W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/35157
W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/35157
Jedynie miarowy stukot łyżek o dno misy i przeciągłe mlaskanie Dobromira zakłócało ciszę w chacie Sulisława. Domownicy pochylali się nad naczyniem, wpatrując się w kaszę.
Mściwój odłożył łyżkę. Wstał i ruszył do worka w kącie izby. – Odchodzę.
Łyżki zamarły w półruchu. Sulisław uniósł głowę, a jego dolna warga drgnęła. Zdzisława zasłoniła usta dłonią; z kącików oczu spłynęły jej łzy.
Dobromir prychnął. Odrzucił głowę do tyłu, pryskając śliną do misy.
– Odchodzis? A dokąd to się wybieras?
– Do Mysłodara. – Wbił wzrok w ojca, ignorując szwagra. – Koniec z byciem porabem na własnej ziemi. Dźwignął worek, zarzucił go na ramię i wyprostował się. – Za lata harówki zabieram wór ziarna. Biorę też topór i kożuch. Należy mi się.
– Co?! – ryknął Dobromir. Zerwał się na równe nogi. Domownicy skulili się w sobie.
– Ziarno będzies chąsiebił?! Ojcowisnę wynosis?!
– To nie chąśba. To moja zapłata.
Dobromir ruszył na niego. Niższy, lecz szerszy w barach, pchał się naprzód całym ciałem. Oddech świszczał mu przez zaciśnięte zęby.
– Do Mysłodala, powiadas? – Napierał. Niemal wbił się w pierś Mściwoja. Do tego obsego, co w glinie się nola? Toś sobie umyślił! Będzies polabem u polabów! Będzies im gówno z butów cyścił!
– Wolę to, niż robić u ciebie na mojej ziemi.
Młodsza siostra pociągnęła nosem, a zaraz za nią cichy szloch wydobył się z gardła brata.
– Braciszku, nie odchodź! – załkała, podbiegając i chwytając go za nogę. – Kto nas obroni?
Położył dłoń na głowie dziewczynki. Matka szlochała, ojciec uparcie wpatrywał się w klepisko.
Jasna przewróciła oczami, przerywając skubanie chleba. – O, jaka żałość. Chłop tylko na poniewierkę idzie, nie do Nawii. – Zerknęła na męża. – To nawet lepiej. Jedna gęba do karmienia mniej, to i dla nas więcej strawy ostanie.
Dobromir odwrócił się do niej gwałtownie. Krew napłynęła mu do policzków, aż żyły na skroniach nabrzmiały pulsującymi węzłami.
– Zawzyj pysk, głupia kozo! Ty za niego w pole pójdzies? Ty za niego dlwa nalombies?. – Aż podskoczyła, chleb wypadł jej z otwartych ust. Po raz pierwszy zwrócił swoją furię przeciw niej. Rozejrzała się za pomocą, ale rodzina milczała. Kolana się pod nią ugięły. Skuliła się. Sulisław drgnął i odruchowo zasłonił głowę ramieniem.
– Nic stąd nie wezmies! – rzucił się na Mściwoja. – Jak chces iść, to idź! W jednej kosuli, tak jak stois! Won!
– Nie możesz mi niczego zabraniać. Stoisz w chacie mojego ojca. A stąd każdemu synowi, co na swoje odchodzi, należy się odprawa. Takie prawo.
– Plawo?! Ja ci tu zaraz dam plawo! – uniósł wielką pięść.
Mierzyli się wzrokiem. Dobromir górował masą, otłuszczonym ciałem blokował wyjście. Mściwój ani drgnął – zwarty, napięty. Dobromir na chwilę przeniósł wzrok na szerokie bary Mściwoja, rozluźnił palce, uniesiona pięść opadła.
Widząc to, Mściwój uderzył. Ale nie pięścią.
– Spróbuj. Pójdę do starszych. Opowiem, co robisz Ludmile. Opowiem, co czynisz na cudzej ziemi, odbierasz pierworodnemu źreb. Narobię wam takiej sromoty na całe opole, że do końca życia będziecie chodzić z opuszczoną głową.
Twarz Dobromira nabiegła krwią, by zaraz trupio zblednąć. Zgrzytnął zębami, aż chrupnęło.
– Bies te swoje łachy – syknął przez zaciśnięte zęby. – I wynos się stont.
Mściwój bez słowa zdjął z kołka ciężki kożuch i stary topór.
– Mściwoju… synu… – wychlipiała matka.
– Ojcze?
Sulisław nie podniósł wzroku.
Mściwój zatrzymał się na progu.
– Żegnajcie.
Nie czekając na odpowiedź, wyszedł.
Drzwi zamknęły się za nim z cichym skrzypnięciem. Ciszę w chacie przerywał płacz rodzeństwa i chrapliwy oddech Dobromira. Na podwórzu Mściwój skręcił do gumna. Zarzucił na plecy ciężki worek ziarna, pchnął wrota i ruszył bez oglądania się za siebie.
* * *
Robert, Agnieszka i Gniewko wracali znad rzeki w chłodzie poranka. Szli szybko, śmiejąc się i rozcierając zziębnięte ramiona. Gdy wyszli spomiędzy drzew, ich radosny gwar urwał się gwałtownie. Przed chatą czekał Mściwój. W dłoni mocno ściskał rękojeść topora.
Zatrzymali się.
– Widzę, że spaliłeś za sobą mosty – rzucił Robert, patrząc na worek i topór. – Wejdź. Zjemy śniadanie.
Mściwój drgnął.
– Przyniosłem ziarno – powiedział, wskazując na worek. – Nie chcę darmozjadem zostać.
– Dobrze, zajmiemy się nim później – odparł. – Teraz siadaj z nami.
Zesztywniał. Przejechał dłonią po karku. Spojrzał na nich, utkwił wzrok w parującej polewce. Agnieszka uśmiechnęła się i delikatnie pociągnęła go za rękaw. Mściwój ustąpił. Ruszył za nią w milczeniu i opadł na brzeg ławy.
Kiedy skończyli jeść, Robert wstał i ruszył za chatę. Mściwój poszedł za nim.
– Popatrz. – Wskazał na równo ułożony stos rudawych brył. – To cegła. Zwykła glina i piasek. Po wyschnięciu wypalimy ją w ogniu, by stwardniała na kamień. Przetrwa deszcz i ogień. Zrobimy z nich palenisko, z którego dym nie idzie do izby.
Wbił wzrok w chłopaka. – To ciężka praca, ale cię jej nauczę. Dzięki niej może kiedyś odzyskasz to, co twoje.
Szczęka Mściwoja drgnęła, gdy otwierał usta, wpatrzony w stos cegieł.
– Nigdy takich rzeczy nie robiłem. Nigdy. – Głos mu się załamał. – Ale zrobię wszystko, co trzeba. – Kąciki jego ust drgnęły w ostrożnym uśmiechu.
– Musimy znaleźć ci miejsce do spania – powiedziała Agnieszka. – Chata nasza ciasna, ale damy radę.
– Dziękuję. Ale nie trzeba. Dni i noce coraz cieplejsze. Mogę spać w sypańcu.
Robert zmarszczył brwi.
– Chłopie, to miejsce na ziarno, nie dla człowieka. Chociaż… – Przeniósł wzrok na niewielki budynek. – Na czas naprawy chaty, też będziemy potrzebowali miejsca do spania. W sumie jest tam trochę siana, zyskasz przynajmniej miękkie i ciepłe posłanie.
– To i tak więcej, niż miałem w rodzinnej chacie. – Spuścił wzrok, a jego głos stał się cichszy.
Długo patrzyli na niego bez słowa. Robert podszedł i położył Mściwojowi dłoń na ramieniu.
– W sypańcu zimą spać nie będziesz. Posłuchaj. Teraz najważniejsza jest naprawa naszej chałupy, a zaraz potem żniwa. Gdy tylko zwieziemy plony, zabierzemy się za budowę twojej izby. Będziesz ją miał zanim spadną pierwsze śniegi.
Kącik jego ust drgnął, lecz zaraz znów zacisnął szczęki.
– Mysłodarze… nowa chata wymaga zgody starszych. Dobromir natychmiast pobiegnie do ojca. Przepchną swoją wolę. Prawić będą, że wolnych łanów brak, żebym do ojca wrócił, zmuszą mnie do powrotu pod bat swaka.
– Dobrogostem pomartwimy się we właściwym czasie. – Z opresji zawsze prowadzi jakaś ścieżka. Teraz goni nas praca. Musimy ruszyć z budową pieca.
– Przed nami tygodnie ciężkiej roboty. Ale najpierw… zanieśmy to ziarno. Od dziś pracujemy na jedno.
* * *
Słońce grzało mocno, susząc skoszoną trzcinę. Ciepły wiatr niósł zapach lasu i dymu z osady. Rzędy glinianych brył schły w cieniu. Siedzieli na kłodzie. Robert przeczesał włosy i długo patrzył przed siebie. Kiedy się odezwał, mówił ciszej niż zwykle. Agnieszka od razu odwróciła głowę.
– To, na co się porywamy, przytłacza mnie, Aga – mruknął. – Tyle jeszcze przed nami. Glina. Cegły. Trzcina. Piec… Jeden błąd i, gdy nadejdą pierwsze śnieżyce, zostaniemy z dziurą w ziemi bez strzechy. Nie dostaniemy drugiej szansy.
Przysunęła się bliżej i położyła mu dłoń na ramieniu. Poczuła napięte mięśnie męża. Jej dłoń również zesztywniała.
– Zaplanujemy każdy krok, najdokładniej jak potrafimy – oznajmiła, po czym odwróciła głowę. – Mściwoju! Liczymy na ciebie. Znasz te lasy lepiej od nas. – Uśmiechnęła się do niego.
Podniósł głowę, wbijając w nią oczy.
– Możecie na mnie liczyć.
Robert wstał, podszedł do najbliższego rzędu i uniósł jeden blok.
– Cegły schną. Trzcina też. Na razie wszystko idzie zgodnie z planem.
Cegła straciła ciężar, przybierając barwę wypłowiałej czerwieni.
– Te są już suche. Posłużą za wzór. Kiedy reszta będzie wyglądała tak samo, zaczniemy wypał.
– Kiedy będą gotowe zaczniemy sortować trzcinę i wiązać z niej snopki na strzechę – dodała.
– Wszystko zależy od konstrukcji pieca. Jeśli piec nie utrzyma żaru, cała robota pójdzie na marne. – Odłożył cegłę z przesadną delikatnością.
– To prawda, ale musimy zminimalizować ryzyko – mruknęła, krzyżując ramiona na piersiach.
–Zacznijmy od połowy – wszedł jej w słowo. – Jeśli wypał się nie powiedzie, stracimy tylko część, ale zrozumiemy, co poprawić.
– Nie zgadzam się. Nie pozwolę, byś tyrał przez kolejne tygodnie. Przypłacisz to zdrowiem. Poza tym… – przeniosła wzrok na chłopaka – przed zimą musimy postawić chatę dla Mściwoja.
Mściwój zamrugał gwałtownie. Przełknął ślinę, a jego potężne ramiona nagle opadły. Wpatrywał się w nich, niezdolny do wyduszenia słowa.
– Nie zaczynajmy od pełnej skali. Najpierw wykonajmy próbę na ceramice – zaproponowała. – Ulepmy naczynia: misy, dzbany, talerze. Wypalimy je. Jeżeli wyjdą całe i twarde, poznamy, że piec działa.
– Jakiej kubatury potrzebujemy? – Robert omiótł wzrokiem rzędy wysychających cegieł. – Zakładając podział na dwie partie… wystarczy nam komora o około trzech metrach sześciennych objętości?
Mściwój drgnął i mocno zmarszczył brwi.
– Czyli jaka? – wyrzucił z siebie.
– Mniej więcej tyle, co mała izba – wyjaśniła.
– Budowa takiego pieca to osobne wyzwanie… trudniejsze niż budowa chaty… musimy postawić konstrukcję z drewna, oblepić ją gliną, później obsypać to grubą warstwą… – Robert kręcił głową. – Nie wiem, ile czasu nam to zajmie.
Mściwój wbił wzrok w ziemię pod stopami. Skubnął palcami suchą trawę, po czym rzucił:
– A po co stawiać wszystko na wierzchu? Dla bydła tak się robi. My możemy wejść w ziemię. Wykopany urobek rzucimy na wierzch.
Agnieszka aż klasnęła dłonią w kolano.
– Robert, on ma rację.
Mściwój spuścił głowę, ale nie ukrył uśmiechu.
– Idźmy dalej tą ścieżką. Wykorzystajmy naturalne ukształtowanie terenu. – Robert zrobił kilka szybkich kroków, rozglądając się po okolicy.
Spojrzeli na niego pytająco.
– Po co marnować siły na kopanie dołu, skoro możemy wbić się w zbocze? Szukajmy skarpy. Zaoszczędzimy mnóstwo kopania.
– Brawo inżynierze! – poklepała go po ramieniu.
– Znam takie miejsce nad rzeką – włączył się Mściwój. – Wysoki brzeg, a przed nim szeroka łąka.
– Tak! – zawołała. – Widziałam to miejsce, kiedy szłam po witki!
– Sprawdźmy je. – Robert zatarł dłonie, lecz zaraz spoważniał. – Zostaje jeszcze drewno. Paliwo zadecyduje o żarze.
– Na buczynie i dębinie warzy się strawę. Sosna dobra na rozpałkę.
– Właśnie. Chodzi o to, żeby temperatura nie skakała zbyt gwałtownie. Wtedy proces przebiega równomiernie i…
Urwała.
Mściwój ściągnął brwi. Wodził wzrokiem między nimi.
– Znowu się rozpędziłam – powiedziała zagryzając wargę.
– Oboje się rozpędziliśmy.
– Mściwoju, zapomnij o tej całej temperaturze i procesach. Szukamy drewna, które długo trzyma mocny, równy żar.
Rozluźnił ramiona. Wyprostował się.
– To dębina albo buczyna. Ojciec zawsze powtarzał: „Zaczynasz od miękkiego ognia, ale kończysz na twardym”.
– „Twardy ogień”… – Robert z uznaniem pokiwał głową. – To lepsze niż połowa podręczników do termodynamiki.
– Plan gotowy – podsumowała promieniejąc. – Gromadzimy twardy opał liściasty. Już ostrzę sobie zęby na popiół – mrugnęła do męża.
Ruszyli w stronę rzeki. Gniewko co chwilę odbiegał od ścieżki, goniąc motyle.
Mściwój przez dłuższą chwilę obserwował Agnieszkę.
– Mysłodarze… – zaczął ostrożnie. – Wybacz śmiałość, to wasze rodowe sprawy są, ale… czy u waszego ludu baby radzą chłopom przy robocie?
– Ona nie radzi. – Zatrzymał się. – Planujemy razem. To nasz wspólny dom i nasz los.
– Ale… to męska rzecz. Kobiety dbają o ognisko, o dzieci, o jadło. A wy rozmawiacie ze sobą niczym dwaj gospodarze.
Zatrzymał się i uśmiechnął szeroko.
– Dlaczego rezygnować z opinii kogoś mądrzejszego? – powiedział głośno.
Mściwój zamrugał kilka razy.
Agnieszka parsknęła i zmarszczyła nos.
– Każdego dnia dziękuję bogom za to, że ją mam – zaśmiał się. – Ona widzi rzeczy, których często nie dostrzegam.
– Nie kokietuj mnie – zaśmiała się.
Mściwój znów znieruchomiał. Wodził oczami od jednego do drugiego, szukając na twarzy choćby cienia kpiny. Nie znalazł. Robert patrzył na żonę jak ze śmiechem podbiegła do Gniewka.
– Musicie wiedzieć… – powiedział, wpatrując się w ziemię.– Ludzie… oni o was gadają.
Wymienili szybkie, czujne spojrzenia.
– Co mówią? – zapytała spokojnie.
– Że ze Złym paktujecie. Że siła biesów wam pomaga.
Zapadła cisza. Zatrzymała się i odwróciła do niego.
– A ty? Ty też tak myślisz?
Uniósł głowę. Otworzył usta, ale nie odpowiedział od razu.
– Na początku… się lękałem. Patrzyłem na rzeczy, których nie rozumiałem, ale widziałem wasz pot, wasze zmęczenie.
Podszedł bliżej nich.
– Myślę, że pakt ze Złym to łatwa droga. Każdy głupiec może oddać duszę za moc, której nie pojmie, ale wymyślić coś… tak z niczego, z własnej głowy… tego biesy nie potrafią. One umieją tylko niszczyć i mamić. To, co wy robicie, jest znacznie trudniejsze niż czary.
Robert zacisnął ciężką dłoń na jego ramieniu i uścisnął mocno.
– Dziękujemy, Mściwoju. To dla nas bardzo dużo znaczy.
Dotarli na miejsce. Nad rzeczną łąką wznosiła się skarpa zwieńczona kilkoma dębami. Ściana opadała niemal pionowo. Nurt rzeki podmywał brzeg, odsłaniając pasiaste warstwy ziemi. Gniewko natychmiast pobiegł nad wodę. Kamienie ślizgały się po powierzchni, a jego okrzyki odbijały się echem od zbocza.
Robert podszedł do skarpy i przesunął dłonią po glinie. Roztarł grudkę między palcami.
– Mało kamieni. To dobrze. Łatwo będzie wejść w zbocze.
Mściwój wyciągnął zza pasa nóż i z rozmachem wbił ostrze w ścianę. Weszło głęboko. Poruszył rękojeścią. Ziemia nawet nie drgnęła.
– Twarda. Kopać ciężko, ale nie powinna się walić.
Agnieszka przykucnęła. Nabrawszy garść wilgotnej gliny, zwilżyła ją śliną i zrolowała w cienki wałeczek. Zgięła go ostro. Nie pękł.
– Bardzo plastyczna. Dobrze zwiąże ściany.
Uniosła głowę ku koronom dębów.
– A drzewa?
Robert podążył za jej spojrzeniem.
– Korzenie trzymają całe zbocze. To gra na naszą korzyść.
Patykiem nakreślił na ścianie skarpy owal.
– Komora tutaj. Taka, żeby można było wejść do środka i swobodnie pracować.
– Sama glina nie wystarczy – powiedziała Agnieszka. – Trzeba ją czymś podeprzeć.
Mściwój skinął głową.
– Plecionka z gałęzi. Tak robi się ściany chlewu.
Robert odwrócił się do niego.
– A potem oblepimy wszystko grubą warstwą gliny.
– Gdy rozpalimy w środku ogień, drewno się wypali, a glina stwardnieje – podjęła Agnieszka. – Zostanie sama skorupa.
Robert dorysował jeszcze otwór przy podstawie.
– Tędy będziemy ładować cegły. Kiedy piec będzie gotowy, zasypiemy go ziemią i obłożymy darnią. To zatrzyma ciepło.
Cofnęli się o kilka kroków. Przez chwilę w milczeniu przyglądali się rysunkowi na gliniastej ścianie.
– To dobre miejsce – powiedział w końcu Robert. – Zbocze samo wykona za nas połowę pracy.
Mściwój uniósł leżący w trawie odłamek konaru i z rozmachem wbił go w piach. Poruszył nim na boki. Ziemia wokół nie puściła. Nagłym szarpnięciem wyrwał gałąź ze skarpy. Za nim wysunęła się grudka wilgotnego piachu, a z niej wypadł podłużny, lśniący kształt.
Schylił się i ujął znalezisko. Zimny, ciężki stożek zwężał się ku ostremu końcowi. Obrócił go w palcach. Przez chwilę tylko patrzył.
– Grom… – szepnął, niemal bezgłośnie. – Tutaj uderzył Perun.
Postąpili krok w jego stronę. Agnieszka zerknęła na jego dłoń.
– To nie piorun, Mściwoju – odezwała się, wysuwając otwartą dłoń. – Mogę obejrzeć?
Z wahaniem podał jej znalezisko.
Obróciła kamień pod słońce, przesuwając kciukiem po krawędzi.
– To nie piorun. To skamieniałość. Część dawnego stworzenia morskiego.
– Belemnit? – zapytał Robert
– Tak, kiedyś pływały tutaj w morzu.
– Co prawisz? Przecież dokoła szumią puszcze, brak tu wielkiej wody! Kupcy prawią o słonych wodach na dalekiej północy, tygodnie marszu stąd.
– Spójrz. – Zbliżyła się do skarpy, pokazując barwne pasy.
– Ziemia ma swoje warstwy. Jak drzewo ma słoje. Im wyżej, tym młodsze. – Zatrzymała palec na warstwie, z której wypadł belemnit.
– Kiedyś, w czasach tak dawnych, że nikt nie pamięta, cała ta ziemia, na której stoimy, leżała na dnie morza. To, co teraz sięga nieba, kryło się głęboko pod wodą. To stworzenie – uniosła belemnit – umarło i opadło na dno. Przez wieki przykrywał je piasek i muł, aż w końcu zamieniło się w kamień.
Mściwój wodził szeroko otwartymi oczami od Agnieszki przez pasiaste zbocze do dłoni z kamykiem.
– Wyrosłem w tej osadzie… – powiedział cicho. – Mijałem to zbocze każdego dnia… i nigdy tego nie dostrzegłem.
– Prawdę rzekli ojcowie. Weles usypał świat z ziemi wyciągniętej z dna wielkiej wody… Starcy nie kłamali. Nasza ziemia wyrosła z odmętów! Chwycił piach w garść. Ziarna przesypywały się przez palce uniesionej dłoni.
Robert zerknął na Agnieszkę. Lekko trącił ją ramieniem.
– Chciałaś obalić mit – szepnął z rozbawieniem. – A dostarczyłaś mu dowodów na jego prawdziwość.
Zacisnęła usta, powstrzymując uśmiech.
– Tylko dlatego, że źle zinterpretował wyniki.
Gdy zbliżali się do osady, zza zakrętu wyszła Dziwa.
– Dziewanno! – zawołała z uśmiechem i podeszła do niej. – Radam cię widzieć!
– I ja ciebie – odpowiedziała, przytulając ją.
Wzrok dziewczyny natychmiast uciekł za plecy Agnieszki i zatrzymał się na Mściwoju. Chłopak, ściskający w dłoni skamielinę, uniósł głowę. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Dziwa odwróciła wzrok, poprawiając chwyt na koszu. Mściwój opuścił bezwiednie ramię.
Agnieszka uniosła brew, łapiąc wzrok męża. Robert ledwo zauważalnie skinął głową. W kąciku jego ust pojawił się uśmiech.
Dziwa gwałtownie odwróciła wzrok. – Wracam do chaty. Muszę przygotować więcej naparu dla Domarada. Pójdziesz ze mną?
– Nie chcę wam wadzić w izbie… – zaczęła, cofając się o krok.
– Próżne słowa! – prychnęła i capnęła ją za przegub dłoni. – Chodź ze mną.
Pokręciła głową, ale po chwili roześmiała się i ruszyła za nią. – Chłopaki, dacie sobie radę bez nadzoru?
– Poradzimy sobie. Idź.
Rozdzielili się. Kobiety ruszyły w stronę osady, Gniewko z sierpem skierował się ku łące. Robert odprowadził wzrokiem żonę, po czym poklepał Mściwoja po ramieniu.
– Wykorzystaj resztę dnia na odpoczynek. Od jutra zapomnisz, co to bezczynność.