- Opowiadanie: Robert Jawień - Ale warto było

Ale warto było

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ale warto było

Ostatni set

Kiedy autonomiczna taksówka wyjechała z alei Speera na Adolf-Hitler-Platz, Elwira odruchowo zamknęła oczy.

Nie chciała patrzeć.

Za każdym razem ten sam widok odbierał jej oddech.

Gigantyczne kolumnady z jasnego granitu, kopuła Große Halle ginąca gdzieś w chmurach, monumentalne orły z rozpostartymi skrzydłami. Germania nie była miastem. Była manifestem. Kamiennym dowodem na to, że historię można napisać od nowa, jeśli zabije się wystarczająco wielu ludzi.

Sto lat.

Prawie sto lat od ostatecznej likwidacji Generalnego Gubernatorstwa.

Polacy, których urzędowo nazywano teraz „zasymilowaną ludnością pochodzenia wschodnioniemieckiego”, ci, którzy przetrwali, mieli się całkiem nieźle. A przynajmniej sprawiali takie wrażenie.

Pracowali.

Płacili podatki.

Mówili po niemiecku.

Śmiali się z odpowiednich dowcipów.

I robili dalej swoją robotę.

Ona też.

Najpierw rozprowadzała nielegalne stymulanty dzieciom gauleiterów. Potem syntetyczne halucynogeny elitom akademii muzycznej. Później projektowała nielegalne algorytmy modulacji dźwięku.

Aż ktoś zapytał, czy chciałaby poznać ludzi, którzy naprawdę chcą coś zmienić.

Cyberkonspira. Brzmiało śmiesznie. Nie było śmieszne.

Pierwszy zginął Marek.

Potem Sara.

Potem bliźniacy z tajnych kompletów.

Później przestała liczyć.

Pomagali im Żydzi z Madagaskaru, przemycając procesory biologiczne w transportach medycznych. Sowieci zza Uralu dostarczyli komponenty kwantowych wzmacniaczy. Resztę zbudowali sami. Latami. Pod ziemią. Pod nosem największego imperium świata.

Przed oczami Elwiry rozjarzyła się błękitna kropka.

Otworzyła dłoń i dotknęła palcem świecącego punktu na środkowym paliczku wskazującego palca. Powietrze zafalowało.

– Słyszysz mnie? – odezwał się Jan.

– Tak.

– Wszystko gotowe.

– Wiem.

– Jeszcze możesz zrezygnować.

Spojrzała przez szybę. Nad placem górowała kopuła. Ogromna. Niemożliwa.

– Za późno – powiedziała cicho.

Połączenie zgasło.

 

Die Resonanz

Sto osiemdziesiąt tysięcy ludzi. Żywa tkanka. Oddychająca jednym rytmem. Hala była wypełniona po brzegi.

Dorodni, dwumetrowi młodzieńcy z przyciętymi w kwadrat blond włosami i pulchne, krzepkie przyszłe szkopskie mamuśki, gotowe rodzić Rzeszy kolejne zastępy nadludzi, falowali niczym łany zboża.

Na środku sceny stała tylko ona. I konsola. Ukryty pod paznokciem serdecznego palca tkwił mikropendrive. Najdroższy przedmiot w historii podziemia. Wsunęła paznokieć w szczelinę terminala.

Klik.

Nie było odwrotu.

Pierwsze dźwięki były niemal klasyczne.

Prawie liturgiczne.

Mehr Licht

Potem, z uśmiechem, wypowiedziała słowa Goethego:

– „Wer immer strebend sich bemüht…"

Ironia aż bolała. Największy poeta Rzeszy otwierał koncert, który miał zakończyć pewną epokę.

Bas pojawił się niemal niezauważalnie. Nie był głośny. Był głęboki. Niższy niż granica świadomego słyszenia. Fale rozchodziły się przez beton, stal i ludzkie kości. Dołączyły harmoniczne. Potem kolejne.

Algorytm nie tworzył muzyki. Synchronizował mózgi. Neurony zaczęły pracować wspólnym rytmem. Oddechy się wyrównały. Powieki opadły. Sto osiemdziesiąt tysięcy osób poruszało się jak jeden organizm.

Na ekranach pojawiały się świetlne spirale. Muzyka stawała się coraz prostsza. Jedna fraza. Jedna częstotliwość. Jedno uderzenie.

Nagle ktoś upadł. Potem następny. Po chwili tysiące ludzi jednocześnie zaczęło drżeć. Krzyczeć. Śmiać się. Płakać. Niektórzy rozdzierali sobie twarze paznokciami. Inni patrzyli przed siebie pustym wzrokiem.

Elwira wyłączyła odsłuch. Nie chciała już słyszeć.

Kiedy ochrona próbowała dostać się na scenę, było za późno.

Przez bramy Große Halle wylał się nieskończony tłum pozbawionych świadomości, spragnionych krwi bestii.

Miasto odpowiedziało syrenami.

Potem krzykiem.

Wreszcie ciszą.

 

Po wszystkim

Kilka miesięcy później Germania była martwa.

Kamienne aleje zarastały chwastami. Monumentalne flagi gniły na masztach. Wiatr chłostał puste place, niosąc jedynie pył.

Gdyby istniał jeszcze Weltnetz lub gazety i gdyby Elwira potrafiła czytać, dowiedziałaby się, że armie amerykańskie, brytyjskie i sowieckie przekroczyły niedawne granice Wielkiej Rzeszy niemal bez walki. Ich zadaniem nie było już prowadzenie wojny z państwem, lecz odzyskiwanie opustoszałych ziem i likwidowanie bezładnie przemieszczających się hord zainfekowanych. Tam, gdzie niegdyś rozciągało się imperium, pozostały ruiny, strefy kwarantanny i miasta-widma.

Nie wiedziała tego.

Nie wiedziała już nic.

Na opuszczonym Adolf-Hitler-Platz to, co pozostało z Elwiry, pokryte krwią, kurzem i błotem, klęczało pomiędzy ciałami, zachłannie pożerając gnijące mięso zalegających na placu trupów.

Poruszała się gwałtownie. Mechanicznie. Bez wspomnień. Bez języka. Bez imienia. Kierował nią jedynie ślepy instynkt. Nie była świadoma siebie ani tego, co ją otacza.

Tam, gdzie kiedyś stała największa scena świata, teraz leżały tylko butwiejące zwłoki, porozrzucane instrumenty i rozbite ekrany. Wiatr obracał zardzewiałą płytę z cytatem Goethego. Litery były już niemal nieczytelne. Nad ruinami panowały kruki. I milczenie.

A jednak gdzieś, głęboko pod warstwami obumarłego mózgu, pozostał cień decyzji podjętej tamtego wieczoru. Gdyby potrafiła jeszcze myśleć, wiedziałaby jedno.

Wiedziała, na co się pisze. Ryzyko zawodowe. Ale warto było.

Koniec

Komentarze

Cześć,

 

polecam Ci zapoznać się z zasadami umieszczania treści na portalu, zwłaszcza z wprowadzoną niedawno zmianą dotyczącą oznaczania zawartości AI, bo ten tekst ewidentnie nosi znamiona ingerencji (wydaje się, że całkiem sporej) sztucznej inteligencji.

Those who don't believe in magic will never find it

Popieram zdanie OldGuard, w dodatku oznaczony jest jakiś konkurs, który organizowano bodajże 10 lat temu. 

Pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka