To miał być zwykły zwrot błędnie zaadresowanej paczki na pocztę.
To miał być zwykły zwrot błędnie zaadresowanej paczki na pocztę.
Ciężkie drzwi skrzypią złowrogo. Podchodzę do okienka z napisem „Paczki”. Kobieta za szybą pilnie śledzi filmik na TikToku.
– Dzień dobry – mówię, przerywając jej seans.
Nie odpowiada. Kiwa tylko głową, do ostatniej sekundy walcząc o to, by jak najdłużej nie odrywać wzroku od wyświetlacza. Wreszcie telefon spoczywa na blacie, ekranem do góry. Kobieta spogląda na mnie dokładnie tak, jakbym był jedynym świadkiem zbrodni, a ona właśnie chowała zakrwawiony nóż. Chcę więc mieć to jak najszybciej z głowy.
– Ta paczka pomyłkowo do mnie dotarła. – Kładę karton na ladzie. – Listonosz uciekł tak szybko, że nie zdążyłem sprawdzić adresu. Jest podobny, ale jednak inny! Krasińskiego 13/13. – Patrzę na nią, czy już mnie słucha – A ja mieszkam na Krasickiego 13/13…
– Niech pan pokaże. Krasińskiego 13/13? Nie ma takiego adresu. Ta ulica ma tylko numery do siedmiu… – Urzędniczka waha się.
– Tym bardziej proszę przyjąć zwrot tej paczki, bo to ewidentna pomyłka.
– Kaśka! – woła ją głośno starsza kobieta zza okienka „Kontroler Urzędu”. – Znowu na tego Krasińskiego? Chodź no tu, powiem ci, co i jak, bo to grubsza sprawa jest.
Chwilę rozmawiają szeptem, a ja przez szybę widzę, jak oczy tej od paczek robią się coraz większe.
„Musisz mu powiedzieć, że na magazyn tego nie możemy przyjąć” – słyszę mimo szumu klimatyzacji.
Podchodzą do mnie obie, a ta Kaśka rozpina guzik bluzki, jakby nagle zrobiło się jej gorąco, choć z klimy wieje lodowatym powietrzem.
– Niestety, nie możemy przyjąć zwrotu. Tu nie ma adresu nadawcy. Paczka należy do pana – mówi Kaśka sucho.
– Ale to nie mój adres! Więc może ktoś jej szuka, spodziewa się jej? Może przyjdzie tu z reklamacją… – milknę, bo spogląda na mnie tak, że zaciska mi się gardło.
– Ta paczka jest pana!!! Rozumie pan?!! – wydziera się ta starsza ze stanowiska „Kontroler Urzędu”. – Nie możemy jej tu trzymać!!! Zabieraj pan to!!!
Cofam się instynktownie o dwa kroki, kiedy tak na mnie wrzeszczy. Łapię paczkę i robię kilka szybkich kroków w stronę wyjścia. W ciasnym przedsionku oddycham głęboko. Najwyżej wywalę to gdzieś do śmietnika. Po trzech rozprawach rozwodowych mam serdecznie dość babskiego krzyku.
Nagle drzwi ustępują z impetem i kolejny interesant uderza mnie w ramię. Nawet nie przeprasza tylko goni do sali obsługi. Trzyma w rękach identyczną paczkę jak moja. Dokładnie taki sam szary karton.
Drzwi jeszcze się nie domykają i wtedy z głębi słyszę przyciszony głos:
– Zabrał to?
– Zabrał – odpowiada fanka TikToka.
– No, to jeszcze jeden z głowy – rzuca ta starsza.
***
Wracam do domu i rzucam paczkę na podłogę w przedpokoju. W środku zadźwięczały jakieś małe kawałki metalu.
Jak moja, to zajrzę, co jest w środku. Nie teraz. Robi się prawie dziewiętnasta, a ja za bardzo się spieszę.
Szybki prysznic… Ubranie… Zerkam w lustro. Ech, idiotyczne te ciuchy, ale cóż… Oliwka uparła się, żebym na ten dzisiejszy konwent psychofanów anime zrobił cosplay jakiegoś japońskiego mędrca z bajki – wysportowanego ninja, którego nazywają Kakashi. No i stoję tak przed lustrem: na nogach obcisłe, granatowe getry, a na to naciągnięte ciężkie, wysokie buty bojowe, które opinają łydki jak gips. Do tego ciemna bluza z wysokim kołnierzem zasłaniającym pół twarzy i zielona, pikowana kamizelka, zupełnie niedopasowana do sylwetki faceta, który ćwierć wieku pracuje za biurkiem.
Ćwierć wieku temu Oliwki nie było jeszcze na świecie, ale i tak zdążyła nauczyć się sposobów namawiania mnie na taką przebierankę. A wczoraj zastosowała aż trzy z nich, więc na łeb wkładam durną perukę z syntetycznych, nastroszonych, srebrnych włosów, które drapią w kark i opaskę z blaszanym symbolem jakiegoś liścia. Będę co najmniej dwa razy starszy od tych dzieciaków, ale kiedy przypominam sobie te zabójczo zgrabne nogi Oliwki ubranej w kusy mundurek licealistki z mangi, przestaje mi to przeszkadzać.
Klucz w zamku zgrzyta zupełnie bez śladu japońskiej precyzji. Za to drzwi Nissana GT-R otwierają się tak bezgłośnie, że słyszę, jak chrupie mi w kolanach, kiedy się do niego pakuję. Boli, ale co tam… Znowu przypominam sobie Oliwkę w mundurku licealistki i od razu czuję się tak młodo, że nawet ze dwadzieścia przysiadów dałbym radę.
Silnik mruczy. Oliwka zawsze gada dużo, ale milknie, kiedy wkręcam go na obroty. Też uwielbia ten dźwięk. Nie dziwię się, bo Volvo jej ojca tylko gwiżdże turbosprężarką. Nie lubię tego mułowatego wozu dla staruszków z jeszcze dwóch innych ważnych powodów. Po pierwsze dlatego, że ona siedzi w nim daleko ode mnie. A po drugie: jej ojciec od początku jest jakoś negatywnie do mnie uprzedzony, choć jesteśmy w bardzo podobnym wieku, więc powinniśmy się świetnie rozumieć.
Zdecydowanie wolę więc jeździć z Oliwką moim autem. To znaczy prawie moim, bo spłaciłem już sześć z czterdziestu ośmiu rat.
Odtwarzacz odpala jakiś kawałek J-popu. Wyłączam to. Mam szesnaście kilometrów po mieście, żeby pocieszyć się The Prodigy. Tego całego J-popu da się słuchać w aucie tylko, kiedy głaszczę dłonią bajecznie długie uda mojej rudowłosej „japońskiej licealistki” z Bemowa…
Ale jakoś nie mam dzisiaj szczęścia do muzyki. Cała gromada karetek i wozów strażackich pędzi za mną na sygnale. Zjeżdżam na chodnik, modląc się, żeby nie urwać przedniego spojlera. Oddycham z ulgą, kiedy wyjące stado mija mnie, a plastik nawet nie zgrzyta.
„I'm a firestarter, twisted firestarter” – sączy się z ośmiu głośników, gdy nagle dostrzegam wielką hałdę gruzu. Szyld z napisem „URZĄD POCZTOWY WARSZAWA 137” odrzuciło aż na przeciwną stronę ulicy.
Widocznie temu facetowi, którego mijałem w drzwiach, udało się jednak zwrócić tę paczkę…
Idiotyczne ciuchy przesiąkają potem w ciągu sekundy. Co ja zostawiłem w przedpokoju? Czy teraz mój blok wygląda tak jak ta sterta gruzu? Czy strażacy wyjmują właśnie zmasakrowane zwłoki moich sąsiadów?
Ręce trzęsą mi się tak, że wybranie numeru alarmowego udaje się dopiero po chwili.
– Operator 112, słucham zgłoszenia.
– Poczta!!! Wybuchła poczta!!! – wrzeszczę, choć przecież wokół mnie i tak wyją już syreny straży – A ja odebrałem paczkę!!!
– Dziękujemy za zgłoszenie, proszę się uspokoić. Służby są już na miejscu, proszę pana. Czy jest pan ranny?
– Nie, nie, pani mnie nie rozumie! – Czuję, jak pot zalewa mi oczy. – Ja mam taką samą paczkę w domu. W moim mieszkaniu! To była bomba, ta druga też wybuchnie!
W słuchawce zapada sekunda ciszy.
– Proszę pana, proszę oddychać głęboko. Rozumiem, że jest pan w szoku po tym, co pan zobaczył. Proszę odsunąć się na bezpieczną odległość od budynku…
– Nie jestem w żadnym szoku! – Walę pięścią w kierownicę. – Słyszy mnie pani?! Mam w przedpokoju bombę!
– Proszę pana, spokojnie. Służby zabezpieczają już teren zdarzenia. Jeśli czuje pan silny stres, na miejscu są ratownicy… A za chwilę będzie można skorzystać z pomocy psychologicznej…
Rozłączam się. Idiotka. Myśli, że zwariowałem. I w sumie na jej miejscu, słysząc coś takiego, też bym tak pomyślał.
Opieram głowę o kierownicę. Słyszę dźwięk SMS-a, ale jeszcze chwilę tak siedzę. W końcu odblokowuję telefon.
– Hejka! – słyszę głosówkę jak przez mgłę. – Masz cały czas zajęte! Spóźniasz się już z pół godziny, no to zero stresu – pomyślałam, że będzie szybciej, jak po prostu zawinę furę starego i podjadę pod twój blok. I słuchaj, fart roku, udało mi się zaparkować idealnie pod samą klatką!
Nie!.. Nie! To nie może być prawda!
Wybieram kontakt MARUKAZE. Przeklinam w duchu tę głupią ksywę. „Zakręcony wiatr”. Wymyśliłem to dla Oliwki jak tylko ją poznałem, bo niby taka szalona i zakręcona. Ja na potrzeby mangowych klimatów jestem SATO, że niby mądry, bo starszy, jak jakiś siwy sensei. Fakt, trochę po bokach siwy jestem.
Nie ma sygnału.
„Abonent niedostępny” – mówi w końcu syntetyczny głos.
Komórka wypada mi z drżącej dłoni. Rada dyspozytorki ze 112 jest do kitu – oddechy nie pomagają. Serce i tak wali jak młot pneumatyczny z uszkodzoną antywibracją.
Wrzucam wsteczny, ale mogę co najwyżej cofnąć się o metr. W ciągu minuty ulica zmienia się w nieruchomy, ryczący klaksonami parking, a ja uwiązłem w tej japońskiej, sportowej puszce na kołach.
Otwieram drzwi, obijając czarnego SUV-a na sąsiednim pasie, ale uchylają się w tym ścisku tylko na jakieś piętnaście centymetrów. Trzeba inaczej. Cichy odgłos silniczka. Opuszczanie szyby trwa wystarczająco długo, żebym wyobraził sobie, jak setki ton gruzu przykrywają Volvo zaparkowane pod klatką.
Coś mnie tu jeszcze trzyma. Mocno. Szarpię się, ale przez chwilę nie mogę się wyrwać. Pas bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa… też coś… Na wybuchowe paczki nie działa – i tak są niebezpieczne.
W końcu wyłażę przez okno. Biegnę w tych ciężkich buciorach. Do domu jakieś sześć kilometrów. To pikuś w porównaniu z półmaratonami, które podobno biegam w każdy weekend. Jaka szkoda, że to tylko jedna z legend na mój temat, które Oliwka sprzedaje swojemu mangowemu fandomowi.
A tak naprawdę to ledwo żyję już po pół kilometra. Mam coraz gęściejsze mroczki przed oczami. Nogi się plączą, głowa uderza w chodnik i już nigdzie nie biegnę…
***
Budzę się – chyba w jakimś mangowym niebie. Kroplówka, EKG podłączone. Ale pielęgniarka – całkiem nie z mangi, zresztą ma zdecydowanie za dużo zmarszczek jak na anioła – też ogląda TikToki, skwaszona, bo chyba kazali jej tu koło mnie siedzieć. To jednak szpital.
– Ma pan kilka SMS-ów. Mogę panu je przeczytać. Może to coś ważnego… – Przerywa oglądanie, widząc, że się obudziłem.
Czyżby w szpitalu TikTok nie był aż tak lubiany jak na poczcie? Nieważne. Kiwam głową, a ona kładzie mój telefon na łóżku. Z trudem dotykam sensora. Odcisk palca niezgodny… Drugi… Trzeci… Szeptem podaję jej PIN.
Dłoń pielęgniarki wybija datę urodzin Oliwki na klawiaturze: 01112006. Że też ona musi mieć urodziny akurat w Święto Zmarłych… Co za makabryczna ironia.
Pielęgniarka pokazuje mi ekran, a tam wiadomość od Marukaze: „Gdzie jesteś? Idę na górę”.
Przypominam sobie dźwięk kawałków metalu w paczce i to, że amatorskie bomby mają w środku zawsze jakieś gwoździe i śruby. Zmasakrują ją tak, że nawet nie będzie na pogrzebie otwartej trumny. Nigdy jej już nie zobaczę, nawet martwej.
Medyczna aparatura zaczyna pikać szybciej… A potem piszczeć. Pielęgniarka zrywa się z miejsca i gwałtownie nabiera coś do strzykawki. Ukłucia prawie nie czuję, robi się najpierw ciepło, a później jest cicho… Bardzo cicho… I wchodzę w taki długi, ciemny tunel ze światełkiem na końcu…
Z tego światła tuż przede mną wyłania się wysoka, anielsko smukła postać.
– Hejka, Sato – mówi postać anielskim szeptem. A potem dodaje już głośniej – Miałeś cały czas zajęte! No to zero stresu, wzięłam ten klucz, co mi dałeś, otwieram drzwi, a w przedpokoju… Boże, Sato! Od razu ogarnęłam, że to niespodzianka na naszą piątą miesięcznicę. No hit, jak ty to w ogóle ogarnąłeś?!
– Ale tam była bomba… – szepczę, wracając z tunelu, bo to światełko na jego końcu właśnie zgasło. – Ktoś rozsyła paczki… Jeden facet przyniósł taką do zwrotu i cała poczta wybuchła. A oni na poczcie mają jakiś spisek. Wiedzą, ale doręczają te bomby ludziom i nie pozwalają zwracać…
– „Bomba”? W twoich czasach tak się mówiło na hype’owe ciuchy? – Zaśmiewa się, kręcąc głową, aż rozpuszczone rude włosy zahaczają o stojak z kroplówką. – No leżą idealnie, serio! Masz oko do wymiarów, Sato, normalnie czytasz w moich myślach. Dobrze mieć takiego ogarniętego, starszego faceta! Tylko bez sensu, że dopiero za parę dni cię stąd wypiszą… A ja tak bardzo chciałam ci się w nich pokazać! Przecież nie mogłam wbić tutaj w tym mega hot tenshi kaiwai, no wiesz, w tej mikro-miniówce z łańcuszkami!
Zaczyna do mnie docierać, że jednak nie spotkaliśmy się w zaświatach… A ona dalej opowiada:
– Jak ogarnęłam, że to niespodzianka na naszą piątą miesięcznicę, to od razu otworzyłam tę paczkę. No i jak obczaiłam te rzeczy… no musiałam, po prostu hit! Olałam ten konwent. Odpaliłam haul, zakładałam wszystko po kolei i nagrałam tyle tiktoków, że aż mi bateria padła! – Stoi przy moim łóżku i kokieteryjnie kołysze biodrami w kusej spódniczce. – Więc póki tu tak leżysz, to wbijaj na mojego finsta. Obczaj, bo wrzuciłam tam mega dużo fotek, totalnie hot tylko dla twoich oczu.
Dopiero teraz zauważam, że dwaj staruszkowie na łóżkach pod oknem gapią się na jej nogi. Na kardiomonitorach przy ich łóżkach łagodne dotąd jak Góry Świętokrzyskie sinusoidy nagle zaczynają przypominać ostre, poszarpane szczyty Tatr.
– Ale… ta poczta… – zaczynam, a gardło zaciska mi się na samo wspomnienie. Chyba nawet nie dosłyszała, bo gada o czymś zupełnie innym.
– Jak naładowałam telefon to zadzwonili do mnie, że tu leżysz. Normalnie tak się martwiłam… No i slay, że już wszystko okej! Mega słodkie, że mój numer masz zapisany na samym początku kontaktów!
Błękitne oczy Oliwki, przemalowane czarnym linerem na skośne, mają moc resetowania złych wspomnień. Jedno długie spojrzenie i moje myśli nie wracają już do bomby.
– Sato, weź mi powiedz, jak ty w ogóle zgarnąłeś ten outfit?! No hit, dziewczyny z fandomu mają totalny ból tyłka, próbują to zamawiać, a tam dropy wyprzedane i dostawa najwcześniej za trzy miesiące! Jesteś po prostu… sugoi! No, niesamowity jesteś!
Nachyla się i całuje mnie w usta. W tym samym momencie Tatry na kardiomonitorach obu dziadków pod oknem zmieniają się w Himalaje. Cóż… Ja już wiem z tej całej mangi, co to jest zettai ryouiki i jak potrafi je odsłonić wędrujące w górę sailor fuku, kiedy Oliwka się pochyla…
***
– Patrz, Kaśka, nigdy nie było okazji, żeby tak wspólnie grilla zrobić, bo zawsze musimy się zastępować w pracy, a teraz na czas remontu nam dali jednocześnie to wolne. Akurat jak pogoda taka ładna. Podwójny fart.
Bożena z Kontroli z Kaśką z Paczek i Anetą z Ekspedycji zdążyły już otworzyć drugie korzenne piwo i ciągle patrzyły, jak ich mężowie dmuchają na zmianę na węgiel, który zupełnie nie chciał się palić.
– Zobaczcie, ktoś wrzucił rolkę, jak to wszystko wylatuje w powietrze – Kaśka jak zwykle miała w ręku telefon z otwartym TikTokiem.
Kamienica miała solidną konstrukcję – tylko kawałek ściany wyrwało, ale przytuloną do niej nowoczesną pocztę obróciło w kupę gruzu.
Potem patrzyły dalej na swoich mężów próbujących bezskutecznie rozpalić grilla i wszystko wskazywało na to, że będą miały więcej czasu na babskie pogawędki przy korzennym piwie.
– Zupełnie nie rozumiem, dlaczego ten chiński sklep puszcza jakieś paczki z ciuchami na nieistniejące adresy. – Bożena pociągnęła solidny łyk ze szklanki.
– Niby taka nowoczesna strategia marketingowa, budowanie świadomości marki przez darmowe próbki. Ale ci skośnoocy kombinatorzy wysyłają te tanie ciuchy na losowe adresy, żeby w systemie wygenerować status „paczka dostarczona”. Potem ich boty wystawiają na chińskich portalach fałszywe, pięciogwiazdkowe opinie od „zweryfikowanych klientów”. Algorytmy platform wariują i biznes się kręci. Koszt produkcji tego badziewia to dla nich pewnie ze trzydzieści groszy, a zasięgi robią milionowe. – Aneta wyciągnęła się wygodnie na plastikowym krzesełku.
– Ale co to za pożytek, jeśli te adresy są lipne? – Bożena nadal nie rozumiała chińskich sposobów na marketing.
– Chyba chcieli przyoszczędzić na kupnie bazy danych. Ktoś im sprzedał jakąś lipną. – Aneta wczuła się w rolę wykładowczyni cyberbezpieczeństwa. – Mój jest informatykiem, to mówi, że jak się nie zapłaci, to jakiś wirus potrafi losowo pozmieniać zapisy, że nikt potem w tym ładu nie dojdzie. Dane wyglądają na poprawne, ale część zapisów jest zmieniona.
– Ale pech, że i Krasickiego, i Krasińskiego są akurat na naszym terenie…
– Potąd już miałam tych wszystkich, co chcieli oddawać te paczki. – Dłoń Bożeny powędrowała nad czoło. – Cały dzień człowiek zasuwa, a tu jeszcze jeden z drugim przyłazi z pudłem, że go nie chce… Jednego czy dwóch, to obsłużysz grzecznie, ale jak przylezie dwudziesty, to można się wkurzyć.
– I tłumacz ciągle, że miejsca w magazynie brakuje i nie możemy tego wszystkiego u nas trzymać. – Kaśka podchwyciła temat.
– Należy nam się urlop po tym wszystkim. – Aneta wstała i ruszyła w stronę facetów walczących z grillem. – Idę im pomóc, bo jeszcze altankę spalą.
– Idź, bo oni takie fajtłapy jak ci fachowcy od wyburzeń. Zamiast bezpiecznie wysadzić tę kamienicę, rozwalili naszą pocztę. Dobrze, że ktoś był na tyle rozsądny, żeby rozbiórkę robić już po zamknięciu. – Bożena też się podniosła z krzesełka.
– Mogło być dużo gorzej z tym rozsądkiem, bo tu piszą… – Kaśka stuknęła palcem w ekran. – …że firma rozbiórkowa, założona miesiąc temu przez szwagra burmistrza dzielnicy, przetarg wygrała. Pół godziny wcześniej i mogło nam się to zawalić na głowę…
– Ze śmiercią byłoby nam bardzo nie do twarzy, prawda dziewczyny? – Bożena podniosła do góry szklankę z piwem.
Witaj. :)
Podziękowania za oznaczenie erotyki. :)
Sprawy technikaliów i sugestie oraz wątpliwości (jedynie do przemyślenia):
– Dzień dobry… – Przerywam jej seans. – mam wątpliwość, czy nie jest to gębowe (?)
– Niech pan pokaże. Krasińskiego 13/13? Nie ma takiego adresu. Ta ulica ma tylko numery do siedmiu… – Urzędniczka waha się. – tu podobnie?
– Ale to nie mój adres! Więc może ktoś jej szuka, spodziewa się jej? Może przyjdzie tu z reklamacją… – Milknę, bo spogląda na mnie tak, że zaciska mi się gardło. – i tutaj?
– Poczta!!! Wybuchła poczta!!! – wrzeszczę, choć przecież wokół mnie i tak wyją już syreny straży – A ja odebrałem paczkę!!! – błędny zapis dialogu?
– Ta paczka jest pana!!! Rozumie pan?!! – Wydziera się ta starsza ze stanowiska „Kontroler Urzędu”. – Nie możemy jej tu trzymać!!! Zabieraj pan to!!! – tu w stu procentach jest to gębowe, zatem dialogi do generalnej poprawy, ja już reszty nie wypisuję
Wreszcie telefon spoczywa na blacie, ekranem do góry, a ona spogląda na mnie dokładnie tak, jakby właśnie chowała zakrwawiony nóż, a ja był jedynym świadkiem zbrodni. – tu ewidentnie posypała się składnia
– Ta paczka pomyłkowo do mnie dotarła – zaczynam, kładąc karton na ladzie. – Listonosz uciekł tak szybko, że nie zdążyłem sprawdzić adresu. Jest podobny, ale jednak inny! Krasińskiego 13/13. – Patrzę na nią, czy już mnie słucha – A ja mieszkam na Krasickiego 13/13… – tu (i dalej także) mam z kolei wątpliwość co do takiego zapisu liczebników w dialogu (?)
Chodź no tu, powiem ci (przecinek?) co i jak, bo to grubsza sprawa jest.
Nagle drzwi ustępują z impetem i kolejny interesant omal nie uderza mnie w ramię. Mija mnie w pośpiechu. – powtórzenie?
No i stoję tak przed lustrem: na nogach obcisłe, granatowe getry, a na to naciągnięte ciężkie, wysokie buty bojowe, które opinają mi łydki jak gips. Do tego ciemna bluza z wysokim kołnierzem zasłaniającym mi pół twarzy (przecinek?) i zielona, pikowana kamizelka, zupełnie niedopasowana do sylwetki faceta, który ćwierć wieku pracuje za biurkiem. – i tu?
Ćwierć wieku temu Oliwki nie było jeszcze na świecie, ale i tak zdążyła nauczyć się sposobów namawiania mnie na tę przebierankę. A wczoraj zastosowała aż trzy z nich, więc wkładam na łeb tę perukę z syntetycznych, nastroszonych na sztorc, srebrnych włosów, które drażnią mnie w kark, a na czole opaskę z wielką, stalową blaszką z wyrytym symbolem jakiegoś liścia. – i tutaj?
A wczoraj zastosowała aż trzy z nich, więc wkładam na łeb tę perukę z syntetycznych, nastroszonych na sztorc, srebrnych włosów, które drażnią mnie w kark, a na czole opaskę z wielką, stalową blaszką z wyrytym symbolem jakiegoś liścia. – składniowy?
Klucz w zamku zgrzyta zupełnie bez śladu japońskiej precyzji. – czy ta (i inne) aliteracja celowa?
Kiwam głową, a ona bierze mój telefon i przybliża do mojej dłoni. – powtórzenie?
Z tego światła tuż przede mną wyłania się wysoka, anielsko smukła postać.
– Żyjesz, Sato – mówi postać anielskim szeptem. – i tutaj?
– Patrz Kaśka, nigdy nie było okazji, żeby tak wspólnie grilla zrobić, bo zawsze musimy się zastępować w pracy, a teraz na czas remontu nam dali jednocześnie to wolne. – przecinek przy Wołaczu?
Bożena z Kontroli z Kaśką z Paczek i Anetą z Ekspedycji zdążyły już otworzyć drugie korzenne piwo i ciągle patrzyły (przecinek?) jak ich mężowie dmuchają na zmianę na węgiel, który zupełnie nie chciał się palić.
– Ale co to za pożytek (i tu?) jeśli te adresy są lipne?
Jeden czy dwóch (przecinek?) to obsłużysz grzecznie, ale jak przylezie dwudziesty, to każdy się wkurzy. – składniowy?
– Mogło być dużo gorzej z tym rozsądkiem, bo tu piszą… – Kaśka stuknęła palcem w ekran. – …że firma rozbiórkowa (przecinek?) założona miesiąc temu przez szwagra burmistrza dzielnicy (i tu?) przetarg wygrała.
Duże brawa nade wszystko za pomysł oraz niesamowity humor. Owe „wtrącenia młodzieżowe i slangowe” dodają kapitalnego smaczku całości. :) Brawa również za znakomite sparafrazowanie tytułu Konkursu – o ile dobrze pamiętam, nikt wcześniej tego nie zrobił. :)
Sama opowieść przypomniała mi zdarzenie sprzed lat, które tu kiedyś opisywałam, dotyczące mnie samej, kiedy biegłam, aby ostrzec grupę osób przed podłożoną bombą i dlatego potrafiłam teraz, podczas czytania, doskonale zrozumieć, co czuł bohater, jak bardzo się bał i jakie okropne skutki pozostawienia w mieszkaniu paczki mógł sobie wyobrazić. :)
Mam jedynie pewne wątpliwości co do ilości fantastyki w opowiadaniu. :)
Klik, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Dziękuję za komentarz, łapankę i klik. Miło mi, że Ci się podobało.
Zmiany redakcyjne wprowadzę, choć niektóre powtórzenia i powtarzalne sylaby są zaplanowane, dźwiękonaśladowcze, np. oddają chaos myśli bohatera, więc zostaną.
Fantastyka jest w tym miejscu, kiedy pielęgniarka siedzi cały czas przy łóżku zwykłego pacjenta w ramach NFZ. Ubrany na cosplay’owy konwent nie wygląda on przecież na VIPa ze świata polityki ;).
Nie piszę długiego komentarza, aby jego styl nie ułatwiał identyfikacji autora, bo zgodnie z zasadami ma być anonimowy ;)
EDIT: Trochę przeredagowałem, żeby w miarę możliwości uniknąć wątpliwych zapisów.
A poza tym – jakby to powiedziała Oliwka – “W nocy przyszło meganatchnienie i hit! Wpadło kilka linijek, żeby podkręcić dramę i vibe z horroru”. ;)
Wszystko ok, dzięki i powodzenia. :)
Pozdrawiam. 
Witam :]
Tytuł wprowadza nam dużo napięcia – dosłownie mamy bombę jak z hitchcockowej anegdotki i czytając, zastanawiamy się, łupie, czy nie łupnie. Czy jest to najbardziej wyrafinowany zabieg w historii literatury? Skądże znowu, ale działa bez pudła, pierwsze sceny czytałem z dużą przyjemnością.
Jednakowoż, później nastąpił pewien dysonans. Opowiadanie przyjmuje postać jakiejś satyry, do której ten pełen napięcia początek zwyczajnie średnio pasuje – rozbudził on mój apetyt na całkiem co innego. A już dialog na końcu, w którym panie z poczty tłumaczą nam żart, jest zwyczajnie nudnawy.
No ale jeśli nawet w moim odczuciu nie wszystko tu zagrało, mamy tu wyraźny, trzymający się kupy pomysł na fabułę, wiarygodnego bohatera, a szanowny Anonim zadbał też odpowiednio o warstwę językową, dodatkowo uatrakcyjnioną wstawkami “subkulturowymi”. Jakoś wykonania, prawda, jest. Gdyby tu jeszcze była jakaś fantastyka, pewnie bym kliknął.
Pozdrawiam!
„Musisz mu powiedzieć, że na magazyn tego nie możemy przyjąć” – słyszę mimo szumu klimatyzacji.
Kwestia jest wypowiedziana na głos, więc chyba powinien być zwykły dialogowy zapis? Tak zresztą jest niżej w podobnej sytuacji.
– milknę, bo spogląda na mnie tak, że zaciska mi się gardło.
Raczej milknę dużą.
Dziękuję za komentarz i że cieszę się z tego, że mimo rozczarowania częścią końcową, pewne elementy Ci się podobały. :)
Hej Anonimie,
Ciężkie drzwi skrzypią złowrogo.
To nie jest błąd, ale jak na pierwsze zdanie masz tu dwa opisy (ciężkie i złowrogo), natomiast dość mało akcji. Wydaje mi się, że można to odchudzić, zwłaszcza jeżeli celem jest wzbudzenie ciekawości w czytelniku.
jak oczy tej od paczek
Myślę, że można zgrabniej.
Więc może ktoś jej szuka, spodziewa się jej?
Rozumie pan?!!
Cofam się instynktownie o dwa kroki, kiedy tak na mnie wrzeszczy.
Kiedy tak na mnie wrzeszczy, cofam się o dwa kroki – byłoby chyba naturalniej.
– No, to jeszcze jeden z głowy – rzuca ta starsza.
Wydaje mi się, że “ta” w kilku miejscach nie jest konieczna. Np tutaj.
Ech, idiotyczne te ciuchy, ale cóż… Oliwka uparła się, żebym na ten
Do tego ciemna bluza z wysokim kołnierzem zasłaniającym pół twarzy i zielona
Brak przecinka.
jakoś negatywnie do mnie uprzedzony
Obawiam się, że nie można być uprzedzonym pozytywnie.
Na wybuchowe paczki nie działa – i tak są niebezpieczne.
Zdanie wybrzmi tak samo, a nawet lepiej bez tej ostatniej uwagi.
Na kardiomonitorach przy ich łóżkach łagodne dotąd jak Góry Świętokrzyskie sinusoidy nagle zaczynają przypominać ostre, poszarpane szczyty Tatr.
To fajne.
– Ze śmiercią byłoby nam bardzo nie do twarzy, prawda dziewczyny? – Bożena podniosła do góry szklankę z piwem.
To bym sobie darował.
To na górze to taka wybiórcza łapanka.
No cóż, największy problem tego opowiadania to brak fantastyki. xD
Sporo miejsca poświęcasz samochodowi i urodzie dziewczyny, które nie odgrywają szczególnej roli w samej fabule. Ciekawy pomysł na twist. Warsztatowo nadal dużo do nauki.
Ogólnie nie jest źle. Zachęcam do dalszego pisania i powodzenia w konkursie.