- Opowiadanie: Nawojka31 - Bóg ognia

Bóg ognia

Przedstawiony tekst jest prologiem do mojej powieści. Chętnie przyjmę wszelką krytykę, na której będę mogła wyrosnąć. Chcę wiedzieć, czy w tym tekście, jak i moich umiejętnościach pisarskich, widzicie jakikolwiek potencjał. 

Oceny

Bóg ognia

Gwardziści zebrali się na dziedzińcu w szyku i czekali na dalsze rozkazy. Daryon szedł na końcu posępnej procesji, prowadząc na śmierć księżną wraz z jej mężem. Przy każdym kroku szczęk skuwających skazańców łańcuchów rozdzierał gęstą ciszę nocy, która tak groteskowo kontrastowała z tragedią rozgrywającą się przez ostatnie kilka godzin. Wyglądało na to, że cały świat odwrócił oczy i dał im ciche przyzwolenie na wymierzanie sprawiedliwości w najbardziej okrutny możliwy sposób. Gwardzista głęboko zaciągnął się chłodnym powietrzem znad rzeki, co szybko otrzeźwiło jego zmysły. Nie mógł pozwolić sobie na wahanie tej nocy.

Popędził parę szturchając ich końcem strzelby, lecz w reakcji na ten ruch, kuśtykający przed nim mężczyzna zachwiał się niebezpiecznie i od runięcia na bruk ochroniły go ramiona jego żony. Udało mu się w miarę stabilnie stanąć na drżących nogach, jednak przez resztę drogi opierał cały swój ciężar na kobiecie. Dyszał ciężko, a potargane włosy lepiły się od potu spływającego po woskowo bladej twarzy. Daryon pomyślał, że małżonek księżnej stracił tak dużo krwi, przez ziejącą ranę na nodze, że i tak miałby minimalne szanse na przeżycie. W pewnym stopniu taka wizja usprawiedliwiała jego czyny przed samym sobą, jednak wolał nie dopuszczać więcej do siebie podobnych rozważań. Wymówek szukają jedynie winni, tymczasem on był mieczem wymierzającym cesarską sprawiedliwość.

Kiedy znaleźli się na środku placu gwardzista pchnął dwójkę na kolana. Nie musiał przykładać do tego zbyt wiele siły, nawet nie stawiali oporu. Malujący się przed nim obraz wyglądał na wyciągnięty rodem z dramatu – oto siostra cesarza wraz z mężem na kolanach czekają na swoją egzekucję.  

Ciężko było mu rozpoznać w spętanej łańcuchami kobiecie, odzianej w rozdartą, poplamioną suknię dawną damę, do której wzdychał każdy mężczyzna w kraju. Jedyną przesłanką świadczącą o jej tożsamości była skostniała na jej twarzy duma, którą szczyciła się wysoko zadzierając głowę. Wrażenia niezłomności nie psuła nawet rozcięta warga, z której wciąż powoli sączyła się krew ani okalające jej twarz potargane włosy.

Wykorzystał tę chwilę w oczekiwaniu na dowódcę, by przebiec wzrokiem po okalającym ich budynku. Wybudowany w nowoczesnym stylu pałac przytłaczał go swoją okazałością i ilością zdobień, których nie był w stanie nawet nazwać. Stał tam niewzruszony i piękny, strzegąc swoich tajemnic za grubymi murami.

Mógłby zachwycić się tym urzekającym widokiem, podsycanym słodką mieszanką zapachów kwiatów z rozstawionych na dziedzińcu donic, gdyby tylko znalazł się tutaj w innych okolicznościach. W głębi ducha wiedział jednak, że nigdy by do tego nie doszło. Gwardia cesarska była jego jedyna szansą na lepszą przyszłość, na osiągnięcie czegoś więcej niż jego rodzina mogła mu dać. W innych okolicznościach w ogóle nie miałby szansy się tutaj znaleźć. Zatrzymał się na tej myśli i pozwolił jej wybrzmieć odpowiednio dobitnie w swojej głowie. Zaczerpnął z niej siły, których potrzebował, by wypełnić swoje zadanie do końca.

W polu widzenia wyłapał przytłumiony blask światła pochodzący z jednego z okien na drugim piętrze. Widok ten przywodził mu na myśl tarczę księżyca na bezgwiezdnym niebie. Przypuszczał, że okno to musiało znajdować się w saloniku, w którym zgromadzili resztę domowników. Zastanawiał się, czy jeszcze żyją, kiedy jego uszu dobiegł niosący się echem stukot oficerskich butów. W mrok nocy wkroczył cesarz wraz z dowódcą gwardii. Ich pojawienie się wywołało natychmiastową reakcję i przez szpaler przetoczył się krótki ale dobitny, jak wystrzał z rewolweru, hałas pozdrawiających ich żołnierzy. Pułkownik wykrzyknął tubalnym głosem komendę i oddział wnet synchronicznie powrócił do swojej dawnej pozycji pełnej gotowości.

Władca przeszedł niespiesznie, jakby rozkoszował się każdym krokiem, naprzód i znalazł się teraz centralnie przed dwójką skazańców. Choć nie groził mu atak z ich strony, to wciąż starał się zachować bezpieczną odległość, niczym od wściekniętego psa. Przez ciągnącą się w nieskończoność chwilę cesarz przyglądał im się badawczo w ciszy. Jego ściągnięta skupieniem twarz nie zdradzała żadnej emocji, a oczy o wyjątkowo zimnym odcieniu błękitu lustrowały parę w poszukiwaniu czegoś, co tylko on mógł wiedzieć.

Księżna nie uraczyła brata swym spojrzeniem, patrzyła zaciętym wzrokiem gdzieś w dal, jakby przez niego. Jej mąż, który widocznie miał coraz większe problemy nawet z klęczeniem, strzelał spode łba nienawistnym wzrokiem to na gwardzistów to na stojącego dumnie przed nimi mężczyznę. Dyszał zawzięcie przez mocno zaciśnięte zęby, przez które okazjonalnie bryzgały krople śliny.

Głos władcy zmącił brzemienną w napięcie ciszę.

– Zefoyo Divaros, zostajesz skazana na śmierć pod zarzutem uprawiania magii oraz spiskowania przeciwko władzy cesarskiej. Twoja rodzina również odpowie za współudział. – ogłosił stanowczym tonem, po czym dodał mniej oficjalnie – Po naszej rozmowie wnioskuję, że nie masz nic na swoją obronę.

Spojrzenie kobiety nagle nabrało ostrości i teraz patrzyła prosto w twarz brata.

– Możesz zabić Zefoyę, ale ja przeżyję. Mężczyzna prychnął jakby znudzony.

– Nie ma sensu dalej się pogrążać, droga siostro – rzucił z udawaną troską – Czy masz mi jeszcze coś do powiedzenia?

– Co z moją córką? – zapytała pośpiesznie całkiem ignorując jego słowa.

– Jest bezpieczna.

– Czy mój syn żyje? – zapytała po dłuższej chwili. Daryon widział, jak mocno napięła mięśnie szyi, by nie dopuścić do załamania się głosu.

Lesandor studiował jej twarz przez moment, nim się odezwał.

– Żyje, ale nie potrwa to długo – odparł beznamiętnie.

Daryona przeszył nagły dreszcz, kiedy niespodziewanie na dziedziniec wtargnął mroźny poryw wiatru. Przeciął plac całą swoją masą i rozszedł się dudniącym dźwiękiem po sieni. Gdzieś w oddali strzeliło niedomknięte okno, na co gwardzista mimowolnie się wzdrygnął, a jego ręce mocniej ścisnęły strzelbę. Zdawał sobie sprawę, że tutaj na północy wiosna może być dość chłodna, jednak gdzieś w jego trzewiach budził się niepokój.

Kiedy ponownie zwrócił się ku rozgrywającej się obok niego scenie dostrzegł diametralną zmianę na twarzy Zefoyi. Jej kamienna obojętność skruszyła się pod naciskiem gniewu, pod którego wpływem jej oblicze stało się obrazem czystej furii. Kiedy podniosła wzrok, jej oczy płonęły żywym ogniem.

– Zapłacisz za to – głos kobiety brzmiał jak syk trawiących swoją ofiarę płomieni.

Lesandor wydał z siebie stłumiony chichot, na jego twarz wstąpiła mieszanka kpiny i politowania.

– Wątpię, żebyś zdołała zemścić się zza grobu – rzucił obojętnie i już odwrócił się by odejść, lecz przystanął na moment i dodał przez ramię ściszonym tonem. – Módl się, a może Najwyższy ci wybaczy.

Jakby na komendę Zefoya spuściła głowę i szepcząc coś niewyraźnie. Jej ciało napinało się coraz bardziej, jakby przebiegały przez nie spazmy bólu. Ciche inkantacje przerywały teraz energiczne wdechy i wydechy. W powietrzu dało wyczuć się pewną nienazwaną obecność, jakby wypełniała ona każdy skrawek pustej przestrzeni.

Daryon czuł na sobie czyjeś spojrzenie niczym zimne ostrze przystawione do gardła. Obejrzał się spanikowany za siebie, lecz niczego nie dostrzegł. Z jakiegoś powodu poczuł się jak łania otoczona przez stado gończych psów.

Kiedy wrócił spojrzeniem na klęczącą przez nim dwójkę okazało się, że ciało kobiety teraz trzęsie się niekontrolowanie, a jej skóra wydzielała ledwie widoczną parę. W nozdrzach zaległ mu ostry zapach siarki. Powietrze wokół nich wręcz jarzyło się iskrami. Zdążył jeszcze usłyszeć pośpieszne komendy rzucane przez dowódcę, do których wkradała się napięta nuta. To wszystko jednak działo się gdzieś obok niego, daleko, a on stracił całkiem panowanie nad swoim ciałem, kiedy ze wzmożoną mocą uderzyła w nich kolejna fala wiatru. Nieprzygotowany na spotkanie z tak wielką siłą zachwiał się przy pierwszym ciosie żywiołu. Podmuch ciął jego skórę niczym lód. W górę wzbiły się tumany pyłu uniemożliwiające widoczność. Osłonił twarz dłońmi i całą siłą woli starał się ustać na nogach. Gdzieś w tle słyszał kakofonię krzyków żołnierzy i rozkazów teraz rzucanych już w pustkę. Szyby w oknach nad nimi pękały, a dźwięk ten przypominał salwę artyleryjską. Drobne odłamki szkła spadały na zebranych niczym noże, wbijając się głęboko w ciało. Rozwarte okiennice chybotały się przy każdym podmuchu jak wyłamane szczęki trupów.

– Zabić tę wiedźmę! – ryk Lesandora zagłuszał wiatr, wyjący teraz jak gromada pokutujących dusz.

Uderzający mu do głowy nagły przypływ krwi otrzeźwił go i szybkim ruchem ręki odbezpieczył strzelbę. Nim zdołał wycelować prosto w głowę kobiety, został powalony na ziemię przez niewidzialny żywioł. Upadając wypuścił z uścisku broń, która przetoczyła się gdzieś poza jego zasięgiem. Po swojej lewej słyszał bolesny krzyk, którego źródła nie mógł zlokalizować przez gęstniejące szare tumany.

Do serca tłukącego mu się o żebra powoli wkradała się panika. Nie był tchórzem, nie mógł teraz się poddać.

Zaczerpnął kilka głębokich, urywanych oddechów i skarcił się w myślach za dopuszczenie do siebie wątpliwości. Dźwignął się na czworaka i po omacku starał się znaleźć broń. Był gwardzistą, należał do elitarnej formacji i był gotowy poświęcić swoje życie dla dokończenia misji. Dla swojego cesarza.

Na moment pył przed nim zrzedł na tyle, by mógł dostrzec przed sobą klęczącą sylwetkę. Niewiele myśląc wyciągnął swoją poznaczoną drobnymi skaleczeniami dłoń w tamtym kierunku. W momencie zetknięcia się jej z ramieniem Zefoyi, nagłe uderzenie gorąca kazało mu ją natychmiast cofnąć. Z jego ust wyrwał się krzyk zaskoczenia, a kiedy przyjrzał się swojej dłoni okazała się wściekle czerwona i pulsująca bólem.

Wtedy głowa kobiety poderwała się ku górze z taką, prędkością, że jedynie cudem nie oderwała się od reszty tułowia. W jej twarzy nie dało się już rozpoznać osoby, którą byłą. Nie dało się rozpoznać nawet człowieka.

– Twojego boga tu nie ma! – z jej gardła wydobył się chór wielu głosów i rozszedł się dudniącą falą, odbijającą się od ścian i zawisającą w powietrzu niczym złowrogi zwiastun nieuniknionego.

Daryonowi wydawało się, że cały świat zatrzymał się na tą chwilę, wstrzymał oddech w pełnym napięcia oczekiwaniu.

Wtem wydzielający się z ciała kobiety dym przerodził się najpierw w iskrzący blask, by po chwili stać się pełnoprawnym płomieniem. Zefoya stanęła w ogniu, który szybko przeniósł się na trzymającego się kurczowo jej ramienia męża. Nie krzyczeli, ich ciała zastygły jakby przemienili się w kamienne statuy.

Ogień ożył i sięgał swoimi mackami coraz dalej. Rozchodzące się promieniście płomienie przypominały węże uciekające z gniazda. Nim się obejrzał został otoczony przez pochłaniające wszystko na swojej drodze języki ognia. Wspinały się już po ścianach budynku i zajmowały dach. Daryon rozejrzał się w popłochu, ale nigdzie nie mógł dostrzec swoich współtowarzyszy.

Z powodu czy to narastającej w nim paniki czy wszechobecnego dymu zabrakło mu powietrza w płucach. Krztusząc się każdym wdechem jak topielec próbował po omacku znaleźć drogę ucieczki, lecz takiej nie było. Gęsty dym rozszarpywał jego płuca na kawałki. Nie wyłapał momentu, kiedy szpony ognia uczepiły się nogawki jego spodni i wędrowały coraz dalej w niemożliwie szybkim tempie. Zawył w agonii, kiedy jego skóra topiła się i skwierczała od morderczego żaru, by następnie kruszyć się w popiół. Nim płomienie sięgnęły jego twarzy zdążył usłyszeć ten sam rój głosów, jakby wciągający go w otchłań ogień przemawiał prosto do niego.

– Chwała wojnie! Śmierć wrogom!

 

Koniec
Nowa Fantastyka