.png)
Dwa dni po koronacji Grona Thunderclouda na króla Olwerni życie w Wyrd powoli wracało do normy. Z ulic znikały ostatnie wstążki i chorągwie, a słudzy dworu wytaczali z sali biesiadnej beczki, z których jeszcze niedawno lało się wino. Miasto było zmęczone – widać to było w opuszczonych ramionach przechodniów, w ziewaniu strażników pod murami a także w ciszy, jaka zapadła po dniach gwaru i uroczystości.
Przed gospodą Pod Starym Rydlem panowało jednak ożywienie. Davrel wraz z Lysem i Aidanem kończyli pakować juki. Remi, siedzący z założonymi rękami na skrzyni z ziarnem, obserwował wszystko swoim leniwym, ale bystrym spojrzeniem.
– I pomyśleć – mruknął Lys, poprawiając pas od torby – że przyjechaliśmy tu tylko na obrady, a wracamy jako świadkowie historii.
– Skacowani świadkowie… – mruknął Aidan, zawiązując rzemienie na sakwach. – Całe miasto świętowało jakby jutro świat miał się skończyć.
Remi parsknął śmiechem.
– Dlatego właśnie jadę z wami na wschód. Tam przynajmniej ludzie piją z powodów, które rozumiem.
– I to się właśnie nazywa wolność – skomentował były zarządca Idris. – Każdy może robić to, co chce. My wracamy do Arven, a ty wyruszasz w poszukiwaniu inspiracji.
– A podobno nic nie inspiruje bardziej niż butelka wina z Kade – spuentował ukontentowany bard.
Davrel uśmiechnął się pod nosem. Lubił takie chwile prostej codzienności. Po obradach i uroczystościach, po kolejnych przemowach i napięciach, zwykłe pakowanie przed odjazdem wydawało mu się niemal kojące.
Wtem od strony głównej drogi doleciał ich stukot kopyt.
Cała czwórka odwróciła głowy. Pod gospodę zajechał jeździec na gniadoszu, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. Konie z hodowli O’Connellów miały w sobie coś charakterystycznego: mocne, szerokie kopyta i grzywy splatane w krótkie warkocze.
Sir Matthew zeskoczył z siodła, a jego zbroja zaskrzypiała cicho. Twarz mężczyzny była nieco zmęczona, lecz pogodna. Taka sama jak ta, którą Davrel wielokrotnie widywał podczas obrad, gdy lord z Therm próbował tonować kłótnie między przedstawicielami rodów.
– Widzę, że przybyłem w samą porę – powiedział rycerz, odgarniając z czoła kosmyk rudych włosów. – Już myślałem, że będę was musiał gonić aż do granicy z Kade.
– Matt – przywitał go serdecznie szlachcic. – Co cię sprowadza?
– Prośba – odpowiedział O’Connell i skinął mu głową. – Jeśli masz chwilę… Król Gron wezwał mnie na krótkie spotkanie we dworze. Prosił również o twoją obecność.
Lord z Arven uniósł brew, podczas gdy Lys i Aidan wymienili szybkie spojrzenia.
– Jest jakiś problem? – zapytał były skazaniec.
– To Południe – półżartem odpowiedział mu przybysz. – Problemy są tu jak chwasty: nawet gdy wyrwiesz jeden, w jego miejsce natychmiast pojawiają się trzy nowe.
– Zatem zdecydowane powinieneś jechać – wtrącił Remi, zwracając się bezpośrednio do Davrela.
Ten wahał się jeszcze przez sekundę, po czym skinął potakująco głową. Następnie chwycił rękawice a płaszcz przewiesił przez ramię.
– Wracam, jak tylko dowiem się, o co chodzi.
– Obiecanki macanki – mruknął Aidan. – No, ale poczekamy tu na ciebie.
Szlachcic dosiadł konia. Ruszył za O’Connellem w kierunku centrum miasta.
Gdy wyjechali na główną drogę prowadzącą do dworu Thundercloudów, odwrócił głowę w stronę Matta.
– Żałujesz? – zapytał. – Że nie zostałeś królem?
Lord z Therm zaśmiał się krótko.
– Wiesz… może tak jest lepiej. Król powinien z natury lubić politykę. Ja jej nie znoszę.
Zawiesił na chwilę głos.
– Poza tym Thundercloud będzie dobrym władcą. A przynajmniej takim, który wie, czego chce. A to już coś.
Zmarszczył lekko brwi.
– A ty? Ty nie chciałbyś być królem? – zagadnął po chwili.
Davrel spojrzał przed siebie, na brukowaną drogę wiodącą przez miasto.
– Nie.
– To zabawne – powiedział wesoło Matt. – Bo słyszałem twoje imię szeptane na sali. I muszę przyznać: Lys Cartage wykonał świetną robotę. osobiście znam osoby, które przekonał do twojej kandydatury. To całkiem pokaźna grupa.
– Lys działał bez mojej wiedzy.
Wypowiadając te słowa, lord z Arven skrzywił się lekko, jednak przez twarz przemknął mu też cień uśmiechu.
– Rozumiem – odparł O’Connell. – Każdy z nas ma własne ambicje.
Jego koń parsknął, jakby na potwierdzenie tych słów. Mężczyźni przyciszyli głos i jechali dalej. Przed nimi majaczyły już mury dworu Thundercloudów.
Gdy Davrel i Matt weszli do niewielkiej sali na pierwszym piętrze, rozmowy przy długim stole ucichły niemal natychmiast. Wąskie okna wpuszczały blade, zimowe światło, a w palenisku trzaskał ogień, rozlewając po komnacie ciepłe refleksy. Choć spotkanie nie miało oficjalnego charakteru, wszyscy zgromadzeni poruszali się z tą samą sztywną ostrożnością, która towarzyszyła im przez całe obrady.
Na końcu stołu siedział Gron Thundercloud, w złotej koronie, z dłońmi splecionymi na blacie. Spojrzenie miał surowe, ale w jego oczach krył się cień ciekawości. Po prawej od niego usadowił się lord Christopher Blake, oparty swobodnie o podłokietnik. Z lewej – Edwin van Bommel, jak zwykle wyglądający, jakby myślami był już przy jakimś nowym kontrakcie. Dalej Sonya de Winter, chłodna i wyprostowana; sir Taron Guntir, z ramionami tak szerokimi, że ledwo mieścił się na krześle; oraz Darion, który posłał nowo przybyłym krótki, nerwowy uśmiech.
Po drugiej stronie stołu siedziało trzech innych szlachciców, których Davrel kojarzył z licznych głosowań, lecz nie znał z nazwisk. Miejsce najbliżej drzwi zajął mężczyzna o pogodnym obliczu, lekko krągłej twarzy i niewielkim brzuszku. Na widok wchodzących mężczyzn natychmiast poderwał się z miejsca, by ich przywitać.
– Peter Huntington z Westhill w Therm – oznajmił z szerokim uśmiechem, ściskając dłoń lorda z Arven.
Pozostali dwaj również skinęli głowami, ale milczeli, jakby niechętni swojemu udziałowi w tym spotkaniu.
Kiedy nowoprzybyli zajęli swoje miejsca, król Gron wstał z krzesła.
– Skoro jesteśmy już w komplecie – powiedział głosem, który natychmiast skupił na nim wszystkie spojrzenia – możemy przejść do rzeczy.
Zgromadzone przy stole towarzystwo wstrzymało oddech.
– Po zabiciu Vestingsa – zaczął władca – wojna z Północą wydaje się nieunikniona.
Jego słowa zawisły w powietrzu. Nawet van Bommel przestał bawić się pierścieniem.
– Jednak zima działa na naszą korzyść – kontynuował Thundercloud. – Semeńczycy nie wykonają teraz ruchu. Nie będą walczyć na wrogim terenie bez możliwości zabezpieczenia stałych dostaw broni i żywności. Moim zdaniem… – uniósł wzrok – uderzą najszybciej w marcu. Wraz z pierwszymi roztopami.
Sonya de Winter skrzyżowała ręce na piersi.
– A mówisz nam to, bo…?
– Bo to dopiero za dwa miesiące – odparł spokojnie Gron. – I jest to czas, którego nie wolno nam zmarnować.
Przeszedł powoli wzdłuż stołu.
– Moja daleka krewna, lady Coleen Campbell, jest żoną wysokiego urzędnika na dworze króla Gordona – oznajmił niespodziewanie.
Wszyscy spojrzeli na niego z zaskoczeniem.
– Czyli chcesz powiedzieć, że masz szpiega w Karthalion? – mrużąc oczy zapytał Blake.
– Nie całkiem. – Thundercloud pokręcił głową. – Coleen nie ma dostępu do tajnych informacji. Przekazuje mi jedynie ogólne wiadomości o tym, co dzieje się w stolicy. Ale to wystarczy, by wiedzieć, że sytuacja jest… niestabilna.
Przesunął wzrokiem po twarzach zgromadzonych.
– Król Gordon choruje. Od tygodni nikt go nie widział. Pod jego nieobecność dwór podzielił się na dwa stronnictwa: rojalistów, którym przewodzi sir Francis de Bachmakov, dowódca gwardii królewskiej i marszałek wojny, oraz frakcję kanclerską – pod wodzą brata zmarłej królowej, Wielkiego Kanclerza Luciusa Serenno.
Van Bommel odetchnął ciężko.
– I który z nich ma nas pokochać tak bardzo, by darować nam bunt?
– Rojaliści – odpowiedział rzeczowo król. – De Bachmakov pragnie uniknąć rozlewu krwi. Wie jak duże straty mogliby ponieść. Jeśli udałoby się przekazać mu wiadomość… jest szansa. Niewielka, ale jest.
Przy stole zapadła cisza.
Jako pierwszy odezwał się sir Matthew O’Connell.
– To doskonała wiadomość! Jeśli jest choć cień szansy na pokój, to powinniśmy spróbować.
– Wątpię, by to się udało – sceptycznie przerwał mu Blake. – Ale spróbować nie zaszkodzi. Czy lady Coleen doręczy wiadomość? – dodał po chwili.
– Nie – zaprzeczył twardo Gron. – To zbyt ryzykowne. Ona może jedynie zaaranżować spotkanie. Dlatego potrzebujemy posłańca. Kogoś, kto dotrze do Karthalion, wejdzie na królewski dwór i przekaże list dowódcy gwardii.
Van Bommel prychnął ironicznie.
– Przecież to misja samobójcza. Drogi pełne są wojska, kontrole na każdej rogatce… Czy znacie kogoś komu życie jest aż tak niemiłe, by się na to zgodził?
Gron spuścił brodę i westchnął ciężko, jakby od początku spodziewał się takiej właśnie odpowiedzi.
– Ja to zrobię.
W ciszy, która zapanowała w komnacie, głos Davrela wybrzmiał niczym mosiężny dzwon.
Blake spojrzał na niego z ukosa. Sonya zmrużyła oczy, podczas gdy siedzący obok niej Taron uporczywie wpatrywał się w blat stołu. Edwin van Bommel uniósł brwi tak wysoko, że prawie wsunęły się na jego spocone czoło.
Tymczasem szlachcic spokojnie mówił dalej:
– Byłem już na Północy. Przejechałem się przez Semenię w drodze powrotnej do Arven. Znam trakty i wiem, czego się spodziewać. Nie boję się. Jeśli trzeba, doręczę list sir Francisowi.
Przez chwilę nikt się nie poruszył.
– Jesteś pewien? – odezwał się cicho O’Connell.
Spojrzał Davrelowi w twarz, a w jego oczach podziw mieszał się z niepokojem. Darion lekko otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Blake zastygł w bezruchu, choć w jego oczach pojawił się cień czegoś niejednoznacznego. Może uznania, a może obawy.
Król Gron powoli skinął głową.
– Widzę, że pogłoski o twojej odwadze nie były na wyrost. – Jego głos był niższy niż dotychczas. – Muszę jednak powtórzyć pytanie lorda O’Connella – czy jesteś pewnie, że chcesz doręczyć wiadomość na dwór w Karthalion?
Davrel wstał od stołu i zrobił krok w stronę władcy.
– Tak – powiedział twardo. – Gris nie rzucają słów na wiatr.
Thundercloud przez chwilę uważnie przyglądał się stojącemu przed nim mężczyźnie.
– Zatem postanowione – powiedział w końcu, a w jego oczach pojawił się błysk czegoś nowego, co przypominało szacunek. – Przyjdź jutro rano, do tego czasu przygotuję list.
Po tych słowach odwrócił się i wyszedł z komnaty.
W pomieszczeniu zapanowało głuche milczenie.
†
Poranek był mroźny, choć łagodniejszy niż poprzednie. Nad dziedzińcem dworu Thundercloudów unosiły się delikatne smużki pary, a na bruku wciąż zalegał cienki, szklisty lód. Davrel wszedł do środka, zostawiając konia przy bramie. Wewnątrz było cieplej – do komnat sączyło się pomarańczowe światło pochodni i blask palenisk, które ktoś musiał rozpalić jeszcze o świcie.
Służący zaprowadził go do niewielkiego pomieszczenia na piętrze, gdzie Gron Thundercloud oczekiwał go już przy długim stole. Król Olwerni stał przy wąskim oknie, wpatrzony w ośnieżony horyzont. Gdy lord z Arven przekroczył próg, odwrócił się powoli.
W jego dłoni spoczywały dwie koperty, obydwie opieczętowane czarnym, grubym woskiem z wyraźnym symbolem dębowego liścia.
– Podejdź, sir Davrelu – powiedział Gron, a jego głos odbił się od kamiennych ścian.
Szlachcic zrobił kilka kroków w przód. Władca podał mu pierwszy list.
– Ten jest przeznaczony dla króla Gordona – wyjaśnił. – Nie wiem, czy będzie w stanie go przeczytać… ale jeśli tak, to przedstawiam w nim nasze stanowisko.
Następnie wręczył mu drugi dokument.
– A ten… dla dowódcy gwardii królewskiej, sir Francisa de Bachmakova. Tylko w jego ręce. Zapamiętaj: tylko w jego.
W pomieszczeniu zapadła cisza. Thundercloud poprawił pas u boku, jakby dopiero teraz w pełni uświadomił sobie wagę chwili.
– Podróż do Karthalion powinna zająć ci około dwóch tygodni – powiedział spokojnie. – O ile pogoda nie postanowi pokrzyżować naszych szyków.
Davrel skinął głową, chowając listy do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
Król obserwował go uważnie. W jego spojrzeniu było coś trudnego do odczytania – mieszanka surowości, ciekawości i pewnego rodzaju… troski? A może jedynie politycznej kalkulacji.
– Posłuchaj mnie uważnie… – rzucił, splatając dłonie na brzuchu. – Los Olwerni zależy teraz od ciebie. Jednego człowieka. Jeśli można jakoś zapobiec kroczącej ku nam wojnie, to… – zawahał się na chwilę. – Nie zawiedź mnie, Gris.
Jego ostatnie słowa zabrzmiały mniej jak rozkaz, a bardziej jak prośba. Lord z Arven poczuł, jak coś ściska mu żołądek. Odpowiedzialność za los całego królestwa opadła ciężko na jego barki.
Thundercloud zmrużył oczy, przyglądając mu się z uwagą.
– Wyglądasz, jakbyś chciał o coś zapytać – powiedział cicho. – Tutaj możesz mówić otwarcie. Nie jestem twoim wrogiem.
Davrel uniósł wzrok. Przypomniał sobie podsłuchaną kilka dni wcześniej rozmowę. Przez krótką chwilę zastanawiał się, co odpowiedzieć władcy.
Ostatecznie tylko pokręcił głową.
– Nie, Wasza Wysokość, nie mam pytań.
Wydało mu się, że zobaczył w oczach Grona cień zawodu, choć równie dobrze mogło to być jedynie odbicie płomienia w kominku.
– Rozumiem – oświadczył po chwili Thundercloud. – W takim razie życzę ci powodzenia. Wróć cały.
Po jego słowach szlachcic skłonił się lekko, po czym odwrócił i ruszył w stronę drzwi. Gdy wyszedł na korytarz, chłód otoczył go niemal natychmiast. Mury dworu zdawały się emanować zimnem, które szybko wypełniło mu płuca. Jednak w miarę jak mężczyznę ogarniał panujący na zewnątrz mróz, jego wewnętrzna nieufność wobec nowo wybranego króla stopniowo tajała.
Kiedy otworzył ciężkie drzwi prowadzące na dziedziniec, dobiegł go odgłos gromkiego śmiechu oraz okrzyków. Słońce wzeszło już całkowicie. Jego blade, zimowe światło odbijało się od jasnego śniegu i błyszczących pancerzy.
Davrel zamknął za sobą drzwi i ruszył w kierunku źródła hałasu.
Na środku dziedzińca, w otoczonym przez służbę i kilku rycerzy kręgu, Aidan i sir Taron Guntir siedzieli naprzeciwko siebie przy masywnym, dębowym stole. Ich łokcie wbite były w blat, dłonie splecione w żelaznym uścisku.
– Dawaj, Taron! – krzyknął któryś z wojowników z Tunst. – Nie daj się, on nie wygląda na mocnego!
– Może i nie wygląda… – mruknął Guntir z grymasem wysiłku. – Ale rękę ma jak imadło…
Aidan uśmiechał się szeroko. Niemal zbyt szeroko jak na kogoś, kto walczy o utrzymanie równowagi. Tylko jego ścięgna i napięte przedramię zdradzały, że faktycznie wkładał w pojedynek całą swoją siłę.
Davrel zatrzymał się o kilka kroków od siłujących się mężczyzn, obserwując ich z lekkim rozbawieniem. Zauważył, że Taron ma niewielką przewagę. Szerokie barki rycerza drgały, ale jego ramię zaczynało powoli spychać Aidana.
– Dalej, Taron! – dopingował go jeden z rycerzy.
Aidan przechylił głowę i szepnął przeciwnikowi coś, czego inni nie dosłyszeli. Efekt był natychmiastowy. Na twarzy Guntira pojawił się grymas zaskoczenia. Na ułamek sekundy stracił koncentrację.
To wystarczyło.
Aidan szarpnął krótko, wykorzystując moment. Ramię Tarona uderzyło o blat stołu z takim hukiem, że wszyscy aż podskoczyli.
– I… mamy zwycięzcę! – krzyknął Remi, który pojawił się za plecami Davrela, z rozbawieniem na wymalowanym na twarzy. – Rycerz pokonany przez parobka. Co za historia!
Wojownik z Tunst roześmiał się krótko, bardziej gniewnie niż wesoło.
– Przyznaję się do porażki – powiedział wstając od stołu. – Twój towarzysz ma mięsnie ze stali – dodał zerkając w stronę lorda z Arven.
– Ty też masz łapę niczego sobie – odpowiedział mu były skazaniec, podciągając rękaw, by przetrzeć czoło.
Dopiero wtedy Davrel zauważył, że Aidan ma gołą dłoń. Do pojedynku zdjął rękawicę, odsłaniając wypalony na skórze symbol.
Na krótką chwilę serce zabiło mu mocniej.
Zerknął szybko po twarzach zebranych. Nic. Żadnego podejrzliwego spojrzenia, żadnego szeptu. Wyglądało na to, że nikt nie zwrócił uwagi na piętno skazańca. Wszyscy skupieni byli tylko na widowisku.
Aidan przywdział rękawicę tak szybko i naturalnie, jakby to była cześć jego codziennej rutyny.
– To co? – sapnął, wstając od stołu i spoglądając na Tarona.
– Zgodnie z umową… – odpowiedział wojownik. – Beczka piwa jest twoja. Ale następnym razem nie pójdzie ci tak łatwo.
– To się jeszcze okaże.
– Beczka? – Davrel uniósł brwi.
– A jakże – odparł Remi, klepiąc go w ramię. – Nasz Aidan nigdy nie gra o niskie stawki.
Były skazaniec posłał im niewinny uśmiech, który zupełnie nie pasował do jego reputacji.
– Dla mnie liczy się przede wszystkim rywalizacja. Ale jeśli przy okazji mogę coś z tego mieć, to czemu nie?
Szlachcic uśmiechnął się lekko, kręcąc głową. Widok tak beztroskiego przyjaciela był czymś rzadkim. I cennym.
Zamyślił się na chwilę a potem ruszył dalej przez dziedziniec. Minął Aidana, który właśnie próbował wtoczyć beczkę z piwem na stojący przy bramie wóz.
Nagle zatrzymał się zdumiony.
– Skąd… Skąd u licha wziąłeś wóz? – zapytał, niepewny czy chce znać odpowiedź.
Były skazaniec wyprostował się powoli, z dumą w oczach.
– Też wygrałem.
– Też? – powtórzył Davrel z niedowierzaniem.
– Ci z Tunst mają chyba przesadne wyobrażenie o swojej sile – wyjaśnił Aidan, poklepując drewnianą burtę. – No to pokazałem im moją.
– Nie wierzę – roześmiał się Remi, który dołączył do stojących przy wozie towarzyszy.
– Ja też – mruknął parobek. – Że już wyjeżdżamy. Jeszcze tydzień a miałbym swój własny zamek w Tunstvar…
Szlachcic parsknął śmiechem.
– Zamek zamkiem, ale teraz przed wami długa droga do Arven. Uważaj na siebie, Aidan. I na pozostałych też. Nadchodzą niespokojne czasy.
Były skazaniec na moment spoważniał.
– Wiem. Będę miał oczy otwarte.
Lord z Arven wyjął z wewnętrznej kieszeni małą kopertę, zalakowaną pieczęcią z herbem swojego rodu.
– Przekaż to Martinowi. Osobiście – powiedział ciszej, tak aby Remi nie mógł go usłyszeć.
Aidan ujął list ostrożnie, jakby był to kawałek szkła.
– Pewnie nie powiesz mi, co jest w środku? – Zmarszczył czoło. – Zresztą nieważne, wolę nie wiedzieć. Oddam mu go do rąk własnych – zapewnił kiwając głową.
Uścisnęli sobie dłonie.
Kawałek dalej, oparty o jedną z belek podpierających dach stajni, stał Lys. Gdy Davrel podszedł, mężczyzna poprawił szal, próbując ukryć emocje.
– Jesteś pewien, Gris? – zapytał bez wstępu.
– Jestem.
Cartage pokiwał głową. Powoli, jak ktoś, kto wcale nie jest przekonany. Nie powiedział jednak nic więcej.
– Mam do ciebie prośbę – odezwał się w końcu szlachcic. – Miej oko na sprawy w Kade. I… na Dariona. Nie chcę, żeby padł ofiarą machinacji Blake’a.
– Rozumiem – odpowiedział z namysłem były zarządca. – Zobaczę co da się zrobić.
– Aha, i pilnuj Aidana. Lepiej, żeby nie wyjechał stąd z połową całego złota Tunst.
Lys uśmiechnął się krzywo.
– To akurat nie będzie już takie łatwe.
Obaj milczeli przez dłuższy moment. Każdy z nich wiedział jednak czego ten drugi nie wypowiada na głos.
Po chwili dołączył do nich Remi. Poprawił pas i zarzucił torbę na plecy. Na jego głowie tkwił kapelusz z dumnie sterczącym pojedynczym pawim piórem.
– Czy to… już czas? – zapytał lekko, choć jego oczy zdradzały troskę.
Davrel skinął głową, a wtedy bard uścisnął go serdecznie. Mężczyzna odwzajemnił gest.
– Żegnaj, Dav! – wykrzyknął Słowik. – Napiszę o tobie najwspanialszą z pieśni!
– Może lepiej nie… – odpowiedział szlachcic, próbując nadać swojemu głosowi wesoły ton, jednak gardło samo mu się zacisnęło. Przełknął ślinę, boleśnie czując ciężar chwili.
Wtem od strony bramy dobiegł ich znajomy stukot kopyt. Chwilę później na dziedziniec wjechał sir Matthew O’Connell, a za nim wóz, na którym pod lnianą płachtą stały dwa młode konie – drobniejsze od typowych południowych rumaków, ale o mocnych nogach i pełnych energii oczach. Jeden był ciemnogniady, z charakterystyczną pręgą na karku; drugi jaśniejszy, o łatce w kształcie liścia na pysku.
Lord z Therm zatrzymał się przed Davrelem i wskazał na tył wozu.
– Przywiozłem coś, co powinno cię zmotywować, żebyś wrócił żywy – zawołał.
Zeskoczył z konia i przywitał się z towarzyszem.
– To Burza. – O’Connell klepnął ciemniejszego. – A to Szyszka. Z mojej hodowli. Nie są jeszcze ujeżdżone, ale będą świetne pod siodło. To prezent. Powiedzmy, że… na szczęście.
Lord z Arven otworzył usta, zaskoczony.
– Matt, nie trzeba było…
– To tylko dwa konie – z lekceważącym machnięciem ręki odparł przybysz. – Ja nie zbiednieje, a one trafią w dobre ręce.
Aidan ruszył w ich stronę a oczy świeciły mu się jak dziecku na jarmarku.
– Na wóz? – zapytał, chwytając za uzdę Burzy.
Matt skinął głową.
Aidan i Remi zabrali się za ustawianie zwierząt tak, by bezpiecznie wprowadzić je na platformę. Lys przyglądał im się z boku, kręcąc głową jak ktoś, kto spodziewa się katastrofy. Nie musiał zresztą długo czekać, bo Burza postanowiła udowodnić, że jej imię nie jest przypadkowe. Były skazaniec zaklął, bard parsknął, a koń przewrócił jedną z beczek.
– Pomóc wam? – rzucił półżartem Davrel.
Aidan prychnął.
– Poradziłem sobie z Guntirem, poradzę też z dwoma źrebakami.
O’Connell roześmiał się głośno.
– Uważaj na siebie – rzekł spoglądając z powrotem na przyjaciela.
Ten uścisnął mu przedramię.
– Dziękuję. Taki mam plan.
– I wróć żywy.
Nim szlachcic zdążył odpowiedzieć, z bramy dobiegł stłumiony okrzyk:
– Zaczekajcie!
Na dziedziniec wbiegł Darion, wyraźnie zdyszany, z włosami rozwianymi przez wiatr. Tuż za nim podążała Agnes.
– Przepraszam! – Hodowca winorośli niemal poślizgnął się na bruku, ale utrzymał równowagę. – Nie chciałem, żebyś wyjechał bez pożegnania.
Mężczyzna objął Davrela mocno, jakby chciał, aby ten zapamiętał jego uścisk.
– Nie masz pojęcia jak ci zazdroszczę – westchnął. – Misja od samego króla. I to w Karthalion!
– Jeśli chcesz, możemy się zamienić – odpowiedział mu wesoło lord z Arven.
– Nie, nie. Nie trzeba. Ale… – Darion zawahał się na moment – wracaj szybko. Będzie nam cię brakowało w Arven.
Davrel uśmiechnął się słabo.
– Jasne. Wrócę najszybciej jak się da.
Agnes również skinęła mu głową – serdecznie, ale i z szacunkiem.
– Powodzenia, sir Gris.
Po jej słowach hodowca winorośli w końcu odsunął się od przyjaciela. Wyglądał tak, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, jednak z jego ust nie padły już żadne słowa. Dopiero gdy jego rozmówca wsiadł na konia, uniósł rękę.
– Bezpiecznej drogi. I nie daj się zabić!
Davrel ostatni raz rozejrzał się po dziedzińcu. Zobaczył Aidana, który stał w miejscu jak żołnierz gotowy do salutowania, choć zamiast broni w ręku trzymał powróz. Potem Lysa, który starał się wyglądać spokojnie, ale jego lekko podniesione ramiona wskazywały na odczuwany niepokój. W końcu Remiego, który uśmiechem maskował swoje prawdziwe uczucia.
– Do zobaczenia – powiedział Davrel.
– Bezpiecznej drogi – odpowiedział Cartage.
– Bądź dzielny – dodał Remi.
– I przywieź pamiątki – rzucił Aidan.
Davrel ze śmiechem skinął głową, po czym lekko ścisnął boki konia.
Rumak ruszył powoli, potem pewniej, aż w końcu minął bramę dworu i wjechał na główny trakt prowadzący na Północ – w stronę rzeki Lemne, Semenii i Karthalion.
Chłodny powiew wiatru uderzył szlachcica w twarz.
Wśród porannej ciszy mężczyzna ruszył samotnie w podróż, z której mógł już nie wrócić. A mimo to nie czuł się sam. Odprowadzały go spojrzenia przyjaciół – osób, dla których gotów był poświęcić życie.
†
Pięć kolejnych dni upłynęło Davrelowi bez większych przygód. Droga na północ była pusta, jakby świat wstrzymał oddech, czekając na coś, co dopiero ma nadejść. Od czasu do czasu słychać było jedynie odległe krakanie kruków. Im bliżej granicy, tym bardziej krajobraz wydawał się opustoszały – brakowało nie tylko ludzi, lecz w ogóle jakiegokolwiek życia.
Nieliczni mijani podróżni trzymali się poboczy, zaś twarze zasłaniali szalikami i kapturami, unikając kontaktu wzrokowego. Niektórzy, widząc zbliżającego się jeźdźca, w popłochu uciekali z drogi, chowając się w zaroślach. Inni tylko kręcili przecząco głowami, jakby każdy krok w stronę przeprawy przez Lemne był krokiem ku nieszczęściu.
Nad rzeką unosiła się mgła. Gęsta, mleczna, oblepiająca ubranie i włosy. Tłumiła dźwięki, sprawiając, że świat po drugiej stronie wydawał się całkiem inny, odległy.
Gdy Davrel dotarł do przystani, usłyszał głosy strażników – krótkie, ostre komendy wydawane pozbawione jakichkolwiek emocji. Wypowiadane były z charakterystycznym północnym akcentem. Twardo, mechanicznie, bez jakiegokolwiek ciepła.
Przy promie ustawiła się kilkunastoosobowa kolejka. Ludzie stali sztywno, zgarbieni, z wyczekującymi spojrzeniami wbitymi w zmarznięte deski pomostu. Dwóch strażników w karminowo-czarnych płaszczach przeszukiwało każdego podróżnego. Rozkazywali otwierać worki, zaglądali do kufrów, a dokumenty sprawdzali tak długo, jak gdyby tylko szukali pretekstu, by kogoś zatrzymać.
Lord z Arven z niepokojem obserwował jak młody, może dwudziestoletni mężczyzna o zmęczonej twarzy został wyciągnięty z kolejki. Gdy strażnik zapytał o papiery, chłopak drżącym głosem odparł, że je zgubił. Że wraca tylko z lekami dla swojej chorej matki, ale wartownik nawet nie próbował słuchać. Chwycił go za kołnierz, przewrócił na kolana i kopnął w brzuch. Młodzieniec błagał, żeby go przepuścili, ale żołnierze byli niewzruszeni.
– Bez dokumentów – warknął jeden z nich – nie masz prawa przejścia.
Ludzie w kolejce odwrócili wzrok. Nikt nie odezwał się ani słowem. Davrel też nie.
Po dłuższej chwili, która wydała się szlachcicowi wiecznością, przyszła jego kolej. Strażnik o zimnych jak lód oczach wyciągnął w jego stronę rękę.
– Dokumenty.
Mężczyzna podał mu przygotowane przez Matta O’Connella fałszywe papiery. Wynikało z nich, że jest handlarzem koni z Północy, wracającym z Therm, gdzie sprzedał klacz.
Wartownik rozchylił kartę bardzo powoli, jak ktoś, kto szuka najmniejszej skazy. Przesunął palcem po suchym wosku pieczęci. Zmrużył oczy.
– Sporo południowców kręci się ostatnio tam, gdzie nie powinni – mruknął. – Therm, tak?
– Mhm. Sprzedałem konia jednemu z lordów – odpowiedział Davrel, dbając o to, by jego głos brzmiał naturalnie. – Twardy negocjator, ale udało mi się sfinalizować transakcję.
Strażnik uniósł na niego wzrok. Przez moment przyglądał mu się uważnie. Potem zamknął dokumenty i oddał mu je ruchem, który mógł znaczyć wszystko.
– Idź.
Lord z Arven przeszedł po trapie na prom, starając się nie zdradzić ulgi, którą odczuwał. Dopiero w momencie, gdy łódź odbiła od brzegu pozwolił sobie na drobny uśmiech. Wokół bulgotała rzeka Lemne. Ciemna, szeroka, zimna jak stal. Południe znikało za jego plecami, a z każdym metrem przeprawy świat wydawał się cichszy i bardziej surowy.
Kiedy prom przybił do północnego brzegu, mężczyzna znów zobaczył strażników. Interesowali się jednak wyłącznie tymi, którzy chcieli przedostać się na Południe. Davrel dosiadł konia, poprawił kołnierz płaszcza i ruszył w głąb Semenii. Czuł, że przekroczył niewidzialną granicę i że od teraz zdany jest już wyłącznie na siebie.
Do Redmarsh dotarł późnym popołudniem, gdy ostatnie odcienie czerwieni nikły już z nieba, a okolica pogrążała się w nieprzyjaznym półmroku. Dawniej okolica była gwarna – pamiętał śmiechy, kłótnie, dźwięk lutni i pijackie przyśpiewki w karczmie. To właśnie tam pierwszy raz spotkał Wesołą Kompanię. Teraz jednak miasteczko wyglądało, jakby każdy starał się przemknąć przez ulice jak najszybciej, nie pozostawiając po sobie śladów.
Gospoda, do której zmierzał, stała przy głównej drodze.
Z oddali wyglądała niemal na opuszczoną. Na zewnątrz nie było żadnego oświetlenia. Natomiast w środku paliło się ledwie kilka świec. Ich światło było jednak blade i rozproszone.
Stojąc w progu i próbując przyzwyczaić oczy do panującego wewnątrz półmroku, Davrel zauważył coś, co sprawiło, że przeszedł go dreszcz.
Plakaty.
Mnogość plakatów przybitych do ścian, belek, skrzyń, a nawet do drewnianego baru. Na każdym widniała wypłowiała, niechlujna podobizna tego samego mężczyzny. W powietrzu unosił się zapach taniego atramentu.
JOLEON FALCO – głosił napis. – Poszukiwany za zdradę korony, liczne morderstwa i rozboje. Nagroda: 20 000 złotych monet.
Pod główną kartą wisiały kolejne, mniejsze:
Krwawy Billy Elliot – 5 000 monet.
Rzeźnik Maguire – 5 000 monet.
Wallace Wallace – 5 000 monet.
Nazwisk było kilkanaście. Wszystkie należały do kapitanów bandy Falco.
Szlachcic zerwał jeden z plakatów, zwinął go i schował do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Rozejrzał się dookoła. Przy oddalonych od siebie stolikach siedziało zaledwie kilkoro gości. Raz po raz obrzucali nowego przybysza krótkimi, nieufnymi spojrzeniami. Na widok kolejnego podróżnego karczmarz tylko skinął głową. W geście tym było coś, co wyrażało zarówno lęk, jak i wrodzoną chęć zarobku.
Davrel zamówił kolację i dzbanek piwa, po czym usiadł przy stoliku niedaleko paleniska. Od razu poczuł, że nikt nie ma tu ochoty na rozmowy. Ludzie mówili półgłosem, rzucając ostrożne spojrzenia na drzwi i okna. Przy stole najbliżej wejścia siedziało dwóch mężczyzn – wyglądali na lokalnych tragarzy albo rolników. Pili powoli, oszczędnie. Mówili bardzo cicho, ale ogień w palenisku co jakiś czas przycichał, a wtedy Davrel był w stanie wychwycić fragmenty rozmowy.
– …mówię ci, na wiosnę zbiorą wszystkich – szepnął jeden, nerwowo obracając kufel. – Oddziały ze wschodu już idą do Essus. Moja siostra widziała.
– A tutaj? – spytał drugi.
– Poborów ciąg dalszy. Jak masz brata albo syna… trzymaj go z dala od dróg. Biorą każdego, kto wygląda na zdrowego.
Drugi przeklął półgłosem.
Potem dodał coś, czego szlachcic nie dosłyszał.
– Słyszałem o magach – rozległo się znów po chwili. – Naprawdę ich szukają? Podobno płacą… dobrze płacą za informacje.
– Ano. Mówi się, że to z rozkazu samego kanclerza – pierwszy mężczyzna ściszył głos. – Gadałem wczoraj z młynarzem. Widział, jak zabrali dziewczynę prosto z rynku i nikt więcej już jej nie zobaczył.
Umilkł nagle, jakby poczuł, że powiedział za dużo. Rozejrzał się nerwowo, zatrzymując wzrok na drzwiach, jak gdyby obawiał się, że w każdej chwili mogą przez nie wejść słudzy kanclerza.
Davrel siedział bez ruchu, udając, że je. Jednak w rzeczywistości z trudem mógł przełknąć cokolwiek. Ukryte w skórzanej sakwie na jego piersi listy nagle wydały mu się zdecydowanie cięższe.
Dojadł kolację i udał się do łóżka. Chciał jak najszybciej ruszyć dalej. Wiedział, że każdy dzień zwłoki coraz bardziej oddala Olwernię od szansy na wymarzony pokój.
Obudził się jeszcze przed świtem. Powietrze w gospodzie było ciężkie i nieprzyjemne – pachniało stęchlizną i zimnym popiołem. Zjadł szybkie śniadanie złożone ze stwardniałej kromki chleba i cienkiego kawałka sera, które karczmarz podał mu w milczeniu.
Gdy wyszedł na ulicę, miasteczko spowijała mgła. Widać było jedynie blade zarysy dachów i płotów. Jego koń parsknął cicho. Jakby wracał na drogę równie niechętnie co jego pan.
Redmarsh o świcie było niemal martwe. Tylko nieliczni mieszkańcy krzątali się pospiesznie w cieniu, unikając światła dnia. Kiedy Davrel minął ostatnie zabudowania, mgła ustąpiła a jego oczom ukazały się pola, na których pokłady śniegu topniały w miękką breję.
Droga prowadziła łagodnymi zakrętami na północny zachód, wzdłuż niewysokich pagórków porośniętych niską, zimową roślinnością. Z każdą stają robiło się chłodniej, a wiatr przybierał na sile, jakby chciał zagonić podróżnego z powrotem na południe.
Jadąc, mijał patrole – dwóch, trzech, czasem czterech żołnierzy, wszystkich z herbami Semenii, przedstawiającymi czarnego, dwugłowego orła na karminowo czerwonym tle, naszytymi na ciężkich płaszczach. Patrzyli na niego podejrzliwie, ale nikt go nie zatrzymał.
Gdy słońce wspięło się wyżej, krajobraz wyraźnie się zmienił. Dolina rozszerzyła się, odsłaniając przed Davrelem szeroki pas nizin ciągnący się aż po horyzont – krainę szarobrązowych traw, jałowych pól i rzadkich kęp drzew wrastających w wilgotną ziemię niczym samotni strażnicy.
Po chwili zza linii horyzontu wyłaniało się coś jeszcze.
Miasto pojawiło się najpierw jako niewyraźny kontur: pojedyncza wieża, potem druga, w końcu całe, zbite pasmo murów. Dopiero gdy mężczyzna zbliżył się bardziej, dostrzegł prawdziwą skalę tego miejsca.
Essus.
Drugie, po Karthalion, największe miasto Północy.
Zbudowane na nizinie Lowenfeld, otoczone ciemnymi polami oraz niskimi, ale grubymi murami, wyglądało jak strudzony wędrowiec, który zatrzymał się na odpoczynek pośrodku niczego.
Dym z kominów wznosił się ku niebu grubymi słupami, jakby ktoś palił mokre drewno. Trakt prowadzący do głównej bramy był zatłoczony. Szlachcic zatrzymał konia na wzgórzu, z którego widok był najlepszy. Przez chwilę tylko patrzył w ciszy.
Miasto wydawało się żywe, ale w jego gwarze było coś nienaturalnego, nerwowego. W powietrzu czuło się przygotowania do nadchodzącej wojny.
Lord z Arven zacisnął dłonie na wodzach, a potem powoli zjechał ze wzgórza w stronę miasta.

†
W miarę jak powoli zbliżał się do miasta, Essus zdawało się rosnąć w oczach.
Początkowo Davrel widział jedynie mury. Masywne, ciemne od wilgoci i brudu. Potem dostrzegł wieże strażnicze, każdą obsadzoną dwoma, czasem trzema wartownikami. Wszyscy mieli te same peleryny w barwach Semenii: karminowej czerwieni i czerni, która zdawała się pochłaniać słabe światło dnia.
Trakt, którym jechał, prowadził szerokim łukiem ku głównej, południowo-wschodniej, bramie. Im był bliżej, tym tłum robił się gęstszy. Widział wozy zapchane workami z mąką, beczkami, deskami i gałęziami krzewów do palenia; zmierzających na bazar kupców z północnych krain; przekupki dźwigające wiklinowe kosze z rybami, z których rozchodziły się gryzące wonie soli i mułu. Nad tym wszystkim unosiła się zaś mieszanina krzyków i stukotu kopyt.
Gdy szlachcic, nieskontrolowany, przejechał na drugą stronę bramy, panujący w Essus zamęt wydał mu się jeszcze większy.
– Rekruci! Potrzebni rekruci! – wrzeszczał chudy, stojący na podwyższeniu mężczyzna, dzierżąc w dłoni tabliczkę z herbem królestwa. – Dobry żołd! Do tego darmowe wyżywienie! No dalej, to może być wasza szansa!
Kilku młodych chłopaków, może siedemnasto-, osiemnastoletnich, przystanęło niepewnie przy jego stołku. Chudzielec doskoczył do nich natychmiast, niczym drapieżnik wyczuwający ranną zwierzynę.
Lord z Arven minął ich bez słowa, ale widział, jak młodzi spoglądali po sobie niepewnie. Jakby próbowali ocenić, czy ich odwaga jest rzeczywiście cnotą czy może przekleństwem.
Kawałek dalej dwóch żołnierzy zatrzymało wóz z sianem. Jeden z nich wszedł na górę i rozgarniał zmarznięte pęki, szukając czegoś, co właściciel najwyraźniej chciał ukryć. Prowadzący wóz mężczyzna zaciskał dłonie na lejcach tak mocno, że jego knykcie zrobiły się białe.
Na widok straży wielu handlarzy przystawało, niby to porządkując towary, w rzeczywistości zaś po to, by z uwagą obserwować żołnierzy.
Całe Essus zdawało się pulsować nerwowym wyczekiwaniem. Co kilka kroków Davrel mijał kolejne, zatrzymujące ludzi pod byle pretekstem, patrole.
Kilkanaście stóp dalej handlarz z ruchomego kramu próbował przekonać grupę robotników do kupna gorącego gulaszu, ale jego głos brzmiał bardziej jak rozpaczliwa prośba niż reklama. Nikt nie zatrzymał się przy garnku, nawet ci głodni.
Szlachcic westchnął cicho, wcisnął pięty w boki konia i ruszył dalej, w głąb miasta.
Essus okazało się znacznie większe, niż się spodziewał. Wzdłuż głównej ulicy ciągnęły się budynki z mlecznego kamienia, przeplatane warsztatami, w których kowale i tkacze pracowali bez wytchnienia. Gdzieniegdzie, z okien i podcieni zwisały jeszcze barwne, noworoczne lampiony.
Mężczyzna jechał powoli, starając się wtopić w tłum. Nie chciał przyciągać uwagi. Po kwadransie dotarł na niewielki plac, gdzie mieściła się polecona mu przez Aidana gospoda Pod Krukiem i Wilkiem.
Była to solidna, trzypiętrowa konstrukcja z ciemnobrązowego drewna, wyjątkowo jasno oświetlona jak na tę porę dnia. W środku musiało być tłoczno – cichy gwar przesączał się przez uchylone okna, a z komina buchał obfity dym.
Szlachcic wprowadził konia do przyległej stajni, opłacił chłopaka, który pilnował wierzchowców, a potem wszedł do gospody. Wewnątrz pachniało zupą cebulową, mokrą wełną i nieco starym piwem. Na dole rzeczywiście panował ruch. W tłumie dostrzegł żołnierzy w północnych barwach, handlarzy z kuframi, dwie przemarznięte rodziny i kilku woźniców, którzy raczyli się gorącym miodem.
Gospodarz – niski, kulawy mężczyzna z wyłupiastymi oczami – spojrzał na nowoprzybyłego gościa z wymuszoną uprzejmością.
– Pokój? Jeden? – spytał, jak gdyby już dawno znał odpowiedź.
– Jeden – potwierdził Davrel, zsuwając z głowy kaptur.
Właściciel cmoknął z niezadowoleniem.
– Pojedyncze wszystkie zajęte. Mam dwuosobowy, z jednym współlokatorem. Bierzesz albo idziesz szukać gdzie indziej. Może w Zgniłej Gęsi mają coś wolnego, ale osobiście nie polecam.
Szlachcic skinął krótko.
– Może być.
Gospodarz rzucił mu ciężki, metalowy klucz z wyrytym nożem na blasze numerem.
– Drugie piętro, pokój numer dziewięć. Nie odpowiadam za towarzystwo.
Schody skrzypiały pod jego ciężarem ciała posłańca, a im wyżej się wspinał, tym wyraźniej czuł wchodzący między deski ścian chłód. Na korytarzu panowała cisza, przerywana jedynie odległym, dobiegającym z parteru, stukiem kufli.
Pokój numer dziewięć był większy, niż się spodziewał, i… zaskakująco uporządkowany. Po lewej stronie stało łóżko, na którym ktoś starannie ułożył swoje rzeczy: gruby płaszcz z białymi obszyciami, czyste spodnie oraz jasną tunikę ze złotym haftem.
Tuż obok, oparty nonszalancko o ścianę, stał ogromny, bogato zdobiony młot bojowy. Runy na jego głowicy połyskiwały delikatnie, jakby światło świecy na chwilę ożywiało wyryte w metalu symbole.
Davrel uniósł brew.
– Czyżby krasnolud? – mruknął pod nosem.
Wyglądało na to, że jego nieobecny współlokator nie jest kimś, z kim warto zadzierać.
Lord z Arven położył swoje rzeczy na łóżku po drugiej stronie, po czym odpiął miecz, zdjął płaszcz i buty. Nalał do miednicy wody z dzbana. Jej chłód przeszył jego dłonie niczym igły – ciecz była zaledwie odrobinę cieplejsza od powietrza. Mimo to umył twarz, ramiona i szyję, próbując odgonić ciążące mu od kilku dni zmęczenie. Następnie przebrał się w bardziej neutralne ubranie: wełnianą koszulę, ciemne pantalony i sztyfty z miękkiej skóry. Powierzone mu zadanie wymagało, by nie rzucał się w oczy.
Zanim wyszedł, zatrzymał się jeszcze na moment, spoglądając na stojący pod ścianą młot.
– Byle tylko jego właściciel nie wrócił pijany i nie pomylił łóżek – westchnął z nadzieją.
A potem wyszedł z powrotem na korytarz i ruszył w dół schodów.
Główna sala kipiała życiem. Kiedy szlachcic zszedł z ostatnich stopni, znów poczuł ciepło, a do jego nozdrzy doleciały całkiem nowe zapachy: gulaszu i duszonej kapusty. Wtórował im chór zagłuszających się nawzajem głosów – mieszanina opowieści o handlarzach, narzekań żołnierzy i urywanych melodii.
Zanim zdążył przejść kilka kroków, do jego uszu dotarł znajomy śmiech. Głośny, szczery, nieco zachrypnięty.
Mężczyzna zatrzymał się jak wryty.
Przez chwilę nasłuchiwał w bezruchu, chcąc upewnić się, że to nie omamy.
Wtem usłyszał drugi głos, wyższy, nieco nerwowy. A potem trzeci – i nagle wszystkie ułożyły się w coś, czego nie słyszał od wielu tygodni.
– …mówię ci, jakbyś się wtedy nie zagapił, już byśmy go mieli!
– Zagapił?! Próbowałem ratować Mikkela!
– A kto cię o to prosił? Za niego nikt nam nie zapłaci…
Davrel obrócił głowę.
W kącie sali, przy suto zastawionym dębowym stole, siedziała Wesoła Kompania.
Patrick, Pio, Mikkel i Generał przekomarzali się w najlepsze, raz po raz wybuchając gromkim śmiechem. Wyglądali, jakby czas się dla nich zatrzymał – tak samo zadowoleni z życia i tak samo głośni, jak wtedy, gdy wyjeżdżali z Arven.
Szlachcic poczuł rozlewające się po jego ciele ciepło.
Uśmiechnął się sam do siebie, a potem ruszył w stronę stołu.
To Patrick de Coteau pierwszy dostrzegł przybysza. Uniósł kufel w górę i wykrzyknął radośnie:
– Na bogów! A cóż to za zjawa z Południa nam tu wychodzi?!
Reszta Kompanii natychmiast obróciła głowy.
Pio wstał gwałtownie, by przywitać dawnego towarzysza.
Generał, siedzący po jego lewej, tylko uniósł brew, ale w jego oku mignęły rozbawienie oraz cień ulgi.
Mikkel uśmiechnął się ciepło, spokojnie, z typową dla niego łagodnością, pod którą Davrel zawsze wyczuwał lekki niepokój.
– A niech mnie! – rzucił mag, serdecznie ściskając przyjaciela. – Najwyraźniej wszystkie drogi prowadzą dziś do Essus.
– Ja również cieszę się, że was widzę – odparł szczerze lord z Arven, klepiąc go po ramieniu.
– Siadaj! – Patrick gestem wskazał na ławę. – Mamy cztery kufle, ale zaraz poprosimy o piąty. No i opowiadaj! Co tam się dzieje na tym Południu? Podobno namiestnik nie żyje, a w Bree wybrano nowego króla?
– Jest tak jak mówisz. Zaraz wam wszystko wyjaśnię.
Davrel zajął miejsce między Mikkelem a Patrickiem. Gdy kelnerka z głośnym stuknięciem postawiła przed nim kufel, mężczyzna na chwilę poczuł, jak z jego ciała ulatuje całe, zgormadzone podczas dni drogi, napięcie. W towarzystwie Wesołej Kompanii mógł pić, śmiać się i choć na jakiś czas zapomnieć o ciążącej mu na piersi sakwie z listami.
Rozmowa potoczyła się wartko.
Najpierw opowiedział im o oblężeniu Brinvale i odsieczy Blake’a. Potem płynnie przeszedł do drogi do Wyrd i wyboru Grona Thunderclouda na nowego króla Południa oraz przywrócenia królestwu jego dawnej nazwy.
Najemnicy słuchali go z uwagą, raz po raz kiwając głowami lub pociągając solidny łyk grzanego miodu.
Gdy skończył, przy stole na chwilę zapanowała cisza.
– Ale co właściwie robisz w Essus? – zapytał w końcu Patrick.
– Jestem tu tylko przejazdem – wymijająco odpowiedział mu Davrel. – Bardziej interesuje mnie co was tu przywiało.
– To długa historia – roześmiał się Generał. – Zamówię nam jeszcze kolejkę – dodał, machając w stronę baru.
Gdy nowe kufle pojawiły się już na stole, Patrick rozpoczął opowieść. Szczegółowo zreferował jak, po powrocie na Północ, Wesoła Kompania natrafiła w Redmarsh na listy gończe za Joleonem Falco i członkami jego bandy.
– Ścigamy ich już od paru tygodni. Póki co bezskutecznie… – de Coteau wzruszył ramionami.
– Ten ich dowódca to cwany skurczybyk – rzucił z grymasem Pio. – Wodzi nas za nos gorzej niż ten twój Hall. Ale jeszcze się doigra.
– Ta, w końcu wpadnie w nasze ręce – przytaknął Generał, poprawiając opatrunek na ramieniu. – Tyle, że póki co nadal nam się wymyka. Aż się zastanawiam czy ktoś mu w tym nie pomaga…
Davrel zmarszczył brwi.
– Dlaczego ktoś miałby pomagać takiemu bandycie? – zapytał z niedowierzaniem.
– Sam wiesz, że różnie to bywa. Czasem miejscowa ludność widzi w rozbójnikach bohaterów.
– No, ale chyba nie w tym – przerwał Patrick. – Ten wiesza chłopów na drzewach jak psy.
Ostentacyjnie splunął na podłogę.
– I właśnie dlatego nagroda za jego głowę jest taka wysoka – dodał.
Przez chwile przy stole znów zrobiło się cicho, a potem rozmowa przeszła na lżejsze tematy.
Z każdym opróżnionym kuflem atmosfera rozluźniała się coraz bardziej.
– To co zrobicie kiedy już… złapiecie tego Falco? – zapytał szlachcic, czkając głośno.
Odpowiedział mu Mikkel. Choć twarz miał czerwoną od wypitego miodu, mówił cicho, z powagą, która rzadko gościła w jego głosie.
– Być może znów wrócimy na Południe. – Jego spojrzenie było łagodne, ale pod spodem tlił się dziwny lęk. – Północ nie jest już tak gościnna jak dawniej.
Patrick prychnął.
– Nie przesadzaj.
– Nie przesadzam. – Mag przeniósł wzrok na Davrela. – Może sam słyszałeś. Ludzie, którzy mają dary takie jak mój… znikają. Coraz częściej. Żołnierze płacą za informacje. Robi się… niebezpiecznie.
Pio przycichł.
Generał spojrzał w kierunku drzwi.
Patrick milczał, zaciskając szczękę.
Lord z Arven zignorował ich reakcję. Rozochocony krążącym w żyłach trunkiem, postanowił choć trochę uspokoić przyjaciela.
Wstał z miejsca, rozłożył ramiona i oznajmił głośno:
– W Kade każdy czarodziej jest mile widziany! Bez wyjątku! Wystarczy tylko pytać o Davrela Gris!
Rozmowy przy najbliższych stolikach nagle ucichły.
W stronę stojącego mężczyzny skierowało się kilka zalęknionych spojrzeń.
Patrick gwałtownym ruchem posadził przyjaciela z powrotem na ławę.
– Co ty wyprawiasz? – syknął przez zęby. – Chcesz na nas wszystkich ściągnąć kłopoty?
Davrel spojrzał na niego, ale świat zaczął mu się już powoli rozmywać przed oczami.
Uśmiechnął się półprzytomnie.
– U nas jest… bezpiecznie – wyszeptał.
– Być może – odparł Mikkel. – Ale to nie miejsce na takie deklaracje. Tutaj ściany mają uszy.
Szlachcic podniósł wzrok i rozejrzał się po gospodzie. Wtem wyczuł na sobie czyjś wzrok.
Przy jednym ze stołów pod ścianą siedział samotnie mężczyzna w ciemnym kapturze. Spoczywająca przed nim pieczeń wyglądała na nietkniętą, jednak lord z Arven nie potrafił przypomnieć sobie czy gość dopiero przyszedł czy może był tam już, gdy on sam schodził do sali.
Nieznajomy przyglądał mu się przez dłuższą chwilę, a potem odwrócił wzrok.
Davrelowi trudno było stwierdzić czym przyciągnął jego spojrzenie. Być może był to skutek występu sprzed chwili. Jednak, równie dobrze, to ogólna wesołość od dłuższego czasu panujących przy ich stole, tak różna od nerwowego napięcia Essus, mogła sprawić, że skupili na sobie uwagę otoczenia.
Jeszcze raz zerknął na mężczyznę w kapturze, ten jednak nie patrzył już w jego stronę. Choć jego twarz w niczym nie przypominała tej z plakatów, pod wpływem wypitego miodu szlachcic wyobraził sobie, że ma przed sobą Joleona Falco. Podniósł się, chcąc dać znać Wesołej Kompani, ale świat naokoło nagle zawirował. W oczach mu pociemniało. Sekundę później bezwładnie osunął się na blat.
†
Stłumione szuranie i cichy brzęk metalu wybudziły Davrela ze snu. Słyszał jak ktoś krząta się tuż obok jego łóżka. Nie otworzył jednak oczu. Głowa bolała go tak, jakby całą noc ktoś walił w nią obuchem. Tępe, pulsujące uczucie rozchodziło się od czoła aż po skronie.
Nie pamiętał jak ani kiedy wrócił do pokoju. Ostatnie zachowane w pamięci obrazy były urywane i niewyraźne: gromki śmiech Patricka, stuk kufli o dębowy stół, rozbawione oblicze Generała… i jeszcze coś. Twarz. Ciemny kontur nieznajomego w kącie sali. A potem już tylko ciemność. Ciężka, lepka, ogłuszająca.
Zamrugał dopiero wtedy, gdy hałas w pokoju ucichł na moment, zastąpiony głębokim westchnieniem. Powieki otworzyły się niechętnie, jakby były z ołowiu. Z początku widział tylko rozmyty, blady zarys postaci – sylwetkę pochyloną nad stojącym przy przeciwległym łóżku kufrem. Po chwili obraz nabrał ostrości, a szlachcic dostrzegł stojącego w pokoju młodzieńca.
Chłopak był dobrze zbudowany, a jego szerokie ramiona świadczyły o regularnych ćwiczeniach fizycznych. Miał krótkie, rudo-blond włosy i rumianą cerę – typową u ludzi, którzy dużo czasu spędzają na świeżym powietrzu. Zmęczonemu wieczorną libacją Davrelowi jego młodzieńcza witalność wydała się wręcz bolesna.
Po chwili chłopak odwrócił się i zauważył otwarte oczy swojego współlokatora. Uśmiechnął się pogodnie.
– O, nie śpisz już! – powiedział z entuzjazmem. – Mam nadzieję, że nie obudziłem?
Lord z Arven spróbował usiąść, ale świat przechylił się gwałtownie, a jego żołądek natychmiast zaprotestował. Udało mu się jednak utrzymać pion, choć w odpowiedzi wydał z siebie jedynie cichy jęk.
Młodzieniec nie wyglądał jednak na zniechęconego.
– Jestem Paul. Paul Terret – przedstawił się, podchodząc bliżej i wyciągając rękę. Jego uścisk był silny, pewny i pełen szczerości. – Miło poznać! Wygląda na to, że dzielimy dziś pokój.
– Davrel Gris – mruknął Davrel, przecierając twarz dłonią, w taki sposób, jakby próbował pozbyć się resztek pulsującego bólu.
Ponownie spojrzał na chłopaka. Dopiero teraz zauważył, że na jego szyi wisi starannie wypolerowany złoty medalion. Przedstawiał jakiś symbol, który szlachcicowi skojarzył się jednocześnie z półotwartym okiem i wschodzącym słońcem, z promieniami układającymi się na kształt rzęs.
– Oko Słońca – wyjaśnił Paul, widząc jego spojrzenie. – Znak Eosa, boga światła i słońca. Wiem, że w dzisiejszych czasach to już raczej rzadkość, ale członkowie naszej rodziny od pokoleń są jego wyznawcami.
Mówił lekko, z naturalną energią, a jego bezpośredniość natychmiast budziła zaufanie.
Szlachcic odchrząknął, próbując zebrać myśli, i skinął głową.
– Zatem jesteś paladynem? – zapytał po krótkiej chwili.
– Uczniem Eosa – tak. Paladynem – nie… Przynajmniej jeszcze nie – dodał z zawahaniem chłopak.
– Nie rozumiem – Davrel uniósł brew. – Wydawało mi się, że wszyscy uczniowie tego boga władają magią światła.
Paul usiadł na swoim łóżku i zaczął zapinać skórzane paski na nadgarstkach. Sprawnie zaciągnął ostatni z nich i z pogodnym uśmiechem spojrzał na swojego rozmówcę.
– To trochę bardziej skomplikowane – zaczął. – Magia płynie w każdej żywej istocie, jednak nam, wyznawcom boga słońca, blokuje się ją jeszcze gdy jesteśmy niemowlętami. W tym czasie ćwiczmy zarówno ciało jak i umysł, by być gotowymi na jej ponowne przyjęcie.
– Ponowne przyjęcie?
– Tak. Gdy ukończymy dwadzieścia cztery lata, najwyższy kapłan na nowo otwiera płynący przez nasze ciała strumień magii. Nazywa się to rytuałem Sol Ultima, a ci, którzy wytrwale trenowali są już wtedy wystarczająco silni by zapanować nad otrzymaną mocą.
– A co z pozostałymi?
Paul wzruszył ramionami. W jego geście nie było jednak pogardy. Wyrażał raczej cichą rezygnację kogoś, kto od lat żyje z przeświadczeniem, że być może nie doczeka starości.
– Wiem, że może ci się to wydać okrutne, ale bardzo niewielu adeptów przeżywa inicjację. W zasadzie w ciągu ostatnich dziesięciu lat nikt nie okazał się godny…
Powiedział to spokojnie, jednak w jego głosie Davrel wyczuł cień lęku.
Przez chwilę obaj milczeli. W panującej ciszy szlachcic próbował ułożyć w swojej obolałej głowie wszystkie informacje, którymi tak hojnie obdarował go jego współlokator.
– Czyli ty też chcesz przejść ten rytuał? – zapytał w końcu.
– Tak. – Odpowiedź Paula była zdecydowana. – To moje powołanie. Całe życie się do tego przygotowuję. Dlatego na pewno mi się uda. – Jego oblicze rozpogodziło się na chwilę. – A wtedy rozsławię imię Eosa po najdalsze krańce Semenii.
Lord z Arven ponownie przyjrzał się chłopakowi. Choć rozmawiali zaledwie kilka chwil, instynktownie go polubił. A jednak, patrząc na niego, odczuwał dziwny smutek. Jakby podświadomie przeczuwał, że los Paula jest już od dawna przypieczętowany.
Postanowił zmienić temat.
Rozejrzał się po izbie i dostrzegł oparty o ścianę młot.
– Piękna broń – powiedział. – Rozumiem, że twoja?
Twarz młodzieńca natychmiast rozjaśniła się dumą.
– Tak! Dawnbringer należy do mojej rodziny od pokoleń. Od zawsze. Mój ojciec walczył nim na stepie Uatumi. Dziadek – w bitwie o Wichrowy Szpon. – Wstał i położył dłoń na rękojeści. Jego głos nagle spoważniał. – Teraz… moja kolej.
Davrel przyjrzał się młotowi z większą uwagą. Choć widział już niejedną broń, to jego konstrukcja zrobiła na nim wrażenie: masywna głowica z wyciętym wzorem przypominającym promienie słońca, zdobiony runami trzonek, błyszcząca skórzana owijka. To nie była ozdoba, tylko prawdziwy oręż wojownika. A do tego świetnie zadbany.
– Wygląda imponująco – mruknął z uznaniem. – Mogę?
Paul zrobił krok w stronę okna, przepuszczając swojego rozmówcę.
Szlachcic zacisnął dłoń na rękojeści i poderwał broń w górę. Usłyszał chrzęst w barku, a z jego ust wydobyło się stłumione stęknięcie.
Jego współlokator zaśmiał się serdecznie.
– Dwoma rękami – powiedział, podchodząc do mężczyzny.
– O tak…
Wziął z jego rąk młot, a potem zamachnął się energicznie. Broń ze świstem przeszyła powietrze.
Davrel patrzył z niedowierzaniem. Płynność z jaką młodzieniec posługiwał się tak ciężkim orężem była wręcz zadziwiająca.
– Może spróbujesz jeszcze raz, po śniadaniu? – zapytał uczeń Eosa. – Umieram z głodu, ale tobie ciepły posiłek też chyba dobrze zrobi – dodał zerkając na skacowanego towarzysza. – Jak cię tu wczoraj wnieśli, myślałem, że wyzioniesz ducha.
W odpowiedzi, lord z Arven jedynie skinął głową.
Wyszli na korytarz, zamykając za sobą skrzypiące drzwi pokoju numer dziewięć. Panujący na piętrze chłód uderzył w nich niemal natychmiast, ale schody prowadzące na dół pachniały już świeżym chlebem i gotującym się mlekiem.
Zeszli razem – Paul żwawo, przeskakując co drugi stopień, Davrel trochę chwiejnie, jak ktoś, kto dopiero wraca do żywych.
Sala na parterze gospody była mniej zatłoczona niż poprzedniego dnia. Większość gości najwyraźniej wyruszyła już w drogę.
Paul pewnym krokiem ruszył w stronę lady.
– Dzień dobry! – rzucił do karczmarza tak donośnie, że niemal wszyscy w pomieszczeniu podnieśli głowy.
Mężczyzna spojrzał na niego nieufnie.
– Co podać? – zapytał.
– Cztery jajka, boczek, chleb i owsiankę – odpowiedział młodzieniec. – A dla mojego towarzysza…
– Dwie kromki chleba z serem. I kawa – mruknął szlachcic, opierając się o ladę. – Najczarniejsza, jaką macie.
Gospodarz z politowaniem kiwnął głową.
– Jak się czujesz? – zapytał uczeń Eosa, gdy już zajęli miejsca przy stole.
– Pamiętam lepsze dni – odrzekł lord z Arven, chwytając kubek z parującą kawą.
Chłopak roześmiał się wesoło.
– Przynajmniej wiesz, że żyjesz.
Davrel parsknął.
– To na pewno.
W tym momencie do ich stolika podszedł karczmarz. Jednak zamiast tacy z jedzeniem, trzymał w ręce zalakowaną kopertę.
– Mam dla ciebie wiadomość, sir – powiedział, wyciągając rękę w stronę przybysza z Południa.
Mężczyzna skinął głową, a następnie wziął z jego dłoni list. Przełamał pieczęć i rozłożył pergamin.
W kilku krótkich zdaniach Patrick de Coteau informował go, że zdobyli nowe informacje na temat Joleona Falco i bez zbędnej zwłoki wyruszają w pościg. Przyjaciel życzył mu powodzenia i wyrażał nadzieję, iż niebawem znów się spotkają.
U dołu strony widniał jeszcze dopisek, w którym przywódca Wesołej Kompanii radośnie referował jak zawlekli wpółprzytomnego towarzysza do pokoju oraz, że jest im winien za potłuczone szkło.
Davrel zmarszczył brwi.
– Złe wieści? – zapytał go Paul.
– Wygląda na to, że znów będę podróżował sam – odpowiedział.
– A dokąd tak w ogóle zmierzasz?
– Do Karthalion.
– Zatem możemy jechać razem.
Szlachcic uniósł wzrok na towarzysza.
– Też jedziesz do stolicy? – zapytał ostrożnie.
– Nie całkiem – odparł młodzieniec. – Do Thavon. To trochę bardziej na wschód, ale część drogi jest wspólna.
– Mhm…
– Poza tym razem będzie bezpieczniej. Tyle się teraz słyszy o tych różnych bandytach. – Zamyślił się na chwilę. – Choć ja to bym nawet chciał jakichś spotkać. Dawnbringer by się ucieszył.
Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– A po co właściwie jedziesz do Karthalion? – zagadnął po chwili znad miski z owsianką.
– Mam do dostarczenia list – odrzekł lord z Arven, pociągając solidny łyk kawy i czując jak ciepły napój spływa w dół przełyku.
– Ach, rozumiem. – Jego rozmówca skinął głową. – Też wiozę list. Dla mistrza Venturiusa. To on będzie odprawiał rytuał Sol Ultima. Już nie mogę się doczekać, aż zobaczę Świątynię Wschodzącego Słońca w Thavon. Mówią, że jest wspaniała…
Urwał, a jego spojrzenie na moment uciekło w bok.
Davrel patrzył na niego jeszcze przez chwilę, ale chłopak już się nie odezwał. Na niebie za oknem styczniowe słońce powoli zbliżało się do zenitu.

†
Drugiego dnia podróży Davrel z Paulem dotarli do samotnego, skalistego pagórka – jedynego wzniesienia w tej okolicy. Trakt na północny-wschód wił się wzdłuż niego na odległość kilku mil. Z jednej, strony spadał ku bukowemu lasowi w dolinie, z drugiej opierał się o porośnięte, bladymi jak wypalony fiolet, wrzosami zbocze. Zimowe słońce wisiało nisko, ledwie przebijając się przez chmury, rzucając na ścieżkę długie cienie.
Uczeń Eosa opowiadał właśnie swojemu towarzyszowi o bitwie o Wichrowy Szpon, w której walczył jego dziadek. Szlachcic słuchał z zainteresowaniem, od czasu do czasu zadając krótkie pytania. Choć twarz miał poważną, w duchu cieszył się, że wreszcie znalazł rozmówcę o podobnym zamiłowaniu do historii.
Dopiero, gdy droga skręciła nieco na północ, Davrel dostrzegł w oddali, na samym środku traktu, ciemną linię.
– Zobacz – mruknął do Paula, mrużąc oczy.
Chłopak wyprostował się w siodle i również spojrzał przed siebie.
Na drodze leżało drzewo. Wielkie, grube i świeże, jakby runęło raptem pół dnia wcześniej.
– Myślisz to samo, co ja? – spytał cicho lord z Arven, nie odrywając wzroku od przeszkody.
– Że ktoś to zrobił specjalnie? – młodzieniec przełknął ślinę
i zatrzymał konia. – Prawdopodobnie. Zawsze możemy zawrócić.
– Albo sprawdzić – odparł jego towarzysz z uśmiechem.
Ścisnął łydkami boki konia i ruszył w stronę przeszkody. Paul zawahał się na chwilę, po czym pogalopował za nim.
W miarę jak zbliżali się do pnia, cisza wokół nich gęstniała.
Z lewej strony ścieżki wiatr znosił drobiny lodu, a z prawej las wydawał się dziwnie nieruchomy. Jakby na coś czekał.
W odległości kilkunastu kroków od drzewa, Davrel zatrzymał konia. Jego towarzysz stanął tuż obok, z ust buchnął mu kłąb pary.
– Jeśli ktoś tu jest – szepnął – to już wie, że przyjechaliśmy.
– Tak. – Szlachcic powiódł wzrokiem po gęstwinie. – I zaraz się pokaże.
Jakby w odpowiedzi na jego słowa, z głębi lasu dobiegło pierwsze ciche trzaśnięcie.
Z prawej strony, pomiędzy drzewami, pojawiły się trzy sylwetki. Mężczyźni ubrani byli w ponure, poszarzałe skórzane zbroje, a każdy z nich trzymał w dłoni zakrzywiony nóż lub krótką pałkę. Ich twarze były chude, a oczy zapadnięte.
Zaraz potem zza powalonego pnia wysunęły się dwie kolejne postacie. Jedna z nich miała krótką włócznię, jednak to ta druga bardziej przyciągnęła uwagę Davrela.
Na środku drogi stanął chłopak w szkarłatnym płaszczu.
Był młody, mniej więcej w wieku Paula. A jednak od ucznia Eosa dzieliło go wszystko. Twarz miał bladą, niemal chorowitą, pokrytą kilkudniowym zarostem. Uśmiechał się szeroko, złowieszczo. Jak ktoś, kto już liczy łupy z martwej ofiary.
– Dzień dobry, szanowni podróżni – powiedział, rozkładając ręce niczym gospodarz w karczmie. – Dziś wasz szczęśliwy dzień. Niewielu ludzi w Semenii ma zaszczyt zginąć z rąk ludzi Joleona Falco.
Lord z Arven uniósł brwi, zupełnie nieporuszony.
– Pięciu na dwóch? – spytał kpiąco. – To rzeczywiście mamy szczęście. A wy nawet nie wzięliście ze sobą łuków. Słabo, jak na tak słynną bandę.
Chłopak w szkarłacie wydął spierzchnięte wargi, odsłaniając szereg krzywych zębów.
– Łuki… – syknął. – Gdyby nie te cholerne patrole na rzece, nie byłoby żadnych problemów z dostawami broni. Ale nie martw się, bratku, na was wystarczy to, co mamy.
Gwizdnął przeciągle. Echo jego sygnału odbiło się po lesie niczym ptasi trel.
Spomiędzy drzew po prawej, tym razem nieco bardziej z tyłu, wyszło kolejnych siedmiu mężczyzn.
Paul pobladł, a na jego skroniach pojawiły się kropelki potu. Silniej zacisnął dłoń na trzonku Dawnbringera.
– Dwu… dwunastu – szepnął nerwowo, zerkając na towarzysza. – Co robimy?
Ale szlachcic nie odpowiedział. W milczeniu oceniał przeciwników z wprawą kogoś, kto wyszedł cało z niejednej potyczki.
Przywódca bandy uniósł broń. Ostrze jego miecza było wyszczerbione, ale i tak błyskało zimno.
– No i co? – zadrwił. – Teraz nie jesteś już taki mocny w gębie.
Czubkiem broni wskazał na Davrela.
Przez chwilę obaj mężczyźni w ciszy mierzyli się wzrokiem.
Wtem szlachcic dostrzegł, że ze skraju szkarłatnego rękawa powoli zaczyna unosić się smużka dymu.
Bandyta też to zauważył.
Wytrzeszczył oczy w zdziwieniu.
Tymczasem w ślad za dymem podążył płomień. Płaszcz zajął się ogniem.
Mężczyzna wrzasnął i wypuścił miecz. Machając rozpaczliwie, próbował ugasić płonący rękaw.
Nagle z góry, od strony porośniętego wrzosami zbocza, dobiegł ich radosny okrzyk.
– Udało się! Naprawdę się udało! – wiwatował Mikkel Skald.
Ułamek chwili później rozległ się charakterystyczny świst. Bełt kuszy przeciął powietrze i wbił się w pierś stojącego najbliżej Paula bandyty. Mężczyzna bez słowa osunął się na ziemię. Tymczasem Generał już przeładowywał broń.
Młodzieniec w szkarłatnym płaszczu stanął jak wryty.
Zagwizdał jeszcze raz, jednak, ku jego zdumieniu, tym razem z lasu za jego plecami wybiegli Patrick i Pio.
Noże błysnęły w locie i kolejnych dwóch bandytów runęło na zmarzniętą ścieżkę. Z ich przeciętych gardeł popłynęły strumyki krwi.
Na moment na trakcie zapanował chaos.
Tymczasem Patrick był już przy napastnikach – szybki, skupiony, z mieczem wyprowadzającym jeden precyzyjny cios za drugim.
Bandyci nie mieli szans.
Davrel wyszarpnął broń z pochwy, odbił się od strzemion i wjechał między dwóch przeciwników. Jego ciało zareagowało instynktownie. Cięcie z góry, zwrot, parowanie ataku, pchnięcie. Wszystko płynne, starannie wyćwiczone.
Paul ruszył za towarzyszem. Dawnbringer spadał na najbliższego z przeciwników niczym głaz, niosąc ze sobą głuchy huk łamanych kości.
Wszystko trwało ledwie chwilę.
A potem wokół zapadła lodowata cisza.
Z dwunastu bandytów przy życiu został tylko jeden – młody mężczyzna w szkarłatnym płaszczu. Stał tyłem do przewróconego pnia, dysząc ciężko, a w jego oczach błyszczała nienawiść.
Patrick dopadł go pierwszy, chwycił za kołnierz i wyciągnął na środek drogi.
– Gadaj – warknął. – Gdzie jest Falco?
Mężczyzna splunął mu prosto w twarz.
De Coteau wymierzył mu cios pod żebra.
– Nie bądź głupi – powiedział łagodnie Generał, schodząc ze skarpy. Jego głos brzmiał jakby udzielał chłopakowi życzliwego napomnienia. – To twoja szansa. Powiedz, gdzie on jest.
Bandyta podniósł głowę. W jego oczach płonął fanatyczny ogień.
– Chwała królom bez ziemi! – wrzasnął.
Zanim ktokolwiek zdążył go zatrzymać, ukrytym w rękawie krótkim sztyletem, poderżnął sobie gardło. Krew rozlała się na śnieg niczym szkarłatny atrament.
Patrick w milczeniu cofnął się pół kroku. Generał ukląkł obok ciała, obejrzał twarz i westchnął ciężko.
– To Krwawy Billy Elliot – powiedział ponuro. – Jeden z kapitanów bandy.
Powoli uniósł wzrok na Davrela.
– Mieliście dziś dużo szczęścia.
– Szczęścia? – powtórzył szlachcic. – Powiedz lepiej od jak dawna nas śledzicie?
Pio parsknął śmiechem.
– Nikt cię nie śledził, przyjacielu. W Essus podrzucono nam fałszywy trop. Dopiero wczoraj trafiliśmy na prawdziwe ślady Falco. A dziś rano natknęliśmy się porzucone obozowisko tej bandy i ruszyliśmy za nimi. Zbieg okoliczności, że wylądowaliśmy w tym samym miejscu, w tej samej chwili.
Patrick przytaknął.
– To prawda, zbieg. Choć nader fortunny.
Mężczyzna uśmiechnął się do Davrela i Paula.
– Na bogów, gdyby nie my, pewnie już dawno dyndalibyście na drzewie. W każdym razie, na jakiś czas w okolicy będzie spokój. Elliot i jego ludzie od miesięcy nękali wioski na granicy Lowenfeld. – Westchnął ciężko. – Przynajmniej o jednego śmiecia mniej.
Tymczasem lord z Arven stał nieruchomo i wpatrywał się w ciało.
– Coś innego mnie martwi – powiedział po chwili.
– Co takiego? – De Coteau uniósł brew.
– Jego słowa o patrolach na rzece – odparł szlachcic. – Problemy z dostawami broni. – Wymownie spojrzał na towarzyszy. – To znaczy, że ktoś im ją dostarczał. Ktoś z Południa.
Zapadła krótka cisza. Patrick zmarszczył czoło, Pio gwizdnął przeciągle, a Generał zatopił spojrzenie w lesie, jakby próbował zrozumieć ukryty sens usłyszanych właśnie słów.
– Jeśli mają wsparcie z drugiej strony rzeki… – zaczął przywódca Wesołej Kompanii.
– …to sytuacja jest bardziej skomplikowana, niż nam się wydaje – dokończył Davrel.
Stojący obok nich, uczeń Eosa poruszył się niespokojnie.
– O co w tym wszystkich chodzi? – zapytał.
Następnego ranka, gdy słońce dopiero zaczynało przebijać się przez chmury, dotarli do rozwidlenia dróg. Paul zatrzymał się, poprawiając młot na plecach.
– Tutaj się rozdzielamy – powiedział, wskazując, prowadzącą do Thavon, wschodnią odnogę traktu. – Za dzień, góra dwa dotrę do celu.
Lord z Arven skinął głową.
– Uważaj na siebie, Paul.
Na twarzy młodzieńca pojawił się szczery uśmiech.
– Ty też. I wiesz… – poprawił pas, na którym wisiał jego młot. – Jak już załatwisz swoje sprawy w stolicy, mógłbyś odwiedzić mnie w Thavon. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, moja inicjacja odbędzie się w ostatnim tygodniu stycznia.
– Nie mogę obiecać – odparł szlachcic, odruchowo sięgając do ukrytych na piersi listów.
W odpowiedzi chłopak uśmiechnął się jeszcze raz, uniósł dłoń w pożegnalnym geście i ruszył w drogę. Dawnbringer błysnął krótko w bladym, zimowym świetle. Chwilę później sylwetka jeźdźca zniknęła wśród ośnieżonych drzew.
Davrel obserwował go jeszcze przez chwilę, po czym zwrócił konia na północ, w stronę Karthalion.
U stóp Wielkich Gór Północy czekała już na niego stolica Semenii. A wraz z nią, jak liczył, odpowiedzi na kilka niepokojących go od pewnego czasu pytań.
Z nowych postaci wystąpili:

Dodatkowo, karty przedstawiające członków Wesołej Kompanii z alternatywnymi opisami:

