- Opowiadanie: Zuzajs14 - Moim przekleństwem jest pamięć

Moim przekleństwem jest pamięć

Co jakiś czas zbieram dość odwagi by tu wrócić i poddać kolejny tekst konstruktywnej krytyce szanownej gawiedzi. Chciałabym powiedzieć, że tym razem zostanę na dłużej, że będę aktywna. Jednak dobrze wiem, że tej odwagi zaraz mi zabraknie i kolejne teksty trafią do szuflady. Aż wreszcie znowu przyjdzie moment, gdy zacisnę zęby i przyniosę coś, co uznam za ciut lepsze od mojego standardu.
Na razie przybywam z “Moim przekleństwem jest pamięć”, tekstem zmienionym już wielokrotnie, co do którego wciąż mam sporo wątpliwości...

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Moim przekleństwem jest pamięć

Ty mnie wezwałeś. Ty płacisz.

Wszystko. Wszystko.

Doskonale.

 

Prowadziła go w głąb lasu, a drogę oświetlał im jedynie księżyc. Krimson zacisnął drżące dłonie na rękojeści sztyletu przytroczonego u boku. Strach nie był niczym nowym, lecz pod spojrzeniami lśniących w ciemności zwierzęcych oczu, serce mężczyzny malało, coraz to mniej pewne podjętego planu.

Kobieta krocząca przed nim nie zdradzała podobnych odczuć. Bose stopy stawiała pewnie na śniegu, wytyczając ścieżkę, którą mógł podążać w ślad za nią. Głowę dumnie wyciągała ku niebu na długiej, łabędziej szyi. Wśród zimowego krajobrazu, jakimś cudem jej skóra lśniła potem. Widok ten przywodził Krimsonowi na myśl ukochaną, pozostawianą w cieple domowego ogniska. Jej silne, nagie ramiona, gdy kochali się na futrze rozłożonym przy kominku. Błyszczała potem, promieniała spełnieniem. Z dużych, nabrzmiałych ust uciekały kolejne westchnięcia.

Rumieniec rozgrzał mu twarz, lecz wstyd kazał pochylić głowę. Gdy Ewangelina zbudzi się o świcie, jego nie będzie obok. Pozostawało mieć tylko nadzieję, że kochanek, który do niej wróci nie będzie już tchórzem, ale bohaterem godnym Wybawicielki.

Starając się zmienić tor biegu myśli, przyśpieszył kroku. Nie zamierzał zrównywać się z przewodniczką, jedynie zbliżyć do komfortu jaki zapewniała mu obecność drugiej osoby. Nawet tak ponurej, jak ona. W mieście mówiono, że oczy ma błękitne od wypłakanych łez, a włosy spływają czerwienią złamanego serca. Podobno nigdy się nie uśmiechała, podobno żałowała zakochanych, podobno chętnie pomagała szczególnie samotnym ojcom. Krimson nie wierzył w plotki, ale odkąd Smutną poznał, zawsze jej współczuł.

– Czy to prawda? – Rozpaczliwie pragnął przerwać ciszę. Niestety dźwięk własnego głosu niewiele go pocieszył. – O tobie i Bestii?

Pytanie było nie na miejscu. Doskonale to wiedział. Nic innego jednak nie przychodziło mu do głowy. Od tamtego dnia często się nad tym zastanawiał. Co takiego miała w sobie ta niepozorna kobieta, czego zabrakło w tamtym momencie Wybawicielce? Ewangelina powalała potwory straszliwsze od przeklętej, leniwej poczwary jaką była Bestia. Jednak to na zgniło-zielonej skórze tego okrutnika pękło zaklęte ostrze. Dźwięk metalu sypiącego się na kamienie do tej pory prześladował Krimsona.

Jego własne odbicie w lśniących drobinkach, połamane i zakrzywione, niezwykle go wtedy przeraziło. A Bestia się śmiał. Śmiał i płakał. Powtarzając w kółko to samo.

„Wiedziałem, że jeszcze kiedyś się zobaczymy, Krimsonie.”

Przecież to było ich pierwsze i jedyne spotkanie.

– O co mnie pytasz? – Niewiele więcej niż szept, a jednak odpowiedziała. Nie wytknęła mu impertynencji. Zażądała tylko, by na głos przyznał to, co oboje wiedzieli.

Zabrakło mu odwagi. Jak zwykle zresztą. Przygryzając język, skupił się na kolejnych krokach. Buty zapadały mu się w śniegu, podczas gdy bosa Smutna zdawała się unosić tuż nad jego powierzchnią, zostawiając po sobie jedynie płytkie, ledwo widoczne ślady. Od samego patrzenia, robiło mu się zimniej. Gruby, futrzany płaszcz nie przynosił ulgi. Mróz zdawał się wypływać z wnętrza Krimsona. Mimo to szczelniej zaciągnął poły odzienia, próbując uchronić się przed kłującym wiatrem.

Szli w ciszy, a cienie drzew przybierały kształty niczym z koszmarów. A może to były wspomnienia? Odkąd lata temu obudził się na szczycie klifu z pustką w sercu i głowie, często miał co do tego wątpliwości. Coś mu uciekało, przeciekało przez palce. Po omacku gonił głos, który wzywał go upartym, natarczywym „znajdź mnie”.

Myślał, że po odnalezieniu Ewangeliny, miłości jego życia, wielkiej bohaterki i Wybawicielki, nawoływanie ustanie. Tak się nie stało. Częstotliwość zmalała, ale bezcielesny szept co jakiś czas budził się z nicości, by dręczyć Krimsona. Tak samo nie zniknęła pustka ciążąca w piersi. Bliskość ukochanej nie zdołała wypełnić nieokreślonego braku.

– Kochasz ją? – Smutna zwolniła kroku, by się z nim zrównać. Blade, prawie białe w blasku księżyca, oczy przewiercały mężczyznę na wylot. Coś zakuło go na wysokości serca. Dlaczego o tym wspominała? – Ona wcale nie wie, że tu jesteś, prawda? Podjąłeś tę decyzję sam…

Przygryzł usta, po czym uśmiechnął się pod nosem.

– O co mnie pytasz? – powtórzył niczym spóźnione echo.

Zatrzymali się. Przewodniczka wyglądała na zaskoczoną i urażoną. Z delikatnie rozwartymi ustami, które układały się w niewypowiedziane słowo, wpatrywała się Krimsonowi prosto w oczy. Kolejne sekundy mijały, a oni trwali w miejscu. Ona na granicy, choć nie był pewien jakiej. On sam zbyt zakłopotany, by odwrócić wzrok. Bał się ją spłoszyć, bo coś w nim bardzo pragnęło usłyszeć to, czego nie powiedziała.

Wreszcie Smutna odwróciła się doń plecami i na nowo rozpoczęła wędrówkę. Śnieg skrzypiał pod jej stopami.

– Byłam jego córką pod wszelkimi względami, prócz tego jednego. Nie znam tych, którzy dali mi życie. Nie mogę też zapomnieć, że mój opiekun był Bestią. Ostatecznie liczyło się tylko to, że on mnie kochał. To odebrało mu życie.

– A czy ty kochałaś jego? – Za późno ugryzł się w język. Zbyt gorliwy, by wypowiadać kolejne zdania, by walczyć z ciszą, podtrzymać konwersację.

Pytanie może było bezczelne, ale nie dlatego go pożałował. Odpowiedź zwyczajnie nie miała znaczenia. Smutna oznajmiła to wtedy, powtórzyła to też przed chwilą. Lecz on, jak głupiec, którym był, spytał i tak. Czy to by cokolwiek zmieniło?

Zgodnie ze wszelkimi znanymi mu faktami Bestię zabiła córka, którą Bestia kochała. Żadna odpowiedź nie była szczęśliwa, każda niosła własny tragizm. To na życzenie Krimsona Smutna zbrukała dłonie krwią opiekuna. Bestii. Bestii. Pokrytego łuskami, rogatego potwora o długim ogonie i ostrych pazurach. Stwora terroryzującego pobliskie miasta oraz wioski chaotyczną żądzą potęgi. Nieprzewidywalna magia, martwe zwierzęta, zaginione dzieci. Coś musieli zrobić. A miecz Wybawicielki zawiódł.

Gdy bohaterski honor nie wystarczył, Krimson zawołał tą, która miała moc przechylić szalę zwycięstwa. Zaciągnął dług u Smutnej Wiedźmy, pozwalając by magia pokonała magię.

– Kto Bestię zabije, ten Bestią się stanie. A dokonać tego może tylko ten, którego Bestia kocha. – Nie odpowiedziała mu. Nie musiała. Po raz kolejny przypomniała o tym, co się liczyło. Jej własne uczucia nie miały znaczenia.

Nie mógł pozwolić, by zapadła cisza.

– Oczywiście, że ją kocham – To musiało wystarczyć. Bardziej się obnażyć nie zdołał.

Najwyraźniej jednak zadowolił Smutną Wiedźmę, bo kąciki jej ust drgnęły w najboleśniejszym uśmiechu, jakiego kiedykolwiek doświadczył.

– Jesteśmy prawie na miejscu.

Nie wiedział, dokąd go prowadziła, nie był też pewien czego zamierzała od niego zażądać, gdy już tam dotrą. Zaciągnął dług, który musiał spłacić. Inne wyjście nie istniało. Magia zawsze wymagała zapłaty i zawsze ją otrzymywała. W ten czy inny sposób. Jemu śmiertelnikowi nie dane zgadywać w jaki.

– Czy pamiętasz smak poziomek w twoje dwudzieste urodziny, Krimsonie?

Pytanie zaskoczyło go na tyle, że poderwał głowę do góry, przy okazji potykając się o wystający z ziemi korzeń. Wylądował na kolanach, z dłońmi całkowicie zanurzonymi w zaspie. Ból i chłód wstrząsnęły nim równocześnie, budząc z głębi pamięci jego własny krzyk.

Ptaki zerwały się z pobliskich gałęzi, ze skrzekiem wzbijając się w nocne niebo. Księżyc na chwilę przesłoniła chmara skrzydeł, a na ziemie wraz ze śniegiem opadło samotne pióro.

Smutna wyciągnęła dłoń, a on niczym pogrążony we śnie, skorzystał z pomocy nim zdążył ją zakwestionować. Gdy wreszcie stanął o własnych siłach, zmierzył kobietę od stóp do głów.

– Co to za pytanie?

– Czy pamiętasz?

– Smak poziomek? – Na jego języku rozlał się fantomowy, słodki znajomy posmak. Żołądek odezwał się z cicha na myśl o jedzeniu.

– Nie jakichś poziomek. Tych konkretnych, które jadłeś w swoje dwudzieste urodziny.

Prychnął. Cóż mógł zrobić więcej? Absurdalność rozmowy zaczynała go przerastać. W ciemności nocy, w obcym miejscu, z Wiedźmą za przewodnika. Pragnął tylko wrócić do domu, owinąć zmarznięte ramiona dookoła ciepłego ciała ukochanej, zanurzyć nos w jej złotych włosach, zasnąć. Tymczasem mógł tylko wcisnąć dłonie pod pachy, próbując załagodzić piekące mrowienie.

W dalszy marsz ruszyli już wolniej.

– Ja pamiętam wszystko. Każde wypowiedziane słowo, każde zdarte kolano, każdą drzazgę w palcu. Pierwszą poziomkę w życiu, ostatnią wypitą kroplę wody. Wszystkie obietnice i złamane przysięgi. Moim przekleństwem jest pamięć. Twoją łaską zapomnienie. Czyż to nie samolubne?

Zastanawiał się nad słowami kobiety, przygryzając spękane usta. Doskonale wiedział, jak niedoskonała jest ludzka pamięć. Od lat uganiał się za duchem, niewiadomą, pustką w czasie. Nigdy przedtem nie rozważał jednak alternatywy.

Zmarszczył brwi.

Koniec. Koniec. Koniec. Koniec.

– Nie. – Jego własny głos rozbrzmiał niczym echo. Chciał walczyć, zbuntować się. Lecz brakowało mu słów.

Pokiwała głową, jakby przytakiwała jego protestowi.

– Czy pamiętasz krew na śniegu? – Tym razem szeptała, kierując pytanie jakby nie do Krimsona, a do samego zimowego wiatru.

Pomiędzy drzewami zamajaczyły płomienie. Lecz choć na wyciągnięcie ręki miał ognisko, Krimson nie zdołał się skupić na obietnicy rozgrzanej skóry. Słowa Wiedźmy namalowały inny obrazek, który uparcie nie chciał się rozpłynąć. Ściśnięte serce, ściekające potokami łzy. Krew, krew, krew.

Palenisko ułożone z kamieni było ogromne, a ogniste języki strzelały plejadą iskier ku nocnemu niebu. Nie musiał podchodzić bliżej, ciepło ogarnęło jego twarz, dłonie, roztopiło drobinki osiadłe na futrze.

Smuta stanęła pomiędzy nim, a jaśniejącym na środku dzikiej polany ogniem. Stała się ledwie zarysem człowieka, czarną sylwetką odcinającą go od światła.

– Krimsonie, przywołując mnie tamtego dnia bym zabiła Bestię, zaciągnąłeś dług. Tylko ty możesz go spłacić, więc oto jesteśmy. W tym samym miejscu, gdy księżyc świeci równie jasno – Wypowiadając kolejne słowa, Wiedźma powoli pozbyła się wierzchniej odzieży, którą starannie składała i układała na pobliskim głazie. – W ramach zapłaty oczekuję od ciebie próby serca. Twe usta Krimsonie przeklinam, by nie wypowiedziały kolejnego ślubu, kolejnej złudnej obietnicy, dopóki nie sięgnie ich pocałunek prawdziwej miłości. Wspomnień ci oddać nie mogę, lecz oto twój krzyż i drogowskaz: moim przekleństwem jest pamięć, twą łaską zapomnienie.

Teraz, gdy bez strachu przed kłującym mrozem mógł wyciągnąć dłonie spod płaszcza, nic nie powstrzymywało go przed chwyceniem sztyletu. Stal błysnęła odbitym blaskiem. Wiedźma nawet nie drgnęła. Szeroko rozkładała ramiona, głowę odrzucając do tyłu. Nagą pierś wystawiała ku niemu, jak gdyby zachęcała do zadania ciosu.

Zawahał się. Złote włosy, zielone oczy, wspomnienie późnego lata. Smak poziomek w jego dwudzieste urodziny…

Ewangelina czekała na niego w domu. Jej ozdobiona blond lokami głowa zapewne spoczywała na poduszce, a ciemnozielone tęczówki przykryły powieki. Jednak przecież wtedy jeszcze jej nie znał. Dopiero gdy siwizna przyozdobiła mu skroń, palce Ewangeliny dotknęły jego twarzy.

Zacisnął zęby, zrobił krok do przodu. To magia. A magia jest zła. Teraz już to wiedział. Już się nauczył. Już nigdy nie zapomni i nie popełni tego samego błędu.

– Czy pamiętasz, jak byłam piękna? Jak dla mnie biło twoje serce? – Smutna spojrzała mu w oczy, delikatnymi gestami oziębłych rąk pomagając nakierować jego własne. – Czy kochasz ją szczerze, czy jest tylko moim wspomnieniem?

Pchnął sztylet, a srebrne ostrze na wylot przebiło gardło. Z oczu kobiety popłynęły ostatnie łzy, ustępując miejsca nieśmiałej zieleni. Usta wygięły się w uśmiechu. Na raz odpłynęło życie. Na ziemię padła nie Smutna Wiedźma, lecz kobieta zmarła przed laty. Jej krew po raz kolejny rozlała się na śniegu u stóp Krimsona. Czerwień złamanego serca spłynęła z włosów, zostawiając za sobą sklejone pasma w kolorze dojrzałego zboża.

Zwierzęta pierzchły. Ognisko przygasło. Księżyc schował się za chmurą.

I wtedy sobie przypomniał. Lecz już nigdy nie miał udzielić ukochanej odpowiedzi. Zresztą żadna nie była szczęśliwa, każda niosła własny tragizm.

Z krzykiem padł na kolana, nie zważając na śnieg, na chłód, na ból. Nie liczyło się nic i nikt, gdy zrozumiał, co uczynił. Z pamięci, niczym ptaki wzbijające się do lotu, wydarły się wspomnienia.

 – Moje słońce – zapłakał. – Pamiętam.

 

*

 

Kobieta leżała na białym śniegu, który barwiła na czerwono krew wypływająca z rozdartego boku. Zamglone oczy wpatrywały się w niebo rozjaśnione zimnym blaskiem gwiazd.

Pochylił się nad wiotczejącym ciałem ukochanej. Schował twarz we włosach koloru dojrzałego zboża, nasiąkających rozlaną dookoła czerwienią. Przez krótką chwilę mógł przysiąc, że znów trwało lato. Na języku czuł posmak poziomek. Słońce na niebie, skóra na skórze, pot spływający między kochankami. Tarzali się w trawie, nie zważając na ziemię, która wciskała się pod paznokcie. Liczyła się tylko dzika pasja, rytm dwóch serc bijących w harmonii. Oddałby tak wiele, za jeszcze jeden ciepły dzień spędzony razem.

Nawet przez materiał koszuli czuł, że była zimna. Dłonią wciąż uparcie uciskał ranę, a przez jego palce przelewało się życie. Za sobą zostawiało szarość. Zniknęły rumieńce, zniknęły iskry błąkające się zwykle w zielonych tęczówkach. Niedawno tryskająca radością, teraz zlewała się z brudnym śniegiem i ogołoconymi gałęziami. Wystarczyło poczekać. Cierpliwie, oddychając powoli, przetrzymać chłód przedzierający się przez warstwy ubrań. Wytrwać, gdy zawodził wiatr, kiedy z nieba posypały się lodowate drobinki. Zwykle lubił im się przyglądać – jak topiły się w zetknięciu ze skórą. Nie tym razem.

– Już dobrze, moje słońce. – W pobliżu nie było żywej duszy. Tylko ich dwoje. Leżeli w śniegu, jak w łożu małżeńskim. Czerwona ciecz parowała w mroźnym powietrzu. Nagle wydało mu się to potwornie odpowiednie. Ryk oceanu w dole klifu, nagie gałęzie lasu, roztańczone w sztywnych podrygach na wietrze, niknący blask ostatnich tej nocy gwiazd, odbijający się nieśmiało w świeżo opadającym puchu. Od przepaści dzieliło ich lewie kilka kroków. Mógłby pokonać je na pamięć. Miejsce schadzek, które dzieliło z nimi wspólne tajemnice, które odsłoniło oczom najpiękniejsze wschody słońca… nagle zostało świadkiem tragedii. – Wezwałem go.

Z ust kobiety wydobył się bulgocący dźwięk i odrobina śliny.

Wiedział, że ukochana próbowała protestować. Każda decyzja miała swoje konsekwencje, każda magia swoją cenę. Tylko głupcy zawierali umowy, których treści nie znali.

Ale nie mógł jej stracić. Niezależnie od ceny.

Usta złączyły się w pocałunku smakującym metalem i solą. Krimson nie potrafił odnaleźć słów, które naprawiłyby sytuację. Słów, które byłyby warte wypowiedzenia.

Pierwsze promienie słońca rozlały się na horyzoncie, barwiąc morze złotem. Do lotu zerwały się ptaki, porzucając bezpieczeństwo ciepłych gniazd. Z ich małych gardeł wyrwał się potworny skrzek. Na chwilę niebo na powrót pociemniało od skołtunionej masy skrzydeł. Zielone oczy kobiety zamknęły się. Kończył się czas. Wdech. Wydech. Coraz wolniejsze, szarpane. Skóra dookoła rany z każdym kolejnym, cichnącym uderzeniem serca traciła ciepło.

Koniec. Koniec. Koniec. Koniec. Koniec. Koniec.

Nie.

– Wzywałeś – oznajmił rozbawiony głos. Śnieg zaskrzypiał pod skórzanymi butami. Gdy Krimson podniósł spojrzenie, ujrzał Bestię. Z szelmowskim uśmiechem, szarą skórą, skręconymi w spiralę rogami. Potwór zdążył już dostrzec umierającą. Czarny język niespokojnie przejechał po ostrych kłach.

Krajobraz przykryła biała osłona, skrywając bród, smród oraz wszelkie plugawości. Natura, jak co roku, dała ludzkości szansę na nowy początek. Woal niewinności. Obietnicę lepszego jutra. Lecz ich trójka odstawała na tej niezapisanej karcie historii plamą rozlanego atramentu. Czarni, obmierźli, spływający krwią. Krimson wiedział… Wiedział, że nie dla nich szczęśliwe zakończenie. A jednak nie zamierzał tak po prostu się poddać.

– Ratuj ją. – Nie prosił.

– Nie ja zaprowadziłem ją ku śmierci. Przestrzegałem, że nie dla niej romanse. Nie dla ciebie bohaterskie czyny. Każdy ma swoją rolę w tej bajce. – Bestia przykucnął, strzelając długim ogonem zakończonym kępką sierści. Dłoń zakończoną pazurami wyciągnął ku kobiecie, delikatnie muskając policzek. Grube futro osunęło się z pleców potwora po ramieniu, zakrywając twarz umierającej przed resztą świata.

Krimson wzdrygnął się. Chciał odepchnąć paskudną poczwarę, raz jeszcze przytulić ukochaną, uchronić ją przed wieczną ciemnością w jakiś inny sposób. Powstrzymał się w ostatniej chwili. Był tylko jeden sposób. Jeśli chciał ją ocalić, musiał pozwolić Bestii na pełen dostęp. Nie tylko do ciała. Do serc ich obojga, do ich losu i przeznaczenia.

– To twoja córka. – Zamierzał nadać głosowi oskarżycielski ton. Tymczasem z jego ust wyrwało się coś kształtem bliższego błaganiu.

Nieważny wydźwięk. Zadziałało. Grymas bólu przebiegł przez twarz Bestii. Usta zacisnęły się w wąską linię, nos zmarszczył się nieznacznie. Szkliste oczy skierowały spojrzenie na rozlaną dookoła krew. W ciszy poranka Krimson mógłby przysiąc, że usłyszał rozdzierający duszę krzyk, który nigdy nie opuścił gardła potwora.

– Wychowanka. Ona zawsze mi córką, ja nigdy jej ojcem. Gdyby sama mogła prosić, nie żądałbym niczego prócz miłości. Lecz to ty mnie wezwałeś. Ty płacisz. – W dudniącym, głębokim głosie pobrzmiewał smutek.

– Wszystko. Wszystko.

– Doskonale.

Bestia przyłożył dłoń do serca mężczyzny. Drugą przykrył zamknięte oczy kobiety. Długi ogon zakołysał się na boki. Naraz dookoła stopniał śnieg, pozostawiając okrąg czarnej, zmarzniętej ziemi. Zrobiło się ciepło. Zrobiło się cicho. Rzeczywistość wstrzymała oddech, by magia mogła wniknąć w pęknięcia wszechświata i na nowo zapleść prawdę oraz kłamstwo.

– Moja córka żyć będzie dalej. Lecz ty o niej zapomnisz. Odejdziesz. Z pustką w sercu tam, gdzie niegdyś ona zabrała miejsce. Im prawdziwiej ją kochałeś, tym większa okaże się strata. Żadna inna nie zdoła jej zapełnić do końca. Ty pójdziesz w świat. Me dziecię na zawsze pozostanie tutaj. I choćbyś wrócił, nie rozpoznasz jej. Nie poznasz imienia.

– Odnajdę ją mimo to.

– Dobrze. – Z oczu Bestii spłynęły czerwone łzy. – Pokochaj ją więc na nowo. Mimo złamanego serca. Mimo jej tęsknoty za dzisiejszym tobą.

– Wtedy sobie przypomnę? – Krimson uśmiechnął się smutno. Nie miał prawa się targować, ale musiał spróbować.

– Pamiętać ją możesz tylko, gdy umiera. – Tym razem magia zadudniła w uszach mężczyzny, trzęsąc ziemią pod jego nogami. Został przeklęty. Żadna to cena, jeśli jego ukochana przeżyje. Odnajdą się i pokochają na nowo.

Czas ruszył swoim zwyczajnym biegiem. Słońce powoli pięło się po horyzoncie. Śnieg nadal sypał z nieba, próbując przysłonić odkrytą ziemię.

– Odejdź, Krimsonie. Jeszcze się spotkamy. Teraz pozwól mi być z córką.

Koniec

Komentarze

Cześć!

Pomysł na historię masz – ta klątwa… Wieczna przerażająca tortura dla zakochanego Krimsona. To duży plus za kreatywność.

 

Przy pierwszym – przyznaję, że pobieżnym czytaniu pogubiłem się w chronologii wydarzeń.

Czasami trochę podkręcasz za mocno stylizację języka:

Smutna zbrukała dłonie krwią opiekuna

a czasem zdarza się Ci napisać coś całkiem z XXI wieku:

zbliżyć do komfortu jaki zapewniała mu obecność drugiej osoby.

wypowiadać kolejne zdania, by walczyć z ciszą, podtrzymać konwersację.

Czy to celowe?

 

Masz bardzo “kwiecisty” język, wręcz jak z romansów. Spowalnia narrację i wydaje się, że masz zamiar przez to zbliżyć czytelnika do bohatera, co byłoby ok, ale potem jest coś, co zwiększa dystans. Zobacz na to:

Rumieniec rozgrzał mu twarz, lecz wstyd kazał pochylić głowę. [w tym miejscu oddalasz perspektywę Krimsona i piszesz dalej “z boku”, a nawet z dalekiej w tym momencie perspektywy Ewangeliny] Gdy Ewangelina zbudzi się o świcie, jego nie będzie obok. Pozostawało mieć tylko nadzieję, że kochanek, który do niej wróci nie będzie już tchórzem, ale bohaterem godnym Wybawicielki.

 

Masz tu też niezamierzoną “rymowankę”:

Nie miał prawa się targować, ale musiał spróbować.

Pomysł na tekst jest bardzo dobry w mrocznym klimacie i da się też emocjonować losami bohaterów – tragicznymi zresztą. Sugestywne opisy przyrody, tej zimowej scenerii. Widać, że lubisz pisać i używać bogatego, nawet ozdobnego języka. To rzadka umiejętność. Rób dalej to, co Ci daje frajdę.

Pozdrawiam!

Opowiadanie napisane jest w sposób doskonale utrudniający zrozumienie, co właściwie się w nim dzieje, dlatego nic z niego nie zrozumiałem – tyle mogę powiedzieć o fabule. Od strony technicznej jest okej, zdarzają Ci się błędy interpunkcyjne i od czasu do czasu niezręczne sformułowania, ale to drobiazgi. Według słownika PWN “perkaty” znaczy “zaokrąglony”, więc nie wiem, dlaczego używasz tego nieznanego mi wcześniej słowa na określenie skóry Bestii.

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Witaj. :)

 

Przejrzałam opowiadanie na szybko i widzę, że na pewno trzeba w nim jeszcze dokładnie przejrzeć i poprawić zapis dialogów, ponieważ jest nieprawidłowy, np.:

– Oczywiście, że ją kocham – To musiało wystarczyć. Bardziej się obnażyć nie zdołał. (…)

– Krimsonie, przywołując mnie tamtego dnia bym zabiła Bestię, zaciągnąłeś dług. Tylko ty możesz go spłacić, więc oto jesteśmy. W tym samym miejscu, gdy księżyc świeci równie jasno – Wypowiadając kolejne słowa, Wiedźma powoli pozbyła się wierzchniej odzieży, którą starannie składała i układała na pobliskim głazie.

 

Zdarzają się usterki interpunkcyjne, np.:

Twe usta Krimsonie przeklinam, by nie wypowiedziały kolejnego ślubu, kolejnej złudnej obietnicy, dopóki nie sięgnie ich pocałunek prawdziwej miłości. (…)

Pozostawało mieć tylko nadzieję, że kochanek, który do niej wróci nie będzie już tchórzem, ale bohaterem godnym Wybawicielki. (…)

Ona na granicy, choć nie był pewien jakiej. (…)

Jemu śmiertelnikowi nie dane zgadywać w jaki. (…)

Smuta stanęła pomiędzy nim, a jaśniejącym na środku dzikiej polany ogniem. (…)

Zacisnął zęby zrobił krok do przodu.

 

Tak samo – błędy ortograficzne ( tym – rażące), np.:

Stwora terroryzującego pobliskie miasta oraz wioski chaotyczną rządzą potęgi.

Usta wygięły się w uśmiechu. Na raz odpłynęło życie. Na ziemię padła nie Smutna Wiedźma, lecz kobieta zmarła przed laty.

 

Występują również powtórzenia, np.:

Teraz, gdy bez strachu przed kłującym mrozem mógł wyciągnąć dłonie spod płaszcza, nic nie powstrzymywało go przed chwyceniem sztyletu.

To na życzenie Krimsona Smutna zbrukała dłonie krwią opiekuna. Bestii. Bestii. Pokrytego łuskami, rogatego potwora o długim ogonie i ostrych pazurach.

 

Czy te przykładowe aliteracje są celowe?:

Coś mu uciekało, przeciekało przez palce. Po omacku gonił głos, który wzywał go upartym, natarczywym „znajdź mnie”.

Zacisnął zęby zrobił krok do przodu.

 

Wszelkie powyższe, przykładowe sugestie oraz wątpliwości, są jedynie do przemyślenia; ostateczna decyzja należy zawsze do Autora. :)

 

Sama opowieść pełna jest dramaturgii i podkreślenia odwiecznego problemu kary za popełnione winy, jak również – dotrzymania złożonej obietnicy, wytrwania w niej… Wykreowany świat – bardzo ciekawy. :)

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Cześć!

 

Grzesiek_W – serdecznie dziękuję za komentarz.

Przyznaję bez bicia, że jest to już któraś z kolei wersja tego opowiada, właśnie przez wzgląd na chronologię. Mogę tylko dodać, że jestem wdzięczna za zwrócenie uwagi na ten problem, bo po wszelkich przeróbkach już sama nie byłam pewna, na ile udało mi się to wyklarować. Odnotowane – pokombinuję jeszcze :) 

Rozbieżność stylizacji językowej nie była zamierzona. Powalczę nad ujednoliceniem! Tak samo zresztą przyjrzę się “dystansowi” wobec bohatera w narracji. Ta uwaga dała mi sporo do myślenia. 

Cieszy mnie, że przynajmniej sam pomysł w miarę się broni. Mam pełną świadomość, że to zwykle najmocniejsza strona moich tekstów. Nad wszystkim innym muszę jeszcze popracować. Tym bardziej jestem wdzięczna za wszelkie spostrzeżenia i wskazówki! 

 

Bolly – Tobie też dziękuję za komentarz. Uważam sposób przekazania uwag za niepotrzebnie nieuprzejmy, zwłaszcza w kwestii niezrozumienia treści, ale dziękuję za poświęcony czas.

“Perkaty” już usunięty – mój błąd. 

 

 bruce – ogromne dzięki za listę błędów!

Wskazane ortograficzne natychmiast poprawiłam (i wstyd mi), ale jeszcze raz usiądę na spokojnie do całości – poprawić dialogi, interpunkcję i porozglądać się za innymi bzdurkami.

Niektóre z powtórzeń i aliteracji są celowe, ale jeszcze raz się nad nimi zastanowię. Skoro rzucają się w oczy i wywołują niepewność, to może wcale nie są tego warte :) 

Miło mi, że tematyka i kreacja świata chociaż trochę intrygują – nad stroną techniczną będę pracować.

Dzięki za poświęcony czas! 

Przepraszam, jeśli Cię uraziłem Zuzajs14, ale narrację naprawdę można było tak poprowadzić, żeby treść opowiadania była czytelniejsza. Może mogłabyś mi streścić fabułę? Bo ja naprawdę nie rozumiem, kto kogo tutaj zabił i dlaczego. “Perkaty” ciągle jeszcze jest tutaj:

Z szelmowskim uśmiechem, szarą, perkatą skórą, skręconymi w spiralę rogami.

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

To zawsze tylko sugestie, do przemyślenia. :)

I ja dziękuję, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Hej Bolly, teraz przynajmniej lepiej rozumiem powód Twojej krytyki – zdaje się głównym problemem jest chronologia, o której wspomnia też komentarz Grześka. Przyznaję, że opowiadanie jest po przeróbkach mających na celu wyklarowanie przebiegu zdarzeń – jak widać wciąż niedostatecznych.

 

W skrócie, docelowy (choć najwyraźniej nieczytelny) przebieg zdarzeń jest następujący:

ukochana Krimsona umiera → Krimson prosi Bestię o ocalenie jej → Bestia zgadza się, lecz przeklina Krimsona, który traci wszystkie wspomnienia związane z ukochaną (ta staje się Smutną Wiedźmą) → lata później Krimson poznaje Ewangelinę (bohaterkę/Wybawicielkę) → razem z Ewangeliną atakują potwora terroryzującego pobliską wioskę (potworem jest Bestia, której Krimson przez wzgląd na klątwę nie pamięta) → w starciu z Bestią miecz Ewangeliny zostaje strzaskany → Krimson postanawia wezwać znaną w okolicy Smutną Wiedźmę i prosi ją o uporanie się z Bestią → Smutna Wiedźma spełnia prośbę (Bestię zabić może tylko ten kogo Bestia kocha) i tym sposobem sama staję się następczynią Bestii, a Krimson zaciąga u niej dług → następuje chwila obecna, gdy Krimson ma spłacić dług, więc wychodzi ze Smutną Wiedźmą w las (jednak docelowo Krimson nie zamierza niczego spłacać, jego postanowieniem jest zabicie Wiedźmy, bo ta jest nową Bestią) → w momencie, gdy Smutna Wiedźma umiera, Krmison odzyskuje wspomnienia i rozpoznaje w niej zapomnianą ukochaną

 

Rozumiem, że jest to wiele punktów, które są zawarte w dialogu między bohaterami i przemyśleniach Krimsona. Muszę pomyśleć, jak mogłabym je wyraźniej zarysować :)

Zastanawiam się też, czy odwrócenie kolejności fragmentów nie ułatwiłoby odbioru opowiadania. Obawiam się jednak, że taki zabieg z kolei zabrałby tekstowi całą zagadkowość.

 

Przegapiłam ten “perkaty” – już naprawiam niedopatrzenie. 

Cóż, w moim przypadku problemem jest chyba jednak samo zagmatwanie fabuły, bo ja nawet twojego streszczenia wydarzeń w kolejności chronologicznej nie rozumiem. :-(

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Zacznijmy od tego, że początek jest bardzo mocny. Całość jest pięknie napisana, co fajnie buduje klimat, dialogi postaci wręcz intrygują. Czytając opowiadanie miałam wrażenie, że czegoś mocno nie rozumiem, ale sądziłam, że to może być jedna z tych historii, które wyjaśniają się dosłownie w ostatnich zdaniach. Zwrot akcji na końcu też jest świetny, poczułam się jakbym dostała cegłą w twarz (oczywiście w pozytywnym sensie, jakby to nie zabrzmiało).

Jednak pomimo że muszę pogratulować wykonania, mam wrażenie, że dla wielu odbiorców historia będzie ciężka do pełnego zrozumienia. Szkoda też, że nie dowiadujemy się więcej o świecie przedstawionym.

Pozdrawiam.

Przybyłam Was nawiedzać

Hej L.Keller!

Bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas i napisany komentarz. Miło mi, że historia w miarę przypadła do gustu, a zwrot akcji zdołał wywołać tak intensywną reakcję.

Nie zamierzam się kłócić z twierdzeniem, że treść może być nie dla wszystkich zrozumiała. Szczególnie mając na względzie pozostałe komentarze. Jak widać nie do końca udało mi się jasno przekazać całą wizję. Na pewno będę jeszcze myśleć nad tym, jak można to było zrobić lepiej. Nauczka na następny raz :)

Przyznaję też, że w tym opowiadaniu całkowicie skupiłam się na bohaterach, zostawiając sam świat zapomniany w tyle. Kto wie, może właśnie lepsze osadzenie historii w konkretnych realiach pomogłoby mi nieco rozjaśnić sytuację. Przemyślę sprawę! 

Jeszcze raz – dziękuję za komentarz! 

Cóż, Zuzajs, jestem przekonana, że wiesz, co miałaś zamiar opowiedzieć, ale ja, niestety, nie pojęłam tak zagmatwanej historii. Nie wykluczam, że skupiwszy się na wyłapywaniu błędów i usterek przeoczyłam ważne treści i stąd moje niezrozumienie. A wykonanie, co stwierdzam z ogromną przykrością, pozostawia bardzo wiele do życzenia. :(

 

serce męż­czy­zny ma­la­ło, coraz to mniej pewne pod­ję­te­go planu. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …serce męż­czy­zny ma­la­ło, coraz bardziej niepewne pod­ję­te­go planu.

 

Głowę dumnie wyciągała ku niebu na długiej, łabędziej szyi. → A może: Głowę na dłu­giej ła­bę­dziej szyi dum­nie wy­cią­ga­ła ku niebu.

 

jedynie zbliżyć do komfortu jaki zapewniała mu obecność drugiej osoby. → Obawiam się, że to słowo, jako zbyt współczesne, nie brzmi najlepiej w tym opowiadaniu. Zbędny zaimek.

Proponuję: …jedynie by poczuć spokój jaki zapewniała obecność drugiej osoby.

 

Jed­nak to na zgni­ło-zie­lo­nej skó­rze… →  Jed­nak to na zgni­łozie­lo­nej skó­rze

 

„Wie­dzia­łem, że jesz­cze kie­dyś się zo­ba­czy­my, Krim­so­nie.” → „Wie­dzia­łem, że jesz­cze kie­dyś się zo­ba­czy­my, Krim­so­nie”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

 Nie wy­tknę­ła mu im­per­ty­nen­cji. → W tym opowiadaniu nie brzmi to najlepiej

Proponuję: Nie wy­tknę­ła mu grubiaństwa/ zuchwalstwa.

 

Buty za­pa­da­ły mu się w śnie­gu… → Zbędny zaimek.

 

na­tar­czy­wym „znajdź mnie”. → Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Albo: …na­tar­czy­wym znajdź mnie. Albo: …na­tar­czy­wym „znajdź mnie”.

 

Coś za­ku­ło go na wy­so­ko­ści serca. → Coś za­kłu­ło go na wy­so­ko­ści serca.

Sprawdź znaczenie słów zakućzakłuć.

 

Smut­na od­wró­ci­ła się doń ple­ca­mi i na nowo roz­po­czę­ła wę­drów­kę. → Nie rozpoczęła wędrówki na nowo, ona ją kontynuowała.

Proponuję: …Smut­na od­wró­ci­ła się doń ple­ca­mi i ruszyła, kontynuując wę­drów­kę.

 

Stwo­ra ter­ro­ry­zu­ją­ce­go po­bli­skie mia­sta… → Obawiam się, że to słowo, jako zbyt współczesne, nie brzmi najlepiej w tym opowiadaniu.

Proponuję: Stwo­ra prześladującego/ gnębiącego po­bli­skie mia­sta

 

Krim­son za­wo­łał , która miała moc… → …Krim­son za­wo­łał , która miała moc

 

Py­ta­nie za­sko­czy­ło go na tyle, że po­de­rwał głowę do góry… → Zbędne dookreślenie. Czy mógł poderwać głowę do dołu?

 

przy oka­zji po­ty­ka­jąc się o wy­sta­ją­cy z ziemi ko­rzeń. → Jak mógł potknąć się o korzeń, skoro szedł po śniegu i to na tyle głębokim, że zapadały się w nim buty?

 

 …a na zie­mie wraz ze śnie­giem opa­dło sa­mot­ne pióro. → Literówka.

 

Na jego ję­zy­ku roz­lał się fan­to­mo­wy, słod­ki zna­jo­my po­smak. → Czy zaimek jest konieczny? Obawiam się, że to słowo, jako zbyt współczesne, nie brzmi najlepiej w tym opowiadaniu.

Proponuję: Na ję­zy­ku poczuł niespodziewanie słod­ki zna­jo­my po­smak.

 

Nigdy przed­tem nie roz­wa­żał jed­nak al­ter­na­ty­wy. → Obawiam się, że w czasach tego opowiadania, alternatywa nie była znana w dzisiejszym znaczeniu tego słowa.

Proponuję: Nigdy przed­tem nie roz­wa­żał jed­nak innej możliwości.

 

ogni­ste ję­zy­ki strze­la­ły ple­ja­dą iskier… → Nie wydaje mi się, aby iskry strzelały plejadmi.

Proponuję: …ogni­ste ję­zy­ki strze­la­ły snopami iskier

 

[…] W tym samym miej­scu, gdy księ­życ świe­ci rów­nie jasno – Wy­po­wia­da­jąc ko­lej­ne słowa… → […] W tym samym miej­scu, gdy księ­życ świe­ci rów­nie jasno – wy­po­wia­da­jąc ko­lej­ne słowa

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

Do­pie­ro gdy si­wi­zna przy­ozdo­bi­ła mu skroń… → Jedną skroń? Czy siwizna na pewno jest ozdobą skroni?

 

Na raz od­pły­nę­ło życie. → Naraz od­pły­nę­ło życie.

 

Przez krót­ką chwi­lę mógł przy­siąc… → Zbędne dookreślenie, chwila jest krótka z definicji.

 

Nawet przez ma­te­riał ko­szu­li czuł, że była zimna. → Wystarczy: Nawet przez ko­szu­lę czuł, że była zimna.

 

prze­trzy­mać chłód prze­dzie­ra­ją­cy się przez war­stwy ubrań. → …prze­trzy­mać chłód prze­dzie­ra­ją­cy się przez war­stwy ubrania.

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.

 

Ko­niec. Ko­niec. Ko­niec. Ko­niec. Ko­niec. Ko­niec. → Sześć końców???

 

Kra­jo­braz przy­kry­ła biała osło­na, skry­wa­jąc bród, smród oraz wszel­kie plu­ga­wo­ści. → Kra­jo­braz przy­kry­ła biała osło­na, skry­wa­jąc brud, smród oraz wszel­kie plu­ga­wo­ści.

Sprawdź znaczenie słów bródbrud.

 

ogo­nem za­koń­czo­nym kępką sier­ści. Dłoń za­koń­czo­ną pa­zu­ra­mi… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Słoń­ce po­wo­li pięło się po ho­ry­zon­cie. → Słońce może piąć się nad horyzont, ale nie może piąć się po horyzoncie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej, regulatorzy!

Dzięki za wytknięcie błędów. Widocznie chyba po wszelkich przeróbkach straciłam trochę serce do tego opowiadania, bo sporo tu głupotek, które zwykle wyłapuję na własną rękę. To jednak niczego nie usprawiedliwia.

Pozostaje mi powiedzieć tylko, że wszystko poprawię i zapamiętam na przyszłość.

Bardzo proszę, Zuzajs. Miło mi, że uznałaś uwagi za przydatne. :)

Powodzenia w dalszej pracy twórczej! 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hejka!

Klimat opowiadania na plus.Jest w nim dużo melancholii, baśniowości i takiego mrocznego fantasy. Sam pomysł, że pamięć może być przekleństwem, a nie czymś dobrym, jest bardzo ciekawy i pasuje do historii. Fajnie, że Bestia nie została pokazana tylko jako potwór, ale jako postać, która również cierpi i kocha. Duży plus również za zakończenie, bo nie jest typowym „żyli długo i szczęśliwie”, jest gorzkie i pasuje do całej historii.

Z ich małych gardeł wyrwał się potworny skrzek.

– tu nie jest to błąd, ale „potworny” pojawia się w tekście w różnych formach kilka razy, co zwróciło moją uwagę. 

 

Ogólnie uważam, że to dobre opowiadanie z ciekawym pomysłem, a co najważniejsze… ze sporym potencjałem. 

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Hej betweenthelines!

Dziękuję za komentarz i ciepłe słowa. Miło mi, że pomysł oraz klimat się spodobały. 

 

“Potworności” rzeczywiście się w tekście namnożyło, więc spróbuję trochę na nie zapolować i odpowiednio z każdą się rozprawić. Dzięki za zwrócenie na to uwagi.

 

Nad tym potencjałem będę jeszcze pracować!

Cześć! Dzięki za piękny, choć mocno łamiący serce tekst. Powiem Ci, że klimat mrocznej baśni siadł tu idealnie, a sam pomysł z tą pętlą pamięci – że bohater przypomina sobie ukochaną tylko wtedy, gdy ją zabija – no to jest po prostu petarda. Bardzo fajnie malujesz słowem, te kontrasty krwi i śniegu mocno działają na wyobraźnię. Naprawdę robi to wrażenie.

Nie będę Ci się tu rozpisywał i wytykał jakichkolwiek błędów warsztatowych, bo sam robię ich jeszcze mnóstwo i wciąż się uczę. Dlatego czytając opowiadania innych, analizuję głównie sam pomysł, fabułę i klimat – a te masz tutaj po prostu znakomite. Wciągnąłem się od pierwszych zdań.

Nowa Fantastyka