- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Apartamentowiec

Apartamentowiec

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Apartamentowiec

Tkwiłem przy domofonie, nie bardzo wiedząc, który przycisk wybrać. Przede mną wznosił się prosty gmach, sięgający chmur.

– Tak? – Usłyszałem męski głos chwilę po tym, gdy zdecydowałem się zadzwonić.

– Ja do pana Przeszłego.

Domofon zarzęził.

Przenikliwy dźwięk uzmysłowił mi, że po pchnięciu mosiężnych drzwi dostąpię zaszczytu poznania wnętrza najsłynniejszego budynku Wszechświata.

Rozglądałem się po nim w niemym zachwycie. Wszędzie pełno było luster, ściany obleczone w ozdobne dywany, podobnie jak podłogi i sufity. Przepych czuło się na każdym kroku.

Eleganckie schody wiodły na prawo w dół, a sąsiednie – w górę, na lewo – podobnie. Były też schody na wprost, wiodące na wyższe kondygnacje.

Stałem przez moment, rozglądając się niepewnie.

– Przeszły. – Niski, korpulentny jegomość wyrósł nagle przede mną i podał prawicę, którą z szacunkiem uścisnąłem, przedstawiając się:

– Ważny. Miło mi.

– Wzajemnie.

– Kto to wszystko finansuje? – Wykonałem dłonią owalny ruch.

– Ludzie.

– Doprawdy?

– Niepojęte, co? – roześmiał się, kiwając głową. – Zawsze narzekali, lecz nie potrafili się bez nas obejść. Wiecznie byliśmy im potrzebni.

Poszliśmy schodami na prawo w górę.

– Czy zastałem może pana braci?

– Niestety – zaprzeczył, otwierając gabinet i zapraszając do środka. – Musieli pilnie pojechać.

Wskazał fotel, zajmując sąsiedni.

– Wybaczy pan dociekliwość, ale z jakiej racji tak niewielu mieszkańców zajmuje tak olbrzymią posiadłość?

Przez twarz Przeszłego przebiegł delikatny uśmiech.

– To złudzenie, szanowny panie – odpowiedział uprzejmie. – Wszyscy mu ulegli.

– Mógłby pan to rozwinąć?

– Oczywiście, że mogłem. Lokatorzy tego apartamentowca zawsze byli w jego wnętrzu. I to się nigdy nie zmieniło.

Nie na darmo nosi takie nazwisko. Znakomicie opowiada o tym, co było kiedyś, przemknęło mi przez myśl, choć nie pojąłem, co konkretnie przekazał w tak zawiłych zdaniach.

– Mniemam, że bez udziału w rozmowie pana braci, niewiele wskóramy. A, czy można wiedzieć, gdzie się obecnie znajdują?

– Udali się windą na wyższe kondygnacje. – Wymownie wskazał sufit.

– Z panami nie mieszka na tym piętrze nikt inny?

– Jedynie Dobre i Złe. – Zrezygnowany wzruszył ramionami.

– A tuż nad pana mieszkaniem? – dociekałem.

– Pan Uporządkowany. Potem zaś, kolejno: pan Krótki, pan Długi, pan Zmarnowany, panowie: Rozwlekły, Odpowiednio Zdefiniowany, Uniwersalny i Precyzyjny.

– Aha – stwierdziłem, przeciągając ostatnią sylabę.

– Środkowoeuropejski to już piętro szóste, lecz wyjechał wczoraj na wczasy. Do Europy. Środkowej – dodał celem doprecyzowania.

– Jasne! Gdzieżby indziej! – roześmiałem się, lecz pytałem dalej, patrząc na pulpit telefonu, aby nie pomylić czasem interesujących mnie nazwisk: – a panowie: Międzynarodowy i Ziemski?

– Kondygnacje najwyższe. Podobnie – pan Urzędowy. Obok mieszkają jeszcze tyko panowie: Letni i Zimowy. Miałem nadzieję, że zrozumiał pan szanowny, z jakiego powodu nie podałem imion – uśmiechnął się znacząco.

– To zbędne, gdyż wszystkie brzmią identycznie.

Skinął głową.

Zanim zdążyłem zadać kolejne pytanie, gdzieś nad nami rozległ się potężny wybuch.

Spojrzałem zdezorientowany na rozmówcę.

– Bez obaw – uspokoił mnie, poklepując delikatnie po ramieniu – to tylko pan Doświadczalny przeprowadził kolejny eksperyment.

Mimo to usłyszałem odgłos walących się pięter.

– Czy na pewno nic nam nie grozi? – Nieprzekonany wybiegłem na korytarz i nasłuchiwałem.

– Psychologiczny zajął się już wszystkim – odpowiedział z uśmiechem Przeszły, podążając za mną.

Zauważyłem, że wnętrze budynku nieco się zmieniło, przybyło złoceń, kwiatów i lamp.

Obok przeszedł nietypowo wyglądający osobnik, przypominający do złudzenia wielką monetę, tyle że ubraną w obcisły, czarny garnitur. Uchylił metalową dłonią w rękawiczce czarny kapelusz, kiwnął nam na powitanie, po czym zniknął za rogiem.

– Pieniądz – wyjaśnił Przeszły, widząc moje zdumione spojrzenie.

 

 

 

– Witam panów – wystękał do nas kolejny jegomość, unosząc swój melonik. Jego zniszczona, pokryta głębokimi zmarszczkami twarz wskazywała na podeszły wiek. – Znowu ten Doświadczalny robi wybuchy! – sapnął niezadowolony, machnął laską ku górze, po czym pokuśtykał, szepcząc przekleństwa i znikając za rogiem.

– Pan Staruszek – uprzedził moje zapytanie Przeszły.

Natychmiast obok wyrósł, niczym spod ziemi, inny mieszkaniec apartamentowca. Tym razem był to nadzwyczaj otyły mężczyzna z rozchełstaną koszulą, spod której wystawały (co stwierdziłem z niemałym zaskoczeniem) vouchery podróżnicze.

– To pan o nazwisku: Z Podróżami Weń.

Spoglądałem oniemiały.

– A to z kolei pan Się Wlekący. – Pokazał stąpającego wolno mężczyznę w ubogim ubraniu.

– Zawsze towarzyszyli mu panowie: Pędzący i Upływający. – Przeszły ukłonił się dwóm identycznie wyglądającym biegaczom w sportowych dresach, którzy, jak poprzednicy, niespodziewanie zjawili się niedaleko, po czym szybko zniknęli za rogiem.

– I pan Złodziej. – Niechętnym ruchem brody skierował mój wzrok na spuszczającego się po linie za niewielką szybką nad drzwiami, zamaskowanego osobnika.

Nieoczekiwanie wyjął z kieszeni spodni wibrujący telefon i spojrzał na ekranik.

– Nareszcie! Moi bracia: Przyszły i Teraźniejszy już wsiedli do windy i zaczęli zjeżdżać na dół! – oznajmił z radością.

– A zatem przyjadą tu niedługo?

Potwierdził, kiwając głową.

– Jest pan przekonany, że tam na górze nic złego się nie dzieje? – Wskazałem sufit. Wybuchy wprawdzie ustały, lecz gmach nie wydawał mi się stuprocentowo stabilny. – Słyszę podejrzane dźwięki.

– Pan Leczący Rany już pomógł poszkodowanym – uspokoił mnie.

– I rzeczywiście mogę się wprowadzić? – dopytywałem, kiedy otwarł drzwi pustego mieszkania na końcu korytarza, po czym uprzejmym gestem zaprosił do środka.

– Jakże nam miło! Dziękujemy za przyjęcie naszego zaproszenia, panie Ważny! – serdeczny głos z zatrzymującej się właśnie windy był skierowany do mnie. – Jestem Teraźniejszy – przedstawił się jego właściciel, brat Przeszłego i, przybyłego z nim, Przyszłego.

Uścisnęliśmy sobie dłonie.

– Proszę się rozgościć! – dodał, wchodząc do mieszkania. – Witamy w Domu Czasów!

– Całą przyjemność po mojej stronie. A kto tym wszystkim kieruje?

– Niedokonany, huncwot jeden! – wyparował nagle rozzłoszczony Staruszek, nad podziw dziarsko ścigający i okładający laską jakiegoś łobuza, uciekającego w podskokach tuż obok wejścia do mojego nowego mieszkania. – I, jeżeli nie przyciśniesz go skutecznie, jak trzeba, panie Ważny – spojrzał wymownie na moje umięśnione ciało, ledwo mieszczące się w garniturze, po czym kontynuował pościg, wołając na koniec: – to co dzień będą te same fanaberie! 

Uśmiechnąłem się i poprawiłem krawat. Już wiedziałem, z jakiego powodu mnie tu zaproszono. 

Koniec

Komentarze

Hej,

czytało się ok, jeżeli chodzi o język (dosłownie parę uwag zostawiam niżej), ale mam jeden zasadniczy problem – zabrakło mi puenty. Z początku spodziewałem się, że zrobisz tu, Anonimie, jakąś Opowieść Wigilijną i pozostaniemy przy trzech czasach, ale gdy zaczęły pojawiać się kolejne, nieco mnie straciłeś. 

Większość tekstu to po prostu wymienianie kolejnych czasów. Uśmiechnąłem się przy Pieniądzu, bo ciut odstawał od schematu, delikatnie zaśmiałem przy tym, że ten, który Leczy Rany zajmuje się ofiarami. W większości jednak po prostu przyjmowałem, że wymieniasz kolejne czasy, zastanawiając się, do jakiej puenty dotrzemy.

No i szorcik jest już w czasie przeszłym, a puenta niedokonana. Albo coś zgubiłem.

 

Przede mną wznosił się prosty gmach, sięgający chmur.

Raczej wznosił. Chyba że wzniósł się na oczach bohatera?

 

Eleganckie schody wiodły na prawo w dół i górę, na lewo – podobnie, oraz na wprost.

Nie podejmę się rozbioru gramatycznego tego zdania, ale potknąłem się o nie. 

 

 

 

 

@Barniuszu, pełna zgoda, dopiszę, dzięki. :)

 

Przede mną wznosił się prosty gmach, sięgający chmur.

Raczej wznosił. Chyba że wzniósł się na oczach bohatera?

Tego nie rozumiem. 

O kurczę, nie dziwię się, że nie rozumiesz, bo musiałem być niespełna rozumu, pisząc ten ostatni komentarz. Nie wiem dlaczego, ale uroiłem sobie, że w Twoim tekście jest „wzniósł”. Nie było tematu, mam omamy. :)

O kurczę, nie dziwię się, że nie rozumiesz, bo musiałem być niespełna rozumu, pisząc ten ostatni komentarz. Nie wiem dlaczego, ale uroiłem sobie, że w Twoim tekście jest „wzniósł”. Nie było tematu, mam omamy. :)

Wszystko spoko, ten gmach to robi. :)

Pozdrawiam, dzięki. :) 

Nowa Fantastyka