To stare opowiadanie, które lata temu przeczytały 4 osoby - Finkla, ostap, krar i reg :). Teraz wraca w nieco odświeżonej wersji.
Uwaga - jest zabawnie, straszno i pełno akcji :)
Milej lektury :)
To stare opowiadanie, które lata temu przeczytały 4 osoby - Finkla, ostap, krar i reg :). Teraz wraca w nieco odświeżonej wersji.
Uwaga - jest zabawnie, straszno i pełno akcji :)
Milej lektury :)
Przyjaciół najlepiej poznawać w piekle
Chmury zasłoniły miasto. Po upalnym dniu nareszcie spadł deszcz. Oczyszczał ulice tak, jak spowiedź duszę grzesznika. Spłukiwał do rynsztoka brud, śmieci, wydzieliny i krew. Ludzie chowali się w domach, samochody rozjeżdżały kałuże, a Rutschig odszedł od okna i wrócił do stołu. Podniósł plan starej kamienicy na obrzeżach miasta. Wyciągnął zapalniczkę i podpalił arkusz. Ogień trawił papier, zwęglone fragmenty odrywały się i z wolna opadały na podłogę.
– Pierwszy z czterech – powiedział Rutschig przez czarną zasłonę kasku.
*
Bracia Gross nie zadawali pytań – nigdy. Zjawili się o czasie i palili w ciszy. Dobrze, że mogę na nich liczyć. Przerażał mnie ich zimny spokój, jak u pary krokodyli, i spojrzenia bliźniaczych zielono-żółtych oczu – chłodnych, lekko zamglonych, nieobecnych. Przysłał ich zakon, więc wykonają każde polecenie – bez emocji, bez skrupułów. A więc muszę ich używać rozsądnie.
Podszedłem, deszcz bębnił o parasol. Lewą ręką wyciągnąłem zza koszuli medalion. Bracia, schowani pod wiatą przystanku, wyrzucili niedopałki i rozpięli pomału płaszcze, następnie koszule. Tuż poniżej szyi mieli identyczne tatuaże – cyrkiel zestawiony z węgielnicą i wpisanym pomiędzy nie okiem opatrzności. Choć znaliśmy się, to dopiero po dokonaniu formalności byli na moje usługi. Wyższy z bliźniaków podszedł do czarnego mercedesa i przytrzymał mi drzwi pasażera. Parasol zostawiłem na przystanku, może się komuś przyda. Wszedłem i usiadłem na tylnym siedzeniu. Gdy bracia zajęli miejsca z przodu, zapytałem:
– Macie?
Skinęli głowami.
– Jedziemy pod ten adres. – Podałem im wizytówkę.
Silnik mercedesa zawarczał. Ruszyliśmy przez noc i deszcz, by wykonać naszą powinność.
*
Puste ulice, ryk silnika, deszcz spływający po szybie kasku i prędkość zamieniały świat w migawki obrazów, gdy wskazówka na liczniku przekraczała trzycyfrową liczbę. Yamaha mknęła przez ciemną kloakę miasta, zostawiając za sobą żółto-czerwone smugi świateł reflektorów. Noc należała do Rutschiga. Przeciął skrzyżowanie, nim wypadł na drogę międzymiastową. Wyłączył światła. Ciemność, cudowny niebyt. Nie czuł już prędkości. Świat wokół zniknął. Puścił kierownicę. Włożył ręce pod skafander i dotknął piersi. Żadnego bicia, nawet szmeru, tylko cisza – pustka, w którą pragnął się zapaść.
*
Mercedes sunął przez miasto. Bracia milczeli i palili na zmianę, a ja uchyliłem okno, by choć przez chwilę nie czuć się jak w piekle. Obserwowałem domy ociekające lipcowym deszczem i ulice ciche jak nigdy. Czułem, że tym razem będzie ostro.
*
Stała w szczerym polu niczym wieża, za nią las targany wiatrem. Kamienica pośrodku niczego, z oknami zabitymi deskami. Dookoła ani żywej duszy, nic prócz granatowej nocy, którą rozświetlało światło z poddasza niczym latarnia wzburzone morze.
Pierwszy krok ku wiecznemu odpoczynkowi.
Rutschig zszedł z Yamahy. Przebiegł przez jezdnię i ruszył polną drogą w stronę ceglanego budynku.
*
Stanęliśmy na poboczu. Bracia wyszli bez słowa, ale wyższy otworzył mi drzwi – profesjonalny do bólu. Podeszliśmy do bagażnika. Podniosłem kołnierz płaszcza. Z ronda kapelusza, niczym z dziurawej rynny, ściekały strumienie wody. Stanąłem między braćmi, zaglądając do środka. Mieli tam wszystko – od broni krótkiej, przez długą, po granatnik. A do tego stertę noży oraz maczety. Wyższy z Grossów odpalił papierosa i sięgnął po AK. Drugą ręką zgarnął trzy magazynki do kieszeni płaszcza. Niższy wybrał shotguna i garść amunicji. Obaj zdecydowali się na maczety, które zawiesili na połach płaszczy. Wtedy spojrzeli na mnie. Sięgnąłem po skórzany mieszek i wsadziłem go do kieszeni. Wyciągnąłem colta, sprawdziłem bębenek, zakręciłem nim i zapytałem:
– Mam dziś farta, chłopaki?
Brudny Harry nie zrobił na nich wrażenia, tak jak i kamienica pośrodku szczerego pola.
*
– Wszystko się zgadza, wszystko prócz pogody! – Wolfgang cisnął pucharem o ścianę. Absynt spłynął po zdartej tapecie w kwiatki.
Kot uniósł jedną powiekę i spojrzał niedbale na człowieka. Deszcz bębnił o duże okno poddasza, a krople spływały po szybie. Wolfgang stał pod nim, wpatrzony w ciemne niebo.
– To nic – wyszeptał, uśmiechnął się nagle. – To nic!
Kot podniósł drugą powiekę, wyprostował grzbiet, obszedł siedzisko fotela dookoła i ponownie się położył. Bez większego zainteresowania zerkał na Wolfganga.
– I tak się zgadza, cóż, że nie widzę gwiazd. – Pchnął teleskop, który okręcił się ze zgrzytem na stojaku. – Przecież nie zniknęły, są tam gdzieś za czarnymi chmurzyskami i świecą dla mnie.
Spojrzał w żółte oczy kota.
– Świecą dla nas, Mefisto.
Wolfgang przeciągnął kredą po deskach podłogi.
– Znaki, pamiętaj o znakach. – Sięgnął wolną ręką do miski i wygrzebał garść suszonych grzybów. – Gdzie ma być ten? Gdzie on…
Zamilkł. Przez chwilę w pomieszczeniu słychać było tylko, jak przeżuwa susz. Przebiegł wzrokiem po stole zastawionym składnikami. Obrócił się, zatrzymał spojrzenie na Mefiście, który leżał na grzbiecie z wywalonym językiem. Kot obserwował pajęczynę drgającą między belkami poddasza.
– Słyszałaś, kocia mordko? Czy to ty robisz mi psikusy? – zapytał Wolfgang.
Złapał blat i zajrzał pod stół. Między drewnianymi nogami tańczyły gwiazdy. Wielkie, czerwone słońce pośrodku raziło oczy i ogrzewało twarz Wolfganga. Wokół promienistej kuli wirowały planety. Dostrzegł kometę przecinającą Układ Słoneczny, ciągnącą za sobą srebrzysty ogon.
– To nic, Mefisto. – Dźwignął się i roześmiał. – To tylko wszechświat do nas zawitał.
Wolfgang sięgnął po kolejną porcję grzybów i zaczął wertować księgę na drewnianym stojaku, a kot zerkał pozornie niedbale, lecz bacznie obserwował poczynania czarnoksiężnika.
– Symbole zostały wpisane w okrąg, ingrediencje przygotowane, sztylet… Gdzie położyłem sztylet? – Wolfgang rozejrzał się po podłodze zawalonej pergaminami, księgami i luźno porozrzucanymi kartkami.
– Kufer! – zawołał.
Mefisto zeskoczył z fotela, z kocią precyzją wybierając drogę między kartkami i misternie nakreślonymi kredą liniami, dbając, by łapy dotykały jedynie czystych desek podłogi. Spojrzał w stronę Wolfganga, który to mamrotał, to znów chichotał w trakcie przeglądania zawartości starego kufra. Mefisto zamrugał i jednym skokiem pokonał długi pergamin blokujący drogę ku bladej łydce. Kot prześlizgnął się grzbietem po piszczelu, obszedł belkę, do której noga była przywiązana, i tylko z sobie znanych powodów usiadł na stopie. Spojrzał w przerażone oczy nagiej kobiety, rozciągniętej na przewróconym krzyżu, i zamiauczał, wbijając ślepia w błękitne tęczówki. Kobieta szarpała więzy i starała się krzyczeć, lecz sznur przeciągnięty przez jej usta skutecznie blokował wszystkie dźwięki.
– Mam, znalazłem! – zawołał Wolfgang triumfalnie i podniósł pofalowane ostrze nad głowę. – Mefisto, daj spokój lady, teraz nie może się z tobą bawić.
Kot przykucnął i jednym skokiem pokonał odległość dzielącą go od barku lady. Zaczepił pazurami o belkę i skórę skrępowanej kobiety, wdrapał się na krzyż. W końcu usiadł przy policzku obdartym od powroza.
– Bardzo to ciekawe, moja droga, że Mefisto wyczuwa me myśli, nim przyjdą mi do głowy – powiedział Wolfgang i podszedł do krzyża zawieszonego na łańcuchach zwisających spod stropu.
Czarnoksiężnik uniósł drewnianą miskę ze stolika i zapytał:
– Myślisz, że już czas, Mefisto? Brać się do roboty?
Kobieta wzdrygnęła się, a następnie szarpnęła, gdy ostrze przejechało po piersi, rozcinając skórę tuż obok sutka. Wolfgang podstawił naczynie i zebrał krew z rany.
– Tak, kicia, też chcę brać udział w zabawie – powiedział Wolfgang, gdy kot zamiauczał.
Lady zamarła, gdy czarnoksiężnik zaczął prześlizgiwać się wzrokiem po jej piersiach, następnie wzdłuż ciała do krocza.
– Szkoda. No nic, czasem trzeba poświęcać piękne rzeczy dla wyższego dobra – powiedział, westchnął i wrócił do wymalowanego kredą kręgu.
*
Rutschig obszedł kamienicę szerokim łukiem. W czarnym kombinezonie i kasku wyglądał zaledwie jak cień. Stanął na tyłach budynku. Zobaczył kreaturę kołyszącą się na wietrze niczym krzew na tle ceglanego siedliszcza – cichego, wydawać by się mogło pustego. Rutschig znał jej mieszkańców, czuł ich obecność i smród ciał. Wynaturzonych pomiotów, które wyszły z nicości, powstałych z pokręconej, złej woli.
Pochylony podbiegł do chwiejącej się sylwetki o sześciu ramionach powykręcanych w stawach, o palcach wykrzywionych niczym pajęcze nogi i garbie z niewykształconym członkiem. Wyciągnął mieszankę Ibin-kush.
– Odejdź w niebyt, z którego przybyłeś – warknął.
Rutschig jednym pewnym szarpnięciem obrócił stwora i sypnął mu mieszanką w zdeformowaną twarz. Dotychczas ledwie kołysana przez wiatr istota skuliła się gwałtownie, a ramiona zaczęły drgać w makabrycznym tańcu członków. W końcu zastygła. Rutschig nie czekał. Załadował kotwiczkę do miotacza i wystrzelił pocisk w stronę dachu. Sprawdził – trzymała się mocno.
– Nie zawiedź mnie, wierna towarzyszko nocnych eskapad.
Chwycił mocno za linę i zaczął się wspinać.
Wolfgang, mamrocząc, wertował księgę. Nagle zesztywniał. Obrócił się w stronę lady. Lecz nie patrzył na nią, a na kota. Kobieta zerknęła na Mefista siedzącego wciąż obok jej twarzy. Kot przypominał figurkę wyciosaną z hebanu. Wywrócił żółte oczy na drugą stronę – białka kontrastowały z czarnym futrem.
– Nie, nie, nie! – krzyknął Wolfgang, wbił ostrze sztyletu w stół.
Sięgnął po turkusowy flakon i ruszył energicznie do drzwi. Kobieta obserwowała, jak rozlewa dymiącą ciecz, która znikała w szczelinach między deskami.
– Obudźcie się! Obudźcie się, potępieni! Niech Mefisto was prowadzi, niech będzie waszymi oczami, a wy wykonawcami jego woli! – wrzeszczał czarnoksiężnik.
Kamienicę przeszył szept, od parteru po strych, a następnie piętra budynku wypełniło szuranie ciągniętych członków.
Ruszyłem z Grossami polną drogą wśród szumu wiatru. Kamienica wyglądała jak rudera. Zabite okna, cała zaciemniona, za wyjątkiem światła na strychu. Wejście pozbawione drzwi. To w nim dostrzegłem pierwszego mutanta o twarzy pokrytej wrzodami, w łachmanach. Chwiał się na nieproporcjonalnie krótkich nogach, ciało podpierał o ziemię zbyt długimi ramionami.
– Ja to załatwię – powiedziałem do braci.
Grossowie stanęli nieco dalej, a ja przyspieszyłem. Musiałem im przypomnieć, z kim pracują.
Wyciągnąłem mieszankę Ibin-kush – czarnego piachu zmieszanego z drobinkami srebra, saletrą i ziołami. Istna petarda na takich przystojniaków jak ten w wejściu. Odsypałem garść i już miałem cisnąć nią w pysk stwora, gdy padłem jak długi. Za kostkę złapała mnie macka, która wypełzła gdzieś z okolicy krocza maszkar y. Nie pamiętam, kiedy ostatnio dałem się tak łatwo podejść. Oślizgłe ramię wiło się w trawie.
Zakląłem szpetnie, gdy pomiot ruszył w moją stronę. Sięgnąłem po colta. Nim zdążyłem go wyciągnąć, zagrał automat AK – przerobił mutanta na kaszankę. Truchło padło na ziemię, dymiąc z otworów po kulach. Macka zadrgała tylko i puściła kostkę.
Bracia minęli mnie bez słowa. Widziałem, jak starszy przygryzł zębami filtr papierosa. Z oczu biła mu żądza mordu.
Wstałem, ale obaj byli już w środku. Huk wystrzałów niósł się po okolicy, a w szczelinach między deskami w oknach błyskał ogień z luf karabinów, rozświetlając noc.
– No to im pokazałem. – Westchnąłem i przekroczyłem próg kamienicy.
Budynek ożył. Dziesiątki ramion wylazły z wszelkich szczelin. Powykręcane macki, owłosione łapska, pokryte łuskami ręce o żółtych szponach lub ostrych haczykach wyrastających spod skóry. Żądne pochwycenia i rozerwania.
Rutschig wiedział, że wyczuwają tętno – on już od dawna nie oddychał, a w piersi serce stało w ciszy. Był dla nich jak cień w ciemnym zaułku.
Rutschig uchylił się przed ropiejącą dłonią, która wystrzeliła między deskami, bijąc na oślep. Odczekał chwilę, zawieszony na linie, z nogą opartą o ramę okna. Gdy ręka zniknęła, cisnął do środka garść piachu Ibin-kush. Na piętrze zakotłowało się. Usłyszał ryk bólu.
Ruszył wzdłuż budynku.
Sięgnął krawędzi dachu, wdrapał się na szczyt kamienicy i odpiął kotwiczkę. Przebiegł, balansując na luźnych dachówkach, w stronę dużego okna.
Najpierw zobaczył lady i medalion w kształcie piramidy z okiem wpisanym w jej szczyt, zawieszony na nagiej szyi. Był też czarnoksiężnik – pomarszczona, chuda kreatura, oszalała od mrocznych praktyk z plugawą księgą i sztyletem, odziana w szkarłatny aksamit. Był gotów zatrzeć granice między światami.
Rutschig odsunął się, by wziąć rozbieg, i w pełnym pędzie skoczył wprost w okno rozświetlone blaskiem świec.
*
Seria z automatu, przy akompaniamencie huku strzelby, dobiegała gdzieś z okolic pierwszego piętra. Pomyślałem, że troje to już tłum, i postanowiłem skorzystać z windy. Zamknąłem kratownicę i wybrałem ostatnie piętro. Ku mojemu zaskoczeniu dźwig zareagował i winda ruszyła. Szybko też zacząłem zbliżać się do piekła, które rozpętali bliźniacy.
Przez kratownicę dostrzegłem, jak wyższy z Grossów kopniakiem posłał przez poręcz balustrady stwora o stożkowatej głowie i olbrzymiej, kłapiącej szczęce. Tymczasem brat za pomocą kolby rozgniatał owłosiony pysk innego z lokatorów.
Poczułem, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Nie było jednak czasu, by nacieszyć się tym uczuciem.
Odskoczyłem, gdy do kratownicy przywarł nagi mutant o owrzodzonej skórze, ociekającej różowym śluzem. Miał olbrzymie oczy wyrastające w miejscu skroni, które szybko mnie namierzyły. Rozwarł szeroką paszczę, z której wystrzelił język zakończony kolcem.
Odchyliłem głowę w ostatniej chwili. Kolec wbił się w ścianę windy, opryskując mi twarz klejącą śliną.
Wymierzyłem colta, ale zamiast nacisnąć spust, tylko się uśmiechnąłem.
Pomiot rozpaczliwie próbował uwolnić język, nim winda rozgniotła go o sufit. Nie zdążył. Coś chrupnęło, a następnie mlasnęło, gdy oderwany język upadł na podłogę.
Klapa w suficie zgrzytnęła.
Owłosiony stwór wpadł do windy, a wraz z nim coś cienkiego i wijącego się jak oszalały węgorz. Nim zrozumiałem, że to ogon, mutant o szczurzym pysku już był przy mnie. Złapał mnie za nadgarstek prawej dłoni, a drugą łapą za gardło i przycisnął do ściany.
Podłużny pysk o żółtych, długich siekaczach kłapnął mi tuż przed nosem. Poczułem odór zgniłego mięsa, gdy rozwarł ponownie szczękę. Rozbiegane, ogarnięte furią ślepia gryzonia świeciły w półmroku, a ogon chłostał wnętrze windy.
– Zeżryj to! – ryknąłem.
Wyciągnąłem lewą ręką sakwę i wepchnąłem ją do szczurzego gardła.
Mutant wytrzeszczył oczy, a następnie odskoczył jak oparzony. Padł na kolana, krztusząc się i charcząc.
Podszedłem i przystawiłem colta do paciorkowatego oka.
Strzeliłem.
Głowa eksplodowała, obryzgując wszystko resztkami mózgu i fragmentami czaszki. Do tego całą kabinę wypełnił czarno-srebrny pył.
Winda zaskrzypiała, następnie zadrżała.
Rozsunąłem kratownicę i wyszedłem na ostatnim piętrze – uświniony od stóp po kapelusz.
Kobiecy wrzask przypomniał mi, że to nie czas na szukanie chusteczki.
Ruszyłem korytarzem do schodów prowadzących na strych.
*
Wolfgang zachichotał, słysząc, jak kamienica ożywa.
– Co ja to miałem w planach? – powiedział i rzucił w kąt pusty flakon. – A tak, rytualny mord.
Uradowany podszedł do stołu, podniósł naczynie z krwią i sztylet.
– Obawiam się, pani, że będę potrzebował nieco więcej twojego szkarłatnego płynu. – Wolfgang potrząsnął naczyniem, zrobił zmartwioną minę. – Ale obiecuję, że będę delikatny. Na tyle, na ile może być delikatne otwieranie żył.
Kobieta wytrzeszczyła oczy.
Okno w dachu eksplodowało.
Szkło posypało się na podłogę, a wraz z nim do pomieszczenia wpadła postać ubrana w czarny skórzany skafander i motocyklowy kask.
– Co to znowu za czort? – warknął Wolfgang.
Rutschig stał na szeroko rozstawionych nogach, w strugach deszczu wdzierających się na poddasze przez rozbite okno.
Wolfgang zmrużył oczy, spoglądając w ciemną szybę kasku.
– Widzę, kim jesteś – syknął.
Odrzucił miskę z krwią, która chlusnęła na wymalowany kredą pentagram.
Rutschig skoczył na maga z zaciśniętymi pięściami.
Nie zdążył.
Wolfgang uniósł sztylet, lewą dłoń wyciągnął w stronę napastnika i wrzasnął dziko.
Rutschig zawisł w skoku pół metra nad ziemią.
Wolfgang wykrzyczał kolejne zaklęcie, a palce maga zaczęły poruszać się niczym wijące robaki.
Rutschig zawył przeraźliwie, gdy stawy wygięły się nienaturalnie.
Trzask łamanych członków wypełnił poddasze.
Tułów włamywacza skręcił się o sto osiemdziesiąt stopni, a następnie złamał na pół.
Wolfgang wykonał gest i makabrycznie powykręcane ciało poleciało na ścianę, a następnie upadło na podłogę.
Czarnoksiężnik spojrzał na lady bladą jak kreda.
– Obawiam się, że teraz nie mam już czasu na uprzejmości – powiedział wyczerpany i odciął kobietę od krzyża.
Złapał długie blond włosy i brutalnie szarpnął.
Kobieta wrzasnęła, wleczona po podłodze.
Wolfgang zatrzymał się przy kręgu. Podciągnął głowę kobiety i przystawił do gardła sztylet.
Wtedy drzwi na poddasze otworzyły się z hukiem.
*
Praca w policji nauczyła mnie, jak efektownie wchodzić do pomieszczeń. Wpadłem na poddasze niemal z framugą.
Wolfgang i lady na mój widok wrzasnęli równocześnie.
– Musicie mi wybaczyć ten wygląd, ale zapomniałem zabrać ubranie na zmianę – powiedziałem i odkleiłem z czoła fragment czaszki szczurowatego mutanta.
– Gdy tylko usłyszałem strzały, wiedziałem, że to ty, White – wysyczał czarnoksiężnik. – I co teraz zrobisz, glino?
– Na początek zabiję ci kota.
Posłałem kulę Mefistowi, zdejmując go z krzyża.
– Nieee! – zaryczał Wolfgang, ale nie puścił dziewczyny.
Przeceniłem jego miłość do futrzaka.
A to był mój jedyny plan.
Strzały i wycie mutantów momentalnie ustały.
Po chwili usłyszałem odgłosy biegnących po schodach Grossów.
Musiałem coś szybko wymyślić, nim bracia wpadną na poddasze i rozstrzelają szalonego czarnoksiężnika wraz z kobietą.
– Łajdaku, spójrz! – zawarczał Wolfgang i rozciął przegub lady.
Krew z ręki szybko zaczęła ściekać do kręgu, w którym powietrze już zaczęło drgać, a symbole uwypukliły się na podłodze.
– Jeśli otworzysz bramę…
Nie dokończyłem, bo dostrzegłem, że powykręcane zwłoki w czarnym skafandrze, leżące pod ścianą tuż za plecami Wolfganga, zaczęły się poruszać.
*
Ból nigdy nie mija.
Pokochał go, bo był ostatnim przejawem człowieczeństwa, jaki pozostał Rutschigowi.
Pomału, ale systematycznie zaczął rozplątywać ciało z makabrycznego węzła. Prostował członek za członkiem.
Dźwignął się, nim jeszcze zdążył przekręcić złamany kręgosłup.
*
Wolfgang wybuchnął histerycznym śmiechem. Podniecony do granic możliwości patrzył na lejącą się krew – zboczeniec.
Podłoga pękła, a z wyrwy buchnęło turkusowe światło.
Coś dostrzegłem. Coś, co cierpliwie czekało, by znaleźć drogę do naszego świata.
Żałowałem teraz, że w windzie zużyłem cały Ibin-kush, który przydałby się do przerwania rytuału. Teraz mogłem liczyć tylko na powykręcane zwłoki zmierzające w stronę Wolfganga – o ile nie były po jego stronie.
– I co teraz, glino? Co zrobisz? – zaryczał Wolfgang.
– Lepiej spójrz za siebie, paskudo – powiedziałem, uśmiechając się do czarnoksiężnika.
Wolfgang zrobił minę, jakby właśnie wdepnął gołą stopą w gówno.
Spojrzał w chwili, gdy tułów motocyklisty okręcił się na miednicy, w końcu nadając ciału ludzki wygląd.
Czarnoksiężnik zapiszczał jak gryzoń.
Dostrzegłem ruch ostrza.
Skóra na szyi lady puściła krew.
Motocyklista był szybszy.
Władował w twarz Wolfganga garść proszku Ibin-kush.
Czarnoksiężnik zawył, upuścił sztylet i złapał się oburącz za twarz.
Wystrzeliłem.
Pocisk przeszył turkusowe światło, następnie dłonie Wolfganga i wyleciał z tyłu czaszki.
Czarnoksiężnik zwalił się na ziemię, a ja wymierzyłem w motocyklistę pochylonego nad lady.
– Nie waż się! – warknąłem.
– To za medalion – powiedział i uniósł mieszek z piaskiem Ibin-kush.
Miał metaliczny głos, niczym dwa trące o siebie zardzewiałe pręty. Wszystkie włosy stanęły mi na ciele, bo nie wydobywał się z kasku, lecz gdzieś z głębi ciała motocyklisty.
Wyrwa w kręgu rosła.
A ja już zaczynałem rozpoznawać wijące się kształty w turkusowym słupie światła.
– Zgoda! – krzyknąłem.
Motocyklista zerwał medalion z szyi lady i rzucił mi pod nogi Ibin-kush.
Podbiegł pod okno w dachu.
Wtedy wystrzeliłem cztery razy.
Wszystkie kule trafiły między łopatki.
Motocyklista zerknął na mnie. Choć nie widziałem twarzy, miałem wrażenie, że patrzy z wyrzutem i rozczarowaniem.
– Wybacz, ale musiałem spróbować – powiedziałem.
Schowałem rewolwer i złapałem Ibin-kush. Rozsypałem go po kręgu.
W jednej chwili światło zgasło, a z wyrwy wystrzeliły płomienie.
Odskoczyłem w ostatniej chwili i przypomniałem sobie o lady.
Osłaniając twarz przed słupem ognia, liżącym już strop, dopadłem do kobiety. Odciągnąłem ją, a następnie płaszczem ugasiłem płonące włosy.
Spojrzałem na poparzone ciało. Sprawdziłem puls.
Gdy tylko pod palcami poczułem pierwsze bicie serca, owinąłem ją szczelnie.
Ruszyłem przez płonące papiery i pergaminy do wyjścia.
Przy schodach czekali już bracia z dymiącymi lufami karabinów.
*
– Tylko jeszcze jedno westchnienie bólu – wyszeptał, nim spadające z dachu ciało uderzyło o ziemię.
Rutschig wstał ostrożnie, wyciągając resztę trawy, która wbiła się w przyłbicę kasku.
Płomienie lizały zachmurzone niebo. Wiedział, że tego ognia nie zdoła ugasić nawet największa ulewa.
– Przybytku zła, niech strawi cię piekielny płomień, a zgliszcza przepadną w odmętach czasu. – Rutschig spojrzał na medalion. – A teraz do zamku oddać pierwszy z czterech.
*
Kazałem jechać bliźniakom prosto do zamku.
Trzymałem lady na kolanach, wpatrzony w poparzoną twarz.
Wiedziałem, że zwykła medycyna już nie pomoże.
Czułem, jak ogarnia mnie wściekłość, bo wciąż widziałem na zwęglonej skórze ślad po zerwanym łańcuszku.
Kimkolwiek był motocyklista, oszukał mnie.
Wiedział, co się stanie, gdy Ibin-kush przerwie rytuał.
Wykorzystał na własną korzyść moje braki w magicznych praktykach.
Ale byłem też wściekły na siebie, bo zawierzyłem wynaturzonej poczwarze, a takim jak on nie można ufać.
Takich jak on należy likwidować.
*
Rutschig wył jak ranne zwierzę.
Mimo to w komnacie panowała cisza – całą wściekłość dławił w sobie.
Był bezbronny w obliczu starca.
Roztrzęsionego, kruchego próchna na wózku, które przy życiu trzymała aparatura z tlenem.
– Dziękuję ci, Rutschig, oto jeden z czterech. Na dobry początek. – Starzec był ledwie słyszalny przez maskę doprowadzającą tlen. – Nie zapominaj, że do chwili, gdy przyniesiesz kolejne fanty, jesteś na usługach zakonu.
– Nie zapominam – głos Rutschiga wydobył się gdzieś z wnętrza skafandra.
– Czyżby? Lady będzie żyła, ale mogę cię zapewnić, że do końca życia nie zapomni ci twojego wkładu w jej nowy wygląd. I ja również. A teraz precz mi z oczu.
Rutschig spojrzał ostatni raz na szklaną kulę stojącą w gablocie za starcem, nim wyszedł z gabinetu.
– W końcu cię odzyskam, bym mógł wreszcie odejść w spokoju – wyszeptał.
*
Rozstałem się z braćmi Gross przy zamku zaraz po tym, jak służba odebrała lady.
Chwilę później siedziałem już przed gabinetem staruszka, zastanawiając się, czy zbiorę pochwały za uratowanie damy, a może James Frost wyśle mnie do jakiejś misji zabitej dechami w sercu Afryki w ramach pokuty.
Drzwi otworzyły się i z gabinetu wyszedł motocyklista.
Nie powiem, żeby mnie to jakoś strasznie zdziwiło.
Lady Germin od dawna odmawiała jakiejkolwiek współpracy z nową głową zakonu, a staruszek nalegał na jej usługi oraz medalion.
Cholerny Frost nie tyle chciał pomóc zasłużonej członkini zakonu, zasłaniając się kodeksem, ile odzyskać artefakt.
Dlatego wysłał nie jedną, a dwie ekipy.
Wstałem i spojrzałem w popękaną szybę przyłbicy kasku.
Minął mnie jak powietrze.
Wtedy znów usłyszałem ten zimny, metaliczny dźwięk.
– Wisisz mi trzysta funtów za kurtkę – powiedział.
A ja mimo woli uśmiechnąłem się, patrząc na cztery otwory po kulach.
– Panie White, zapraszam.
Usłyszałem głos lokaja dobiegający z komnaty.
*
– Jim, znalazłem zwłoki.
– Świetnie, pewnie bezdomny. Teraz będzie trzeba wzywać koronera. – Drugi ze strażaków westchnął ciężko.
– Cholera, a obstawiłem dzisiejszy mecz.
– Nie tylko ty.
Niedaleko od nich sterta zgliszcz drgnęła raz, a za chwilę kolejny.
Krążący wokół pogorzeliska strażacy i policjanci nie zwrócili w zamieszaniu uwagi, jak połówka cegły zsunęła się, a czarny kształt wyszedł z popiołów.
Kot wstrząsnął poparzonym ciałem, zrzucił sadzę z resztek opalonego futra.
Rozejrzał się jednym okiem, za nic mając sobie wielką dziurę w piersi, przez którą przelatywały słoneczne promienie.
Mefisto pokuśtykał ostrożnie w stronę pobliskiego lasu w poszukiwaniu spokojnego miejsca do regeneracji okaleczonego ciała.
Błękitne dziecko
Siedziałem w pubie u Joya. Popijałem wódkę z lodem i bawiłem się szklaną kulą. Turlając ją po blacie, spoglądałem na wirującą wewnątrz duszę. Starzec nie tylko pochwalił mnie za ostatnią akcję z lady, ale i powierzył znalezienie Błękitnego Dziecka, za co miałem dostać awans. A ten był mi potrzebny jak świni koryto. Miałem dość czynszówki i uganiania się za czarnoksiężnikami bez licencji. Potrzebowałem odetchnąć od ulicy. Zasiąść za biurkiem i żyć spokojnie w jakiejś przyjemnej dzielnicy aż do pierwszego zawału.
Pojawiły się dwa problemy: pierwszy – gdzie szukać haitańskich artefaktów, a drugi – że miałem zabrać do pomocy Rutschiga. Nie podobało mi się to, już wolałem braci Gross o rybich spojrzeniach. Na pocieszenie dostałem duszę Rutschiga, zaklętą w szklanej kuli. Nie przeczę, że po ostatnim naszym spotkaniu perspektywa trzymania w ręku życia tego chodzącego trupa była dość sympatyczna. Dodatkowo kula w dowolnej chwili mogła sprowadzić drania do mnie. Wystarczyło wymówić jego imię. Wygodne. Pomyślę o tym, gdy będę w mieszkaniu. Przyda się kiedyś ktoś do pozmywania piętrzących się garów.
– Jeszcze jeden? – zapytał barman o twarzy przedsiębiorcy pogrzebowego.
– Nie, dzięki. Muszę coś załatwić – powiedziałem i złapałem kulę tuż przy skraju blatu.
Rutschig obserwował, jak White wchodzi do smarta. Wiedział, że glina to gończy pies masonerii. Ebenezer White nie tylko był łowcą czarowników i tropicielem magicznych praktyk, to dzika bestia gotowa rozerwać każdego, kto nie mieści się w ramach jego porządku świata – tak mówiła o nim ulica. Rutschiga nie pocieszała więc perspektywa, że jego dusza znalazła się w rękach kata masonerii. To miała być pokuta za lady Germin.
– Niech i tak będzie, starcze – wyszeptał.
Silnik Yamahy zawarczał, motor wmieszał się w uliczny ruch.
– Loa są kapryśne i nie lubią, gdy wzywa się je dla byle zachcianek. – Jan „Czarna Dłoń” Volage uniósł ręce w bezradnym geście, wpatrując się rozmarzonym wzrokiem w obfity biust dziewczyny.
– Panie Volage, ja go kocham. – Nie dawała się spławić korpulentna Murzynka.
Energicznie gestykulując, wprawiała w ruch obiekty zainteresowania Jana.
– Ale on kocha inną – skwitował szaman, uśmiechając się szarmancko.
– Niech loa sprawi, by wyłysiała lub zakochała się w innym. Wszystko mi jedno, byleby nie odebrała mi nadziei, że Wiktor jeszcze kiedyś może być mój.
– O dużo prosisz, ale mogę spróbować zwrócić się do Erzulie. Lecz ceną miłości jest akt cielesny. Obawiam się, że będzie niezbędny, by zwrócić uwagę loa – powiedział niemal niedbale.
– Akt cielesny? – zapytała, wydymając pulchne usta.
– Tak. Nic tak nie przyciąga uwagi Erzulie jak splecione ze sobą ciała, jęki rozkoszy i siła orgazmu.
– Orgazmu? – Dziewczyna zamrugała, powoli pojmując, co Czarna Dłoń stara się jej przekazać.
Wzięła się pod boki i zmierzyła wzrokiem chudego szamana, łysego jak kolano, szczerzącego się do niej bezczelnie.
– Chyba do reszty zwariowałeś, czarnuchu, jeśli myślisz, że pójdę z tobą do łóżka. – Wycelowała palec w obwieszoną medalionami pierś.
– No cóż… – Jan wzruszył ramionami.
– A może jest jakaś inna, mniej wymagająca ofiara? – zapytała zrezygnowana.
– To twój dar dla Erzulie. Loa przyjmie go i zadecyduje o wartości złożonej ofiary. – Jan nachylił się przez ladę, już nawet nie udając, że interesuje go cokolwiek innego prócz biustu klientki.
Obserwowałem przez witrynę, jak Jan urabia klientkę, do chwili gdy zniknęli na zapleczu. Uchyliłem drzwi, przytrzymując dzwoneczek nad nimi, by nie rozpraszał uwagi Czarnej Dłoni, i wszedłem do środka.
Sklepik był nieduży, dość zagracony. Wszędzie stały wieszaki pełne medalionów. Za ladą wisiały półki ze słoikami. Tu i ówdzie leżała jakaś podrzędna księga i kilka pękatych glinianych naczyń na blacie.
Poszperałem nieco w asortymencie, naprędce dobierając składniki. Całość mieszanki wsypałem do woreczka strunowego, który Jan trzymał w szufladzie. Przez cały ten czas towarzyszyły mi westchnienia Czarnej Dłoni, okraszone instrukcjami:
– Tak dobrze… szybciej… uważaj…
W końcu, znużony tym wszystkim – ochami i echami – wszedłem za czerwono-zielony koc.
Gruba Murzynka wstała z kolan tak gwałtownie, jakby zobaczyła ojca. Jan, z opuszczonymi gaciami, chciał zrobić krok w tył, ale upadł na jedną z drewnianych klatek z czarnym kogutem.
Na zapleczu śmierdziało kurzymi odchodami, wszędzie walały się pióra.
– Ty schowaj cycki i wynocha – warknąłem. – A ty wciągaj gacie.
– White, nie możesz tak tu wpadać – skarżył się Jan, dopinając pasek.
– Nie? A kto mi zabroni? – zapytałem, zawieszając oko na dziewczynie, która wciąż bezskutecznie próbowała schować piersi.
– Mam protekcję zakonu – wybełkotał Jan.
– A ja mam sprawę. Nie wstawaj.
Patrzyłem, jak siada na skrzyni obok koguta. A gdy dziewczyna wyszła, otwarłem strunowy woreczek i rozsypałem w powietrzu mieszankę.
– Ja…
– Zamknij się.
Obserwowałem, jak drobiny opadają, przyciągane przez umagicznione przedmioty.
Większość mieszanki przylgnęła do niewielkiego kuferka. Podszedłem i oparłem na nim nogę. Westchnąłem ciężko.
– Z tego, co wiem, zakon zakazuje handlu artefaktami. Złamanie zakazu równa się cofnięciu licencji, a cofnięcie licencji uprawnia mnie do działania.
– Czego chcesz?
– Jesteś jedynym hounganem, jakiego znam, a tak się składa, że szukam fantu z twojej dziedziny.
Obserwowałem, jak grdyka kapłana chodzi w tę i z powrotem, aż przełknął ślinę i zapytał:
– Jakiego?
– Cieszę się, że jesteś dociekliwy. Błękitnego Dziecka.
Volage pobladł, a ja już wiedziałem, że wie, o czym mówię.
– Prosta piłka, Jan. Albo ładnie mi wszystko opowiesz o tym artefakcie, a ja zapomnę o kuferku, albo będę cię tłukł tak długo, aż ostatni loa nie wyfrunie z twojego czarnego dupska.
Volage wykonał gest, mamrocząc coś pod nosem.
Wyciągnąłem colta i wymierzyłem w twarz kapłana.
– Nie strzelaj! Zwariowałeś do reszty, White?
– Co to za inkantacja? – warknąłem.
– To po francusku – jęknął Jan, zasłaniając się rękoma.
– Wybacz. W moim fachu jednak trzeba być ostrożnym, a te wszystkie rytuały i symbole zwyczajnie już mi się mieszają. A francuskiego nie znam. Dobra, gadaj.
– White, nie tu, nie w miejscu, gdzie słuchają Guédé. Gdyby donieśli Samedi… White, proszę.
Popatrzyłem chwilę na niego i pomyślałem, że czemu by nie zaufać tej gnidzie.
– Dobra. Czego ci potrzeba, żeby Baron cię nie usłyszał?
– Czasu.
– Masz go, powiedzmy do… A niech będzie dramatycznie – do północy.
– Dziękuję ci, White.
– Nie ma sprawy, już taki ze mnie miły gość. – Wychodząc, rzuciłem przez ramię: – Chyba nie muszę wspominać, że jeśli dasz nogę, to będziesz skończony.
Czarna Dłoń nie odpowiedział. Nie musiał. Obaj wiedzieliśmy, że sklepik jest całym jego życiem.
*
Jan „Czarna Dłoń” Volage zamknął sklep wcześniej. Spuścił rolety i zapalił świece. Zaczął kreślić kredą na podłodze veve Papy Legby.
Gdy veve w kształcie klucza było już gotowe, Volage wypuścił z klatki białego koguta. Otworzył butelkę rumu. Przepłukał usta i wypluł go na symbol Papy Legby. Usiadł za bębnem, zapalił grube cygaro, rozkoszując się przez chwilę smakiem dymu. Przygryzł końcówkę zębami i zaczął grać, pomału wprowadzając się w trans.
Czarna Dłoń nie wiedział, kiedy do granej melodii dołączyły inne bębny. Pogrążony w głębokim transie wstał i zaczął tańczyć w blasku świec, niesiony muzyką. Dym z cygara wypełnił pomieszczenie. Volage doskoczył do koguta i złapał go za szyję. Nie przerywając tańca, zaczął kręcić ptakiem rozpaczliwie bijącym skrzydłami. Coś chrupnęło i tułów odpadł od głowy. Krew bryznęła na veve, a muzyka ucichła. Czarna Dłoń stanął, upuścił głowę ptaka, a wnętrze sklepu zniknęło w gęstym dymie.
– Papa Legba, pokaż mi drogę – zawołał. – Papa Legba, prowadź mnie, usuń barierę, bym mógł spotkać loa. Papa Legba, złożyłem ofiarę, usuń zaporę, bym mógł powrócić.
Volage dostrzegł przez dym sylwetkę. Ruszył w jej stronę. Przewodnik pozostawał tylko odległym cieniem, ale dbał, by szaman się nie zgubił, zachęcał houngana, by podążał za nim. Po chwili z dymu zaczęły wyłaniać się pierwsze groby. A Papa Legba zniknął.
Volage dostrzegł sarkofag z drewnianym krzyżem. Na jego szczycie wisiał cylinder, a na ramiona naciągnięto rękawy czarnego surduta, którego poły zwisały aż do sarkofagu.
Volage klęknął, szepcząc:
– Voodoo Samedi, oto jestem, by służyć. Samedi, wysłuchaj Czarnej Ręki.
*
Barman obudził mnie przed północą. Bar był już pusty, a ja na wpół pełny. Więc wypiłem rozchodniaczka i wyszedłem. Noc była zimna, nieco mnie otrzeźwiła. Ruszyłem do smarta, podrzucając szklaną kulę.
*
Jan otworzył oczy i wziął głęboki wdech, jakby wynurzył się spod wody. Klęczał przed veve, którego symbol częściowo rozmyły rum i krew. Cygaro dopalało się obok ciała koguta. Volage drżącymi dłońmi sięgnął do mieszka zawieszonego na szyi, wyciągnął liście akacji i rozsypał je po podłodze. Zielone liście po zetknięciu z veve jeden po drugim czerniały i rozsypywały się w pył. Volage wiedział, że ofiara została przyjęta. Zadowolony z siebie wstał.
Ciemny kształt wyłonił się z mroku.
Jan, by nie krzyknąć, włożył pięść w usta i przygryzł ją.
Postać w świetle dopalających się świec była niemal czarna. Jednym szybkim ruchem złapała Volage'a za uszy i przyciągnęła do siebie. Kapłan w przyłbicy motocyklowego kasku dojrzał własne przerażone oblicze.
Usłyszał zimny, metaliczny głos:
– Unieś zasłonę.
Jan wyciągnął dłoń z ust i pomału uchylił czarną szybę z poliwęglanu. We wnętrzu dostrzegł martwe, pozbawione powiek oczy – każde z nich skierowane w inną stronę – szczątkowy nos i usta bez warg.
– Zaprzedałeś duszę Samedi.
Czarna Dłoń wyraźnie słyszał zombie, choć jego usta się nie ruszały. Głos wydobywał się z wnętrza trupa, a z każdym wypowiadanym słowem z gardła unosił się odór gnijącego ciała.
– To dobrze, bo będzie jej szukał, a od teraz twoja dusza należy do mnie.
W źrenicach stwora rozbłysło jasne światło, które padło na Volage'a. Kapłan poczuł ból w piersi, nogi ugięły się pod nim. Ale istota nie pozwoliła mu upaść, podtrzymując go za uszy do chwili, gdy serce Jana przestało bić.
*
Rutschig wiedział, że dusza Jana cierpi, i cierpiał wraz z nią. Miło było znów czuć, choć to nie były jego uczucia. Czarna Dłoń stał się jednością z Rutschigiem tak długo, jak dusza kapłana była uwięziona w ciele motocyklisty.
– Nasze myśli mieszają się w jednym potoku wspomnień. Dobrze jest znów mieć duszę, nawet jeśli nie swoją – wyszeptał Rutschig.
*
Sklep Czarnej Dłoni był zamknięty i zacząłem już podejrzewać, że kapłan zwiał. Wszedłem w zaułek i spróbowałem od zaplecza. Drzwi były otwarte. Przestraszony czarny kogut zatrzepotał skrzydłami w klatce, gdy przeciskałem się przez zagracone pomieszczenie.
Uchyliłem koc i zajrzałem do sklepu. Było ciemne jak skóra kapłana.
– Jednak zwiałeś, ty draniu – powiedziałem, przeklinając w duchu własną głupotę.
Wtedy coś drgnęło w ciemności. Jakiś przedmiot przewrócił się i potoczył po podłodze. Wyciągnąłem zapalniczkę, na ladzie odnalazłem świece i zapaliłem je.
– A już myślałem, że mnie wystawiłeś – powiedziałem do Jana stojącego wewnątrz veve Papy Legby.
Coś było nie tak, ale nie wiedziałem jeszcze co.
– Narobiłeś niezłego bałaganu.
Podszedłem ostrożnie do Volage'a, mijając flaszkę, kurczaka bez głowy i cygaro.
Dopiero gdy spojrzałem w twarz kapłana, zorientowałem się, że gadam z trupem.
Źrenice Jana zwrócone były w stronę sufitu, usta sine, na wpół otwarte, a czarna skóra niemal biała. Mimo to stał, kołysząc się na ugiętych kolanach.
– Słyszy cię, Ebenezerze, choć nie może mówić.
Metaliczny głos po drugiej stronie veve przemknął po moim ciele, stawiając wszystkie włosy do pionu.
Siedział w fotelu, ledwie widoczny w czarnym motocyklowym kombinezonie.
– Co mu się stało? – zapytałem.
– Teoretycznie nie żyje.
– Właściwie co ty tu robisz? Miałeś się pojawić, gdy wypowiem twoje imię. To chyba nie jest skomplikowane. A tymczasem łazisz za mną. Więc zapytam: czego nie zrozumiałeś?
– Wszystko zrozumiałem.
– Nie bardzo, bo spotykam cię u mojego informatora, który jest…
– Martwy, jeśli rozpatrujemy stan Jana z perspektywy medycznej. Nie ma pulsu, nie oddycha – trup. Z punktu widzenia duchowego również, gdyż dusza opuściła ciało Volage'a – wyjaśnił Rutschig, wywołując u mnie nową falę dreszczy.
– Więc dlaczego stoi tu jak kołek, zamiast wygodnie leżeć jak wszyscy zmarli?
– Bo jego dusza nie opuściła ziemskiego padołu, zawieszając ciało gdzieś między życiem a śmiercią. To, co pozostało z Jana, wyczuwa obecność ducha i będzie za nim podążać do chwili, gdy ten wróci do niego lub odejdzie na drugą stronę.
– Drugą stronę?
– Zaświaty, do raju, piekła. Trudno jest mi się precyzyjnie wypowiedzieć, jeszcze tam nie byłem.
– Pięknie. Gdzie ja teraz znajdę drugiego kapłana? Ten był jedynym mi znanym, a przecież nie pojadę do pieprzonego Orleanu szukać kolejnych.
Złapałem Jana za policzki i przyjrzałem mu się zrezygnowany. Był martwy nie mniej niż kurczak na podłodze.
– Jak to się stało? Spieprzył rytuał? Chyba nie, bo nie stałby tu, gdyby jego duch nie powrócił.
Rozejrzałem się po sklepie w poszukiwaniu… właściwie sam nie wiedziałem czego. Przecież dusza Czarnej Dłoni nie mogła wypaść i walać się gdzieś po podłodze.
Wtedy mnie olśniło.
– Ty. – Wycelowałem palec w Rutschiga. – To ty.
– Nie mogłem ci pozwolić działać na własną rękę. Masz coś, na czym mi zależy.
– I dlatego pozbawiłeś Jana duszy, ty sukinsynu.
– Powiedzmy, że ją pożyczyłem.
– Co? Pożycza się cukier, pięćdziesiąt funtów, a nie duszę – warknąłem, choć za Jana nie dałbym nawet tyle.
– Nie bądź hipokrytą, White. W kieszeni trzymasz moją. Jesteśmy więc siebie warci.
Trudno było się nie zgodzić.
Sięgnąłem do płaszcza i wyciągnąłem kulę.
Rutschig wstał błyskawicznie.
Podrzuciłem ją kilka razy i obserwowałem, jak głowa motocyklisty wodzi za kulą niczym kot za zabawką w ręku właściciela.
– Posłuchaj, Ebenezerze. Masz zadanie do wykonania, a ja dług do spłacenia. Pomóżmy sobie nawzajem.
Głos wybrzmiał gdzieś ze skafandra.
– Brzydzę się tobą. Niby dlaczego miałbym ci ułatwić… – Zastanowiłem się chwilę nad odpowiednim słowem. – Funkcjonowanie.
– Bo wchłonąłem duszę Jana i znam odpowiedzi na wszystkie nurtujące cię pytania.
– Wiesz, jak stworzyć Błękitne Dziecko?
Rutschig skinął głową na znak, że wie.
*
Tak, wiem, że jazda po pijaku jest nieodpowiedzialna. A co powiecie na zaufanie żywemu trupowi i wybranie się z nim na wycieczkę, w nocy, na opuszczony cmentarz za miastem? Przy czymś takim stwierdziłem, że prowadzenie pod wpływem jest nawet wskazane.
Yamaha zatrzymała się przy starej bramie porośniętej winoroślą, ja zaparkowałem mojego smarta za niewielkim ligustrem.
Rutschig bez słowa otworzył bramę i już po chwili szliśmy między nagrobkami. Pogoda też chyba wyczuła nastrój chwili, bo nasze stopy otoczył bieluteńki, mglisty dywan.
– Czego właściwie szukamy? – zapytałem.
– Grobu dziecka.
– Coś czułem, że słowo „dziecko” w nazwie artefaktu nie jest przypadkowe. – Westchnąłem i rozejrzałem się za grobem do zbezczeszczenia.
– Tam. – Rutschig wskazał mauzoleum. – Będzie idealnie.
– Skąd wiesz?
– Od Volage'a. W środku znajdziemy nie tylko element talizmanu, ale też będziemy mogli odprawić rytuał, by umagicznić przedmiot.
– Powiedz mi… – zapytałem, gdy wchodziliśmy po schodach między kolumnami. – Jakie to uczucie mieć w sobie cudzą duszę?
– Trochę jakby chodził po tobie duży pająk. Od środka.
Rutschig klęknął przy drzwiach i ściągnął niewielki plecak. W środku, poza kilkoma przedmiotami ze sklepu Jana, miał wytrychy, którymi całkiem zręcznie się posługiwał. Po chwili zamek ustąpił i weszliśmy do środka.
Zapaliłem świece pozostawione przez bliskich. Cały ten proceder przyprawiał mnie o mdłości. Obiecałem sobie, że to ostatnia tego rodzaju akcja dla staruszka. Jeśli chce, to niech sam plądruje dziecięce groby.
Poza czterema sarkofagami Rutschig znalazł jeden mniejszy, w centralnej części krypty. Bez zbędnych ceregieli odsunął pokrywę. Szczątki wyglądały przygnębiająco w pożółkłej sukience z falbankami. Na piersi drobne, kościste dłonie wciąż ściskały wysuszony bukiet róż.
Rutschig sięgnął po czaszkę.
– Zaczekaj – powiedziałem. – Nie mogę. Zrób to sam. Jestem przecież, do ciężkiej cholery, policjantem, a nie czarnoksiężnikiem.
Przez chwilę podziwiałem własne odbicie w przyłbicy kasku. Rutschig bez słowa opuścił ręce i poczekał, aż wyjdę. Wymknąłem się przez uchylone drzwi i pociągnąłem z piersiówki, którą trzymałem w płaszczu na takie okazje.
Mgła uniosła się, wisiała na wysokości krzyży, do tego zgęstniała. Mauzoleum przypominało samotną wyspę w bezkresie bieli.
Coś było nie tak.
*
Rutschig czuł, że coś przegapił. Coś niewielkiego – jak szczegół, gest czy słowo wyłapane między wierszami.
Ledwie ujął w dłonie czaszkę dziecka, poczuł obecność loa.
Stał za krzyżem.
Ciemny kształt z cylindrem na głowie.
Pokrywy pozostałych sarkofagów obsunęły się, uderzając z hukiem o posadzkę.
*
Wyciągnąłem colta, gdy usłyszałem hałas z krypty. Skoczyłem do drzwi.
Zatrzasnęły się.
Gdzieś za mglistą zasłoną oddzielającą mnie od umarłych usłyszałem, jak osuwa się ziemia. Dziesiątki dłoni orały paznokciami wieka trumien.
A po chwili coś zaszurało.
*
Cień ni to wyszedł, ni to wypełzł zza krzyża.
Skórę miał ciemną jak atrament, kontrastującą z bielą brody. Nagi tors okrywał czarny frak o rękawach nabijanych długimi igłami. Choć z oczodołów biła pustka, wyglądał, jakby podziwiał nieudolne gramolenie się trucheł z sarkofagów. Niczym turysta na wystawie, wymachując laską, obserwował upiorny taniec ludzkich szczątków.
*
Zeskoczyłem ze schodów, tonąc w mlecznej nicości. Biegłem, lawirując między kamiennymi tablicami. Ziemia wokół drżała, wszędzie wyrastały kopce, spod których wydobywał się łoskot pękającego drewna.
*
Baron Samedi obszedł kryptę, oglądając Rutschiga uważnie i trzymaną w jego rękach dziecięcą czaszkę. Po czym stanął w drzwiach, wsparty na lasce.
– Czarna Dłoń uprzedził mnie, że będę miał gości.
Głos loa eksplodował w głowie Rutschiga zgrzytaniem setek zębów, a każde słowo rozkwitało bólem paznokci rozdzierających skórę.
– Zgodnie z zapowiedzią jestem – odpowiedział zombie.
Płomienie świec niemal zgasły, gdy Samedi urósł, wypełniając kryptę. Jak cień rozlał się po pomieszczeniu przy akompaniamencie grzechoczących kości.
– Ty, psie, wszedłeś do krainy umarłych bez veve, bez ofiary. Samedi wie, po co przyszedłeś, ale też widzi twoje cierpienie. Ono przyciąga Guédé, które pożywią się nim. Będą rozrywać ci duszę kawałek po kawałku przez wieki.
Kości umilkły.
Z trumien wychodziły ciemne upiory o długich ramionach. Ich oczy płonęły nienawiścią, gdy wyciągały poza sarkofagi szczudlaste nogi.
Rutschig rozpoznał dzieci Samedi, duchy zrodzone z łona Maman Brigitte, by dręczyć żywych i umarłych.
– Samedi, szanuję ciebie i twoje królestwo, dlatego przynoszę ci w ofierze duszę człowieka Opatrzności. Członka zakonu.
Rutschig szybkim ruchem rozpiął skafander.
Guédé zamarły, gdy Samedi uniósł laskę.
Dwa czerwone ogniki wypełniły oczodoły loa, gdy patrzył na masoński symbol wymalowany na piersi zombie.
*
Zauważyłem bramę. Podbiegłem i szarpnąłem za skrzydła, ale te nie dały się ruszyć.
Zza pleców usłyszałem szuranie.
To szli umarli.
Obróciłem się i wymierzyłem colta.
Wychodzili z mgły jeden po drugim. Sunęli powoli, powłócząc nogami, o wyschniętej skórze owiniętej wokół próchniejących kości. Niektórzy jeszcze z wyraźnymi rysami twarzy – ci wlekli za sobą gnijące wnętrzności.
Strzelałem raz za razem, aż w końcu zamiast huku usłyszałem ciche, metaliczne kliknięcie, gdy bębenek colta przekręcił się bez wystrzału.
Wtedy wśród ciał dostrzegłem Maman Brigitte – Murzynkę o białej skórze i rudych włosach, ubraną w czarną suknię, z szyją owiniętą fioletowym szalem. Na nosie miała ciemne okulary, w których brakowało prawego szkła. Za oprawą widać było oczodół, a na ustach uśmiech – nieco smutny, ale i nieco rozbawiony.
*
Volage przejrzał myśli Rutschiga. Walczył, chciał za wszelką cenę ostrzec Barona.
Ręce kapłana zacisnęły się na gardle zombie, a palce już dotykały policzków.
Samedi oglądał tatuaż na piersi Rutschiga, pocierając siwą brodę.
Nie zauważył, jak zombie zaciska zęby, by nie dać uciec duszy Czarnej Dłoni.
*
Ręce trupów wyrosły z mgły, chwyciły mnie i przygniotły do ziemi.
Przygnieciony zwłokami już wiedziałem, że Rutschig mnie oszukał.
Wystawił moją duszę voodoo.
*
– Dusza człowieka zakonu za Błękitne Dziecko?
Samedi przybliżył twarz do szyby kasku.
– Twoja czy jego?
Wskazał na drzwi krypty.
Dwóch Guédé chwyciło za przeguby Rutschiga i rozciągnęło jego ręce.
Trzeci trzymał kask.
Samedi wyciągnął z dłoni zombie czaszkę dziecka i delikatnie postukał nią w czarną przyłbicę.
Czarna Dłoń czuł obecność loa. Dusza kapłana nabierała siły, napierała, niemal rozrywając ciało zombie od środka.
– Moją – powiedział z trudem Rutschig.
– Niech tak się stanie.
Baron przyłożył głowicę laski do czoła dziecięcej czaszki.
Kość zasyczała, gdy wypalił błękitny symbol – krzyż wpisany w postument i dwie trumny po obu stronach ramion.
Guédé puściły Rutschiga, by mógł odebrać talizman.
Samedi oddał czaszkę z błękitnym symbolem i uchylił szybę kasku.
Rutschig otworzył posłusznie usta.
Baron wyciągnął ramię i włożył je do gardła zombie, jakby wybierał owoc z koszyka.
Uśmiechał się złowrogo do chwili, gdy złapał duszę Jana.
Krypta zadrżała od przeszywającego ryku.
Guédé skuliły się przerażone.
– Umowa została zawarta – powiedział Rutschig. – Moja dusza za talizman.
– Ty nie masz duszy! – zawył Samedi.
– Dlatego dostałeś tę, którą miałem akurat na zbyciu.
Samedi ryknął.
Nagły podmuch zgasił świece, a krypta zniknęła w mroku.
*
Obudziłem się, mając w pamięci Madame, machającą mi fioletowym szalem na pożegnanie. Była smutna i chyba trochę rozczarowana.
Leżałem w ubraniu na materacu. Nie od razu dotarło do mnie, że jestem w moim mieszkaniu. Wspomnienia z nocy wróciły.
Sięgnąłem do kieszeni. Gdy tylko wyczułem gładki kształt, wyciągnąłem duszę parszywca i wrzasnąłem:
– Rutschig!
– Tu jestem.
Usłyszałem za plecami zgrzyt dawno nieużywanej furtki. Obróciłem się do biurka. Siedział z nogami na blacie. Obok czarnych obcasów leżała czaszka. Symbol veve Barona Samedi lśnił błękitnym blaskiem na czole czerepu.
– Chciałeś oddać moją duszę Baronowi?
– Tak.
Przetrząsnąłem kieszenie w poszukiwaniu colta. Znalazłem go na materacu. Gdy podniosłem broń i wymierzyłem w Rutschiga, dotarło do mnie, że już raz próbowałem go zabić i że bębenek jest pusty. Więc zwyczajnie rzuciłem w niego pistoletem, na tyle nieudolnie, że ten przeleciał tuż obok kasku.
Następnie zacząłem sprawdzać rozstawione na podłodze butelki, w nadziei, że któraś skrywa jakieś lekarstwo.
– Ale jak widzisz, rozmyśliłem się – zaczął Rutschig. – Pomyślałem, że czeka nas jeszcze zdobycie jednego artefaktu i możesz się przydać.
– Jak miło z twojej strony.
Podniosłem butelkę ginu.
Zapach jałowca o poranku przynajmniej miał mi zaoszczędzić mycia zębów. Wziąłem łyka.
Rutschig zdawał się obserwować mnie, nie przerywając mi degustacji. Gdy już zacząłem myśleć prawidłowo, powiedziałem:
– Ja miałem dostarczyć Błękitne Dziecko. Na tym moje zadanie się kończy. A teraz pozbieramy się, oddamy artefakt i mam nadzieję już nigdy cię nie spotkać.
– Nie możemy.
– A to dlaczego?
– Bo oszukałem Samedi, oddając mu duszę Czarnej Dłoni. Gdy tylko zwrócę talizman, Baron zemści się na mnie.
– To twój problem.
– Nieprawda.
Już miałem mu naubliżać, gdy zerwał się z krzesła i rozpiął kombinezon. Na białej piersi dostrzegłem symbol zakonu.
– Uratowałem ci nie tylko życie, ale i duszę. Jesteś mi coś winien.
– I oto stoi przede mną mój brat, któremu jestem gotów zawierzyć życie, gdyż i on nie zawaha się kłaść na szali własnego.
– Wolność, równość…
– Braterstwo – dokończyłem. – Co ci się stało?
– Tak samo jak ty walczyłem z mrocznymi praktykami. Do chwili, gdy zrozumiałem, że nowa głowa zakonu, sięgająca po przywództwo, straciła dawną ideę na rzecz niepohamowanej chęci władzy. Gdy James Frost zorientował się, że przestaję ślepo wykonywać polecenia, wysłał mnie na misję, z której miałem już nie wrócić. I tak by się stało, gdyby nie lady Germin, która nie pozwoliła mi umrzeć. Spętała moją ulatującą z ciała duszę i zaklęła ją w szklanej kuli.
– To dlatego wypełniasz polecenia staruszka i dlatego chciałeś zabić lady Germin.
– Tak. Skazała mnie na cierpienie i oddała Jamesowi, bym pomógł spełnić jego ambicje. Frost pragnie czterech artefaktów. Jeden odzyskałem od lady Germin, drugi leży tutaj. Gdy znajdę dwa pozostałe, zwróci mi duszę.
– Stary drań. Oby zdechł.
– Mając talizman od lady Germin, zyskał życie wieczne.
– A zakon? Jak się dowiedzą…
– A co może mieć do powiedzenia? Frost działał z rozwagą. Najpierw stanął na czele zakonu, by mieć wolną rękę. Trwało to długo i nie przewidział, że lady Germin zechce zostawić medalion przodków dla siebie. Ale James jest cierpliwy. Zestarzał się, ale nie jego plany. Teraz, gdy ma już medalion przodków, wie, że zyskał nieograniczoną ilość czasu. Do spełnienia planów potrzebuje jeszcze trzy, które zapewnią mu kontrolę nad zmarłymi. – Zombi pogładził dziecięcą czaszkę. – Purpurowa serce, które zaciera granicę między światami i duszę, nawróconego. Kontrolując cztery artefakty będzie rządził zakonem przez wieki, miastem, kto wie, czym jeszcze.
– Został wybrany zgodnie z tradycją. Nie mamy prawa podważać jego działań.
– Ani ty, ani zakon. Wiem i Frost też to wie. Ja cierpię, Ebenezerze. Pragnę już tylko uwolnić mojego ducha. Pomóż mi odnaleźć trzeci artefakt, a uznam, że spłaciłeś dług wobec mnie.
– A co z czwartym?
– To już moje zmartwienie.
– Wiesz, gdzie szukać trzeciego?
Wiedział.
A choć poczułem, że wszystko, w co wierzyłem, legło w gruzach, byłem pewien jednego – muszę dopełnić powinności wobec brata, nawet jeśli był już trupem.
*
Lady Germin nakazała wytłuc wszystkie lustra w dworku. Leżąc na łożu z baldachimem, wpatrywała się jednym okiem w pustą ramę na ścianie. I wciąż widziała poparzoną twarz, strzępy włosów po lewej stronie głowy i oczodół po oku, które wyparowało.
Nie mogła pozbyć się tego widoku. I wszystkie zaklęcia świata nic nie mogły poradzić na jej okaleczoną dumę.
Odmówiła masonerii leczenia i gdy tylko była w stanie, wróciła do dworku, pielęgnując powoli nienawiść do Rutschiga, Jamesa Frosta i zakonu. A ta narastała niczym wzbierająca burza, nieuchronnie zasnuwając czarnymi chmurami myśli.
– Na cóż mi piękne ciało, które będzie się starzeć? – jęknęła, patrząc w ramę lustra. – Oszpecona bliznami teraz czy bruzdami zmarszczek później, cóż to za różnica?
„Może nie musi tak być?”
Głos rozbrzmiał w głowie lady, przeciągły, wyniosły i lekceważący – iście koci.
Spojrzała w stronę uchylonego okna.
Na parapecie siedział czarny kot.
– Mefisto, stary draniu, znowu udało ci się wywinąć. A już byłam pewna, że płomienie z portalu pochłonęły twoją przewrotną duszę.
„Było blisko. Bardzo blisko.”
Mefisto wyprężył się, wbijając żółte oczy w lady. Krople deszczu ściekały z futra, a za oknem wiatr targał drzewami, tak jak nienawiść emocjami Germin.
– Czego chcesz? – warknęła lady.
„Tego co i ty. Widzieć moich wrogów na kolanach, błagających o życie.”
– Jesteś nikim. Idź precz. Spróbuj szczęścia z którymś z czarnoksiężników kręcących się po Księżycowym Zaułku. Tam są męty, z którymi bez wątpienia znajdziesz wspólny język.
„A jeśli obiecam ci Jamesa Frosta wraz z medalionem przodków? Mogłabyś znów zatrzymać uciekający czas i, kto wie, może nawet zająć miejsce staruszka?”
Mefisto oparł łapy na oknie, które uchyliło się szerzej.
Uniósł głowę i lady Germin zauważyła obrożę z medalionem w kształcie serca.
Mefisto uśmiechnął się, wystawiając kły, widząc, jak w blasku błyskawic jedyne oko kobiety spogląda na artefakt z zachwytem.
– Czego chcesz w zamian? – wyjąkała.
„Tego co zawsze. Być przyjętym pod opiekę.”
Lady Germin kiwnęła głową.
„Powiedz to.”
Rozkazał Mefisto, a jego żółte, złe oczy lśniły w mroku nocy.
– Wejdź do mego domu – powiedziała lady.
„Skoro prosisz.”
Mefisto minął okno i zeskoczył na podłogę. Otrzepał futro z wody. Podbiegł do łóżka i wyskoczył wprost na pierś lady Germin. Zwinął się w kłębek i położył, mrużąc oczy.
Kobieta uniosła oszpeconą bliznami dłoń i przejechała po czarnym grzbiecie, gładząc wilgotne futro.
„Dobrze. Bardzo dobrze.”
Purpurowe serce
James Frost obracał w palcach medalion przodków, patrząc na Rutschiga i Ebenezera. Nie podobała mu się zażyłość tej dwójki, jak i to, co mieli mu do powiedzenia.
– Błękitne Dziecko jest w bezpiecznym miejscu. Otrzymaliśmy wiadomość, by udać się do zamku bezzwłocznie, więc postanowiliśmy nie tracić czasu, ale też zabezpieczyć artefakt przed złymi. – White kłamał nieudolnie ale lepiej nie potrafił.
Uwadze Jamesa nie uszło, jak White zerka w stronę pozbawionego duszy wolnomularza.
– Może to i lepiej. – Starzec nawet na moment nie wypuszczał medalionu z pokrytych plamami wątrobowymi dłoni. – Zajmiemy się tym zaraz po wizycie u lady Germin.
– Lady Germin? – zapytał White, znów zerkając w stronę Rutschiga.
– Tak. Dostałem informację, że prosi o spotkanie w sprawie Purpurowego Serca.
– Jej stosunki z zakonem nie są najlepsze po wydarzeniach w kamienicy Wolfganga – zauważył Ebenezer.
– Słusznie, dlatego też będę potrzebował waszego towarzystwa. Pojadą też z nami bracia Gross.
– A może pragnie wrócić do łask?
– Może. Tymczasem, Ebenezerze, poproszę o zwrot kuli. Od tej chwili Rutschig wraca do służby u mnie.
James uważnie obserwował każdy ruch White'a. Nie uszła uwadze starca opieszałość, z jaką Ebenezer wyciągał duszę.
– Oczywiście – powiedział i podszedł do wózka.
Przez krótką chwilę, gdy przekazywał duszę i obaj trzymali na niej ręce, Frost poczuł opór, gdy próbował wyciągnąć kulę spomiędzy palców White'a.
– To wszystko – powiedział z naciskiem James.
Ebenezer skinął głową i puścił artefakt. Razem z Rutschigiem wyszli bez słowa.
*
Rutschig stał przy motorze, a ja paliłem, oparty o smarta. Chwilę wcześniej podjechali mercedesem bracia Gross i ruszyli po staruszka.
James Frost spadł nam z nieba, choć wątpię, czy po śmierci trafi tam z powrotem. Wiedzieliśmy, że artefakt może mieć Mefisto, a teraz byliśmy tego pewni.
Zdałem sobie sprawę w jednej chwili, że rozmyślnie prowadzę najważniejszego członka zakonu w pułapkę. Bo cokolwiek Mefisto robił w towarzystwie lady, nie mogło się to dobrze skończyć.
Sześć pokoleń White'ów szczyciło się służbą bractwu, do chwili narodzin Ebenezera.
Spojrzałem w przyłbicę motocyklowego kasku, zastanawiając się, dlaczego pomagam tej bezdusznej kreaturze. Może dlatego, że od dziecka wpajano mi, iż braci się nie porzuca, a może czułem już od dawna, że działania Jamesa Frosta nie mają nic wspólnego z dewizą: wolność, równość, braterstwo, która była treścią mojego życia.
*
“Przyjechali”.
Mefisto przeszedł między nogami lady, ocierając się o łydkę i piszczel.
– James nie jest głupi. Na pewno zabrał ze sobą obstawę.
“Nieliczną. Dobrze wie, że działa wbrew bractwu. Pewnie są z nim bracia Gross i White”.
– Ogary Frosta. – Lady obserwowała, jak Mefisto wskakuje na parapet.
“Najwierniejsze psy… I Rutschig”.
– Sterowana za pomocą kuli marionetka. Wyśmienicie – powiedziała Germin, zakładając wenecką maskę na oszpeconą bliznami twarz.
Podeszła do Mefista i pogłaskała go po grzbiecie. Kot zamruczał cicho, gdy oboje spoglądali na kamerdynera prowadzącego masonów w stronę dworku.
*
Na trzecim piętrze znajdowała się sala gościnna połączona z biblioteczką i barem.
Lady stała w czerwonej sukni obok dębowego stołu, trzymając jedną rękę na oparciu zielonej kanapy.
Kamerdyner o szerokiej bliźnie biegnącej przez nos wprowadził gości i stanął przy drzwiach. Aparycją przypominał bardziej bramkarza z nocnego klubu niż lokaja.
Chudy kelner o szczurzej twarzy stał przy kontuarze razem z barmanem o zimnych, szarych oczach, przecierającym szklankę do whisky. Obaj patrzyli na masonów w długich, szarych płaszczach.
Bracia Gross stali tuż za wózkiem Frosta. White i Rutschig zatrzymali się nieco z boku.
Przez chwilę w pomieszczeniu słychać było tylko aparaturę podającą tlen.
Masoni patrzyli w maskę arlekina, ozdobioną cekinami i brokatem, a spod niej oko Germin przesuwało się od Frosta po Rutschiga.
– Wezwałaś mnie w sprawie Purpurowego Serca. Przez wzgląd na naszą dawną znajomość przyjechałem – odezwał się staruszek.
– To potężny artefakt, zacierający granice między światami. Zbyt potężny, bym mogła go zatrzymać dla siebie. – Głos lady był spokojny, niemal bezbarwny. – Cieszę się, że osobiście się pofatygowałeś, James. Wierzę, że będziesz wiedział, jak zabezpieczyć tak niebezpieczny przedmiot.
– Co chciałabyś otrzymać w zamian?
– Możliwość spotkania się z tobą jest całkowicie satysfakcjonująca.
– Dobrze. Zatem spójrzmy na to cudo.
Germin gwizdnęła i zza baru wyszedł, ostrożnie stawiając łapę za łapą, kot.
Stanął w połowie drogi między lady a Frostem i położył się, mrużąc oczy.
Na czerwonej obroży wisiał artefakt, kołysząc się delikatnie.
– Co to ma znaczyć? – Głos Jamesa drżał. – Teraz zadajesz się z demonami? Nie sądziłem, że możesz tak nisko upaść, Germin.
„I ty śmiesz wypominać, lady, znajomość z Mefisto. Ty, który dzięki mnie stanąłeś na czele zakonu. A następnie próbowałeś mnie odesłać. Ty, który szczułeś na mnie wściekłe ogary bractwa. Jamesie Froście, za udzieloną ci pomoc obiecałeś własną duszę, a teraz zamierzasz żyć wiecznie? Nic z tego. Nadszedł czas spłaty długu.”
Mefisto uśmiechnął się, błyskając kłami.
„Twoja dusza jest przewrotna. Będzie nieźle pasować tam, gdzie się wybieramy.”
Po tych słowach serce na obroży rozbłysło purpurą i zaczęło wnikać w kocią sierść.
Zwierzę zadrżało, a następnie zadygotało.
– Dziwka! – wrzasnął James.
– Oszust! – warknęła Germin.
*
Powietrze w sali było gęste od magii, gdy cztery artefakty znalazły się w bliskim kontakcie. W kieszeni kurtki Błękitne Dziecko zaczęło parzyć Rutschiga, a czaszka wyczuwalnie drgać.
Bracia Gross byli najszybsi. Wyższy doskoczył do stołu i przewrócił go. W tym samym czasie niższy wyciągnął spod płaszcza uzi. Grad pocisków poleciał w stronę baru.
Kelner o szczurzym pysku błyskawicznie skoczył, przejechał po blacie i zniknął za kontuarem. Drugi nie miał tyle szczęścia.
Obróciłem się z coltem w ręku w stronę kamerdynera z blizną, który już był przy mnie. Zanurkował, złapał mnie w pasie i, nim zdążyłem zareagować, już wisiałem w powietrzu, a w następnej chwili rzucił mną o podłogę.
Straciłem oddech.
Kamerdyner skoczył i przygniótł mi piszczelem rękę do podłogi. Złapał mnie za gardło, wbijając kciuk i palec wskazujący w krtań. W prawej dłoni błysnął nóż motylkowy.
Zachowałem na tyle przytomności, by w ostatniej chwili złapać go za przegub, nim przyszpilił mnie do podłogi.
Bracia Gross na zmianę ostrzeliwali bar zza dębowego stołu, zamieniając powoli, ale nieubłaganie kontuar w drzazgi.
*
Rutschig przeskoczył nad walczącym White'em i dopadł wózka ze starcem.
Bracia Gross, schowani za stołem, zaczęli zmieniać magazynki.
Szczurzy kelner tylko na to czekał.
Wyłonił się zza podziurawionego kontuaru. Ściskał strzelbę.
Rutschig obrócił wózek, ustawiając się plecami w stronę wylotów lufy, i zasłonił Frosta.
Strzelba zagrzmiała, wypluwając śrut w stronę Rutschiga.
*
Zobaczyłem, jak służba Germin wali do Rutschiga, zamieniając mu plecy w strzępy.
A ten stał niewzruszony, osłaniając Jamesa…
I wtedy przypomniałem sobie o lokaju, który próbował wsadzić mi ostrze w oko.
*
Starzec, w huku strzelb, skulił się pod Rutschigiem. Nawet nie zwrócił uwagi, kiedy ten podniósł przyłbicę.
Jednym pewnym ruchem zerwał medalion przodków z szyi Frosta.
James podniósł wzrok. Spróbował sięgnąć dłonią do kieszeni marynarki.
Szukał kuli.
Rutschig chwycił starczą dłoń i przyszpilił ją do oparcia wózka.
Twarz Frosta wykrzywił grymas bólu.
Złapał się za pierś, gdy z oczu zombie trysnęło jasne światło.
Rutschig, nie zważając na huk strzelby, wysysał duszę Frosta.
*
Ostatni wystrzał przewrócił Rutschiga wraz z wózkiem i Jamesem.
Lady była już przy nich, a ostrze noża przy moim oku.
Drab ze szramą popełnił spory błąd, odsłaniając krocze.
Wbiłem kolano z całych sił między nogi.
Zobaczyłem, jak oczy wychodzą mu z orbit.
Uwolniłem rękę i chwyciłem colta.
Przystawiłem lufę do oszpeconego policzka i pociągnąłem za spust.
Siła wystrzału dosłownie zrzuciła ze mnie lokaja.
Wstawałem, gdy rozbrzmiała nowa seria z automatów.
W tym samym momencie dostałem kolanem prosto w szczękę.
Znów leżałem.
Z żabiej perspektywy patrzyłem, jak lady wybiega z salonu, ściskając w lewej dłoni Błękitne Dziecko, a w prawej duszę Rutschiga.
Zacząłem czołgać się w stronę wózka.
James był martwy, a Rutschig bez wątpienia też, ale inaczej. Złapał mnie za ramię i wskazał kota.
Zwierzę zaczynało rosnąć. Mięśnie rozrywały skórę, puchły i pulsowały. Wciąż się powiększał.
– On nie przestanie. Za chwilę uwolni się i zatrze granice między światami. Uciekaj, White.
– Trzeba go powstrzymać.
– Za późno. Purpurowe Serce jest otwarte. Cała posiadłość i kto wie, co jeszcze, przenikają między światami. Ale masz czas, White. On chce duszy Frosta, a tak się składa, że sobie ją pożyczyłem.
Sukinsyn uśmiechał się, a był to wyjątkowo makabryczny widok na okaleczonej i od dawna martwej twarzy.
*
Dusza Frosta była silna. Wiła się, walczyła.
James przegrał, ale także wiedział, że to może oznaczać zaledwie początek męki.
Rutschig rzucił się do drzwi po prawej.
Kusiło go, by oddać duszę Mefisto, ale chciał dać szansę Ebenezerowi.
Pierwsza kula trafiła w kask i niemal znów posłała Rutschiga na podłogę.
Jednak szedł dalej, między dębowym stołem a barem, a kule szarpały tułów, ręce i nogi.
Jedna rozbiła szybę kasku, przechodząc przez policzek.
“Czuję ją, Rutschig. Ona jest moja”.
Głos Mefisto rozbrzmiewał w głowie Rutschiga, gdy ten przeszedł obok kupy mięśni i futra, które były już wielkości konia.
– Będziesz musiał jeszcze trochę się wysilić, Mefisto, nim ci ją zwrócę.
*
Cholerny dworek z niekończącą się plątaniną korytarzy i pomieszczeń.
Stanąłem przy zewnętrznej ścianie i wyjrzałem przez okno z widokiem na ogród, by zorientować się w położeniu.
Jakaś postać mignęła mi między tujami.
To była lady Germin.
Miałem już dość tej bieganiny.
Otworzyłem okno i wyskoczyłem z drugiego piętra na drzewko przycięte na kształt bałwanka.
Zamortyzowało lądowanie na tyle, że nie połamałem kości.
Za to gałęzie dokumentnie przeorały mi twarz.
Mimo zadrapań i krwi cieknącej po policzkach wstałem i ruszyłem biegiem, widząc braci Gross wychodzących zza dworku.
Wpadłem między ligustry wyrośnięte na dwa metry.
Ścieżka utworzona przez żywopłot rozdzielała się.
Pobiegłem w prawo, na kolejnym rozwidleniu w lewo, wiedziony odgłosem kroków lady Germin.
Nagle wszystko ucichło.
Z plątaniny gałęzi i liści po obu stronach żywopłotu spłynęła gęsta mgła.
Rozbiła się o ziemię i momentalnie uniosła, jakby ktoś wylewał ją wiadrami.
Ligustry zaszumiały złowrogo.
Dostrzegłem przez całun kobiecą sylwetkę.
Wyciągnąłem colta i ruszyłem w tamtą stronę.
Choć podchodziłem coraz bliżej, postać pozostawała jedynie mglistym cieniem.
Stanąłem tuż przed nią i wyciągnąłem dłoń.
Powietrze było lepkie i ciepłe.
Dłoń przeszła przez rozmytą twarz.
Pod palcami wyczułem liście.
Postać zniknęła, pozostawiając na ziemi fioletowy szal.
Oszołomiony patrzyłem na materiał, który w jednej chwili zaczął się skręcać, a w następnej nabrał kształtu węża.
Fioletowy gad ze wzorem w kształcie serc wpełzł pod żywopłot.
Lady Germin nie tylko miała Błękitne Dziecko, ale także nie zawahała się go użyć, sprowadzając loa, Barona Samedi i Maman Brigitte.
Przeszło mi przez myśl:
Jak mogłem wpakować się w takie gówno?
*
Ściany falowały.
Wybrzuszały się, potem znów zapadały w przedziwnym tańcu, zupełnie jakby każda cegła była osobnym mięśniem, a dworek organizmem wstrząsanym torsjami.
Rutschig biegł niekończącym się korytarzem, co rusz prowadzącym to w dół, to w górę.
Wnętrze budynku opalizowało. Obrazy, stare zbroje i ściany zmieniały barwy od indygo przez szkarłat po purpurę.
– Tak wygląda piekło – wyszeptał Rutschig. – W końcu upomniało się o…
“Rutschig, idę po ciebie”.
Usłyszał za plecami ryk Mefisto.
Dworek trząsł się, gdy masywne cielsko ocierało się o ściany, popychane olbrzymimi mięśniami.
Przypominało wielką górę mięsa, odartą częściowo ze skóry.
Tam, gdzie pozostały fragmenty zwierzęcia, sterczały kępki futra.
Ciało Mefisto nabierało gargantuicznych rozmiarów.
Czaszka zaczęła rosnąć, a pysk wydłużył się, rozrywając skórę i mięśnie.
“Rutschig!!!”
Usłyszał ryk zza pleców.
Biegł, nie oglądając się.
*
Biegłem przez mgłę na oślep, mając nadzieję, że przy odrobinie szczęścia wpadnę na Germin, nim Baron Samedi i Guédé znajdą mnie w tej plątaninie żywopłotów. A może już byłem w Krainie Duchów? Tylko wtedy nie dopuszczałem do siebie tej myśli.
Kolejny zakręt i wybiegłem z alejki na skwer. W gęstym, lepkim powietrzu z trudem łapałem oddech.
Dostrzegłem dwa cienie.
Zbliżały się.
Przez biały całun wyglądały, jakby sunęły nad ziemią.
Opuściłem broń. Przeciw loa i tak na nic by się nie przydała.
Wstrzymałem oddech, gdy kontury były już niemal ostre.
Zamknąłem oczy, gotowy na wszystko.
Ale nie na dźwięk odpalanej zapalniczki.
Podniosłem powieki i zobaczyłem braci Gross z papierosami w ustach. Większy był w podkoszulku, a z ramienia ściekała mu strużka krwi. Obaj trzymali automaty.
Po ich minach nie byłem pewien, czy zaraz ich nie użyją.
Wtedy usłyszeliśmy głos lady Germin.
*
Rutschig nie miał siły do dalszej ucieczki.
Dopadł najbliższego pomieszczenia, wszedł do środka i zatrzasnął za sobą drzwi, przyciskając je barkiem.
Trzymał z całych sił klamkę i czekał.
Korytarz na zewnątrz trząsł się pod napierającą masą.
Mefisto stanął.
Rutschig czekał z kaskiem opartym o drzwi.
Usłyszał pukanie.
Spokojne.
Jak urzędnika do domu petenta.
“Wystarczy tej bieganiny, Rutschig. Już się zmęczyłem. A ty nie masz już dokąd uciec”.
Głos Mefisto brzmiał łagodnie i złowrogo zarazem.
“Otwórz i nie rób scen”.
Prośba była zadziwiająco czuła, zawierała tylko ledwie wyczuwalną groźbę.
– Niby dlaczego?
“Są dwa powody. Pierwszy: nienawidzisz Frosta tak samo jak ja, a może nawet bardziej. W końcu ciebie też oszukał. A do tego wykorzystywał, byś działał wbrew sobie”.
– A drugi?
“Spójrz za siebie”.
*
– Jesteście niczym w obliczu loa. Szykujcie dusze dla Samedi.
Głos Germin dochodził z każdej strony, jakby była otaczającą nas mgłą.
Bracia zaczęli pośpiesznie zmieniać magazynki.
A ja dostrzegłem sylwetki Guédé.
Długie nogi stawiali pokracznie, wyciągając karykaturalnie wydłużone ramiona.
Bracia plunęli ogniem, stojąc do siebie plecami.
Walili we wszystkich kierunkach.
Kucnąłem w ostatniej chwili, nim wyższy z braci przeszył mnie serią.
– To loa, durnie! – wrzeszczałem, starając się przekrzyczeć ryk automatów.
Wszystko na nic.
Uzi wyrzygały całą amunicję.
Wstałem i złapałem wyższego za podkoszulek.
– To duchy! – ryknąłem.
Bracia spojrzeli na siebie, za nic mając wykrzywione w szyderczych uśmiechach twarze loa.
Automaty uderzyły o trawnik.
Bracia Gross nie znali się na magii. Wątpię, żeby kiedykolwiek przeczytali choćby jakąś gazetę, nie wspominając już o księgach.
Ale znali się na swoim fachu.
Musieli tylko wiedzieć, z czym mają do czynienia.
Mniejszy z Grossów zrzucił płaszcz.
Obaj wyciągnęli z kieszeni po dwa srebrne kastety.
Założyli po jednym na każdą pięść.
Na lewym wygrawerowano „fuck”, na prawym „you”.
Mimo mało wyszukanego przesłania dla oponentów w kastety wpisane było potężne zaklęcie.
O czym bracia wiedzieli, a loa mieli się wkrótce przekonać.
Bracia Gross skoczyli na zdezorientowane duchy jak psy na zająca.
Pierwsze dostało prosto w powykrzywianą twarz i rozmyło się w jednej chwili.
Mniejszy z braci hakiem w tułów załatwił kolejne, a następne prostym sierpowym.
Miło było patrzeć, jak te dwa bydlaki, wyciągnięte przez Frosta z najmroczniejszego rynsztoka, wykorzystują umiejętności nabyte w ciągu niezbyt przyjemnego dzieciństwa.
Po chwili było już po wszystkim.
Stali zdyszani, a krople pozostawione przez mgłę na ich jasnych włosach lśniły w ciemności.
Wtedy pojawił się Samedi.
Szedł spacerowym krokiem, kręcąc laską.
A ja poczułem ucisk na gardle.
Coś poderwało mnie w powietrze, odginając głowę.
Szyję oplotł fioletowy szal.
Dostrzegłem kątem oka Maman Brigitte.
Uśmiechała się trochę smutno, lecz nie bez satysfakcji.
Przez oprawkę okularów z brakującym szkłem dostrzegłem oczodół, w którym rozbłysnął czerwony płomyk.
Szal zaciskał się coraz mocniej.
Spróbowałem wsunąć pod niego dłoń, ale ręka przeszła przez materiał jak przez mgłę.
Z przerażeniem spojrzałem, jak bracia obchodzą Barona.
Pierwszy skoczył wyższy z Grossów.
Samedi rozmył się, nim kastet dosięgnął Barona.
Loa pojawił się za plecami Grossa.
Mniejszy już był przy nim.
Lewa dłoń wystrzeliła, ale natrafiła na laskę Samedi.
Baron uśmiechnął się złowieszczo, pociągając za stylisko.
Z laski wyskoczyło długie ostrze.
Mniejszy z Grossów zaatakował hakiem, ale Baron ponownie zniknął i pojawił się za plecami przeciwnika.
Ostrze przecięło bark Grossa.
Wyższy z braci doskoczył i znów Baron rozmył się we mgle.
Poczułem, jak umysł ogarnia panika, gdy bezskutecznie próbowałem nabrać powietrza w płuca, a nogi szukały podparcia.
Czułem, że twarz zaczyna mi sinieć.
Jednocześnie obserwowałem, jak Samedi rozcina policzek wyższego z braci, przy okazji odcinając płatek ucha.
Obaj Grossowie krwawili.
Samedi ryknął śmiechem, ponownie unikając ciosów.
Zacząłem tracić świadomość, gdy bracia znów rzucili się na Barona.
Pierwszy zaatakował wyższy.
Baron zniknął, ale nie przewidział, że drugi z Grossów zwolnił i ustawił się za plecami brata.
Samedi wyszedł z mgły tuż przed niższym z Grossów i w tej samej chwili kastet wyrżnął go w bok głowy.
Samedi zawył i zniknął.
Starszy z Grossów już skoczył z dzikim wrzaskiem.
Jego brat schylił się, robiąc z pleców podporę dla nogi bliźniaka.
Wyższy z Grossów odbił się od krzyża, przeleciał w powietrzu z uniesioną pięścią i runął na niemal zmaterializowanego Barona.
Cios trafił między oczy.
Głowa Samedi rozbryznęła się czarnymi plamami.
W następnej chwili zniknęła reszta loa.
Chwyt na szyi zelżał i padłem na kolana.
Maman Brigitte złapała się za twarz i ryknęła przeciągle.
Bracia zasłonili uszy.
Wrzask wibrował pod czaszką, przeszywając mózg straszliwym, obezwładniającym bólem.
I urwał się nagle.
Zapadła głucha cisza.
*
Rutschig puścił kurczowo ściskaną klamkę i spojrzał za siebie.
Wokół panował chaos wspomnień.
Jego własnych i wszystkich, na których los bezpośrednio wpłynął.
“Mieć świadomość podłości, których się dopuszczamy, to jedno. Ale widzieć je i przeżywać ból osób, na które nasze działania miały bezpośredni wpływ, cierpieć wraz z nimi, ich bliskimi, rozpaczać z każdą osobą, którą się skrzywdziło przez całe życie… to wykracza poza wszelkie granice wytrzymałości, Rutschig”.
Poprzez korowód bólu zbliżał się Mefisto.
Przybrał postać osieroconego dziecka Czarnej Dłoni.
Gdy podchodził, Rutschig czuł pustkę w sercu dziecka po stracie ojca.
“No już, wystarczy tych cyrków. Oddaj mi Jamesa Frosta”.
Rutschig ściągnął kask i otworzył usta.
James już wiedział, gdzie się znalazł, i walczył.
Nawet wnętrze zombie – od dawna martwego ciała – było mu milsze niż to, co szykował dla niego Mefisto.
Rutschig zwrócił duszę starca niczym nieświeżą rybę.
Natychmiast zniknęła w potoku wspomnień.
*
Mgła zniknęła tak niespodziewanie, jak się pojawiła.
Zobaczyłem lady Germin.
Leżała z rękami na brzuchu.
Trawa wokół niej zmieniła kolor na bordowy, tonąc w powiększającej się kałuży krwi.
Podszedłem i wyciągnąłem z jej dłoni najpierw Błękitne Dziecko, a następnie duszę Rutschiga.
Obok mnie stanęli bracia.
Przeładowali automaty i wymierzyli lufy w wenecką maskę.
Dokończyli to, czego wcześniej nie zrobiła zabłąkana kula.
Wyszliśmy z ogrodu i odkryliśmy, że dworek zniknął.
W jego miejscu został tylko tlący się ślad po fundamentach.
Bracia spojrzeli na mnie.
Ich oczy jak zwykle nie mówiły nic.
Wyrzucili niedopałki papierosów i wsiedli do mercedesa.
Patrzyłem chwilę za nimi, jak przejeżdżają przez bramę.
Miałem wsiąść do smarta, ale ostatecznie zdecydowałem się na Yamahę.
W domu padłem na materac.
Otworzyłem butelkę ginu.
Po wypiciu jednej czwartej wyciągnąłem kulę i wypowiedziałem imię.
Nic się nie stało.
*
“Rutschig, wiem, że możesz mieć pewien problem ze skupieniem uwagi. Jest tu wiele cierpienia, z którym będziesz musiał się zmierzyć. Ale jeszcze nie teraz. Niech to, co czujesz, będzie na razie zaliczką na poczet naszego przyszłego spotkania”.
Słowa Mefisto przebijały się przez ogarniający chaos żalu i cierpienia.
Rutschig poczuł, że coś go ciągnie.
Wspomnienia rozmywały się.
Wyraźnie usłyszał wołanie White'a.
W następnej chwili zobaczył gwiazdy migoczące na niebie.
Znów nie czuł nic.
Był przepełniony pustką jak dawniej.
Tylko gdzieś z oddali docierało do niego:
“Będę na ciebie czekał, Rutschig”.
*
Wstałem z okropnym kacem.
Podciągnąłem rolety, wpuszczając nieco światła do mieszkania, i otworzyłem okno.
Gdy się odwróciłem, siedział przy biurku z nogami na blacie.
– To ty byłeś czwartym artefaktem? – zapytałem.
– Tak.
Na kacu metaliczny głos był nie do zniesienia.
– Jak było w piekle?
– Jak na wakacjach.
Podszedłem i położyłem duszę przed Rutschigiem.
– Teraz należy do ciebie.
Wyciągnął rękę i podał mi Medalion Przodków.
– Ja też mam dla ciebie prezent.
– Muszę przyznać, że będę za tobą tęsknił – powiedziałem, odbierając artefakt.
– Wiesz, sporo się wydarzyło. Dochodzę do wniosku, że mogę się jeszcze przydać w służbie zakonu, przynajmniej do chwili, gdy nie dostanę rozgrzeszenia.