Ty mnie wezwałeś. Ty płacisz.
Wszystko. Wszystko.
Doskonale.
Prowadziła go w głąb lasu, a drogę oświetlał im jedynie księżyc. Krimson zacisnął drżące dłonie na rękojeści sztyletu przytroczonego u boku. Strach nie był niczym nowym, lecz pod spojrzeniami lśniących w ciemności zwierzęcych oczu, serce mężczyzny malało, coraz to mniej pewne podjętego planu.
Kobieta krocząca przed nim nie zdradzała podobnych odczuć. Bose stopy stawiała pewnie na śniegu, wytyczając ścieżkę, którą mógł podążać w ślad za nią. Głowę dumnie wyciągała ku niebu na długiej, łabędziej szyi. Wśród zimowego krajobrazu, jakimś cudem jej skóra lśniła potem. Widok ten przywodził Krimsonowi na myśl ukochaną, pozostawianą w cieple domowego ogniska. Jej silne, nagie ramiona, gdy kochali się na futrze rozłożonym przy kominku. Błyszczała potem, promieniała spełnieniem. Z dużych, nabrzmiałych ust uciekały kolejne westchnięcia.
Rumieniec rozgrzał mu twarz, lecz wstyd kazał pochylić głowę. Gdy Ewangelina zbudzi się o świcie, jego nie będzie obok. Pozostawało mieć tylko nadzieję, że kochanek, który do niej wróci nie będzie już tchórzem, ale bohaterem godnym Wybawicielki.
Starając się zmienić tor biegu myśli, przyśpieszył kroku. Nie zamierzał zrównywać się z przewodniczką, jedynie zbliżyć do komfortu jaki zapewniała mu obecność drugiej osoby. Nawet tak ponurej, jak ona. W mieście mówiono, że oczy ma błękitne od wypłakanych łez, a włosy spływają czerwienią złamanego serca. Podobno nigdy się nie uśmiechała, podobno żałowała zakochanych, podobno chętnie pomagała szczególnie samotnym ojcom. Krimson nie wierzył w plotki, ale odkąd Smutną poznał, zawsze jej współczuł.
– Czy to prawda? – Rozpaczliwie pragnął przerwać ciszę. Niestety dźwięk własnego głosu niewiele go pocieszył. – O tobie i Bestii?
Pytanie było nie na miejscu. Doskonale to wiedział. Nic innego jednak nie przychodziło mu do głowy. Od tamtego dnia często się nad tym zastanawiał. Co takiego miała w sobie ta niepozorna kobieta, czego zabrakło w tamtym momencie Wybawicielce? Ewangelina powalała potwory straszliwsze od przeklętej, leniwej poczwary jaką była Bestia. Jednak to na perkatej, zgniło-zielonej skórze tego okrutnika pękło zaklęte ostrze. Dźwięk metalu sypiącego się na kamienie do tej pory prześladował Krimsona.
Jego własne odbicie w lśniących drobinkach, połamane i zakrzywione, niezwykle go wtedy przeraziło. A Bestia się śmiał. Śmiał i płakał. Powtarzając w kółko to samo.
„Wiedziałem, że jeszcze kiedyś się zobaczymy, Krimsonie.”
Przecież to było ich pierwsze i jedyne spotkanie.
– O co mnie pytasz? – Niewiele więcej niż szept, a jednak odpowiedziała. Nie wytknęła mu impertynencji. Zażądała tylko, by na głos przyznał to, co oboje wiedzieli.
Zabrakło mu odwagi. Jak zwykle zresztą. Przygryzając język, skupił się na kolejnych krokach. Buty zapadały mu się w śniegu, podczas gdy bosa Smutna zdawała się unosić tuż nad jego powierzchnią, zostawiając po sobie jedynie płytkie, ledwo widoczne ślady. Od samego patrzenia, robiło mu się zimniej. Gruby, futrzany płaszcz nie przynosił ulgi. Mróz zdawał się wypływać z wnętrza Krimsona. Mimo to szczelniej zaciągnął poły odzienia, próbując uchronić się przed kłującym wiatrem.
Szli w ciszy, a cienie drzew przybierały kształty niczym z koszmarów. A może to były wspomnienia? Odkąd lata temu obudził się na szczycie klifu z pustką w sercu i głowie, często miał co do tego wątpliwości. Coś mu uciekało, przeciekało przez palce. Po omacku gonił głos, który wzywał go upartym, natarczywym „znajdź mnie”.
Myślał, że po odnalezieniu Ewangeliny, miłości jego życia, wielkiej bohaterki i Wybawicielki, nawoływanie ustanie. Tak się nie stało. Częstotliwość zmalała, ale bezcielesny szept co jakiś czas budził się z nicości, by dręczyć Krimsona. Tak samo nie zniknęła pustka ciążąca w piersi. Bliskość ukochanej nie zdołała wypełnić nieokreślonego braku.
– Kochasz ją? – Smutna zwolniła kroku, by się z nim zrównać. Blade, prawie białe w blasku księżyca, oczy przewiercały mężczyznę na wylot. Coś zakuło go na wysokości serca. Dlaczego o tym wspominała? – Ona wcale nie wie, że tu jesteś, prawda? Podjąłeś tę decyzję sam…
Przygryzł usta, po czym uśmiechnął się pod nosem.
– O co mnie pytasz? – powtórzył niczym spóźnione echo.
Zatrzymali się. Przewodniczka wyglądała na zaskoczoną i urażoną. Z delikatnie rozwartymi ustami, które układały się w niewypowiedziane słowo, wpatrywała się Krimsonowi prosto w oczy. Kolejne sekundy mijały, a oni trwali w miejscu. Ona na granicy, choć nie był pewien jakiej. On sam zbyt zakłopotany, by odwrócić wzrok. Bał się ją spłoszyć, bo coś w nim bardzo pragnęło usłyszeć to, czego nie powiedziała.
Wreszcie Smutna odwróciła się doń plecami i na nowo rozpoczęła wędrówkę. Śnieg skrzypiał pod jej stopami.
– Byłam jego córką pod wszelkimi względami, prócz tego jednego. Nie znam tych, którzy dali mi życie. Nie mogę też zapomnieć, że mój opiekun był Bestią. Ostatecznie liczyło się tylko to, że on mnie kochał. To odebrało mu życie.
– A czy ty kochałaś jego? – Za późno ugryzł się w język. Zbyt gorliwy, by wypowiadać kolejne zdania, by walczyć z ciszą, podtrzymać konwersację.
Pytanie może było bezczelne, ale nie dlatego go pożałował. Odpowiedź zwyczajnie nie miała znaczenia. Smutna oznajmiła to wtedy, powtórzyła to też przed chwilą. Lecz on, jak głupiec, którym był, spytał i tak. Czy to by cokolwiek zmieniło?
Zgodnie ze wszelkimi znanymi mu faktami Bestię zabiła córka, którą Bestia kochała. Żadna odpowiedź nie była szczęśliwa, każda niosła własny tragizm. To na życzenie Krimsona Smutna zbrukała dłonie krwią opiekuna. Bestii. Bestii. Pokrytego łuskami, rogatego potwora o długim ogonie i ostrych pazurach. Stwora terroryzującego pobliskie miasta oraz wioski chaotyczną rządzą potęgi. Nieprzewidywalna magia, martwe zwierzęta, zaginione dzieci. Coś musieli zrobić. A miecz Wybawicielki zawiódł.
Gdy bohaterski honor nie wystarczył, Krimson zawołał tą, która miała moc przechylić szalę zwycięstwa. Zaciągnął dług u Smutnej Wiedźmy, pozwalając by magia pokonała magię.
– Kto Bestię zabije, ten Bestią się stanie. A dokonać tego może tylko ten, którego Bestia kocha. – Nie odpowiedziała mu. Nie musiała. Po raz kolejny przypomniała o tym, co się liczyło. Jej własne uczucia nie miały znaczenia.
Nie mógł pozwolić, by zapadła cisza.
– Oczywiście, że ją kocham – To musiało wystarczyć. Bardziej się obnażyć nie zdołał.
Najwyraźniej jednak zadowolił Smutną Wiedźmę, bo kąciki jej ust drgnęły w najboleśniejszym uśmiechu, jakiego kiedykolwiek doświadczył.
– Jesteśmy prawie na miejscu.
Nie wiedział, dokąd go prowadziła, nie był też pewien czego zamierzała od niego zażądać, gdy już tam dotrą. Zaciągnął dług, który musiał spłacić. Inne wyjście nie istniało. Magia zawsze wymagała zapłaty i zawsze ją otrzymywała. W ten czy inny sposób. Jemu śmiertelnikowi nie dane zgadywać w jaki.
– Czy pamiętasz smak poziomek w twoje dwudzieste urodziny, Krimsonie?
Pytanie zaskoczyło go na tyle, że poderwał głowę do góry, przy okazji potykając się o wystający z ziemi korzeń. Wylądował na kolanach, z dłońmi całkowicie zanurzonymi w zaspie. Ból i chłód wstrząsnęły nim równocześnie, budząc z głębi pamięci jego własny krzyk.
Ptaki zerwały się z pobliskich gałęzi, ze skrzekiem wzbijając się w nocne niebo. Księżyc na chwilę przesłoniła chmara skrzydeł, a na ziemie wraz ze śniegiem opadło samotne pióro.
Smutna wyciągnęła dłoń, a on niczym pogrążony we śnie, skorzystał z pomocy nim zdążył ją zakwestionować. Gdy wreszcie stanął o własnych siłach, zmierzył kobietę od stóp do głów.
– Co to za pytanie?
– Czy pamiętasz?
– Smak poziomek? – Na jego języku rozlał się fantomowy, słodki znajomy posmak. Żołądek odezwał się z cicha na myśl o jedzeniu.
– Nie jakichś poziomek. Tych konkretnych, które jadłeś w swoje dwudzieste urodziny.
Prychnął. Cóż mógł zrobić więcej? Absurdalność rozmowy zaczynała go przerastać. W ciemności nocy, w obcym miejscu, z Wiedźmą za przewodnika. Pragnął tylko wrócić do domu, owinąć zmarznięte ramiona dookoła ciepłego ciała ukochanej, zanurzyć nos w jej złotych włosach, zasnąć. Tymczasem mógł tylko wcisnąć dłonie pod pachy, próbując załagodzić piekące mrowienie.
W dalszy marsz ruszyli już wolniej.
– Ja pamiętam wszystko. Każde wypowiedziane słowo, każde zdarte kolano, każdą drzazgę w palcu. Pierwszą poziomkę w życiu, ostatnią wypitą kroplę wody. Wszystkie obietnice i złamane przysięgi. Moim przekleństwem jest pamięć. Twoją łaską zapomnienie. Czyż to nie samolubne?
Zastanawiał się nad słowami kobiety, przygryzając spękane usta. Doskonale wiedział, jak niedoskonała jest ludzka pamięć. Od lat uganiał się za duchem, niewiadomą, pustką w czasie. Nigdy przedtem nie rozważał jednak alternatywy.
Zmarszczył brwi.
Koniec. Koniec. Koniec. Koniec.
– Nie. – Jego własny głos rozbrzmiał niczym echo. Chciał walczyć, zbuntować się. Lecz brakowało mu słów.
Pokiwała głową, jakby przytakiwała jego protestowi.
– Czy pamiętasz krew na śniegu? – Tym razem szeptała, kierując pytanie jakby nie do Krimsona, a do samego zimowego wiatru.
Pomiędzy drzewami zamajaczyły płomienie. Lecz choć na wyciągnięcie ręki miał ognisko, Krimson nie zdołał się skupić na obietnicy rozgrzanej skóry. Słowa Wiedźmy namalowały inny obrazek, który uparcie nie chciał się rozpłynąć. Ściśnięte serce, ściekające potokami łzy. Krew, krew, krew.
Palenisko ułożone z kamieni było ogromne, a ogniste języki strzelały plejadą iskier ku nocnemu niebu. Nie musiał podchodzić bliżej, ciepło ogarnęło jego twarz, dłonie, roztopiło drobinki osiadłe na futrze.
Smuta stanęła pomiędzy nim, a jaśniejącym na środku dzikiej polany ogniem. Stała się ledwie zarysem człowieka, czarną sylwetką odcinającą go od światła.
– Krimsonie, przywołując mnie tamtego dnia bym zabiła Bestię, zaciągnąłeś dług. Tylko ty możesz go spłacić, więc oto jesteśmy. W tym samym miejscu, gdy księżyc świeci równie jasno – Wypowiadając kolejne słowa, Wiedźma powoli pozbyła się wierzchniej odzieży, którą starannie składała i układała na pobliskim głazie. – W ramach zapłaty oczekuję od ciebie próby serca. Twe usta Krimsonie przeklinam, by nie wypowiedziały kolejnego ślubu, kolejnej złudnej obietnicy, dopóki nie sięgnie ich pocałunek prawdziwej miłości. Wspomnień ci oddać nie mogę, lecz oto twój krzyż i drogowskaz: moim przekleństwem jest pamięć, twą łaską zapomnienie.
Teraz, gdy bez strachu przed kłującym mrozem mógł wyciągnąć dłonie spod płaszcza, nic nie powstrzymywało go przed chwyceniem sztyletu. Stal błysnęła odbitym blaskiem. Wiedźma nawet nie drgnęła. Szeroko rozkładała ramiona, głowę odrzucając do tyłu. Nagą pierś wystawiała ku niemu, jak gdyby zachęcała do zadania ciosu.
Zawahał się. Złote włosy, zielone oczy, wspomnienie późnego lata. Smak poziomek w jego dwudzieste urodziny…
Ewangelina czekała na niego w domu. Jej ozdobiona blond lokami głowa zapewne spoczywała na poduszce, a ciemnozielone tęczówki przykryły powieki. Jednak przecież wtedy jeszcze jej nie znał. Dopiero gdy siwizna przyozdobiła mu skroń, palce Ewangeliny dotknęły jego twarzy.
Zacisnął zęby zrobił krok do przodu. To magia. A magia jest zła. Teraz już to wiedział. Już się nauczył. Już nigdy nie zapomni i nie popełni tego samego błędu.
– Czy pamiętasz, jak byłam piękna? Jak dla mnie biło twoje serce? – Smutna spojrzała mu w oczy, delikatnymi gestami oziębłych rąk pomagając nakierować jego własne. – Czy kochasz ją szczerze, czy jest tylko moim wspomnieniem?
Pchnął sztylet, a srebrne ostrze na wylot przebiło gardło. Z oczu kobiety popłynęły ostatnie łzy, ustępując miejsca nieśmiałej zieleni. Usta wygięły się w uśmiechu. Na raz odpłynęło życie. Na ziemię padła nie Smutna Wiedźma, lecz kobieta zmarła przed laty. Jej krew po raz kolejny rozlała się na śniegu u stóp Krimsona. Czerwień złamanego serca spłynęła z włosów, zostawiając za sobą sklejone pasma w kolorze dojrzałego zboża.
Zwierzęta pierzchły. Ognisko przygasło. Księżyc schował się za chmurą.
I wtedy sobie przypomniał. Lecz już nigdy nie miał udzielić ukochanej odpowiedzi. Zresztą żadna nie była szczęśliwa, każda niosła własny tragizm.
Z krzykiem padł na kolana, nie zważając na śnieg, na chłód, na ból. Nie liczyło się nic i nikt, gdy zrozumiał, co uczynił. Z pamięci, niczym ptaki wzbijające się do lotu, wydarły się wspomnienia.
– Moje słońce – zapłakał. – Pamiętam.
*
Kobieta leżała na białym śniegu, który barwiła na czerwono krew wypływająca z rozdartego boku. Zamglone oczy wpatrywały się w niebo rozjaśnione zimnym blaskiem gwiazd.
Pochylił się nad wiotczejącym ciałem ukochanej. Schował twarz we włosach koloru dojrzałego zboża, nasiąkających rozlaną dookoła czerwienią. Przez krótką chwilę mógł przysiąc, że znów trwało lato. Na języku czuł posmak poziomek. Słońce na niebie, skóra na skórze, pot spływający między kochankami. Tarzali się w trawie, nie zważając na ziemię, która wciskała się pod paznokcie. Liczyła się tylko dzika pasja, rytm dwóch serc bijących w harmonii. Oddałby tak wiele, za jeszcze jeden ciepły dzień spędzony razem.
Nawet przez materiał koszuli czuł, że była zimna. Dłonią wciąż uparcie uciskał ranę, a przez jego palce przelewało się życie. Za sobą zostawiało szarość. Zniknęły rumieńce, zniknęły iskry błąkające się zwykle w zielonych tęczówkach. Niedawno tryskająca radością, teraz zlewała się z brudnym śniegiem i ogołoconymi gałęziami. Wystarczyło poczekać. Cierpliwie, oddychając powoli, przetrzymać chłód przedzierający się przez warstwy ubrań. Wytrwać, gdy zawodził wiatr, kiedy z nieba posypały się lodowate drobinki. Zwykle lubił im się przyglądać – jak topiły się w zetknięciu ze skórą. Nie tym razem.
– Już dobrze, moje słońce. – W pobliżu nie było żywej duszy. Tylko ich dwoje. Leżeli w śniegu, jak w łożu małżeńskim. Czerwona ciecz parowała w mroźnym powietrzu. Nagle wydało mu się to potwornie odpowiednie. Ryk oceanu w dole klifu, nagie gałęzie lasu, roztańczone w sztywnych podrygach na wietrze, niknący blask ostatnich tej nocy gwiazd, odbijający się nieśmiało w świeżo opadającym puchu. Od przepaści dzieliło ich lewie kilka kroków. Mógłby pokonać je na pamięć. Miejsce schadzek, które dzieliło z nimi wspólne tajemnice, które odsłoniło oczom najpiękniejsze wschody słońca… nagle zostało świadkiem tragedii. – Wezwałem go.
Z ust kobiety wydobył się bulgocący dźwięk i odrobina śliny.
Wiedział, że ukochana próbowała protestować. Każda decyzja miała swoje konsekwencje, każda magia swoją cenę. Tylko głupcy zawierali umowy, których treści nie znali.
Ale nie mógł jej stracić. Niezależnie od ceny.
Usta złączyły się w pocałunku smakującym metalem i solą. Krimson nie potrafił odnaleźć słów, które naprawiłyby sytuację. Słów, które byłyby warte wypowiedzenia.
Pierwsze promienie słońca rozlały się na horyzoncie, barwiąc morze złotem. Do lotu zerwały się ptaki, porzucając bezpieczeństwo ciepłych gniazd. Z ich małych gardeł wyrwał się potworny skrzek. Na chwilę niebo na powrót pociemniało od skołtunionej masy skrzydeł. Zielone oczy kobiety zamknęły się. Kończył się czas. Wdech. Wydech. Coraz wolniejsze, szarpane. Skóra dookoła rany z każdym kolejnym, cichnącym uderzeniem serca traciła ciepło.
Koniec. Koniec. Koniec. Koniec. Koniec. Koniec.
Nie.
– Wzywałeś – oznajmił rozbawiony głos. Śnieg zaskrzypiał pod skórzanymi butami. Gdy Krimson podniósł spojrzenie, ujrzał Bestię. Z szelmowskim uśmiechem, szarą, perkatą skórą, skręconymi w spiralę rogami. Potwór zdążył już dostrzec umierającą. Czarny język niespokojnie przejechał po ostrych kłach.
Krajobraz przykryła biała osłona, skrywając bród, smród oraz wszelkie plugawości. Natura, jak co roku, dała ludzkości szansę na nowy początek. Woal niewinności. Obietnicę lepszego jutra. Lecz ich trójka odstawała na tej niezapisanej karcie historii plamą rozlanego atramentu. Czarni, obmierźli, spływający krwią. Krimson wiedział… Wiedział, że nie dla nich szczęśliwe zakończenie. A jednak nie zamierzał tak po prostu się poddać.
– Ratuj ją. – Nie prosił.
– Nie ja zaprowadziłem ją ku śmierci. Przestrzegałem, że nie dla niej romanse. Nie dla ciebie bohaterskie czyny. Każdy ma swoją rolę w tej bajce. – Bestia przykucnął, strzelając długim ogonem zakończonym kępką sierści. Dłoń zakończoną pazurami wyciągnął ku kobiecie, delikatnie muskając policzek. Grube futro osunęło się z pleców potwora po ramieniu, zakrywając twarz umierającej przed resztą świata.
Krimson wzdrygnął się. Chciał odepchnąć paskudną poczwarę, raz jeszcze przytulić ukochaną, uchronić ją przed wieczną ciemnością w jakiś inny sposób. Powstrzymał się w ostatniej chwili. Był tylko jeden sposób. Jeśli chciał ją ocalić, musiał pozwolić Bestii na pełen dostęp. Nie tylko do ciała. Do serc ich obojga, do ich losu i przeznaczenia.
– To twoja córka. – Zamierzał nadać głosowi oskarżycielski ton. Tymczasem z jego ust wyrwało się coś kształtem bliższego błaganiu.
Nieważny wydźwięk. Zadziałało. Grymas bólu przebiegł przez twarz Bestii. Usta zacisnęły się w wąską linię, nos zmarszczył się nieznacznie. Szkliste oczy skierowały spojrzenie na rozlaną dookoła krew. W ciszy poranka Krimson mógłby przysiąc, że usłyszał rozdzierający duszę krzyk, który nigdy nie opuścił gardła potwora.
– Wychowanka. Ona zawsze mi córką, ja nigdy jej ojcem. Gdyby sama mogła prosić, nie żądałbym niczego prócz miłości. Lecz to ty mnie wezwałeś. Ty płacisz. – W dudniącym, głębokim głosie pobrzmiewał smutek.
– Wszystko. Wszystko.
– Doskonale.
Bestia przyłożył dłoń do serca mężczyzny. Drugą przykrył zamknięte oczy kobiety. Długi ogon zakołysał się na boki. Na raz dookoła stopniał śnieg, pozostawiając okrąg czarnej, zmarzniętej ziemi. Zrobiło się ciepło. Zrobiło się cicho. Rzeczywistość wstrzymała oddech, by magia mogła wniknąć w pęknięcia wszechświata i na nowo zapleść prawdę oraz kłamstwo.
– Moja córka żyć będzie dalej. Lecz ty o niej zapomnisz. Odejdziesz. Z pustką w sercu tam, gdzie niegdyś ona zabrała miejsce. Im prawdziwiej ją kochałeś, tym większa okaże się strata. Żadna inna nie zdoła jej zapełnić do końca. Ty pójdziesz w świat. Me dziecię na zawsze pozostanie tutaj. I choćbyś wrócił, nie rozpoznasz jej. Nie poznasz imienia.
– Odnajdę ją mimo to.
– Dobrze. – Z oczu Bestii spłynęły czerwone łzy. – Pokochaj ją więc na nowo. Mimo złamanego serca. Mimo jej tęsknoty za dzisiejszym tobą.
– Wtedy sobie przypomnę? – Krimson uśmiechnął się smutno. Nie miał prawa się targować, ale musiał spróbować.
– Pamiętać ją możesz tylko, gdy umiera. – Tym razem magia zadudniła w uszach mężczyzny, trzęsąc ziemią pod jego nogami. Został przeklęty. Żadna to cena, jeśli jego ukochana przeżyje. Odnajdą się i pokochają na nowo.
Czas ruszył swoim zwyczajnym biegiem. Słońce powoli pięło się po horyzoncie. Śnieg nadal sypał z nieba, próbując przysłonić odkrytą ziemię.
– Odejdź, Krimsonie. Jeszcze się spotkamy. Teraz pozwól mi być z córką.