- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Umarł satyryk

Umarł satyryk

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Umarł satyryk

– Bo tylko w Rosji matematycy pasają krowy!

Zapadła cisza.

Cosmo rozłożył ręce, ale publiczność nie zrozumiała aluzji i milczała jak grób, niewidoczna zza rzędu świateł rampy. Odchrząknął. Przymknął oczy i zanucił w duchu parę taktów „The Show Must Go On”.

– Wiecie, dlaczego Kain zabił Abla?

Jakaś kobieta zaczęła wrzeszczeć. No, doprawdy! Pomyślał Cosmo. Scenę zalało światło. Osłonił oczy przedramieniem i odruchowo się cofnął, kiedy ciężkie buty zadudniły o deski. Ktoś wołał o miejsce, ktoś inny powtarzał „dajcie mu oddychać, dajcie mu oddychać” w kółko, bez końca.

– Czy tak należy się zachowywać w teatrze? – rzucił Cosmo, ale żart utonął w gwarze. Co za pech! A pierwsza połowa szła tak dobrze!

Co się stało? Cosmo rozejrzał się dookoła. Nagle ktoś przebiegł mu tuż przed nosem. Dwóch ludzi klęczało na deskach sceny, dobrze widział ich plecy okryte jaskrawymi kamizelkami. A między plecami jednego a poruszającymi się rytmicznie łokciami drugiego mignęła twarz. Znajoma twarz. Tylko bledsza.

To wiele tłumaczy, przyznał w duchu. Bo i w czym? Podejrzewał, że z ciała, wpatrzonego szklanym wzrokiem w sufit, nie będzie już miał żadnego pożytku.

– Może nie trzeba było przekładać tej wizyty u lekarza – skomentował.

– NIC BY NIE POMOGŁA.

Cosmo z całych sił powstrzymał odruch, nakazujący mu się odwrócić. Głos, który go dobiegł zza pleców, jakoś tak z miejsca, gdzie powinno być wyjście za kulisy, był suchy jak kurz i monotonny jak tykanie zegara.

– Co za klisza – żachnął się Cosmo, wciskając ręce do kieszeni. Jego doczesne szczątki, mimo wysiłków sanitariuszy, uporczywie pozostawały szczątkami. Bardzo się starał nie myśleć o pompowaniu dziurawego materaca.

– I KTO TO MÓWI.

– Nie znoszę melodramatów!

– A JEDNAK ZA CHWILĘ POPROSISZ O ROZSTAWIENIE FIGUR NA SZACHOWNICY.

Ratownik dał spokój materacowi i usiadł, żeby otrzeć pot z czoła. Drugi wstał. Zbiegł ze sceny.

– Nie dokończyłem występu – oświadczył Cosmo.

– MYŚLISZ, ŻE SŁYSZĘ TO PO RAZ PIERWSZY?

Cosmo patrzył na widownię, ale jej nie widział. Pokasływania, skrzypnięcia foteli i inne odgłosy niechętnego zbierania się do domu były bezdźwięczne, odległe, dochodziły jakby przez mgłę.

Patrzył, jak jego zwłoki są przewracane i wtaczane na nosze, a potem odprowadzał je wzrokiem, założywszy ręce na piersi jak człowiek, który w żadnym wypadku donikąd się nie wybiera, nie ma mowy. Na pewno nie z jakimś szkieletem z jarmarku.

– BĄDŹ POWAŻNY – upomniał go suchy głos.

– Przepraszam, ale może nie wiesz, w jakiej branży pracuję?

Westchnienie zabrzmiało jak przesypywanie piasku w klepsydrze. Światła zgasły.

 

***

 

Nie mógł wyjść z teatru. Za każdym razem, kiedy przechodził przez drzwi, wkraczał z powrotem do foyer. Po namyśle uznał, że to nie szkodzi, ostatecznie nie przychodziło mu do głowy żadne inne miejsce, w którym chciałby, albo powinien, być. Nic innego, co mógłby robić. Nikt, kto mógłby mu pomóc.

To był sens jego życia! Jeśli nie mógł bawić ludzi, to po co…

O, nie, nie, nie. W tę stronę, powiedział sobie Cosmo stanowczo, nie idziemy. Trzeba tylko popracować nad nowymi sposobami. Na śmiech zawsze jest popyt. Tak. A du… ktoś ciałonegatywny na scenie, to będzie oryginalne… chociaż trzeba to jakoś lepiej nazwać. I przygotować. Zrobić próby.

Snuł się tak korytarzem i omal nie wlazł w pełne wody wiadro. Przyjrzał się posadzce, lśniącej jak lustro, i z pewnym żalem zauważył zupełny brak własnego odbicia, ale zaraz zaprzątnęła jego uwagę sprzątaczka, wychodząca ze składzika z mopem w ręku.

Pomachał do niej. Kobiecinka z wielkim namaszczeniem, a za to bez najmniejszego skrępowania obecnością Cosma zanurzyła mop w wiadrze i podjęła solenne szorowanie podłogi. Gwizdała przy tym, nawet całkiem czysto. Kto by pomyślał, że sprzątaczki też lubią Queen.

– Jakoś nigdy pani nie mówiła, że pani tego słucha – zagaił Cosmo, który nigdy dotąd nie próbował rozmawiać z obsługą. Sprzątaczka sprawnie przeszła z „I Want to Break Free” na „Killer Queen”, wyprostowała plecy, a on nagle zdał sobie sprawę, że nie jest starszą panią. Miała gładkie policzki, a fiolet na głowie to były włosy, ufarbowane i krótko obcięte, nie chustka. Pewnie skończy tu pucować, wróci do domu i… nic mu nie przychodziło do głowy. On sam zajmował się po pracy głównie przygotowywaniem nowych występów, a przecież mycia podłogi nie trzeba przygotowywać. I tak na sucho chyba nie można. W każdym razie sprzątaczki na pewno nie pracują całymi dniami. Może z kimś się spotykają? Kimś, kto nie jest agentem, dyrektorem, dziennikarzem ani aktorem?

Cosma ogarnęło niejasne poczucie, że oderwał się od życia, i to znacznie wcześniej, niż kiedy padł na polu chwały.

– I właśnie dlatego – oświadczył, kiedy sprzątaczka wykręcała mop – muszę zrobić nowy program. Taki dla ludzi.

 

***

 

Ledwo o tym pomyślał, już stał w świątyni kiczu pełnej winylowych mebli, starych plakatów i gadżetów. Arcykapłan, czyli jego agent, Jerry, jak zwykle siedział za biurkiem z telefonem przy uchu i pokrzykiwał na kogoś. Kojąco znajoma scena. Ale Cosmo miał zupełnie nowy pomysł, i nie mógł go teraz zgubić

– Nic mnie to nie obchodzi – powiedział Jerry. – Nie zamierzam na to łożyć. Niech idzie do pracy!

Trzasnął słuchawką. Wstał. Przeciągnął się i stanął przy oknie, wpatrzony w lśniącą ciemność.

– Słuchaj, Jerry – zaczął Cosmo – pomyślałem…

Jerry pokręcił głową i założył ręce na piersi.

Przez chwilę Cosmo mówił siłą rozpędu, a potem nagle spojrzał na agenta i zapomniał, co miało być dalej.

– A… może to zły moment?

Nigdy dotąd tak nie bywało. Kiedy tylko Cosmo wbiegł na piętro, kiedy złapał oddech, opowiadał najnowszy pomysł, a Jerry słuchał z uśmiechem. Teraz burknął tylko:

– Cholerne dzieciaki.

I nie odwrócił się od okna.

– To będzie bomba, zobaczysz.

Jeśli agent coś usłyszał, to się z tym nie zdradził.

– Musisz się czymś zająć, Jerry. Oderwać od problemów.

Tak się mówi, prawda? To właśnie robił Cosmo. Odrywał ludzi od ich problemów. Żeby, no, żeby się nie martwili. Tak. Temu poświęcił życie. Musiał tylko pokazać, że życie po życiu też chętnie tak spędzi.

Jerry zaklął pod nosem i wrócił do biurka. Chwycił w palce ostatnią kuleczkę z pięciu podwieszonych pod stelażem z chromowanej stali, puścił, a potem patrzył, jak się o siebie obijają.

Cosmo odczekał, aż przestaną. Już miał zacząć monolog, kiedy Jerry znów chwycił kulkę i miotnął nią o pozostałe.

– Słuchaj, przecież nic takiego się nie stało. Przecież tu jestem.

Kulki stukały jedna o drugą. Zza drzwi dobiegał przytłumiony głos sekretarki.

– Jerry.

Agent przysunął sobie kupkę papierów z rogu biurka i zaczął je przekładać, aż znalazł to, czego szukał i pogrążył się w lekturze. Cosmo patrzył na niego przez chwilę. Potem przeszedł się z jednego końca pokoju na drugi i z powrotem. Jerry nadal czytał.

– Zamierzasz mnie posłuchać? Chcę pomóc! Chcę coś dla ciebie zrobić!

Zdał sobie sprawę, że stoi z rękami na biurku, a Jerry, obracający w palcach długopis i zaczytany, równie dobrze mógłby siedzieć na biegunie południowym.

Cosmo walnął pięścią w blat, na którym nie zrobiło to wrażenia.

– Jerry, no, proszę cię. Mam robić za upiora w operze? Załatw mi coś do roboty!

Agent potarł czoło, podniósł głowę i przez długą chwilę patrzył komikowi prosto w oczy.

Wreszcie zawołał: – Mabel! Jest jeszcze kawa?

 

***

 

Cosmo krążył po korytarzach, usiłując sobie przypomnieć wszystkie filmy o duchach, które w życiu widział.

Wyskakiwanie na ludzi znienacka nie przyniosło rezultatów. Upiornego wycia nikt nie słyszał. Robienie min było kompletnie bez sensu.

Pozostawało snucie się z jednego końca budynku na drugi i rozmyślanie o wszystkich odłożonych na później wycieczkach do kina. Zawsze był zbyt zajęty. A przecież lubił filmy! Nie miał z kim na nie chodzić, owszem, ale lubił, choć kiedy już mu się udało z tym kinem, obserwował raczej widownię niż ekran. Reakcje ludzi. Przez całe życie starał się uczyć, poważnie podchodzić do humoru. Nie miał czasu na zabawę. Ktoś się nie bawi, by bawić się mógł ktoś, pomyślał, odprowadzając spojrzeniem dwie zagadane kobiety, które szły właśnie do wyjścia.

– Latami was zabawiałem, i co z tego mam? – zawołał za nimi.

Przy kasie biletowej zauważył nowy plakat. Podszedł, nie myśląc o niczym konkretnym, spojrzał i zaklął.

Tu zawsze wisiały jego plakaty! Tu powinien wisieć jego plakat, a nie… jakiś… inny.

Co to za jeden w ogóle? Jakiś chłystek, gołowąs, nieodpowiedzialne fiu-bździu, co to sobie wyjdzie na scenę i opowie stary dowcip, a potem idzie grać w te tam gry. I jeszcze myśli, że jest wielkim artystą!

Cosmo fuknął, prychnął i zmierzył złym wzrokiem biletera w okienku, bawiącego się jakimś elektronicznym piszczkiem.

– To niesprawiedliwe! – wrzasnął, ale odpowiedziała mu tylko tandetna melodyjka.

– Wszystko wam dałem! Wszystko! A wy o mnie zapomnieliście!

Stanął przy kasie i wspiął się na palce, żeby pomachać bileterowi ręką przed nosem.

– To ma być wdzięczność – sarknął, kiedy melodyjka zabrzmiała znowu i odszedł, wyobrażając sobie, że głośno tupie.

 

***

 

I jeszcze dali dzieciakowi jego garderobę! Miał występować na tej samej scenie, co Cosmo, miał się przebierać w jego garderobie, a jego marynarki nie dostał chyba tylko dlatego, że byłaby za duża. A teraz siedział z nogami na jego podnóżku i przeglądał jakiś skrypt, gryząc ołówek.

A Cosmo krążył po pokoju. Na początku próbował robić hałas, przewracać szklanki i karafkę z wodą, zrzucać ciuchy z wieszaka, ale ręce przechodziły przez wszystko jak przez powietrze. Teraz tylko chodził i monologował.

– Całe życie oddałem, a wyście przełknęli, popili i szukacie, co by tu jeszcze zeżreć, wy złośliwe, niewdzięczne złote rybki. Słyszysz, młody? Tobie zrobią to samo! A gdzie by byli bez nas? Gdyby nie my? Zostałoby im tylko się powiesić!

Stanął przed fotelem w pozie tragika i zdał sobie sprawę, że skrypt leży na stole, a dzieciak właśnie znika w wyjściu na scenę. Zaklął. Pognał za nim.

 

***

 

Wszystko wyglądało tak samo. Światła rampy i ciemność za nimi, rozbrzmiewająca śmiechem, kiedy chłopak rzucił jakiś greps. A wyrzucał je jak karabin maszynowy.

Cosmo przemknął po kilka razy przed nim i za nim, spróbował huknąć na publikę i przez chwilę wyobrażał sobie, że wybuch radości, który po tym nastąpił, to jego zasługa. Potem się zreflektował i wycofał, z niesmakiem kręcąc głową.

– Tu – mruknął. – Tu umarłem. A może w ogóle nie żyłem, słyszycie?

Patrzył spode łba na młodego, który poprawiał kołnierzyk, cofał się o krok, potem wracał, i cały czas nadawał jak katarynka. Tańczy fokstrota, pomyślał Cosmo zgryźliwie. Z widowni gruchnął śmiech i zmiażdżył mu serce.

– NIE WYDAJE CI SIĘ, ŻE JESTEŚ ODROBINĘ NIELOGICZNY?

– Już po niego przyszedłeś?

– CZEKAM NA CIEBIE.

– To sobie poczekasz.

Cosmo bardzo się pilnował, żeby nie patrzeć w miejsce, skąd dochodził głos.

– CO TAKIEGO DAŁEŚ LUDZIOM?

– Przepraszam? Wszystko im dałem!

Obrócił się na pięcie i zmierzył wzrokiem szkielet, zgodnie z oczekiwaniami okryty sutą czarną peleryną i odwzajemniający spojrzenie, choć spod kaptura wyglądały tylko dwa klasycznie seledynowe ogniki.

Ale Cosmo był zbyt wściekły, żeby mu wytykać klisze.

– To było za mało?

Szkielet wzruszył ramionami. Jakby wieszak na ubrania bawił się w semafor.

– CO TAKIEGO MIAŁEŚ?

– Śmiech! Radość! Mogli zapomnieć, mogli się nie przejmować, mogli…

– SŁUCHAJ.

Cosmo zacisnął pięści. Szkielet milczał. Chłopak mówił, a słowa zaczęły się przebijać do świadomości Cosma.

To był monolog o zakupach w sklepie, pełen niezrozumiałych szczegółów. Czy minęło tyle czasu? Czy sklepy aż tak się zmieniły? Kiedy ostatnio robił zakupy… ?

– Co w tym śmiesznego? Opowiada im to, co znają.

Widownia najwyraźniej dobrze się bawiła.

– DAŁEŚ TO, CO MIAŁEŚ. ALE NIEKONIECZNIE TO, CZEGO POTRZEBOWALI.

Zrobiło mu się teraz trochę głupio. Młody był dziwny, ale wyraźnie się podobał. Gdyby nawet Cosmo mógł to zrobić, niezręcznie byłoby się wcinać w udany występ.

– WSZYSTKO SIĘ KOŃCZY.

Cosmo spojrzał na publiczność, roześmianą i rozbawioną.

– Skoro moja praca już skończona, to gdzie zapłata?

– NIE JESTEM KSIĘGOWYM.

– Tylko kasjerem – rzucił Cosmo, i akurat w tej samej chwili widownia wybuchnęła śmiechem. Przyjemne uczucie.

– TEŻ NIE.

– I co, wypisali mi na nagrobku „poświęcił sztuce wszystko, czego wcale nie miał”?

– UCIEKAŁEŚ. PRZED CZYM?

Teraz Cosmo wzruszył ramionami.

– Przed niczym nie uciekałem. Pracowałem. Robiłem swoje.

Szkielet przyglądał mu się z założonymi rękami.

– Niczego nie żałuję!

Gdzieś daleko brzmiał śmiech.

– Starałem się, jak mogłem. Robiłem, co umiałem!

Dawno zapomniane twarze majaczyły na krawędzi świadomości. Odwrócił się od nich.

– ŚWIATŁA SCENY W KOŃCU GASNĄ.

Spojrzał gdzieś w bok.

– CHCESZ TU ZOSTAĆ?

Upiór w operze? Cosmo wzdrygnął się i roześmiał.

– Nie wiem – przyznał.

Szkielet wyciągnął do niego rękę. Cosmo obejrzał się na chłopaka, z werwą ciągnącego monolog, na publiczność, na własne niewyraźne wspomnienia.

– Mam wybór?

– TAK.

– Nie zasłużyłem na nic lepszego.

– NIE.

Powoli, z wahaniem, Cosmo dotknął kościstych palców.

Koniec
Nowa Fantastyka