Rzecz ta przydarzyła mi się chyba naprawdę. Mówię „chyba”, bo dziś już sam nie wiem, czy to była rzeczywistość, sen, alkoholowa fantasmagoria, czy może osobliwy skutek nieodpowiednich słów w nieodpowiedniej godzinie. Jeśli jednak to nie była ułuda, to możliwe, że trochę przesadziłem. Ale z drugiej strony są pewne granice, których nie wolno przekraczać.
Sprawa się miała w Iksowie, w nocy, a w zasadzie nad ranem.
Siedziałem w pubie „U Mistrza” – nowa miejscówka. Ów mistrz, przynajmniej wedle szyldu, serwował najlepsze drinki w mieście. Diabelsko dobre. Wystrój trochę dziwny, obsługa taka sobie, ceny wcale nie najniższe, a o muzyce szkoda gadać. Atmosfera jak z artystycznej bohemy. Lokal zdecydowanie nie dla mnie. Nie wiem, kto chciałby tam przychodzić z własnej woli, bo na pewno nie normalny i kulturalny człowiek – a do takich uważam się zaliczać. Wpadłem tylko dlatego, że po pierwsze – kumpel obchodził imieniny i obiecał coś postawić, a po drugie – każdy kolejny kufel miał być o połowę tańszy niż poprzedni. Żal było przegapić taką promkę. Gdyby nie to, moja noga na pewno by tam nie postała. Bez sensu wydawać tyle złociszy na pianę, skoro za tę samą kasę można mieć, żeby nie skłamać, z pięć jasnych fulów z Biedry. Idiotyzm.
Mimo wszystko impreza jakoś się tam kleiła – przynajmniej do czasu. Ale bynajmniej nie była to zasługa lokalu, tylko wniesionych cichaczem drobnych wkładek do piwa. Pół literka jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a wiadomo przecież, że barmany trunki rozcieńczają. Uważam więc, że dolewka procentów z domu to wyrównanie strat, a nie oszustwo. Kiepścić, zaczęło się dopiero wtedy, gdy jeden z kolegów – dziś to nawet nie nazwałbym go znajomym – próbował mi wmówić, że lepiej wie, jak łowić szczupaka.
Mówię mu, że najprędzej na żywca: robaka dzielisz na cztery, jeden kawałek na haczyk, a trzy do wody na zanętę. A on mi na to:
– Robercik, co ty tam wiesz. Pierd dzielisz na cztery, a nie robaka. Jak szczupsa, to tylko wędka i błystka.
Z takim mi tekstem wyjechał. Myślałem, że zwariuję. Co za idiota. Powiedziałem mu kulturalnie, co o nim myślę – jasno, bez owijania, bo ze mnie prosty i uczciwy człowiek – a on mi, żebym spadał do diabła. No to ja, że chętnie – wolę pójść w diabły niż siedzieć z takim baranem. Jak stałem, tak wyszłem. Trochę tylko flaszki żal, bo zwrotna była. Ale kij z nią i z nim!
Wbijam do szatni, daję numerek… i oczom nie wierzę. Za kontuarem stoi młoda kobieta. Niby nic, ale jej strój… Na głowie koronkowy czepek, biust goły, a w dole biały fartuszek. Od razu stanął mi przed oczami obraz francuskiej pokojówki z filmów klasy X. No nie. Wszetecznica. Żeby nie powiedzieć: kur w akwarium. Dekadencja pełną gębą. Przysiągłbym, że jak wchodziłem, to za ladą siedział szczupły, tyczkowaty facet w kraciastej marynarce – zapamiętałem, bo miał ubity okular. Tamten, choć dziwny, to jakiś swojski. A tej to już miałem wygarnąć, że tutaj jest Polska, a nie żadne Paryże, i obowiązuje jakaś kultura, ale znów mi stanął głos w gardle. Babka, prócz kamizelki – takiej rybackiej, z mnóstwem kieszeni, bo ja to lubię, jak wygoda łączy się z elegancją – daje mi też… szablę. Prawdziwa karabela. Poznałem, bo szwagier, jak za ciecia w muzeum robił, to mnie od zaplecza raz wpuścił i podobna stała w gablocie. Takim orężem nasz Janek Sobieski tłukł niewiernych Turków pod Wiedniem. Piękna, zacna rzecz. Ale z żalem mówię, że sorry, żelazo nie moje.
A wtedy ona, wyraźnie zdziwiona, pyta:
– To jak to, przyszedł pan bez szabli?
Zatkało mnie, nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Zdezorientowany jak GPS w Bieszczadach, wziąłem odzież i wyszedłem bez słowa.
Na zewnątrz już świtało. Pogoda niezgorsza – lekka mgiełka, powietrze rześkie. Idę z buta, bo nocne już nie kursują, a złodziejom w taksówkach nie dam zarobić – bo wiadomo, kto nimi jeździ. Na głównej złapię roboczy PKS do fabryki, to za darmo choć część drogi podjadę. Kroczę raźno skrótem przez park – krok chwiejny, ale kierunek w miarę prosty. Czy byłem pijany? To zależy. Ja bym powiedział, że lekko wstawiony; żona rzekłaby, że wypity, a teściowa darłaby ryja, że napruty jak świnia. Ale nic to – grunt, że do przodu.
Nie uszłem daleko, tuż za tak zwane „Patriarsze Brudy” – czyli staw leżący przy pałacyku, w którym ongiś partia miała swoją siedzibę – gdy z naprzeciwka wyłonił się postawny mężczyzna w średnim wieku. Szary beret, dobrze skrojony garnitur, w ręku laska z rzeźbioną rączką w kształcie głowy pudla, a na plecach czarna peleryna, podbita krwiście czerwoną podszewką. Świr jak nic. Ale w końcu to Iksów – nie takie rzeczy tu się widuje. Na bank jakiś cudzoziemiec, myślę sobie – pewnie Francuz.
Podchodzi i z dziwnym akcentem – chyba jednak niemieckim, może angielskim – ale po ludzku, czyli po naszemu, pyta, czy może zapalę. Ki czort? Skąd wiedział, że mam chcicę jak diabli? Otwiera papierośnicę, ja patrzę – dokładnie takie, jak lubię. „Mocne” – nasza marka. Bo ja to już tak mam, że wolę to, co ojczyste niż obce. Wziąłem tak mimochodem trzy, może cztery, na zapas, skoro wariat częstuje. Odpalam, zaciągam – posmak trochę dziwny, ale cudzesy za friko, to nie narzekam. Gość w międzyczasie coś gada o jakimś śniadaniu, że jakieś oszustwo czy kant… Nie wiem, o co mu chodzi. W głowie od fajek mi szumi, coraz dziwniej się czuję. I nagle pyta, czy posiadam zegarek. Odpowiadam, że jak najbardziej. Nie nosiłem na ręce, bo zerwał się pasek, więc macam po kieszeniach… i wtedy zonk. Kamizelka nie moja. Owszem, podobna, ale nie moja. Widać, ladacznica wydała rzeczy z innego wieszaka, a ja – zapatrzony to w nią, to w szablę, wziąłem bez zastanowienia. Już chciałem odpowiedzieć, że jednak nie mam, gdy wyczułem znajomy kształt czasomierza. Wyjmuję – i kolejne zdziwko: zamiast godzin na cyferblacie widnieje dwanaście miesięcy – sty, lut, mar… Mówię, choć wiem, jak to brzmi, że dochodzi kwiecień.
– O, to już nisan – słyszę w odpowiedzi. – Dobry miesiąc, dziwne i wielkie rzeczy się wtedy dzieją.
Nisan? A więc Żyd – myślę. I już mi mruga czerwona lampka.
– Czy wierzy pan może w Boga i diabła? – próbuje dalej zagajać rozmowę.
Tym już sobie nagrabił. Nie będzie mnie Kajfasz z wiary nawracał. W tym kraju są jakieś wartości. Spieprzaj, dziadu! – walę klasykiem i już chcę odchodzić, gdy nagle… wylatuje olbrzymi czarny kocur.
Wyskoczył zza krzaka jak filip z konopi. Od razu poznałem, że nie nasz, polski, ale jakiś obcy. Capnął zegarek i w nogi. Ale nie jak zwierzę, tylko jak człowiek, na dwóch łapach. A jakby tego było mało, miał na sobie czapkę z daszkiem, torebkę typu „nerka” oraz… sandały! To przelało czarę. Dość szaleństwa na jeden poranek! Zagotowało mnie – kur w mnie tak dziobnął, że nie odpuszczę. Kot w nogi, a ja za nim. Lecę zdyszany: przez trawnik, przez chodnik, przez ulicę. O mało nie wpadam pod tramwaj. Olej to – mówię do siebie – i dalej trzymam tempo, nie pozwalam się zgubić. Złodziej kluczy jak może, skręca w Kruczą, biegnie Alejami na bulwar i bach – do rzeki, na drugą stronę. O nie! Skonam, a dopadnę. Choćby skały mdlały! Zrzucam ciuchy, w imię Ojca, i w wodę. Wychodzę na brzeg i dalej za zbiegiem. W samych slipkach, jak jakiś bezdomny. Goniłem go z dobry kwadrans, ale dorwałem. Wpadł w ślepy zaułek – nie miał drogi ucieczki.
Podszedłem powoli, z rozłożonymi rękami – że nie mam złych zamiarów – a ten wyjął scyzor i zaczął mi grozić:
– Chcesz w pysk!? Sikory nie oddam! Po moim trupie! Dostanę za niego mandarynki, czekoladę i śledzie!
– Okej, okej – mówię – luzik, uspokój się. Nie o to mi chodzi. Bierz, mam to gdzieś. Nie moja kamizela, nie mój sikor. Ja wszystko rozumiem. Szczupak na szablę, wędka na Turka, gołe baby, Żydzi – nic mnie już nie dziwi. Nawet twoja czapka, nerka ani sandały. Tylko na Boga – drę się jak opętany, bo tego to nie zdzierżę – gdzie masz do nich skarpetki!?
nieodpowiednich słów w nieodpowiedniej godzinie
Czepialstwo, ale imo zyskałoby na dodaniu wypowiedzianych w nieodpowiedniej godzinie.
Jeśli jednak to nie była ułuda, to możliwe, że trochę przesadziłem.
Ów mistrz, przynajmniej wedle szyldu, serwował najlepsze drinki w mieście. Diabelsko dobre.
Szybko przechodzisz z przynajmniej według szyldu do diabelsko dobre, które – chyba – jest opinią narratora. Brakuje mi jakiegoś I rzeczywiście – były diabelsko dobre.
do takich uważam się zaliczać
Za takiego się uważam / do takich się zaliczam.
pięć jasnych fulów z Biedry.
Przywołujesz istniejący sklep (Biedrę) i – chyba – nieistniejące piwo (jasny ful). Przynajmniej gugl mi takiego nie znalazł. Nie wiem więc, czy to prawdziwy świat (choć Iksowo), czy zmyślony. Chyba że jasny full to ogólnikowe określenie na piwa jasne pełne i tutaj wychodzi moja nieznajomość tematu browarniczego i socjolektu piwoszy. :)
Kiepścić, zaczęło się dopiero wtedy
Zbędny przecinek.
Hej,
kurczę, obawiam się, że całkowicie minąłem się z sensem tego tekstu. Pierwsza i druga połowa są czymś zupełnie innym, przy czym dziać zaczyna się w drugiej – pierwsza zdaje mi się więc nieco przeciągniętym wstępem lub po prostu nie udało mi się z niej wyciągnąć tego, co wyciągnąć powinienem.
Całość odbieram jak pijacki powrót do domu gościa, który do piwka dolał nie wódę, a najprawdziwszy absynt.
Wybacz, ale nadaję z tym tekstem na zupełnie innych rejestrach.