W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/35112
W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/35112
Tuż po śniadaniu Gniewko chwycił sierp i ruszył w stronę łąki.
– Nie przepracowuj się. Ostatnio ledwie stałeś na nogach. – Robert uśmiechnął się. – Później przyjadę z taczką i zabiorę cały pokos.
Agnieszka chwyciła potrzaskany więcierz. Niosła go przez środek wsi. Połamane witki oskarżały głośniej niż słowa.
Nie unikała spojrzeń. Wwiercała wzrok w twarze sąsiadów. Czekała na odwrócone spojrzenia, skrzywione usta albo choć drgnięcie brwi. Kątem oka wyłowiła kręcącą się w obejściu Ludolę. Usta kobiety wykrzywił jadowity uśmiech. Po chwili zatrzasnęła za sobą drzwi.
Barczysty Bronisław opierał się o płot. Na jej widok zamarł, a miarowy łomot młota umilkł w połowie uderzenia. Poorana głębokimi bruzdami twarz skamieniała. Patrzył przez chwilę, po czym splunął na ziemię, odwrócił się i z głuchym łoskotem wbił w ziemię następny palik.
Grupka kobiet na jej widok zamarła. Szept urwał się gwałtownie. Jedna z nich, starowina, której imienia nawet nie znała, spojrzała na nią ze współczuciem i powoli, z rezygnacją pokiwała siwą głową. Pozostałe uciekały wzrokiem, nagle bardzo zainteresowane fałdami swoich chust.
W połowie drogi podeszła do niej Zorza.
– A dokąd to z tym leziesz, co? Rzeka płynie po drugiej stronie sioła. – Zagaiła raźno, ale na widok witek jej wargi ściągnęły się w twardą kreskę.
– Na wszystkich bogów, kto to zrobił?! – syknęła, wyrywając Agnieszce z rąk zniszczony więcierz, żeby obejrzeć szkody. Obracała go w dłoniach, kręcąc głową. Jej palce delikatnie dotykały potrzaskanych prętów.
– Toż to jakby komuś rękę odrąbać! – Urwała, łapiąc oddech. – Komu to przeszkadzało? Kto ma w sobie tyle złości, żeby wam jedzenie od ust odejmować?
– Jeszcze zimy nie ma, a już ktoś o głodzie myśli dla innych! – Zacisnęła pięści. – Nie możesz tego tak zostawić. To nie zwykła złośliwość. Ktoś uderzył w wasze życie. – Musicie iść z tym do starszych. Niech osądzą winnego. Inaczej jutro ktoś wam gumno spali.
Agnieszka tylko pokręciła głową. Zacisnęła usta.
– Dziękuję ci – odpowiedziała cicho. – Ale co im powiemy? Nie mamy dowodów, nikogo za rękę nie złapaliśmy. Opuściła wzrok. – Może to nie ludzie… Może to jakiś utopiec, co go zbudziliśmy z drzemki? Albo Welesowi nie podoba się, że łowimy w jego rzece.
Wciąż czując na sobie spojrzenia sąsiadów, poszła do chaty Jagny. Starsza kobieta krzątała się przy palenisku, dorzucając do ognia suche gałęzie. Dym mieszał się z zapachem ziół, suszonych grzybów i skór.
– Matko… – zaczęła cicho, stając w progu.
Jagna odwróciła się z uśmiechem, który zgasł, gdy dostrzegła więcierz. Bez słowa otarła dłonie o lnianą zapaskę i podeszła bliżej. Przejęła połamane gałęzie, usiadła na kłodzie i długo obracała go w dłoniach.
– Jeszcze nie naprawię tego sama. Pomożesz?
Jagna długo milczała, wodząc palcem po ostrych, potrzaskanych krawędziach witek. Podniosła wzrok dopiero po chwili. Westchnęła.
– A nie rzekłam ci, córuś, że sobie wrogów we wsi czynicie? – powiedziała cicho.
Gwałtownie cofnęła głowę, jakby dostała policzek.
– Matko! – prawie krzyknęła. – A co my takiego robimy? Nikomu w drogę nie wchodzimy! Za co ktoś może nas tak nienawidzić?
Jagna westchnęła. Ramiona jej opadły.
– Dziecko… – położyła spracowaną dłoń na ramieniu dziewczyny. – Dziecino moja… Czasem starczy, żeście nowi i inni. Wszyscy patrzą, że inaczej gospodarujecie, że wszystko robicie po swojemu. Nikt nie pojmuje, co i po co czynicie. Ludzie wielkiego powodu nie potrzebują, by kogoś znienawidzić. Starczy iskra strachu lub zazdrości. A w was obie płoną.
–Siądź. – Klepnęła w miejsce obok siebie. Rozłożyła przed nimi pęki wierzbowych witek, w powietrzu uniósł się świeży zapach gałęzi.
– Patrzaj, córuś. Nie każda się nada. – Wsunęła Agnieszce w dłoń jedną z grubszych gałęzi. Była ciężka i sztywna. – Z tej nie wypleciesz. Spróbuj ją zgiąć.
Ścisnęła gałąź obiema rękami. Drewno jęknęło, łamiąc się z suchym trzaskiem.
– Te grube idą na osnowę. Ma wytrzymać nurt i nie pęknąć pod naporem ryb.
Palce pracowały szybko, bez chwili zawahania. Wybierała odpowiednie gałązki, przycinała je nożem i układała kształt. Agnieszka próbowała naśladować jej ruchy.
– A te cieńsze, widzisz? Tymi będziemy wyplatać boki.
Milczenie wypełniał tylko rytmiczny szelest witek i cichy oddech Jagny. Dopiero po chwili zauważyła, że przestała zaciskać szczęki. Witki splatała coraz równiej. Pytanie wracało uparcie.
– Matko… – szarpnęła witkę, która nie chciała się ułożyć. Szarpnęła mocniej. Gałązka pękła z suchym trzaskiem.
Syknęła, masując podrapany palec. Patrzyła na pęknięte drewno. – Ten, kto to uczynił… nie czuje winy? Przecież popełnił grzech.
Sękate palce staruszki znieruchomiały na wierzbowej korze. Powoli uniosła głowę. Przeniosła wzrok ze splotu na Agnieszkę.
– Grzech? A cóż to za dziw?
Milczała chwilę. – To… coś, co rani i jest przeciw Bogu.
Jagna kiwnęła głową, ale jej usta wygięły się w lekkim grymasie. Nie odpowiedziała od razu.
– Zło to nie jest cosik, co w sobie nosisz. A dyć zło to jest zerwany splot, dziura w sieci, co karmi wieś. Ten, co więcierz popsuł, nie bogom zawinił. Bogowie swoje sprawy mają, a my swoje. On przeciw wszystkim zawinił.
Sprawnie wplotła grubszą witkę.
– Patrz. Ten splot trzyma wszystko razem. Jak zwyczaje, które pozwalają ludziom żyć obok siebie. Nie kradnij, bo osłabiasz sąsiada, a słabszy ciągnie w dół drugiego. Nie krzywdź, bo zostaje po tym zła krew, co przechodzi dalej jak jad.
To nie wina, co ci w duszy siedzi. To dług między ludźmi. A dług trzeba spłacić. Równowaga musi wrócić. Inaczej wszystko zaczyna się rozchodzić, jak źle spleciona sieć.
Agnieszka opuściła dłonie na kolana. Witka wysunęła się z palców, spadła na ziemię. Utkwiła wzrok w staruszce.
– Więc on nie boi się kary od bogów?
– Ludzkiej kary bać się będzie – odparła stanowczo. – Bo jak go znajdziem, szkodę naprawić mu przyjdzie. Oddać będzie musiał, co zabrał. A jeśli szkoda za wielka, by ją naprawić… cóż, wtedy gromada musi chorą gałąź odciąć, coby całego drzewa nie zatruła.
Daj mi teraz tamtą, cieńszą. Pokażę ci, jak zakończyć brzeg.
Praca trwała. Palce Agnieszki zaczęły nadążać za ruchem Jagny. Rozmowa na chwilę ucichła.
– A Popiel? Jaka go kara spotkała?
– Moc myszy go zagryzła. Bogowie nie lubią pychy. Kto się wywyższa, tego ziemia do siebie przyciągnie.
– W naszych stronach kapłani prawią, że bóg karze ludzi po śmierci.
Jagna uniosła wzrok znad swojej pracy. – Po śmierci? A na co czekać? Perun ciska gromem od razu, gdy ktoś go znieważy. Głodna ziemia bierze plony dziś, nie w zaświatach.
– Oni uczą – ciągnęła ostrożnie – że istnieje kara wieczna. Ogień, który nigdy nie gaśnie, dla najgorszych dusz.
Popatrzyła zdumiona. Przestała wyplatać.
– Wieczny ogień? – wyszeptała. – Za co? Za kradzież kury? Nawet za spalenie wioski? Nawia w końcu każdą duszę przyjmuje i po sprawie. Jacyż to potworni bogowie żerują na duszy po kres świata?
– U nas mówi się, że człowiek sam wybiera. A zło czyni, bo chce i za ten wybór płaci po śmierci.
Jagna milczała przez chwilę. Potem kąciki ust drgnęły, a z piersi wyrwało się chrapliwe parsknięcie.
– Juści, że ludzie mają wolną wolę! – parsknęła, ocierając kącik oka. – Wyście pewnie też chcieli się tu zjawić… z tego waszego dalekiego grodu. Wybraliście sobie życie w błocie i w dziurawej norze. Taka była wasza wola!
Słowa zawisły na chwilę.
– Nie – odpowiedziała cicho. – Tego nie wybraliśmy. To był los. Ale każdego dnia coś wybieramy. Czy razem pracujemy, czy się kłócimy. Czy pomagamy Gniewkowi, czy nie. Czy się poddać, czy naprawiać ten więcierz.
Jagna przestała się śmiać. Przyglądała się jej dłużej.
– Mówicie o wyborze, jakby człowiek stał między dwoma drogami i sam decydował, którą iść – powiedziała powoli. – A ja widzę to inaczej. Człowiek nie zaczyna od wyboru. Zaczyna od tego, co w nim rośnie i co go pcha.
Wróciła do splotu.
– Dobro i zło to nie są rzeczy, które się wybiera. To są siły, które krążą po świecie jak wiatr i zaraza.
– Czasem zły duch wejdzie w serce człowieka jak choroba i zmusi go do podłości – szeptała. – Czasem los, co go Mokosz przędzie, ma po prostu ciemną nić. Nie pytaj jej dlaczego. Nici się nie tłumaczą.
Zapadła cisza. Patrzyły na siebie.
– Czyli… kara ma wszystko naprawić?
– Dziwnych macie bogów w tych waszych stronach – mruknęła w końcu Jagna. – I ciężkie życie, skoro każą wam bez przerwy wybierać.
Przeniosła wzrok na ręce Agnieszki. – A teraz dość tych bajań – ucięła. – Patrz na splot. Znowu ci się rozłazi.
Agnieszka poprawiła witki. Ręce zrobiły swoje, myśl wracała do rozmowy. Słychać było tylko splot witek.
– A co z duchami? – zapytała cicho, nie podnosząc wzroku. – U nas są duchy. Dobre i złe. A tacy, co za życia byli dobrzy, mogą po śmierci pomagać żywym.
Jagna przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią, przeplatając zręcznie gałązkę. – Każde domostwo ma swojego Domowika, co dba o ogień w palenisku i dobytek, jeśli się go dobrze traktuje. W lesie jest Leszy, co może cię z dróg sprowadzić, ale i wskazać grzybne miejsce i w polowaniu pomóc. W wodzie żyją Rusałki, co potrafią utopić, ale i sieci rybą napełnić.
– Bogowie utrzymują ład? Karzą za jego naruszenie? – drążyła. – Czy oni… robią to po coś? Zsyłają nieszczęścia, żeby coś osiągnąć?
– Bawią się? – syknęła, a jej palce zacisnęły się mocniej na witce. – Perun nie ciska gromem z nudów. On przywraca porządek. Mokosz nie przędzie twojego losu ze złośliwości. Przędzie z jasnych i ciemnych dni. Tak po prostu. Bogowie to nie ludzie. Rzeka nie robi niczego specjalnie dla ciebie. Ona po prostu płynie. Możesz płynąć z prądem albo w wirach utonąć.
– A bies? Co kusi do złego? Co szepcze do ucha złe myśli?
Jagna zamilkła na dłuższą chwilę.
– Jest Licho, co nigdy nie śpi – powiedziała w końcu ściszonym głosem. – Są Biesy, co w borach mieszkają i potrafią w serce człowieka wejść, gdy jest słabe. One nie tworzą zła. One je znajdują. Jeśli człek jest chciwy, Bies podsunie mu okazję do chąźby. Jeśli jest pyszny, szepnie mu, że jest lepszy od innych. One nie zastawiają pułapek. One otwierają drzwi, które człowiek uchylił.
– Więc… u was i u nas mogą być te same duchy? Tylko inaczej je nazywacie?
– Ludzie imiona zmieniać radzi są. Ale to co siedzi w lesie i w wodzie nie obchodzi je, jak je nazwiesz. Ono jeno jest.
– Powiedz mi, matko… – zaczęła cicho. – Gdyby ten, co zniszczył więcierz, wyjął rybę i zjadł, zrozumiałabym. Ale on zmarnował jedzenie. To czyste zło.
Jagna odłożyła witki. Oparła spracowane dłonie na kolanach.
– Czyste zło? – powtórzyła cicho, kręcąc głową. – Nie ma czegoś takiego, córuś. Zło zawsze jest brudne, małe i żałosne.
Nachyliła się w stronę Agnieszki.
– Człowiek, którego ssie głód brzucha, chce mieć to, co ty. A człowiek, którego zżera głód zawiści, nie chce mieć niczego twojego. Chce, żebyś ty nie miała.
– On nie zniszczył tego, żeby ci zabrać ryby – wskazała na połamane witki. – Zniszczył, żebyś nie złowiła kolejnych.
Taki człek nie burzy wioski. On przecina jeden sznur. Reszta sama się rozłazi.
– W moich stronach, matko, mówią, że zło można odkupić – odezwała się po chwili. – Jeśli zrozumiesz, że robisz źle, naprawisz skutek i obiecasz, poprawę.
Jagna skinęła głową.
– Naprawić skutek – powtórzyła z naciskiem. – Najważniejsze. Równowaga musi wrócić. Wspólnota musi odzyskać to, co straciła. Ale obietnice… – machnęła lekceważąco ręką. – To jeno dym z ognia. Wyszedł i już go nie ma. Czyny zostają na ziemi.
– Znasz perz? – zapytała staruszka. – Uparty chwast. Wyrywasz go, a on odrośnie z najmniejszego korzonka. Pozwolisz mu rosnąć – zajmie całe pole.
Wstała. Stawy strzyknęły cicho, gdy podeszła do paleniska i przesunęła dymiące polano. Snop iskier wystrzelił, oświetlając jej surową twarz.
– A co się stanie, jeśli zaniedbasz swoje pole? Jeśli powiesz sobie: "A co tam, jeden mały chwaścik, nikomu nie wadzi". A potem drugi i trzeci. Zanim się obejrzysz, perz zawiści zapuści pod ziemią sieć białych, twardych korzeni. Na takiej ziemi nic dobrego nie wyrośnie. Zostaje jeno kura puścić, żeby zło to nie szło dalej z wiatrem.
– Taki człowiek to wściekły pies we wsi. Nie myślisz, jak go uratować, tylko jak uratować dzieci, które może pogryźć.
– Matko… – powiedziała, podnosząc na nią wilgotne oczy. – Jesteś bardzo mądrą kobietą. Cieszę się każdą chwilą, którą z tobą spędzam.
Jagna zamrugała. Odchrząknęła, próbując odzyskać rezon.
– Daj już spokój, dziecko – mruknęła, ale nie cofnęła dłoni. Zamiast tego jej palce delikatnie zacisnęły się na ręce Agnieszki. – Mądrość to blizny po wszystkich głupotach, które się w życiu zrobiło. Patrz, słońce już nisko, a my wciąż z robotą w lesie. Więcierz sam się nie naprawi.
* * *
Po południu Robert skierował się do zagrody Cisa. Na środku majdanu drogę zastąpiło mu dwóch młodych. Odruchowo się napiął. Chwycili za paski, szarpnęli je w górę, parsknęli śmiechem, klepnęli go w ramię i minęli bez słowa. Obejrzał się za nimi. Oddalali się, śmiejąc i trącając ramionami.
Cis siedział przy pniu. Spod noża spiralami spadały wióry. Pachniało świeżo struganym drewnem.
– Witaj, Cisie – zagaił, podchodząc bliżej.
Mężczyzna podniósł wzrok i skinął głową, nie przerywając pracy.
– Czego ci trzeba?
– Chciałbym zamówić u ciebie łuk. Dla Gniewka.
Nóż zatrzymał się w pół ruchu, a strużyna drewna opadła na ziemię.
– Dla pacholęcia?
– Na bogów, łuk to nie dziecięca igraszka! To oręż na zwierza i na wojnę. Śmierć dzieciakowi do ręki dajesz!
– Wiem. Nie do zabawy. Na postrzyżyny. Chcę, żeby poczuł się mężczyzną i uczył odpowiedzialności.
Cis odłożył nóż i otarł dłonie o skórzany fartuch.
– Postrzyżyny… – powtórzył. – To insza sprawa. Dobrze. Zrobię chłopakowi łuk.
– Dziękuję. O zapłatę tylko się martwię. Przyjmij ją, proszę, po żniwach. Teraz nie mam niczego wartościowego, co mógłbym ci dać w zamian.
Cis parsknął cicho.
– A ty myślisz, że dobry łuk robi się w tydzień? Chodź za mną.
Odwrócił się i ruszył w stronę dużej, mrocznej stodoły. Ciężkie wrota skrzypnęły, w nozdrza uderzył zapach kurzu, siana i sezonowanego drewna. Kiedy oczy przywykły do półmroku wolno rozejrzał się po wnętrzu. Od klepiska aż po strzechę na ścianach wisiały rzędy starannie ułożonych pni i gałęzi. W smugach światła wpadającego przez szpary w deskach drewno połyskiwało ciepłym, złocistoczerwonym odcieniem.
Cis przesunął dłonią po jednym ze stojaków.
– Patrz.
Cis pogładził drewno.
– Niektóre leżą tu dłużej, niż chłopak żyje.
Wyjął jeden pień.
– Myślisz, że każdy nadaje się na łuk?
Robert zaprzeczył głową.
– Każde ma swój narów.
Sięgnął po smukły, czerwonawy kawałek.
– Cis jest mocny. Sprężysty. Daleko poniesie strzałę, ale twardej ręki wymaga. Chłopak prędzej z nim będzie walczył, niż się uczył.
Odłożył go i wyjął prosty kij leszczyny.
– Leszczyna ustępuje dłoni. Łatwiej ją naciągnąć, błędy wybacza. Dla młodego najlepsza.
Przeszedł kilka kroków dalej.
– Jesion też dobry. Wiąz także. – Odwrócił się. – To który wybierasz?
Robert tylko rozłożył ręce.
– Nie znam się na tym. Zaufam tobie.
Cis uśmiechnął się pod nosem.
– I słusznie. Jeszcze przyjdzie czas, że sam będziesz wybierał. Dla Gniewka będzie leszczyna. Na cis jeszcze krzepy nie ma.
Wyciągnął prosty, dobrze wysuszony kawałek drewna i klepnął go dłonią.
– Ten będzie dobry.
– A o zapłatę się nie martw. Po żniwach uradzimy. Nim łuk będzie gotów, wymłócić zdążysz.
Już miał podziękować i odejść, gdy Cis zatrzymał wybrany kawałek drewna w dłoniach.
– Wiesz… – odezwał się po chwili. – A może sam byś mu ten łuk wystrugał?
Robert zamrugał.
– Ja? Cisie, w życiu nie robiłem nic podobnego. Zepsuję drewno, nim zacznę.
Cis roześmiał się.
– A któż ci rzekł, że sam? U mnie będziesz strugał. Ja przypilnuję, żebyś dobrego drewna nie zmarnował.
Wskazał na grubsze łęczyska oparte o ścianę.
– Ja mam robotę dla ludzi z Roztoków. Będziem strugać pospołu. Ty łuk dla chłopaka, ja swoje. Jak co spaczysz, naprostuję.
Spojrzeli sobie prosto w oczy.
– Pomyśl jeno. Dar z obcej ręki to jedna sprawa. Ale łuk, co go ojciec dla syna własną dłonią struga… w takim darze insza moc drzemie. W każdym słoju zostawisz cząstkę siebie. To nie będzie jeno broń. To będzie ojcowska przysięga. A kiej prostą robotę zrobisz, co to mnie się nie chce jej robić, a i czasu na nią nie mam, to ci mniej policzę.
Robert milczał chwilę.
– Zgoda – powiedział w końcu. – Spróbuję.
Cis uśmiechnął się szerzej.
– Dobrze. A teraz bacz. – Podał mu ciężki kawałek leszczyny. – Weź go w garść. Poczuj jego ciężar. Pogładź korę. Oto twój kawał świata. Trza ci się z nim zbratać, nim pierwszy raz ostrzem go naznaczysz. Wasza robota dopiero się poczyna.
Robert zacisnął dłonie na drewnie. Było cięższe, niż się spodziewał, szorstkie, żywe w dotyku.
Przez chwilę wrócił do niego głos Dobrogosta: co ty takiego umiesz poza deptaniem gliny?
Zacisnął palce mocniej.
– Zrobię go. Dla Gniewka.
– Nim żelazem tkniesz, musisz go poznać. – Cis położył leszczynę na koziołku. – Każda szczapa swój narów ma. Nie ty ją gniesz do swojej woli. Masz wyczuć, czego sama chce.
Podał kawałek drewna. – Obróć.
Robert przekręcił leszczynę w dłoniach.
– Co widzisz?
– Pień.
– To każdy głupi widzi. – Cis prychnął. – Patrz na słoje.
Robert zmrużył oczy. Cienkie linie biegły wzdłuż drewna, raz prostsze, raz lekko falujące.
– Tutaj są gęstsze.
– Dobrze. A tu?
Przesunął palcem po drugiej stronie.
– Jaśniejsze.
Cis obrócił leszczynę. Sięgnął po nóż.
– Naści.
Robert zważył narzędzie w dłoni. Ciężkie. Znacznie cięższe, niż się spodziewał.
– Dzisiaj nie robisz łuku.
Spojrzał pytająco.
– Dzisiaj uczysz się nie psuć drewna.
Cis wsunął czubek ostrza pod korę.
– Patrz. Nie skrobaj, nie rzeż. Jeno podważaj i odrywaj.
Ostrze tylko lekko uniosło korę, która odskoczyła z cichym trzaskiem. Pod spodem błysnęło jasne drewno.
– Biel. Ostatni słój. Ostatnie lato drzewa. – Przejechał po nim opuszkiem z taką ostrożnością, jakby dotykał rany. Cała siła łuku w nim siedzi. Naruszysz go choćby na grubość włosia, a łuk pęknie chłopakowi przy pierwszym naciągu.
Robert odruchowo cofnął drewno.
– Czyli wszystko, co zrobię… nie ma go tknąć.
– Pojąłeś? To pierwsze i najważniejsze prawidło. – Skinął głową.
– Tyle wystarczy. Masz odsłonić cały ten słój. Nic więcej. Nie śpiesz się. Drewno nie ucieknie.
Podał mu kozik.
– Ja siądę przy swojej robocie. Skończysz, zawołaj mnie.
Odszedł do drugiego łęczyska.
Robert został sam z leszczyną.
Przez chwilę tylko patrzył na jasny pas drewna.
Potem zacisnął dłoń na narzędziu. Pochylił się nad leszczyną. Został sam na sam z kawałkiem drewna, nożem i jednym, żelaznym prawem: nie wolno naruszyć białego słoja.
Za plecami rozległo się miarowe skrobanie Cisa. Każdy ruch mówił mu, ile jeszcze nie umie.
Wziął głęboki oddech. Nawyki z laboratoriów nie pasowały do drewna i noża. Czuł się niczym chirurg zmuszony do operowania toporem.
Kora leszczyny była ciemna, chropowata, popękana. Gdzieś pod tą twardą, martwą warstwą kryła się bariera, której nie wolno było przerwać. Pomyślał o drwiących śmiechach w bani i o ufnych oczach Gniewka. Zacisnął zęby.
Przyłożył ostrze do krawędzi i spróbował powtórzyć ruch Cisa
Nacisnął. Zbyt mocno.
Nóż ześlizgnął się i zgrzytnął, zostawiając na korze płytką, białą rysę. Zamarł, serce podskoczyło mu do gardła. Odsunął nóż i pochylił się nad rysą. Na szczęście ostrze nie przebiło grubej kory.
Dłużej patrzył na korę, nie na całość, tylko na jej fragment przy krawędzi cięcia. Szukał miejsca, gdzie drewno samo zaczynało się rozdzielać.
Przesunął palcami po powierzchni.
W jednym punkcie opór był mniejszy. Tam wsunął czubek ostrza.
Nie ciął. Podważył.
Kora drgnęła, a potem odskoczyła cienkim płatem.
Zatrzymał ruch.
Spojrzał na odsłonięte jasne drewno. Wąski pas, nierówny, ale nienaruszony.
Wstrzymał oddech. Granica między korą a jasnym drewnem stała się wyraźna. Już nie walczył z korą na oślep. Ostrożnie wsunął nóż w szczelinę między korą a jasnym drewnem. Kora odchodziła krótkimi, nieregularnymi kawałkami.
Skupienie stało się tak intensywne, że przestał słyszeć pracę Cisa. Nie czuł upływu czasu. Istniał tylko on, nóż i nienaruszalna granica. Pot spływał po skroniach od napięcia. Każdy oderwany kawałek kory, który nie naruszył słoja, był małym zwycięstwem.
Najbardziej ciążyła mu myśl, że trzyma w dłoniach pień młodego drzewa, ściętego nie po to, by spłonąć w palenisku, lecz by przez lata czekać. Nabierać mocy i sprężystości w ciemnej stodole, aż przyjdzie jego czas.
Gdyby niepewna ręka przecięła ostatni słój, zmarnowałby nie tylko materiał. Zmarnowałby lata cierpliwego czekania – drzewa i rzemieślnika.
Każdy ruch poprzedzała krótka chwila namysłu. Sprawdzał kąt ostrza, nacisk dłoni, kierunek włókien drewna.
W jego dawnym świecie błąd w obliczeniach można było wymazać. Nieudany eksperyment – powtórzyć. Kod napisać od nowa.
Po dłuższej chwili ruchy zaczęły płynąć swobodniej. Strach ustąpił miejsca skupieniu. Dłonie same wyczuwały nacisk i kąt podważenia kory. Ruchy przestały wymagać kontroli. Dopiero wtedy odetchnął. Uwolniony od napiętej koncentracji umysł zaczął dryfować.
Biel drewna pod ostrzem lśniła niczym żywa tkanka. Ten widok uruchomił pamięć tak gwałtownie, że na chwilę zniknął warsztat Cisa. Zamiast zapachu wiórów poczuł woń parującego fast foodu.
Zobaczył Agnieszkę siedzącą naprzeciwko niego w ich mieszkaniu, z widelcem zawieszonym w połowie drogi do ust.
– Przecież ty chcesz… ożywiać myszy! – wykrzyknęła, w głosie łącząc niedowierzanie z nagłym zrozumieniem.
Pamiętał własne tłumaczenia. Że nie chodzi o wskrzeszanie, tylko o odtworzenie stanu sprzed śmierci. O precyzję. O kontrolę nad procesem na poziomie atomów.
– I co to właściwie znaczy „nadpisać linię życia”? – pytała sceptycznie, marszcząc brwi. – O ile dni, tygodni, lat chcesz cofnąć ich organizmy? Konstruujesz fontannę młodości… a co jeśli cofniesz je przed ich urodzenie?
Nóż zadrżał mu w ręku, ale nie przerwał ruchu. Pamiętał własny śmiech – pewny siebie, naukowy, zbyt lekki.
– Moja droga, nie chodzi o cofanie myszy do czasów Popiela – powiedział wtedy z uśmiechem. – Chodzi o to, żeby nie zaburzyć lokalnie strzałki czasu. Inaczej twoja wizja mogłaby się… nieprzyjemnie spełnić.
Zimny pot wystąpił mu na czoło.
Ten chichot losu był tak głośny, że nie usłyszał kroków za plecami.
– Siedzita tak, chłopy, na tej spiekocie, to i ochłody trza zażyć.
Odwrócił się. Przed nimi stała Bogumiła z dużym glinianym dzbanem, z którego wystawała lekka piana.
– O, to mi się widzi! – uderzył się w udo. – Skosztuj piwa, co je moja kobita warzy! Lepszego w całym opolu nie znajdziesz.
Nalała mętny, gęsty płyn do kubków. Robert przyjął jeden.
Wziął łyk.
I natychmiast w jego zmysły uderzyło coś, czego nie potrafił przypisać żadnemu znanemu smakowi.
To nie było piwo, które znał. Nie miało klarowności ani chmielowej goryczki, ani wodnistej lekkości. Było gęste, mętne. Pachniało razowym chlebem i drożdżami, z lekką kwasowością w tle. Ziołowa nuta zastępowała tu chmielową goryczkę.
Było sycące niczym rozpuszczony chleb.
Po kilku ostrożnych łykach napięcie ustąpiło pragnieniu. Pił coraz szybciej, niemal łapczywie, co wyraźnie ucieszyło gospodarzy. Bogumiła bez słowa dolała mu do kubka.
– Doskonałe – powiedział z uznaniem. W jego głosie pojawiła się jednak nuta wahania. – Czy mogę zapytać o jednego z sąsiadów?
Twarze gospodarzy natychmiast stężały. Bogumiła zamarła z dzbanem w półruchu, a Cis zacisnął dłoń na ławie.
– A czegóż to chcesz wiedzieć? I o kimże? – głos Cisa stał się chłodniejszy.
Zawahał się, po czym mówił dalej:
– Przyszedł wczoraj Mściwój. Pytał, czy może pracować ze mną, jak Stanimir. Dodatkowe ręce to pomoc… ale widywałem go z Dobrogostem. Obawiam się, że to nie będzie para rąk do pomocy, lecz para oczu do obserwacji.
Kobieta ciężko opadła na ławę.
– Mysłodarze… – zaczęła cicho. – Ród Sulisławów i Dobrogostów to jedna rodzina, ale nie po krwi, jeno przez swaćbę.
– Wtóry syn Dobrogosta, Dobromir, wziął za żonę siostrę Mściwoja, Ludmiłę – podjął Cis wolno, ważąc każde słowo. – Ale ludzie gadają, że miłowania tam nie obaczysz.
– Miłowania? – prychnęła Bogumiła. – Tam jest tylko chytrość Dobrogosta. Stary lis chce zagarnąć ziemię Sulisława, bo tłusta i w dobrym miejscu. A Sulisław… dobry chłop, jeno duch w nim słaby i jak trzcina się giba.
– … Dobrogost go omotał – wtrącił się szybko Cis. – Namówił go, by dał pierworodną Dobromirowi, w zamian obiecując pomoc przy żniwach i wołu do radła. Sulisław przystał, mniemając, że dobry targ ubił.
– A Dobromir… – głos Bogumiły drżał z gniewu – ledwie się gospodarzem poczuł, Ludmiłę odtrącił, a do chałupy sprowadził młodą nałożnicę. Ludzie gadają, że swadźba była tylko po to, by odsunąć Sulisławów od dziedziny.
Słuchał, wstrząśnięty tą niewidzialną siecią powiązań i rodowych żądzy.
– Ale przecież pierworodny, Mściwój, ma prawo ziemi! – zaprotestował.
– Prawo prawem, ale co mu po prawie, kiej ojciec ducha ma jak dziecię i wodzić się za nos daje? – westchnął ciężko Cis. – Dobrogost dobrze wie, że Sulisław nigdy przeciw niemu głowy nie podniesie. A jak Dobromir doczeka się syna z drugą żoną, to na głowie staną, byle to on został dziedzicem.
– A sam Dobromir to wałkoń i paliwoda! – dodała ze złością Bogumiła. – Tak się nosi, jakby już na swoim siedział. Od innych potu wymaga, a sam darmozjad jeden!
– Co i rusz dochodzi między nimi do zwad, a i za łby się nieraz brali – Cis prychnął krótko. – Mściwój u Dobromira za poraba robi na własnej ojcowiźnie. Jeśli do ciebie przyszedł, znaczy miarka się przebrała. Ojciec go nie wesprze. O nie cierpi całego rodu Dobrogostów i wiele gotów zrobić, by odzyskać swoje. To hardy młodzik.
Robert zamyślił się, obracając w dłoniach chłodny kubek. Spojrzał na niedokończoną pracę, potem na gospodarzy.
– Obiecałem Mściwojowi odpowiedź jeszcze dziś – powiedział w końcu. – Po waszych słowach zgodzę się, by ze mną pracował.
– Dobrze uczynisz. – Na twarzy Bronisławy odmalowała się ulga. – To robotny chłopak, jeno dola mu ciężka.
– Stanimir ma dar w rękach, drzewo się go słucha. A Mściwój? Co on mi da? – Zmarszczył brwi. – No i nawet z chlebem dla niego będę miał kłopot.
– Nie o jadło mu chodzi! – Bogumiła uniosła głos. – On oddechu szuka. Od tej żmii, co mu się pod strzechą zalęgła.
– Siłę ma, to go do roboty zagoń – Cis odstawił kubek. – Do rąbania, do noszenia. Tam, gdzie pot z człowieka schodzi. Reszta sama przyjdzie.
Wrócili do pracy.
Cis bez słowa podjął strug i znów prowadził pewnie ostrze po drewnie.
Robert pracował dalej, wolniej niż wcześniej. Kora odchodziła spod noża nierówno. Słowa z rozmowy wracały, przebijając się przez rytm pracy.
W głowie układał obrazy: dom, układy, małżeństwa, ludzi przesuwanych między rodzinami niczym część zapłaty. Wszystko prowadziło do Dobrogosta. Tylko po co to?
Zacisnął dłoń na drewnie mocniej, niż było trzeba.
Praca wciągnęła go z powrotem. Ostrze prowadził już pewniej.
Ostatni płat kory odszedł od drewna. Pod nim odsłoniła się gładka, jasna powierzchnia.
Zatrzymał się na chwilę. Podniósł łuczysko ostrożnie i podał je Cisowi.
– Skończyłem.
Cis odłożył swoją robotę i wziął okorowane drewno. Uniósł je do oka, mrużąc drugie, i obejrzał pod światło od końca do końca.
Przesunął dłonią po powierzchni. Palce zatrzymywały się na drobnych nierównościach, jakby czytał nimi znaki, których inni nie widzą.
Odłożył na kolana i ledwie dostrzegalnie skinął głową.
– No – powiedział krótko. – Niczegoś nie zmaścił.
Dopiero wtedy wypuścił powietrze, którego nawet nie zauważył, że wstrzymywał.
– Jutro zaczniemy prawdziwą robotę.
Machnął ręką w stronę wyjścia.
– Na dziś dość. Idź.
* * *
Wracając od Cisa, skręcił do Stanimira.
Już z daleka dobiegł go śmiech i piski. Milena i Gniewko biegali po obejściu. Dobra stała na skraju podwórka, nie spuszczając z córki wzroku.
– A co wy tu robicie? – zawołał, podchodząc bliżej żony. – Wszędzie was pełno.
– Przyszłam zobaczyć, jak czuje się Milena – odparła, nie odrywając wzroku od dzieci. – A Gniewko… znalazł sobie towarzyszkę.
– Tylko jej nie zamęcz – rzucił do Gniewka.
Chłopiec wyszczerzył zęby i pobiegł dalej za dziewczynką.
Wszedł do szopy, zatrzymał się w pół kroku.
Taczka nie przypominała już pierwszej wersji. Grubsze belki ramy, powiększone koło, głębsza skrzynia – wszystko trzymały mocne czopy, ciasno, bez luzu, stała prosto podtrzymywana dodatkowymi podporami.
Przejechał dłonią po drewnie. Gładkie, równe, bez oporów.
– A jeszcze jedno, Stanimirze. Przyjmę Mściwoja.
Stanimir zastygł z dłutem w dłoni, a jego syn gwałtownie uniósł głowę.
– Ale my przyjdziemy do ciebie – wyrwało się młodszemu. – Jak skończymy taczki. Od razu.
– Nie zostawimy roboty – dodał szybko Stanimir. Wytarł dłonie o spodnie.
– Spokojnie. – Uniósł rękę. – Jedno z drugim nie ma związku.
Słońce schodziło już nad las. Agnieszka podeszła do Roberta.
– Musimy iść. Młody pewnie już zgłodniał.
– Dobra mnie nakarmiła! – zawołał Gniewko. – Zjadłem miskę kaszy ze skwarkami. Pyszna była!
– Nie mogłam pozwolić, by druh mojej Milusi chodził głodny – odparła Dobra z uśmiechem.
– Dziękujemy – powiedzieli niemal równocześnie.
– Drobiazg. – Machnęła ręką. – Gniewko może do nas przychodzić, kiedy tylko zechce. Milusia na pewno się ucieszy.
* * *
Dotarli do chaty. Słońce zaszło już za las.
Agnieszka zatrzymała się nagle, chwyciła Roberta za rękaw.
– Patrz. – Wskazała starą wierzbę na miedzy, gdzie w głębokim cieniu poruszał się ciemny kształt. Chodził szybko, obgryzając paznokcie.
Dostrzegł ich. Przez chwilę stał bez ruchu. Potem gwałtownie ruszył w ich stronę.
Zatrzymał się dwa kroki przed nimi. Oddychał ciężko, choć nie biegł. Przełknął ślinę.
– Czekałeś?
Mściwój drgnął i uniósł wzrok.
– Dobrze. Jeśli chcesz, możesz przychodzić i pracować ze mną.
Chłopak zamarł na moment. Wziął głęboki oddech.
– Ale jasno. – Robert uniósł rękę. – Nie mam czym płacić. I z jedzeniem u nas ciężko.
Mściwój wyprostował się.
– Zadbam o siebie. Chcę się uczyć. To więcej warte niż jedzenie.
Robert spojrzał na niego chwilę.
– Dobrze. Przyjdź jutro po śniadaniu.
Cześć!
miarowy łomot młota umilkł w połowie uderzenia
Nie za bardzo sobie ten dźwięk wyobrażam. Urwanie w pół słowa – tak, ale pół uderzenia?
Ten dialog o religii – widać, że chciałeś przekazać dużo informacji i wyszło trochę jakby Agnieszka była jakimś ankieterem. No, ale to subiektywne. Jasne, że to ważne dla fabuły, dla rozumienia bohaterów. Miałeś taki zamysł, żeby ten element budowania świata był w jednym miejscu?
Ogólnie ciekawy odcinek.
Pozdrawiam!