Załóżmy, że faktycznie jedna z bram Jerozolimy nazywała się Ucho Igielne.
Załóżmy, że faktycznie jedna z bram Jerozolimy nazywała się Ucho Igielne.
Trąby umilkły jako pierwsze. Potem ucichł wiatr. Została cisza.
Szli. Wszyscy zmarli ze wszystkich epok, narodów i języków – od tych, którzy pamiętali jeszcze glinę w dłoniach Stwórcy, po tych, którzy zaledwie przed chwilą zamknęli oczy. Szli ku Nowej Jerozolimie, gdzie nowe niebo stykało się z nową ziemią. Aniołowie w białych szatach stali co kilka stadiów i, milcząc, wskazywali drogę. Nie mieli skrzydeł ani aureoli. Byli poważni, jak przystało na funkcjonariuszy porządku.
Droga zaczęła się zwężać. Tłum, który wydawał się nieskończony, płynął coraz wolniej i wolniej. W końcu wędrujący zobaczyli bramy Miasta. Każdy stanął przed właściwą dla siebie. Skąd wiedzieli, przed którą? Może aniołowie nad tym czuwali.
Ucho Igielne – tak nazywała się brama, przed którą zatrzymało się trzech mężczyzn. Przed bramą stał prosty stół z surowych desek, bez żadnych znaków ani ozdób. Za stołem siedział mężczyzna w szarej, zniszczonej tunice. Nie wyglądał ani staro, ani młodo. Nie było w nim majestatu ani grozy. Czekał na tych, którzy przez całe życie uciekali przed prawdą. Dyzma, tak miał na imię.
Za trzema mężczyznami zatrzymał się jeszcze spory tłum ludzi. Nikt nigdzie się nie spieszył.
Pierwszy mężczyzna trzymał czarną maskę. Przedmiot, który kiedyś coś znaczył, a teraz jest już tylko ciężarem.
Drugi nosił resztki królewskiej szaty. Zniknęły już z niej herby i złoto, ale nadal wskazywała na władzę.
Trzeci był najmłodszy. W przypalonym surducie i z ręką w kieszeni.
Za nimi stali świadkowie ich życia. W tym tłumie ludzi była kobieta w czerwonej sukni. I kobieta w bieli. Był mężczyzna w mundurze. Dziecko trzymające matkę za spódnicę. Ludzie, których znała historia i tacy, których nikt nie pamiętał.
Dyzma spojrzał na trzech mężczyzn. Patrzył na słowa, które przez wieki nosili przed sobą, pusząc się ich wielkością .
– Znacie zasadę – powiedział. – Przez tę bramę nie przechodzi się z bagażem.
– Ja tylko… – Człowiek z maską wysunął się do przodu.
Dyzma podniósł dłoń.
– Tego słowa tu nie ma.
Po chwili ciszy kontynuował.
– Nie ma „tylko”. Nie ma „musiałem”. Nie ma „większego dobra”. Nie ma historii, która nakazuje. Przy tym stole nie ma królów. Nie ma bohaterów. Nie ma potworów.
Znów chwila milczenia.
– Są tylko ludzie.
Wskazał na bramę.
– Powiedzcie, co zrobiły wasze ręce. Nie to, co chciała wasza głowa.
Oparł dłonie na stole.
– A usprawiedliwienia zostawcie.
Pierwszy mężczyzna ostrożnie odłożył czarną maskę.
– Nazywam się Bull – powiedział. – Nie wiem, czy to prawdziwe nazwisko. W moim zawodzie nazwisko nie miało znaczenia.
Spojrzał na ręce.
– Liczyła się ręka. Wprawna ręka. A ja taką miałem. Byłem najlepszy w swoim fachu.
Milczał chwilę.
– Nie wiem, ile razy wykonywałem wyrok śmierci. Pamiętam niektórych skazańców. Pewnego dnia przestałem liczyć, bo za często byłem wzywany do pracy.
Uśmiechnął się gorzko.
– Ojciec był katem. Dziad też. Topór przechodził z ręki do ręki. To taki zawód.
– Mówiłem sobie, że tak jak innych Bóg stworzył do dostojeństw, to ja jestem stworzony do tej roboty. Że urodziłem się w takiej rodzinie. Że ludzie mnie potrzebują. Że jak nie ja, to będzie ktoś inny. A ja byłem dobry, bardzo dobry.
Przerwał.
– Ale prawda jest prostsza. Mogłem odejść. Nikt by mnie nie ścigał. Mogłem być żebrakiem. Mógłbym być parobkiem. Mógłbym robić cokolwiek. Ale wybrałem to. Ja lubiłem swoją robotę. Żona była zadowolona, bo dobrze płacili. Żartowała, że do twarzy mi ze śmiercią.
– Ludzie omijali mój dom. Dzieci rzucały kamieniami. Na targu podawano mi chleb na łopacie, żeby mnie nie dotknąć.
Dyzma patrzył spokojnie.
– A ty? Kiedy nim zostałeś?
Bull długo milczał.
– Byłem młody i uwierzyłem, że nie mam wyboru. A może… kiedy powtarzałem za innymi, że od ustalenia winy i kary jest sąd.
Spojrzał na kobietę w czerwonej sukni.
– Ale ona… Mówili, że to prawdziwa królowa. Bardzo dobrze mi zapłacili. Pretendentka do angielskiego tronu, mówili. Wyglądała po królewsku, ciągle piękna, chociaż już stara. No i katoliczka.
– Przed egzekucją uklęknąłem przed nią, jak nakazuje zwyczaj, i poprosiłem o przebaczenie. A ona powiedziała, że mi przebacza. I spojrzała tak, że poczułem, że to nie tylko słowa.
Jego głos zadrżał.
– Nie byłem godny jej przebaczenia. Jej łaski. Powinna się bać. Powinna mnie przeklinać. Ale nie robiła tego. Po cichej modlitwie z godnością położyła głowę. I wtedy ręka mi zadrżała. Pierwszym ciosem nie trafiłem. Ja, mistrz fachu. Drugi cios też nie był taki, jaki powinien. Musiałem kończyć i ciąć nożem jak rzeźnik.
– Kiedy podniosłem jej głowę, w ręku zostały mi tylko włosy. Myślałem, że trzymam królewską głowę, a trzymałem perukę starej kobiety.
– A potem zobaczyłem psa. Małego. Brudnego. Wyszedł spod jej sukni. Położył się przy niej i skomlał. A świadkowie egzekucji mdleli lub krzyczeli.
– Kazali mi wszystko spalić. Szaty. Deski. Psa nie spaliłem.
– Dlaczego? – zapytał Dyzma.
– Bo on jeden zachował się jak człowiek.
Długa cisza.
– Przy wszystkich innych mogłem udawać, że jestem narzędziem sprawiedliwości. Ale narzędzie nie słyszy psa.
Dyzma skinął głową.
– Dobrze. Usiądź.
Człowiek wyglądający po królewsku wystąpił naprzód. Jego szata wciąż była bogata, ale czas zrobił swoje. Purpura wyblakła. Zniknęły herby i złoto. Pozostał człowiek.
– Nazywam się Pedro – powiedział spokojnym głosem. – Byłem królem Portugalii. Jedni nazwali mnie Okrutnym. Inni Sprawiedliwym. Ale to nieistotne.
Spojrzał na kobietę w bieli.
– Na imię miała Inês.
Przez chwilę nic więcej nie mówił. Jakby samo imię było całym wspomnieniem.
– Miłość przyszła jak choroba. Nie szukałem jej. Nie planowałem tego. Dla mojego ojca była zagrożeniem. Kastylijką. Wrogiem. Dla dworu przeszkodą. Dla mnie – pierwszą osobą, która zobaczyła we mnie człowieka.
– Kochałem ją.
Głos mu posmutniał.
– Przy naszych dzieciach. W ogrodzie. Zabili ją na rozkaz mojego ojca. Wydarli mi serce.
Dyzma zapytał:
– I wtedy zacząłeś czekać.
– Tak. Czekałem, aż zostanę królem. Czekałem na władzę. Powtarzałem sobie, że chodzi o sprawiedliwość. Ale chodziło o zemstę. Znalazłem dwóch skrytobójców. Trzeciego wypatruję nawet tutaj.
Pedro powoli rozejrzał się, potem zacisnął dłoń na blacie stołu.
– Nauczyłem się od katów, jak to wykonać. Ćwiczyłem na trupach. Chciałem wiedzieć dokładnie, jak to zrobić. Chciałem czuć, co zabieram. Pierwszemu wyciąłem serce, kiedy jeszcze biło. Drugiego kazałem ocucić, bo zemdlał za szybko. Chciałem, żeby patrzył mi w oczy. Żeby wiedział, że to nie kat, lecz ja. Zabrałem mu serce.
Milczenie.
– A potem kazałem wydobyć ją z grobu. Leżała już trzy lata. Okropny zapach. Osobiście pilnowałem, żeby słudzy ubrali ją w piękne szaty i klejnoty. Ogłosiłem ją królową i posadziłem na tronie. Kazałem całemu dworowi oddać jej cześć. Klękali przed trupem, a ja siedziałem obok i trzymałem ją za rękę.
– Dlaczego? – zapytał Dyzma.
– Bo nie potrafiłem zaakceptować, że umarła. Myślałem, że jeśli dam jej koronę, to historia ją zapamięta. Że jeśli zmuszę świat, żeby uznał ją za królową, to śmierć cofnie się o krok. Myślałem, że władza może wszystko.
– Co zrobiłbyś inaczej?
Pedro długo patrzył na kobietę w bieli .
– Uciekłbym z nią. Od korony. Od dumy. Wolałbym być nikim. Byleby żyła ze mną jako moja żona, moja miłość.
Dyzma wskazał miejsce obok Bulla.
– Zasiądź.
Trzeci mężczyzna wyszedł naprzód wolniej niż tamci dwaj. Był młody. Nie miał maski ani korony. Tylko przypalony surdut i rękę schowaną, jakby wciąż coś trzymał w kieszeni. Za młody, żeby mówić spokojnie.
– Nazywam się Ignacy Hryniewiecki – powiedział. Głos mu zadrżał, więc odchrząknął i spróbował jeszcze raz. – Student. Konspirator. Patriota.
Dyzma popatrzył na niego smutno.
Ignacy spuścił wzrok.
– Tak mówiłem o sobie. Tak łatwiej.
Za nim stał mężczyzna w mundurze.
– Zabiłem cara Aleksandra Drugiego. Nie w bitwie i nie w pojedynku. Nie wtedy, kiedy mógł się bronić. Rzuciłem bombę.
Wyjął rękę z kieszeni. Była pusta.
– Długo nie widziałem w nim człowieka. Widziałem tron, Imperium. Więzienia i zesłania. Bałem się, że jego reformy zadziałają. Były dobre dla chłopów. Myślałem, że jak ludzie dostaną trochę wolności, to przestaną chcieć całej. A wtedy Polska… wszystko zostanie po staremu. Na zawsze.
Uśmiechnął się bez radości, tylko grymasem twarzy.
– Byłem drugi. Tak, losowaliśmy kolejność. Pierwszą bombę rzucił Rysakow. Uścisnąłem mu rękę przed akcją. To był towarzysz. Mój przyjaciel. A ja wysyłałem go na śmierć. Powiedziałem sobie, że sprawa jest większa od nas. Że Nikołaj zapisze swoje imię w historii, bo cel jest święty.
Głos mu się załamał.
– Zgodziłem się na jego śmierć. Jeśli nie zginął od razu, to pewnie go schwytali i stracili. Jeszcze czuję, jak ściska mi rękę na pożegnanie.
Dyzma odezwał się po chwili:
– Opowiedz o tamtym dniu.
Ignacy zamknął oczy.
– Na ulicach Petersburga leżał śnieg. Kanał Katarzyny. Carska kareta to prawdziwe cacko. A dookoła wszystko było jasne. Pamiętam, jak światło tańczyło na śniegu. Bomba Rysakowa wybuchła przed końmi. Byli ranni. Ludzie krzyczeli. Car ocalał. Mógł odjechać. Ale on wysiadł z karety i poszedł do rannych. Pytał, czy żyją.
Otworzył oczy.
– I wtedy zobaczyłem w nim człowieka. Nie tyrana, nie symbol Imperium. Człowieka w mundurze, który mógł odjechać, a jednak został. Powinien był odjechać.
Dyzma zapytał spokojnie.
– I co zrobiły twoje ręce?
Ignacy długo milczał. Potem położył dłoń płasko na stole.
– Rzuciłem. Bomba upadła pod jego nogi. Wybuch rozerwał jego ciało. I moje też. Na białym śniegu pojawiły się czerwone kropki, kręgi, kałuże. Umierałem kilka godzin. Nie powiedziałem, jak się nazywam. Nawet wtedy chciałem być ideą, nie człowiekiem.
Dyzma nie przerwał.
W końcu zapytał cicho:
– Gdybyś dostał te kilka sekund jeszcze raz?
Ignacy spojrzał na cara w mundurze, potem na własne dłonie.
– Chciałbym nie rzucić.
Mężczyzna w mundurze wykonał gest, jakby chciał mu podać rękę. Ignacy szybko odwrócił wzrok.
– Chciałbym być tym, który rozpoznał w drugim człowieku… i cofnął rękę… Ale co potem? Wróciłbym do towarzyszy i dalej opowiadał o wielkich czasach, które mają nadejść? Więc rzuciłem bombę.
Położył drugą dłoń na stole.
– To zrobiły moje ręce.
Dyzma długo patrzył na jego dłonie. Potem skinął głową.
– Dobrze. Siadaj.
Ignacy usiadł obok kata i króla. Przez chwilę wyglądali dziwnie podobnie. Trzej zmęczeni mężczyźni, którzy wreszcie przestali dźwigać ciężary.
Bull zostawił maskę na stole.
Pedro odpiął z szaty ostatni strzęp purpury.
Ignacy wyjął z kieszeni coś małego i położył je na ziemię.
Dyzma, spoglądając ku bramie Ucho Igielne – wąskiej, niemożliwej do przejścia z bagażem, szukał słów.
– Niejeden stał w tym miejscu – powiedział cicho. – Ludzie, którzy przestrzegali przykazań. Dobrzy ludzie. I odchodzili smutni, bo nie chcieli zostawić tego, co uważali za swoje.
– Jestem tu, bo jednego wam tylko trzeba.
Milczał chwilę.
– Zwą mnie też Dobrym Łotrem, bo kiedy moje ręce nie mogły już wykonać żadnego gestu, zostały mi tylko słowa. Prosiłem, żebrząc o nadzieję.
Ignacy zasłonił twarz rękami. Słychać było, jak spazmatycznie łapie powietrze. Rytmicznie drżały ramiona. Bull wykrzywiał twarz. Schował ręce za siebie. Tylko Pedro wstał, wpatrując się w Inês. Z dworskim ukłonem podszedł do niej. Jak w dniu ślubu.
Brama nie stała się szersza.
Witaj. :
Przy czytaniu pojawiały się pewne wątpliwości (wszystkie sugestie – zawsze tylko do przemyślenia):
Pierwszy mężczyzna trzymał czarną maskę. Przedmiot, który kiedyś coś znaczył, a teraz jest już tylko ciężarem.
Drugi nosił resztki królewskiej szaty. Zniknęły już z niej herby i złoto, ale nadal wskazywała na władzę.
Trzeci był najmłodszy. W przypalonym surducie i ręką w kieszeni. – w tym fragmencie zastanawia mnie, czy celowo przy pierwszym użyłeś nagle czasu teraźniejszego?
Trzeci był najmłodszy. W przypalonym surducie i ręką w kieszeni. – czy nie brakuje tu: „z”?
Wypowiedź pierwszego człowieka jest nieco rozbita, wygląda, jak zapis dialogu, a to w rzeczywistości monolog kata. Czy to celowe? – np.:
– Ojciec był katem. Dziad też. Topór przechodził z ręki do ręki. To taki zawód.
– Mówiłem sobie, że tak jak innych Bóg stworzył do dostojeństw, to ja jestem stworzony do tej roboty. Że urodziłem się w takiej rodzinie. Że ludzie mnie potrzebują. Że jak nie ja, to będzie ktoś inny. A ja byłem dobry, bardzo dobry. (…)
– Ale ona… Mówili, że to prawdziwa królowa. Bardzo dobrze mi zapłacili. Pretendentka do angielskiego tronu, mówili. Wyglądała po królewsku, ciągle piękna, chociaż już stara. No i katoliczka.
– Przed egzekucją uklęknąłem przed nią, jak nakazuje zwyczaj, i poprosiłem o przebaczenie. A ona powiedziała, że mi przebacza. I spojrzała tak, że poczułem, że to nie tylko słowa.
Przy wypowiedzi drugiego sytuacja się powtarza, np.:
– Miłość przyszła jak choroba. Nie szukałem jej. Nie planowałem tego. Dla mojego ojca była zagrożeniem. Kastylijką. Wrogiem. Dla dworu przeszkodą. Dla mnie – pierwszą osobą, która zobaczyła we mnie człowieka.
– Kochałem ją. (…)
– Chciałbym nie rzucić.
Mężczyzna w mundurze wykonał gest, jakby chciał mu podać rękę. Ignacy szybko odwrócił wzrok.
– Chciałbym być tym, który rozpoznał w drugim człowieku… i cofnął rękę… – powtórzenia?; miło czytać o Hryniewieckim, o którym swego czasu i ja wspominałam w moim skromnym opowiadaniu. :)
Zagadkowe zakończenie, nakazujące pomyśleć, zastanowić się nad własnymi uczynkami, podumać o nich… Postać świętego Dyzmy znakomicie wykorzystana.
Tekst nakazuje też zastanowić się głębiej nad pokazanymi trzema osobami. Co dziwne, są to tylko mężczyźni. Z mojego punktu widzenia, słysząc ich szczerą spowiedź, nie dostrzegam w nich winy. Kat wykonywał zawód, jak każdy, bo ktoś to musiał robić. Po prostu wszędzie był też zawód kata. Spotykały go za to przykrości, choć nie był niczemu winien. To nie on skazywał na śmierć, nie on okazywał się nieludzki czy niesprawiedliwy. Gdyby nie karano surowym wyrokiem, nie byłoby sprawiedliwości. Każda zbrodnia wymaga kary. A – im jest ona poważniejsza – tym cięższy wyrok i ukaranie.
Król też mordował z zemsty, nie z nudów, dla zabawy czy z powodu szaleństwa. Być może w ten sposób zapobiegł kolejnym złym uczynkom, jakich mogli dopuścić się mordercy jego ukochanej.
Zamachowiec brał udział w wojnie. Długiej i tragicznej, która przyniosła Polsce zniewolenie. To, że ktoś nagle wysiada i pochyla się nad leżącymi, bynajmniej nie znaczy, że to nie jest nasz wróg. Nawet najgorsi przestępcy potrafili okazywać uczucia i serdeczność swoim bliskim czy zwierzętom. Kiedy trwa wojna, inaczej patrzy się na zabijanie. Broniący się przed jarzmem zabijają w imię wolności swojej i swoich dzieci. Naród, ciepiący niewolę, ma prawo walczyć o swoje prawa. Jeśli władca, mogący uczynić wszystko, nagle jest taki ludzki i pochyla się nad rannymi, niech okaże się prawdziwym człowiekiem i niech wyzwoli Polaków, wtedy nie będą nań urządzane kolejne zamachy.
Żaden z tych trzech grzeszników moim zdaniem nie zasłużył na potępienie. Dyzma być może miał na sumieniu straszniejsze zbrodnie. Lecz podczas rozmowy z Chrystusem pojmował różnicę. Rozumiał, co to szczery rachunek sumienia. I pozostawienie zbędnych rzeczy na tym świecie, przed wejściem, u progu. I to go ocaliło.
Moim zdaniem zakończenie daje ogromną nadzieję w sprawiedliwość Bożą. Brama nie musi być szersza. Oni i tak przejdą. :) Mogłaby nawet być, jak przysłowiowe “ucho igielne” od maleńkiej igły. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. :)
Pozdrawiam serdecznie, klik, powodzenia. :)