Jawa brutalnie kopała tyłek mej świadomości, uderzając raz za razem, abym tylko przestał już śnić. Najpierw dotarł do mnie dźwięk butelki, którą trąciłem bosą stopą i która teraz toczyła się po podłodze. Zaraz potem poczułem metaliczny posmak i potworną suchość w ustach. Ból głowy pulsował wściekle w rytmie powiadomienia, które zdawało się zapętlić w głośnikach na amen.
– Pik. Pik. Pik.
Niech ktoś to wyłączy… Załkałem w duchu, ale szybko przypomniałem sobie, że od lat mieszkam sam. Sam, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie zamieszkałby z taką mendą. I całe szczęście. Z innymi ludźmi nigdy nie było mi po drodze.
Leżałem półprzykryty szarą kołdrą, której nie zmieniałem od… dobra, pomińmy ten temat. W miarę jak odzyskiwałem przytomność, w nozdrza uderzył fetor kwaśnego potu i chemii, którą organizm desperacko próbował wypluć. Blistry klonazepamu, kupionego na lewo, leżały tuż obok głowy. Zresztą w towarzystwie pustych opakowań po xanaxie, tak pięknie rozpieprzającym moje wątpliwej jakości życie. Co prawda został mi przepisany przez lekarza na nerwicę lękową, ale już dawno przestałem mieć nad tym kontrolę. Wróćmy jednak do sedna, co was obchodzą moje problemy? Opowieść sama się nie opowie:
Miałem wrażenie, że spałem długo jak pieprzony niedźwiedź w okresie hibernacji. A może to nie był prawdziwy sen? Może tylko zapadłem się w głąb siebie. Kompletnie odcięty. Z czarną niczym moje serce dziurą w pamięci.
– Pik. Pik. Pik.
Ten dźwięk był natrętny niczym świadek Jehowy, wędrujący po okolicy i oferujący zbawienie prosto ze swojej kolorowej gazetki. Im mniej snu odczuwałem na powiekach, tym większa pustka istnienia budziła się we mnie. Drgnąłem. Rozpoznałem powiadomienie o nowym mailu… ale coś w nim nie grało. Było dziwnie zniekształcone, wwiercało mi się w skronie tępym, kłującym dłutem. Brzmiało tak, jakby ktoś przystawił mi głośnik bezpośrednio do ucha.
– Kurwa… – to jedyne, co zdołałem wycharczeć, z trudem unosząc głowę.
Dźwięk nie ustawał. Zawiesił się w nieskończonej pętli.
– Pik. Pik. Pik.
Blada poświata monitora sączyła się w mrok zapuszczonego pokoju, rażąc nienaturalną jasnością. Było chyba jakoś chwilę przed szóstą rano. Wstałem. Podłoga kleiła się od rzeczy, o których wolałbym teraz nie mówić.
Coś było nie tak z powietrzem. I nie chodziło o alkoholowy sztynks ani woń niedopalonych petów czy nawet pleśń wykwitającą pod parapetem na resztkach jedzenia na wynos. Do nozdrzy wdarł się zapach zupełnie z innego miejsca. Ciężki, duszący i boleśnie nostalgiczny.
Woda kolońska wujka Dymitra.
Zamarłem w pół kroku. Ostatni raz czułem ten zapach trzy, może cztery lata temu. Kojarzył mi się głównie z czasami, gdy wuj odwiedzał mnie w bidulu, w którym mieszkałem z siostrą Julią, i pokazywał te swoje sztuczki magiczki. Mój wuj był zawodowym iluzjonistą. I strasznym popaprańcem. Zawsze pachniał tak samo: lawenda zmieszana z czymś drażniącym, czego nigdy nie potrafiłem zidentyfikować.
Zapach unosił się w pokoju tak wyraźnie, jakby Dymitr przed sekundą przeszedł tuż obok mnie.
– Wuju…? – wychrypiałem, sam nie wiedząc, po co mówię do pustego pokoju.
Odpowiedziała mi cisza. A, no i rzecz jasna ten cholerny, pętlący się komunikat z komputera.
– Pik. Pik. Pik.
Wyjąłem niedopalonego jointa z wypchanej popielniczki, która spokojnie mogłaby uchodzić za jeża, gdybym był jeszcze bardziej nietrzeźwy. Kątem oka dostrzegłem, że moje dłonie są brudne od czegoś ciemnego i lepkiego, ale zwisało mi to na chwilę obecną. Odpaliłem zleżałego skręta i zdecydowałem się w końcu wyłączyć to piszczące cholerstwo.
Monitor pulsował blado. Na ekranie migała pojedyncza linijka tekstu:
1 nowa wiadomość.
Nadawca: damian.dobrzynski_2000@…
– Wiadomość ode mnie?…
Stałem nieruchomo, gapiąc się w ekran. Czułem, jak oblepia mnie lodowaty niepokój. Zawahałem się. Powiadomienie piszczało bez przerwy, ale teraz o ton wyżej, jakby mnie poganiało. W końcu opadłem na stare, wysłużone krzesło obrotowe. Drżącą dłonią poruszyłem myszką. Zanim kliknąłem, moje zmysły po raz kolejny zaatakowała woda kolońska wuja.
– Znowu mam odklejkę… To tylko zjazd. Wytwór przećpanego mózgu, nic więcej – przekonywałem siebie, próbując racjonalizować odczucia.
Ostatecznie zebrałem się w sobie i kliknąłem powiadomienie. Okno wiadomości rozwinęło się na ekranie.
Wiadomość bez tytułu.
Nadawca: damian.dobrzynski_2000…
Data: 08.07.2026 02:22
Serce nawalało mi o żebra – raz, drugi, coraz szybciej, gubiąc rytm.
– Przecież to wiadomość z tej nocy… Co ja znowu odjebałem…
Nie otwierałem jeszcze samego maila. Przez dłuższą chwilę gapiłem się na datę, jakby miała zniknąć, gdy tylko mrugnę. Wtedy wzrok padł na dół ekranu.
Załącznik: REC_KP_07.mov
Kliknąłem. Ekran w ułamku sekundy zgasł i zrobił się całkowicie czarny. Z głośników dobiegł gęsty, chropowaty szum – dźwięk przypominający tarcie paznokciem o ścianę. A może o wieko trumny? Przez pierwszą sekundę pomyślałem, że stary rzęch znowu się zjebał i kolejny raz będę musiał kombinować skądś siano na naprawę. Albo że złapałem jakiegoś złośliwego wirusa.
Nic bardziej mylnego.
W końcu na ekranie pojawił się obraz. Bardzo słabej jakości. Zupełnie jakby był nagrywany moim tele…fonem? Poczułem, jak włosy stają mi dęba. Próbowałem ustalić, na co właściwie patrzę…
To było nieznane miejsce – jakaś stara, zrujnowana fabryka. Nic nowego. Zdarzało mi się przesiadywać, a nawet spać w takich pomieszczeniach. Ale dopiero gdy obiektyw wyłapał właśnie jego, poczułem, jak krew ścina się w żyłach.
Wuj Dymitr.
Wbijał wzrok prosto w kamerę. Miałem wrażenie, że te czarne ślepia przewiercają monitor i penetrują każdą komórkę mojego ciała. W ręku trzymał nóż. Ale nie był to zwykły nóż. Wyglądał jak skrzyżowanie ostrza z jakimś kiczowatym amuletem z Temu – ostry, kanciasty kryształ, pulsujący zgniłym światłem. Nagle się odezwał:
– Damianie…
Damianie? Kto, do cholery, to nagrywał? Pomyślałem, a sekundy później odpowiedź uderzyła mnie prosto w nieogolony ryj. Z głośników dobiegł głos operatora kamery. Mój własny głos.
– Tak, wuju?
– Wżdy nie ty, idioto! Jeno ów, w którego z rana się przeistoczysz i który oto w tejże samej chwili zza szklanej tafli na nas baczy! Ty dla potomności nagrywaj jeno.
I mówił dalej:
– Niecny mag śmierci o robaczywym sercu klątwę swą rzucił na rodzinę naszą! Nawet matula twoja, nad wyraz w czarach biegła, i ojciec, co siłę dziesięciu mężów dzierżył, polegli od złych mocy jego. Bacz pamiętać, iż nigdy w swym sercu zostawić was nie pragnęli. Jeno okrutny los wybrał za nich. Lecz zanim przewidzieli końca swego czas, oddali was do miejsca, o którym nawet śmierci mag nie wiedział. Jakem wasz wuj, chronić potomków siostry poprzysiągł i przed złym ślepiem maga śmierci strzec. Od dawien dawna czuwałem, ino sam w strachu będąc przed potęgą z ciemności łypiącą swym okiem. Lecz gdy dorośliście i jar bezpieczny opuścić wam przyszło, wizję okrutną mój patron mi zesłał. Śmierć rychła was czeka w mękach okropnych! Lecz ja nie z tych, co z losem targować się boją. Długi czas w trwodze o życia wasze, co noc modlitwy swe do bóstw różnych słałem, w nadziei, że któryś ze snu się zbudzi i w końcu odpowie. I gdy już nadzieję świętą tracić począłem, uzyskałem odpowiedź dalece radosną. Przepowiednię mi zesłał byt potężny i stary, i czcią wielką otoczony przeze mnie został. Rzekł mi:
Śmierć od ostrza z kryształu przyjąć ci trzeba,
by rytuał potężny odprawić dla nieba.
Lecz z ręki bratanka krew polać się winna,
by z tchórza się zrodził w końcu mężczyzna.
Za trzy dni następne – nie dwa ani cztery,
rytuał on dopełni i złapie za stery.
Gdy święta godzina w nocy wybije,
krew z palca bratanicy to ostrze obmyje.
Wykrzyczcie zaklęcie: He'emanta la-ze ti-PESZ!,
by mag śmierci uciekł gdzie rośnie pieprz!
Powrócisz znów żywy i z mocą tak wielką,
że wróg się posra pod siebie na miękko!
Gdy już skończył, odwrócił się na pięcie i ruszył w głąb zrujnowanej hali. Obiektyw podążył za nim.
– Wuju, czy już czas?
Dymitr odpowiedział bez odwracania głowy:
– Tak, Damianie.
Wpatrywałem się w ekran, jakbym był ostro porobiony ciężkim halucynogenem – a dodam, że nigdy za nimi nie przepadałem. Każda zdrowa szara komórka w mózgu darła się, abym wyłączył to gówno.
Pod skórą czułem już lodowate macki nadchodzącego ataku paniki. Jednak ten jeszcze nie nadszedł. Czaił się niczym komornik pod drzwiami, który wziął sobie za punkt honoru zapukać w najmniej odpowiednim momencie. Paraliżujący lęk nie potrafił się przebić przez to, co działo się na monitorze.
Wuj obszedł parę razy jakiś krąg wyrysowany na niszczejącej, pordzewiałej powierzchni. Tkwiła w nim jakaś figura. Na początku myślałem, że to zwykły pentagram, ale geometria była o wiele bardziej zawiła. Kiedy zakończył swój obchód, podszedł do mnie – do mnie z nagrania – wciąż rejestrującego telefonem ten cały mroczny spektakl. Podał mi kryształowy nóż, rodem z kiczowatego fantasy, a ja z jakiegoś powodu go przyjąłem.
– Wuju, tylko… czy dam radę to wszystko zrobić?
Mój głos w nagraniu był cichy, spokojny, wręcz bojaźliwy. Aż mi się go żal zrobiło.
– Mus ci to, Damianie. Mus nieodwołalny! Jeśli nie ty dłoń swą przyłożysz, któż inny czynu tego dokona? Wszak wiesz w sercu swoim, jako wielkiej wagi to sprawa…
Czego dokona? Zaszeleściło mi w głowie dość sensowne pytanie, na które miałem nadzieję znaleźć odpowiedź w tym posranym filmie.
– Pomnij ze starannością pochwycić okiem kamery krąg ów i znak w nim zawarty! Musisz bowiem zarysy jego w pamięci swej utrwalić, by ręka twoja nie chybiła, gdy powtórnie będziesz linie kreślił.
Oczywiście moja potulna wersja z nagrania posłuchała wuja i dzięki temu zobaczyłem ten kształt w całej okazałości. Przypominał piramidę wpisaną w okrąg, ze spiralami obok każdego z jej kątów. Następnie wuj Dymitr położył się wewnątrz tego malunku i zaczął szeptać pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa. Wyglądał przy tym jak pieprzony Severus Snape z Harry'ego Pottera, tyle że po dziesiątkach lat spędzonych w Azkabanie. Absurd tej sytuacji wywołał na mojej twarzy nerwowy uśmiech. Ale tylko do czasu, aż zobaczyłem, dokąd to zmierza. Tamten ja zza kamery telefonu podszedł do niego z tym dziwnym sztyletem i uklęknął tuż obok, na jednej z bocznych spiral piramidy. Ostatnie słowa wuja Dymitra brzmiały tak:
– Gdy trzy dni przeminą, stawić się tutaj wespół z Julią musicie! Wszelka wiedza nieodzowna została ci już wyłożona. Jeno wy dwoje ostaliście się przy mym boku z rodu naszego… Musimy zło to srogie powstrzymać!
– Co powstrzymać?! – myśl wyrwała mi się z gardła, ale szybko tam wróciła, gdy zobaczyła, co się dalej odjebało.
Gość podający się za mnie odłożył telefon, zmyślnie oparł go o cegłę, a następnie chwycił kryształowe ostrze oburącz i dźgnął wuja prosto w serce. I znowu. I znowu. I znowu. I po raz kolejny, a jucha tryskała z rany jak w leciwych horrorach, których reżyserowie się wstydzą po dziś dzień.
Mój mózg zaczął protestować razem z żołądkiem, więc wybaczcie, że nie podam dokładnej liczby pchnięć. Było ich w każdym razie tyle, że gdy tamten ja wziął telefon do ręki, zauważyłem w klatce piersiowej wuja dziurę wielkości piłki do tenisa.
Zanim zhaftowałem się na ziemię żółcią i zdecydowanie nie chcę wiedzieć czym jeszcze, zobaczyłem ostatnie sekundy filmu. Moje alter ego spojrzało prosto w obiektyw i wypalił coś takiego:
– Damian. Musimy uratować wuja!
Co, kurwa?! Przecież go właśnie zabiliśmy! Wszelka logika, której do tej pory się trzymałem, podjęła właśnie decyzję o wyprowadzce i z donośnym trzaskiem zamknęła za sobą drzwi.
– Wiem, że to wydaje się dziwne, ale musisz mi zaufać – to znaczy sobie.
Jestem ostatnią osobą, której bym zaufał. Zwłaszcza teraz. Jakoś tak mi się pomyślało, gdy oszalały umysł próbował analizować całą tę baśń o złym magu śmierci, klątwie i walecznym Damianie – zabójcy wujka.
– Cokolwiek by się nie działo, musisz tu wrócić za trzy dni – dziesiątego sierpnia o godzinie drugiej dwadzieścia dwa w nocy. Musimy dopełnić rytuał wuja i go ożywić.
2:22, a nie 3:33? Zastanawiałem się w duchu resztkami zdrowych zmysłów, czy oby ten drugi ja, przypadkiem czegoś nie popierdolił.
– Koniecznie bądź z Julią! Sprowadź ją nawet siłą, jeśli będzie trzeba! Wiem, jaka ona jest… Ale tu chodzi również o jej życie! Zapamiętaj dobrze ten wzór, tak na wszelki wypadek. Mag śmierci nie śpi i chuj wie, czy nie pozbawi nas tego nagrania. Gdy wybije odpowiednia godzina, natnij skórę Julii sztyletem z kryształu. Po wszystkim wypowiedzcie równocześnie słowa – "He'emanta la-ze ti-PESZ!"… Aaaa, byłbym zapomniał – ostrze schowam w pralce. Będzie tam też koszula, w której teraz jestem. Zapiszę ci na niej to zaklęcie – na wypadek, gdyby mag śmierci dorwał się do skrzynki mailowej – i adres tej fabryki. Nie włączaj prania!
Mój wzrok mimowolnie zawędrował w kierunku łazienki.
– Jeszcze jedno, Damian – nie spierdol chociaż tego, błagam cię.
Ekran zgasł. Nagle powrócił widok skrzynki pocztowej, a z nim moje funkcje życiowe.
Pamiętam, że jak tylko zrozumiałem, iż brud na moich dłoniach to zaschnięta krew wujka, puściłem kolejnego pawia na podłogę i na czworaka, z palącym przełykiem, doczołgałem się jakoś do łazienki.
Nigdy, kurwa, przenigdy, nawet w najgorszym ćpuńskim transie, nie bałem się pralki tak jak wtedy.
***
– Tim tirimtim tim tirimtim tim tirim…
Dzwonił telefon. Ten sam, którym nagrywałem to chore gówno. A ja leżałem zarzygany przy otwartej pralce, ściskając w garści sztylet ze starych filmów o Conanie Barbarzyńcy. Zanim zdecydowałem się otworzyć jej drzwiczki, minęło przeszło półtorej godziny. Przez następne dwie próbowałem się oswoić z tym co zobaczyłem – było to wystarczająco długo, aby wyryć sobie w pamięci pieprzony adres starej fabryki i zaklęcie, które moje alter ego wypisało krwią wuja na koszuli. Krwią. Własnego wujka. Na koszuli. Rozumiecie ten absurd? Nie? No to dodam, że na białej.
– Tim tirimtim tim tirimtim…
Popatrzyłem otumaniony na świecący ekran komórki. Julia. Zdecydowałem się odebrać. A może to jakaś głęboko ukryta część mnie podjęła decyzję? Cząstka, która desperacko potrzebowała uziemienia, złapania jakiegokolwiek stabilnego punktu zaczepienia w rzeczywistości.
– Tak… – mój głos brzmiał jak pisk zarzynanego prosięcia.
Odkąd się obudziłem, w ustach miałem saharę, ale nie byłem w stanie nawet nalać sobie szklanki wody. Wepchnąłem łeb pod kran w umywalce, chciwie łapiąc lodowate krople.
– Damian? – głos w słuchawce brzmiał jak jedyna deska ratunku. – Co ty robisz? Myjesz zęby?
– Jestem… jestem – wydusiłem, wycierając usta wierzchem dłoni.
– Jeśli stoisz, to lepiej usiądź…
Lepiej nie, pomyślałem, omiatając wzrokiem zarzygane kafelki. Ale szybko zdałem sobie sprawę, że nie zrobi mi to już żadnej różnicy. I tak pływałem – przepraszam, topiłem się – w jednej, wielkiej wymiocinie niedorzeczności. W pierwotnej zupie czystego szaleństwa.
Julia nie zdając sobie sprawy z moich głębokich przemyśleń, po krótkiej pauzie wręcz wyciągnęła królika z kapelusza, dokładnie tak, jak niegdyś robił to nasz ukochany wujaszek.
– Dymitr nie żyje! – Chyba płakała, a przynajmniej tak mi się wydawało. – Wujek… Wujek Dima został zamordowany…
Żółć znowu podeszła mi do gardła. Słowo „zamordowany” zakłuło mnie wyjątkowo mocno – choć od dawna podejrzewałem się o całkowity uwiąd emocjonalny.
– Ach… tak. – Tylko tyle potrafiłem wykrztusić w tamtym momencie.
– Ach, tak?! To wszystko, co masz do powiedzenia?!
W zasadzie miała rację. Ale skąd mogła wiedzieć, jak bardzo ciężko mi teraz porozumiewać się z kimś na poziomie wyższym niż nastroszony przeterminowanymi jointami i kiepami jeż z salonu?
W sumie, to zachciało mi się palić, może pójdę z nim porozmawiać i…
– Halo!? Słyszysz mnie!? Co z tobą!? – przerwała mi myśl, lecz nie miałem jej za złe. Nie szła w dobrym kierunku…
– Julia… jak… Jak to się mogło stać? – wykrztusiłem, siląc się na pozory normalności i jakiekolwiek zaskoczenie.
– Nie wiem… Nie mam pojęcia! Ponoć ktoś odnalazł jego ciało, całkiem niedawno. Na miejscu jest już policja i bada teren…
Jej głos lekko drżał, była szczerze przerażona i chyba trochę załamana. W przeciwieństwie do mnie, naprawdę kochała wuja Dymitra i jego przedpotopowy styl. Ja zaś miałem go w dupie. Od bardzo dawna. Choć wychodzi na to, że on mnie głębiej. Tak tylko wnioskuję po tej psychozie, w którą mnie wpędził.
– Za chwilę tam jadę. Jak się czegoś dowiem, to zadzwonię. Tylko bądź pod telefonem. I do cholery… Masz być trzeźwy! Będziemy musieli jakoś załatwić sprawę pogrzebu. Byliśmy jego jedyną rodziną…
No popatrz, ciekawe czemu? Prawie mi się wymsknęło wraz z cieknącą śliną na zafajdane kafelki.
– Jasne… Jasne, okej. Będę… Będę trzeźwy, tak. Czekam na…na…na…na…
– Telefon!? – ryknęła do słuchawki. – Idiota…
Nawet jeśli bym chciał stawić opór tej niesprawiedliwej ocenie mojej osoby, to i tak bym nie zdążył, bo w słuchawce zalęgła grobowa cisza.
Ha, grobowa! Pogrzeb wujka! To mi się udało!
Choć po – niestety zbyt długim aby mieć choć cień szacunku do siebie – namyśle z przykrością muszę stwierdzić, że chyba jednak nie. Może faktycznie jestem idiotą. Trudno.
Obmyłem twarz wodą i mimochodem spojrzałem w lustro. Jasne kosmyki tłustych włosów lśniły jak Jedyny Pierścień. Na szyi miałem jeszcze zaschniętą krew wuja. A w oczach… O oczach to lepiej nie mówić. Słowo „obłęd” byłoby tu wybitnie niesprawiedliwym niedomówieniem.
Na kafelkach leżał kryształowy sztylet. Pomimo że upaprał się w moich rzygowinach, wcale nie stał się przez to bardziej obrzydliwy w mojej ocenie. Wręcz przeciwnie – soki trawienne dodawały mu przyziemnej normalności, której tak bardzo teraz pragnąłem.
Wziąłem głęboki oddech i poszedłem po Xanax. Stwierdziłem, że w takiej sytuacji połowa mojej końskiej dawki musi wystarczyć, jeśli mam przeżyć rozmowę z siostrą.
Jak nigdy dotąd zapragnąłem wziąć prysznic, by zmyć z siebie choć trochę tego łajna, które moje alter ego zrzuciło na mnie wraz z wujem. Tak też zrobiłem. Nawet się ogoliłem. W przypływie lekkiej euforii po benzodiazepinie, zdołałem jeszcze uporządkować nieco mieszkanie, by przestało przypominać melinę rodem z Dzieci z Dworca Zoo.
W końcu usiadłem na krześle. W dłoniach obracałem kryształowe ostrze. Siedziałem tak sobie, tępo wpatrując się w ten zgniłozielony nóż, gdy nagle dotarły do mnie słowa mojej siostry. Nie, nie dotarły, spadły mi na głowę, niczym pieprzony fortepian z Toma i Jerry’ego!
„Na miejscu jest już policja i bada teren…”.
Prawie podskoczyłem pod sufit, o mało nie rozwalając o niego łba. Gdybym miał fortepian, sam bym spuścił go sobie na pustą łepetynę!
Nigdy w życiu tak szybko nie pomyłem podłóg. Ba, nawet nie pamiętałem, kiedy w ogóle ostatnio je myłem.
Szkoda, że nie zastanowiłem się, po co w ogóle zacząłem je myć? Jakby mogło mnie to od czegokolwiek uchronić. No nic, widocznie lubię marnować energię na ruchy, które nie przynoszą pożytku. W końcu mam już wieloletnią praktykę!
Zakrwawioną koszulę prałem w takiej desperacji, że za każdym razem, gdy wyciągałem ją z tej koszmarnej pralki i widziałem mizerne efekty, wkładałem ją z powrotem i nastawiałem cykl od nowa.
Naprawdę bardzo lubiłem tę jedyną w swoim rodzaju koszulę z wysokim kołnierzykiem. Choć w całym tym obłędzie, zaczynałem rozumieć, że chyba czas zerwać te więzi.
Zwiększyłem temperaturę do sześćdziesięciu stopni, dosypywałem wybielacza łopatami, jakbym odśnieżał chodnik. Realizowałem podręcznikową definicję szaleństwa – robiłem w kółko to samo, licząc na inne rezultaty. Jednym słowem – cały ja.
No może bez "cały". Skoro tak odważnie rzucam się aby sprowadzać całe swe jestestwo do jednego słowa, to chociaż powinienem trzymać się zasad, nie? Samo "Ja" w zupełności wystarczy. Jak w Biblii: "Jam Jest". Kurwa. Wróćmy.
Po ósmym razie zaprzęgania pralki do rzeczy niemożliwych, odpuściłem. Koszula prawie rozlatywała mi się w dłoniach, a na miejscu krwi został rdzawy zarys plamy, bo chlor odbarwił materiał dokładnie tam, gdzie wcześniej wsiąkła posoka. Zaśmiałem się szaleńczo, podarłem szmatę na mniejsze kawałki, a potem spaliłem ją w popielniczce na balkonie. Moi sąsiedzi byli wiekowi, w dodatku doskonale przyzwyczajeni do dziwnych smrodów z mojego mieszkania, więc nawet jeśli coś wyczuli, puścili to mimo nosa.
Szkoda tylko, że musiałem zabić przy tym mojego jeża, by upchnąć w nim skrawki ukochanej koszuli. Trudno. Pozwolę sobie na łzy, jak już się z tego wszystkiego wykaraskam. Wyhoduję nowego. Po prostu nazwę go tak samo i nawet nie zauważy, że umarł. Tak jak mój wuj Dymitr, który przecież wróci za trzy pieprzone dni, o drugiej dwadzieścia dwa… Bo czemuż kurwa miałby nie wrócić?
Uznałem, że te myśli nie działają na mnie kojąco, a zwłaszcza wzmianka o wujku i jego rzekomym zmartwychwstaniu nie napawały mnie zbytnią otuchą. Nie dlatego, że jego powrót był mi nie w smak. Wręcz przeciwnie – pragnąłem całym sercem, by powrócił z martwych. Wtedy nikt by mnie nie skazał za morderstwo.
Morderstwo…
Zaraz potem w moim łbie odpalił się istny seans paranoi. Wyobraziłem sobie nagrania z miejskiego monitoringu: środek nocy, a po chodniku wesoło spaceruje sobie jakiś gość w zakrwawionej, białej koszuli z wysokim kołnierzykiem. No, normalnie zwykły chłopak, ot, pobrudził się trochę czyjąś krwią. Oj tam, oj tam. Może ktoś go oblał sokiem pomidorowym? Albo czerwonym drinkiem? Kij z tym, że szedł prosto od strony tej samej fabryki, w której policja właśnie znalazła zwłoki. Na pewno miał dobry powód, by tam być. Przestańmy czepiać się chłopaka! Niech policja lepiej zajmie się czymś ważnym, na przykład magiem śmierci…
Przerwałem te rozmyślania. W sumie to nie było mi do śmiechu. Prędzej do całkowitego zapadnięcia się w sobie. Strach zaatakował mnie z taką siłą, jak po paru nieprzespanych nockach z mefedronem. Tylko ten lęk nie był irracjonalny jak tamten. Ot, taki szkopuł.
Oddychaj, oddychaj, oddychaj.
Jak mantrę powtarzałem sam do siebie, licząc na to, że mój mózg coś wymyśli. Ale nie było czego wymyślać. Załamałem się więc, zwisnąłem z krzesła i przeoblekłem w kulkę turlając się po podłodze niczym wariat w wieży szaleńców, o której oglądałem kiedyś program dokumentalny na Discovery. A może jak ta piłeczka żuka gnojarza? Z czego ona była tak właściwie…?
Po jakimś czasie jednak wstałem. Nie pamiętam jednak czemu…
Może już nie chciałem być kulką? Może potrzebowałem siku? Nie, chyba nie, a nawet jeśli, to i tak marność i pogoń za wiatrem, bo niby jak mogłoby to mnie uratować? Oddawanie moczu jeszcze nigdy nie zbawiło świata… Ani tym bardziej nie uratowało przed karą ciężkiego więzienia za morderstwo.
A już pamiętam. Postanowiłem – całkiem roztropnie – że schowam ten piekielny nóż zanim z żałoby za moją utraconą poczytalnością zrobię sobie krzywdę. Skitrałem go do skrytki pod panelem podłogowym, gdzie zwykle trzymałem niedozwolone substancje i spróbowałem się uspokoić. Mój wzrok spoczął na „łakociach”. Nie wziąłem wcześniej odpowiedniej ilości benzo, więc jego działanie zaledwie mnie łaskotało, zamiast leczyć objawy gigantycznego stresu pourazowego, zaserwowanego mi przez jedynego członka rodziny jakiego miałem. No może poza niestabilną emocjonalnie siostrą. Ale jej nie liczę, bo jej przecież nie zabiłem…
Gdy tak wpatrywałem się w moją skrzynkę skarbów, przyszło mi do głowy, żeby dorzucić jednak parę tabletek i skontrować to resztką morfiny, która mi pozostała. Dawno nie łączyłem tych dwóch światów, bo na dnie czaszki tliły mi się ostatnie resztki instynktu samozachowawczego, ale w tym przypadku… to albo ten miks, albo pieprzony scyzoryk wuja Dymitra. Lecz tym razem tkwiący w moim własnym sercu.
– Tim tirimtim tim tirimtim tim tirim…
Kurwa. To znowu ona, moja siostra. Akurat teraz…
– Tak?! – warknąłem wyjątkowo niemiłym tonem, bo przeczuwałem, że z planów całkowitego odcięcia się od świata zaraz będą nici.
Julia albo przywykła do moich humorów, albo po prostu kompletnie zignorowała mój gniew.
– Jesteś w domu? – zapytała, nie bawiąc się w kurtuazje.
Oho, wiedziałem, zaczyna się.
– Tak. Nigdzie się nie wybieram, a co?
– Jadę do ciebie. Musimy pomówić.
– A nie możemy przez telefon? Albo trochę póź…
– Nie – ucięła krótko. – Będę za pięć minut.
I ostentacyjnie zrzuciła połączenie, zanim mogłem ją poinformować, że w mieszkaniu trochę capi.
Tak to jest, jak palisz na balkonie radioaktywne odpady, przy otwartych na oścież wszystkich oknach, żeby chata się w tym czasie wietrzyła z innego smrodu…
Kochana siostrzyczka za chwilę będzie. No cóż, przynajmniej sprzątnąłem cały kwadrat. Szkoda tylko, że oprócz zapachu spalonej koszuli z kołnierzykiem, w każdym kącie waliło jeszcze do tego chlorem, jak na basenie po tym nieszczęsnym praniu…
***
– Co tu tak śmierdzi chlorem?! I… jakąś sadzą? Kompot jakiś gotujesz!? Już tak nisko upadłeś?
– Cześć, siostra… A, nic takiego. Za chwilę smród się w pełni ulotni. Zupełnie jak moje życie.
Wymsknęło mi się. A tak się starałem, by jednak zostało w głowie.
Spojrzała na mnie spod łba, jakby próbowała mi dać do zrozumienia, że żarty w takich chwilach są skrajnie nie na miejscu. Gdyby tylko wiedziała, że ja wcale nie żartuję.
– Szukają mordercy wujka – rzekła i usiadła na moim krześle obrotowym, totalnie się krzywiąc, jakby siadała na słynnym sedesie z filmu Trainspotting. – Rozmawiałam z prokuratorem. Mają sprawdzić cały monitoring w okolicy tej fabryki.
Wyraz „monitoring” w ułamku sekundy stał się w mojej głowie synonimem śmierci. Twarz zbladła mi tak bardzo, że przypominałem mima.
– Masz jakieś pieniądze? – ciągnęła Julia. – Musimy pochować wujka… a jak się okazało, nie był ubezpieczony.
Na temat finansów wolałem się nie wypowiadać. Minęły już dwa miesiące, odkąd wyrzucili mnie z pracy, a moim jedynym źródłem zarobku były narkotyki i hazard. Te pierwsze miałem głównie na własny użytek. Oczywiście nie dlatego, że byłem aż tak mocno wpieprzony w dragi – choć kogo ja właściwie chcę oszukać? Po prostu dilerka wymagała kontaktów społecznych, od których z każdym dniem coraz bardziej stroniłem. Za to z hazardem na szczęście szło mi całkiem nieźle. Nie byłem rzecz jasna jakimś Jamesem Bondem, co to po kasynach lata i w pokera tnie lamusów na grube miliony. Moim kasynem były niewidzialne dla porządnych ludzi budki z jednorękim bandytą. Miałem jakieś takie głupie szczęście, że zawsze, gdy brakowało mi na czynsz czy rachunki, to Pani Fortuna uroniła mi ze swej piersi parę kropel. Ale na pewno nie tyle, by zadowolić nimi siostrę.
– Nie odpowiedziałeś na pytanie…
– Mam jakieś tysiąc złotych na koncie… ale rozumiem, że nie o takich kwotach mówisz.
– Świetnie, czyli znowu będę musiała się zapożyczyć. Tobie żaden bank nie da pożyczki… pewnie nawet chwilówki by ci nie przyznali.
Nie odpowiedziałem, pokiwałem tylko tępo głową. Uczestniczenie w tej rozmowie kosztowało mnie zbyt wiele energii. Myślami byłem zupełnie gdzie indziej. Mianowicie w celi, z paroma panami, którym z jakiegoś powodu bardzo się podobam fizycznie…
Julia popatrzyła na mnie wnikliwiej, jakby próbowała wwiercić się wzrokiem prosto do łba, lecz po chwili jej spojrzenie zmiękło. Zobaczyłem w nim współczucie. Nienawidziłem, jak tak na mnie patrzyła.
– Na pewno wszystko okej, Damian? Jestem twoją siostrą, znam cię od zawsze. Przecież widzę, że coś jest nie tak. To śmierć wuja tak na ciebie zadziałała, prawda?
Nie wytrzymałem. Ryknąłem niekontrolowanym, dzikim rechotem. Przez dłuższą chwilę nie mogłem się uspokoić, a Julia gapiła się na mnie jak na kompletnego imbecyla. Chyba naprawdę traciłem już resztki zdrowego rozsądku.
– Dobrze się czujesz, czubie?!
– Nie. To znaczy… tak – zaprzeczyłem szybko sam sobie, łapiąc oddech. – Po prostu mało spałem ostatnio.
– Aha – kulturalnie dała mi znać, co myśli o mojej wymówce. – Oprócz pogrzebu przyszłam ci powiedzieć, że jutro rano muszę jechać do prokuratury. Śledczy, który prowadzi sprawę morderstwa, chciałby również z tobą porozmawiać.
– O czym?! – niemal wrzasnąłem, aż drgnęła.
– O wujku, idioto, a o czym?
– Ale ja jutro mam…
– Gówno mnie obchodzi, co jutro masz! – Moja siostra w końcu obnażyła pazury. – Choć raz zachowaj się tak, jak przystało na twój wiek. Masz prawie dwadzieścia sześć lat, gościu! Nosz kurwa…
– Julia… ja nie mogę… Ja nie mogę tam pojechać – bąknąłem.
Czułem, że tracę siły. Dzień ledwo się zaczął, a ja już byłem doszczętnie wycieńczony nerwowo. I właśnie wtedy, nagle, wpadł mi do głowy ten pomysł. Tak obleśny w swojej naturze, a zarazem tak potwornie głupi, że chyba tylko taki życiowy przegryw jak ja mógł na niego wpaść. No ale zamiast wyjaśniać, po prostu opowiem, co było dalej.
– A to niby dlaczego nie możesz, co? Tylko nie mów, że idziesz do pracy. Dobrze wiem, że nigdzie nie robisz. Nawet nie zapytam, skąd masz kasę na życie… Choć bez trudu się domyślam.
– Julia… – wypowiedziałem jej imię najłagodniejszym tonem, na jaki potrafiłem się jeszcze zdobyć. – A gdyby wujek wcale nie umarł? Gdyby mógł… do nas wrócić? Chciałabyś tego?
Spojrzała na mnie, jakbym zaproponował jej wstrętną kanapkę z przeterminowanym śledziem.
– Co ty w ogóle pierd…
– Posłuchaj mnie! Wujek nie umarł. Mogę to… udowodnić. Jeśli chcesz.
– No kurwa, nie wierzę! – Jej pazury stawały się coraz bardziej zabójcze. – Mamy do załatwienia tak kurewsko ważną sprawę, a ty, pomimo że cię błagałam, naćpałeś się jakiegoś ścierwa!
– Nic nie brałem. Znaczy, wziąłem tylko kilka tabletek Xanaxu, ale to na uspokojenie. Jak zobaczysz to, co ja… zrozumiesz. Pokazać ci?
– Że co? – Wyglądała na kompletnie rozbitą, a jej oczy zaszły łzami.
Mimo że nigdy w życiu by tego głośno nie przyznała, wiedziałem, że kocha mnie nad życie. Widok staczającego się brata w połączeniu ze śmiercią wuja musiał być dla niej piekłem. I dokładnie na to liczyłem.
– Posłuchaj mnie. Chwila cię nie zbawi – ciągnąłem, zbierając w głowie rozbiegane myśli i desperacko szukając sposobu, by zmusić ją do posłuszeństwa. – Pokażę ci coś o wujku, tylko…
Urwałem celowo.
– Tylko co?
– Obiecaj, że mi zaufasz. Obiecaj, że pozwolisz mi mówić do końca i po prostu mnie wysłuchasz.
Jej wzrok, przed chwilą przepełniony wściekłością i głębokim smutkiem, w ułamku sekundy zmienił się w podejrzliwy strach.
– Co ty kombinujesz? – niemal szepnęła.
– Najpierw obiecaj!
– Dobrze, już dobrze, kurwa! Mam już cię dość… – Z jej oczu spłynęły strumienie łez.
– Trzymam cię za słowo, siostro.
Prychnęła tylko, odwracając wzrok, ale w jej oczach dostrzegłem coś jeszcze. Iskierki chorej fascynacji. To pewnie z nadmiaru emocji, uznałem w duchu.
Wyprostowałem się i przeciągnąłem, jakbym szykował się do skoku na głęboką wodę. Podszedłem do biurka i odpaliłem skrzynkę odbiorczą. Przyznam wam szczerze: mój wewnętrzny głos straceńca podpowiadał mi, że ta wiadomość zniknęła. Że to wszystko tylko sobie wyśniłem w narkotycznym widzie. Albo że sam mag śmierci zajumał nagranie. Jednak unoszący się w pokoju swąd chloru i spalonej na balkonie koszuli szybko sprowadził mnie na ziemię.
Kliknąłem.
I tak oto zaczął się seans, którego miałem nadzieję już nigdy więcej nie oglądać.
***
– Co to, kurwa, było…
Moja siostra tylko tyle potrafiła z siebie wydusić po tym uroczym filmie, który nagrałem tak bardzo naćpany klonazepanem, że nawet tego nie pamiętam. Nie odpowiadając na jej pytanie, podszedłem do skrytki na dragi. Wyjąłem tego obrzydliwego, zgniłego skubańca i podsunąłem jej go pod nos.
– Zabierz to cholerstwo! Zabierz to!!! – wykrzyczała w panice.
– Cii… Nie krzycz tak. Sąsiedzi są starzy, ale jednak mają uszy…
– Morderco! Jak mogłeś… Jak mogłeś mu to zrobić?!
– Ja nic nie pamiętam, przecież mówiłem ci… I błagam, ciszej… I tak mam już doszczętnie przerąbane…
– To naprawdę był wuj Dymitr… – powiedziała już ciszej, bardziej do siebie niż do mnie.
– Tak – mruknąłem. – Bez dwóch zdań. I słyszałaś, co mówił?
Spojrzała na mnie całą paletą negatywnych emocji, jakie Bóg kiedykolwiek stworzył. No nic, przeżyję.
– Mag śmierci chce naszej zguby. Nie wiem jeszcze dlaczego. Z filmu to nie wynikało. Ale co jeśli… Jeśli to wszystko prawda?
Dalej się we mnie wpatrywała, ale jej wzrok przechodził już raczej przeze mnie na wylot. Czułem, że osłabła jak nigdy. To był moment, żeby uderzyć z całą siłą.
– Nie mamy wyjścia, Julia. Musimy przygotować ten rytuał, jeśli chcemy, żeby wuj wrócił. Wtedy oczyszczą mnie z zarzutów…
Zatrzymałem się na moment, zastanawiając się, jak polski sąd podszedłby do sprawy morderstwa, które ostatecznie morderstwem wcale się nie okazało, bo ofiara po prostu sobie zmartwychwstała. Nie miałem jednak czasu na tak tęgie rozkminy. Trzeba było uważać na lekcjach religii.
– Julia, słyszysz mnie?!
Podniosła powoli głowę, ale w jej oczach dostrzegłem już tylko pustkę.
Przerwałem na chwilę tę wymianę zdań i poszedłem do kuchni. Nalałem do szklanki trochę rozgazowanej coli, a następnie wrzuciłem i rozpuściłem w niej trzy spore tabletki Xanaxu. Sobie zrobiłem podobną, nieco mocniejszą mieszankę.
– Trzymaj, napij się chociaż tego.
Przyjęła szklankę zupełnie bezwiednie, bez krztyny woli życia, i zamoczyła usta.
Siedzieliśmy w ciszy przez jakieś dwadzieścia, może trzydzieści minut. Ona sączyła uspokajający, chemiczny napój, a ja gorączkowo kombinowałem, jak przeciągnąć ją na swoją stronę. Trzy tabletki nic jej nie zrobią. Uspokoją nerwy, lęki trochę odpuszczą, a ja… być może przekonam ją do planu, który wydawał się moją jedyną szansą.
– Julia – odezwałem się w końcu. – Naprawdę musimy odpalić ten rytuał. On… On przecież o to prosił. Oddał życie za…
– Bo mu je odebrałeś…
– Przecież widziałaś film! Wyglądałem tam, jakbym go, kurwa, zaatakował?! – Troszkę poniosły mnie nerwy, ale szybko wrzuciłem wsteczny bieg. – Sam przecież dał mi ten kryształowy sztylet i kazał się zabi… – urwałem na chwilę, żeby jej bardziej nie dołować. – Julia, przysięgam na wszystko, ja naprawdę nic nie pamiętam! Pomyśl… pomyśl, choć przez chwilę, jak “Ja” się z tym czuję, co?
Na koniec rozegrałem wyjątkowo paskudną, emocjonalną kartę, wiem.
– Jak to jest w ogóle możliwe… – wyszeptała, jakby nagle stała się bardziej świadoma otoczenia.
To był dobry znak. Leki zaczynały wchodzić na pełnej.
– Dobre pytanie, siostro. Niestety, dla mnie to jest tak samo posrane jak dla ciebie.
– Ale jak chcesz w ogóle przeprowadzić ten rytuał? Wuj mówił, że trzeba go zacząć dziesiątego lipca o… O której to było?
– O drugiej dwadzieścia dwa – odpowiedziałem błyskawicznie, z jakąś chorą dumą w głosie. Obejrzenie tego koszmaru dwa razy sprawiło, że zapamiętam każdy detal prawdopodobnie nawet po śmierci.
– A nie o trzeciej trzydzieści trzy?
– Nie, o drugiej dwadzieścia dwa… Dokładnie to pamiętam. Zresztą możemy jeszcze raz obej…
– Nie! – krzyknęła tak piskliwie, że zacząłem się martwić, czy xanax na pewno działa tak, jak powinien. – Po prostu w horrorach zawsze było, że…
– Wiem. Filmy kłamały, jak widać.
Julia dopiła drinka już jakiś czas temu. Nerwowo obracała pierścionek na palcu, aż nagle wstała z krzesła jak poparzona.
– Damian! – Znów podniosła głos. – Przecież oni cię zaraz znajdą… Monitoring!
No shit, Sherlock! Pomyślałem bezwstydną angielszczyzną, czując jednak lekką ulgę. Będąc w pełni z wami szczerym: właśnie na tę reakcję czekałem.
– Wiem, Julia…
– Masz gdzie się ukryć? Co zrobisz?
Myślałem, że to ty coś zaproponujesz… Odpowiedziałem w duchu. Jak widać, wstyd już dawno się mnie nie imał.
– Nie mam gdzie. Moi kolesie od ćpania wydaliby mnie za ćwiarę helu, nawet gdyby szukał mnie sam diabeł. A inni, którym bardziej zaszedłem za skórę, sprzedaliby mnie pewnie za najtańsze piwo z Biedronki. Może… Może ty masz jakiś pomysł?
Myśl, siostra, myśl.
– Zawsze to ja musiałam cię ratować… – szepnęła, ale jakoś tak serdecznie, niemal z nostalgią.
No, teraz byłem już pewien, że benzo wjechało na dobre.
– Mam pewien pomysł. Zamieszkasz u chłopaków na skłocie. Jeśli to tylko niecałe trzy dni, to być może psy nie zdążą cię tam namierzyć…
– U twoich kumpli na skłocie? Tych punków sprzed lat, z którymi się szlajałaś? Z tego, co pamiętam, to spoko goście, ale… skąd wiesz, że mnie nie wydadzą, jak wpadną tam gliny?
– Bo to anarchiści, głąbie. Prędzej wydadzą samych siebie. Po drugie… są mi winni przysługę. I to solidną.
Moja siora za młodu – nie żeby teraz była stara, dzielą nas ledwie dwa lata – grała na basie w kapeli hardcore-punkowej i darła ryja do mikrofonu. Znała to towarzystwo od podszewki. Jej plan wydał mi się na chwilę obecną najlepszym z możliwych. W zasadzie jedynym, jaki miałem.
– Okej. To spieszmy się. Mogli mnie już namierzyć.
– Chyba kpisz, mieszkasz w Polsce! – zarechotała nagle, całkowicie zmieniając mimikę twarzy.
Możliwe, że jednak przesadziłem z tym benzo, które jej dosypałem…
– Zanim oni wezmą się do roboty, zabezpieczą monitoring, przepchną to przez całą tę biurokratyczną papierologię…
– Dobra, rozumiem. Jesteś autem?
– Tak.
– To jedziemy?
– Żartujesz sobie?
Zmierzyła mnie wzrokiem, uśmiechnięta od ucha do ucha, jakby zupełnie zapomniała o śmierci wuja i o tym, w jak makabrycznej sytuacji się znalazłem. Aż zacząłem żałować, że poczęstowałem ją Xanaxem.
– Mam cię wziąć ze sobą do samochodu i pierdzieć w pasiaki za współudział? Zgłupiałeś?
– To jak mam niby dotrzeć na ten skłot?
– Na piechotkę, braciszku, na piechotkę.
Wciąż się szczerzyła. Zaczynało mnie to już potężnie drażnić.
– Przecież mówiłaś o monitoringu…
– To się przebierz. Zrób jakiś kamuflaż. Może za kobietę? Szczupły jesteś, z buźki nawet ładny. Na pewno sobie poradzisz. Tylko się pośpiesz. Tik, tak, tik, tak, tik, tak, t…
– Mam się przebrać za… kobietę!? – przerwałem jej chamsko, bo czułem, że zaraz osiwieję z nerwów.
– A co, ty też z tych, co nie lubią kobiet? Zrób to dla wuja, jeśli dla siebie nie potrafisz.
Wuja, moja droga siostro, to ja najchętniej zabiłbym jeszcze raz. Jadowita myśl zrodziła się w mojej głowie, ale bezsilność i brak perspektyw szybko znalazły na nią odpowiednie serum.
– Dobra… gdzie dokładnie jest ten skłot?
– Na ulicy Dmowskiego. Niedaleko Cytadeli. Na pewno trafisz. Ciężko nie zauważyć wielkiego gmachu po starej przychodni, całego wysmarowanego graffiti nawołującym do walki klasowej.
Skłot na Dmowskiego? Cyniczne sukinsyny… Ale tak serio, to miałem to głęboko w dupie. Zresztą tak samo jak całą politykę tego nędznego kraju.
– Będą wiedzieli, kim jestem?
– Uprzedzę ich. Powołaj się na mnie, braciszku. Na swoją starszą siostrzyczkę. Tak jak zawsze to robiłeś, wtedy w bidulu, gdy cię bili i nazywali laleczką. Pamiętasz?
Wstała. Lekko nią zachwiało, co z jakiegoś powodu bardzo ją rozbawiło, bo posłała mi na pożegnanie soczystego buziaka. Rozpięła i zdjęła z siebie spódniczkę do kolan – nosiła ją w jakiś dziwny sposób na dżinsach – po czym rzuciła ją na komodę w przedpokoju. Z torebki zaś wyjęła paskudną fioletową szminkę.
– Jakbyś nie miał weny, to zostawiam ci ten szczodry dar, tak na dobry początek.
Trzymając już za klamkę, zaniosła się jeszcze głośnym, psującym mi resztki nastroju śmiechem, rzuciła ostatnie rozbawione spojrzenie i po prostu wyszła. Jak gdyby nigdy nic.
Ja zaś zostałem sam – z uciekającym czasem i kompletnym brakiem pomysłów, jak mam, kurwa, przejść przez dwie dzielnice, nie dając po sobie poznać, że ja to ja.
Spojrzałem żałośnie na spódnicę. Nie żeby to była najgorsza czy najbardziej żenująca rzecz, jaką zrobiłem w życiu, ale uznałem, że to zdecydowanie za mało, by ktokolwiek wziął mnie za dziewczynę.
I nagle – eureka. Moja stara sąsiadka. Babka często chodzi w perukach, żeby ukryć siwiznę, bo córka nie ma dla niej czasu i nie ma kto jej pofarbować włosów. Te swoje sztuczne, obrzydliwe kłaki regularnie suszy na sznurkach na balkonie.
Oby… Oby coś tam wisiało… Niemalże modliłem się do diabli wiedzą kogo. Nie pamiętam, kiedy na czymś tak mi zależało, jak na tej pieprzonej peruce starej sąsiadki.
Wybiegłem na balkon zerknąć na jej stronę.
Jest!
Coś wisi!
Mina mi jednak zrzedła, gdy podszedłem bliżej i przyjrzałem się temu z bliska.
Pstrokato-ruda z dwoma grubymi, długimi warkoczami. Na pewno nie będę miał czasu ani nerwów, żeby to rozczesywać.
No nic. Pippi musi uciekać.
I to, kurwa, jak najprędzej.
***
Za pomocą dwóch powiązanych mocno trytytkami kijów – od szczotki i mopa – jakimś cudem udało mi się dopaść tę pieprzoną perukę. Prawie spadłem przy tym z balkonu razem z moim pstrokato-rudym „Świętym Graalem”.
Dodam tylko, że mieszkam na ósmym piętrze… Teraz, gdy o tym myślę, ten upadek wcale nie wydaje się taką złą perspektywą. Jednak wtedy miałem w głowie tylko jeden cel – uciec i nie dać się złapać.
Schowałem do plecaka kryształowe ostrze, telefon z ładowarką, portfel, resztkę dragów, które mi jeszcze zostały, pół paczki fajek i butelkę rozgazowanej coli.
Byłem prawie gotowy. Zostało przebranie.
Ubrany w najciaśniejsze spodnie, jakie miałem, z narzuconą na nie spódniczką Julii i jakąś różowawą, obskurną bluzką, którą zostawiła kiedyś u mnie pewna ćpunka, gnałem ulicami miasta niczym szalona nastolatka. Zapomniałem o makijażu – pomijając tę obleśną fioletową szminkę, której nie potrafiłem poprawnie użyć – zresztą skąd miałem wziąć choćby kredkę do oczu? Nie miałem czasu latać po sąsiadkach. Zresztą i tak słabo mnie znały i nie pożyczyłyby mi nawet szklanki zaschniętej na kamień soli. Musiała wystarczyć moja „ładna buźka”, jak to określiła moja wredna, naćpana Xanaxem siostra.
Wsiadłem do autobusu zastępczej linii 222, który podjechał praktycznie od razu, i szybko zająłem pierwsze wolne siedzenie. Powinienem nim dojechać dosłownie pod samą Cytadelę. Autobus idealny. Nawet jego numer sprawił, że kącik moich rozedrganych ust lekko się uniósł. Może faktycznie duch wuja Dymitra nade mną czuwał?
– Ufff… – westchnąłem, już sam nie wiedząc, czy z ulgi, czy z tej szalonej nadziei, którą się karmiłem.
Jechałem spokojnie z lekko spuszczoną głową – bynajmniej nie ze wstydu, przecież go nie miałem – po prostu nie chciałem, żeby dostrzegł mnie jakiś znajomy ćpun. Nie teraz. Choć, jak się za chwilę okazało, to wcale nie byłoby najgorsze.
Nagle poczułem, jak ktoś klepie mnie po ramieniu. Odwróciłem się instynktownie, w pełnej panice, jakby stał za mną sam RoboCop. W sumie niewiele się pomyliłem.
– Ej, młoda, może byś ustąpiła miejsca tej pani, co? Siedzisz na miejscu dla emerytów.
Nie mogłem, kurwa, uwierzyć. Na moim miejscu chciała usiąść starsza babka – rodowita właścicielka moich nowych, rudych włosów. Zdawała się zupełnie mnie nie rozpoznawać, ale to nie ona była moim największym zmartwieniem.
– Co do chuja?! – Wielki, łysy skinhead wpatrywał się we mnie z mieszaniną szoku i powoli budzącej się w nim czystej nienawiści. Aż spuściłam… wróć… aż spuściłem wzrok, niczym onieśmielona dziewczynka. Na jego wojskowym fleku widniały naszywki bojowe, w tym jedna z przekreśloną tęczową flagą i dumnym dopiskiem: „Zło Trzeba Tępić”.
No gorzej, kurwa, trafić nie mogłem. Szybko wstałem, omijając wzrokiem sąsiadkę, i ustąpiłem jej miejsca. Miałem nadzieję, że to jakoś ułagodzi dryblasa, ale ten patrzył na mnie z pełnią swojej wrogości, mając już kompletnie w dupie starszą panią, o którą tak bardzo się wcześniej martwił. A ta, wyobraźcie sobie, nagle się odezwała, wlepiając swoje ślepia obleczone grubymi szkłami w moją… to znaczy w swoją własną perukę.
– Ładne masz włosy, dziewczynko. Zupełnie jak moja peruka… Ale wychowania to za grosz. Powinnaś się wstydzić! Lepiej idź do kościoła, pomódl się i weź komunię, póki czas.
Nawet rozbawiły mnie te słowa, ale szybko dostrzegłem w nich ponurą przepowiednię – jeśli czegoś natychmiast nie wymyślę, to za chwilę naprawdę wyląduję w kościele. Na mszy pogrzebowej za świętej pamięci Damiana.
– Nie dość, że pedał, to jeszcze trans! – W końcu kark nie wytrzymał tej ciszy.
Urzekła mnie jego logika. Urzekła na tyle, że ledwo wycedziłem przez zęby:
– To… to tylko taka zabawa. Założyłem się z kumplami.
– Z kumplami, ta? – odparł, siląc się na żartobliwy ton.
Gdy już myślałem, że odpuści, wystrzelił nienawistnym pociskiem tak szybko, że aż opluł spory kawałek mojej twarzy. Oczywiście wolałem wtedy wierzyć, że zrobił to przez przypadek.
– Taka zabawa w ciotę ci się podoba?! A ten znaczek „Lkiebedten” to, kurwa, co?!
Jaki, kurwa, znowu znaczek?! – przekląłem w myślach, starając się naprędce wymyślić cokolwiek, dzięki czemu ten ogromny rycerz zwalczający zbyt kobiecych chłopaków nie połamie mi kości. Podążyłem za jego wzrokiem i… kurwa, faktycznie. W tym całym pośpiechu nie zauważyłem, że z tyłu tej paskudnej, różowej bluzki była wyszyta tęczowa flaga społeczności LGBT. Zanim zdążyłem pomyśleć kilka bardzo niemiłych rzeczy o mojej byłej koleżance ćpunce, na moje zęby zwalił się cios jego nieludzko wielkiej, twardej jak cegła pięści. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu jakoś mocno się bił, ale po potwornym bólu, który eksplodował w mojej szczęce, już doskonale wiem, dlaczego unikałem tego typu rozrywek.
Wpadłem na jakiegoś pasażera, a ten z obrzydzeniem odepchnął mnie z powrotem w kierunku RoboCopa. Zdążyłem jeszcze usłyszeć jakieś zamazane obelgi, ale niewiele więcej docierało do głowy – w uszach bowiem dzwoniło mi tak potwornie, jak po parodniowym festiwalu rave.
Zbliżałem się bezwiednie do stalowej pięści – choć to może ona zbliżała się do mnie, nieważne, nie ma co się licytować – aż po kolejnym ciosie padłem jak długi na podłogę autobusu i wyplułem dwa zęby. Wciąż miałem w plecaku skitrany kryształowy sztylet wuja, ale zanim w ogóle zdołałbym go wyjąć, minęłaby wieczność. Zresztą, co ja bym nim zrobił? Machał jak przykrótkim cepem?
Popatrzyłem z nadzieją na ludzi, ale gdzie tam – każdy tylko lampił się w ekran swojego smartfona albo nagrywał całą sytuację z uśmiechem wyższości na gębie…
Nie! Tylko nie nagrywajcie… Żałośnie jęknąłem w upodlonym do granic możliwości duchu.
Gdy zdałem sobie sprawę, jak potwornie niebezpiecznym wynalazkiem są kamery w rękach innych ludzi, nagle wstąpiły we mnie nowe siły. Bałem się tych obiektywów sto razy bardziej niż tego nadgorliwego skina. Patrząc na tę patową rozgrywkę, uznałem, że było tylko jedno wyjście – wiać.
I wtedy, jak manna z nieba, otworzyły się drzwi autobusu, który zamiast być moim szczęśliwym trafem, o mało nie stał się moją trumną.
Wyskoczyłem na chodnik ze zręcznością, o którą nigdy bym się nie podejrzewał. Moja peruka przekrzywiła się niedbale – nie wiem, czy od biegu, czy od ciosów tego goryla. Nie miałem jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo za plecami wciąż słyszałem ryk:
– Złapię cię, cioto! Ty ped… jeb…!
Niewiele już słyszałem, bo dzwonienie w uszach potęgowało dystans, jaki nas dzielił. Ale gdy tylko się odwróciłem, z dużym niezadowoleniem zorientowałem się, że ten jest coraz bliżej mnie. Dalej nie rozumiałem jego słów, lecz bez mrugnięcia okiem mogłem się założyć, że bynajmniej nie chciał mnie uraczyć jakąś głębszą poezją. No chyba że lubował się w pieśniach pogrzebowych. Mimo wszystko wolałem nie sprawdzać.
Biegłem, ile sił w nogach miałem – a sił, szczerze mówiąc, miałem raczej niewiele.
Czułem zimny oddech śmierci na karku, a jeśli nie samej śmierci, to wizji mojej „profesjonalnie” ukrytej twarzy, którą zaraz zidentyfikuje policja.
Wtedy myślałem tylko: biegnij, ale teraz, gdy o tym opowiadam, zastanawiam się, jak żałośnie wyglądałyby nagłówki gazet i plotkarskich portali. Co by napisali? „Uciekająca przed skrajnym narodowcem dziewczyna, która okazała się facetem w peruce skradzionej staruszce, została zatrzymana przez policję. Postawiono jej zarzuty zasztyletowania własnego wuja w opuszczonej fabryce, gdzieś na wypizdowiu miasta”. Brzmi śmiesznie? Nie dla mnie, i nie w tym kraju. Ciekawsze rzeczy się tu odwalają na co dzień. No, ale wracajmy do rzeczy.
Biegnąc ten niesamowicie długi odcinek niespełna czterystu metrów, pomyślałem, że już doskonale wiem, jak musiał się czuć Gimli we Władcy Pierścieni, gdy ledwo dotrzymywał kroku długonogiemu elfowi i wysportowanemu Obieżyświatowi. I gdy prawie wyplułem moje przeżarte fajkami płuca, w końcu ją zobaczyłem – Cytadelę.
Wydawała mi się majestatyczna jak Wieża z Kości Słoniowej Dziecięcej Cesarzowej. Niestety, nie miałem pod ręką ani ślimaka wyścigowego, ani wiecznie zaspanego nietoperza, ani nawet dziecięcego rowerka wyrzeźbionego w kamieniu. Miałem tylko własne nogi, które z każdym kolejnym ruchem przestawały się do mnie przyznawać.
Biegnij, Gimli, biegnij, trzeba uratować hobbity! Motywowałem się chyba w najgłupszy możliwy sposób. Zwłaszcza że daleko mi było do walecznego krasnoluda. Jeśli był tu w ogóle jakiś hobbit, to byłem nim ja. A za mną gnało stado Uruk-hai! Dobra, przesadzam, był tylko jeden, ale za to wyjątkowo zajadły.
Gdy tak gdybałem nad naturą Śródziemia, a kojąca zasłona Fantazjany przykryła moje umęczone zmysły, nagle gdzieś w oddali dostrzegłem przed sobą kilku dziwnych kolesi. Jeden miał pomarańczowo-czerwonego irokeza, który w nocy musiał świecić jak żarówa. Drugi nosił długie, zielone kolce nastroszone we wszystkich możliwych kierunkach – wyglądał, jakby miał wbitą w czaszkę serię ostrych szpikulców. Trzeci zaś… był całkowicie łysy, ale na całym ryju miał tyle żelastwa, że gdyby kiedyś wiodło mu się gorzej, mógłby iść z tym wszystkim na złom i zarobić krocie. Może nawet stać by go było na jakąś małą wioskę rybacką niedaleko Hobbitonu? Jednak wszyscy oni, pomimo dość ekscentrycznego stylu zdobiącego ich „hełmy”, byli rozczarowująco nudni w doborze reszty pancerza.
Gdy w końcu zrozumiałem, kim są, byłem bliski płaczu ze szczęścia.
To byli Jeźdźcy Rohanu! Wiedziałem to zarówno z filmów, jak i z książek – oni na pewno zajmą się goniącym mnie, dzikim Uruk-hai!
Podnieśli swoje błyszczące przyłbice – oprócz tego trzeciego, bo ten błyszczał tylko od kolczyków, choć na pewno były to kolczyki magiczne – i skierowali wzrok w moją stronę. Początkowo wydawali się rozbawieni, ale po chwili byli już gotowi do bitwy.
Gdy ten z płonącym pióropuszem wyciągnął ze spodni gruby, ciężki łańcuch, poczułem, że być może jednak przeżyję ten dzień. Ale gdy ten z zielonymi kolcami wyjął składaną pałkę, a trzeci – prawdopodobnie mag – wyciągnął mały flakonik z dozownikiem, byłem tego niemal pewien. Bardzo chciałem obejrzeć tę krwawą, epicką bitwę. W końcu tyle zła spotkało mnie ze szponów mojego prześladowcy. Ale gdy tylko się obejrzałem, Uruk-hai natychmiast wycofał się i zwiał w zupełnie inną stronę. Jeźdźcy Rohanu również nie byli zainteresowani pościgiem. Uśmiechnęli się tylko cynicznie i wrócili do sączenia swojego słodkiego, pysznego ale. Widziałem, jak palą coś w fajce – zapewne hobbickie ziele z Południowej Ćwiartki – i zajadają jakieś zapasy z sakwy. Może to była solona wieprzowinka? Nieważne. Dużo złego można o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to, że jestem niewdzięczny, gdy ktoś ratuje mi życie. Zamierzałem im podziękować za ratunek najlepiej jak tylko mogłem.
Podbiegłem do nich, kompletnie zziajany. Moje piękne, rude loki tak mocno się przekręciły, że wyglądało to, jakbym spiął sobie dwa kucyki – jeden idealnie z przodu, drugi z tyłu gęby. Musiałem przyznać w duchu, że w jakiś chory sposób pasowało to do mojej nowej aparycji. Spoglądali na mnie z mieszaniną rozbawienia i jakiejś nietrzeźwej serdeczności.
– Dziękuję wam, Jeźdźcy, za ratunek przed tym Uruk-hai. Poszukiwałem was!
– Ta? Spoko – odparł iście nierycerskim tonem najwyższy z nich, ten z czerwonym płomieniem na głowie. – Aaa… po chuj?
– Nooo… Jestem posłańcem. Przysyła mnie…
– Julka? – przerwał mi nagle mag z kolczykami na twarzy. – Kurwa, to ty, Damian?! Co ci, człowieku, odjebało?… A to nas ludzie codziennie wytykają palcami.
Płachta szaleństwa spadła ze mnie w ułamku sekundy. Czar prysł. Mag mnie ocalił. Tylko… dlaczego poczułem się jeszcze gorzej niż wcześniej? Obiecałem sobie w duchu, że już nigdy, przenigdy nie obejrzę Władcy Pierścieni ani żadnych innych posranych bajek dla dorosłych dzieci.
– Chodź na skłot. Szybko, zanim CBŚ się zorientuje, że nie jesteś dziewczyną, tylko bratem Agrafki! – rzucił łysy z kolczykami na ryju, po czym zarechotał tak potężnym śmiechem, że aż zaraził nim swoich kumpli punków, a nawet postronnych przechodniów.
Gdy tak patrzyłem, jak ze mnie drwi, wnet przypomniałem sobie go z przeszłości – Sid, chyba tak na niego mówili. Kiedyś zamiast tej łysej pały miał bujne, nastroszone, czarne włosy, które układał na mydło. A może cukier? Nie pamiętam, zresztą i tak już wyłysiał. Choć może, gdyby korzystał z porządnego lakieru Loreral – czy jakoś tak – to byłoby inaczej? No nic, i tak nie mogłem go o to teraz zapytać, bo rzęchoczał jak stary Fiat.
Haha zabawne, może pośmiejemy się razem?
Tylko, że mi, kurwa, wcale nie było do śmiechu. Straciłem dwa zęby, miałem potwornie obitą twarz, prawdopodobnie właśnie robiłem furorę we wszystkich lokalnych mediach społecznościowych, a w dodatku – co było z tego wszystkiego najgorsze – przez tę jedną króciutką chwilę naprawdę uwierzyłem, że jestem hobbitem.
***
Muszę przyznać, te dwa i pół dnia na skłocie minęło mi zaskakująco przyjemnie. Pomijając kompletny brak dostępu do wygodnego łóżka, fotela obrotowego, ciepłej wody czy prądu na zawołanie, a tym samym do komputera, piekarnika, mikrofali czy jakiejkolwiek czystej wanny bądź prysznica (ten w sumie był, nawet dwa, lecz wyglądały gorzej niż mój prysznic będzie wyglądał nawet sto lat po wojnie atomowej) – to bawiłem się tam całkiem, całkiem. Nawet fajkami mnie częstowali i jedyne, czego chcieli w zamian, to abym założył choć raz perukę Pippi i zakręcił wesoło warkoczami.
Wydawało mi się, że znalazłem się w bezpiecznej twierdzy wzniesionej z wiekowego, choć potwornie brudnego kamienia i potężnej cegły. Dla własnego spokoju ducha wolałem nie pytać, czym ten kamień był ufajdany. W każdym razie spałem tam jak zabity. Mógłbym nawet nazwać to miejsce moim własnym Helmowym Jarem…
Kurwa! Miałem już dać spokój z tą całą Fantazjaną! Walić Dziecięcą Cesarzową, niech sobie zdycha. Muszę w końcu dojrzeć. Przecież obiecałem to sobie i wam…
Niestety, z każdą kolejną godziną i minutą mój mózg coraz natarczywiej przypominał mi, że gram raczej pierwsze skrzypce w tanim horrorze. Ewentualnie w wyjątkowo mrocznej grotesce. Ale kogo to właściwie obchodzi?
No, w sumie mnie. I to aż nadto.
Moje nędzne życie jakimś cudem ocalało przed węszącym, profesjonalnym nosem Centralnego Biura Śledczego. Wciąż wydawało mi się to absolutnie niewiarygodne. Przecież miejski monitoring z pewnością musiał nagrać wyjątkowo niezgrabną dziewczynę uciekającą przed wielkim drabem, z męską, podbitą gębą i przekrzywioną, rudą peruką Pippi Pończoszanki. A jednak wciąż mnie nie znaleźli.
To prawdopodobnie zasługa moich punkowych wybawców. Już pierwszego dnia – tuż po tym, jak porzuciłem na zawsze fantazjanę i przestałem być hobbitem – kazali mi rozwalić telefon w drobny mak. Co prawda poczułem wtedy lekki żal, ale gdy tylko przypomniałem sobie te wszystkie twarze wtopione w ekrany smartfonów w autobusie – dokładnie wtedy, gdy najbardziej potrzebowałem ich człowieczeństwa – zacząłem szczerze nienawidzić technologii. Nie żebym sam grzeszył jakimiś wybitnie ludzkimi odruchami. Wiadomo, zawsze bardziej boli, gdy to nam ktoś robi krzywdę, a nie kiedy my krzywdzimy innych. Może to niezbyt głęboka myśl, ale muszę przed wami i przed sobą uczciwie przyznać, że bez ćpania, dilerki i hazardu zacząłem rozkminiać takie błahe rzeczy coraz częściej.
Duża w tym zasługa faktu, że podczas maratonu ze skinem zgubiłem gdzieś po drodze całą moją chemiczną spiżarnię. No, prawie całą. Jakimś absolutnym cudem ocalało mi kilkanaście tabletek benzo, schowanych niedbale w bocznej kieszonce, o których zapomniałem. W duchu jednak cieszyłem się jak dziecko, bo skręt po benzodiazepinach jest tak potworny, że wolałbym już chyba od razu oddać się w ręce policji. Przez chwilę przemknęło mi nawet przez myśl, żeby podziękować za ten cud duchowi wuja Dymitra, ale po ostatnich doświadczeniach z autobusem linii 222 szybko wybiłem sobie ten idiotyzm z głowy.
Wprawdzie wcale nie podejrzewałem moich nowych towarzyszy, urwanych rodem z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, o podkradanie mi dragów. Jednak tuż po tym, jak odkryłem stratę reszty zapasów – pomijając ten obrzydliwy sztylet wuja, bo trzymałem go przy sobie zawsze i wszędzie – postanowiłem obsesyjnie pilnować swoich rzeczy. Trwało to do momentu, aż dotarło do mnie, że przecież nie posiadam już absolutnie niczego. No, może oprócz portfela z pieprzonym tysiącem złotych na koncie, których i tak nie miałem jak wypłacić. Jeśli moi nowi przyjaciele byli złodziejami, to przynajmniej tymi honorowymi, co to nie kroją własnych gości czy kumpli. Prawda?
Przez pierwszy dzień, noc i kawałek drugiego dnia na Dmowskiego byłem wręcz nieoficjalną gwiazdą ich salonów. A raczej nadwornym błaznem. Pokazywali mi na swoich – coraz bardziej nienawidzonych przeze mnie – smartfonach nagrania z autobusu ze mną w roli głównej. Chwalili mnie z uznaniem, że filmik wykręcił już tyle wyświetleń, że gdybym to ja zgarniał z tego kasę, nie musiałbym się u nich ukrywać.
Super! – pomyślałem gorzko, słuchając tych rewelacji. – Całą śmietankę spije jakiś przypadkowy świadek, który nawet nie kiwnął palcem, żeby mi pomóc albo chociaż zadzwonić po policję, jak przyst…
A wiecie, co? W sumie, jak tak teraz o tym myślę, może po prostu zakończę już ten żal i wrócę do meritum. Zbliżamy się powoli do końca tej opowieści. A tym, którzy woleli nagrywać moje ruszające się zęby zamiast mi pomóc, życzę mimo wszystko jak najlepiej. Niech im się darzy. Bywają w końcu takie sytuacje, w których chęć niesienia pomocy mogłaby przynieść zgoła niefortunny zbieg wydarzeń dla kogoś… wyjątkowo potrzebującego.
***
Nastał w końcu wieczór dnia, w którym wszystko miało się skończyć. Szczerze? Nie wiem, na co liczyłem. Po tym czasie, który spędziłem na skłocie udało mi się nieco uziemić we względnej normalności i nadzieja oparta na zmartwychwstaniu wuja wydawała mi się po prostu niedorzeczna. Nic innego mi jednak nie pozostało. O ileż bardziej Julia musiała odczuwać zwątpienie. Działanie benzodiazepin już dawno wyparowało, a ona wciąż stała za mną murem. Podziwiam siostrę, że jednak nie sprzedała mnie policji i zdecydowała się wziąć udział w tym popieprzonym rytuale. Chyba jednak ją kocham. Nigdy wcześniej nie myślałem o niej w tak uroczy sposób.
Skontaktowała się ze mną poprzez Sida. Policja ponoć nie dawała jej spokoju. Szukali mnie, a ona, kłamiąc w żywe oczy, żeby mnie chronić, ryzykowała zarzut za współudział w morderstwie.
Przez Sida przekazała też plan: o drugiej w nocy w fabryce.
Ten sam Sid zorganizował transport. Oficjalnie w ramach długu wdzięczności wobec mojej siostry, a nieoficjalnie chyba po to, żeby w końcu pozbyć się ze skłotu kolesia w damskiej bluzce, który przy każdym słowie gwizdał przez szparę po dwóch wybitych zębach i sępił od wszystkich fajki.
Około wpół do drugiej zapakowaliśmy się do jego rozklekotanego Volkswagena Golfa, który pamiętał jeszcze upadek muru berlińskiego. Auto rzęziło, śmierdziało w środku rozlanym tanim piwem i wilgocią, a z głośników ryczał jakiś archaiczny, niesłuchalny punk rock. Sid prowadził z ponurą miną, omijając główne arterie miasta. Ja siedziałem z tyłu, kurczowo ściskając w kieszeni kryształowy sztylet wuja. Z każdym kilometrem czułem, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł. Droga powrotna do miejsca zbrodni miała w sobie coś z najgorszego koszmaru.
– Jesteśmy – mruknął Sid, gasząc reflektory kilkaset metrów przed zrujnowanym kompleksem fabrycznym. – Dalej idziesz sam, stary. Agrafka na ciebie czeka. I weź… ogarnij się jakoś.
Skinąłem głową, wysiadłem i cicho zatrzasnąłem drzwi. Golf natychmiast odjechał, zostawiając mnie sam na sam z nocną ciszą i potężnym, czarnym szkieletem fabryki, który odcinał się na tle gwieździstego nieba.
Przemknąłem przez dziurę w płocie, potykając się o gruz. Wokół panowała grobowa atmosfera, potęgowana przez smród stęchlizny i starego żelaza. Blask księżyca wpadał przez rozbite szyby w dachu, tworząc na podłodze długie, ostre cienie. Gdy wszedłem do głównej hali – tej samej, w której zginął Dymitr – serce waliło mi jak szalone. W dłoni trzymałem latarkę, którą pożyczyłem od Sida, i oświetlałem każdy skrawek fabryki w poszukiwaniu siostry.
– Damian? – z mroku dobiegł szept.
To była Julia. Siedziała na jakiejś przewróconej skrzyni, tuląc ramiona do klatki piersiowej. Wyglądała potwornie. Miała podkrążone oczy, a na mój widok aż podskoczyła. Gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że cała się trzęsie.
– Jesteś wreszcie… Jezus, Damian, co my w ogóle robimy? Przecież to jest jakiś obłęd. Jeśli policja nas tu zgarnie, zamkną nas oboje. Ciągle mnie nękają z twojego powodu… A jeśli mnie śledzili?
– Spokojnie, siora. Zostało dwadzieścia minut – powiedziałem, zerkając na tarczę zegarka. Była dokładnie druga zero dwa. – Albo wujek zaraz tu stanie i wszystko odkręci, albo… cóż, przynajmniej spróbowaliśmy. Poszukajmy lepiej tego kręgu.
I tak też uczyniliśmy. Moje oczy nerwowo szukały jakichkolwiek wzorów na rozklekotanej powierzchni. Wydawało mi się, że stoję właśnie w miejscu, w którym trzy dni temu stał wujek Dymitr, ale za cholerę nie mogłem znaleźć tej pieprzonej piramidy ze spiralami po bokach.
– Kurwa, nie ma go, nie ma go! – zacząłem panikować, a siostrze coraz bardziej udzielała się moja nerwica.
Przeszukiwałem całą fabrykę, kręciłem się w kółko, w paranoii zerkając co chwila na zegarek.
Nic jednak nie znalazłem.
– Chuj! Rysujemy nowy! – krzyknąłem, czując coraz większy niepokój – Przygotowałem się na taką sytuację. Dawaj telefon, Julia! Sprawdzimy nagranie i przypomnę sobie, jak wyglądał.
Podała mi do ręki znienawidzone przeze mnie urządzenie i wiecie co? Nagranie zniknęło. Nie było go już na mojej skrzynce mailowej. Byłem już pewien, że albo kompletnie mi odjebało, albo to sam mag śmierci maczał w tym palce, sabotując moje działania…
Moja siostra była przerażona. Chyba zaczęła wątpić we własną poczytalność i zatracać się w szaleństwie. No cóż. Ja miałem to już dawno za sobą i jako weteran, postanowiłem już w pełni przejąć stery…
Poniekąd pamiętałem wzór, który trzeba było wyrysować w okręgu. Mimowolnie spojrzałem na zegarek, wziąłem głęboki oddech i wyciągnąłem spray, który zajumałem ze skłotu.
Wiem, wiem, kradzież jest zła. Ale na swoją obronę mam to, że on również był kradziony.
Zacząłem rysować okrąg na najmniej popękanym fragmencie powierzchni, a następnie piramidę.
I nagle… skończył się spray!
Grzechotałem tą pieprzoną puszką jak opętany, ale ze środka dobiegało już tylko żałosne, suche syknięcie. Ostatnia linia piramidy urwała się w połowie, zostawiając koślawy, niedokończony kształt na brudnym betonie.
– No nie… Damian, powiedz, że żartujesz – jęknęła Julia, chwytając się za głowę. – Latarka słabnie, spray ci się skończył… Zaraz będzie ta cholerna druga dwadzieścia dwa!
Zerknąłem na zegarek. Druga dziewiętnaście. trzy minuty. Trzy pieprzone minuty dzieliły mnie od stania się głównym podejrzanym w sprawie, której nigdy nie zamknę. Mój mózg, pracujący dotąd na skrajnych obrotach paranoi, wszedł w tryb totalnej paniki.
Zacząłem gorączkowo przetrząsać plecak, wyrzucając na ziemię ładowarkę, portfel i butelkę rozgazowanej coli.
I wtedy moje palce natrafiły na mały, plastikowy walec.
Paskudna, fioletowa szminka Julii. Jej „Szczodry dar”, który ofiarowała mi naćpana benzo, gdy musiałem uciekać z domu.
– Co ty robisz!? – wrzasnęła Julia, gdy przy blasku dogasającej latarki zobaczyła, co trzymam w ręku.
– Zamknij się i świeć! – warknąłem, zrywając skuwkę.
Uklęknąłem w tym całym fabrycznym brudzie i zacząłem z impetem mazać po betonie. Jaskrawofioletowa, tłusta maziuga idealnie kryła szary pył. Dokończyłem brakującą linię piramidy, a potem, klnąc pod nosem, przeszedłem do dorysowywania spiral na jej bokach. Wyglądało to absolutnie groteskowo. Dorosły facet, bez dwóch zębów, w obcisłych, za małych spodniach, klęczy w opuszczonej fabryce i rysuje okultystyczne symbole damskim kosmetykiem. Przynajmniej nie miałem już na sobie peruki Pippi. Aleister Crowley miałby niezły ubaw, patrząc na to wszystko.
Pierwsza spirala – poszła gładko. Druga – też. Przy trzeciej szminka zaczęła nieprzyjemnie szurać plastikową obwódką o beton. Wykręciłem ją do samego końca, aż fioletowy wkład wysunął się i z głośnym mlaskiem złamał, odpadając na ziemię. Została mi w ręku nędzna resztka. Ostatnia, trzecia spirala. Zacząłem nią mazać, ale po wykonaniu zaledwie jednego łuku szminka skończyła się definitywnie. Plastik drapał podłogę, zostawiając tylko bezużyteczne rysy.
– Druga dwadzieścia jeden! Damian, minuta! – wrzasnęła Julia, a latarka w jej dłoni zamrugała i zgasła, zostawiając nas w bladej poświacie księżyca.
– Chuj z tym! – rzuciłem w ciemność.
Nie było czasu do stracenia. Upuściłem plastikową tubkę, dorwałem kryształowy sztylet wuja i bez mrugnięcia okiem przejechałem jego lodowatym, ostrym jak brzytwa ostrzem po wewnętrznej stronie dłoni. Ból był palący, ale adrenalina zrobiła swoje. Z rozciętej skóry natychmiast uderzyła ciemna, gęsta krew. Docisnąłem zakrwawioną dłoń do betonu i szybkim, kolistym ruchem dokończyłem ostatnią spiralę. Moja własna posoka połączyła się z fioletowym woskiem i resztkami czarnego lakieru.
Wyprostowałem się, ciężko dysząc i trzymając się za rozciętą rękę. Wskazówka zegarka przeskoczyła na drugą dwadzieścia dwa.
Przez kilka sekund nie działo się nic, a ja poczułem, jak uchodzi ze mnie całe powietrze. Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy faktycznie nie popierdoliłem godzin, a rytuał powinien się odbyć o trzeciej trzydzieści trzy. Chciałem już rzucić siarczyste przekleństwo i uznać się za totalnego idiotę, gdy nagle fioletowo-krwawy wzór na podłodze zaczął delikatnie, chorobliwie fosforyzować…
Kurwa, nie mogłem uwierzyć w to, co widzę! Szybko złapałem rękę Julii i przejechałem ostrzem po jej dłoni, aż pisnęła z bólu i zaskoczenia. Krąg jakby odpowiedział jeszcze silniejszym światłem.
– Pamiętasz słowa zaklęcia?! He'emanta la-ze ti-PESZ! Mów razem ze mną! He'emanta la-ze ti-PESZ! He'emanta la-ze ti-PESZ!
– He'emanta la-ze ti-PESZ! He'emanta la-ze ti-PESZ! – powtarzała za mną jak obłąkana, ale za chuja nie potrafiliśmy się zgrać. Zostały ostatnie sekundy.
Nagle usłyszałem dziwny, mechaniczny dźwięk. Odwróciłem się i zobaczyłem policjantów w mundurach bojowych, celujących do nas z karabinów. Zakradli się jak
jacyś cholerni ninja. Nad nimi zaś unosił się człowiek w ciemnej szacie i kapturze naciągniętym na twarz. Normalnie, kurwa, lewitował, a policja zdawała się go w ogóle nie dostrzegać. Uśmiechał się cynicznie spod kaptura.
– Stój, gdzie stoisz! – wykrzyknęli, a lufy ich broni celowały prosto we mnie.
A jebać was! pomyślałem i wrzasnąłem do siostry, która wydawała się właśnie popadać w totalną otchłań:
– Siora, otrząśnij się! Na raz, dwa, trzy!
– He'emanta la-ze ti-PESZ! – wykrzyczeliśmy jednocześnie i wtedy…
Wtedy czas jakby na ułamek sekundy stanął w miejscu.
Huk wystrzału z policyjnego karabinu – bo któryś z tych zamaskowanych pajaców ewidentnie nie wytrzymał ciśnienia – zlał się w jedno z potężnym, głuchym tąpnięciem, które wstrząsnęło fundamentami całej fabryki. Pocisk, zamiast rozszarpać mi klatkę piersiową, zatrzymał się w powietrzu dwadzieścia centymetrów od mojego torsu, spłaszczając się na niewidzialnej, pulsującej barierze.
Fioletowo-krwawy krąg na ziemi dosłownie eksplodował oślepiającym, czarnym płomieniem.
Policjanci wrzasnęli, gdy fala uderzeniowa cisnęła nimi o betonowe filary niczym szmacianymi lalkami. Ich latarki pokładowe i celowniki laserowe zaczęły wściekle migotać, po czym zgasły, trzeszcząc od nagłego impulsu elektromagnetycznego. Jedynym źródłem światła była teraz ta chora, nekromancka iluminacja na podłodze.
Spojrzałem w górę. Lewitujący mag śmierci przestał się uśmiechać. Jego kaptur opadł, odsłaniając twarz, która zaczęła gwałtownie pękać i łuszczyć się, jak wysuszona glina.
Środek naszej koślawej, fioletowej piramidy zaczął zapadać się w głąb ziemi, tworząc wirującą, smolistą próżnię. Powietrze stało się lodowate i nagle z tej czarnej dziury wyłoniła się dłoń.
Wielka, blada, pokryta plamami opadowymi i kurzem grobowym. Paznokcie były zdarte do żywego mięsa, jakby ten ktoś musiał dosłownie przekopać się przez wieczność, żeby tu dotrzeć.
– Damian… – Julia pisnęła tak cicho, że ledwo ją usłyszałem przez szum szalejącej wokół energii. Dziewczyna patrzyła na tę dłoń z totalnym przerażeniem, cofając się na czworakach.
Z gardzieli podłogi dobiegł potworny, chrapliwy dźwięk – coś pomiędzy łapaniem powietrza przez topielca a rzężeniem konającego. Chwilę później z gęstego mroku wyłoniła się postać wuja Dymitra. Tyle że to nie był już ten sam zgarbiony facet. Jego sylwetka wydawała się większa, a z gardła wydobywał się potężny, wielogłosowy rezonans, od którego drżały mi kości w klatce piersiowej. Czarne jak noc ślepia utonęły w blasku dogasającego kręgu. Spojrzał na swoje zakrwawione, sine dłonie, a potem podniósł wzrok na nas.
– Zaprawdę, rzeknę wam, iże krew żywa otwarła wrzeciądza otchłani!
Wuj Dymitr przemówił głosem tak archaicznym i ciężkim, jakby wyciosano go z nagrobnego kamienia – cały wujek. Następnie rzucił wzrokiem w kierunku maga śmierci.
– Azaliż mniemałeś, iż zaniecham swej pomsty? Śmierci magu chędożony?
Zanim zdążyłem choćby pomyśleć o tym, jak bardzo niedorzecznie brzmi staropolszczyzna wujka Dymitra, cały oddział policji zaczął pruć do nas z karabinów. Kule jednak rozbijały się o niewidzialną, magiczną barierę, sypiąc iskrami i z głośnym brzękiem opadając na beton.
Po kilku sekundach tego ogłuszającego hałasu nastała nagła, niemal bolesna cisza. Policjanci wciąż próbowali się jakoś odnaleźć w tej dość niecodziennej dla nich sytuacji. Opuścili broń. Nie wiem dokładnie, z jakiego powodu – może skończyły im się magazynki, a może ich mózgi po prostu dostały krytycznego błędu systemu i całkowicie odmówiły posłuszeństwa. Patrzyli się tylko tępo w naszym kierunku z lekko opuszczonymi lufami, jakby czekali, aż ktoś im wyjaśni, co tu się właściwie odpierdala. Widziałem ich oczy przez wizjery masek; byli totalnie sparaliżowani. Pewnie na szkoleniach nikt im nie powiedział, jakie procedury zastosować, gdy ścigany podejrzany zasłania się tarczą z fioletowej szminki i nekromanckiej krwi.
Wuj uniósł głowę wyżej i spojrzał prosto na lewitującego pod sufitem maga śmierci. Kimkolwiek był ten lewitujący skurwiel, nagle stracił całą swoją pewność siebie. Zaczął panicznie machać rękami, próbując rzucić jakiś kontr-urok? Sam nie wiem, co on próbował, ale wuj Dymitr tylko wyciągnął w jego stronę dłoń z rozpostartymi palcami.
– Kto mieczem wojuje, od miecza ginie, psubracie – wycharczał Dymitr. – Jeno proch po tobie ostanie.
W tym samym ułamku sekundy powietrze wokół maga skurczyło się z głośnym, implozyjnym trzaskiem. Gość nie zdążył nawet krzyknąć. Jego ciało dosłownie zapadło się w sobie, zmiażdżone niewidzialną, potworną siłą, a z ciemnej szaty posypał się szary, suchy popiół, który opadł bezgłośnie na zdezorientowanych, leżących na ziemi antyterrorystów.
– Czas jest jeno gliną w moich dłoniach – oznajmił wuj, a jego czarne oczy rozbłysły potężnym, srebrzystym światłem.
I wtedy świat dookoła zaczął się zmieniać.
Wszystko uderzyło we mnie z siłą młota pneumatycznego i runąłem na kolana, łapiąc łapczywie powietrze. Poczułem potworne szarpnięcie w żołądku, jakbym wsiadł na rollercoaster pędzący do tyłu. Dźwięki wokół nas zaczęły się przewijać – huki wystrzałów zmieniły się w głuche zasysanie powietrza, rozbity pył z podłogi uniósł się i wrócił na ściany, a popiół po magu śmierci wbił się z powrotem w powietrze i zniknął. Ciemność nocy zaczęła pulsować, cofając się sekunda po sekundzie, minuta po minucie, aż promienie słońca przebiły się przez dziury w budynku. Ból w mojej szczęce nagle znikł. Dotknąłem językiem dziąseł – dwa przednie zęby były z powrotem na swoim miejscu. Moje obcisłe spodnie i różowa bluzka ćpunki z tęczową flagą dosłownie rozpłynęły się w powietrzu, zastąpione normalnymi jeansami i moją starą, ukochaną koszulą z kołnierzykiem – tą samą, którą przecież spaliłem niedawno w popielniczce na balkonie.
Otulała nas cisza.
Nie było żadnej policji. Nie było antyterrorystów, laserów ani zapachu prochu. Fabryka wciąż była zrujnowana, ale przez okna wpadało zupełnie inne, popołudniowe światło. Spojrzałem na swoje dłonie – były czyste, bez śladu krwi i rozcięcia.
W mojej prawej ręce spoczywał kryształowy nóż. Świecił bladym blaskiem.
Obok mnie stała Julia, zszokowana tak samo jak ja, ale dalej trzymająca mnie mocno za ramię. A przed nami, na zardzewiałej maszynie, siedział wujek Dymitr. Żywy. Już bez czarnych oczu. Wyglądał dokładnie tak, jak w momencie, gdy kręciłem ten pieprzony filmik instruktarzowy, zanim to całe piekło się zaczęło.
Byliśmy tylko we trójkę.
Wujek Dymitr powoli opuścił wzrok na moją trzęsącą się dłoń, w której wciąż ściskałem kryształowy sztylet. Na jego twarzy nie było już widać tamtej pradawnej, demonicznej grozy. Zamiast tego spojrzał na mnie z czymś, czego nigdy wcześniej u niego nie dostrzegłem – z autentycznym, głębokim uznaniem. Jakby zamiast na ćpuna i życiowego przegrywa, patrzył na pieprzonego bohatera narodowego.
– Otoście dokonali tego, Damianie, miły bratanie mój, tudzież i ty, Julio! – obwieścił głosem tak donośnym, że aż echo poniosło się po ruinach. – Wszakoż przyjście wasze w te zręby srogie nie było ślepym trafunkiem, a zgon mój z ręki twojej wyrokiem niebios stać się musiał. Byt ów potężny, co mi klucze otchłani darował, objawił mi w widzeniu słowa proroctwa. Przeto wiedziałem, jako was, dziatki moje, przed owym latającym czarnoksiężnikiem sromotnym ocalić. I jako samemu z martwych powstać! Baczcież przeto i słuchajcie pilnie, albowiem rymy te, acz dziwne dla ucha, żywot nasz od srogiej zguby odgrodziły:
„Śmierć od ostrza z kryształu przyjąć ci trzeba,
by rytuał potężny odprawić dla nieba.
Lecz z ręki bratanka krew polać się winna,
by z tchórza się zrodził w końcu mężczyzna.
Za trzy dni następne – nie dwa ani cztery,
rytuał on dopełni i złapie za stery.
Gdy święta godzina w nocy wybije,
krew z palca bratanicy to ostrze obmyje.
Wykrzyczcie zaklęcie: He'emanta la-ze ti-PESZ!,
by mag śmierci uciekł gdzie rośnie pieprz!
Powrócisz znów żywy i z mocą tak wielką,
że wróg się posra pod siebie na miękko!”
Spojrzałem na wuja Dymitra, na którego twarzy zagościł dumny, wręcz patetyczny uśmiech. A więc oficjalnie: z tchórza zrodził się mężczyzna, a ja właśnie złapałem za stery. Co do maga śmierci – no cóż, koleś dosłownie obrócił się w pył. Mimo, że jego zgon nie był spowodowany zabójczą biegunką, przepowiednia w sumie się nie pomyliła. Choć muszę przyznać, że rymy były potwornie częstochowskie. Zestawienie „ti-PESZ” z „pieprz” brzmiało tak, jakby ten cały potężny byt z zaświatów pisał tekst na kolanie, i to po paru głębszych. Sam zdecydowanie popracowałbym nad stylistyką tego proroctwa. Ale dobra, nie będę wybrzydzał – bez względu na poziom grafomanii, ta głupia rymowanka uratowała mi życie.
Wujek Dymitr podrapał się po brodzie, a jego czarne od dymu i magii palce zostawiły smugę na policzku. Zeskoczył z zardzewiałej maszyny z głośnym stęknięciem i podszedł do mnie, kładąc na ramieniu ciężką, kościstą dłoń.
– Zali widzisz, bratanie mój, iż potęga wielka i niezłomna w krewnej lędźwicy twojej drzemie? – rzekł, a w jego głosie znów zatętnił ten dziwny, basowy pogłos. – Azali chcesz u boku mego kunsztu owego tajemnego pobierać, uczniem mym zostać i wespół ze mną mroki owe deptać? Czarnoksięstwo to rzemiosło srogie, lecz chwały i zysku niemało przynosi. Co rzeczesz?
Julia zamrugała gwałtownie, a w jej wielkich ze zdumienia oczach nagle zaszkliły się łzy. Kochała wuja Dymitra całym sercem i choć przez ostatnie dni zgrywała twardą, racjonalną siorę, teraz po prostu puściły jej wszelkie hamulce. Z głośnym szlochem, będącym miksem totalnego szoku i gigantycznej ulgi, rzuciła mu się na szyję. Ściskała go z całych sił, jakby sprawdzała, czy jest z krwi i kości, i czy zaraz znowu nie rozpłynie się w powietrzu. Płakała i śmiała się jednocześnie. Ponad ramieniem wuja rzuciła mi jednak spojrzenie, w którym absolutny zachwyt mieszał się z paranoją. To wzrok mówiący: „Damian, on żyje! Ale to, co się tu właśnie odjebało, to jest jakiś totalny kosmos”.
Ja zaś stałem nieruchomo, gapiąc się na kryształowy sztylet. Moje serce wciąż waliło jak oszalałe, a w żyłach krążyła czysta, nieskażona żadną chemią adrenalina. Pomyślałem o moim dotychczasowym życiu. O ćpaniu, dilerce, o hazardzie, o uciekaniu przed długami, przed samym sobą, o nudnych dniach spędzonych na obrotowym fotelu i o moim jeżu, który pewnie zmartwychwstał tak samo jak wuj…
Pomyślałem też o tym, jak przed chwilą rozerwało lewitującego maga śmierci na strzępy, i w ogóle o tym, co się odwaliło w ostatnich minutach.
To było kompletne szaleństwo. I wiecie co? Poczułem, że znowu jestem na głodzie…
Tyle że tym razem Xanax nie miał z tym nic wspólnego. Uzależniłem się od czegoś znacznie mocniejszego.
– A wiesz, wujku… – odezwałem się, uśmiechnięty tak szczerze jak nigdy dotąd. – W sumie i tak nie mam nic lepszego do roboty. Pracy brak, zresztą do legalnego zarobku mam dwie lewe ręce, a policja prędzej czy później znowu zaczęłaby wokół mnie węszyć. I tak w końcu posadziliby mnie za handel albo posiadanie nielegalnych substancji… A, pieprzyć to! Idę z tobą. Pokazuj te swoje czary-mary.
Dymitr wyszczerzył się w odpowiedzi, klepiąc wiszącą na jego szyi Julię po plecach.
– Tedy niechaj się dzieje wola niebios! – ryczał uradowany, chwytając mnie pod boki. – Ruszajmy w tany, bratanie!
Julia tylko pokręciła głową, ocierając łzy rękawem, wciąż oszołomiona tym, że jej zmarły wujek właśnie cytuje Sienkiewicza w ruinach fabryki. A ja, poprawiając
kołnierzyk mojej cudownie ocalałej koszuli, ruszyłem za Dymitrem w stronę wyjścia.
Moje dotychczasowe życie właśnie dobiegło końca. Zaczynały się nowe, zdecydowanie bardziej popieprzone dni. Ale o tym opowiem wam następnym razem.
Póki co… czas zakończyć tę opowieść.
I wiecie co?
Zawsze warto walczyć o lepsze jutro! Nawet gdy świat rozpada ci się na miliony kawałków, nawet gdy ściga cię skinhead z piekła rodem, a mag śmierci podkłada ci kłody pod nogi…
A tak nawiasem mówiąc, chyba po raz pierwszy od lat nie potrzebuję żadnych tabletek, żeby nie bać się jutra. Kto by pomyślał, że najlepszym odwykiem od szarej prozy tego nędznego świata okaże się regularne igranie z demoniczną otchłanią…
Skoro i tak mam w życiu przerąbane, to przynajmniej spłonę na własnych warunkach. W jaskrawofioletowym, nekromanckim płomieniu szminki mojej ukochanej siostry.