- Opowiadanie: NomadFromNowhere - O drugiej dwadzieścia dwie

O drugiej dwadzieścia dwie

Czo­łem!

Nie znaj­dzie­cie tu stresz­cze­nia fa­bu­ły. Naj­lep­sze opo­wie­ści to te, w które wcho­dzi się na głę­bo­ką wodę – bez koła ra­tun­ko­we­go i bez spo­ile­rów. Po­wiem tylko tyle: przy­go­tuj­cie się na rol­ler­co­aster, gdzie gro­te­sko­wa magia mie­sza się z czar­nym hu­mo­rem i po­pkul­tu­ro­wym cha­osem.

Zanim jed­nak dacie się po­rwać tej hi­sto­rii, wi­nien Wam je­stem dwa szcze­re i ważne ostrze­że­nia:

Mocny język: W opo­wia­da­niu gęsto pa­da­ją wul­ga­ry­zmy. Nie są one tanią pro­wo­ka­cją – sta­no­wią ab­so­lut­nie nie­zbęd­ny ele­ment świa­ta przed­sta­wio­ne­go i bez nich ta hi­sto­ria stra­ci­ła­by swój au­ten­tycz­ny, su­ro­wy i ulicz­ny ton.

Wątek uza­leż­nie­nia: W tek­ście po­ja­wia się temat nar­ko­ty­ków. Chcę mocno pod­kre­ślić: nie jest to oś fa­bu­lar­na ani motyw prze­wod­ni, a je­dy­nie su­ro­wy ele­ment kon­dy­cji bo­ha­te­ra i tła wy­da­rzeń. Nie­mniej, jeśli je­steś obec­nie w trak­cie te­ra­pii uza­leż­nień, lo­jal­nie ostrze­gam – lek­tu­ra może wy­wo­łać silny głód psy­chicz­ny („zgło­do­wa­nie”) i sta­no­wić ry­zy­ko dla Two­je­go pro­ce­su zdro­wie­nia. Jeśli czu­jesz, że to zbyt mocny bo­dziec, bez wa­ha­nia od­puść czy­ta­nie. Twoje bez­pie­czeń­stwo jest naj­waż­niej­sze.

Jeśli po­wyż­sze punk­ty Was nie za­trzy­mu­ją – za­pra­szam do czy­ta­nia. Wejdź­cie w tę hi­sto­rię na wła­sną od­po­wie­dzial­ność.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Marszawa, Użytkownicy

Oceny

O drugiej dwadzieścia dwie

Jawa bru­tal­nie ko­pa­ła tyłek mej świa­do­mo­ści, ude­rza­jąc raz za razem, abym tylko prze­stał już śnić. Naj­pierw do­tarł do mnie dźwięk bu­tel­ki, którą trą­ci­łem bosą stopą i która teraz to­czy­ła się po pod­ło­dze. Zaraz potem po­czu­łem me­ta­licz­ny po­smak i po­twor­ną su­chość w ustach. Ból głowy pul­so­wał wście­kle w ryt­mie po­wia­do­mie­nia, które zda­wa­ło się za­pę­tlić w gło­śni­kach na amen.

– Pik. Pik. Pik.

Niech ktoś to wy­łą­czy – Za­łka­łem w duchu, ale szyb­ko przy­po­mnia­łem sobie, że od lat miesz­kam sam. Sam, bo nikt przy zdro­wych zmy­słach nie za­miesz­kał­by z taką mendą. I całe szczę­ście. Z in­ny­mi ludź­mi nigdy nie było mi po dro­dze.

Le­ża­łem pół­ przy­kry­ty szarą pościelą, któ­rej nie zmie­nia­łem od… dobra, po­miń­my ten temat. W miarę jak od­zy­ski­wa­łem przy­tom­ność, w noz­drza ude­rzył fetor kwa­śne­go potu i che­mii, którą or­ga­nizm de­spe­rac­ko pró­bo­wał wy­pluć. Bli­stry klo­na­ze­pa­mu ku­pio­ne­go na lewo le­ża­ły tuż obok głowy. Zresz­tą w to­wa­rzy­stwie pu­stych opa­ko­wań po Xa­na­xie tak pięk­nie roz­pie­prza­ją­cym moje wąt­pli­wej ja­ko­ści życie. Co praw­da zo­stał mi prze­pi­sa­ny przez le­ka­rza na ner­wi­cę lę­ko­wą, ale już dawno prze­sta­łem mieć nad tym kon­tro­lę. Wróć­my jed­nak do sedna, co was ob­cho­dzą moje pro­ble­my? Historia sama się nie opo­wie:

Mia­łem wra­że­nie, że spa­łem długo jak pie­przo­ny niedź­wiedź w okre­sie hi­ber­na­cji. A może to nie był praw­dzi­wy sen? Może tylko za­pa­dłem się w głąb sie­bie. Kom­plet­nie od­cię­ty. Z czar­ną, ni­czym moje serce, dziu­rą w pa­mię­ci.

– Pik. Pik. Pik.

Ten dźwięk był na­tręt­ny ni­czym świa­dek Je­ho­wy wę­dru­ją­cy po oko­li­cy i ofe­ru­ją­cy zba­wie­nie pro­sto ze swo­jej ko­lo­ro­wej ga­zet­ki. Im mniej snu od­czu­wa­łem na po­wie­kach, tym więk­sza pust­ka ist­nie­nia bu­dzi­ła się we mnie. Drgną­łem. Roz­po­zna­łem po­wia­do­mie­nie o nowym mailu… ale coś w nim nie grało. Było dziw­nie znie­kształ­co­ne, wwier­ca­ło mi się w skro­nie tępym, kłu­ją­cym dłu­tem. Brzmia­ło tak, jakby ktoś przy­sta­wił mi gło­śnik bez­po­śred­nio do ucha.

– Kurwa… – to je­dy­ne, co zdo­ła­łem wy­char­czeć z tru­dem uno­sząc głowę.

Dźwięk nie usta­wał. Za­wie­sił się w nie­skoń­czo­nej pętli.

– Pik. Pik. Pik.

Blada po­świa­ta mo­ni­to­ra są­czy­ła się w mrok za­pusz­czo­ne­go po­ko­ju rażąc nie­na­tu­ral­ną ja­sno­ścią. Było chyba jakoś chwi­lę przed szó­stą rano. Wsta­łem. Pod­ło­ga kle­iła się od rze­czy, o któ­rych wo­lał­bym teraz nie mówić.

Coś było nie tak z po­wie­trzem. I nie cho­dzi­ło o al­ko­ho­lo­wy sztynks ani woń nie­do­pa­lo­nych petów czy nawet pleśń wy­kwi­ta­ją­cą pod pa­ra­pe­tem na reszt­kach je­dze­nia na wynos. Do noz­drzy wdarł się za­pach zu­peł­nie z in­ne­go miej­sca. Cięż­ki, du­szą­cy i bo­le­śnie no­stal­gicz­ny.

Czy to woda ko­loń­ska wujka Dy­mi­tra?

Za­mar­łem w pół kroku. Ostat­ni raz czu­łem ten za­pach trzy, może czte­ry lata temu. Ko­ja­rzył się głów­nie z cza­sa­mi, gdy wuj od­wie­dzał mnie w bi­du­lu, w któ­rym miesz­ka­łem z sio­strą Julią i po­ka­zy­wał te swoje sztucz­ki ma­gicz­ki. Dy­mitr był za­wo­do­wym ilu­zjo­ni­stą i strasz­nym po­pa­prań­cem. Za­wsze pach­niał tak samo: la­wen­da zmie­sza­na z czymś draż­nią­cym, czego nigdy nie po­tra­fi­łem zi­den­ty­fi­ko­wać.

Za­pach uno­sił się w po­ko­ju tak wy­raź­nie, jakby Dy­mitr przed se­kun­dą prze­szedł tuż obok mnie.

– Wuju…? – wy­chry­pia­łem, sam nie wie­dząc, po co mówię do pu­ste­go po­ko­ju.

Od­po­wie­dzia­ła mi cisza. A, no i rzecz jasna ten cho­ler­ny, pę­tlą­cy się ko­mu­ni­kat z kom­pu­te­ra.

– Pik. Pik. Pik.

Wy­ją­łem nie­do­pa­lo­ne­go jo­in­ta z wy­pcha­nej po­piel­nicz­ki, która spo­koj­nie mo­gła­by ucho­dzić za jeża, gdy­bym był jesz­cze bar­dziej nie­trzeź­wy. Kątem oka do­strze­głem, że moje dło­nie są brud­ne od cze­goś ciem­ne­go i lep­kie­go, ale zwi­sa­ło mi to na chwi­lę obec­ną. Od­pa­li­łem zle­ża­łe­go skrę­ta i zde­cy­do­wa­łem się w końcu wy­łą­czyć to pisz­czą­ce cho­ler­stwo.

Mo­ni­tor pul­so­wał blado. Na ekra­nie mi­ga­ła po­je­dyn­cza li­nij­ka tek­stu:

1 nowa wia­do­mość.

Nadaw­ca: damian.dobrzyn­ski­_2000@…

– Wia­do­mość ode mnie?…

Sta­łem nie­ru­cho­mo ga­piąc się w ekran. Czu­łem, jak ob­le­pia mnie lo­do­wa­ty nie­po­kój. Za­wa­ha­łem się. Po­wia­do­mie­nie pisz­cza­ło bez prze­rwy, ale teraz o ton wyżej, jakby po­ga­nia­ło. W końcu opa­dłem na stare, wy­słu­żo­ne krze­sło ob­ro­to­we. Drżą­cą dło­nią po­ru­szy­łem mysz­ką. Zanim klik­ną­łem, moje zmy­sły po raz ko­lej­ny za­ata­ko­wa­ła woda ko­loń­ska wuja.

– Znowu mam od­klej­kę… To tylko zjazd. Wy­twór prze­ćpa­ne­go mózgu, nic wię­cej – prze­ko­ny­wa­łem sie­bie.

Osta­tecz­nie ze­bra­łem się w sobie i klik­ną­łem po­wia­do­mie­nie. Okno wia­do­mo­ści roz­wi­nę­ło się na ekra­nie.

 

Wia­do­mość bez ty­tu­łu.

Nadaw­ca: damian.dobrzyn­ski­_2000…

Data: 08.07.2026 02:22

 

Serce na­wa­la­ło o żebra – raz, drugi, coraz szyb­ciej, gu­biąc rytm.

– Prze­cież to wia­do­mość z tej nocy… Co ja znowu od­je­ba­łem…

Nie otwie­ra­łem jesz­cze sa­me­go maila. Przez dłuż­szą chwi­lę ga­pi­łem się na datę, jakby miała znik­nąć, gdy tylko mru­gnę. Wtedy wzrok padł na dół ekra­nu.

 

Za­łącz­nik: REC_KP_07.mov

 

Klik­ną­łem. Ekran w ułam­ku se­kun­dy zgasł i zro­bił się cał­ko­wi­cie czar­ny. Z gło­śni­ków do­biegł gęsty, chro­po­wa­ty szum – dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy tar­cie pa­znok­ciem o ścia­nę. A może o wieko trum­ny? Przez pierw­szą se­kun­dę po­my­śla­łem, że stary rzęch znowu się zje­bał i ko­lej­ny raz będę mu­siał kom­bi­no­wać skądś siano na na­pra­wę. Albo że zła­pa­łem ja­kie­goś zło­śli­we­go wi­ru­sa.

Nic bar­dziej myl­ne­go.

W końcu na ekra­nie po­ja­wił się obraz. Bar­dzo sła­bej ja­ko­ści. Zu­peł­nie jakby był na­gry­wa­ny moim tele… fonem? Po­czu­łem jak włosy stają dęba. Pró­bo­wa­łem usta­lić na co wła­ści­wie pa­trzę…

To było nie­zna­ne miej­sce – jakaś stara, zruj­no­wa­na fa­bry­ka. Nic no­we­go. Zda­rza­ło mi się prze­sia­dy­wać, a nawet spać w ta­kich po­miesz­cze­niach. Ale do­pie­ro gdy obiek­tyw wy­ła­pał wła­śnie jego, po­czu­łem, jak krew ścina się w ży­łach.

To był wuj Dy­mitr.

Wbi­jał wzrok pro­sto w ka­me­rę. Mia­łem wra­że­nie, że te czar­ne śle­pia prze­wier­ca­ją mo­ni­tor i pe­ne­tru­ją każdą ko­mór­kę mo­je­go ciała. W ręku trzy­mał nóż. Ale nie był to zwy­kły nóż. Wy­glą­dał jak skrzy­żo­wa­nie ostrza z ja­kimś ki­czo­wa­tym amu­le­tem z Temu – ostry, kan­cia­sty krysz­tał, pul­su­ją­cy zgni­łym świa­tłem. Nagle się ode­zwał:

– Da­mia­nie…

Da­mia­nie? Kto do cho­le­ry to na­gry­wał? – po­my­śla­łem, a se­kun­dy póź­niej od­po­wiedź ude­rzy­ła mnie pro­sto w nie­ogo­lo­ny ryj. Z gło­śni­ków do­biegł głos ope­ra­to­ra ka­me­ry. Mój wła­sny głos.

– Tak, wuju?

– Wżdy nie ty, idio­to! Jeno ów, w któ­re­go z rana się prze­isto­czysz i który oto w tejże samej chwi­li zza szkla­nej tafli na nas baczy! Ty dla po­tom­no­ści na­gry­waj jeno.

I mówił dalej:

– Nie­cny mag śmier­ci o ro­ba­czy­wym sercu klą­twę swą rzu­cił na ro­dzi­nę naszą! Nawet ma­tu­la twoja, nad wyraz w cza­rach bie­gła i oj­ciec, co siłę dzie­się­ciu mężów dzier­żył, po­le­gli od złych mocy jego. Bacz pa­mię­tać, iż nigdy w swym sercu zo­sta­wić was nie pra­gnę­li. Jeno okrut­ny los wy­brał za nich. Wszak­że ro­dzi­ciel­ka wasza, mi­ło­ścią wiel­ką a czy­stą wie­dzio­na, w go­dzi­nie ko­na­nia swego pan­cerz mi­stycz­ny na was wy­ku­ła – tar­czę z afek­tu tak po­tęż­ną, iż srogi czar­no­księż­nik cie­le­sne­go uszczerb­ku wam zadać nie może. Ni tknąć was pal­cem bez­boż­nym, ni uśmier­cić ot tak, bez­po­śred­nim uro­kiem, al­bo­wiem krew jej ofiar­na w was pły­nie i od na­głej śmier­ci chro­ni! Prze­to psu­brat ów, żół­cią a za­wi­ścią pę­ka­jąc, ina­czej was nękać po­czął. Skoro ży­wo­ta wa­sze­go wła­sną dło­nią prze­ciąć nie zdoła, tedy całą rze­czy­wi­stość wokół was za­tru­wa, nie­szczę­ścia, fatum i sro­gie­go pecha na was spro­wa­dza­jąc. Stąd to, Da­mia­nie, ów głód po­twor­ny na prosz­ki i me­dy­ka­men­ty otu­ma­nia­ją­ce, co ci od lat umysł trawi, byś sam się za­tra­cił! Jakem wasz wuj, chro­nić po­tom­ków sio­stry po­przy­siągł i przed złym śle­piem maga śmier­ci strzec. Od da­wien dawna czu­wa­łem, ino sam w stra­chu będąc przed po­tę­gą z ciem­no­ści ły­pią­cą swym okiem. Lecz gdy do­ro­śli­ście i jar bez­piecz­ny opu­ścić wam przy­szło, wizję okrut­ną mój pa­tron mi ze­słał. Śmierć ry­chła was czeka w mę­kach okrop­nych! Lecz ja nie z tych, co z losem tar­go­wać się boją. Długi czas w trwo­dze o życia wasze, co noc mo­dli­twy swe do bóstw róż­nych sła­łem, w na­dziei, że któ­ryś ze snu się zbu­dzi i w końcu od­po­wie. I gdy już na­dzie­ję świę­tą tra­cić po­czą­łem, uzy­ska­łem od­po­wiedź da­le­ce ra­do­sną. Prze­po­wied­nię mi ze­słał byt po­tęż­ny i stary, i czcią wiel­ką oto­czo­ny prze­ze mnie zo­stał.

Rzekł mi:

Śmierć od ostrza z krysz­ta­łu przy­jąć ci trze­ba,

by ry­tu­ał po­tęż­ny od­pra­wić dla nieba.

Lecz z ręki bra­tan­ka krew polać się winna,

by z tchó­rza się zro­dził w końcu męż­czy­zna.

Za trzy dni na­stęp­ne – nie dwa ani czte­ry,

ry­tu­ał on do­peł­ni i zła­pie za stery.

Gdy świę­ta go­dzi­na w nocy wy­bi­je,

krew z palca bra­ta­ni­cy to ostrze ob­my­je.

Wy­krzy­czą za­klę­cie: He'eman­ta la-ze ti-pesz!

by mag śmier­ci uciekł gdzie ro­śnie pieprz!

Po­wró­cisz znów żywy i z mocą tak wiel­ką,

że wróg się posra pod sie­bie na mięk­ko!

 

Gdy już skoń­czył, od­wró­cił się na pię­cie i ru­szył w głąb zruj­no­wa­nej hali. Obiek­tyw po­dą­żył za nim.

– Wuju, czy już czas?

Dy­mitr od­po­wie­dział bez od­wra­ca­nia głowy:

– Tak, Da­mia­nie.

Wpa­try­wa­łem się w ekran z nie­do­wie­rza­niem. Nor­mal­nie, jak­bym zażył po­tęż­ną dawkę LSD czy in­ne­go ha­lu­cy­no­ge­nu. Każda zdro­wa szara ko­mór­ka w mózgu darła się, abym wy­łą­czył to gówno.

Pod skórą czu­łem już lo­do­wa­te macki nad­cho­dzą­ce­go ataku pa­ni­ki. Jed­nak ten jesz­cze nie nad­szedł. Czaił się ni­czym ko­mor­nik pod drzwia­mi, który wziął sobie za punkt ho­no­ru za­pu­kać w naj­mniej od­po­wied­nim mo­men­cie. Pa­ra­li­żu­ją­cy lęk nie po­tra­fił się prze­bić przez to, co dzia­ło się na mo­ni­to­rze.

Wuj ob­szedł parę razy dziw­ny krąg wy­ry­so­wa­ny na nisz­cze­ją­cej, po­rdze­wia­łej po­wierzch­ni. Tkwi­ła w nim ta­jem­ni­cza fi­gu­ra. Na po­cząt­ku my­śla­łem, że to zwy­kły pen­ta­gram, ale geo­me­tria była o wiele bar­dziej za­wi­ła. Kiedy za­koń­czył swój ob­chód, pod­szedł do mnie – do mnie z na­gra­nia – wciąż re­je­stru­ją­ce­go te­le­fo­nem ten cały mrocz­ny spek­takl. Wrę­czył mi krysz­ta­ło­wy nóż, rodem z ki­czo­wa­te­go fan­ta­sy, a ja z ja­kie­goś po­wo­du go przy­ją­łem.

– Wuju, tylko… czy dam radę to wszyst­ko zro­bić?

Mój głos w na­gra­niu był cichy, spo­koj­ny, wręcz bo­jaź­li­wy. Aż mi się go żal zro­bi­ło. To pew­nie przez ten klo­na­ze­pam… Dla­te­go nic nie pa­mię­ta­łem z tego kosz­ma­ru.

– Mus ci to, Da­mia­nie. Mus nie­odwo­łal­ny! Jeśli nie ty dłoń swą przy­ło­żysz, któż inny czynu tego do­ko­na? Wszak wiesz w sercu swoim, jak wiel­kiej wagi to spra­wa…

Czego do­ko­na? – Za­sze­le­ści­ło w gło­wie dość sen­sow­ne py­ta­nie, na które mia­łem na­dzie­ję zna­leźć od­po­wiedź w tym po­sra­nym fil­mie.

– Po­mnij ze sta­ran­no­ścią po­chwy­cić okiem ka­me­ry krąg ów i znak w nim za­war­ty! Mu­sisz bo­wiem za­ry­sy jego w pa­mię­ci swej utrwa­lić, by ręka twoja nie chy­bi­ła, gdy po­wtór­nie bę­dziesz linie kre­ślił.

Oczy­wi­ście moja po­tul­na wer­sja z na­gra­nia po­słu­cha­ła wuja i dzię­ki temu zo­ba­czy­łem kształt w całej oka­za­ło­ści. Przy­po­mi­nał pi­ra­mi­dę wpi­sa­ną w okrąg, ze spi­ra­la­mi obok każ­de­go z jej kątów. Na­stęp­nie Dy­mitr po­ło­żył się we­wnątrz ma­lun­ku i za­czął szep­tać pod nosem ja­kieś nie­zro­zu­mia­łe słowa. Wy­glą­dał przy tym jak pie­przo­ny Se­ve­rus Snape z Harry'ego Pot­te­ra, tyle że po dzie­siąt­kach lat spę­dzo­nych w Az­ka­ba­nie. Ab­surd wid­nie­ją­cy przed ocza­mi wy­wo­łał na mojej twa­rzy ner­wo­wy uśmiech. Ale tylko do czasu, aż zo­ba­czy­łem, dokąd to zmie­rza. Tam­ten ja zza ka­me­ry te­le­fo­nu pod­szedł do niego z krysz­ta­ło­wym szty­le­tem i uklęk­nął tuż obok, na jed­nej z bocz­nych spi­ral pi­ra­mi­dy. Ostat­nie słowa wuja Dy­mi­tra brzmia­ły tak:

– Gdy trzy dni prze­mi­ną, sta­wić się tutaj we­spół z Julią mu­si­cie! Wszel­ka wie­dza nie­odzow­na zo­sta­ła ci już wy­ło­żo­na. Jeno wy dwoje osta­li­ście się przy mym boku z rodu na­sze­go… Mu­si­my zło to sro­gie po­wstrzy­mać!

– Co po­wstrzy­mać?! – myśl wy­rwa­ła mi się z gar­dła, ale szyb­ko tam wró­ci­ła, gdy zo­ba­czy­ła, co się dalej od­je­ba­ło.

Gość po­da­ją­cy się za mnie odło­żył te­le­fon, zmyśl­nie oparł go o cegłę, a na­stęp­nie chwy­cił krysz­ta­ło­we ostrze obu­rącz i dźgnął wuja pro­sto w serce. I znowu. I znowu. I jesz­cze raz. I po raz ko­lej­ny, a jucha try­ska­ła z rany jak w le­ci­wych hor­ro­rach, któ­rych re­ży­se­ro­wie się wsty­dzą po dziś dzień.

Mój mózg za­czął pro­te­sto­wać razem z żo­łąd­kiem, więc wy­bacz­cie, że nie podam do­kład­nej licz­by pchnięć. Było ich w każ­dym razie tyle, że gdy tam­ten ja wziął te­le­fon do ręki, za­uwa­ży­łem w klat­ce pier­sio­wej wuja dziu­rę wiel­ko­ści piłki do te­ni­sa.

Zanim zha­fto­wa­łem się na zie­mię żół­cią i zde­cy­do­wa­nie nie chcę wie­dzieć czym jesz­cze, zo­ba­czy­łem ostat­nie se­kun­dy filmu. Moje alter ego spoj­rza­ło pro­sto w obiek­tyw i wy­pa­li­ło coś ta­kie­go:

– Da­mian. Mu­si­my ura­to­wać wuja!

Co, kurwa?! Prze­cież go wła­śnie za­bi­li­śmy! Wszel­ka lo­gi­ka, któ­rej do tej pory się trzy­ma­łem, pod­ję­ła wła­śnie de­cy­zję o wy­pro­wadz­ce i z do­no­śnym trza­skiem za­mknę­ła za sobą drzwi.

– Wiem, że to wy­da­je się dziw­ne, ale mu­sisz mi za­ufać – to zna­czy sobie.

Je­stem ostat­nią osobą, któ­rej bym za­ufał. Zwłasz­cza teraz. – Jakoś tak mi się po­my­śla­ło, gdy osza­la­ły umysł pró­bo­wał ana­li­zo­wać całą tę baśń o złym magu śmier­ci, klą­twie i wa­lecz­nym Da­mia­nie – za­bój­cy wujka.

– Co­kol­wiek by się nie dzia­ło, mu­sisz tu wró­cić za trzy dni – je­de­na­ste­go lipca o go­dzi­nie dru­giej dwa­dzie­ścia dwie w nocy. Mu­si­my do­peł­nić ry­tu­ału wuja i go oży­wić.

2:22, a nie 3:33? Za­sta­na­wia­łem się w duchu reszt­ka­mi zdro­wych zmy­słów, czy oby ten drugi ja przy­pad­kiem cze­goś nie po­pier­do­lił.

– Ko­niecz­nie bądź z Julią! Spro­wadź ją nawet siłą jeśli bę­dzie trze­ba! Wiem, jaka ona jest… Ale tu cho­dzi rów­nież o jej życie! Za­pa­mię­taj do­brze ten wzór, tak na wszel­ki wy­pa­dek. Mag śmier­ci nie śpi i chuj wie, czy nie po­zba­wi nas tego na­gra­nia. Gdy wy­bi­je od­po­wied­nia go­dzi­na, na­tnij skórę Julii szty­le­tem z krysz­ta­łu. Po wszyst­kim wy­po­wiedz­cie rów­no­cze­śnie słowa – "He'eman­ta la-ze ti-pesz!"… Aaaa, był­bym za­po­mniał – ostrze scho­wam w pral­ce. Bę­dzie tam też ko­szu­la, w któ­rej teraz je­stem. Za­pi­szę ci na niej to za­klę­cie – na wy­pa­dek, gdyby mag śmier­ci do­rwał się do skrzyn­ki ma­ilo­wej – i adres tej fa­bry­ki. Nie włą­czaj pra­nia!

Mój wzrok mi­mo­wol­nie za­wę­dro­wał w kie­run­ku ła­zien­ki.

– Jesz­cze jedno, Da­mian – nie spier­dol cho­ciaż tego, bła­gam cię.

Ekran zgasł. Nagle po­wró­cił widok skrzyn­ki pocz­to­wej, a z nim moje funk­cje ży­cio­we.

Pa­mię­tam, że jak tylko zro­zu­mia­łem, iż brud na moich dło­niach to za­schnię­ta krew wujka, pu­ści­łem ko­lej­ne­go pawia na pod­ło­gę i na czwo­ra­ka, z pa­lą­cym prze­ły­kiem, do­czoł­ga­łem się jakoś do ła­zien­ki.

Nigdy, kurwa, prze­nig­dy, nawet w naj­gor­szym ćpuń­skim tran­sie, nie bałem się pral­ki tak jak wtedy.

***

– Tim ti­rim­tim tim ti­rim­tim tim tirim…

Dzwo­nił te­le­fon. Ten sam, któ­rym na­gry­wa­łem to chore gówno. A ja le­ża­łem za­rzy­ga­ny przy otwar­tej pral­ce, ści­ska­jąc w gar­ści szty­let ze sta­rych fil­mów o Co­na­nie Bar­ba­rzyń­cy. Zanim zde­cy­do­wa­łem się otwo­rzyć jej drzwicz­ki, mi­nę­ło prze­szło pół­to­rej go­dzi­ny. Przez na­stęp­ne dwie pró­bo­wa­łem się oswo­ić z tym co zo­ba­czy­łem – było to wy­star­cza­ją­co długo, aby wyryć sobie w pa­mię­ci pie­przo­ny adres sta­rej fa­bry­ki i za­klę­cie, które moje alter ego wy­pi­sa­ło krwią wuja na ko­szu­li. Krwią. Wła­sne­go wujka. Na ko­szu­li. Cza­icie ten ab­surd? Nie? No to dodam, że na bia­łej.

– Tim ti­rim­tim tim ti­rim­tim…

Po­pa­trzy­łem otu­ma­nio­ny na świe­cą­cy ekran ko­mór­ki. Julia. Zde­cy­do­wa­łem się ode­brać. A może to jakaś głę­bo­ko ukry­ta część mnie pod­ję­ła de­cy­zję? Cząst­ka, która de­spe­rac­ko po­trze­bo­wa­ła uzie­mie­nia, zła­pa­nia ja­kie­go­kol­wiek sta­bil­ne­go punk­tu za­cze­pie­nia w rze­czy­wi­sto­ści.

– Tak… – mój głos brzmiał jak pisk za­rzy­na­ne­go pro­się­cia.

Odkąd się obu­dzi­łem, w ustach mia­łem Sa­ha­rę, ale nie byłem w sta­nie nawet nalać sobie szklan­ki wody. We­pchną­łem łeb pod kran w umy­wal­ce, chci­wie ła­piąc lo­do­wa­te kro­ple.

– Da­mian? – głos w słu­chaw­ce brzmiał jak je­dy­na deska ra­tun­ku. – Co ty ro­bisz? My­jesz zęby?

– Je­stem… je­stem – wy­du­si­łem, wy­cie­ra­jąc usta wierz­chem dłoni.

– Jeśli sto­isz, to le­piej usiądź…

Le­piej nie – po­my­śla­łem, omia­ta­jąc wzro­kiem za­rzy­ga­ne ka­fel­ki. Ale szyb­ko zda­łem sobie spra­wę, że nie zrobi to już żad­nej róż­ni­cy. I tak pły­wa­łem – prze­pra­szam, to­pi­łem się – w jed­nej, wiel­kiej wy­mio­ci­nie nie­do­rzecz­no­ści. W pier­wot­nej zupie czy­ste­go sza­leń­stwa.

Julia nie zda­jąc sobie spra­wy z moich głę­bo­kich prze­my­śleń, po krót­kiej pau­zie wręcz wy­cią­gnę­ła kró­li­ka z ka­pe­lu­sza, do­kład­nie tak, jak nie­gdyś robił to nasz uko­cha­ny wu­ja­szek.

– Dy­mitr nie żyje! – Chyba pła­ka­ła, a przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wa­ło. – Wujek… Wujek Dima zo­stał za­mor­do­wa­ny…

Żółć znowu po­de­szła mi do gar­dła. Słowo „za­mor­do­wa­ny” za­kłu­ło wy­jąt­ko­wo mocno, choć od dawna po­dej­rze­wa­łem się o cał­ko­wi­ty uwiąd emo­cjo­nal­ny.

– Ach… tak. – Tylko tyle po­tra­fi­łem wy­krztu­sić w tam­tym mo­men­cie.

– Ach, tak?! To wszyst­ko, co masz do po­wie­dze­nia?!

W za­sa­dzie miała rację. Ale skąd mogła wie­dzieć, jak bar­dzo cięż­ko mi teraz po­ro­zu­mie­wać się z kimś na po­zio­mie wyż­szym niż na­stro­szo­ny prze­ter­mi­no­wa­ny­mi jo­in­ta­mi i kie­pa­mi jeż z sa­lo­nu?

 

W sumie, to za­chcia­ło mi się palić, może pójdę z nim po­roz­ma­wiać i…

 

– Halo!? Sły­szysz mnie!? Co z tobą!? – prze­rwa­ła mi myśl, lecz nie mia­łem jej za złe. Nie szła w do­brym kie­run­ku…

– Julia… jak… Jak to się mogło stać? – wy­krztu­si­łem, siląc się na po­zo­ry nor­mal­no­ści i ja­kie­kol­wiek za­sko­cze­nie.

– Nie wiem… Nie mam po­ję­cia! Ponoć ktoś od­na­lazł jego ciało, cał­kiem nie­daw­no. Na miej­scu jest już po­li­cja i bada teren…

Jej głos lekko drżał, była szcze­rze prze­ra­żo­na i chyba za­ła­ma­na. W prze­ci­wień­stwie do mnie, na­praw­dę ko­cha­ła wuja Dy­mi­tra i jego przed­po­to­po­wy styl. Ja zaś mia­łem go w dupie. Od bar­dzo dawna. Choć wy­cho­dzi na to, że on mnie głę­biej. Tak tylko wnio­sku­ję po tej psy­cho­zie, w którą mnie wpę­dził. 

– Za chwi­lę tam jadę. Jak się cze­goś do­wiem, to za­dzwo­nię. Bądź pod te­le­fo­nem. I do cho­le­ry… Masz być trzeź­wy! Bę­dzie­my mu­sie­li jakoś za­ła­twić spra­wę po­grze­bu. By­li­śmy jego je­dy­ną ro­dzi­ną…

 

No po­patrz, cie­ka­we czemu?

 

Pra­wie mi się wy­msknę­ło wraz ze śliną, ciek­ną­cą na za­faj­da­ne ka­fel­ki.

– Jasne… Jasne, okej. Będę… Będę trzeź­wy, tak. Cze­kam na…na…na…na…

– Te­le­fon!? – ryk­nę­ła do słu­chaw­ki. – Idio­ta…

Nawet jeśli bym chciał sta­wić opór tej nie­spra­wie­dli­wej oce­nie mojej osoby, to i tak bym nie zdą­żył, bo w słu­chaw­ce za­le­gła gro­bo­wa cisza. 

 

Ha, gro­bo­wa! Po­grzeb wujka! To mi się udało! 

 

Choć po – nie­ste­ty zbyt dłu­gim, aby mieć choć cień sza­cun­ku do sie­bie – na­my­śle z przy­kro­ścią muszę stwier­dzić, że chyba jed­nak nie. Może fak­tycz­nie je­stem idio­tą. Trud­no.

Ob­my­łem twarz wodą i mi­mo­cho­dem spoj­rza­łem w lu­stro. Jasne ko­smy­ki tłu­stych wło­sów lśni­ły jak Je­dy­ny Pier­ścień. Na szyi mia­łem jesz­cze za­schnię­tą krew wuja. A w oczach… O oczach to le­piej nie mówić. Słowo „obłęd” by­ło­by tu wy­bit­nie nie­spra­wie­dli­wym nie­do­mó­wie­niem.

Na ka­fel­kach leżał krysz­ta­ło­wy szty­let. Po­mi­mo że upa­prał się w moich rzy­go­wi­nach, wcale nie stał się przez to bar­dziej obrzy­dli­wy w mojej oce­nie. Wręcz prze­ciw­nie – soki tra­wien­ne do­da­wa­ły mu przy­ziem­nej nor­mal­no­ści, któ­rej tak bar­dzo teraz pra­gną­łem.

Wzią­łem głę­bo­ki od­dech i po­sze­dłem po Xanax. Stwier­dzi­łem, że w ta­kiej sy­tu­acji po­ło­wa koń­skiej dawki musi wy­star­czyć, jeśli mam prze­żyć roz­mo­wę z sio­strą.

Jak nigdy dotąd za­pra­gną­łem wziąć prysz­nic, by zmyć z sie­bie choć tro­chę tego łajna, które moje dru­gia ja zrzu­ci­ło na mnie wraz z wujem. Tak też zro­bi­łem. Nawet się ogo­li­łem. W przy­pły­wie lek­kiej eu­fo­rii po ben­zo­dia­ze­pi­nie, zdo­ła­łem jesz­cze upo­rząd­ko­wać nieco miesz­ka­nie, by prze­sta­ło przy­po­mi­nać me­li­nę rodem z Dzie­ci z Dwor­ca Zoo.

W końcu usia­dłem na krze­śle. W dło­niach ob­ra­ca­łem krysz­ta­ło­we ostrze. Sie­dzia­łem tak sobie, tępo wpa­tru­jąc się w ten zgni­ło­zie­lo­ny nóż, gdy nagle do­tar­ły do mnie słowa mojej sio­stry. Nie, nie do­tar­ły, spa­dły mi na głowę, ni­czym pie­przo­ny for­te­pian z Toma i Jerry’ego!

„Na miej­scu jest już po­li­cja i bada teren…”

Pra­wie pod­sko­czy­łem pod sufit, o mało nie roz­wa­la­jąc o niego łba. Gdy­bym miał for­te­pian, sam bym spu­ścił go sobie na pustą łe­pe­ty­nę!

Nigdy w życiu tak szyb­ko nie po­my­łem pod­łóg. Ba, nawet nie pa­mię­ta­łem, kiedy w ogóle ostat­nio je myłem. 

 

Szko­da, że nie za­sta­no­wi­łem się, po co w ogóle za­czą­łem je myć? Jakby mogło mnie to od cze­go­kol­wiek uchro­nić. No nic, wi­docz­nie lubię mar­no­wać ener­gię na ruchy, które nie przy­no­szą po­żyt­ku. W końcu mam już wie­lo­let­nią prak­ty­kę!

 

Za­krwa­wio­ną ko­szu­lę pra­łem w ta­kiej de­spe­ra­cji, że za każ­dym razem, gdy wy­cią­ga­łem ją z tej kosz­mar­nej pral­ki i wi­dzia­łem mi­zer­ne efek­ty, wkła­da­łem ją z po­wro­tem i na­sta­wia­łem cykl od nowa.

 

Na­praw­dę bar­dzo lu­bi­łem tę je­dy­ną w swoim ro­dza­ju ko­szu­lę z wy­so­kim koł­nie­rzy­kiem. Choć w całym tym obłę­dzie, za­czy­na­łem ro­zu­mieć, że chyba czas ze­rwać tę więź.

 

Zwięk­szy­łem tem­pe­ra­tu­rę do sześć­dzie­się­ciu stop­ni, do­sy­py­wa­łem wy­bie­la­cza ło­pa­ta­mi, jak­bym od­śnie­żał chod­nik. Re­ali­zo­wa­łem pod­ręcz­ni­ko­wą de­fi­ni­cję sza­leń­stwa – ro­bi­łem w kółko to samo, li­cząc na inne re­zul­ta­ty. Jed­nym sło­wem – cały ja.

 

No może bez "cały". Skoro tak od­waż­nie rzu­cam się aby spro­wa­dzać całe swe je­ste­stwo do jed­ne­go słowa, to cho­ciaż po­wi­nie­nem trzy­mać się zasad, nie? Samo "Ja" w zu­peł­no­ści wy­star­czy. Jak w Bi­blii: "Jam Jest"… Kurwa. Wróć­my.

 

Po ósmym razie za­przę­ga­nia pral­ki do rze­czy nie­moż­li­wych, od­pu­ści­łem. Ko­szu­la pra­wie roz­la­ty­wa­ła mi się w dło­niach, a na miej­scu krwi zo­stał rdza­wy zarys plamy, bo chlor od­bar­wił ma­te­riał do­kład­nie tam, gdzie wcze­śniej wsią­kła po­so­ka. Za­śmia­łem się sza­leń­czo, po­dar­łem szma­tę na mniej­sze ka­wał­ki, a potem spa­li­łem ją w po­piel­nicz­ce na bal­ko­nie. Moi są­sie­dzi byli wie­ko­wi, w do­dat­ku do­sko­na­le przy­zwy­cza­je­ni do dziw­nych smro­dów z mo­je­go miesz­ka­nia, więc nawet jeśli coś wy­czu­li, pu­ści­li to mimo nosa. 

 

Żal tylko, że mu­sia­łem zabić przy tym mo­je­go jeża, by upchnąć w nim skraw­ki uko­cha­nej ko­szu­li. Trud­no. Po­zwo­lę sobie na łzy, jak już się z tego wszyst­kie­go wy­ka­ra­skam. Wy­ho­du­ję no­we­go. Po pro­stu nazwę go tak samo i nawet nie za­uwa­ży, że umarł. Tak jak mój wuj Dy­mitr, który prze­cież wróci za trzy pie­przo­ne dni, o dru­giej dwa­dzie­ścia dwie… Bo cze­muż kurwa miał­by nie wró­cić?

 

Uzna­łem, że te myśli nie dzia­ła­ją na mnie ko­ją­co, a zwłasz­cza wzmian­ka o wujku i jego rze­ko­mym zmar­twych­wsta­niu nie na­pa­wa­ły zbyt­nią otu­chą. Nie dla­te­go, że jego po­wrót był mi nie w smak. Wręcz prze­ciw­nie – pra­gną­łem całym ser­cem, by po­wró­cił z mar­twych. Wtedy nikt by mnie nie ska­zał za mor­der­stwo.

Mor­der­stwo… 

Zaraz potem w moim łbie od­pa­lił się istny seans pa­ra­noi. Wy­obra­zi­łem sobie na­gra­nia z miej­skie­go mo­ni­to­rin­gu: śro­dek nocy, a po chod­ni­ku we­so­ło spa­ce­ru­je sobie jakiś gość w za­krwa­wio­nej, bia­łej ko­szu­li z wy­so­kim koł­nie­rzy­kiem. No, nor­mal­nie zwy­kły chło­pak, ot, po­bru­dził się tro­chę czy­jąś krwią. Oj tam, oj tam. Może ktoś go oblał so­kiem po­mi­do­ro­wym? Albo czer­wo­nym drin­kiem? Kij z tym, że szedł pro­sto od stro­ny tej samej fa­bry­ki, w któ­rej po­li­cja wła­śnie zna­la­zła zwło­ki. Na pewno miał dobry powód, by tam być. Prze­stań­my cze­piać się chło­pa­ka! Niech po­li­cja le­piej zaj­mie się czymś po­waż­nym, na przy­kład ma­giem śmier­ci…

Prze­rwa­łem te roz­my­śla­nia. W sumie to nie było mi do śmie­chu. Prę­dzej do cał­ko­wi­te­go za­pad­nię­cia się w sobie. Strach za­ata­ko­wał mnie z taką siłą, jak po paru nie­prze­spa­nych noc­kach z me­fe­dro­nem, gdy na­słu­chi­wa­łem pod drzwia­mi każ­de­go szme­ru. Tylko ten lęk nie był ir­ra­cjo­nal­ny jak tam­ten. Ot, taki szko­puł.

 

Od­dy­chaj, od­dy­chaj, od­dy­chaj.

 

Jak man­trę po­wta­rza­łem sam do sie­bie, li­cząc na to, że mój mózg coś wy­my­śli. Ale nie było czego wy­my­ślać. Za­ła­ma­łem się więc, zwi­sną­łem z krze­sła i prze­oble­kłem w kulkę tur­la­jąc się po pod­ło­dze ni­czym wa­riat w wieży sza­leń­ców, o któ­rej oglą­da­łem kie­dyś pro­gram do­ku­men­tal­ny na Di­sco­ve­ry. A może jak ta pi­łecz­ka żuka gno­ja­rza? Z czego ona była tak wła­ści­wie…?

Po ja­kimś cza­sie jed­nak wsta­łem. Nie pa­mię­tam jed­nak czemu…

 

Może już nie chcia­łem być kulką? Może po­trze­bo­wa­łem siku? Nie, chyba nie, a nawet jeśli, to i tak mar­ność i pogoń za wia­trem, bo niby jak mo­gło­by to mnie ura­to­wać? Od­da­wa­nie moczu jesz­cze nigdy nie zba­wi­ło świa­ta… Ani tym bar­dziej nie ura­to­wa­ło przed karą cięż­kie­go wię­zie­nia za mor­der­stwo.

 

A już pa­mię­tam. Po­sta­no­wi­łem – cał­kiem roz­trop­nie – że scho­wam ten pie­kiel­ny nóż zanim z ża­ło­by za moją utra­co­ną po­czy­tal­no­ścią zro­bię sobie krzyw­dę. Ski­tra­łem go do skryt­ki pod pa­ne­lem pod­ło­go­wym, gdzie zwy­kle trzy­ma­łem nie­do­zwo­lo­ne sub­stan­cje i spró­bo­wa­łem się uspo­ko­ić. Mój wzrok spo­czął na „ła­ko­ciach”. Nie wzią­łem wcze­śniej od­po­wied­niej ilo­ści benzo, więc jego dzia­ła­nie za­le­d­wie mnie ła­sko­ta­ło, za­miast le­czyć ob­ja­wy gi­gan­tycz­ne­go stre­su po­ura­zo­we­go, za­ser­wo­wa­ne­go mi przez je­dy­ne­go człon­ka ro­dzi­ny ja­kie­go mia­łem. No może poza nie­sta­bil­ną emo­cjo­nal­nie sio­strą. Ale jej nie liczę, bo jej prze­cież nie za­bi­łem.

Gdy tak wpa­try­wa­łem się w moją skrzyn­kę skar­bów, przy­szło mi do głowy, żeby do­rzu­cić jed­nak parę ta­ble­tek i skon­tro­wać to reszt­ką mor­fi­ny, która mi po­zo­sta­ła. Dawno nie łą­czy­łem tych dwóch świa­tów, bo na dnie czasz­ki tliły mi się ostat­nie reszt­ki in­stynk­tu sa­mo­za­cho­waw­cze­go, ale w tym przy­pad­ku… to albo ten miks, albo pie­przo­ny scy­zo­ryk wuja Dy­mi­tra. Lecz tym razem tkwią­cy w moim wła­snym sercu.

– Tim ti­rim­tim tim ti­rim­tim tim tirim…

 

Kurwa. To znowu ona, moja sio­stra. Aku­rat teraz…

 

– Tak?! – wark­ną­łem wy­jąt­ko­wo nie­mi­łym tonem, bo prze­czu­wa­łem, że z pla­nów cał­ko­wi­te­go od­cię­cia się od świa­ta zaraz będą nici.

Julia albo przy­wy­kła do moich hu­mo­rów, albo po pro­stu kom­plet­nie zi­gno­ro­wa­ła mój gniew.

– Je­steś w domu? – za­py­ta­ła, nie ba­wiąc się w kur­tu­azje.

 

Oho, wie­dzia­łem, za­czy­na się.

 

– Tak. Ni­g­dzie się nie wy­bie­ram, a co?

– Jadę do cie­bie. Mu­si­my po­mó­wić.

– A nie mo­że­my przez te­le­fon? Albo tro­chę póź…

– Nie – ucię­ła krót­ko. – Będę za pięć minut.

I osten­ta­cyj­nie zrzu­ci­ła po­łą­cze­nie, zanim mo­głem ją po­in­for­mo­wać, że w miesz­ka­niu tro­chę capi.

 

Tak to jest, jak pa­lisz na bal­ko­nie ra­dio­ak­tyw­ne od­pa­dy, przy otwar­tych na oścież wszyst­kich oknach, żeby chata się w tym cza­sie wie­trzy­ła z in­ne­go smro­du…

 

Ko­cha­na sio­strzycz­ka za chwi­lę bę­dzie. No cóż, przy­naj­mniej sprząt­ną­łem cały kwa­drat. Szko­da tylko, że oprócz za­pa­chu spa­lo­nej ko­szu­li z koł­nie­rzy­kiem, w każ­dym kącie wa­li­ło jesz­cze do tego chlo­rem, jak na ba­se­nie po tym nie­szczę­snym pra­niu…

***

– Co tu tak śmier­dzi chlo­rem?! I… jakąś sadzą? Kom­pot jakiś go­tu­jesz!? Już tak nisko upa­dłeś?

– Cześć, sio­stra… A, nic ta­kie­go. Za chwi­lę smród się w pełni ulot­ni. Zu­peł­nie jak moje życie.

 

Wy­msknę­ło mi się. A tak się sta­ra­łem, by jed­nak zo­sta­ło w gło­wie.

 

Spoj­rza­ła na mnie spod łba, jakby pró­bo­wa­ła mi dać do zro­zu­mie­nia, że żarty w ta­kich chwi­lach są skraj­nie nie na miej­scu. Gdyby tylko wie­dzia­ła, że ja wcale nie żar­tu­ję.

– Szu­ka­ją mor­der­cy wujka – rze­kła i usia­dła na moim krze­śle ob­ro­to­wym, to­tal­nie się krzy­wiąc, jakby sia­da­ła na słyn­nym se­de­sie z filmu Tra­in­spot­ting. – Roz­ma­wia­łam z pro­ku­ra­to­rem. Mają spraw­dzić cały mo­ni­to­ring w oko­li­cy tej fa­bry­ki.

Wyraz „mo­ni­to­ring” w ułam­ku se­kun­dy stał się w mojej gło­wie sy­no­ni­mem śmier­ci. Twarz zbla­dła mi tak bar­dzo, że przy­po­mi­na­łem mima.

– Masz ja­kieś pie­nią­dze? – cią­gnę­ła Julia. – Mu­si­my po­cho­wać wujka… a jak się oka­za­ło, nie był ubez­pie­czo­ny.

Na temat fi­nan­sów wo­la­łem się nie wy­po­wia­dać. Mi­nę­ły już dwa mie­sią­ce, odkąd wy­rzu­ci­li mnie z pracy, a moim je­dy­nym źró­dłem za­rob­ku były nar­ko­ty­ki i ha­zard. Te pierw­sze mia­łem głów­nie na wła­sny uży­tek. Oczy­wi­ście nie dla­te­go, że byłem aż tak mocno wpie­przo­ny w dragi – choć kogo ja wła­ści­wie chcę oszu­kać? Po pro­stu di­ler­ka wy­ma­ga­ła kon­tak­tów spo­łecz­nych, od któ­rych z każ­dym dniem coraz bar­dziej stro­ni­łem. Za to z ha­zar­dem na szczę­ście szło mi cał­kiem nie­źle. Nie byłem rzecz jasna ja­kimś Ja­me­sem Bon­dem, co to po ka­sy­nach lata i w po­ke­ra tnie la­mu­sów na grube mi­lio­ny. Moim ka­sy­nem były nie­wi­dzial­ne dla po­rząd­nych ludzi budki z jed­no­rę­kim ban­dy­tą. Mia­łem ja­kieś takie głu­pie szczę­ście, że za­wsze, gdy bra­ko­wa­ło mi na czynsz czy ra­chun­ki, to Pani For­tu­na uro­ni­ła mi ze swej pier­si parę kro­pel. Ale na pewno nie tyle, by za­do­wo­lić nimi sio­strę.

– Nie od­po­wie­dzia­łeś na py­ta­nie…

– Mam ja­kieś ty­siąc zło­tych na kon­cie… ale ro­zu­miem, że nie o ta­kich kwo­tach mó­wisz.

– Świet­nie, czyli znowu będę mu­sia­ła się za­po­ży­czyć. Tobie żaden bank nie da po­życz­ki… pew­nie nawet chwi­lów­ki by ci nie przy­zna­li.

Nie od­po­wie­dzia­łem, po­ki­wa­łem tylko tępo głową. Uczest­ni­cze­nie w tej roz­mo­wie kosz­to­wa­ło mnie zbyt wiele ener­gii. My­śla­mi byłem zu­peł­nie gdzie in­dziej. Mia­no­wi­cie w celi z pa­ro­ma pa­na­mi, któ­rym z ja­kie­goś po­wo­du bar­dzo się po­do­bam fi­zycz­nie…

Julia po­pa­trzy­ła na mnie wni­kli­wiej, jakby pró­bo­wa­ła wwier­cić się wzro­kiem pro­sto do łba, lecz po chwi­li jej spoj­rze­nie zmię­kło. Zo­ba­czy­łem w nim współ­czu­cie. Nie­na­wi­dzi­łem jak tak na mnie pa­trzy­ła.

– Na pewno wszyst­ko okej, Da­mian? Je­stem twoją sio­strą, znam cię od za­wsze. Prze­cież widzę, że coś jest nie tak. To śmierć wuja tak na cie­bie za­dzia­ła­ła, praw­da?

Nie wy­trzy­ma­łem. Ryk­ną­łem nie­kon­tro­lo­wa­nym, dzi­kim re­cho­tem. Przez dłuż­szą chwi­lę nie mo­głem się uspo­ko­ić, a Julia ga­pi­ła się na mnie jak na kom­plet­ne­go im­be­cy­la. Chyba na­praw­dę tra­ci­łem już reszt­ki zdro­we­go roz­sąd­ku.

– Do­brze się czu­jesz, zje­bie?!

– Nie. To zna­czy… tak – za­prze­czy­łem szyb­ko sam sobie, ła­piąc od­dech. – Po pro­stu mało spa­łem ostat­nio.

– Aha – kul­tu­ral­nie dała mi znać, co myśli o mojej wy­mów­ce. – Oprócz po­grze­bu przy­szłam ci po­wie­dzieć, że jutro rano muszę je­chać do pro­ku­ra­tu­ry. Śled­czy, który pro­wa­dzi spra­wę mor­der­stwa, chciał­by rów­nież z tobą po­roz­ma­wiać.

– O czym?! – nie­mal wrza­sną­łem, aż drgnę­ła.

– O wujku idio­to, a o czym?

– Ale ja jutro mam…

– Gówno mnie ob­cho­dzi, co jutro masz! – Moja sio­stra w końcu ob­na­ży­ła pa­zu­ry. – Choć raz za­cho­waj się tak, jak przy­sta­ło na twój wiek. Masz pra­wie dwa­dzie­ścia sześć lat, go­ściu! Noż kurwa…

– Julia… ja nie mogę… Ja nie mogę tam po­je­chać – bąk­ną­łem.

Czu­łem, że tracę siły. Dzień ledwo się za­czął, a ja już byłem do­szczęt­nie wy­cień­czo­ny ner­wo­wo. I wła­śnie wtedy, nagle, wpadł mi do głowy ten po­mysł. Tak ob­le­śny w swo­jej na­tu­rze, a za­ra­zem tak po­twor­nie głupi, że chyba tylko taki ży­cio­wy prze­gryw jak ja mógł na niego wpaść. No ale za­miast wy­ja­śniać, po pro­stu opo­wiem, co było dalej.

– A to niby dla­cze­go nie mo­żesz, co? Tylko nie mów, że idziesz do pracy. Do­brze wiem, że ni­g­dzie nie ro­bisz. Nawet nie za­py­tam, skąd masz kasę na życie… Choć bez trudu się do­my­ślam.

– Julia… – wy­po­wie­dzia­łem jej imię naj­ła­god­niej­szym tonem, na jaki po­tra­fi­łem się jesz­cze zdo­być. – A gdyby wujek wcale nie umarł? Gdyby mógł… do nas wró­cić? Chcia­ła­byś tego?

Spoj­rza­ła na mnie, jak­bym za­pro­po­no­wał jej ka­nap­kę z prze­ter­mi­no­wa­nym śle­dziem.

– Co ty w ogóle pierd…

– Po­słu­chaj mnie! Wujek nie umarł. Mogę to… udo­wod­nić. Jeśli chcesz.

– No kurwa, nie wie­rzę! – Jej pa­zu­ry sta­wa­ły się coraz bar­dziej za­bój­cze. – Mamy do za­ła­twie­nia tak ku­rew­sko ważną spra­wę, a ty, po­mi­mo że cię bła­ga­łam, na­ćpa­łeś się ja­kie­goś ścier­wa!

– Nic nie bra­łem! Zna­czy się… wzią­łem tylko kilka ta­ble­tek Xa­na­xu, ale to na uspo­ko­je­nie. Jak zo­ba­czysz to, co ja zro­zu­miesz. Po­ka­zać ci?

– Że co? – Wy­glą­da­ła na kom­plet­nie roz­bi­tą, a jej oczy za­szły łzami.

Mimo że nigdy w życiu by tego gło­śno nie przy­zna­ła, wie­dzia­łem, że kocha mnie nad życie. Widok sta­cza­ją­ce­go się brata w po­łą­cze­niu ze śmier­cią wuja mu­siał być dla niej pie­kłem. I do­kład­nie na to li­czy­łem.

– Po­słu­chaj mnie. Chwi­la cię nie zbawi – cią­gną­łem, zbie­ra­jąc w gło­wie roz­bie­ga­ne myśli i de­spe­rac­ko szu­ka­jąc spo­so­bu, by zmu­sić ją do po­słu­szeń­stwa. – Po­ka­żę ci coś o wujku, tylko…

Urwa­łem ce­lo­wo.

– Tylko co?

– Obie­caj, że mi za­ufasz. Obie­caj, że po­zwo­lisz mi mówić do końca i po pro­stu mnie wy­słu­chasz.

Jej wzrok, przed chwi­lą prze­peł­nio­ny wście­kło­ścią i głę­bo­kim smut­kiem, w ułam­ku se­kun­dy zmie­nił się w po­dejrz­li­wy strach.

– Co ty kom­bi­nu­jesz? – nie­mal szep­nę­ła.

– Naj­pierw obie­caj!

– Do­brze, już do­brze, kurwa! Mam już cię dość… – Z jej oczu spły­nę­ły stru­mie­nie łez.

– Trzy­mam cię za słowo, sio­stro.

Prych­nę­ła tylko, od­wra­ca­jąc wzrok, ale w jej oczach do­strze­głem coś jesz­cze. Iskier­ki cho­rej fa­scy­na­cji. To pew­nie z nad­mia­ru emo­cji, uzna­łem w duchu.

Wy­pro­sto­wa­łem się i prze­cią­gną­łem, jak­bym szy­ko­wał się do skoku na głę­bo­ką wodę. Pod­sze­dłem do biur­ka i od­pa­li­łem skrzyn­kę od­bior­czą. Przy­znam wam szcze­rze: mój we­wnętrz­ny głos stra­ceń­ca pod­po­wia­dał mi, że ta wia­do­mość znik­nę­ła. Że to wszyst­ko tylko sobie wy­śni­łem w nar­ko­tycz­nym wi­dzie. Albo że sam mag śmier­ci za­ju­mał na­gra­nie. Jed­nak uno­szą­cy się w po­ko­ju swąd chlo­ru i spa­lo­nej na bal­ko­nie ko­szu­li szyb­ko spro­wa­dził mnie na zie­mię.

Klik­ną­łem.

I tak oto za­czął się seans, któ­re­go mia­łem na­dzie­ję już nigdy wię­cej nie oglą­dać.

***

– Co to, kurwa, było…

Moja sio­stra tylko tyle po­tra­fi­ła z sie­bie wy­du­sić po tym uro­czym fil­mie, który na­gra­łem tak bar­dzo na­ćpa­ny klo­na­ze­pa­nem, że nawet tego nie pa­mię­tam. Nie od­po­wia­da­jąc na jej py­ta­nie, pod­sze­dłem do skryt­ki na dragi. Wy­ją­łem tego obrzy­dli­we­go, zgni­łe­go sku­bań­ca i pod­su­ną­łem jej go pod nos.

– Za­bierz to cho­ler­stwo! Za­bierz to!!! – wy­krzy­cza­ła w pa­ni­ce.

– Cii… Nie krzycz tak. Są­sie­dzi są sta­rzy, ale jed­nak mają uszy…

– Mor­der­co! Jak mo­głeś… Jak mo­głeś mu to zro­bić?!

– Ja nic nie pa­mię­tam, prze­cież mó­wi­łem ci… I bła­gam, ci­szej… I tak mam już do­szczęt­nie prze­rą­ba­ne…

– To na­praw­dę był wuj Dy­mitr… – po­wie­dzia­ła już ci­szej, bar­dziej do sie­bie niż do mnie.

– Tak – mruk­ną­łem. – Bez dwóch zdań. I sły­sza­łaś, co mówił?

Spoj­rza­ła na mnie całą pa­le­tą ne­ga­tyw­nych emo­cji, jakie Bóg kie­dy­kol­wiek stwo­rzył. No nic, prze­ży­ję.

– Mag śmier­ci chce na­szej zguby. Nie wiem jesz­cze dla­cze­go. Z filmu to nie wy­ni­ka­ło. Ale co jeśli… Jeśli to wszyst­ko praw­da?

Dalej się we mnie wpa­try­wa­ła, ale jej wzrok prze­cho­dził już ra­czej prze­ze mnie na wylot. Czu­łem, że osła­bła jak nigdy. To był mo­ment, żeby ude­rzyć z całą siłą.

– Nie mamy wyj­ścia, Julia. Mu­si­my przy­go­to­wać ten ry­tu­ał, jeśli chce­my, żeby wuj wró­cił. Wtedy oczysz­czą mnie z za­rzu­tów…

Za­trzy­ma­łem się na mo­ment, za­sta­na­wia­jąc się, jak pol­ski sąd pod­szedł­by do spra­wy mor­der­stwa, które osta­tecz­nie mor­der­stwem wcale się nie oka­za­ło, bo ofia­ra po pro­stu sobie zmar­twych­wsta­ła. Nie mia­łem jed­nak czasu na tak tęgie roz­k­mi­ny. Trze­ba było uwa­żać na lek­cjach re­li­gii.

– Julia, sły­szysz mnie?!

Pod­nio­sła po­wo­li głowę, ale w jej oczach do­strze­głem już tylko pust­kę.

Prze­rwa­łem na chwi­lę tę wy­mia­nę zdań i po­sze­dłem do kuch­ni. Na­la­łem do szklan­ki tro­chę roz­ga­zo­wa­nej coli, a na­stęp­nie wrzu­ci­łem i roz­pu­ści­łem w niej trzy spore ta­blet­ki Xa­na­xu. Sobie zro­bi­łem po­dob­ną, nieco moc­niej­szą mie­szan­kę.

– Trzy­maj, napij się cho­ciaż tego.

Przy­ję­ła szklan­kę zu­peł­nie bez­wied­nie, bez krzty­ny woli życia, i za­mo­czy­ła usta.

 

Sie­dzie­li­śmy w ciszy przez ja­kieś dwa­dzie­ścia, może trzy­dzie­ści minut. Ona są­czy­ła uspo­ka­ja­ją­cy, che­micz­ny napój, a ja go­rącz­ko­wo kom­bi­no­wa­łem, jak prze­cią­gnąć ją na swoją stro­nę. Trzy ta­blet­ki nic jej nie zro­bią. Uspo­ko­ją nerwy, lęki tro­chę od­pusz­czą, a ja… być może prze­ko­nam ją do planu, który wy­da­wał się moją je­dy­ną szan­są.

– Julia – ode­zwa­łem się w końcu. – Na­praw­dę mu­si­my od­pa­lić ten ry­tu­ał. On… On prze­cież o to pro­sił. Oddał życie za…

– Bo mu je ode­bra­łeś…

– Prze­cież wi­dzia­łaś film! Wy­glą­da­łem tam, jak­bym go, kurwa, za­ata­ko­wał?! – Trosz­kę po­nio­sły mnie nerwy, ale szyb­ko wrzu­ci­łem wstecz­ny bieg. – Sam prze­cież dał mi ten krysz­ta­ło­wy szty­let i kazał się zabi… Julia, przy­się­gam na wszyst­ko, ja na­praw­dę nic nie pa­mię­tam! Po­myśl… Po­myśl, choć przez chwi­lę, jak “ja” się z tym czuję, co?

Na ko­niec ro­ze­gra­łem wy­jąt­ko­wo pa­skud­ną, emo­cjo­nal­ną kartę, wiem.

– Jak to jest w ogóle moż­li­we… – wy­szep­ta­ła, jakby nagle stała się bar­dziej świa­do­ma oto­cze­nia.

To był dobry znak. Leki za­czy­na­ły wcho­dzić na peł­nej.

– Dobre py­ta­nie, sio­stro. Nie­ste­ty, dla mnie to jest tak samo po­sra­ne jak dla cie­bie.

– Ale jak chcesz w ogóle prze­pro­wa­dzić ten ry­tu­ał? Wuj mówił, że trze­ba go za­cząć je­de­na­ste­go lipca o… O któ­rej to było?

– O dru­giej dwa­dzie­ścia dwie – od­po­wie­dzia­łem bły­ska­wicz­nie, z jakąś chorą dumą w gło­sie. Obej­rze­nie tego kosz­ma­ru dwa razy spra­wi­ło, że za­pa­mię­tam każdy detal praw­do­po­dob­nie nawet po śmier­ci.

– A nie o trze­ciej trzy­dzie­ści trzy?

– Nie, o dru­giej dwa­dzie­ścia dwie… Do­kład­nie to pa­mię­tam. Zresz­tą mo­że­my jesz­cze raz obej…

– Nie! – krzyk­nę­ła tak pi­skli­wie, że za­czą­łem się mar­twić, czy Xanax na pewno dzia­ła tak, jak po­wi­nien. – Po pro­stu w hor­ro­rach za­wsze było, że…

– Wiem. Filmy kła­ma­ły, jak widać.

Julia do­pi­ła drin­ka już jakiś czas temu. Ner­wo­wo ob­ra­ca­ła pier­ścio­nek na palcu, aż nagle wsta­ła z krze­sła jak po­pa­rzo­na.

– Da­mian! – Znów pod­nio­sła głos. – Prze­cież oni cię zaraz znaj­dą! Mo­ni­to­ring!

No shit, Sher­lock!  Pomy­śla­łem bez­wstyd­ną an­gielsz­czy­zną, czu­jąc jed­nak lekką ulgę. Będąc w pełni z wami szcze­rym: wła­śnie na tę re­ak­cję cze­ka­łem.

– Wiem, Julia…

– Masz gdzie się ukryć? Co zro­bisz?

My­śla­łem, że to ty coś za­pro­po­nu­jesz… – Od­po­wie­dzia­łem w duchu. Jak widać, wstyd już dawno się mnie nie imał.

– Nie mam gdzie. Moi ko­le­sie od ćpa­nia wy­da­li­by mnie za ćwia­rę helu, nawet gdyby szu­kał mnie sam dia­beł. A inni, któ­rym bar­dziej za­sze­dłem za skórę, sprze­da­li­by mnie pew­nie za naj­tań­sze piwo z Bie­dron­ki. Może… Może ty masz jakiś po­mysł?

 

Myśl, sio­stra, myśl.

 

– Za­wsze to ja mu­sia­łam cię ra­to­wać… – szep­nę­ła, ale jakoś tak ser­decz­nie, nie­mal z no­stal­gią.

No, teraz byłem już pe­wien, że benzo wje­cha­ło na dobre.

– Mam pe­wien po­mysł. Za­miesz­kasz u chło­pa­ków na skło­cie. Jeśli to tylko nie­ca­łe trzy dni, to być może psy nie zdążą cię tam na­mie­rzyć?

– U two­ich kum­pli na skło­cie? Tych pun­ków sprzed lat, z któ­ry­mi się szla­ja­łaś? Z tego, co pa­mię­tam, to spoko go­ście, ale… skąd wiesz, że mnie nie wy­da­dzą, jak wpad­ną tam gliny?

– Bo to anar­chi­ści, głą­bie. Prę­dzej wy­da­dzą sa­mych sie­bie. Po dru­gie… są mi winni przy­słu­gę. I to so­lid­ną.

Moja siora za młodu – nie żeby teraz była stara, dzie­lą nas le­d­wie dwa lata – grała na basie w ka­pe­li hard­co­re-pun­ko­wej i darła ryja do mi­kro­fo­nu. Znała to to­wa­rzy­stwo od pod­szew­ki. Jej plan wydał mi się na chwi­lę obec­ną naj­lep­szym z moż­li­wych. W za­sa­dzie je­dy­nym, jaki mia­łem.

– Okej. To spiesz­my się. Mogli mnie już na­mie­rzyć.

– Chyba kpisz, miesz­kasz w Pol­sce! – za­re­cho­ta­ła nagle, cał­ko­wi­cie zmie­nia­jąc mi­mi­kę twa­rzy.

 

Moż­li­we, że jed­nak prze­sa­dzi­łem z tym benzo, które jej do­sy­pa­łem…

 

– Zanim oni wezmą się do ro­bo­ty, za­bez­pie­czą mo­ni­to­ring, prze­pchną to przez całą tę biu­ro­kra­tycz­ną pa­pie­ro­lo­gię, zanim…

– Dobra, ro­zu­miem. Je­steś autem?

– Tak.

– To je­dzie­my?

– Żar­tu­jesz sobie?

Zmie­rzy­ła mnie wzro­kiem, uśmiech­nię­ta od ucha do ucha, jakby zu­peł­nie za­po­mnia­ła o śmier­ci wuja i o tym, w jak ma­ka­brycz­nej sy­tu­acji się zna­la­złem. Aż za­czą­łem ża­ło­wać, że po­czę­sto­wa­łem ją Xa­na­xem.

– Mam cię wziąć ze sobą do sa­mo­cho­du i pier­dzieć w pa­sia­ki za współ­udział? Zgłu­pia­łeś?

– To jak mam niby do­trzeć na ten skłot?

– Na pie­chot­kę, bra­cisz­ku, na pie­chot­kę.

Wciąż się szcze­rzy­ła. Za­czy­na­ło mnie to już po­tęż­nie draż­nić.

– Prze­cież mó­wi­łaś o mo­ni­to­rin­gu…

– To się prze­bierz. Zrób jakiś ka­mu­flaż. Może za ko­bie­tę? Szczu­pły je­steś, z buźki nawet ładny. Na pewno sobie po­ra­dzisz. Tylko się po­śpiesz. Tik, tak, tik, tak, tik, tak, t…

– Mam się prze­brać za… ko­bie­tę!? – prze­rwa­łem jej cham­sko, bo czu­łem, że zaraz osi­wie­ję z ner­wów.

– A co, ty też z tych, co nie lubią ko­biet? Zrób to dla wuja, jeśli dla sie­bie nie po­tra­fisz.

Wuja, moja droga sio­stro, to ja naj­chęt­niej za­bił­bym jesz­cze raz. – Ja­do­wi­ta myśl zro­dzi­ła się w mojej gło­wie, ale bez­sil­ność i brak per­spek­tyw szyb­ko zna­la­zły na nią od­po­wied­nie serum.

– Dobra… gdzie do­kład­nie jest ten skłot?

– Na ulicy Dmow­skie­go. Nie­da­le­ko Cy­ta­de­li. Na pewno tra­fisz. Trud­no nie za­uwa­żyć wiel­kie­go gma­chu po sta­rej przy­chod­ni, ca­łe­go wy­sma­ro­wa­ne­go graf­fi­ti na­wo­łu­ją­cym do walki kla­so­wej.

 

Skłot na Dmow­skie­go? Cy­nicz­ne su­kin­sy­ny…

 

– Będą wie­dzie­li, kim je­stem?

– Uprze­dzę ich. Po­wo­łaj się na mnie, bra­cisz­ku. Na swoją star­szą sio­strzycz­kę. Tak jak za­wsze to ro­bi­łeś, wtedy w bi­du­lu, gdy cię bili i na­zy­wa­li la­lecz­ką. Pa­mię­tasz?

Wsta­ła. Lekko nią za­chwia­ło, co z ja­kie­goś po­wo­du bar­dzo ją roz­ba­wi­ło, bo po­sła­ła mi na po­że­gna­nie so­czy­ste­go bu­zia­ka. Roz­pię­ła i zdję­ła z sie­bie spód­nicz­kę do kolan – no­si­ła ją w jakiś dziw­ny spo­sób na dżin­sach – po czym rzu­ci­ła ją na ko­mo­dę w przed­po­ko­ju. Z to­reb­ki zaś wy­ję­ła pa­skud­ną fio­le­to­wą szmin­kę.

– Jak­byś nie miał weny, to zo­sta­wiam ci ten szczo­dry dar, tak na dobry po­czą­tek.

Trzy­ma­jąc już za klam­kę, za­nio­sła się jesz­cze gło­śnym, psu­ją­cym mi reszt­ki na­stro­ju śmie­chem, rzu­ci­ła ostat­nie roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie i po pro­stu wy­szła. Jak gdyby nigdy nic.

Ja zaś zo­sta­łem sam – z ucie­ka­ją­cym cza­sem i kom­plet­nym bra­kiem po­my­słów, jak mam, kurwa, przejść przez dwie dziel­ni­ce, nie dając po sobie po­znać, że ja to ja.

Spoj­rza­łem ża­ło­śnie na spód­ni­cę. Nie żeby to była naj­gor­sza czy naj­bar­dziej że­nu­ją­ca rzecz, jaką zro­bi­łem w życiu, ale uzna­łem, że to zde­cy­do­wa­nie za mało, by kto­kol­wiek wziął mnie za dziew­czy­nę.

I nagle – eu­re­ka! Moja stara są­siad­ka! Babka czę­sto cho­dzi w pe­ru­kach, żeby ukryć si­wi­znę, bo córka nie ma dla niej czasu i nie ma kto jej po­far­bo­wać wło­sów. Te swoje sztucz­ne, obrzy­dli­we kłaki re­gu­lar­nie suszy na sznur­kach na bal­ko­nie.

 

Oby… Oby coś tam wi­sia­ło…

 

Nie­mal­że mo­dli­łem się do dia­bli wie­dzą kogo. Nie pa­mię­tam, kiedy na czymś tak mi za­le­ża­ło, jak na tej pie­przo­nej pe­ru­ce sta­rej są­siad­ki.

Wy­bie­głem na bal­kon zer­k­nąć na jej stro­nę.

Jest!

Coś wisi!

Mina mi jed­nak zrze­dła, gdy pod­sze­dłem bli­żej i przyj­rza­łem się temu z bli­ska.

Pstro­ka­to-ru­da z dwoma gru­by­mi, dłu­gi­mi war­ko­cza­mi. Na pewno nie będę miał czasu ani ner­wów, żeby to roz­cze­sy­wać.

No nic. Pippi musi ucie­kać.

I to, kurwa, jak naj­prę­dzej.

***

Za po­mo­cą dwóch po­wią­za­nych mocno try­tyt­ka­mi kijów – od szczot­ki i mopa – ja­kimś cudem udało mi się do­paść tę pie­przo­ną pe­ru­kę. Pra­wie spa­dłem przy tym z bal­ko­nu razem z moim pstro­ka­to-ru­dym „Świę­tym Gra­alem”.

Dodam tylko, że miesz­kam na ósmym pię­trze… Teraz, gdy o tym myślę, ten upa­dek wcale nie wy­da­je się taką złą per­spek­ty­wą. Jed­nak wtedy mia­łem w gło­wie tylko jeden cel – uciec i nie dać się zła­pać.

Scho­wa­łem do ple­ca­ka krysz­ta­ło­we ostrze, te­le­fon z ła­do­war­ką, port­fel, reszt­kę dra­gów, które mi jesz­cze zo­sta­ły, pół pacz­ki fajek i bu­tel­kę roz­ga­zo­wa­nej coli.

Byłem pra­wie go­to­wy. Zo­sta­ło prze­bra­nie.

Ubra­ny w naj­cia­śniej­sze spodnie, jakie mia­łem, z na­rzu­co­ną na nie spód­nicz­ką Julii i jakąś ró­żo­wa­wą, ob­skur­ną bluz­ką, którą zo­sta­wi­ła kie­dyś u mnie pewna ćpun­ka, gna­łem uli­ca­mi mia­sta ni­czym sza­lo­na na­sto­lat­ka. Za­po­mnia­łem o ma­ki­ja­żu – po­mi­ja­jąc tę ob­le­śną fio­le­to­wą szmin­kę, któ­rej nie po­tra­fi­łem po­praw­nie użyć – zresz­tą skąd teraz sko­ło­wać choć­by kred­kę do oczu? Nie mia­łem czasu latać po są­siad­kach. Zresz­tą i tak słabo mnie znały i nie po­ży­czy­ły­by mi nawet szklan­ki za­schnię­tej na ka­mień soli. Mu­sia­ła wy­star­czyć moja „ładna buźka”, jak to okre­śli­ła moja wred­na, na­ćpa­na Xa­na­xem sio­stra.

Wsia­dłem do au­to­bu­su za­stęp­czej linii 222, który pod­je­chał prak­tycz­nie od razu, i szyb­ko za­ją­łem pierw­sze wolne sie­dze­nie. Po­wi­nie­nem nim do­je­chać do­słow­nie pod samą Cy­ta­de­lę. Au­to­bus ide­al­ny. Nawet jego numer spra­wił, że kącik moich ro­ze­dr­ga­nych ust lekko się uniósł. Może fak­tycz­nie duch wuja Dy­mi­tra nade mną czu­wał?

– Ufff… – wes­tchną­łem, już sam nie wie­dząc, czy z ulgi, czy z tej sza­lo­nej na­dziei, którą się kar­mi­łem.

Je­cha­łem dłuż­szy czas spo­koj­nie z lekko spusz­czo­ną głową – by­naj­mniej nie ze wsty­du, prze­cież go nie mia­łem – po pro­stu nie chcia­łem, żeby do­strzegł mnie jakiś zna­jo­my ćpun. Nie teraz. Choć, jak się za chwi­lę oka­za­ło, to wcale nie by­ło­by naj­gor­sze.

Nagle po­czu­łem, jak ktoś kle­pie mnie po ra­mie­niu. Od­wró­ci­łem się in­stynk­tow­nie, w peł­nej pa­ni­ce, jakby stał za mną sam Ro­bo­Cop. W sumie nie­wie­le się po­my­li­łem.

– Ej, młoda, może byś ustą­pi­ła tej pani, co? Sie­dzisz na miej­scu dla eme­ry­tów.

Nie mo­głem, kurwa, uwie­rzyć. Na sie­dze­niu chcia­ła usiąść star­sza babka – ro­do­wi­ta wła­ści­ciel­ka moich no­wych, ru­dych wło­sów. Zda­wa­ła się zu­peł­nie mnie nie roz­po­zna­wać, ale to nie ona była naj­więk­szym zmar­twie­niem.

– Co do chuja?! – Wiel­ki, łysy skin­he­ad wpa­try­wał się we mnie z mie­sza­ni­ną szoku i po­wo­li bu­dzą­cej się w nim czy­stej nie­na­wi­ści. Aż spu­ści­łam… wróć… aż spu­ści­łem wzrok, ni­czym onie­śmie­lo­na dziew­czyn­ka. Na jego woj­sko­wym fleku wid­nia­ły na­szyw­ki bo­jo­we, w tym jedna z prze­kre­ślo­ną tę­czo­wą flagą i dum­nym do­pi­skiem: „Zło Trze­ba Tępić”.

No go­rzej, kurwa, tra­fić nie mo­głem. Szyb­ko wsta­łem, omi­ja­jąc wzro­kiem są­siad­kę, i ustą­pi­łem jej miej­sca. Mia­łem na­dzie­ję, że to jakoś uła­go­dzi dry­bla­sa, ale ten pa­trzył na mnie z peł­nią swo­jej wro­go­ści, mając już kom­plet­nie w dupie star­szą panią, o którą tak bar­dzo się wcze­śniej mar­twił. A ta, wy­obraź­cie sobie, nagle się ode­zwa­ła, wle­pia­jąc swoje śle­pia ob­le­czo­ne gru­by­mi szkła­mi w moją… to zna­czy w swoją wła­sną pe­ru­kę.

– Ładne masz włosy, dziew­czyn­ko. Zu­peł­nie jak moja pe­ru­ka… Ale wy­cho­wa­nia to za grosz. Po­win­naś się wsty­dzić! Le­piej idź do ko­ścio­ła, po­módl się i weź ko­mu­nię, póki czas.

Nawet roz­ba­wi­ły mnie te słowa, ale szyb­ko do­strze­głem w nich po­nu­rą prze­po­wied­nię – jeśli cze­goś na­tych­miast nie wy­my­ślę, to za chwi­lę na­praw­dę wy­lą­du­ję w ko­ście­le. Na mszy po­grze­bo­wej za świę­tej pa­mię­ci Da­mia­na.

– Nie dość, że pedał, to jesz­cze trans! – W końcu kark nie wy­trzy­mał tej ciszy.

Urze­kła mnie jego lo­gi­ka. Urze­kła na tyle, że ledwo wy­ce­dzi­łem przez zęby:

– To… to tylko taka za­ba­wa. Za­ło­ży­łem się z kum­pla­mi.

– Z kum­pla­mi, ta? – od­parł, siląc się na żar­to­bli­wy ton.

Gdy już my­śla­łem, że od­pu­ści, wy­strze­lił nie­na­wist­nym po­ci­skiem tak szyb­ko, że aż opluł spory ka­wa­łek mojej twa­rzy. Oczy­wi­ście wo­la­łem wtedy wie­rzyć, że zro­bił to przez przy­pa­dek. 

– Taka za­ba­wa w ciotę ci się po­do­ba?! A ten zna­czek to, kurwa, co?!

Jaki, kurwa, znowu zna­czek?! – prze­klą­łem w my­ślach, sta­ra­jąc się na­pręd­ce wy­my­ślić co­kol­wiek, dzię­ki czemu ten ogrom­ny ry­cerz zwal­cza­ją­cy zbyt ko­bie­cych chło­pa­ków nie po­ła­mie mi kości. Po­dą­ży­łem za jego wzro­kiem i… kurwa, fak­tycz­nie. W tym całym po­śpie­chu nie za­uwa­ży­łem, że z tyłu tej pa­skud­nej, ró­żo­wej bluz­ki była wy­szy­ta tę­czo­wa flaga spo­łecz­no­ści LGBT. Zanim zdą­ży­łem po­my­śleć kilka bar­dzo nie­mi­łych rze­czy o byłej ko­le­żan­ce ćpun­ce, na moje zęby zwa­lił się cios jego nie­ludz­ko wiel­kiej, twar­dej jak cegła pię­ści. Nie pa­mię­tam, żebym kie­dy­kol­wiek w życiu jakoś mocno się bił, ale po po­twor­nym bólu, który eks­plo­do­wał w mojej szczę­ce, już do­sko­na­le wiem, dla­cze­go uni­ka­łem tego typu roz­ry­wek.

Wpa­dłem na ja­kie­goś pa­sa­że­ra, a ten z obrzy­dze­niem ode­pchnął z po­wro­tem w kie­run­ku Ro­bo­Co­pa. Zdą­ży­łem jesz­cze usły­szeć ja­kieś za­ma­za­ne obe­lgi, ale nie­wie­le wię­cej do­cie­ra­ło do głowy – w uszach bo­wiem dzwo­ni­ło mi tak po­twor­nie, jak po pa­ro­dnio­wym fe­sti­wa­lu mu­zy­ki elek­tro­nicz­nej rave.

Zbli­ża­łem się bez­wied­nie do sta­lo­wej pię­ści – choć może to ona się zbli­ża­ła, nie­waż­ne, nie ma co się li­cy­to­wać – aż po ko­lej­nym cio­sie pa­dłem jak długi na pod­ło­gę au­to­bu­su i wy­plu­łem dwa zęby. Wciąż mia­łem w ple­ca­ku ski­tra­ny krysz­ta­ło­wy szty­let wuja, ale zanim w ogóle zdo­łał­bym go wyjąć, mi­nę­ła­by wiecz­ność. Zresz­tą, co ja bym nim zro­bił? Ma­chał jak przy­krót­kim cepem?

Po­pa­trzy­łem z na­dzie­ją na ludzi, ale gdzie tam – każdy tylko lam­pił się w ekran swo­je­go smart­fo­na albo na­gry­wał całą sy­tu­ację z uśmie­chem wyż­szo­ści na gębie…

Nie! Tylko nie na­gry­waj­cie… Ża­ło­śnie jęk­ną­łem w upodlo­nym do gra­nic moż­li­wo­ści duchu.

Gdy zda­łem sobie spra­wę, jak po­twor­nie nie­bez­piecz­nym wy­na­laz­kiem są ka­me­ry w rę­kach in­nych ludzi, nagle wstą­pi­ły we mnie nowe siły. Bałem się tych obiek­ty­wów sto razy bar­dziej niż tego nad­gor­li­we­go skina. Pa­trząc na tę pa­to­wą roz­gryw­kę, uzna­łem, że było tylko jedno wyj­ście – wiać.

I wtedy, jak manna z nieba, otwo­rzy­ły się drzwi au­to­bu­su, który za­miast być moim szczę­śli­wym tra­fem, o mało nie stał się moją trum­ną.

Wy­sko­czy­łem na chod­nik ze zręcz­no­ścią, o którą nigdy bym się nie po­dej­rze­wał. Moja pe­ru­ka prze­krzy­wi­ła się nie­dba­le – nie wiem, czy od biegu, czy od cio­sów tego go­ry­la. Nie mia­łem jed­nak czasu się nad tym za­sta­na­wiać, bo za ple­ca­mi wciąż sły­sza­łem ryk:

– Zła­pię cię, cioto! Ty ped… jeb…!

Nie­wie­le już sły­sza­łem, bo dzwo­nie­nie w uszach po­tę­go­wa­ło dy­stans, jaki nas dzie­lił. Ale gdy tylko się od­wró­ci­łem, z dużym nie­za­do­wo­le­niem zo­rien­to­wa­łem się, że ten jest coraz bli­żej mnie. Dalej nie ro­zu­mia­łem jego słów, lecz bez mru­gnię­cia okiem mo­głem się za­ło­żyć, że by­naj­mniej nie chciał mnie ura­czyć jakąś głęb­szą po­ezją. No chyba że lu­bo­wał się w pie­śniach po­grze­bo­wych. Mimo wszyst­ko wo­la­łem nie spraw­dzać.

Bie­głem, ile sił w no­gach mia­łem – a sił, szcze­rze mó­wiąc, mia­łem ra­czej nie­wie­le.

Czu­łem zimny od­dech śmier­ci na karku, a jeśli nie samej śmier­ci, to wizji mojej „pro­fe­sjo­nal­nie” ukry­tej twa­rzy, którą zaraz zi­den­ty­fi­ku­je po­li­cja.

Wtedy my­śla­łem tylko: bie­gnij, ale teraz, gdy o tym opo­wia­dam, za­sta­na­wiam się, jak ża­ło­śnie wy­glą­da­ły­by na­głów­ki gazet i plot­kar­skich por­ta­li. Co by na­pi­sa­li? „Ucie­ka­ją­ca przed skraj­nym na­ro­dow­cem dziew­czy­na, która oka­za­ła się fa­ce­tem w pe­ru­ce skra­dzio­nej sta­rusz­ce, zo­sta­ła za­trzy­ma­na przez po­li­cję. Po­sta­wio­no jej za­rzu­ty za­szty­le­to­wa­nia wła­sne­go wuja w opusz­czo­nej fa­bry­ce, gdzieś na wy­piz­do­wiu mia­sta”. Brzmi śmiesz­nie? Nie dla mnie. Nie w tym kraju. Cie­kaw­sze hi­sto­rie się tu od­wa­la­ją na co dzień. No, ale wra­caj­my do rze­czy.

Bie­gnąc ten nie­sa­mo­wi­cie długi od­ci­nek nie­speł­na czte­ry­stu me­trów, po­my­śla­łem, że już do­sko­na­le wiem, jak mu­siał się czuć Gimli we Wład­cy Pier­ście­ni, gdy ledwo do­trzy­my­wał kroku dłu­go­no­gie­mu el­fo­wi i wy­spor­to­wa­ne­mu Obie­ży­świa­to­wi. I gdy pra­wie wy­plu­łem moje prze­żar­te faj­ka­mi płuca, w końcu ją zo­ba­czy­łem – Cy­ta­de­lę.

Wy­da­wa­ła mi się ma­je­sta­tycz­na jak Wieża z Kości Sło­nio­wej Dzie­cię­cej Ce­sa­rzo­wej. Nie­ste­ty, nie mia­łem pod ręką ani śli­ma­ka wy­ści­go­we­go, ani wiecz­nie za­spa­ne­go nie­to­pe­rza, ani nawet dzie­cię­ce­go ro­wer­ka wy­rzeź­bio­ne­go w ka­mie­niu. Mia­łem tylko wła­sne nogi, które z każ­dym ko­lej­nym ru­chem prze­sta­wa­ły się do mnie przy­zna­wać.

Bie­gnij, Gimli, bie­gnij, trze­ba ura­to­wać hob­bi­ty! Mo­ty­wo­wa­łem się chyba w naj­głup­szy moż­li­wy spo­sób. Zwłasz­cza że da­le­ko mi było do wa­lecz­ne­go kra­sno­lu­da. Jeśli był tu w ogóle jakiś hob­bit, to byłem nim ja. A za mną gnało stado Uruk-hai! Dobra, prze­sa­dzam, był tylko jeden, ale za to wy­jąt­ko­wo za­ja­dły.

Gdy tak gdy­ba­łem nad na­tu­rą Śród­zie­mia, a ko­ją­ca za­sło­na Fan­ta­zja­ny przy­kry­ła moje umę­czo­ne zmy­sły, nagle gdzieś w od­da­li do­strze­głem przed sobą kilku dziw­nych ko­le­si. Jeden miał po­ma­rań­czo­wo-czer­wo­ne­go iro­ke­za, który w nocy mu­siał świe­cić jak ża­ró­wa. Drugi nosił dłu­gie, zie­lo­ne kolce na­stro­szo­ne we wszyst­kich moż­li­wych kie­run­kach – wy­glą­dał, jakby miał wbitą w czasz­kę serię ostrych szpi­kul­ców. Trze­ci zaś… był cał­ko­wi­cie łysy, ale na całym ryju miał tyle że­la­stwa, że gdyby kie­dyś wio­dło mu się go­rzej, mógł­by iść z tym wszyst­kim na złom i za­ro­bić kro­cie. Może nawet stać by go było na jakąś małą wio­skę ry­bac­ką nie­da­le­ko Hob­bi­to­nu? Jed­nak wszy­scy oni, po­mi­mo dość eks­cen­trycz­ne­go stylu zdo­bią­ce­go ich „hełmy”, byli roz­cza­ro­wu­ją­co nudni i po­wta­rzal­ni w do­bo­rze resz­ty pan­ce­rza.

Gdy w końcu zro­zu­mia­łem, kim są, byłem bli­ski pła­czu ze szczę­ścia.

To byli Jeźdź­cy Ro­ha­nu! Wie­dzia­łem to za­rów­no z fil­mów, jak i z ksią­żek – oni na pewno zajmą się go­nią­cym mnie, dzi­kim Uruk-hai!

Pod­nie­śli swoje błysz­czą­ce przy­łbi­ce – oprócz tego trze­cie­go, bo ten błysz­czał tylko od kol­czy­ków, choć na pewno były to kol­czy­ki ma­gicz­ne – i skie­ro­wa­li wzrok w moją stro­nę. Po­cząt­ko­wo wy­da­wa­li się roz­ba­wie­ni, ale po chwi­li byli już go­to­wi do bitwy.

Gdy ten z pło­ną­cym pió­ro­pu­szem wy­cią­gnął ze spodni gruby, cięż­ki łań­cuch, po­czu­łem, że być może jed­nak prze­ży­ję ten dzień. Ale gdy ten z zie­lo­ny­mi kol­ca­mi wyjął skła­da­ną pałkę, a trze­ci – praw­do­po­dob­nie mag – wy­cią­gnął mały fla­ko­nik z do­zow­ni­kiem, byłem tego nie­mal pe­wien. Bar­dzo chcia­łem obej­rzeć tę krwa­wą, epic­ką bitwę. W końcu tyle zła spo­tka­ło mnie ze szpo­nów mo­je­go prze­śla­dow­cy. Ale gdy tylko się obej­rza­łem, Uruk-hai na­tych­miast wy­co­fał się i zwiał w zu­peł­nie inną stro­nę. Jeźdź­cy Ro­ha­nu rów­nież nie byli za­in­te­re­so­wa­ni po­ści­giem. Uśmiech­nę­li się tylko z prze­ką­sem i wró­ci­li do są­cze­nia swo­je­go słod­kie­go, pysz­ne­go ale. Wi­dzia­łem, jak palą coś w fajce – za­pew­ne hob­bic­kie ziele z Po­łu­dnio­wej Ćwiart­ki – i za­ja­da­ją ja­kieś za­pa­sy z sakwy. Może to była so­lo­na wie­przo­win­ka? Nie­waż­ne. Dużo złego można o mnie po­wie­dzieć, ale na pewno nie to, że je­stem nie­wdzięcz­ny, gdy ktoś ra­tu­je mi życie. Za­mie­rza­łem im po­dzię­ko­wać za ra­tu­nek naj­le­piej jak tylko mo­głem.

Pod­bie­głem do nich, kom­plet­nie zzia­ja­ny. Moje pięk­ne, rude loki tak mocno się prze­krę­ci­ły, że wy­glą­da­ło to, jak­bym spiął sobie dwa ku­cy­ki – jeden ide­al­nie z przo­du, drugi z tyłu gęby. Mu­sia­łem przy­znać w duchu, że w jakiś chory spo­sób pa­so­wa­ło to do nowej apa­ry­cji, którą przy­bra­łem. Spo­glą­da­li na mnie z mie­sza­ni­ną roz­ba­wie­nia i ja­kiejś nie­trzeź­wej ser­decz­no­ści.

– Dzię­ku­ję wam, Jeźdź­cy, za ra­tu­nek przed tym Uruk-hai. Po­szu­ki­wa­łem was!

– Ta? Spoko – od­parł iście nie­ry­cer­skim tonem naj­wyż­szy z nich, ten z czer­wo­nym pło­mie­niem na gło­wie. – Aaa… po chuj?

– Nooo… Je­stem po­słań­cem. Przy­sy­ła mnie…

– Julka? – prze­rwał mi nagle mag z kol­czy­ka­mi na twa­rzy. – Kurwa, to ty, Da­mian?! Co ci, czło­wie­ku, od­je­ba­ło?… A to nas lu­dzie co­dzien­nie wy­ty­ka­ją pal­ca­mi.

Płach­ta sza­leń­stwa spa­dła ze mnie w ułam­ku se­kun­dy. Czar prysł. Mag mnie oca­lił. Tylko… dla­cze­go po­czu­łem się jesz­cze go­rzej niż wcze­śniej? Obie­ca­łem sobie w duchu, że już nigdy, prze­nig­dy nie obej­rzę Wład­cy Pier­ście­ni ani żad­nych in­nych po­sra­nych bajek dla do­ro­słych dzie­ci.

– Chodź na skłot. Szyb­ko, zanim CBŚ się zo­rien­tu­je, że nie je­steś dziew­czy­ną, tylko bra­tem Agraf­ki! – rzu­cił łysy z kol­czy­ka­mi na ryju, po czym za­re­cho­tał tak po­tęż­nym śmie­chem, że aż za­ra­ził nim swo­ich kum­pli pun­ków, a nawet po­stron­nych prze­chod­niów.

Gdy tak pa­trzy­łem, jak ze mnie drwi, wnet przy­po­mnia­łem sobie go z prze­szło­ści – Sid, chyba tak na niego mó­wi­li. Kie­dyś za­miast tej łysej pały miał bujne, na­stro­szo­ne, czar­ne włosy, które ukła­dał na mydło. A może cu­kier? Nie pa­mię­tam, zresz­tą i tak już wy­ły­siał. Choć może, gdyby ko­rzy­stał z po­rząd­ne­go la­kie­ru Lo­re­ral – czy jakoś tak – to by­ło­by ina­czej? No nic, i tak nie mo­głem go o to teraz za­py­tać, bo rzę­cho­czał jak stary Fiat.

 

Haha za­baw­ne, może po­śmie­je­my się razem?

 

Tylko, że mi, kurwa, wcale nie było do śmie­chu. Stra­ci­łem dwa zęby, mia­łem po­twor­nie obitą twarz, praw­do­po­dob­nie wła­śnie ro­bi­łem fu­ro­rę we wszyst­kich lo­kal­nych me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, a w do­dat­ku – co było z tego wszyst­kie­go naj­gor­sze – przez tę jedną kró­ciut­ką chwi­lę na­praw­dę uwie­rzy­łem, że je­stem hob­bi­tem.

***

Muszę przy­znać, te dwa i pół dnia na skło­cie mi­nę­ło mi za­ska­ku­ją­co przy­jem­nie. Po­mi­ja­jąc kom­plet­ny brak do­stę­pu do wy­god­ne­go łóżka, fo­te­la ob­ro­to­we­go, cie­płej wody czy prądu na za­wo­ła­nie, a tym samym do kom­pu­te­ra, pie­kar­ni­ka, mi­kro­fa­li czy ja­kiej­kol­wiek czy­stej wanny bądź prysz­ni­ca (ten w sumie był, nawet dwa, lecz wy­glą­da­ły go­rzej niż mój prysz­nic bę­dzie wy­glą­dał nawet sto lat po woj­nie ato­mo­wej) – to ba­wi­łem się tam cał­kiem, cał­kiem. Nawet faj­ka­mi mnie czę­sto­wa­li i je­dy­ne, czego chcie­li w za­mian, to abym za­ło­żył choć raz pe­ru­kę Pippi i za­krę­cił we­so­ło war­ko­cza­mi.

Wy­da­wa­ło mi się, że zna­la­złem się w bez­piecz­nej twier­dzy wznie­sio­nej z wie­ko­we­go, choć po­twor­nie brud­ne­go ka­mie­nia i po­tęż­nej cegły. Dla wła­sne­go spo­ko­ju ducha wo­la­łem nie pytać, czym ten ka­mień był ufaj­da­ny. W każ­dym razie spa­łem tam jak za­bi­ty. Mógł­bym nawet na­zwać to miej­sce moim wła­snym Hel­mo­wym Jarem

 

Kurwa! Mia­łem już dać spo­kój z tą całą Fan­ta­zja­ną! Walić Dzie­cię­cą Ce­sa­rzo­wą, niech sobie zdy­cha. Muszę w końcu doj­rzeć. Prze­cież obie­ca­łem to sobie i wam…

 

Nie­ste­ty, z każdą ko­lej­ną go­dzi­ną i mi­nu­tą mój mózg coraz na­tar­czy­wiej przy­po­mi­nał mi, że gram ra­czej pierw­sze skrzyp­ce w tanim hor­ro­rze. Ewen­tu­al­nie w wy­jąt­ko­wo mrocz­nej gro­te­sce. Ale kogo to wła­ści­wie ob­cho­dzi?

No, w sumie mnie. I to aż nadto.

Moje nędz­ne życie ja­kimś cudem oca­la­ło przed wę­szą­cym, pro­fe­sjo­nal­nym nosem Cen­tral­ne­go Biura Śled­cze­go. Wciąż wy­da­wa­ło mi się to ab­so­lut­nie nie­wia­ry­god­ne. Prze­cież miej­ski mo­ni­to­ring z pew­no­ścią mu­siał na­grać wy­jąt­ko­wo nie­zgrab­ną dziew­czy­nę ucie­ka­ją­cą przed wiel­kim dra­bem, z męską, pod­bi­tą gębą i prze­krzy­wio­ną, rudą pe­ru­ką Pippi Poń­czo­szan­ki. A jed­nak wciąż mnie nie zna­leź­li.

To praw­do­po­dob­nie za­słu­ga moich pun­ko­wych wy­baw­ców. Już pierw­sze­go dnia – tuż po tym, jak po­rzu­ci­łem na za­wsze Fan­ta­zja­nę i prze­sta­łem być hob­bi­tem – ka­za­li mi roz­wa­lić te­le­fon w drob­ny mak. Co praw­da po­czu­łem wtedy lekki żal, ale gdy tylko przy­po­mnia­łem sobie te wszyst­kie twa­rze wto­pio­ne w ekra­ny smart­fo­nów w au­to­bu­sie – do­kład­nie wtedy, gdy naj­bar­dziej po­trze­bo­wa­łem ich czło­wie­czeń­stwa – za­czą­łem szcze­rze nie­na­wi­dzić tech­no­lo­gii. Nie żebym sam grze­szył ja­ki­miś wy­bit­nie ludz­ki­mi od­ru­cha­mi. Wia­do­mo, za­wsze bar­dziej boli, gdy to nam ktoś robi krzyw­dę, a nie kiedy my krzyw­dzi­my in­nych. Może to nie­zbyt głę­bo­ka myśl, ale muszę przed wami i przed sobą uczci­wie przy­znać, że bez ćpa­nia, di­ler­ki i ha­zar­du za­czą­łem roz­k­mi­niać takie błahe rze­czy coraz czę­ściej.

Duża w tym za­słu­ga faktu, że pod­czas ma­ra­to­nu ze ski­nem zgu­bi­łem gdzieś po dro­dze całą moją che­micz­ną spi­żar­nię. No, pra­wie całą. Ja­kimś ab­so­lut­nym cudem oca­la­ło mi kil­ka­na­ście ta­ble­tek benzo, scho­wa­nych nie­dba­le w bocz­nej kie­szon­ce, o któ­rych za­po­mnia­łem. W duchu jed­nak cie­szy­łem się jak dziec­ko, bo skręt po ben­zo­dia­ze­pi­nach jest tak po­twor­ny, że wo­lał­bym już chyba od razu oddać się w ręce po­li­cji. Przez chwi­lę prze­mknę­ło mi nawet przez myśl, żeby po­dzię­ko­wać za ten cud du­cho­wi wuja Dy­mi­tra, ale po ostat­nich do­świad­cze­niach z au­to­bu­sem linii 222 szyb­ko wy­bi­łem sobie ten idio­tyzm z głowy.

Wpraw­dzie wcale nie po­dej­rze­wa­łem moich no­wych to­wa­rzy­szy, urwa­nych rodem z lat osiem­dzie­sią­tych ubie­głe­go wieku, o pod­kra­da­nie mi dra­gów. Jed­nak tuż po tym, jak od­kry­łem stra­tę resz­ty za­pa­sów – po­mi­ja­jąc ten obrzy­dli­wy szty­let wuja, bo trzy­ma­łem go przy sobie za­wsze i wszę­dzie – po­sta­no­wi­łem ob­se­syj­nie pil­no­wać swo­ich rze­czy. Trwa­ło to do mo­men­tu, aż do­tar­ło do mnie, że prze­cież nie po­sia­dam już ab­so­lut­nie ni­cze­go. No, może oprócz port­fe­la z pie­przo­nym ty­sią­cem zło­tych na kon­cie, któ­rych i tak nie mia­łem jak wy­pła­cić. Jeśli moi nowi przy­ja­cie­le byli zło­dzie­ja­mi, to przy­naj­mniej tymi ho­no­ro­wy­mi, co to nie kroją wła­snych gości czy kum­pli. Praw­da?

Przez pierw­szy dzień, noc i ka­wa­łek dru­gie­go dnia na Dmow­skie­go byłem wręcz nie­ofi­cjal­ną gwiaz­dą ich sa­lo­nów. A ra­czej na­dwor­nym bła­znem. Po­ka­zy­wa­li mi na swo­ich – coraz bar­dziej nie­na­wi­dzo­nych prze­ze mnie – smart­fo­nach na­gra­nia z au­to­bu­su ze mną w roli głów­nej. Chwa­li­li mnie z uzna­niem, że fil­mik wy­krę­cił już tyle wy­świe­tleń, że gdy­bym to ja zgar­niał z tego kasę, nie mu­siał­bym się u nich ukry­wać.

 

Super! Całą śmie­tan­kę spije jakiś przy­pad­ko­wy świa­dek, który nawet nie kiw­nął pal­cem, żeby mi pomóc albo cho­ciaż za­dzwo­nić po po­li­cję, jak przyst…

 

A wie­cie, co? W sumie, jak tak teraz o tym myślę, może po pro­stu za­koń­czę już ten żal i wrócę do me­ri­tum. Zbli­ża­my się po­wo­li do końca tej opo­wie­ści. A tym, któ­rzy wo­le­li na­gry­wać moje ru­sza­ją­ce się zęby za­miast mi pomóc, życzę mimo wszyst­ko jak naj­le­piej. Niech im się darzy. By­wa­ją w końcu takie sy­tu­acje, w któ­rych chęć nie­sie­nia po­mo­cy mo­gła­by przy­nieść zgoła nie­for­tun­ny zbieg wy­da­rzeń dla kogoś… wy­jąt­ko­wo po­trze­bu­ją­ce­go.

***

Na­stał w końcu wie­czór dnia, w któ­rym wszyst­ko miało się skoń­czyć. Szcze­rze? Nie wiem, na co li­czy­łem. Po tym cza­sie, który spę­dzi­łem na skło­cie udało mi się nieco uzie­mić we względ­nej nor­mal­no­ści i na­dzie­ja opar­ta na zmar­twych­wsta­niu wuja wy­da­wa­ła mi się po pro­stu nie­do­rzecz­na. Nic in­ne­go mi jed­nak nie po­zo­sta­ło. O ileż bar­dziej Julia mu­sia­ła od­czu­wać zwąt­pie­nie. Dzia­ła­nie ben­zo­dia­ze­pin już dawno wy­pa­ro­wa­ło, a ona wciąż stała za mną murem. Po­dzi­wiam sio­strę, że jed­nak nie sprze­da­ła mnie po­li­cji i zde­cy­do­wa­ła się wziąć udział w tym po­pie­przo­nym ry­tu­ale. Chyba jed­nak ją ko­cham. Nigdy wcze­śniej nie my­śla­łem o niej w tak uro­czy spo­sób.

Skon­tak­to­wa­ła się ze mną po­przez Sida. Po­li­cja ponoć nie da­wa­ła jej spo­ko­ju. Szu­ka­li mnie, a ona, kła­miąc w żywe oczy, żeby mnie chro­nić, ry­zy­ko­wa­ła za­rzut za współ­udział w mor­der­stwie.

Przez Sida prze­ka­za­ła też plan: o dru­giej w nocy w fa­bry­ce.

Ten sam Sid zor­ga­ni­zo­wał trans­port. Ofi­cjal­nie w ra­mach długu wdzięcz­no­ści wobec mojej sio­stry, a nie­ofi­cjal­nie chyba po to, żeby w końcu po­zbyć się ze skło­tu ko­le­sia w dam­skiej bluz­ce, który przy każ­dym sło­wie gwiz­dał przez szpa­rę po dwóch wy­bi­tych zę­bach i sępił od wszyst­kich fajki.

Około wpół do dru­giej za­pa­ko­wa­li­śmy się do jego roz­kle­ko­ta­ne­go Volks­wa­ge­na Golfa, który pa­mię­tał jesz­cze upa­dek muru ber­liń­skie­go. Auto rzę­zi­ło, śmier­dzia­ło w środ­ku roz­la­nym tanim piwem i wil­go­cią, a z gło­śni­ków ry­czał jakiś ar­cha­icz­ny, nie­słu­chal­ny punk rock. Sid pro­wa­dził z po­nu­rą miną, omi­ja­jąc głów­ne ar­te­rie mia­sta. Ja sie­dzia­łem z tyłu, kur­czo­wo ści­ska­jąc w kie­sze­ni krysz­ta­ło­wy szty­let wuja. Z każ­dym ki­lo­me­trem czu­łem, jak żo­łą­dek za­wią­zu­je mi się w supeł. Droga po­wrot­na do miej­sca zbrod­ni miała w sobie coś z naj­gor­sze­go kosz­ma­ru.

– Je­ste­śmy – mruk­nął Sid, ga­sząc re­flek­to­ry kil­ka­set me­trów przed zruj­no­wa­nym kom­plek­sem fa­brycz­nym. – Dalej idziesz sam, stary. Agraf­ka na cie­bie czeka. I weź… ogar­nij się jakoś.

Ski­ną­łem głową, wy­sia­dłem i cicho za­trza­sną­łem drzwi. Golf na­tych­miast od­je­chał, zo­sta­wia­jąc mnie sam na sam z nocną ciszą i po­tęż­nym, czar­nym szkie­le­tem fa­bry­ki, który od­ci­nał się na tle gwieź­dzi­ste­go nieba.

Prze­mkną­łem przez dziu­rę w pło­cie, po­ty­ka­jąc się o gruz. Wokół pa­no­wa­ła gro­bo­wa at­mos­fe­ra, po­tę­go­wa­na przez smród stę­chli­zny i sta­re­go że­la­za. Blask księ­ży­ca wpa­dał przez roz­bi­te szyby w dachu, zaś na pod­ło­dze wiły się dłu­gie, ostre cie­nie. Gdy wsze­dłem do głów­nej hali – tej samej, w któ­rej zgi­nął Dy­mitr – serce wa­li­ło mi jak sza­lo­ne. W dłoni trzy­ma­łem la­tar­kę, którą po­ży­czy­łem od Sida, i oświe­tla­łem każdy skra­wek fa­bry­ki w po­szu­ki­wa­niu sio­stry.

– Da­mian? – z mroku do­biegł szept.

To była Julia. Sie­dzia­ła na ja­kiejś prze­wró­co­nej skrzy­ni, tuląc ra­mio­na do klat­ki pier­sio­wej. Wy­glą­da­ła po­twor­nie. Miała pod­krą­żo­ne oczy, a na mój widok aż pod­sko­czy­ła. Gdy pod­sze­dłem bli­żej, zo­ba­czy­łem, że cała się trzę­sie.

– Je­steś wresz­cie… Jezus, Da­mian, co my w ogóle ro­bi­my? Prze­cież to jest jakiś obłęd. Jeśli po­li­cja nas tu zgar­nie, za­mkną nas oboje. Cią­gle mnie nę­ka­ją z two­je­go po­wo­du… A jeśli mnie śle­dzi­li?

– Spo­koj­nie, siora. Zo­sta­ło dwa­dzie­ścia minut – po­wie­dzia­łem, zer­ka­jąc na tar­czę ze­gar­ka. Była do­kład­nie druga zero dwie. – Albo wujek zaraz tu sta­nie i wszyst­ko od­krę­ci, albo… cóż, przy­naj­mniej spró­bo­wa­li­śmy. Po­szu­kaj­my le­piej tego kręgu.

I tak też uczy­ni­li­śmy. Ner­wo­wo szu­ka­li­śmy ja­kich­kol­wiek wzo­rów na roz­kle­ko­ta­nej po­wierzch­ni. Wy­da­wa­ło nam się, że sto­imy wła­śnie w miej­scu, w któ­rym trzy dni temu stał wujek Dy­mitr, ale za cho­le­rę nie mo­gli­śmy zna­leźć tej pie­przo­nej pi­ra­mi­dy ze spi­ra­la­mi po bo­kach.

– Kurwa, nie ma go, nie ma go! – za­czą­łem pa­ni­ko­wać, a sio­strze coraz bar­dziej udzie­la­ła się moja ner­wi­ca.

Prze­szu­ki­wa­łem całą fa­bry­kę, krę­ci­łem się w kółko, w pa­ra­no­i zer­ka­jąc co chwi­la na ze­ga­rek.

Nic jed­nak nie zna­la­złem.

– Chuj! Ry­su­je­my nowy! – krzyk­ną­łem, czu­jąc coraz więk­szy nie­po­kój – dawaj te­le­fon, Julia! Spraw­dzi­my na­gra­nie i przy­po­mnę sobie, jak wy­glą­dał.

Po­da­ła mi do ręki tak bar­dzo znie­na­wi­dzo­ne prze­ze mnie urzą­dze­nie i wie­cie co? Na­gra­nie znik­nę­ło. Nie było go już w skrzyn­ce ma­ilo­wej. Byłem pe­wien, że albo kom­plet­nie mi od­je­ba­ło, albo to sam mag śmier­ci ma­czał w tym palce, sa­bo­tu­jąc dzia­ła­nia.

Julia stała jak wryta, prze­ra­żo­na i cał­ko­wi­cie nie­zdol­na do dzia­ła­nia. Chyba za­czę­ła wąt­pić we wła­sną po­czy­tal­ność i za­tra­cać się w sza­leń­stwie. No cóż. Ja mia­łem to już dawno za sobą i jako we­te­ran, po­sta­no­wi­łem w pełni prze­jąć stery!

Po­nie­kąd pa­mię­ta­łem wzór, który trze­ba było wy­ry­so­wać w okrę­gu. Mi­mo­wol­nie spoj­rza­łem na ze­ga­rek, wzią­łem głę­bo­ki od­dech i wy­cią­gną­łem spray, który za­ju­ma­łem ze skło­tu.

 

Wiem, wiem, kra­dzież jest zła. Ale na swoją obro­nę mam to, że on rów­nież był kra­dzio­ny.

 

Za­czą­łem ry­so­wać okrąg na naj­mniej po­pę­ka­nym frag­men­cie po­wierzch­ni, a na­stęp­nie pi­ra­mi­dę. I nagle… skoń­czył się spray! Nie­wia­ry­god­ne.

Grze­cho­ta­łem tą pie­przo­ną pusz­ką jak opę­ta­ny, ale ze środ­ka do­bie­ga­ło już tylko ża­ło­sne, suche syk­nię­cie. Ostat­nia linia pi­ra­mi­dy urwa­ła się w po­ło­wie, zo­sta­wia­jąc ko­śla­wy, nie­do­koń­czo­ny kształt na brud­nym be­to­nie.

– No nie… Da­mian, po­wiedz, że żar­tu­jesz – jęk­nę­ła Julia, chwy­ta­jąc się za głowę. – La­tar­ka słab­nie, spray ci się skoń­czył… Zaraz bę­dzie ta cho­ler­na druga dwa­dzie­ścia dwa!

Zer­k­ną­łem na ze­ga­rek. Druga dzie­więt­na­ście. Trzy mi­nu­ty. Trzy pie­przo­ne mi­nu­ty!

Mój mózg, pra­cu­ją­cy dotąd na skraj­nych ob­ro­tach pa­ra­noi, wszedł w tryb to­tal­nej pa­ni­ki. Za­czą­łem go­rącz­ko­wo prze­trzą­sać ple­cak, wy­rzu­ca­jąc na zie­mię ła­do­war­kę, port­fel i bu­tel­kę roz­ga­zo­wa­nej coli, któ­rej w końcu nie do­pi­łem.

I wtedy moje palce na­tra­fi­ły na mały, pla­sti­ko­wy walec.

Pa­skud­na, fio­le­to­wa szmin­ka Julii. Jej „Szczo­dry dar”, który ofia­ro­wa­ła mi na­ćpa­na benzo, gdy mu­sia­łem ucie­kać z domu.

– Co ty ro­bisz!? – wrza­snę­ła Julia, gdy przy bla­sku do­ga­sa­ją­cej la­tar­ki zo­ba­czy­ła, co trzy­mam w ręku.

– Za­mknij się i świeć! – wark­ną­łem, zry­wa­jąc skuw­kę.

Uklęk­ną­łem w tym całym fa­brycz­nym bru­dzie i za­czą­łem z im­pe­tem mazać po be­to­nie. Ja­skra­wo­fio­le­to­wa, tłu­sta ma­ziu­ga ide­al­nie kryła szary pył. Do­koń­czy­łem bra­ku­ją­cą linię pi­ra­mi­dy, a potem, klnąc pod nosem, prze­sze­dłem do do­ry­so­wy­wa­nia spi­ral na jej bo­kach. Wy­glą­da­ło to ab­so­lut­nie gro­te­sko­wo. Do­ro­sły facet, bez dwóch zębów, w ob­ci­słych, za ma­łych spodniach, klę­czy w opusz­czo­nej fa­bry­ce i ry­su­je okul­ty­stycz­ne sym­bo­le dam­skim ko­sme­ty­kiem. Przy­naj­mniej nie mia­łem już na sobie pe­ru­ki Pippi. Ale­ister Crow­ley miał­by nie­zły ubaw, pa­trząc na to wszyst­ko.

Pierw­sza spi­ra­la – po­szła gład­ko. Druga – też. Przy trze­ciej szmin­ka za­czę­ła nie­przy­jem­nie szu­rać pla­sti­ko­wą ob­wód­ką o beton. Wy­krę­ci­łem ją do sa­me­go końca, aż fio­le­to­wy wkład wy­su­nął się i z gło­śnym mla­skiem zła­mał, od­pa­da­jąc na zie­mię. Zo­sta­ła mi w ręku nędz­na reszt­ka. Ostat­nia, trze­cia spi­ra­la. Za­czą­łem nią mazać, ale po wy­ko­na­niu za­le­d­wie jed­ne­go łuku szmin­ka skoń­czy­ła się de­fi­ni­tyw­nie. Pla­stik dra­pał pod­ło­gę, zo­sta­wia­jąc tylko bez­u­ży­tecz­ne rysy.

– Druga dwa­dzie­ścia jeden! Da­mian, mi­nu­ta! – wrza­snę­ła Julia, a la­tar­ka w jej dłoni za­mru­ga­ła i zga­sła, zo­sta­wia­jąc nas w bla­dej po­świa­cie księ­ży­ca.

– Chuj z tym! – rzu­ci­łem w ciem­ność.

Nie było czasu do stra­ce­nia. Upu­ści­łem pla­sti­ko­wą tubkę, do­rwa­łem krysz­ta­ło­wy szty­let wuja i bez mru­gnię­cia okiem prze­je­cha­łem jego lo­do­wa­tym, ostrym jak brzy­twa ostrzem po we­wnętrz­nej stro­nie dłoni. Ból był pa­lą­cy, ale ad­re­na­li­na zro­bi­ła swoje. Z roz­cię­tej skóry na­tych­miast ude­rzy­ła ciem­na, gęsta krew. Do­ci­sną­łem za­krwa­wio­ną dłoń do be­to­nu i szyb­kim, ko­li­stym ru­chem do­koń­czy­łem ostat­nią spi­ra­lę. Moja wła­sna po­so­ka po­łą­czy­ła się z fio­le­to­wym wo­skiem i reszt­ka­mi czar­ne­go la­kie­ru.

Wy­pro­sto­wa­łem się, cięż­ko dy­sząc i trzy­ma­jąc się za roz­cię­tą rękę. Wska­zów­ka ze­gar­ka prze­sko­czy­ła na drugą dwa­dzie­ścia dwie.

Przez kilka se­kund nie dzia­ło się nic, a ja po­czu­łem, jak ucho­dzi ze mnie całe po­wie­trze. Za­czą­łem się po­waż­nie za­sta­na­wiać, czy fak­tycz­nie nie po­pier­do­li­łem go­dzin, a ry­tu­ał po­wi­nien się odbyć o trze­ciej trzy­dzie­ści trzy. Chcia­łem już rzu­cić siar­czy­ste prze­kleń­stwo i uznać się za to­tal­ne­go idio­tę, gdy nagle fio­le­to­wo-krwa­wy wzór na pod­ło­dze za­czął de­li­kat­nie fos­fo­ry­zo­wać…

Kurwa, nie mo­głem uwie­rzyć w to, co widzę! Szyb­ko zła­pa­łem rękę Julii i prze­je­cha­łem ostrzem po jej dłoni, aż pi­snę­ła z bólu i za­sko­cze­nia. Krąg jakby od­po­wie­dział jesz­cze sil­niej­szym świa­tłem.

– Pa­mię­tasz słowa za­klę­cia?! He'eman­ta la-ze ti-pesz! Mów razem ze mną! He'eman­ta la-ze ti-pesz! He'eman­ta la-ze ti-pesz!

– He'eman­ta la-ze ti-pesz! He'eman­ta la-ze ti-pesz! – po­wta­rza­ła za mną jak obłą­ka­na, ale za chuja nie po­tra­fi­li­śmy się zgrać. Zo­sta­ły ostat­nie se­kun­dy.

Nagle usły­sza­łem dziw­ny, me­cha­nicz­ny dźwięk. Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem po­li­cjan­tów w mun­du­rach bo­jo­wych, ce­lu­ją­cych do nas z ka­ra­bi­nów. Za­kra­dli się jak jacyś cho­ler­ni ninja. Nad nimi zaś uno­sił się czło­wiek w ciem­nej sza­cie i kap­tu­rze na­cią­gnię­tym na twarz. Nor­mal­nie, kurwa, le­wi­to­wał, a po­li­cja zda­wa­ła się go w ogóle nie do­strze­gać. Krzy­wił się cy­nicz­nie spod kap­tu­ra.

– Stój, gdzie sto­isz! – wy­krzyk­nę­li, a lufy ich broni ce­lo­wa­ły pro­sto w naszą stro­nę.

A jebać was! po­my­śla­łem i wrza­sną­łem do sio­stry, która wy­da­wa­ła się wła­śnie po­pa­dać w to­tal­ną ot­chłań:

– Siora, otrzą­śnij się! Na raz, dwa, trzy!

– He'eman­ta la-ze ti-pesz!!! – na­resz­cie wy­krzy­cze­li­śmy to syn­chro­nicz­nie i wtedy…

Wtedy czas jakby na uła­mek se­kun­dy sta­nął w miej­scu.

Huk wy­strza­łu z po­li­cyj­ne­go ka­ra­bi­nu – bo któ­ryś z tych za­ma­sko­wa­nych pa­ja­ców ewi­dent­nie nie wy­trzy­mał ci­śnie­nia – zlał się w jedno z po­tęż­nym, głu­chym tąp­nię­ciem, które wstrzą­snę­ło fun­da­men­ta­mi całej fa­bry­ki. Po­cisk, za­miast roz­szar­pać mi klat­kę pier­sio­wą, za­trzy­mał się w po­wie­trzu dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów od mo­je­go torsu, spłasz­cza­jąc się na nie­wi­dzial­nej, pul­su­ją­cej ba­rie­rze.

Fio­le­to­wo-krwa­wy krąg na ziemi do­słow­nie eks­plo­do­wał ośle­pia­ją­cym, czar­nym pło­mie­niem.

Po­li­cjan­ci wrza­snę­li, gdy fala ude­rze­nio­wa ci­snę­ła nimi o be­to­no­we fi­la­ry ni­czym szma­cia­ny­mi lal­ka­mi. Ich la­tar­ki po­kła­do­we i ce­low­ni­ki la­se­ro­we za­czę­ły wście­kle mi­go­tać, po czym zga­sły, trzesz­cząc od na­głe­go im­pul­su elek­tro­ma­gne­tycz­ne­go. Je­dy­nym źró­dłem świa­tła była teraz ta chora, ne­kro­manc­ka ilu­mi­na­cja na pod­ło­dze.

Spoj­rza­łem w górę. Le­wi­tu­ją­cy mag śmier­ci prze­stał się uśmie­chać. Jego kap­tur opadł, od­sła­nia­jąc twarz, która za­czę­ła gwał­tow­nie pękać i łusz­czyć się, jak wy­su­szo­na glina.

Śro­dek na­szej ko­śla­wej, fio­le­to­wej pi­ra­mi­dy za­czął za­pa­dać się w głąb ziemi, two­rząc wi­ru­ją­cą, smo­li­stą próż­nię. Po­wie­trze stało się lo­do­wa­te i nagle z tej czar­nej dziu­ry wy­ło­ni­ła się dłoń.

Wiel­ka i blada. Pa­znok­cie były zdar­te do ży­we­go mięsa, jakby ten ktoś mu­siał do­słow­nie prze­ko­pać się przez wiecz­ność, żeby tu do­trzeć.

– Da­mian… – Julia pi­snę­ła tak cicho, że ledwo ją usły­sza­łem przez szum sza­le­ją­cej wokół ener­gii. Pa­trzy­ła na tę dłoń z to­tal­nym prze­ra­że­niem, co­fa­jąc się na czwo­ra­kach.

Z gar­dzie­li pod­ło­gi do­biegł po­twor­ny, chra­pli­wy dźwięk – coś po­mię­dzy ła­pa­niem po­wie­trza przez to­piel­ca a rzę­że­niem ko­na­ją­ce­go. Chwi­lę póź­niej z gę­ste­go mroku wy­ło­ni­ła się po­stać wuja Dy­mi­tra. Tyle że to nie był już ten sam zgar­bio­ny facet. Jego syl­wet­ka wy­da­wa­ła się więk­sza, a z gar­dła wy­do­by­wał się po­tęż­ny, wie­lo­gło­so­wy re­zo­nans, od któ­re­go drża­ły mi kości w klat­ce pier­sio­wej. Czar­ne jak noc śle­pia uto­nę­ły w bla­sku do­ga­sa­ją­ce­go kręgu. Spoj­rzał na swoje za­krwa­wio­ne, sine dło­nie, a potem pod­niósł wzrok na nas.

– Za­praw­dę, rzek­nę wam, iże krew żywa otwar­ła wrze­cią­dza ot­chła­ni!

Wuj Dy­mitr prze­mó­wił gło­sem tak ar­cha­icz­nym i cięż­kim, jakby wy­cio­sa­no go z na­grob­ne­go ka­mie­nia – cały wujek. Na­stęp­nie rzu­cił wzro­kiem w kie­run­ku maga śmier­ci. 

– Aza­liż mnie­ma­łeś, iż za­nie­cham swej po­msty? Śmier­ci magu chę­do­żo­ny?

Zanim zdą­ży­łem choć­by po­my­śleć o tym, jak bar­dzo nie­do­rzecz­nie brzmi sta­ro­polsz­czy­zna wujka Dy­mi­tra, cały od­dział po­li­cji za­czął pruć do nas z ka­ra­bi­nów. Kule jed­nak roz­bi­ja­ły się o nie­wi­dzial­ną, ma­gicz­ną ba­rie­rę, sy­piąc iskra­mi i z gło­śnym brzę­kiem opa­da­jąc na beton.

Po kilku se­kun­dach tego ogłu­sza­ją­ce­go ha­ła­su na­sta­ła nagła, nie­mal bo­le­sna cisza. Po­li­cjan­ci wciąż pró­bo­wa­li się jakoś od­na­leźć w tej dość nie­co­dzien­nej dla nich sy­tu­acji. Opu­ści­li broń. Nie wiem do­kład­nie, z ja­kie­go po­wo­du – może skoń­czy­ły im się ma­ga­zyn­ki, a może ich mózgi po pro­stu do­sta­ły kry­tycz­ne­go błędu sys­te­mu i cał­ko­wi­cie od­mó­wi­ły po­słu­szeń­stwa. Pa­trzy­li się tylko tępo w na­szym kie­run­ku z lekko opusz­czo­ny­mi lu­fa­mi, jakby cze­ka­li, aż ktoś im wy­ja­śni, co tu się wła­ści­wie od­pier­da­la. Wi­dzia­łem ich oczy przez wi­zje­ry masek; byli to­tal­nie spa­ra­li­żo­wa­ni. Pew­nie na szko­le­niach nikt im nie po­wie­dział, jakie pro­ce­du­ry za­sto­so­wać, gdy ści­ga­ny po­dej­rza­ny za­sła­nia się tar­czą z fio­le­to­wej szmin­ki i ne­kro­manc­kiej krwi.

Wuj uniósł głowę wyżej i spoj­rzał pro­sto na le­wi­tu­ją­ce­go pod su­fi­tem maga śmier­ci. Kim­kol­wiek był ten le­wi­tu­ją­cy skur­wiel, nagle stra­cił całą swoją pew­ność sie­bie. Za­czął pa­nicz­nie ma­chać rę­ka­mi, pró­bu­jąc rzu­cić jakiś kontr­urok? Sam nie wiem, co on pró­bo­wał, ale wuj Dy­mitr tylko wy­cią­gnął w jego stro­nę dłoń z roz­po­star­ty­mi pal­ca­mi.

– Kto mie­czem wo­ju­je, od mie­cza ginie, psu­bra­cie – wy­char­czał Dy­mitr. – Jeno proch po tobie osta­nie.

W tym samym ułam­ku se­kun­dy po­wie­trze wokół maga skur­czy­ło się z gło­śnym, im­plo­zyj­nym trza­skiem. Gość nie zdą­żył nawet krzyk­nąć. Jego ciało do­słow­nie za­pa­dło się w sobie, zmiaż­dżo­ne nie­wi­dzial­ną, po­twor­ną siłą, a z ciem­nej szaty po­sy­pał się szary, suchy po­piół, który opadł bez­gło­śnie na zdez­o­rien­to­wa­nych, le­żą­cych na ziemi an­ty­ter­ro­ry­stów.

– Czas jest jeno gliną w moich dło­niach – oznaj­mił wuj, a jego czar­ne oczy roz­bły­sły po­tęż­nym, sre­brzy­stym świa­tłem.

I wtedy świat do­oko­ła za­czął się zmie­niać.

Wszyst­ko ude­rzy­ło we mnie z siłą młota pneu­ma­tycz­ne­go i ru­ną­łem na ko­la­na, ła­piąc łap­czy­wie po­wie­trze. Po­czu­łem po­twor­ne szarp­nię­cie w żo­łąd­ku, jak­bym wsiadł na rol­ler­co­aster pę­dzą­cy do tyłu. Dźwię­ki wokół nas za­czę­ły się prze­wi­jać – huki wy­strza­łów zmie­ni­ły się w głu­che za­sy­sa­nie po­wie­trza, roz­bi­ty pył z pod­ło­gi uniósł się i wró­cił na ścia­ny, a po­piół po magu śmier­ci wzbił się z po­wro­tem w po­wie­trze i znik­nął. Ciem­ność nocy za­czę­ła pul­so­wać, co­fa­jąc się se­kun­da po se­kun­dzie, mi­nu­ta po mi­nu­cie, aż pro­mie­nie słoń­ca prze­bi­ły się przez dziu­ry w bu­dyn­ku. Ból w mojej szczę­ce nagle znikł. Do­tkną­łem ję­zy­kiem dzią­seł – dwa przed­nie zęby były z po­wro­tem na swoim miej­scu. Moje ob­ci­słe spodnie i ró­żo­wa bluz­ka ćpun­ki z tę­czo­wą flagą do­słow­nie roz­pły­nę­ły się w po­wie­trzu, za­stą­pio­ne nor­mal­ny­mi dżin­sa­mi i moją starą, uko­cha­ną ko­szu­lą z wy­so­kim koł­nie­rzy­kiem – tą samą, którą prze­cież spa­li­łem nie­daw­no w po­piel­nicz­ce na bal­ko­nie.

Otu­la­ła nas cisza.

Nie było żad­nej po­li­cji. Nie było an­ty­ter­ro­ry­stów, la­se­rów ani za­pa­chu pro­chu. Fa­bry­ka wciąż była zruj­no­wa­na, ale przez okna wpa­da­ło zu­peł­nie inne, po­po­łu­dnio­we świa­tło.

Spoj­rza­łem na swoje dło­nie – były czy­ste, bez śladu krwi i roz­cię­cia. W pra­wej ręce spo­czy­wał krysz­ta­ło­wy nóż, który jed­nak utra­cił swój wcze­śniej­szy blask.

Obok stała Julia, zszo­ko­wa­na tak samo jak ja, ale dalej trzy­ma­ją­ca mnie mocno za ramię. A przed nami, na za­rdze­wia­łej ma­szy­nie, sie­dział wujek Dy­mitr. Żywy. Już bez czar­nych oczu. Wy­glą­dał do­kład­nie tak, jak w mo­men­cie, gdy krę­ci­łem ten pie­przo­ny fil­mik in­struk­ta­rzo­wy, zanim to całe pie­kło się za­czę­ło.

By­li­śmy tylko we trój­kę.

Wujek Dy­mitr po­wo­li opu­ścił wzrok na moją trzę­są­cą się dłoń, w któ­rej wciąż ści­ska­łem krysz­ta­ło­wy szty­let. Na jego twa­rzy nie było już widać tam­tej pra­daw­nej, de­mo­nicz­nej grozy. Za­miast tego spoj­rzał z czymś, czego nigdy wcze­śniej nie do­świad­czy­łem – z au­ten­tycz­nym, głę­bo­kim uzna­niem. Jakby za­miast na ćpuna i ży­cio­we­go prze­gry­wa, pa­trzył na pie­przo­ne­go bo­ha­te­ra na­ro­do­we­go.

– Oto­ście do­ko­na­li tego, Da­mia­nie, miły bra­ta­nie mój, tu­dzież i ty, Julio! – ob­wie­ścił gło­sem tak do­no­śnym, że aż echo po­nio­sło się po ru­inach. – Wsza­koż przyj­ście wasze w te zręby sro­gie nie było śle­pym tra­fun­kiem, a zgon mój z ręki two­jej wy­ro­kiem nie­bios stać się mu­siał. Byt ów po­tęż­ny, co mi klu­cze ot­chła­ni da­ro­wał, ob­ja­wił mi w wi­dze­niu słowa pro­roc­twa. Prze­to wie­dzia­łem, jako was, dziat­ki moje, przed owym la­ta­ją­cym czar­no­księż­ni­kiem sro­mot­nym oca­lić. I jako sa­me­mu z mar­twych po­wstać! Bacz­cież prze­to i słu­chaj­cie pil­nie, al­bo­wiem rymy te, acz dziw­ne dla ucha, żywot nasz od sro­giej zguby od­gro­dzi­ły:

„Śmierć od ostrza z krysz­ta­łu przy­jąć ci trze­ba,

by ry­tu­ał po­tęż­ny od­pra­wić dla nieba.

Lecz z ręki bra­tan­ka krew polać się winna,

by z tchó­rza się zro­dził w końcu męż­czy­zna.

Za trzy dni na­stęp­ne – nie dwa ani czte­ry,

ry­tu­ał on do­peł­ni i zła­pie za stery.

Gdy świę­ta go­dzi­na w nocy wy­bi­je,

krew z palca bra­ta­ni­cy to ostrze ob­my­je.

Wy­krzy­czą za­klę­cie: He'eman­ta la-ze ti-pesz!

by mag śmier­ci uciekł gdzie ro­śnie pieprz!

Po­wró­cisz znów żywy i z mocą tak wiel­ką,

że wróg się posra pod sie­bie na mięk­ko!”

 

Spoj­rza­łem na wuja Dy­mi­tra, na któ­re­go twa­rzy za­go­ścił dumny, wręcz pa­te­tycz­ny uśmiech. A więc ofi­cjal­nie: z tchó­rza zro­dził się męż­czy­zna, a ja wła­śnie zła­pa­łem za stery. Co do maga śmier­ci – no cóż, koleś do­słow­nie ob­ró­cił się w pył. Mimo, że jego zgon nie był spo­wo­do­wa­ny za­bój­czą bie­gun­ką, prze­po­wied­nia w sumie się nie po­my­li­ła. Choć muszę przy­znać, że rymy były po­twor­nie czę­sto­chow­skie. Ze­sta­wie­nie „ti-pesz” z „pieprz” brzmia­ło tak, jakby ten cały po­tęż­ny byt z za­świa­tów pisał tekst na ko­la­nie, i to po paru głęb­szych. Sam zde­cy­do­wa­nie po­pra­co­wał­bym nad sty­li­sty­ką tego pro­roc­twa. Ale dobra, nie będę wy­brzy­dzał – bez wzglę­du na po­ziom gra­fo­ma­nii, ta głu­pia ry­mo­wan­ka ura­to­wa­ła mi życie.

Wujek Dy­mitr po­dra­pał się po bro­dzie, a czar­ne od dymu i magii palce zo­sta­wi­ły smugę na po­licz­ku. Ze­sko­czył z za­rdze­wia­łej ma­szy­ny z gło­śnym stęk­nię­ciem i pod­szedł do mnie, kła­dąc na ra­mie­niu cięż­ką, ko­ści­stą dłoń.

– Zali wi­dzisz, bra­ta­nie mój, iż po­tę­ga wiel­ka i nie­złom­na w krew­nej lę­dź­wi­cy two­jej drze­mie? – rzekł, a w gło­sie znów za­tęt­nił ten dziw­ny, ba­so­wy po­głos. – Azali chcesz u boku mego kunsz­t ów ta­jem­niczy kształ­to­wać, uczniem mym zo­stać i we­spół ze mną mroki owe dep­tać? Czar­no­księ­stwo to rze­mio­sło sro­gie, lecz chwa­ły i zysku nie­ma­ło przy­no­si. Co rze­czesz?

Julia za­mru­ga­ła gwał­tow­nie, a w jej wiel­kich ze zdu­mie­nia oczach nagle za­szkli­ły się łzy. Ko­cha­ła wuja Dy­mi­tra całym ser­cem i choć przez ostat­nie dni zgry­wa­ła twar­dą, ra­cjo­nal­ną siorę, teraz po pro­stu pu­ści­ły jej wszel­kie ha­mul­ce. Z gło­śnym szlo­chem, bę­dą­cym mik­sem to­tal­ne­go szoku i gi­gan­tycz­nej ulgi, rzu­ci­ła mu się na szyję. Ści­ska­ła go z ca­łych sił, jakby spraw­dza­ła, czy jest z krwi i kości, i czy zaraz znowu nie roz­pły­nie się w po­wie­trzu. Pła­ka­ła i śmia­ła się jed­no­cze­śnie. Ponad ra­mie­niem wuja rzu­ci­ła mi jed­nak spoj­rze­nie, w któ­rym ab­so­lut­ny za­chwyt mie­szał się z pa­ra­no­ją. To wzrok mó­wią­cy: „Da­mian, on żyje! Ale to, co się tu wła­śnie od­je­ba­ło, to jest jakiś to­tal­ny ko­smos”.

Ja zaś sta­łem nie­ru­cho­mo, ga­piąc się na krysz­ta­ło­wy szty­let. Serce wciąż wa­li­ło jak osza­la­łe, a w ży­łach krą­ży­ła czy­sta, nie­ska­żo­na żadną che­mią ad­re­na­li­na. Po­my­śla­łem o do­tych­cza­so­wym życiu. O ćpa­niu, di­ler­ce, o ha­zar­dzie, o ucie­ka­niu przed dłu­ga­mi, przed samym sobą, o nud­nych dniach spę­dzo­nych na ob­ro­to­wym fo­te­lu i o moim jeżu, który pew­nie zmar­twych­wstał tak samo jak wuj… 

Po­my­śla­łem też o tym, jak przed chwi­lą ro­ze­rwa­ło le­wi­tu­ją­ce­go maga śmier­ci na strzę­py, i w ogóle o tym, co się od­wa­li­ło w ostat­nich mi­nu­tach.

To było kom­plet­ne sza­leń­stwo. I wie­cie co? Po­czu­łem, że znowu je­stem na gło­dzie…

Tyle że tym razem Xanax nie miał z tym nic wspól­ne­go. Uza­leż­ni­łem się od cze­goś znacz­nie moc­niej­sze­go.

– A wiesz, wujku… – ode­zwa­łem się, uśmiech­nię­ty tak szcze­rze jak nigdy dotąd. – W sumie i tak nie mam nic lep­sze­go do ro­bo­ty. Pracy brak, zresz­tą do le­gal­ne­go za­rob­ku mam dwie lewe ręce, a po­li­cja prę­dzej czy póź­niej znowu za­czę­ła­by wokół mnie wę­szyć. I tak w końcu po­sa­dzi­li­by mnie za han­del albo po­sia­da­nie nie­le­gal­nych sub­stan­cji… A, pie­przyć to! Idę z tobą. Po­ka­zuj te swoje cza­ry-ma­ry.

Dy­mitr wy­szcze­rzył się w od­po­wie­dzi, kle­piąc wi­szą­cą na jego szyi Julię po ple­cach.

– Tedy nie­chaj się dzie­je wola nie­bios! – ry­czał ura­do­wa­ny, chwy­ta­jąc mnie pod boki. – Ru­szaj­my w tany, bra­ta­nie!

Julia tylko po­krę­ci­ła głową, ocie­ra­jąc łzy rę­ka­wem, wciąż oszo­ło­mio­na tym, że jej zmar­ły wujek wła­śnie cy­tu­je Sien­kie­wi­cza w ru­inach fa­bry­ki. A ja, po­pra­wia­jąc koł­nie­rzyk mojej cu­dow­nie oca­la­łej ko­szu­li, ru­szy­łem za Dy­mi­trem w stro­nę wyj­ścia.

Moje do­tych­cza­so­we życie wła­śnie do­bie­gło końca. Za­czy­na­ły się nowe, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej po­pie­przo­ne dni. Ale o tym opo­wiem wam na­stęp­nym razem.

Póki co… czas za­koń­czyć tę opo­wieść.

I wie­cie co?

Za­wsze warto wal­czyć o lep­sze jutro! Nawet gdy świat roz­pa­da ci się na mi­lio­ny ka­wał­ków, nawet gdy ściga cię skin­he­ad z pie­kła rodem, a mag śmier­ci pod­kła­da ci kłody pod nogi…

A tak na­wia­sem mó­wiąc, chyba po raz pierw­szy od lat nie po­trze­bu­ję żad­nych ta­ble­tek, żeby nie bać się jutra. Kto by po­my­ślał, że naj­lep­szym od­wy­kiem od sza­rej prozy tego nędz­ne­go świa­ta okaże się re­gu­lar­ne igra­nie z de­mo­nicz­ną ot­chła­nią…

Skoro i tak mam w życiu prze­rą­ba­ne, to przy­naj­mniej spło­nę na wła­snych wa­run­kach. W ja­skra­wo­fio­le­to­wym, ne­kro­manc­kim pło­mie­niu szmin­ki mojej uko­cha­nej sio­stry.

Koniec

Komentarze

Nomado, jeśli tytuł jest godziną podaną z minutami, to, ponieważ minuta jest rodzaju żeńskiego, powinien brzmieć: O DRUGIEJ DWADZIEŚCIA DWIE.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy,

 

O Shit! Chyba za poźno opublikowałem ten tekst, bo nawet nie zauważyłem!

 

Bezsenność mi nie służy, jak widać !!! ;D

 

Dzięki i przepraszam za wypuszczenie Byka Kreteńskiego!!! Albo kretyńskiego… xD

 

Nie przepraszaj, Nomado, nie ma za co. Ot, zdarzyło się. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj. :)

Cóż… tekst jest bardzo obszerny, sięga prawie 80 tysięcy znaków, każdemu Czytelnikowi zajmie sporo czasu, natomiast – przebiegając go szybko oczami – dostrzegam sporo technikaliów, które powinieneś wcześniej sam wyłapać i poprawić, zanim go opublikujesz, bo nakazuje on wypisywanie błędów zamiast skupienia się na samej fabule.

Tu przykłady, jako sugestie, do przemyślenia:

Wpatrywałem się w ekran, jakbym był ostro porobiony ciężkim halucynogenem – a dodam, że nigdy za nimi nie przepadałem. – czy tu przypadkiem nie ma być: „jakby”, bo z „-m” całkiem wypacza sens zdania?

Wszak wiesz w sercu swoim, jako wielkiej wagi to sprawa… – czy ta (i inne – np.: Na swoją starszą siostrzyczkę; – To… to tylko taka zabawa; Oczywiście wolałem wtedy wierzyć, że zrobił to przez przypadek) aliteracja celowa?

Moje alter ego spojrzało prosto w obiektyw i wypalił coś takiego: – czemu najpierw jest rodzaj nijaki, a potem męski?

Wuj obszedł parę razy jakiś krąg wyrysowany na niszczejącej, pordzewiałej powierzchni. Tkwiła w nim jakaś figura. Na początku myślałem, że to zwykły pentagram, ale geometria była o wiele bardziej zawiła. Kiedy zakończył swój obchód, podszedł do mnie – do mnie z nagrania – wciąż rejestrującego telefonem ten cały mroczny spektakl. Podał mi kryształowy nóż, rodem z kiczowatego fantasy, a ja z jakiegoś powodu go przyjąłem. – powtórzenia?

Oczywiście moja potulna wersja z nagrania posłuchała wuja i dzięki temu zobaczyłem ten kształt w całej okazałości. Przypominał piramidę wpisaną w okrąg, ze spiralami obok każdego z jej kątów. Następnie wuj Dymitr położył się wewnątrz tego malunku i zaczął szeptać pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa. Wyglądał przy tym jak pieprzony Severus Snape z Harry'ego Pottera, tyle że po dziesiątkach lat spędzonych w Azkabanie. Absurd tej sytuacji wywołał na mojej twarzy nerwowy uśmiech. Ale tylko do czasu, aż zobaczyłem, dokąd to zmierza. Tamten ja zza kamery telefonu podszedł do niego z tym dziwnym sztyletem i uklęknął tuż obok, na jednej z bocznych spiral piramidy. – zaimkoza/powtórzenia/styl?

Ale tak serio, to miałem to głęboko w dupie. Zresztą tak samo jak całą politykę tego nędznego kraju. – i tu?

Zapomniałem o makijażu – pomijając tę obleśną fioletową szminkę, której nie potrafiłem poprawnie użyć – zresztą skąd miałem wziąć choćby kredkę do oczu? Nie miałem czasu latać po sąsiadkach. – powtórzenie?

– Ej, młoda, może byś ustąpiła miejsca tej pani, co? Siedzisz na miejscu dla emerytów. – i tu?

A ten znaczek „Lkiebedten” to, kurwa, co?! Lkiebedten? – nie znam wprawdzie niemieckiego, ale czy tu nie jest czasem błąd rzeczowy, spowodowany literówką?

Zanim zdążyłem pomyśleć kilka bardzo niemiłych rzeczy o mojej byłej koleżance ćpunce, na moje zęby zwalił się cios jego nieludzko wielkiej, twardej jak cegła pięści. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu jakoś mocno się bił, ale po potwornym bólu, który eksplodował w mojej szczęce, już doskonale wiem, dlaczego unikałem tego typu rozrywek. – powtórzenia?

Moje piękne, rude loki tak mocno się przekręciły, że wyglądało to, jakbym spiął sobie dwa kucyki – jeden idealnie z przodu, drugi z tyłu gęby. Musiałem przyznać w duchu, że w jakiś chory sposób pasowało to do mojej nowej aparycji. – i tu?

– Chuj! Rysujemy nowy! – krzyknąłem, czując coraz większy niepokój – Przygotowałem się na taką sytuację. Dawaj telefon, Julia! Sprawdzimy nagranie i przypomnę sobie, jak wyglądał. – tutaj jest błędny zapis dialogu?

Podała mi do ręki znienawidzone przeze mnie urządzenie i wiecie co? Nagranie zniknęło. Nie było go już na mojej skrzynce mailowej. Byłem już pewien, że albo kompletnie mi odjebało, albo to sam mag śmierci maczał w tym palce, sabotując moje działania… Moja siostra była przerażona. Chyba zaczęła wątpić we własną poczytalność i zatracać się w szaleństwie. No cóż. Ja miałem to już dawno za sobą i jako weteran, postanowiłem już w pełni przejąć stery…

– powtórzenia?

 

Pojawia się wiele nazw leków (np. klonazepam/n – tę nazwę piszesz różnie, co daje dodatkowo błędy rzeczowe, Xanax, mefedron, benzodiazepina) całkiem mi nieznanych, i muszę szukać każdego w necie, aby się dowiedzieć, na co to i po co to, by zrozumieć sens użycia takich dziwacznych nazw w opowiadaniu…

 

Pomysł na pewno na plus, sporo żartów, slangu i „luźnej, młodzieżowej gadki”; dodatkowo dziękuję za uprzedzenie o wulgaryzmach, lecz najpierw trzeba samodzielnie całe opowiadanie starannie doszlifować pod kątem językowym. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Hej. bruce,

lecz najpierw trzeba samodzielnie całe opowiadanie starannie doszlifować pod kątem językowym. :)

Oj tam, oj tam! :) Właśnie się za to zabieram. Przecież nie byłbym sobą, gdybym opublikował coś całkowicie bezbłędnie… Można by rzec, że to mój znak rozpoznawczy ;)

Poza tym na moją obronę: Damian nie kończył filologii polskiej i w swoich kwestiach ma pełne prawo do zaimkozy. Ludzie w codziennych rozmowach „zaimkują” przecież jak szaleni xD Oczywiście żartuję i zdaję sobie sprawę z mojej sromotnej klęski. Ale hej, jeszcze oddycham, a więc naprawię swoje błędy! Bardzo dziękuję za ich wyłapanie. Jak zwykle jesteś niezawodna :) Sięgasz tam, gdzie mój wzrok nie sięga. To znaczy sięga, ale dopiero po opublikowaniu i zebraniu batów xD

 

Wpatrywałem się w ekran, jakbym był ostro porobiony ciężkim halucynogenem – a dodam, że nigdy za nimi nie przepadałem. – czy tu przypadkiem nie ma być: „jakby”, bo z „-m” całkiem wypacza sens zdania?

Nie wypacza, tak ma być, bo on mówi o sobie – czuje się tak, jakby to on sam zażył halucynogen, patrząc na to całe wariactwo. To dokładnie ta sama zasada co w zdaniu: „Wpatrywałem się w ekran, jakbym nie miał nic innego do roboty”. Jednak skoro faktycznie może to być mylące dla czytelnika, zmienię ten zwrot na coś innego, bardziej jednoznacznego.

Lkiebedten? – nie znam wprawdzie niemieckiego, ale czy tu nie jest czasem błąd rzeczowy, spowodowany literówką?

Tu wcale nie chodzi o język niemiecki! Chciałem humorystycznie pokazać, jak gość zwalczający konkretną ideologię nie potrafi nawet poprawnie wymówić jej nazwy (fonetycznie wyszło mu „Lkiebedten”, a powinno „elgiebete” – LGBT). Nieważne, moje specyficzne poczucie humoru chyba trafia tylko do mojej partnerki i naszych kotów. Też fajnie! :)

Pojawia się wiele nazw leków (np. klonazepam/n – tę nazwę piszesz różnie, co daje dodatkowo błędy rzeczowe, Xanax, mefedron, benzodiazepina) całkiem mi nieznanych, i muszę szukać każdego w necie, aby się dowiedzieć, na co to i po co to, by zrozumieć sens użycia takich dziwacznych nazw w opowiadaniu…

Faktycznie, w nazwie klonazepamu zrobiłem literówkę. Xanax z kolei pisze się wielką literą, bo to nazwa handlowa. Rozumiem, że dla Ciebie mogą to być dziwaczne nazwy. Widocznie nigdy nie miałaś styczności z tym mrocznym światem (i chwała Ci za to!), ale Damian tkwi w nim po uszy. To jego opowieść i jego język, dlatego akurat w tej kwestii nic nie będę zmieniał :) Niemniej bardzo dziękuję za zwrócenie uwagi.

Zdaję sobie sprawę, że mój humor nie trafi do każdego – jest dość specyficzny, ale idealnie oddaje ducha tej postaci. W zasadzie to mój pierwszy raz z opowiadaniem pisanym w pierwszej osobie i odkryłem, jakie to przyjemne. O wiele ciekawsze niż klasyczne opisy trzecioosobowe! Może z tego rozpędu i pisania jednym tchem wpadłem w te powtórzenia, bo przy narracji pierwszoosobowej trzeba na nie podwójnie uważać.

Bardzo dziękuję, Bruce, że mimo wszystko przebrnęłaś przez tekst, który kompletnie nie był w Twoim klimacie. Doceniam to niesamowicie i pozdrawiam z całych sił! :)

 

 

 

 

Rozumiem pewne sprawy, o których piszesz, lecz tekst ma być czytelny; skoro coś ma być potoczne, czy zniekształcone, lepiej to dać kursywą czy w cudzysłów (jak to niemieckie zniekształcenie – brrr!), faktycznie nie przeszło mi przez myśl, że halucynogenem był potraktowany bohater, a nie monitor w jego oczach, opisywanych środków nie znam, może być jakaś wzmianka np. o tym, co one ze sobą niosą, wtedy będzie łatwiej pojąć. A humor i pomysł oczywiście doceniam, jasne! :)

Wielkie dzięki i na spokojnie, każdy popełnia błędy. :) 

Pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

bruce

 

Lkiebedten – Dobra, ten żart akurat był najniższych lotów. Usuwam go, żeby nikogo nie kłuł w oczy.

opisywanych środków nie znam, może być jakaś wzmianka np. o tym, co one ze sobą niosą, wtedy będzie łatwiej pojąć

Postaram się wpleść w tekst drobne wskazówki dla czytelnika. Muszę to jednak zrobić zmyślnie, bo nie chcę zamieniać opowiadania w encyklopedię dragów :)

 

Masz rację, zupełnie zapomniałem, że większość ludzi nigdy nie miała styczności z silnymi lekami na zaburzenia lękowe, z tym, jak wygląda ich nadużywanie i czym to się kończy. Taki klonazepam na ten przykład, w dużej dawce i w połączeniu z alkoholem, potrafi doprowadzić do całkowitej amnezji. Nagle budzisz się po dwóch dniach, z których kompletnie nic nie pamiętasz. I to nie jest stan jak po alkoholu, gdzie człowiek ma przynajmniej jakieś przebłyski. Po prostu absolutna, czarna dziura. Właśnie dlatego Damian kompletnie nie pamięta, że spotkał się z wujkiem i wziął udział w rytuale :)

Jeśli humor mimo wszystko się podobał, to bardzo się cieszę! Choć kiedy tak czytam to opowiadanie w trakcie poprawek, dochodzę do wniosku, że mam jednak nieźle zryty łeb :D

Przemyśl, niczego od razu nie usuwaj! :)

Opis działania na siostrze dobrze pokazałeś, zatem i co do innych wpleć coś krótko, a treściwie, żeby się można było połapać, co to jest. :) 

Pozdrawiam i dzięki, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Nomado, choć zaprezentowałeś historię wielce szaloną, wręcz niewiarygodną i mocno popapraną, to muszę powiedzieć, że zaimponowałeś mi nieokiełznaną wyobraźnią i szczególnym sposobem opowiedzenia wszystkiego.

Nie ukrywam, że początek dość silnie podziałał na zmysły, a zaangażowane zostały wszystkie – od słuchu, poprzez doznania węchowe, wzrokowe, że o dotyku i smaku nie wspomnę.

Niezwykłe połączenie magii i zjawisk nadprzyrodzonych, przy jednoczesnym wykorzystaniu możliwości zaklętych w smartfonach i innych gadżetach, dało efekt zaiste fantastyczny.

Sytuacje, kiedy Damian został zmuszony do ukrycie się, zdały mi się nieco przerysowane i chwilami nieco przegadane, ale też muszę przyznać, że miały swój urok.

Sceny dopełniania rytuału, nagłe pojawienia się policji i wuja Dymitra zrobiły należyte wrażenie.

Nomado, pozostaję z nadzieją, że to nie jest Twoje ostatnie słowo, że czeka nas jeszcze wiele równie zaskakujących opowieści.

Mam nadzieję, że dokonasz poprawek, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki. :)

 

Niech ktoś to wy­łą­czyZa­łka­łem w duchu… -> Niech ktoś to wy­łą­czy… – za­łka­łem w duchu…

Potraktowałabym to jak zapis myśli. Proponuję też ujednolicić zapis myśli w dalszym ciągu opowiadania.

 

Le­ża­łem pół­przy­kry­ty szarą koł­drą… → Le­ża­łem pół ­przy­kry­ty szarą koł­drą

 

Zu­peł­nie jakby był na­gry­wa­ny moim tele…fonem? → Brak spacji po wielokropku.

 

Da­mia­nie? Kto do cho­le­ry to na­gry­wał? Po­my­śla­łem, a se­kun­dy… → Da­mia­nie? Kto do cho­le­ry to na­gry­wał? – po­my­śla­łem, a se­kun­dy…

 

Prze­to psu­brat owy, żół­cią a za­wi­ścią… → Prze­to psu­brat ów, żół­cią a za­wi­ścią

Tu znajdziesz odmianę zaimka ów.

 

Stąd to, Da­mia­nie, owy głód po­twor­ny… → Stąd to, Da­mia­nie, ów głód po­twor­ny

 

He'eman­ta la-ze ti-PESZ!, → Zbędny przecinek – po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

 

Wszak wiesz w sercu swoim, jako wiel­kiej wagi to spra­wa… → Wszak wiesz w sercu swoim, jak wiel­kiej wagi to spra­wa

 

Je­stem ostat­nią osobą, któ­rej bym za­ufał. Zwłasz­cza teraz. Jakoś tak mi się po­my­śla­ło… → Je­stem ostat­nią osobą, któ­rej bym za­ufał. Zwłasz­cza teraz. Jakoś tak mi się po­my­śla­ło…

 

Mu­si­my do­peł­nić ry­tu­ał wuja i go oży­wić. → Mu­si­my do­peł­nić ry­tu­ału wuja i go oży­wić.

 

"He'eman­ta la-ze ti-PESZ!"… → Jak mieli wymówić wielkie litery???

 

w ustach mia­łem sa­ha­rę… → …w ustach mia­łem Sa­ha­rę

 

Le­piej nie, po­my­śla­łem… -> Le­piej nie po­my­śla­łem…

 

Pra­wie mi się wy­msknę­ło wraz z ciek­ną­cą śliną na za­faj­da­ne ka­fel­ki. → Pra­wie mi się wy­msknę­ło wraz ze śliną, cieknącą na za­faj­da­ne ka­fel­ki.

 

w słu­chaw­ce za­lę­gła gro­bo­wa cisza. → …w słu­chaw­ce za­le­gła gro­bo­wa cisza.

Sprawdź znaczenie słowa zalęgać.

 

„Na miej­scu jest już po­li­cja i bada teren…”. → Zbędna kropka. Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Nosz kurwa… → Noż kurwa

 

Cięż­ko nie za­uwa­żyć wiel­kie­go gma­chu… → Trudno nie za­uwa­żyć wiel­kie­go gma­chu

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Ciezko-a-trudno;19058.html

 

„Ucie­ka­ją­ca przed skraj­nym na­ro­dow­cem dziew­czy­na, która oka­za­ła się fa­ce­tem w pe­ru­ce skra­dzio­nej sta­rusz­ce, zo­sta­ła za­trzy­ma­na przez po­li­cję. Po­sta­wio­no jej za­rzu­ty za­szty­le­to­wa­nia wła­sne­go wuja w opusz­czo­nej fa­bry­ce, gdzieś na wy­piz­do­wiu mia­sta”. → Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Albo kursywa, albo cudzysłów.

 

Cie­kaw­sze hi­stro­rie się tu od­wa­la­ją… → Literówka.

 

Blask księ­ży­ca wpa­dał przez roz­bi­te szyby w dachu, two­rząc na pod­ło­dze dłu­gie, ostre cie­nie. → To nie blask księżyca tworzył cienie. Cienie tworzyły przedmioty, które znalazły się na drodze rzeczonego blasku.

 

Była do­kład­nie druga zero dwa. → Była do­kład­nie druga zero dwie.

 

pa­ra­no­ii zer­ka­jąc co chwi­la na ze­ga­rek. → …pa­ra­no­i zer­ka­jąc co chwi­la na ze­ga­rek.

Tu znajdziesz odmianę rzeczownika paranoja.

 

Druga dzie­więt­na­ście. trzy mi­nu­ty.Druga dzie­więt­na­ście. Trzy mi­nu­ty.

 

roz­ga­zo­wa­nej coli, któej w końcu nie do­pi­łem. → Literówka.

 

Za­kra­dli się jak

jacyś cho­ler­ni ninja. → Zbędny enter.

 

pró­bu­jąc rzu­cić jakiś kontr-urok? → …pró­bu­jąc rzu­cić jakiś kontrurok?

 

po­piół po magu śmier­ci wbił się z po­wro­tem w po­wie­trze i znik­nął. → Pewnie miało być: …po­piół po magu śmier­ci wzbił się z po­wro­tem w po­wie­trze i znik­nął.

 

Świe­cił bla­dym bla­skiem. → Nie mógł świecić bladym blaskiem, albowiem blask jest silny i jasny z definicji.

 

He'eman­ta la-ze ti-PESZ!, → Zbędny przecinek.

 

– Azali chcesz u boku mego kunsztu owego tajemnego pobierać, uczniem mym zostać… → Obawiam się, że kunsztu pobierać się nie da.

Proponuję: – Azali chcesz u boku mego kunsztu owego tajemnego nabyć, uczniem mym zostać

Lub: – Azali chcesz u boku mego kunszt ów tajemny kształtować, uczniem mym zostać

 

A ja, po­pra­wia­jąc

koł­nie­rzyk mojej cu­dow­nie oca­la­łej ko­szu­li… → Zbędny enter.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć, regluatorzy!

Bardzo dziękuję za tak wnikliwy i wartościowy komentarz!

Nie ukrywam, że możliwość zgłoszenia opowiadania do Biblioteki to dla mnie ogromne wyróżnienie i potężny zastrzyk motywacji do dalszego pisania… choć aktualnie mam dość trudny epizod w życiu i wyjątkowo ciężko mi znaleźć czas na codzienne logowanie się na portalu. Niemniej w weekend zasiądę do opowiadania i poprawię bazgroły, aby nie wypalały gałek ocznych czytelnikowi :)

 

Niezwykle cieszę się, że to szalone połączenie współczesnej, archetypowej podróży bohatera, mrocznej magii, groteski, sensorycznego chaosu i absurdalnego humoru tak mocno zadziałało na zmysły. Gdzieś w głębi się bałem, że zawiesiłem się na produkcjach Monty Pathona i mojego poczucia humoru nikt nie zrozumie. A jednak komuś się udało!

 

Ogromny szacunek i wielkie dzięki za poświęcony czas oraz tak szczegółową, profesjonalną korektę! Topornie mi idzie nauka poprawnego pisania, ale w końcu zaskoczy, a docenienie mojej wyobraźni jest dla mnie największym zaszczytem. :)

Co do wielkich liter w ti-PESZ – intencją było oddanie dzikiego krzyku bohaterów, ale jak najbardziej ujednolicę i poprawię ten zapis, żeby nie zgrzytał w czytaniu. Pozatym to zwrot z języka hebrajskiego i jak nie masz co robić w życiu, to możesz sobie wklepać w tłumacza co właściwie te słowa oznaczały :D

 

Z przyjemnością wprowadzę wszystkie Twoje uwagi i wrzucę na portal doszlifowaną, czystą wersję tekstu. Jeszcze raz serdecznie dziękuję za poświęcony czas, wsparcie i tak dobre słowo! Naprawdę dużo się od was wszystkich nauczyłem(zwłaszcza od ciebie i bruce) i uczć się będę dalej. Pozdrawiam!

Bardzo proszę, Nomado. Niezmiernie mi miło, że mogłam się przydać, że uznałeś komentarz za wartościowy. Chciałabym jednak dodać, że moje łapanki nie są profesjonalną korektą, albowiem jestem zupełną amatorką i tylko wypisuję to, o co potykam się w czasie lektury. Jednakowoż cieszę się i jestem bardzo wdzięczna za to, że uznałeś uwagi za przydane, że doceniłeś moja pracę. 

Daj znać, że dokonałeś poprawek, a natychmiast zgłoszę opowiadanie do Biblioteki. :)

 

Co do wiel­kich liter w ti-PESZ…

Owszem, Nomado, wklepałam, ale tłumacz uznał, że to język węgierski, więc niczego się nie dowiedziałam, ale jest to niewiedza, z którą mogę żyć. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

 

Ogarnąłem tekst biorąc pod uwagę twoje spostrzeżenia i moje własne pajęcze zmysły. :) Czy jest wyszlifowany na 100%? Z całą pewnością nie, ale na chwilę obecną nie widzę więcej baboli :D

 

Co do wielkich liter w ti-PESZ…

Owszem, Nomado, wklepałam, ale tłumacz uznał, że to język węgierski, więc niczego się nie dowiedziałam, ale jest to niewiedza, z którą mogę żyć. :)

Ha ha, tak, z całą pewnością obędziesz się bez tej wiedzy :).

Skoro dokonałeś poprawek, Nomado, mogę udać się do klikarni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej ho! 

 

Na początek kilka drobnostek: 

 

Leżałem pół przykryty szarą kołdrą, której nie zmieniałem od… dobra, pomińmy ten temat. 

O, ble. Ale ja nie o tym. Mam pytanie techniczne, zmienia się kołdrę czy raczej pościel? ;)

organizm desperacko próbował wypluć

A może lepiej “pozbyć się”? 

 

Opowieść sama się nie opowie: 

A może lepiej historia? 

 

– Znowu mam odklejkę… To tylko zjazd. Wytwór przećpanego mózgu, nic więcej – przekonywałem siebie, próbując racjonalizować odczucia. 

Niepotrzebne. Czytelnik i bez tego zrozumie. 

 

Aż spuściłam… wróć… aż spuściłem wzrok, niczym onieśmielona dziewczynka. 

 

Wyglądało to absolutnie groteskowo. Dorosły facet, bez dwóch zębów, w obcisłych, za małych spodniach, klęczy w opuszczonej fabryce i rysuje okultystyczne symbole damskim kosmetykiem. 

Uwierz, że nie musisz tego tłumaczyć. Czytelnik widzi ten absurd. :D 

 

oślepiającym, czarnym płomieniem. 

Oślepiającym i czarnym? Jak to możliwe. 

 

Ależ to było pokręcone. Fajne! Ale pokręcone.

Momentami nawiązań do postaci, filmów i innych popkulturowych motywów było nieco za dużo. Podobnie odebrałam moment „Tolkienowskiej” ucieczki, która też była trochę niepotrzebnie rozciągnięta.

Sam pomysł na pokazanie tej przedziwnej historii i opowiedzenie jej głosem nieogarniętego Damiana był bardzo dobry. Wyszło absurdalnie, momentami wręcz surrealistycznie, a do tego ciekawie, przez co przeczytałam z wielkim zainteresowaniem.

Cieszę się, że ostatecznie magia okazała się prawdziwa. Gdyby cała ta niezwykła historia została sprowadzona jedynie do narkotycznego odjazdu czy halucynacji, miałabym poczucie pewnego rozczarowania.

Klikam do biblioteki i pozdrawiam :) 

Podążaj za białym królikiem.

Cześć, Marszawa.

 

Leżałem pół przykryty szarą kołdrą, której nie zmieniałem od… dobra, pomińmy ten temat. 

O, ble. Ale ja nie o tym. Mam pytanie techniczne, zmienia się kołdrę czy raczej pościel? ;)

Przy stylu życia Damiana to i tak cud, że w ogóle używa pościeli, ale masz pełną rację – zmiana pościeli brzmi bardziej życiowo! ;)

 

Opowieść sama się nie opowie: 

A może lepiej historia? 

Tak, zdecydowanie lepiej. Zapomniałem chyba czytać sobie na głos aby wyłapać ten niuans.

 

organizm desperacko próbował wypluć

A może lepiej “pozbyć się”? 

Tu zostaje jak jest :) Damian lubi ubierać swe myśli w pseudo-połezję ;)

 

– Znowu mam odklejkę… To tylko zjazd. Wytwór przećpanego mózgu, nic więcej – przekonywałem siebie, próbując racjonalizować odczucia. 

Niepotrzebne. Czytelnik i bez tego zrozumie. 

Prawda. Niepotrzebnie traktuje czytelnika jak dziecko. Chyba opiekuńczy charakter mojej pracy, wszedł za mocno.

 

Wyglądało to absolutnie groteskowo. Dorosły facet, bez dwóch zębów, w obcisłych, za małych spodniach, klęczy w opuszczonej fabryce i rysuje okultystyczne symbole damskim kosmetykiem. 

Uwierz, że nie musisz tego tłumaczyć. Czytelnik widzi ten absurd. :D 

Tutaj analogicznie jak wyżej.

 

oślepiającym, czarnym płomieniem. 

Oślepiającym i czarnym? Jak to możliwe. 

 

Ło matko! Ale skucha! Dzięki za wyłapanie. Poniosło mnie troszkę ;) W mojej głowie miał to być magiczny, surrealistyczny paradoks, ale rozumiem, skąd ten wizualny zgrzyt.

 

Popkultura i Tolkien: Dzięki za szczerość! Wiem, że w tym pościgu mocno pojechałem po krawędzi groteski. Cenna wskazówka na przyszłość, żeby nie przeładować tekstu nawiązaniami.

 

Niezwykle cieszę się, że głos Damiana i ten cały absurdalny klimat Ci podeszły, a finał nie rozczarował. Sam szczerze nie cierpię motywu „to był tylko sen/zjazd”, więc magia po prostu musiała być prawdziwa!

 

Jeszcze raz wielkie dzięki za poświęcony czas, cenne uwagi, wsparcie, no i klik. :)

 

Pozdrawiam Cie serdecznie!

Nowa Fantastyka