszkanie – rzekł wreszcie z nadzieją.

– Ty? – parsknęła cicho. – Nie składaj obietnic, których nie jesteś w stanie spełnić.

Wreszcie na niego spojrzała. – powtórzenie?

Mężczyzna poczuł jedynie mocniejszy podmuch wiatru. Nad cmentarzem zagrzmiało, lecz on nie usłyszał ani jednego słowa zmarłego. Szum deszczu przybierał na sile, a zimny wiatr porywał kwiaty z sąsiednich grobów, jakby wobec zaświatów nie miały one żadnego znaczenia. – i tu?

Okna wciąż zamykał jedynie na noc, próbując pozbyć się utrzymującego się trupiego odoru. – i tu?

– Ukradł coś, czego i tak nie możesz zabrać z tego świata – odparła Maman Brigitte, poprawiając czarny (przecinek?) ażurowy kapelusz.

 

 

Znakomicie dozujesz napięcie. Można by powiedzieć, że to taka „niekończąca się opowieść o grzechu i karze”. :)

Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam, ale odnoszę wrażenie, że imiona wyryte na belce, dotyczyły zatwardziałych grzeszników. Dziwiło mnie z początku, czemu pokazujesz tak drobiazgowo życie prywatne Ochara, a pominąłeś kompletnie pierwszego odwiedzającego miejsce samobójczej śmierci, przyjaciela Sigurda, Edrica. W sumie ta kwestia jest jakby nierozstrzygnięta i budzi u mnie mnóstwo pytań: – czy przyjaciel zrobił mu coś złego?; czemu go nie odciął i nie pochował, jak spodziewał się tego duch Sigurda?; dlaczego zatem po nim płakał?

Mimo tych wątpliwości, postać Barona, jego żony, ich wyjątkowych słów oraz cała historia łącznie z zakończeniem zrobiły na mnie wielkie wrażenie. :)

Klikam podwójnie, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :)

 

Edit, bo tytuł zawsze mi umyka przy czytaniu: 

BRAWA za tytuł!!!

@bruce

Niezmiernie mi miło, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Zaimki postaram się ograniczyć popołudniu. Cieszę się, że udało się nie rozwlec napięcia. Nie ukrywam, że obawiałem się tego, bo z jednej strony napięcie, a drugiej ukazanie sekwencji przemiany bohaterów(a to wymagało kilku scen).

W kwestii Edrica: Tutaj chciałem ukazać to, że Edric zareagował przerażeniem i dezorientacją. Nie podejmując w pełni świadomych decyzji z powodu emocji, wybrał ucieczkę od tego co zobaczył. 

W kwestii tytułu: Cieszę się, że tytuł ci się spodobał. Nie ukrywam, że samo wymyślenie odpowiedniego tytułu zajęło mi kilka dni ;) 

Dziękuję serdecznie za opinie i za podwójny klik ;) <jupi>

Brawa, Anonimie, tytuł wielce mówiący, pokazuje, że sprawa winy za grzechy dotyczy nas wszystkich – jak bohater, spodziewamy się pewnie nieba, a tu – miejsce na belce czeka także na nas – ogromnie wymowne i bardzo moralizatorskie! yes Niczego nie da się ukryć, każda podłość wyjdzie na wierzch wcześniej czy później. :) 

Co do przyjaciela – rozumiem, tak to potem rzeczywiście odebrałam, kiedy zrozumiałam, czemu akurat strażnikowi poświęciłeś tyle miejsca w swojej świetnej opowieści. :)

Powodzenia, pozdrawiam, dzięki. heart 

@bruce

Dziękuję jeszcze raz za wyrażone uznanie i sugestie poprawek. Dokonałem zmian. Mam nadzieję, że nie zepsułem niczego, ale nie wszystko modyfikowałem. W szczególności powtórzenia “jeszcze” celowo zamieściłem, aby podkreślić moment śmierci (jedno wyciąłem, jedno zmieniłem na wreszcie). Zaimki, mam nadzieję, już nie rażą. 

 

Jasne, jasne, wszystko tylko do przemyślenia, to zawsze są jedynie sugestie. :) 

Bałem się nieco “moralizatorskiego” opowiadania, które na końcu nakłada czytelnikowi do łebka to, co oczywiste. A jednak wyszła historia całkiem nieoczywista, ani czarna, ani biała, tylko szara, a czytelnik może sam wyciągnąć z niej określone przesłanie.

Więc subiektywnie historia mi się podobała – duch, który najpierw pragnie zemsty, potem się waha, potem pragnie uratować nieszczęśliwca, ale wcale mu się to nie udaje. Podobnie z Ocharem – na początku nie lubimy go ani trochę, a na końcu może nie jest aniołem, ale jest po prostu jednym z grzeszników, jak każdy inny. Nie jest wcale arcyłotrem i udało Ci się, narratorze, wzbudzić w czytelniku nić sympatii – choć można się spierać, czy to “sympathy for the devil” – raczej nie.

Pozdrawiam i do biblioteki jak najbardziej!

@marzan

Bardzo dziękuję za poświęcony czas na moje opowiadanie;)

Twoja opinia łechta mnie po ambicji, bo właśnie takiego odbioru oczekiwałem. Cieszę się, że odbierasz opowiadanie jako nie czarno-białe. Cieszę się, że w trakcie opowiadania zmienia się twoje postrzeganie Ochara, który najpierw jest łotrem, a później… a później chcę zostawić wahanie: Czy on na prawdę jest takim strasznym łotrem, czy po prostu grzesznikiem jakich wielu? ;)

Historia raczej prosta, ale daje radę.

Ochar coś podejrzanie szybko się nawraca, ale OK, możliwe, że anonimowy Autor nie miał znaków na szaleństwa drobiazgowej analizy i zmiany kroczek po kroczku.

Mam wrażenie, że imię Samedi się odmienia.

Kątem oka coś przemknęło pod szafką.

Coś tu się posypało.

@Finkla 

dzięki za przeczytanie i opinie! :)

Fakt, mszczący się duch to pomysł stary jak świat. Chciałem jednak spróbować napisać swoją wersję.:)

 

Kwestia czegoś przemykającego pod szafką: chciałem zasugerować gryzonia, który Ochara natchnął, by spróbować z trucizną. Może zmienić na : Kątem oka zauważył, że drobny gryzoń przemknął pod szafką. 

Kwestia zbyt szybkiego nawrócenia: no niestety, by zrobić to nawrócenie pełniej tekst by musiał być znacznie dłuższy, a to już zbliżało się do 25 k znaków. 

 

Edit: Ha… teraz dopiero zauważyłem, że chodziło Ci o brak “zauważył”, a nie za słabo określonego cosia, który przemknął. – > zmieniłem na: Kątem oka zauważył coś przemykającego pod szafką.

Tak, chodziło właśnie o logiczne braki w zdaniu.

Nowa Fantastyka