- Opowiadanie: MisEnthropy - Pętla

Pętla

To opowiadanie ze zbiorku, który przygotowuję.  

Przyznaję, że zafascynowało mnie The Expanse, choć tu poruszam inny aspekt. Wszystkie złożone urządzenia mają wbudowany jakiś bezpiecznik... Więc może...

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Pętla

Genewa, LKSMol

Dr Karin Weber wyciągnęła z automatu trzecią już tej nocy kawę. Była piekielnie zmęczona. Od tygodnia właściwie nie spała, a adrenalina utrudniała jej koncentrację. Wczoraj, podczas kalibracji kwantowego spektroskopu, o mało nie pomyliła sekwencji wzbudzenia – błąd, który mógł doprowadzić do przedwczesnej aktywacji mechanizmów samoreplikacji nanobotów.

Ona i jej asystentka Martinez były już jednak tak blisko, że każda chwila odpoczynku wydawała się marnowaniem czasu. Nanoboty reagowały na impulsy kwantowe w sposób sugerujący możliwość kontrolowanej replikacji. Tego jeszcze nikt nie odkrył. To był potencjalny Nobel.

Jako szefowa projektu w Laboratorium Kwantowej Syntezy Molekularnej naprawdę miała szansę coś zmienić, naprawić.

W drzwiach oparła się o futrynę i zajrzała do sali.

– Jak tam nasze dzieci? – rzuciła, wskazując ręką z kubkiem na komorę testową.

Martinez siedziała pochylona, w nienaturalnie wygiętej pozycji, jakby zapomniała, że może być jej niewygodnie. Weber podeszła do niej, postawiła przed nią kawę, a gdy młoda kobieta się ocknęła z zamyślenia, chwilę razem patrzyły na ekran. Martinez była świeżo po doktoracie z Cambridge, miała w sobie ten sam głód wiedzy, który Weber pamiętała z początków własnej kariery, dlatego czuła do tej dziewczyny sympatię większą niż do reszty współpracowników.

– Coś jest nie tak z ostatnią sekwencją. – Martinez przesunęła dane na główny wyświetlacz. – Zobacz te wzorce replikacji.

Weber pochyliła się nad konsolą. Jej twarz pojaśniała w błękitnym świetle ekranu.

– Rzeczywiście… To wykracza poza standardowe parametry.

– Mogę?

Weber skinęła głową i odsunęła się, robiąc miejsce Martinez. Obserwowała, jak dziewczyna pewnie porusza się po ogromnym interfejsie, wywołując kolejne zestawy danych.

O 3:47 rozległ się alarm.

Weber najpierw go zignorowała – system bezpieczeństwa reagował na najmniejsze odchylenia. Jej pewność zniknęła dopiero wtedy, gdy zobaczyła najnowsze odczyty z komory testowej.

– To przecież niemożliwe… – wyszeptała, wpatrując się w dane.

Martinez szybko przeanalizowała wykresy.

– Tempo replikacji wzrosło o trzysta procent w ciągu godziny. Ale to nie wszystko… – Jej palce tańczyły po konsoli. – Spójrz na te nowe struktury molekularne. Nie przypominają niczego, co zaprogramowałyśmy.

Weber przeszył zimny dreszcz. Spędziła dziesięć lat, projektując nanoboty zdolne do rozkładu mikroplastiku. Każdy parametr był dokładnie przemyślany, każda funkcja zabezpieczona, zbadana w laboratoriach na całym świecie.

– Tak, wiem… Są identyczne z tym czymś spod lodu Europy – dokończyła Weber.

Przez myśl przemknęło jej wspomnienie sprzed roku – międzynarodowa konferencja w Oslo, na której Roberts z MIT prezentował „inspirujące wzorce molekularne”, odkryte przez pierwszą sondę głębinową badającą podlodowy ocean Europy. Pamiętała, jak laboratoria na całym świecie – w tym jej własne – zaczęły implementować te struktury do swoich projektów. Były tak eleganckie, tak wydajne… Idealne do projektowania systemów samoreplikujących.

– Czy to możliwe… – zaczęła Martinez, jakby czytając w jej myślach. – Czy to możliwe, że wszyscy, pracując nad nanobotami, bazowaliśmy na tych samych wzorcach? Na tych strukturach z Europy?

– Które teraz okazują się… – Weber nie dokończyła. Odwróciła wzrok od ekranu i spojrzała przez pancerną szybę.

Srebrzysta mgła wypełniająca komorę zaczęła osiadać na ścianach, wciskać się w niewidoczne gołym okiem niedoskonałości urządzeń badawczych, szukać mikroszczelin w pancernym szkle, czepiać się metalu, zanurzać w uszczelkach.

W tej samej chwili wszystkie alarmy w laboratorium rozdzwoniły się jednocześnie.

Na ekranie monitorującym komorę testową pojawiło się ostrzeżenie:

ANOMALIA KRYTYCZNA

 

Stacja Europa III. 628 milionów kilometrów od Genewy.

Katastrofa już trwała.

Nie było co do tego wątpliwości – transmisje z Ziemi zamierały jedna po drugiej. Genewa upadła pierwsza. Potem Londyn. Potem… nie wiadomo, bo GeoNet padł całkowicie. Od trzech godzin z Ziemi docierały tylko strzępy wiadomości – urwane zdania, panika, ciemniejące miasta.

Tu, na Europie, wciąż jeszcze mieli stabilne zasilanie, działające systemy, czas na analizę. I kontakt z innymi stacjami w układzie.

Walker spędziła ostatnie godziny, analizując dane z komory laboratoryjnej, gdzie różne materiały poddawano działaniu nanoplazmy – tej samej, którą sondy wydobyły spod lodu, z oceanu pod stacją. Na ekranie widać było precyzyjny schemat zmian – niektóre próbki ulegały całkowitej transformacji, inne pozostawały nietknięte. Było w tym coś… metodycznego. Nie chaos destrukcji, ale precyzja chirurga.

– Spójrzcie na te sekwencje. – Wskazała na ekran. – Kości, drewna, tkanek po prostu nie zauważają. Ale wszystko, co sztuczne – metal, krzem, tworzywa – rozkładają. To jest jakaś selekcja.

– Jakby wybiórczy filtr – szepnęła Alice, pochylając się nad danymi. – Jakby pewne rzeczy uważały za przydatne, a inne odrzucały.

– Protomolekuła – mruknął Varga.

– Co mówisz?

– W takiej powieści z początków XXI wieku, The Expanse chyba się nazywała, była podobna struktura i tam też naukowcy znaleźli ją na jakimś księżycu. Tyle że okazało się, że to rodzaj broni.

– Dawniej wszystko sprowadzali do broni i wojen. Innej opcji nie widzieli.

– Ale oni najpierw myśleli, że to szansa. A to okazało się pułapką. Tylko że tam chodziło o kolonizację i podbój całego kosmosu. Fajna książka – dorzucił Varga.

– Tu widzimy coś innego: systematyczną selekcję, świadomy wybór tego, co zostaje nietknięte – szepnęła Alice, przysuwając się do ekranu.

– Rozumiecie? – powiedziała Walker cicho. – Zabraliśmy je z Europy. Stworzyliśmy z nich nanoboty. A one zaczęły wybierać, co chcą zniszczyć. Działają jak bezpieczniki. Gdy to zrobią, przestaną i będą czekać na kolejny nieposkromiony rozwój cywilizacji. Ktoś to musiał przewidzieć?

Varga spojrzał na ekran.

– Pętla.

Walker popatrzyła na niego, nie rozumiejąc.

– No pętla. Koniec jest jednocześnie początkiem.

– Uroboros – powiedziała Walker. – Wąż, który zjada własny ogon.

Te struktury były na Europie od milionów lat, pomyślała. Czekały na kogoś, kto je wydobędzie i zacznie badać. Kogoś takiego jak oni.

Oderwała wzrok od ekranu i spojrzała przez iluminator na ocean lodu.

Koniec

Komentarze

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nikt nie popełnił błędu. Wszyscy byli dobrymi, kompetentnymi ludźmi, którzy chcieli naprawić świat. Świetne.

 

Pozdrawiam serdecznie :)

 

MisEnthropy, niewiele ponad sześć tysięcy dwieście znaków to jeszcze nie opowiadanie. Bądź uprzejma zmienić oznaczenie na SZORT.

Na tym portalu opowiadania zaczynają się od dziesięciu tysięcy znaków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam i cóż.

 

No, nie mogę powiedzieć, żeby tekst mnie zachwycił.

 

Fabuły tu właściwie nie ma, dosłownie jedno wydarzenie + ekspozycja.

 

Ekspozycja, dodajmy, nieszczególnie atrakcyjna dla czytelnika. Najpierw mamy technogadkę, która ma chyba sprawiać wrażenie hard-SF, ale żadnego ciekawego kawałka nauki nie przybliża, a potem pomysł pseudo-protomolekuły mającej ograniczyć rozwój cywilizacji technicznej przedstawiają nam postaci, o których nic nie wiemy, których zachowanie w obliczu katastrofy jest nieszczególnie wiarygodne, a które najwyraźniej wszystkiego się magicznie domyśliły po kilku sekundach i mogą to wyłożyć czytelnikowi.

 

Puenta z nawiązaniem do Uroborosa też nie wydaje się mieć większego sensu, przecież to nie cywilizacja sama siebie zjada, tylko coś z zewnątrz ją niszczy.

 

Wspomnienie o Expanse wydaje się głównie służyć jako celowe zwrócenie uwagi na kliszę (tzw. lampshading).

 

Język w porządku, ale to tego tekściku nie ratuje.

 

Pozdrawiam!

quia lata porta et spatiosa via quae ducit ad slopem et multi sunt qui intrant per eam

Cześć

Gratuluję debiutu.

Mnie się podobało, ale widzę tekst bardziej, jako wprowadzenie do dłuższej opowieści. Piszesz w przedmowie, że to ze zbiorku, dlatego jeśli historie są ze sobą powiązane, ta część może się całkowicie wybronić. Niestety jako samotny statek, może wzbudzać wątpliwości. Ale powiem Ci, że nie mając zbytniej wiedzy w temacie molekuł, proto oto coś tam, czytało mi się dobrze. Fakt, że postacie są troszkę papierowe, może wynikać z krótkiej formy. 

Pozdrawiam i czekam na więcej

Tekst niestety nie jest zbyt nadzwyczajny. Niby katastrofa a wiele się nie dzieje dla bohaterów realnie, wypadałoby pokazać jakieś emocje związane z tym wszystkim i jak to wpływa na główne bohaterów, którzy mi w pamięć nie zapadli. Zarys jest, obecnie to pierwszy szkic, a właściwie szkic pierwszej sceny, bo zakończenie niezbyt rusza czytelnika.

 

Tymczasowy lakoński król

Cześć, fajnie, że się pojawiłaś! :)

W pierwszej części tekstu trochę mnie zgubiłaś – jest w niej dużo naukowych określeń, ale mam wrażenie, że nieszczególnie kryje się pod nimi konkret. Tak naprawdę zastanawiam się, czy bez tej pierwszej sceny tekst nie byłby mocniejszy, to jest gdybyś zaczęła od tego, że stacja badawcza, obserwująca Ziemię z daleka, nagle traci z nią kontakt i naukowcy rozkminiają z odczytów, co mogło pójść nie tak.

Miałabyś wtedy ekspozycję wymieszaną z emocjami i – w moim odczuciu – mogłoby to wypaść ciekawiej.

Fajna książka – dorzucił Varga.

Za mało znam pana Vargę, może jest takim totalnym luzakiem, co zawsze wrzuci komentarz nie na miejscu. I za mało znam świat, może ziemianie rozprzestrzenili się już mocno w kosmosie i potencjalny reset Ziemi ich nie boli. Ale tym komentarzem sprawił, że trochę przestałem się przejmować sytuacją, bo skoro Varga ma czas i głowę do tego, żeby polecać jakąś książkę, to chyba nic strasznego się nie dzieje.

 

Mimo powyższych, czytało się w porządku i chętnie poznam inne rzeczy z tego zbiorku.

Dzięki za komentarze. Z tym shortem problem był – powstał z podzielenia dłuższego opowiadania. Fajnie, że komentujecie i że komentarze są różne. Co do węża to się nie zgodzę – to cywilizacja zjada swój ogon, bo rozwija się w sposób skazujący ją na zagładę, a przynajmniej na powrót do punktu początkowego. 

MisEn

Mnie się początek nawet podobał, ale w końcówce napięcie uciekło, niby trwa koniec cywilizacji, a ludzie na Europie za bardzo się tym nie przejmują. 

Cześć! Gratuluję debiutu!

Nie jestem fanem SF, dlatego trudno mi było zacząć czytać i początek mnie nie przekonywał, ale później się zagłębiłem w świat i daje poczucie, że chcę czytać dalej, więc fajnie.

Trochę moim zdaniem za dużo ekspozycji, i zbyt mocno tłumaczysz świat. Mam wrażenie, że czasami dzieje się coś w taki sposób, bo tak autor zaplanował.

Ale ogólnie przyjemne opowiadanie ;)

pozdrawiam

@pusia Przyjmuję krytykę. Pytanie, czy skala tragedii nie wpływa na reakcję ludzi. Ale rozumiem, co masz na myśli. @jfrydr Dzięki za uwagi. Mam skłonność do objaśniania sytuacji. Zwalczam, ale wciąż się przebija.

MisEn

Cześć, niezłe dialogi i konstrukcja :) Pozdrawiam 

@marcfry Dzięki!

MisEn

Bardzo oszczędnie opisałaś szczególne zdarzenie, ale tak po prawdzie to nie wiem, co i dlaczego tam się wydarzyło.

 

– Spójrz­cie na te se­kwen­cje. – Wska­za­ła na ekran. → – Spójrz­cie na te se­kwen­cje. – Wska­za­ła ekran.

Wskazujemy coś, nie na coś.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy Lubię zostawić pole do domysłów. Każdy czytelnik może sobie wtedy wyobrazić coś innego. Zwłaszcza w sci-fi podoba mi się takie podejście. Opowiadanie nie powinno, imho, wszystkiego wyjaśniać. 

MisEn

MisEnthropy, rozumiem Twoje podejście do własnej twórczości, ale mam nadzieję, że i Ty rozumiesz, iż nie każdy czytający będzie je podzielał. 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy Jasne. 

MisEn

Twój szort, MisEnthropy, należy do takich tekstów, jakie nazywam ,,widokami przez lufcik’’. Pole widzenia niewielkie, nie obejmuje wielkich, spektakularnych wydarzeń, ale gdy pozwala na ,,dośpiewanie sobie’’, co tam się dzieje albo chociaż może dziać, drobiazgi nabierają znaczenia, stają się kierunkowskazami. Nie ma konieczności opisywania wybuchów bomb wodorowych, wystarczy dać jasno do zrozumienia, że wybuchły lub zrobią to za chwilę.

Tekst nadawałby się jako wstęp do apokalipsy i / lub postapokalipsy. A może właśnie nim już jest?

Pozdrawiam.

@AdamKB – dzięki. Tak lubię pisać. Podoba mi się porównanie z widokiem przez lufcik. W sumie większość życia spędzamy patrząc przez lufcik. 

MisEn

Doktor w tekście literackim piszemy bez skrótów. 

 

W drzwiach oparła się o futrynę i zajrzała do sali.

Bardzo dziwna, nienaturalna konstrukcja zdania.

 

Weber podeszła do niej, postawiła przed nią kawę, a gdy młoda kobieta się ocknęła z zamyślenia, chwilę razem patrzyły na ekran.

Zaimkozę tu masz. Może wywal do niej, będzie lepiej. 

 

Martinez była świeżo po doktoracie z Cambridge, miała w sobie ten sam głód wiedzy, który Weber pamiętała z początków własnej kariery, dlatego czuła do tej dziewczyny sympatię większą niż do reszty współpracowników.

Ale czemu z Cambridge? Brzmi dziwnie.

 

Opowieść fajna, chociaż mnogość bohaterów w tak krótkim tekście wprowadza chaos. 

teksty generowane komentuję z AI

Największy problem “Pętli” polega na tym, że nie ma w niej nic oryginalnego. Choćby tytułu. Sprawnie, choć schematycznie i trochę po łebkach połączyłaś zgrane elementy fabularne. To trochę za mało na udanego szorta, ale wciąż wystarczająco dużo na udany debiut.

Zabrakło mi tu iskry. Choćby drobnej. Chociażby żeby pani naukowiec raczyła się nie kawą, tylko amfetaminą, a awarię powitała histerią. Czegokolwiek, czego nie przeczytałem jeszcze gdzie indziej.

Szanuję i popieram inspirowanie się Expanse, bo sam lubię ten cykl (nie doczytałem niestety do końca, bo polskie tłumaczenie mnie pokonało), ale bezpośrednie nawiązanie do niego w tekście jest zbędne, a i wypada dość sztucznie.

Zaciekawiony, pędzę przeczytać twoją kolejną historię.

Jakieś takie to wszystko pozbawione większego sensu. Przekaz rozumiem, ale pierwsza część historii jest niesymetrycznie dłuższa od drugiej, która powinna być ważniejsza, bo coś tam tłumaczy. 

Językowo w miarę ok, ale d*** nie urywa.

Trochę błędów stylistycznych, trochę interpunkcyjnych, powtórzenia.

Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.

Nowa Fantastyka