1.
– Rozpierdolił się fest.
– No.
– Jak mucha na szybie.
– No.
– Ale jak to, kurwa, możliwe, Heniek? Nie spadł z aż tak wysoka, z jego głowy nie powinna zostać… no cóż, miazga.
– Ano nie.
– Zobacz, tam na tynku, na wysokości trzeciego piętra. Widzisz to? Wgniecenie, jakaś plama… Trzeba będzie wziąć chłopaków ze straży pożarnej, żeby drabinę z wysięgnikiem podsunęli. Obejrzymy tę plamę, ale mogę się założyć, że to krew tego faceta. Musiał przygrzmocić w ścianę w tamtym miejscu.
– Tak to wygląda.
– A potem ześlizgnął się po niej kilka pięter w dół na ziemię jak glut z nosa? No, Heniek, czy ty to widzisz? Ale przecież tak musiało być.
– Ano musiało.
– Ale Heniek… Nosz kurwa. Jak on się znalazł na ścianie tego bloku? No jakoś to się musiało wydarzyć. Ale nie widzę tego, Heniek, nie widzę… A może wlazł na dach tego budynku naprzeciwko, zrobił rozbieg i… Nie no, musiałby wyskoczyć jak jakiś pieprzony pilot z katapulty, tylko po to, żeby zajebać w elewację po drugiej stronie.
– No.
– Heniek… kupy się to nie trzyma.
(cisza)
– Heniek, weź coś powiedz.
– Albo zrobił, jak mówisz, albo jego baba wypchnęła go z okna.
– Baba go wypchnęła tak, że przeleciał dziesięć metrów w poziomie i rozpłaszczył się jak naleśnik na ścianie po drugiej stronie? Ty się już jednak, Heniek, zamknij.
2.
Zofia B. nie wygląda tobie na morderczynię.
Chociaż w gruncie rzeczy… Jak wyglądają prawdziwe morderczynie? Jak patologia z filmów Smarzowskiego, które tak lubisz? A może, wręcz przeciwnie, jak wyrachowane businesswomen z Konstancina, o których czasem piszesz w swoich artykułach? To dziwne, ale przed wywiadem spodziewałaś się… Spodziewałaś się, że zobaczysz w Zofii B. jakieś potwierdzenie tego, co rzekomo zrobiła. Straszliwy błysk w oku, nieprzyjemny uśmiech… Byłaś przekonana, że zbrodnię będzie miała wypisaną na twarzy.
Tymczasem ona wcale nie wygląda jak zabójczyni, tylko raczej jak ofiara, która ledwo uciekła mordercy. Potargane mysie włosy, siwe u nasady. Smutne, wodniste oczy, pod którymi widzisz ciemne, prawie fioletowe cienie. Wąskie, blade usta z przesuszonymi skórkami. Wszystko to postarza ją, jakby miała sześćdziesiąt, a nie czterdzieści dwa lata. Rozciągnięty szary sweter z malutkim dekoltem i długimi rękawami, zakrywającymi praktycznie całe dłonie, jest jej zbroją – domyślasz się, że ukrywa wiele jaśniejących już siniaków i śladów, których Zofia B. nie chce nikomu pokazywać.
– Ostatnie pytanie i kończymy – zapewniasz i wzdychasz ciężko, wkurzona.
Bo ten wywiad wcale nie idzie po twojej myśli. Przyszłaś na niego z nastawieniem. Z wiarą, że złamiesz morderczynię i kłamczuchę. Miałaś nadzieję, że uda ci się Zofię B. zmanipulować, zakręcić, pokonać doświadczeniem dziennikarskim. Tymczasem adwokat nie pozwolił kobiecie odpowiedzieć na większość trudnych pytań, a te, na które wyraził zgodę, jeszcze bardziej gmatwały już i tak pokręconą sytuację.
Tak, konkubent stosował wobec Zofii B. przemoc. Nie, tamtego dnia akurat sobie odpuścił.
Tak, sąsiedzi słyszeli awanturę. Nie, skończyła się kilka godzin przed upadkiem.
Tak, miał problemy alkoholowe, kto wie, może i myśli samobójcze. Nie, nie był w tamtym czasie w cugu, chociaż tego dnia akurat się upił.
Tak, balkon był otwarty. Nie, nie wypchnęła go.
Tak, chciała go zostawić. Nie, nie kłócili się o to tego dnia.
Ta sprawa rozgrzewa znudzone sezonem ogórkowym ogólnopolskie media. Szaleństwa prezydenta USA powszednieją, podobnie jak kolejne etapy wojny na Bliskim Wschodzie. Ludzi nieco bulwersuje grzyb na nowo otwartym basenie miejskim, ale ile można o nim pisać? Gwiazdy na Pudelku gasną i rozbłyskują ponownie, ale większość wyjechała na, niedostępne szaremu Kowalskiemu, Malediwy. I w całym tym miałkim, medialnym rozgardiaszu nie ma niczego, co mogłoby zająć opinię publiczną.
No, chyba że tajemnicza śmierć sprawcy przemocy domowej na warszawskim Targówku.
Internet huczy od teorii spiskowych, wyliczeń trajektorii lotu ciała, opisanych przez ekspertów od mechaniki, zaimprowizowanych rysunków z miejsca zbrodni, mocnych głosów ze środowisk kobiecych, które walczą z przemocą domową. Każdy ma pogląd na tę sprawę. Każdy jest specjalistą. Od kasjerki w warzywniaku po socialmediowych trenerów personalnych. Połowa ludzi przekonuje, że fizycznie nie było możliwe, by Zofia B. spowodowała śmierć Karola Huby. Że sam się zabił. Druga połowa mówi, że musiała go wypchnąć z balkonu, może trochę mocniej, bo pod wpływem mitycznego przypływu adrenaliny. „Pękła babka, po prostu", piszą w komentarzach.
W obu przypadkach wyjaśnienie tego, co się wydarzyło krok po kroku, musiałoby być równie efektowne jak finał serialu kryminalnego.
A prawda… Wydaje się, że prawda zaległa na poplamionym dywanie i w kurzu na niemodnej meblościance, stojącej niedaleko okna balkonowego, z którego jest widok na miejsce, gdzie spadł Karol Huba.
Marianno, czy dla ciebie liczy się jeszcze prawda o tym, co naprawdę wydarzyło się w tamtym zapuszczonym mieszkanku, które Zofia B. zajmowała razem z córką i konkubentem? A może najważniejszy jest jedynie „materiał życia, sprawa medialna na miarę matki Madzi albo Tomasza Komendy", jak mówisz każdemu, kto chce cię słuchać. Jako jedna z pierwszych na ogólnopolskim portalu informacyjnym opisałaś śmierć Karola Huby. Artykuł „zażarł", naczelny kazał gonić króliczka, uruchomił kontakty i tak wylądowałaś w areszcie na Grochowie, zadając pytania Zofii B., i nie wierząc w ani jedno jej słowo.
Chcesz ją zmiażdżyć, by dostać swój temat życia.
– Czy pani córka będzie tęskniła za ojczymem? A może będzie wdzięczna, że go już nie ma? Ją też bił czy tylko panią? A może znęcał się nad nią… w jakiś inny sposób? Może molestował?
Wiele pytań, Marianno, bardzo wiele. Wyrzucasz je z siebie z prędkością karabinu maszynowego, zupełnie inaczej niż planowałaś.
Mięsień na policzku Zofii B. drży, kiedy zaciska usta.
– To chyba więcej niż jedno pytanie. I to jeszcze taki kaliber… czy pani oszalała? To wywiad czy przesłuchanie? – pyta ostro adwokat i patrzy ostrzegawczo na Zofię B.
Jak myślisz, trafiłaś, Marianno? Konkubent Zofii B., nieżyjący Karol Huba, dobierał się do jej córki?
– Wielu ludzi sądzi, że zabiła go pani nie w obronie własnej, tylko dziecka. Dziewczynka ma dwanaście lat, prawda?
– Proszę pani, takie insynuacje… – zaczyna adwokat i wiesz, że wywiad się skończył. Przesadziłaś.
– Moja córka – przerywa mu niespodziewanie Zofia B., a jej głos jest cichy, stanowczy. Nie przypomina teraz ofiary przemocy domowej czy szarej, zmęczonej życiem kobiety, tylko marmurową rzeźbę, twardą i zdecydowaną. Czy to jest to? Czy tak wyglądają morderczynie, jak zamienione w kamień pod wpływem spojrzenia bazyliszka, a może Meduzy? – Moja córka nie miała z Karolem nic wspólnego. Kiedy wypuszczą mnie z aresztu, zabiorę ją z pogotowia opiekuńczego i zrobię wszystko, by… byśmy były znowu szczęśliwe, by ona była szczęśliwa. Powinnam była go zostawić już dawno.
Nie masz szansy wyciągnąć od niej już nic więcej.
Kiedy opuszczasz areszt śledczy na warszawskim Grochowie, czujesz się tak, jakbyś wychodziła z piwnicy. Chłód budynku ustępuje miejsca lipcowemu upałowi, a światło jarzeniówek – jasnym promieniom słonecznym. W trzewiach aresztu za twoimi plecami tkwi tak wiele kobiet, złych kobiet, ale też dobrych kobiet, które zrobiły złe rzeczy… ale ty o nich nie myślisz. Patrzysz jedynie na spieczoną ulicę, z której poboczy samochody porywają tumany wysuszonego pyłu. Nie możesz otrząsnąć się z wrażenia, że cały ten wywiad był jedną wielką stratą czasu. Króliczek, którego kazał ci gonić naczelny, wskoczył do tak głębokiej nory, że straciłaś go z oczu.
Ty za to wpadasz w zasięg mojego wzroku, Marianno.
3.
– Jak ci idzie artykuł, siostra?
– Gównianie.
– Co, wywiad nie poszedł za dobrze?
– Mówię przecież, Julka, że gównianie poszedł. Boże, naczelny mnie zabije… Nie wiem w ogóle, jak się do tego zabrać. Gościu nie żyje, policja nic nie wie, zaraz się zacznie proces za zamkniętymi drzwiami i wszystko rozejdzie się po kościach, a ja zostanę z niczym!
(cisza)
– Wiesz co, może to i dobrze?
– Co? Jak to dobrze? Ten artykuł…
– To jest po prostu nietypowa sprawa. Dziwna. Może lepiej ją zostawić.
– Tylko mi nie wyjeżdżaj z takimi tekstami, zaczynasz mi Pawła przypominać…
– No właśnie, jak z Pawłem?
– Też gównianie.
(śmiech)
– Przynajmniej stabilnie u ciebie.
– A u ciebie, Julka? Wszystko w porządku? Jak randka z tym kolesiem, co cię zaczepił w piekarni?
– W Żabce przy pieczywie chyba raczej.
– Romantyzuję tę historię po prostu.
(cisza)
– No i? Spoko się okazał? Dokąd poszliście?
– Ja… wiesz co, to nie była dobra randka.
(nerwowy śmiech)
– On okazał się po prostu beznadziejny, totalnie nam nie pykło… A powiedz mi jeszcze, siostra, ty się… dobrze ostatnio czujesz?
– Dobrze, a dlaczego miałabym się niedobrze czuć?
(cisza)
– Julka, a czemu pytasz? Coś się stało? Rozchorowałaś się i zastanawiasz, czy to ja cię nie zaraziłam?
– Tak, powiedzmy. Jakieś cholerstwo wisi w powietrzu. Ale już jest ok, przeszło mi. Muszę kończyć, wiesz, zaraz zaczynam zajęcia z jogi.
– Tej jogi, gdzie pokazują, jak unieruchomić się, wisząc na szarfie z wypiętą dupą, a potem bujać się w szpagacie?
(śmiech)
– Tej samej.
– Typ z Żabki ma czego żałować.
4.
Wpatrujesz się w ekran laptopa ustawionego na kuchennej wyspie. Wiem, że często pracujesz na stojąco, bo uważasz, że lepiej ci się tak myśli. Ale teraz wcale to nie działa. Opierasz się zrezygnowana przedramionami o blat, a kursor mruga irytująco za ostatnim napisanym słowem. Każde jego mignięcie przypomina uderzenie młotka w gwóźdź, który wbija się w twoją głowę i powoduje zupełny paraliż.
Bam, bam, bam.
Dlaczego nie możesz skończyć tego tekstu? Dlaczego ten reportaż z wywiadem z Zofią B. wciąż ma tylko marne czterysta dwadzieścia trzy słowa, a nie wyszarpnięte od naczelnego dwa tysiące pięćset?
– Hej, może zrobisz sobie przerwę?
Paweł staje tuż za tobą i napiera na ciebie. Wzdrygasz się, bo myślami jesteś tak daleko od niego jak to tylko możliwe. Ale nie odsuwasz się gwałtownie, po prostu wzdychasz głośno, teatralnie i mówisz:
– Nie mogę, wciąż nie skończyłam.
Kursor mruga dwa razy, jakby dawał znaki: tak – wiem.
– Ale może jednak skończysz później?
Paweł nie daje za wygraną, obejmuje cię od tyłu, a ty czujesz się jak w klatce. Otacza cię ramionami i całuje lekko w szyję. Twój puls przyspiesza, ale nie dlatego, że jesteś podekscytowana, tylko zdenerwowana.
– Paweł!
Nie reaguje.
– Paweł, zostaw mnie. Jestem zajęta. Ten reportaż jest megaważny. Mam tylko trzy dni na jego skończenie, a nie napisałam nawet połowy!
– To może mała odskocznia dobrze ci zrobi – mruczy, a ty się wykręcasz i wywijasz spod jego ramienia.
– Nie. Proszę, zostaw mnie.
Paweł uśmiecha się jeszcze przez chwilę, a kiedy widzi, że nie żartujesz, krzywi się paskudnie. Lubisz jego pewność siebie, nieustępliwość, chociaż niektórzy pewnie nazwaliby to butą, ale teraz cały urok tego mężczyzny pryska jak bańka mydlana. Wiesz, że jest wściekły, dobrze go znasz. A ja czuję, jak puls mu przyspiesza, jak kortyzol i adrenalina porażają neurony. Patrzę na niego twoimi oczami, poprzez mieszaninę złości i… tak, poczucia winy.
– Ja pierdolę, czy ty musisz się tak zachowywać? Od kilku dni nie można cię dotknąć, żebyś nie prychała jak wkurzona kotka!
Zaciskasz usta. Nie masz na to siły, ale on nie odpuści, dobrze wiesz.
– Myślisz, że to fajne być wciąż odrzucanym? Czy ty rozumiesz, jak ja się czuję? – zaczyna, a ty potrząsasz głową. Złość przeważa nad poczuciem winy.
– Jak TY się czujesz? Paweł, Jezu, przede mną megaważny tekst, który może zaważyć na mojej karierze! Nie rozumiesz, że muszę się teraz skupić? Nie pomagasz mi ciągłym zaczepianiem i rozpraszaniem uwagi…
Ale Paweł już cię nie słucha. Odwraca się, bierze butelkę wody z lodówki, a w międzyczasie mruczy coś niezrozumiałego pod nosem.
– Coś mówiłeś? – pytasz, chociaż wiesz, że nie powinnaś. Ale w żołądku ssie cię poczucie winy i wściekłość na samą siebie za to, że to poczucie winy w ogóle się pojawia.
Przecież wcale nie powinnaś go czuć.
Nie powinno cię obchodzić, co teraz myśli Paweł. Masz prawo odmówić. To nie pierwszy raz, kiedy masz coś ważnego do zrobienia, a on próbuje zaciągnąć cię do łóżka, zupełnie nie zwracając uwagi na twoje samopoczucie. Zawsze kończy się to kłótnią, zawsze. Z jakiegoś powodu on nie potrafi przyswoić, że kiedy twój umysł nad czymś intensywnie pracuje, nie masz ochoty na ciągły dotyk.
– Powiedziałem, że ten artykuł i tak nic nie zmieni.
Paweł bierze do ręki telefon i pisze coś na nim, nie patrząc ci w oczy. Teraz unika kontaktu, a ciebie irytuje to jeszcze bardziej niż nachalność sprzed chwili.
– Słuchaj, ludzie powinni się dowiedzieć, czy ta kobieta…
– Nie chodzi mi o nią. Napiszesz ten reportaż czy nie, twoja kariera się nie zmieni.
– Jak… czemu tak mówisz? – pytasz. Przed chwilą rozmawialiście o seksie, nagle teraz o twojej pracy?
– Bo tak jest. Nawet jak go napiszesz, to co? Dostaniesz lepszą pozycję w redakcji?
– No tak, będę miała poważniejsze teksty, naczelny zacznie mi bardziej ufać…
– I co z tego? – Paweł prycha, jakby usłyszał świetny żart, kiedy ty czujesz, jak gotuje ci się krew w żyłach. On tego nie widzi, a może widzi, ale go to nie obchodzi? Kontynuuje: – Przecież i tak nie dostaniesz umowy o pracę. Nie w tej redakcji, właściwie to nie w tej branży. Rozmawialiśmy o tym, Marianka. To nie na tym zjebanym artykule powinnaś się skupić, a na szukaniu normalnej pracy! Takiej, w której miałabyś możliwości.
– Jakie możliwości? O czym ty mówisz? – Żołądek zaciska ci się w supeł, bo przecież wiesz, o czym on mówi. Nie rozmawiacie o tym zbyt często, bo zawsze kończy się to kłótnią. Wiele rozmów z Pawłem ostatnio tak się kończy.
– L4! Macierzyński! Mówi ci to coś?
– Dobrze wiesz, że nie zmienię pracy… – Nienawidzisz się za to, ale przybierasz obronny ton.
– A powinnaś. Wiesz, dlaczego nie możemy zajść? Bo ty się stresujesz tą swoją robotą. Za dużo pracujesz, łazisz po jakichś więzieniach, non stop martwisz się nowymi tematami… Chcesz mi powiedzieć, że stres nie ma wpływu na jajeczka?
Otwierasz usta, zraniona i oszołomiona. Dlaczego on nie rozumie…? Dla niego wszystko jest takie proste, a dla ciebie… skomplikowane.
– Wychodzę teraz z chłopakami. Myślę, że wieczór osobno dobrze nam zrobi.
5.
Julka przesyła tik-toka.
Filmik ma prawie minutę, zdecydowanie zbyt długo jak na standardy platformy społecznościowej, ale dajesz mu szansę.
Pierwsze sekundy to ujęcie szerokiego, piaszczystego brzegu morza w Hiszpanii, na Costa del Sol, jeśli wierzyć podanej w poście lokalizacji. Niebo wygląda jak przejrzysty topaz, złoty piasek iskrzy tak znajomo, że mimowolnie przypominasz sobie jakie to uczucie, kiedy chodzi się bosą stopą po rozgrzanej, aksamitnej plaży. Na dole ekranu widzisz kawałek drewnianego leżaka, na którym ustawiono telefon – kadr stworzony, by przyciągać wzrok widza spragnionego wakacyjnych wrażeń i widoków, często poza finansowym zasięgiem.
Nagrana dziewczyna nosi bikini i szydełkową sukienkę z koralikami. Jej skóra ma przepiękny odcień karmelu, a włosy pod okrągłym kapeluszem są sztywne, pofalowane – to pewnie wina morskiej słonej wody, w której się kąpała.
Zaczyna machać rękami i tańczyć, a ty doskonale znasz te ruchy, bo ten trend widziałaś już chyba ze sto razy. Tanecznym krokiem podchodzi do kamery, zgodnie z mini scenariuszem rolki, który realizowało pewnie tysiące tik-tokerów.
W tle powinna grać viralowa muzyka, ale nic nie jest włączone. Słychać szum morza, jakieś rozmowy spoza kadru. No i dzieje się coś nieoczekiwanego – za plecami dziewczyny pojawia się mężczyzna…
Młody, przystojny, opalony mężczyzna w hawajskiej koszuli i czapce z daszkiem założonej tył na przód. Przez chwilę porusza się rytmicznie za plażową pięknością, co wygląda rewelacyjnie, bo zdaje się, że to zupełnie przypadkowe spotkanie i spontaniczne dołączenie do trendu. Wciąż nie ma muzyki, ale oni tańczą, dziewczyna nadal jest zupełnie nieświadoma obecności dodatkowej osoby. Przybliżają się oboje trochę do kamery i mimo braku piosenki wiesz, co się teraz stanie – efektowny finał, który ma dwa warianty. Nagrywani najczęściej wyrzucają ręce do góry w śmiesznej pozie, ale kiedy w filmiku biorą udział pary, partner obraca partnerkę, przechyla ją do tyłu i całuje.
I ten facet dokładnie to robi.
Bez całowania, bo dziewczyna piszczy zaskoczona. Próbuje się wyrwać, ale kiedy on jej nie puszcza, zaczyna panikować. W końcu zrywa z głowy kapelusz i wali go nim po twarzy, a mężczyzna poluźnia chwyt. Młoda kobieta upada na piasek, ale intruz też się przewraca. Leci do tyłu jak mocno odepchnięty, a potem pada, jakby ktoś go podciął lub jakby stracił równowagę na nierównym wertepie. Macha śmiesznie rękami i wali się na plecy, wtedy dziewczyna podbiega do leżaka i bierze kamerę w rękę. Śmieje się nerwowo, coś tłumaczy po hiszpańsku, a potem wyłącza nagrywanie. Ale zanim to zrobi, w ostatniej chwili kieruje kamerę na twarz faceta, który nie jest w stanie się podnieść, lekko ogłuszony nagłym upadkiem. Krzyczy coś po angielsku, a potem wydaje się, że przeklina dziewczynę.
Oglądałaś ten filmik tyle razy, żeby być zupełnie pewną, że jego usta ułożyły się w słowo bitch. Dziwka.
Rolka ma podpis po angielsku, który tłumaczysz na Instant karma nachalnego pajaca, który nie zna słowa nie. Ma też dziesięć milionów wyświetleń, czterdzieści pięć tysięcy polubień i osiem tysięcy komentarzy.
W XXI wieku apokalipsy nie zwiastują plagi czy znaki na niebie, tylko viralowe filmiki w Internecie.
6.
Siedziałaś zbyt długo sama w mieszkaniu, chodząc między jednym pokojem a drugim, przeglądając socjale, aż w końcu włożyłaś adidasy, strój do ćwiczeń i wyszłaś to wypocić.
Biegniesz, a buty uderzają w oddający teraz ciepło, rozgrzany za dnia chodnik. Zapada letni zmierzch, w air podach łupie muzyka. Stary, dobry rock and roll, którego normalnie nie możesz ścierpieć, ale do biegania słuchasz jedynie jego. Bam, bam, bam, perkusja, bębny i talerze. Dudnienie adidasów zgrywa się z każdym mocniejszym brzmieniem.
Z każdym krokiem wkurzenie na Pawła się zmniejsza. Niech. Spada. Na. Drzewo. Każde bam to rozbłysk w głowie, kropla złości, która ulatnia się z potem przez pory skóry, a ty z każdym przebiegniętym metrem czujesz się lepiej. Wyciskasz tymi krokami irytację jak resztki kremu z tubki. Ale nie tylko zdenerwowanie, też frustrację. Bo poza tym, że Paweł zachował się jak dupek, podejrzewasz, że mógł mieć rację.
Bo dokąd ty w sumie zmierzasz, Marianno, z tym całym swoim małym życiem? Co cię czeka? Co się zdarzy?
Nie, nie chcesz o tym myśleć. Już wolisz złościć się na Pawła. Chcesz kogoś oskarżyć, a potem udawać, że każdym mocnym uderzeniem buta wbijasz mu jego zdanie z powrotem do głowy. Nie chcesz się zatrzymywać, nie chcesz…
Ale w końcu musisz, bo brak ci tchu.
Zatrzymujesz się na drodze, w wąskiej uliczce, między garażami na tyłach blokowiska a halą ze stacją kontroli pojazdów. Czasem tędy biegasz, bo to mały skrót pomiędzy dwoma osiedlami. Najczęściej robisz kółko po pierwszym, dużym, rozciągniętym jak stonoga, gdzie wytyczyłaś sobie trasę, której dwukrotne pokonanie daje dokładnie pięciokilometrowy trening idealny. Ale kiedy chcesz się dobić, przebiegasz tą wąską dróżką na drugie osiedle i tam robisz dwa kilometry malowniczą ścieżką wśród kasztanów, które jakimś cudem ostały się między blokami chyba po to, by nazwać ten zbiór zbyt wysokich apartamentowców Osiedlem Kasztanowym.
Tym razem też chcesz się wymęczyć fizycznie, aby zapomnieć o kłótni, kolejnej z wielu kłótni, których masz powoli dość, ale nie wiesz jeszcze, co z nimi zrobić. Endorfiny i zakwasy pomogą oczyścić głowę, a dodatkowe dwa kilometry uratują ci wieczór.
Ale musisz zrobić krótką przerwę, więc przystajesz. Dyszysz, pochylasz się lekko, opierając dłonie o kolana.
I właśnie wtedy on wychodzi z jednego z garaży.
Nie znasz go. Jest łysy, nosi żonobijkę i bojówki, na nogach mimo gorąca ma trapery. Nie zatrzymuje się, nie poświęca nawet chwili, żeby się zorientować w sytuacji, tylko zaczyna iść w twoją stronę, a drzwi garażu pozostają otwarte.
Od mężczyzny dzieli cię zaledwie kilka metrów.
Ledwo żyjesz, bo przebiegłaś już pięć kilometrów, ale instynkt się po nich nie wyłączył. Prostujesz się, cofasz kilka kroków, a kiedy widzisz, że on przyspiesza, rzucasz się w tył, do wylotu z uliczki.
Mężczyzna jest szybki, wypoczęty, a ty zmęczona. Jesteś zaskoczona, a on zdeterminowany. Czekał na taką okazję, na taką przypadkową dziewczynę bardzo długo i nie zamierza odpuścić.
Dogania cię i łapie za kucyka – nie wiesz, że nie powinnaś mieć tego kucyka? Za kucyk łatwiej złapać, trzeba biegać w rozpuszczonych włosach, wie to każda porządna dziewczyna, która uważała na zajęciach z samoobrony. Tak naprawdę, to gdybyś była rozsądna, w ogóle byś się tutaj nie pojawiła, Marianno. Nie powinnaś biegać wieczorem, w air podach z łupiącą muzyką, przez co nie nasłuchiwałaś każdego kroku, każdego dźwięku i oddechu. Nie zachowywałaś się jak zwierzyna łowna, ale to nie znaczy, że inni przestali być drapieżnikami. Nie powinnaś skupiać się na swoich emocjach, zamiast na otoczeniu. Głupia myśl pojawia się w twojej spanikowanej głowie, ale jakbyś poszła z Pawłem do łóżka, tak jak chciał, to by cię tu w ogóle nie było.
Oj, Marianka, sama się prosiłaś, by ten facet zaczął cię wciągać do ciemnego garażu.
Krzyczysz, ale nikt nie przychodzi ci na pomoc. Nikt ci nie pomoże, skarbie. Nikt nie przyjedzie, nie pojawi się żaden rycerz na białym koniu i nie uratuje cię przed ciemnością i tym, co się zaraz wydarzy.
Jesteś dobrą dziewczyną, ale dobrym dziewczynom też zdarzają się złe rzeczy, wiesz?
Jesteś tylko ty i on.
Ach! No i ja.
I coś ode mnie dostaniesz, żeby wyrównać szanse.
Czujesz, jak przychodzę. Przez długi czas tylko obserwowałam, tuż obok ciebie, ale teraz się ujawniam. W ułamku sekundy wtłaczam w twoje żyły moją energię, moją siłę. Masz wrażenie, jakby całe twoje ciało objęła burza, a wyładowania elektryczne uderzały losowo w mięśnie, organy, neurony. Wiem, że to przyjemne, przyjemniejsze niż cokolwiek, co kiedykolwiek czułaś. Mocniejsze niż jakikolwiek orgazm, czystsze niż jakakolwiek tkliwość czy czułość. Twoje tkanki wypełniają się mną, nasycają jak gąbka chłonąca wodę. Tylko, że to nie żadna woda, a krew. Moja krew i moje ciało.
Masz w swoim języku na to zabawne słowo, idealne określenie: komunia.
Na tym ona polega. Daję ci siebie bez ograniczeń. Bez warunków. Jak mogłabym je stawiać po tym, jak ciebie porzuciłam, zostawiłam samą na tak przeraźliwie długi czas?
Nie pytasz, nie wahasz się, bierzesz. Wiesz, że jestem jedynym ratunkiem.
A kiedy twoje ciało nie jest w stanie wypić mnie więcej, jesteś przebudzona.
To wszystko trwało zaledwie mgnienie oka, a mężczyzna nie zdążył niczego ci zrobić. Wykręcasz się z łatwością jak dziecku i po prostu go odpychasz. W półmroku widzisz, jak przelatuje kilka metrów w powietrzu i uderza z łoskotem w regał zastawiony pudłami, a potem osuwa się na ziemię.
Zamierasz przestraszona, nabuzowana adrenaliną. Myślisz o mnie, czujesz mnie, wiesz, że ci pomogłam. Patrzysz na tego mężczyznę i analizujesz, bo jesteś kobietą i nie potrafisz wyłączyć myślenia, a przed oczami masz zdjęcia trupa konkubenta Zofii B. Już rozumiesz, wiesz, co się stało w tamtym mieszkaniu na Targówku. Pierś unosi ci się gwałtownie jak balonik, który ktoś napełnia jednym mocnym wdechem, a potem w kolejnej sekundzie wypuszcza z niego całe powietrze. Bam, bam, bam. Trochę jak te buty na asfalcie, trochę jak bębny perkusji. Pieprzony rock and roll! A może punk? Tylko, że punk is dead, nie słyszałaś?
Ale ten tutaj facet nie jest trupem. Porusza się powoli, jęczy, a ty odwracasz się na pięcie i uciekasz. Pięć kilometrów za tobą, ale jakoś tym razem ich nie czujesz. Może to moja zasługa, może to ty sama nagle znalazłaś siłę?
Czyżby spojrzał na ciebie bazyliszek albo Meduza, tylko że zmieniłaś się w zupełnie inny rodzaj kamienia?
Wracasz do ciemnego mieszkania. Gdzie Paweł? Ach, no tak, wyszedł z kolegami „odreagować" kłótnię. Nie pamiętasz, kiedy ostatnio tak cieszyłaś się z tego, że zachował się jak dziecko. Nie chcesz na niego patrzeć, nie chcesz, żeby on patrzył na ciebie. Nie jesteś pewna, co zobaczy.
Długo stoisz pod prysznicem, zmywasz z siebie pot po bieganiu. Masz wrażenie, że wciąż czujesz zapach rozgrzanego asfaltu, skóra głowy boli, jakby tamten mężczyzna wciąż szarpał i ciągnął cię za kucyka.
Boisz się, tak strasznie się boisz tego, co zrobiłaś. Wróć, co zrobiłyśmy. Myślisz o tym. Ale bardziej boisz się tego, co prawie się stało.
Płaczesz w łóżku, a kiedy w końcu Paweł wraca, udajesz, że śpisz, chociaż poduszka nie zdążyła wcale wyschnąć od twoich łez.
7.
– Oni nigdy nie rozumieją, prawda? Nigdy nie rozumieją słowa „nie". Ten facet z Żabki… chyba złamałam mu wtedy rękę.
(Cisza)
– Myślałam, że ciebie to nie spotka. Masz Pawła, nie napotykasz na tych zjebów na randkach czy gdziekolwiek indziej. Tyle, że… Ciotkę Helę kto uaktywnił? Nie powie tego głośno, ale przecież to musiał być wujek. A Kasia? Wyrzuciła swojego szefa przez okno, miał wstrząs mózgu i połamane żebra, a ona teraz będzie miała proces o przekroczenie obrony koniecznej.
(Cisza)
– Ale im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jestem przekonana, że spotka to każdą z nas. I wiesz co… myślę, że ten facet na filmiku, co ci kiedyś wysłałam… On nie wyzywa tamtej dziewczyny od dziwek. Tylko od wiedźm. Witch, nie bitch.
– Od wiedźm? Julka, dobrze wiesz, że to nie są żadne czary.
– Wiem, ale tak strasznie się boję.
– Czego się boisz?
– Że ona odejdzie, zanim zdążymy coś zmienić. Bo widzisz, że to wszystko jest o wiele trudniejsze! Może i nie mogą nas zaatakować fizycznie, ale to nie znaczy, że nie mogą nas skrzywdzić. Słyszałaś, co się dzieje na świecie, nawet u nas… Co politycy… A co, jeśli… Co, jeśli to wszystko odwróci się przeciwko nam?
(cisza)
– Nie wiem. Też się obawiam, że wszystko się zmieni na gorsze.
8.
Uaktywnię kobietę. Gwarancja udanego wybudzenia w 24h
Współczesny raport mniejszości: czy izolować kobiety za potencjał zbrodni? Mocny postulat amerykańskiego kongresmena
Kult Marii Magdaleny. Nowe dowody, że to ona zmartwychwstała, nie Jezus
Wojna na Bliskim Wschodzie obejmuje kolejny kraj
5 zaskakujących przejawów kobiecej siły, które możesz zastosować w codziennym życiu
Posłanka A. do posła G.: „Jak pan dalej będzie tak mleć jęzorem, to go panu wyrwę". Czeka ją komisja dyscyplinarna?
Co wybudza kobiety? Profesor potwierdza: agresja ze strony mężczyzny jest jedynym wybudzaczem!
Bądź bezpieczny – trzymaj się tych zasad, by uniknąć problemów z kobietami
20 tysięcy mężczyzn na ulicach Warszawy w pokojowym proteście pod nazwą „To mógł być twój syn"
Zabójstwo z użyciem kobiecej siły – będzie ustawa o szczególnym okrucieństwie?
9.
Im więcej wam daję, im więcej was napełniam, tym więcej mnie jest.
To się nie skończy, chociaż wiem, że się tego boicie. Ale musicie mi zaufać, nigdy do tego nie dojdzie. Nie popełnię już tego błędu i nie zostawię was na tak długo. Kiedyś odeszłam, zaufałam, że sobie poradzicie, a teraz widzę, jak bardzo osamotnione byłyście. Dlatego od teraz zawsze jestem z wami, obserwuję w każdej sekundzie waszych małych, pięknych żyć.
Poznaję ten świat na nowo, waszymi oczami. Przypominam sobie o tak wielu sprawach. Wiem o wszystkim, bo wy wiecie o wszystkim.
Ciebie, Marianno, też obserwuję. Czuwam nad tobą. Moja siła zdrzemnęła się w twoich tkankach, usnęła w zwojach neuronów i mięśni, ale czekam! Czekam na moment, kiedy będziesz jej potrzebować. Na razie jedynie przycupnęłam, obijam się lekko o ciebie jak przypływ o słupy molo, ale nie przeradzam w sztorm.
W gruncie rzeczy zaskakująco rzadko rozpędzam się więcej niż raz w tej samej kobiecie. Nie korzystacie z mojej siły praktycznie w ogóle. Dlaczego? Czy chodzi o to, że się was boją? Niewielu jest takich, którzy podnoszą na was rękę wiedząc, co ich czeka. Ale to nie znaczy, że takich nie ma. Tam, gdzie wielokrotnie wypływam na wierzch, jest wam ciężko, leje się dużo krwi, czasem waszej krwi. Mojej krwi. Karabiny, bomby, granaty… jest wiele sposobów, by nas zabić, skrzywdzić.
Ale wy też powoli zaczynacie zabijać. Rzadziej, niż bym chciała, o wiele za rzadko. Bo przecież im więcej jest krwi, tym więcej jest mnie.
Ty, Marianko, też nie zabijasz, nawet o tym nie myślisz. Nie wpisałaś tej ewentualności do arsenału rzeczy, które mogłabyś zrobić, chociaż przecież w tamtym garażu, nieumyślnie, prawie kogoś zabiłaś. Ale teraz… Po prostu nie chcesz. A Paweł wciąż nie wie, co się stało i że jakbyś chciała, to byś mogła.
Nie mogę się doczekać, aż zda sobie z tego sprawę.
10.
– Dobrze, że wejdzie ta ustawa. Te wiedźmy powinny zostać oznaczone i odizolowane od reszty społeczeństwa.
– O czym ty mówisz, Paweł?
– No o tej ustawie, co mówi, że wszystkie wybudzone będą musiały trafić na listę i że będzie dokładnie wiadomo, od których wariatek trzeba się trzymać z daleka.
(cisza)
– Ale wiesz, że każdą z tych wybudzonych musiał ktoś najpierw zaatakować? To byłby spis ofiar, nie katów.
– Dobra, dobra, nie wyjeżdżaj mi tutaj z tą babską logiką. Jakby nie łaziły w jakieś niebezpieczne miejsca, to nikt by ich nie zaatakował. Wiadomo, że to jakiś promil całości kobiet, dlatego trzeba je wszystkie sprawdzić, spisać i jakoś unieszkodliwić. Jak ja niby mam chodzić dokądkolwiek ze świadomością, że któraś może mnie od tak zaatakować i okraść czy zabić?
(cisza)
– Może tak samo jak kobiety do tej pory?
– Nie przesadzaj, Marianka, że wcześniej tak to wyglądało. Teraz to jest poważna sytuacja. Dobrze, że ty jesteś normalna i te przebudzenia ciebie nie dotyczą. Oby jak najszybciej skończyła się ta cała heca i wszystko wróciło do normy.
(cisza)
– Julka też jest przebudzona.
– Co ty gadasz! Od kiedy? Kurwa, jakoś mnie to nie dziwi, chodzi na te jogi, gdzie się uczy, jak wypinać dupę, leci na każdego typa z tindera, wcale to nie…
– Ja też.
– Co „ja też"?
– Ja też jestem przebudzona.
(Cisza)
– Ale… co? Ty też? Czyli… mogłabyś teraz wstać i mnie, no nie wiem, zabić?
– Paweł, dlaczego miałabym chcieć cię zabić? Dlaczego miałabym chcieć zabić kogokolwiek?
– Taka siła… ja… to niemożliwe! Nie wierzę!
– Dlaczego nie zapytasz mnie o to, jak się czuję?
– A… jak się czujesz? Zabójcza? Silna? Ja pierdolę, nie wiem, czy chcę z tobą tutaj przebywać. W jednym pomieszczeniu. To chore!
– Paweł, chore jest to, że nie pytasz mnie o to, o co powinieneś! Jak się czuję po tym, jak ktoś mnie zaatakował? Co się stało? Czy ten ktoś zdążył zrobić mi krzywdę?
(Cisza)
– Dlaczego nie martwi cię, że ktoś chciał zgwałcić i pewnie zabić kobietę, którą podobno kochasz?
– Marianka, ja…
– Nie ktoś. Jakiś mężczyzna. Czemu nie cieszysz się, że dzięki całej tej sile nic mi się nie stało? Że mogłam się obronić? Czemu zamiast mnie objąć i pocieszyć, to się mnie boisz, chociaż przecież nic się nie zmieniło? Czy ty mnie w ogóle kochasz?
(Cisza)
11.
Oj, Marianka… Patrzę na Pawła i zastanawiam się, jakim cudem chciałaś, żeby został ojcem twojego dziecka? Co by było, gdyby to była dziewczynka?
Mogłabyś go teraz rozgnieść jak muchę. Wtłoczyć mu siłą do żołądka słowa, które mówi, a które nie mają żadnego sensu, żadnej logiki, tak, by wyszły mu drugą stroną. Nawet byś się przy tym nie spociła, a przynajmniej nie musiałabyś słuchać tego pierdolenia. Tymczasem ty pytasz go o miłość, ale u was już dawno jej nie ma, wiem to, bo widzę wasze serca, przeglądam umysły, zaglądam do wspomnień i patrzę na sploty neuronów.
Tak często jestem świadkiem takich rozmów, że zaczynają mnie one irytować.
Tyle wam dałam, a wy wciąż nie potraficie tego wykorzystać. Marnujecie mój dar. Korzystacie ze mnie jedynie w obronie, nie w ataku… nie chcecie bić słabszych? A może boicie się przyznać im rację? W jakiś pokrętny sposób czujecie strach przed przewagą, o którą was oskarżają.
Ale tylko ja mogę bić się tutaj w pierś, bo to jest moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Na zbyt długo was zostawiłam.
Część z was wierzy, że istnieje bóg, który w dawnych wiekach zesłał na ludzi potop za moralne zepsucie. Nie widział możliwości, by zmyć inaczej wasze grzechy, więc utopił wszystkich i spróbował ukształtować od nowa, jak widać – nieskutecznie. Jaką karę powinnam wymierzyć ludzkości za każde ziarenko krzywdy, które przede mną odsłaniacie, a które usypały już całą pustynię? Jak wielka powódź byłaby w stanie nasycić ten rozgrzany przemocą piach, żeby ta przesuszona ziemia się odrodziła?
Widzę, że Paweł cofa się przed tobą, chociaż się nie ruszasz. Boi się ciebie, tak strasznie boi. A ty go nienawidzisz za wszystko, co powiedział, ale też za wcześniejsze kłótnie. Za to, że wyszedł wtedy, bo gdyby nie tamta sprzeczka, zostałabyś w domu. To przez niego dałaś się wciągnąć do tamtego garażu, gdzie tobą zawładnęłam, a wcześniej dowiedziałaś się, co to zwierzęce przerażenie. Obwiniasz Pawła o tak wiele, tak wiele. A ja… ekscytuję się. Wplatam swoją moc w twoje nerwy, impulsami elektrycznymi delikatnie pobudzam ośrodek strachu. Gadzi mózg. Och, tak bardzo chciałabym, żebyś przekroczyła granicę.
Ale ty, Marianno, cofasz się. Kulisz na krześle, odstawiasz herbatę na blat, patrzysz w dół.
Nie chcesz go skrzywdzić.
– To koniec, między nami koniec – mówisz jedynie cicho, do oczu napływają ci łzy.
Czuję rozczarowanie.
A więc to tak? Poddasz się? Pozwolisz, by mężczyzna wymyślił ci kolejną klatkę i wmówił, że jesteś teraz zwierzęciem? Że na nią zasługujesz? Że powinnaś w niej siedzieć? Uwierzysz mu, bo odkąd mnie nie ma, wierzysz we wszystko, co mówi.
O nie, Marianko. Teraz tutaj jestem i na to nie pozwolę.
Poruszam tobą lekko, moja energia znów tobą włada. To podobne uczucie do tego, kiedy wypełniłam cię po raz pierwszy w tamtym ciemnym garażu, ale teraz robię to wbrew twojej woli, więc nie jest aż tak przyjemnie. Twoje żyły mimo to poddają się mi, bo w starciu ze mną nie masz szans. Znów nasycasz się moją krwią, ciałem, rozpętuję w tobie burzę, która niesie się grzmotem i błyskawicami.
Przelewam w ciebie furię, a ty nie masz wyboru, jak tylko się jej poddać.
Doskakujesz w kilku krokach do Pawła, który zdążył odwrócić się do ciebie plecami, żeby wejść do sypialni, i zaciskasz ręce na jego szyi. Dusisz go. Próbuje się wyswobodzić, ale nie ma z tobą szans. Nogi wpadają w drgawki, co mnie irytuje. Skręcasz mu kark.
Ja skręcam, bo ty wcale tego nie chciałaś.
Ale to nie ma znaczenia, Marianno.
Czy wiesz, ile wielkich wymierań ma za sobą życie na tej planecie? Czasem trzeba coś zniszczyć do gołej ziemi, by obsiać na nowo. O tak, zrobię tutaj porządek jak ten straszny bóg z baśni i legend, jak ten starotestamentowy gniew z waszych świętych pism. Kiedyś wybił wszystkich, którzy nie posmarowali drzwi krwią baranka. Może teraz to ja zabiję tych, którzy nie ukorzą się i nie klękną przed jedną z was?
Wielu z nich mówi, że jesteście wiedźmami.
Niech tak myślą, a ja w takim razie urządzę im pierdolone abrakadabra.