Nadeszło lato, podróżujemy w ciekawe miejsca (dosłownie i w przenośni) - czas zatem na wyzwanie z plecakiem w roli głównej. Autorką jest OldGuard.
Limit: 6000 znaków
Termin zakończenia: 12 lipca (niedziela)
Nadeszło lato, podróżujemy w ciekawe miejsca (dosłownie i w przenośni) - czas zatem na wyzwanie z plecakiem w roli głównej. Autorką jest OldGuard.
Limit: 6000 znaków
Termin zakończenia: 12 lipca (niedziela)

Wcielasz się w rolę detektywa, który wie, jak zaczęła się historia i wie, jak się skończy, ale to, co pomiędzy, jest jedną wielką plamą.
Twoim zadaniem jest napisać krótką opowieść, która połączy dwa kompletnie absurdalne zdania w jedną (w miarę) spójną historię. Możesz dodać wszystko: gnomy, urzędników, gadające pomidory, kosmitów – ogranicza cię tylko wyobraźnia (i zdrowy rozsądek, ale kto by się nim przejmował).
Pierwsze zdanie:
Pewnego ranka odkryłem, że mój plecak ma drugie życie i pracę na pół etatu.
Ostatnie zdanie:
A konduktor do dziś twierdzi, że wszystko było zgodne z regulaminem.
Fantastyczne wyzwanie! <3
Świetne, postaram się coś naskrobać w wolnej chwili!
You cannot petition the Lord with prayer!

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Pewnego ranka odkryłem, że mój plecak ma drugie życie i pracę na pół etatu. Nigdy nie byłem szczególnie bogaty. Na studiach związałem się z drugim nieszczególnie bogatym chłopakiem, Miłoszem – zachwyciła mnie przede wszystkim jego miłość do podróżowania.
Podczas letnich wakacji jeździliśmy razem w Tatry, a jeżeli w zimowej sesji udało się zaliczyć wszystkie egzaminy we wczesnych terminach, organizowaliśmy wyjazdy w niższe góry.
Na drugim roku, gdy szykowaliśmy się do wyjazdu w Izery, plecak Miłosza odmówił dalszej współpracy. Już w wakacje dawał znaki, jak zacinający się zamek, ale zimą ostatecznie wyzionął ducha.
Jako że mój plecak także nie był już najnowszy, podjęliśmy decyzję, że zrzucimy się na nowy, profesjonalny plecak w góry. Nigdy nie braliśmy ze sobą zbyt wielu rzeczy, więc uznaliśmy, że będziemy go nosić na zmianę i jakoś to będzie.
Jeszcze podczas tego wyjazdu Miłosz wpadł na pomysł, żeby wystartować z nowym kontem na instagramie: Oni i ja. Cała idea opierała się o to, żeby tworzyć treści z perspektywy plecaka, który jest trzecim członkiem naszej ekipy i prowadzi rzekomo ukryte przed nami konto, na którym narzeka na nasze wolne tempo czy pomyłki w czytaniu mapy.
Siadło zaskakująco dobrze. Jeszcze w trakcie tego pierwszego wyjazdu przeskoczyliśmy tysiąc obserwujących, a komentarze pod postami zostawiali ludzie, których żaden z nas nie znał osobiście. Plecak odniósł sukces.
Niestety nie można tego samego powiedzieć o naszej relacji z Miłoszem. Nie przetrwała próby czasu. Rozstaliśmy się jeszcze w przed ukończeniem magisterki. Gdy doszło do podziału naszego skromnego majątku, wziąłem książki i moje ulubione miski do ramenu, Miłoszowi pozostawiając komodę i sprzęt podróżniczy. I tak nie sądziłem, żeby bez niego chciało mi się gdziekolwiek wyjeżdżać.
Przez kolejne miesiące starałem się zapomnieć o Miłoszu, a tym samym o naszych podróżach i plecaku. Dlatego kiedy pewnego ranka zobaczyłem, że przyjaciółka podesłała mi rolkę z profilu Oni i ja, w pierwszej chwili się we mnie zagotowało. Wiedziała przecież, ile kosztowało mnie zamknięcie tego związku.
Chyba nie do mnie to miało być?
Do ciebie. Czemu mi nie powiedziałeś?
Niechętnie kliknąłem w relację. Był na niej filmik z górskiego szlaku. Widać było plecak – ten sam, który tak często nam towarzyszył – na plecach kogoś z postawy podobnego do Miłosza, tylko z nieco dłuższymi włosami. Nagranie było robione z ręki, przez osobę idącą z tyłu.
Wydawało mi się, że plecak porusza się trochę nienaturalnie, ale poza tym było to normalne nagranie z trekkingu. Kiedyś miałem takich setki w galerii.
Wróciliście do siebie?!
Wiadomość od przyjaciółki pojawiła się na górze ekranu. Wtedy zrozumiałem, że telefon jest wyciszony. Nacisnąłem przycisk z boku obudowy.
– Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że to Miłosz planował tę trasę! – Usłyszałem swój głos zza kamery.
– No ale panooowie – odpowiedział niskim głosem plecak. – Umawialiśmy się. Ja jestem od zaopatrzenia, wy od myślenia.
Zgłupiałem. Nie kojarzyłem tej trasy. Na sto procent nigdy mnie tam nie było, a już na pewno nie z Miłoszem.
Halo halo!
Nie ogarniam. Potem się odezwę!
Przewinąłem do wcześniejszych postów. Niewątpliwie był to ten sam profil, który założyliśmy z Miłoszem. Nie obserwowałem go od czasu rozstania, ale kojarzyłem większość najstarszych zdjęć.
Od zakończenia naszej relacji profil przez jakiś czas był martwy. Miłosz zaczął postować jakieś pół roku temu. O ile wcześniej ograniczaliśmy się do zdjęć z zabawnymi opisami, teraz treści składały się przede wszystkim z filmików.
Filmików, na których plecak gadał. I na których było słychać głosy: Miłosza i mój.
Tego było za wiele. Niech sobie palant prowadzi dalej nasz profil, niech korzysta ze sztucznej inteligencji, żeby ożywić plecak na filmikach, ale nie miał prawa mnie w to mieszać. I jeszcze brał do tego płatne współprace!
Choć zarzekałem się, że już go nie pamiętam, wpisałem numer Miłosza i zadzwoniłem. Odebrano po trzech sygnałach.
– Miłosz? – zapytałem. – Tu Jarek.
– To nie Miłosz – usłyszałem odpowiedź. – Miłosz nie może rozmawiać.
– A kiedy będzie mógł?
– Niestety nigdy – odezwał się niski głos w słuchawce. – Miłosz nie żyje. Spadł ze szlaku na Orlą Perć trzy miesiące temu.
***
Przez trzy dni chodziłem struty. Wiadomość o śmierci Miłosza bardzo mnie zabolała. Z tyłu głowy ciągle krążyły mi myśli o wciąż aktywnym koncie i tajemniczym rozmówcy. Zrozumiałem, że nie uspokoję się, dopóki nie rozwiążę tej zagadki.
Nie wiedziałem tylko, jak zacząć. Nie chciałem odzywać się do rodziców Miłosza. Jedyny trop prowadził do Orlej Perci, więc wsiadłem w pociąg do Zakopanego. Znalazłem na profilu filmy z wyjazdu w tamte strony, wiedziałem więc, o jaką datę powinienem rozpytywać.
W trasie czytałem o tym wypadku. Znaleźli ciało Miłosza, ale nie miał ze sobą plecaka. Komentujący nie zostawili na nim suchej nitki, zarzucając, że szedł kompletnie nieprzygotowany.
Na stacji w Zakopanem trafiłem na wyjątkowo miłą obsługę. Widzieli chyba, że bardzo mi zależy, bo sprawdzono dla mnie grafiki i już wkrótce mogłem porozmawiać z konduktorem, który obsługiwał pociąg do Warszawy tamtego dnia wieczorem.
– Co pan kojarzy z tego dnia? – zapytałem. Siedzieliśmy przy kawie w bistro obok dworca.
– Zaskakująco dużo. Wie pan, nie codziennie zdarza się, że jednym z twoich pasażerów jest gadający plecak.
– Gadający plecak? – Zakrztusiłem się kawą. Choć to podejrzewałem, usłyszenie tych słów z ust drugiej osoby obnażyło absurd sytuacji.
– Tak. Był bardzo brudny. Pamiętam, że bilet pokazywał mi na tak potłuczonym ekranie, że trudno było go zeskanować.
– Pomarańczowy iPhone?
– Nie pamiętam modelu, ale tak, telefon był pomarańczowy.
– Nie zaskoczyło to pana?
– Zaskoczyło, ale cóż miałem zrobić? Miał bilet.
– Pamięta pan, dokąd jechał?
– Wydaje mi się, że do Warszawy. Tam pełno takich cudaków.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, ale nie dowiedziałem się niczego więcej.
Śledztwo trwa. Jeżdżę za tropami z Instagrama. A konduktor do dziś twierdzi, że wszystko było zgodne z regulaminem.
Czekałam na to wyzwanie, bo może być zabawnie, co tekst barniusza pokazuje. Podoba mi się pomysł z kontem IG prowadzonym z perspektywy plecaka, fajnie wyjaśnia jego “drugie życie”. Rozwiązanie z pociągiem też zgrabnie wplecione. Druga część trochę bardziej pędzi, wydawało mi się, że może zostały znaki w zapasie, by to rozbudować, ale limit praktycznie wyczerpany, więc pewnie stąd wrażenie. Mimo wszystko bardzo fajny tekst, w dłuższej formie, rozbudowanej o wątek śmierci Miłosza, pewnie też by się bronił :)
Those who don't believe in magic will never find it
Dzięki! To prawda – limit znaków mnie dojechał. :D Nie mniej, wyzwanie naprawdę przyjemne, gratulacje za pomysł!