Nadeszło lato, podróżujemy w ciekawe miejsca (dosłownie i w przenośni) - czas zatem na wyzwanie z plecakiem w roli głównej. Autorką jest OldGuard.
Limit: 6000 znaków
Termin zakończenia: 12 lipca (niedziela)
Nadeszło lato, podróżujemy w ciekawe miejsca (dosłownie i w przenośni) - czas zatem na wyzwanie z plecakiem w roli głównej. Autorką jest OldGuard.
Limit: 6000 znaków
Termin zakończenia: 12 lipca (niedziela)

Wcielasz się w rolę detektywa, który wie, jak zaczęła się historia i wie, jak się skończy, ale to, co pomiędzy, jest jedną wielką plamą.
Twoim zadaniem jest napisać krótką opowieść, która połączy dwa kompletnie absurdalne zdania w jedną (w miarę) spójną historię. Możesz dodać wszystko: gnomy, urzędników, gadające pomidory, kosmitów – ogranicza cię tylko wyobraźnia (i zdrowy rozsądek, ale kto by się nim przejmował).
Pierwsze zdanie:
Pewnego ranka odkryłem, że mój plecak ma drugie życie i pracę na pół etatu.
Ostatnie zdanie:
A konduktor do dziś twierdzi, że wszystko było zgodne z regulaminem.
Fantastyczne wyzwanie! <3
Świetne, postaram się coś naskrobać w wolnej chwili!
You cannot petition the Lord with prayer!

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Pewnego ranka odkryłem, że mój plecak ma drugie życie i pracę na pół etatu. Nigdy nie byłem szczególnie bogaty. Na studiach związałem się z drugim nieszczególnie bogatym chłopakiem, Miłoszem – zachwyciła mnie przede wszystkim jego miłość do podróżowania.
Podczas letnich wakacji jeździliśmy razem w Tatry, a jeżeli w zimowej sesji udało się zaliczyć wszystkie egzaminy we wczesnych terminach, organizowaliśmy wyjazdy w niższe góry.
Na drugim roku, gdy szykowaliśmy się do wyjazdu w Izery, plecak Miłosza odmówił dalszej współpracy. Już w wakacje dawał znaki, jak zacinający się zamek, ale zimą ostatecznie wyzionął ducha.
Jako że mój plecak także nie był już najnowszy, podjęliśmy decyzję, że zrzucimy się na nowy, profesjonalny plecak w góry. Nigdy nie braliśmy ze sobą zbyt wielu rzeczy, więc uznaliśmy, że będziemy go nosić na zmianę i jakoś to będzie.
Jeszcze podczas tego wyjazdu Miłosz wpadł na pomysł, żeby wystartować z nowym kontem na instagramie: Oni i ja. Cała idea opierała się o to, żeby tworzyć treści z perspektywy plecaka, który jest trzecim członkiem naszej ekipy i prowadzi rzekomo ukryte przed nami konto, na którym narzeka na nasze wolne tempo czy pomyłki w czytaniu mapy.
Siadło zaskakująco dobrze. Jeszcze w trakcie tego pierwszego wyjazdu przeskoczyliśmy tysiąc obserwujących, a komentarze pod postami zostawiali ludzie, których żaden z nas nie znał osobiście. Plecak odniósł sukces.
Niestety nie można tego samego powiedzieć o naszej relacji z Miłoszem. Nie przetrwała próby czasu. Rozstaliśmy się jeszcze w przed ukończeniem magisterki. Gdy doszło do podziału naszego skromnego majątku, wziąłem książki i moje ulubione miski do ramenu, Miłoszowi pozostawiając komodę i sprzęt podróżniczy. I tak nie sądziłem, żeby bez niego chciało mi się gdziekolwiek wyjeżdżać.
Przez kolejne miesiące starałem się zapomnieć o Miłoszu, a tym samym o naszych podróżach i plecaku. Dlatego kiedy pewnego ranka zobaczyłem, że przyjaciółka podesłała mi rolkę z profilu Oni i ja, w pierwszej chwili się we mnie zagotowało. Wiedziała przecież, ile kosztowało mnie zamknięcie tego związku.
Chyba nie do mnie to miało być?
Do ciebie. Czemu mi nie powiedziałeś?
Niechętnie kliknąłem w relację. Był na niej filmik z górskiego szlaku. Widać było plecak – ten sam, który tak często nam towarzyszył – na plecach kogoś z postawy podobnego do Miłosza, tylko z nieco dłuższymi włosami. Nagranie było robione z ręki, przez osobę idącą z tyłu.
Wydawało mi się, że plecak porusza się trochę nienaturalnie, ale poza tym było to normalne nagranie z trekkingu. Kiedyś miałem takich setki w galerii.
Wróciliście do siebie?!
Wiadomość od przyjaciółki pojawiła się na górze ekranu. Wtedy zrozumiałem, że telefon jest wyciszony. Nacisnąłem przycisk z boku obudowy.
– Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że to Miłosz planował tę trasę! – Usłyszałem swój głos zza kamery.
– No ale panooowie – odpowiedział niskim głosem plecak. – Umawialiśmy się. Ja jestem od zaopatrzenia, wy od myślenia.
Zgłupiałem. Nie kojarzyłem tej trasy. Na sto procent nigdy mnie tam nie było, a już na pewno nie z Miłoszem.
Halo halo!
Nie ogarniam. Potem się odezwę!
Przewinąłem do wcześniejszych postów. Niewątpliwie był to ten sam profil, który założyliśmy z Miłoszem. Nie obserwowałem go od czasu rozstania, ale kojarzyłem większość najstarszych zdjęć.
Od zakończenia naszej relacji profil przez jakiś czas był martwy. Miłosz zaczął postować jakieś pół roku temu. O ile wcześniej ograniczaliśmy się do zdjęć z zabawnymi opisami, teraz treści składały się przede wszystkim z filmików.
Filmików, na których plecak gadał. I na których było słychać głosy: Miłosza i mój.
Tego było za wiele. Niech sobie palant prowadzi dalej nasz profil, niech korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby ożywić plecak na filmikach, ale nie miał prawa mnie w to mieszać. I jeszcze brał do tego płatne współprace!
Choć zarzekałem się, że już go nie pamiętam, wpisałem numer Miłosza i zadzwoniłem. Odebrano po trzech sygnałach.
– Miłosz? – zapytałem. – Tu Jarek.
– To nie Miłosz – usłyszałem odpowiedź. – Miłosz nie może rozmawiać.
– A kiedy będzie mógł?
– Niestety nigdy – odezwał się niski głos w słuchawce. – Miłosz nie żyje. Spadł ze szlaku na Orlą Perć trzy miesiące temu.
***
Przez trzy dni chodziłem struty. Wiadomość o śmierci Miłosza bardzo mnie zabolała. Z tyłu głowy ciągle krążyły mi myśli o wciąż aktywnym koncie i tajemniczym rozmówcy. Zrozumiałem, że nie uspokoję się, dopóki nie rozwiążę tej zagadki.
Nie wiedziałem tylko, jak zacząć. Nie chciałem odzywać się do rodziców Miłosza. Jedyny trop prowadził do Orlej Perci, więc wsiadłem w pociąg do Zakopanego. Znalazłem na profilu filmy z wyjazdu w tamte strony, wiedziałem więc, o jaką datę powinienem rozpytywać.
W trasie czytałem o tym wypadku. Znaleźli ciało Miłosza, ale nie miał ze sobą plecaka. Komentujący nie zostawili na nim suchej nitki, zarzucając, że szedł kompletnie nieprzygotowany.
Na stacji w Zakopanem trafiłem na wyjątkowo miłą obsługę. Widzieli chyba, że bardzo mi zależy, bo sprawdzono dla mnie grafiki i już wkrótce mogłem porozmawiać z konduktorem, który obsługiwał pociąg do Warszawy tamtego dnia wieczorem.
– Co pan kojarzy z tego dnia? – zapytałem. Siedzieliśmy przy kawie w bistro obok dworca.
– Zaskakująco dużo. Wie pan, nie codziennie zdarza się, że jednym z twoich pasażerów jest gadający plecak.
– Gadający plecak? – Zakrztusiłem się kawą. Choć to podejrzewałem, usłyszenie tych słów z ust drugiej osoby obnażyło absurd sytuacji.
– Tak. Był bardzo brudny. Pamiętam, że bilet pokazywał mi na tak potłuczonym ekranie, że trudno było go zeskanować.
– Pomarańczowy iPhone?
– Nie pamiętam modelu, ale tak, telefon był pomarańczowy.
– Nie zaskoczyło to pana?
– Zaskoczyło, ale cóż miałem zrobić? Miał bilet.
– Pamięta pan, dokąd jechał?
– Wydaje mi się, że do Warszawy. Tam pełno takich cudaków.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, ale nie dowiedziałem się niczego więcej.
Śledztwo trwa. Jeżdżę za tropami z Instagrama. A konduktor do dziś twierdzi, że wszystko było zgodne z regulaminem.
Czekałam na to wyzwanie, bo może być zabawnie, co tekst barniusza pokazuje. Podoba mi się pomysł z kontem IG prowadzonym z perspektywy plecaka, fajnie wyjaśnia jego “drugie życie”. Rozwiązanie z pociągiem też zgrabnie wplecione. Druga część trochę bardziej pędzi, wydawało mi się, że może zostały znaki w zapasie, by to rozbudować, ale limit praktycznie wyczerpany, więc pewnie stąd wrażenie. Mimo wszystko bardzo fajny tekst, w dłuższej formie, rozbudowanej o wątek śmierci Miłosza, pewnie też by się bronił :)
Those who don't believe in magic will never find it
Dzięki! To prawda – limit znaków mnie dojechał. :D Nie mniej, wyzwanie naprawdę przyjemne, gratulacje za pomysł!
A też się skusiłem. :)
Pewnego ranka odkryłem, że mój plecak ma drugie życie i pracę na pół etatu. Nie powiem, żeby mnie to zdziwiło, ostatnio w ogóle zachowywał się dziwnie. A to suwaki zacinały się z wyjątkową złośliwością, a to wyciągnięta kanapka była z sałatą i majonezem, choć nie lubię żadnego, a co dopiero w połączeniu. Ale w dniu, w którym znalazłem go z naszywką Cyberpunka do góry nogami, uznałem, że przegiął pałę.
– Co się z tobą dzieje? – zapytałem nie bez wyrzutu, ale byłem też solidnie zatroskany. Trzymaliśmy się razem od podstawówki.
Plecak zamachał żałośnie ramionami i zawinął suwak w podkówkę.
– Tylko bez takich! – krzyknąłem, grożąc mu palcem. – Przecież widzę!
Ta wyszczekana torba zaczęła mnie przedrzeźniać, by na koniec machnąć na mnie szelką. Szybkim, jak na jego możliwości, krokiem wyszedł z domu, trzaskając drzwiami.
Nie mogłem w to uwierzyć. Kręciłem się chwilę po pokoju, myśląc, co zrobić. Postanowiłem spróbować jeszcze raz szczerze porozmawiać. Gdy wyszedłem przed dom, zobaczyłem tylko odjeżdżający tramwaj.
Chyba mignął mi mój plecak. Wisiał smętnie, trzymając się poręczy. Ścisnęło mnie serce. Musiałem go dogonić. Z czymkolwiek się mierzył, mógł na mnie liczyć.
Jak gazela wystrzeliłem z progu. Wskoczyłem w pierwszy tramwaj, który nadjechał. Czułem się jak Jason Statham w kolejnym filmie akcji. W roztańczonym wagonie trzymałem się co sił poręczy, by nie wypaść przez okno albo, co gorsza, nikogo nie nadepnąć.
Przed sobą miałem siedzącą babuleńkę, której moherowy beret dawał mi do zrozumienia, że drewniana laska nie służy tylko do podpierania. Po mojej prawej z kolei testosteronowy jegomość charczał ciężko nad telefonem, marszcząc olbrzymie czoło, które kończyło się na jeszcze większym karku.
Niebezpieczeństwo patrzyło mi w oczy, a ja zerkałem, czy następny przystanek jest na żądanie.
Mój adrenalinowy trans trwał trzy minuty, bo na zwrotnicy pojechałem w drugą stronę. Odjeżdżająca szesnastka zakolebała się na pożegnanie i zniknęła za budynkiem NBP.
Zakląłem szpetnie i wcisnąłem przycisk STOP. Lampka się zapaliła, a tramwaj stał na światłach na skrzyżowaniu.
Zakląłem jeszcze szpetniej, na co została mi zwrócona uwaga, że powinienem bać się Boga. Chwilowo bardziej obawiałem się, że nie znam odpowiedzi na zadane mi pytanie: „Czy mam za dużo zębów?”. Zawsze myślałem, że w sam raz, ale nie czułem w tym temacie jednomyślności z resztą pasażerów.
Uznałem, że przód wagonu jest znacznie ciekawszy.
Tramwaj ze zgrzytem, wywołującym ból zębów, zatrzymał się na przystanku, a ja w szalonym pędzie rzuciłem się w pogoń. Potrącając albo, w większości, odbijając się od przechodniów, dostrzegłem tył szesnastki.
Los się tego dnia do mnie uśmiechnął, bo ujrzałem mój plecak wysiadający na kolejnym przystanku. Ze zwieszoną kieszenią zmierzał w stronę stalowego biurowca, którego sam nigdy nie odwiedziłem.
Wpadłem tam zdyszany i spocony jak mysz, tylko po to, by zobaczyć, jak sięga szelką w głąb siebie, wyciąga kartę i odbija się na bramkach. Zniknął mi w windzie, gdzie nie mogłem go dogonić.
Ochrona jasno przedstawiła swoje argumenty w postaci gazu pieprzowego.
***
Gdy już umyłem twarz i zeszła opuchlizna, zalewałem smutki w barze naprzeciwko. Chwilowo bardziej niż Stathama przypominałem Steve’a Buscemiego. Czerwone oczy i spuszczona głowa nadawały mi wygląd zbitego psa. Barman ulitował się i do piwa dorzucił mi paluszki. Po pieprzu miałem uraz do podstawowych przypraw, więc powoli sączyłem cienkusza. Był zresztą gazowany, więc i tak piłem go z niejakim niepokojem.
Powoli, bo plecak zniknął na Bóg wie jak długo, a dodatkowo z moim portfelem. Miałem nadzieję, że wróci, zanim tutejsza obsługa się zorientuje, bo drugiego gazu chyba nie dam rady przyjąć.
Ponuro obserwowałem, jak jest noszony przez jakiegoś bufona w garniturze. W dodatku nigdzie nie dostrzegałem naszywki. Byłem w szoku, że ktoś wcisnął w niego laptopa, bo przy mnie oburzał się nawet na książki.
Swoją drogą raz nawet wypluł mi buty do śmietnika. Choć na jego usprawiedliwienie były to buty sportowe, a dbanie o rzeczy nie jest moją największą zaletą. Czy dlatego odszedł?
Gdy ostatnie krople piwa ściekały po szklance, barman bębnił palcami po kontuarze, a ja nie mogłem dłużej udawać, że jest tam jeszcze cokolwiek do wypicia. Wtedy plecak wyszedł z biurowca.
Uniosłem palec w kierunku barmana, w swojej ocenie uspokajająco, który za sam gest niechybnie by mi go połamał. Rzuciłem się do drzwi i pobiegłem w stronę zszokowanego plecaka.
– Ty… co… ale co ty tam? – wydyszałem, opierając ręce na kolanach. Ewidentnie wyczerpałem zapasy adrenaliny na ten dzień, a fakt, że miałem buty sportowe, nie znaczy, że miałem jakąkolwiek kondycję. Książkę kucharską też miałem w domu.
Plecak wyglądał na zakłopotanego. Kręcił dolnym rogiem w ziemi i jakoś nie chciał spojrzeć mi w oczy. Po chwili otworzył wewnętrzną kieszeń, w której leżały jego karta wstępu do biurowca, naszywka i mój portfel. Dopiero pod spodem zobaczyłem kilka zdjęć.
Kiedy wziąłem je do ręki, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Mój plecak stał obok bardzo eleganckiej, skórzanej torby, a przed nimi szczerzyła się trójka barwnych piórników.
Nie dałem rady wydusić z siebie słowa. Przytuliłem go i razem ruszyliśmy na przystanek.
Po drodze minęliśmy moherową babcię i byczka. Siedzieli na ławce i robili na drutach. To chyba nie był koniec ich planów, bo obok leżały hantle.
Usiedliśmy na ostatnich miejscach w wagonie. Konduktor spokojnie sprawdzał bilety. Tramwaj zabrzęczał głośno, gdy drzwi się zamykały. Ale motorniczy, widząc, że ktoś jeszcze w biegu próbuje wsiąść, litościwie otworzył mu drzwi.
Wściekły barman psiknął mi gazem w oczy i wyszedł.
A konduktor do dziś twierdzi, że wszystko było zgodne z regulaminem.
Co za końcówka xD. Piękna!
Bardzo miła groteska, mimika i gestykulacja plecaka skradły mi serce.
AC,
pierwsze pytanie, które się nasuwa – z jakim majonezem ta kanapka?
Sporo fajnego absurdu, dobrze się czytało.
Drugie życie ładnie rozwinięte, ale dominuje opowiadanie i przez to mam wrażenie, że zdanie “A konduktor do dziś twierdzi, że wszystko było zgodne z regulaminem.” jest tu wpakowane na siłę. Mimo wszystko całość ciekawa i przyjemna w odbiorze.
Those who don't believe in magic will never find it
@barniuszu, dziękuję za miłe słowa!
@OldGuard, wystarczy, że w kwestii SI już się wdałem w jakąś wojenkę. Jeżeli chodzi o majonez pozostanę bezstronny. Bohater nie lubi żadnego.
Masz zupełną rację. To był dość ostry skręt w kierunku ostatniego zdania, choć i tak nie wyszło tak źle jak się obawiałem.
Dziękuję za przeczytanie i opinię!
Z własnego doświadczenia wiem, że temat AI jest tutaj konfliktogenny
Those who don't believe in magic will never find it
Tego samego obawiam się w kwestii majonezu…
Pewnego ranka odkryłem, że mój plecak ma drugie życie i pracę na pół etatu. Okazało się, że ma zadziwiająco wysokie kwalifikacje kurierskie i etat w państwowej spółce.
Nie odkryłem tego od razu. Rano zrobiłem kawę, usiadłem przy biurku, żeby dokończyć projekt, który powinienem był skończyć poprzedniego wieczoru. Problem polegał na tym, że laptopa nie było.
Przez chwilę próbowałem sobie przypomnieć, gdzie go zostawiłem. Wróciłem do domu późno, dużo później niż planowałem. Pamiętałem tylko koszmarną podróż tramwajem, ostatni przystanek i to, że chciałem jak najszybciej znaleźć się w łóżku.
Najwyraźniej plecak z zawartością nie wysiadł ze mną.
Sprawdziłem telefon. Laptop nie znajdował się w mieszkaniu. Nie znajdował się nawet na mojej ulicy.
Jechał tramwajem przez miasto.
Postanowiłem go dogonić.
Wpadłem na komisariat zgłosić kradzież.
Policjant spojrzał na ekran.
– Jest pan pewien, że to kradzież?
– Sam pan widzi! Ktoś z nim ucieka.
Policjant przyjrzał się ekranowi.
– Ja widzę tylko, że pański plecak jedzie tramwajem.
Punkt na ekranie zatrzymał się.
– Proszę sprawdzić pocztę. – Policjant wskazał ekran. – Jeśli uczciwy znalazca oddał go do biura rzeczy znalezionych, nie mamy tu nic do roboty.
Do urzędu wbiegłem zdyszany.
– Mój plecak! Jest tutaj! – Pokazałem urzędniczce migający punkt.
Spojrzała na telefon. Zadzwoniła na zaplecze.
– Przed chwilą przekazaliśmy go do transportu.
W tej samej chwili punkt na ekranie ruszył.
– Dokąd?!
– Do pociągu.
Na peron dobiegłem w ostatniej chwili. Wskoczyłem do pociągu. Telefon prowadził mnie przez wagony aż drogę zastąpił mi konduktor.
– Tam jest mój plecak! – zawołałem.
– Proszę za mną.
Zaprowadził mnie do wagonu służbowego. W środku kilku pracowników przekładało rzeczy z rozdartego worka do… mojego plecaka.
Wraz z każdą przekładaną rzeczą, przypinano do szelek kolejną kartę.
Parasol.
Portfel.
Pluszowy miś.
Klucze.
Plecak wyglądał jak choinka z dokumentów.
– Co wy robicie?!
– Worek transportowy uległ uszkodzeniu.
– Ale to jest mój plecak! Proszę mi go oddać.
– Nie możemy.
– Dlaczego?
– Obecnie jest opakowaniem zastępczym.
Konduktor zajrzał do środka.
Wyciągnął laptop.
– Pański?
– Tak! – Otworzyłem go i wpisałem hasło na dowód własności.
– Proszę. – Podał mi urządzenie.
– A plecak?
Konduktor zamknął zamek, zacisnął plombę na stalowej lince.
– Został włączony do transportu.
– Ale to mój plecak.
– Nie przeczę.
– To dlaczego odjeżdża beze mnie?
– Bo jedzie służbowo.
A konduktor do dziś twierdzi, że wszystko było zgodne z regulaminem.
Wersja Barniusza była wciągająca – ale kiedy dotarłem do zakończenia miałem wrażenie, że jest urwana w połowie. W dodatku pojawiła się śmierć bliskiej osoby, która zawsze jest dramatyczna – więc miałem wrażenie, że wiele wątków zostało otwartych, ale żaden nie zamknięty. Skok napięcia fabularnego wywołany wiadomością o śmierci trochę kłócił się z humorem na końcu. Za to przyznam, że treść zostaje w myślach!
W tekście ac podobało mi się wymieszanie absurdu z codziennością. Upakowanie kilku zabawnych scenek w tak krótkim tekście cieszyło – dobrze się bawiłem, a barman na końcu był jak strzelba Czechowa – skoro wcześniej się pojawił i niecierpliwie czekał na zapłatę, jego wątek musiał wybrzmieć.
Fragment Guru jest bardzo uniwersalny – po niewielkich przeróbkach równie dobrze funkcjonować i w XIX wieku (oczywiście bez lokalizacji), i w dwudziestoleciu międzywojennym, i w realiach dystopijnych, nie mówiąc o historii alternatywnej. Zarekwirowanie plecaka jako opakowanie zastępcze skojarzyło mi się z czasami komunizmu, a tekst jest na tyle łagodny, że jako satyra przeszedłby raczej przez cenzurę – przecież cenzora zawsze można było udobruchać tym, że bagaż zamiast służyć jednostce przysłuży się ogółowi ;)
Niedziela będzie deszczowa, to może uda mi się coś wydziergać :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me

barniusz
plecak w góry
Hmmm.
na instagramie
To nie nazwa własna?
Cała idea opierała się o to
Opierała się na tym.
prowadzi rzekomo ukryte przed nami konto
Poprawne, ale mam już dość słowa "rzekomo" :D
Jeszcze w trakcie tego pierwszego wyjazdu
Powtórzone, trochę się rzuca w oczy.
nie można tego samego powiedzieć o naszej relacji z Miłoszem
Angielskawe i relacja dwuargumentowa nagle stała się trójargumentowa :D
jeszcze w przed ukończeniem magisterki
Jeszcze przed magisterką.
Wiedziała przecież, ile kosztowało mnie zamknięcie tego związku.
Związek to nie konto księgowe XD
No ale panooowie
No, ale panooowie.
nie miał prawa mnie w to mieszać
Nie ma prawa.
I jeszcze brał do tego płatne współprace!
Hmm. I do tego brał płatne współprace!
chodziłem struty
Idiom: chodziłem jak struty.
Wiadomość o śmierci Miłosza bardzo mnie zabolała.
W sumie to zdanie nic nie wnosi.
o jaką datę powinienem rozpytywać
Hmm.
nie zostawili na nim suchej nitki, zarzucając
Czego nie robi imiesłów?
miłą obsługę. Widzieli
Trochę niezgodny ten związek.
jednym z twoich pasażerów
"Twoich" nic nie wnosi poza angielszczyzną, szczególnie niepasującą w ustach konduktora z Tatr.
Choć to podejrzewałem, usłyszenie tych słów z ust drugiej osoby obnażyło absurd sytuacji.
Łopata, i to solidna.

Plecaki też mają swoje namiętności :D
ac
znalazłem go z naszywką Cyberpunka do góry nogami
Co było do góry nogami?
solidnie zatroskany
Hmmm?
Plecak zamachał żałośnie ramionami
Gdzie plecak ma ramiona? XD
Ta wyszczekana torba zaczęła mnie przedrzeźniać, by na koniec machnąć na mnie szelką.
XD
Ścisnęło mnie serce.
Ścisnęło się we mnie serce.
Wskoczyłem w pierwszy tramwaj, który nadjechał.
Ale jechał w zupełnie innym kierunku :P
której moherowy beret dawał mi do zrozumienia, że drewniana laska nie służy tylko do podpierania
Gdyby miała laskę z żeliwa, to by było dziwne :P
Mój adrenalinowy trans trwał trzy minuty, bo na zwrotnicy pojechałem w drugą stronę.
Co w ogóle nie było irytujące :)
Lampka się zapaliła, a tramwaj stał na światłach na skrzyżowaniu.
Wzmocniłabym to przeciwstawienie, np. tak: Lampka się zapaliła, a tramwaj stał. Na światłach na skrzyżowaniu.
na co została mi zwrócona uwaga
Naturalniej: przez co zwrócono mi uwagę.
Chwilowo bardziej obawiałem się, że nie znam odpowiedzi na zadane mi pytanie: „Czy mam za dużo zębów?”.
…?
nie czułem w tym temacie
W tej sprawie.
Potrącając albo, w większości, odbijając się od przechodniów, dostrzegłem tył szesnastki.
Hmmm.
a dodatkowo z moim portfelem
A do tego z moim portfelem.
drugiego gazu chyba nie dam rady przyjąć
?
jak jest noszony przez jakiegoś bufona w garniturze
Co Ty z tą stroną bierną?
dbanie o rzeczy nie jest moją największą zaletą
? To sugeruje, że facet dba o rzeczy, ale to nie zaleta (?)…
Uniosłem palec w kierunku barmana, w swojej ocenie uspokajająco, który za sam gest niechybnie by mi go połamał
Angielski szyk: Uniosłem palec, w swojej ocenie uspokajająco, w kierunku barmana, który za sam gest niechybnie by mi go połamał.
fakt, że miałem buty sportowe, nie znaczy, że miałem jakąkolwiek kondycję
Hmm. A fakt, że miałem buty sportowe, nie świadczy o kondycji.
Mój plecak stał obok bardzo eleganckiej, skórzanej torby, a przed nimi szczerzyła się trójka barwnych piórników.
XD

Cudne :D A ja myślałam, że plecaki się szyje XD
TheGuru
wysokie kwalifikacje kurierskie
Jest coś takiego? O.O
etat w państwowej spółce
To cały czy pół? :D
Laptop nie znajdował się w mieszkaniu. Nie znajdował się nawet na mojej ulicy.
Ale bohater jest aż tak ą-ę, że nie może powiedzieć, że czegoś nie było?
Wraz z każdą przekładaną rzeczą, przypinano do szelek kolejną kartę.
Ale rzeczy nie przypinano, a mam wrażenie, że chodzi Ci o przenośny sens "wraz z", który się nie stosuje to rzeczy materialnych.

Absurdzik biurokratyczny ^^
z jakim majonezem ta kanapka?
Majonez to zuo, nic dziwnego, że spowodował mutację plecaka XD
Z własnego doświadczenia wiem, że temat AI jest tutaj konfliktogenny
A gdzie indziej to nie?
Niedziela będzie deszczowa, to może uda mi się coś wydziergać :P
Sobota też miała być, a nie była :D
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Tarnina
Ale rzeczy nie przypinano, a mam wrażenie, że chodzi Ci o przenośny sens "wraz z", który się nie stosuje to rzeczy materialnych.
W szkole nie byłem prymasem. Dzięki Wam się rozgrzeszam. To nie tak, że jestem głupi…. to język rodzimy jest dla geniuszy z IQ>180.
Oj tam :D

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Tarnino, cóż oznacza solidna łopata w twoim slangu? :D
Że tłumaczysz jak krowie na rowie coś, co już wytłumaczyłeś XD
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Uff, to nie aż tak źle. Bałem się, że grozisz, że mi nakopiesz. ;)
Pewnego ranka odkryłem, że mój plecak ma drugie życie i pracę na pół etatu. A wszystko zaczęło się od niespodziewanego telefonu.
– Halo? Słucham?
– Przepraszam… nie obudziłam? – rozległ się nieśmiało brzmiący kobiecy głos.
– Nie, i tak wcześnie wstaję – odpowiedziałem i spojrzałem na stertę papierzysk na biurku, która zapowiadała pracowity weekend.
– No… ja też za długo nie spałam, ale nie w tej sprawie, albo może właśnie w tej… – Zamilkła na moment, jakby się zbierała na odwagę. – Bo ja dziękuję za plecak. I pewnie pan go szuka. Przepraszam, że nie oddałam go od razu.
– Plecak?
– No, niebieski, z czerwonymi tasiemkami, w górnej klapie był adres i numer telefonu, przy tym czerwonym notesie… Do notesu nie zaglądałam! – dodała szybko.
Pobiegłem do szafy i wciąż z telefonem w dłoni szarpnąłem drzwi, a potem odchyliłem ubrania. Plecaka nie było. Poczułem przypływ adrenaliny: czy ktoś wślizgnął się niepostrzeżenie do domu i ukradł mi rzeczy, a potem porzucił gdzieś plecak?
– Jest pan tam? – spytała niepewnym głosem.
– Jestem, jestem… – Gorączkowo sprawdzałem inne zakamarki i szuflady: paszport, portfel, laptop, saszetka z euro i koronami szwedzkimi – wszystko było na miejscu. Jakim cudem zginął plecak? Albo nie zginął, skoro ktoś go znalazł…
– Czy poza notesem i karteczką… – zacząłem, ale nie potrafiłem znaleźć w myślach dalszego ciągu. – Czy był pełny?
– Tak, i właśnie dlatego dziękuję.
Stary, poczciwy Forclaz Air Plus, trzydziestka, wypatrzony kiedyś na olx. Jeden z najlżejszych plecaków górskich. Większości turystów służył zapewne na jeden spacer, ja potrafiłem się w niego spakować na kilka dni. Mieścił wszystko, co potrzeba – śpiwór, nadmuchiwany materac, worek biwakowy, jedzenie na dwa–trzy dni, menażkę i kuchenkę.
U mnie nie miał łatwego życia – służył za poduszkę, siedzisko, ocierał się o skały i gałęzie, czasem lądował w śniegu, a czasem w błocie. Dzielnie znosił trudy podróży, ale przybywało mu blizn – tu naderwana siateczka, tam zgnieciona klamerka i rozczapierzony koniec linki, a niespieralnych plam nawet nie liczyłem.
Mimo to zajmował honorowe miejsce w pokoju – za każdym razem, kiedy na niego patrzyłem, przypominałem sobie wszystkie miejsca, które odwiedziłem. Zawsze spakowany i gotowy do drogi, warował przy drzwiach niczym pies, który ze smyczą w zębach domaga się spaceru. Wiedziałem, że w każdej chwili mogę po prostu wyjść i wyruszyć, dokądkolwiek chcę.
W końcu dno plecaka zaczęło się pruć, a do zestawu wycieczkowego dołączyła igła z nicią. Kiedy przez niezauważone w porę rozdarcie wypadł jakiś drobiazg zdecydowałem, że najwyższa pora kupić coś nowego. Moja ówczesna partnerka przyjęła ten wybór z wyraźną ulgą – od dłuższego czasu narzekała, że na wycieczkach plecak wygląda obciachowo.
Staruszek został wyprany, po raz kolejny zszyty i wylądował w szafie – odruchowo spakowałem go tak jak zwykle, i tak nie było lepszego miejsca na wszystkie podróżnicze graty. Nie używałem ich zresztą równie często, jak kiedyś – praca i życie rodzinne pożerały coraz więcej czasu. Wycieczki kolejowe zmieniły się w samochodowe, spontaniczne wypady zastąpiło żmudne planowanie i pakowanie dziesiątek przedmiotów, które miały uczynić podróż wygodną, ale w końcu stawały się balastem.
– Wie pan, kiedy go znalazłam, nie miałam dokąd pójść – głos kobiety wyrwał mnie z zamyślenia. – Wiedziałam tylko, że nie mogę wrócić. Bałam się, że zaraz zrobi się ciemno… szłam na dworzec, nie wiem dlaczego, może słyszałam, że tam można się przespać. A on sobie po prostu leżał, pod ławką w parku. Na początku przeszłam obok, po co mi kolejny problem z oddawaniem znalezionego bagażu. Ale potem zawróciłam. Może jestem głupia, ale pomyślałam, że to znak. Zajrzałam do środka. I znalazłam te wszystkie rzeczy… a kiedy je pakowałam z powrotem, na ziemię wypadł wydruk biletu kolejowego. Dzień się zgadzał, tylko rok inny. Zerknęłam na godzinę, wzięłam plecak, pobiegłam na dworzec, pociąg właśnie odjeżdżał. Wsiadłam i patrzyłam, jak miasto odjeżdża. A potem się rozpłakałam. I zasnęłam, z tym biletem w ręku. To też było głupie, przecież to stary bilet, nieważny… ale konduktor chyba nie spojrzał dokładnie, albo zrobiło mu się żal. I w dodatku obudził mnie nad ranem, żebym nie przegapiła stacji.
Słuchałem opowieści, wciąż oszołomiony. W końcu przypomniałem sobie o wypadzie, do którego nigdy nie doszło i wielkiej kłótni, która wszystko zmieniła. Spojrzałem jeszcze raz na biurko. Wydruki, tabele, teksty poznaczone markerem, dwa laptopy… brakowało tylko tabliczki „kara” zawieszonej na ścianie.
Odsłoniłem okno. Promienie wschodzącego słońca sięgnęły szafy. Wydawało mi się, że na dnie, tam, gdzie stał plecak, leżała jeszcze jakaś kartka.
– … dwa razy pytałam się miejscowych, jakiejś babuleńki, a potem pilarzy. I w końcu doszłam to tego miejsca oznaczonego kółeczkiem. Do chatki nad jeziorem. Jest pięknie, śpiewają ptaki, a ja wyjadam panu jedzenie. I zrobiło mi się głupio, i zadzwoniłam…
– Nie jest przeterminowane? – wtrąciłem odruchowo.
– A kto by się tym przejmował?
Sięgnąłem do wnętrza szafy i wyjąłem kartkę. Bilet na poranny pociąg, który wtedy wydrukowałem, a potem przedarłem na pół. Dzień się zgadzał, rok nie. Do odjazdu zostało czterdzieści minut. Wyszarpnąłem z szafy kurtkę, spodnie i pudełko z górskimi butami.
– Jest pan tam? Bo nie wiem, jak panu oddam plecak. Boże, nawet nie wiem, kiedy i jak wrócę, zostawiłam tam portfel, blik mi nie działa, a komórka zaraz się rozładuje…
– Ładowarka solarna. Jest w kieszonce pod plecami. W środku jest też kabelek. W Androidzie trzeba ustawić wolne ładowanie. Działa tylko w pełnym słońcu. Da sobie pani z tym radę? – spytałem, przełączywszy na głośnomówiący, bo właśnie sklejałem bilet taśmą.
– Nie wiem. Chyba tak. Jeszcze raz dziękuję, to miejsce jest cudne…
– Cieszę się. Choć nigdy tam nie byłem – powiedziałem, pakując jednocześnie do kieszeni kurtki scyzoryk, pastę i szczoteczkę. Przynajmniej nad Jackiem Reacherem miałem przewagę, on podróżował tylko ze szczoteczką.
– Nie?
– Znalazłem to miejsce w internecie. Zaznaczyłem na mapce jako dogodny nocleg.
– To może wyślę zdjęcie? I co z plecakiem?
– Proszę go ode mnie pozdrowić. A zresztą… sam to zrobię.
Przekręciłem klucz. Jeszcze raz spojrzałem na przedarty bilet.
Rozkład połączeń mógł się zmienić. A bilet, choć nigdy nie wykorzystany, dawno stracił ważność. Powinienem połączyć się ze stroną, wyszukać połączenie i kupić nowy.
Mimo to, kiedy biegłem po schodkach na peron, nadal miałem w ręku tylko tę wymiętą karteczkę, jakby reguły rządzące światem przestały mnie obchodzić.
A konduktor do dziś twierdzi, że wszystko było zgodne z regulaminem.
It is not who I am underneath, but what I do that defines me
Uff, wrzutka w ostatniej chwili i zaraz szykuję nowe wyzwanie. Nie ma to jak solidna zlewa za oknem, jest motywacja do pisania :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me

marzan
nieśmiały, kobiecy głos
Czy głos może być nieśmiały? I czy to się wyklucza z kobiecością?
szarpnąłem za drzwi
Szarpnąłem drzwi.
nie potrafiłem znaleźć w myślach dalszego ciągu
Hmmm.
nadmuchiwaną matkę
Żargon?
dno bagażu
https://wsjp.pl/haslo/podglad/15122/bagaz/1943372/walizka "Bagaż" w sensie plecaka to metonimia, nie oznacza samego plecaka.
bagaż wygląda obciachowo
Jak wyżej.
Wycieczki kolejowe zmieniły się na samochodowe
Zmieniły się w. Zamieniły się na.
wypadł wydruk biletu kolejowego
A nie po prostu bilet kolejowy?
nadal miałem w ręku tylko tę wymiętą karteczkę
"Nadal" można jednak wyrzucić.

Jeeejku… jakie to ładne…
Bałem się, że grozisz, że mi nakopiesz. ;)

Oj tam, oj tam :D
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
"Bagaż" w sensie plecaka to metonimia, nie oznacza samego plecaka.
Tarnino, jak ty mi imponujesz. :O
Sorry, jestem totalnie bez grosza :P
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
XD
Ale łopata się znajdzie XD

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Z plecakiem górskim jest taka trudność, że nie ma synonimów. Można iść w ogólne typu “przedmiot” – sprawdzę, gdzie da się wprowadzić. Plecak w podróży jest bagażem, a czy samodzielnie, hm…
Zaraz zobaczę, co dam radę z tym zrobić.
A te drzwi i klamka złośliwe, bo szarpie się za klamkę, ale szarpie drzwi, tutaj masz rację :P
P.S. Nadmuchiwana matka to oczywiście nie rodzicielka w wersji turystycznej, tylko materac. Jak każdy wyraz używany bardzo często ulega żargonowemu skróceniu – mogę zmienić na materac, będzie czytelniej. Kwestie dialogowe typu “matka mi się rozpruła” “matka mi przecieka” (podwójny żargon, bo wypuszcza powietrze) rzeczywiście mogą wzbudzać wesołość :P
It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.