- Opowiadanie: barniusz - Mniej więcej nie istnieje

Mniej więcej nie istnieje

Dzień dobry,

w miejscu przedmowy – usprawiedliwienie. Sądzę, że istotne.

Napisałem ten tekst przede wszystkim z potrzeby sprawdzenia, czy będę w stanie wyjść poza ramy szorta. Chciałem sprawdzić, czy potrafię zbudować nieco dłuższą narrację i nie stracić po drodze kontroli nad opowieścią.

Żeby nie rzucać się od razu na zbyt głęboką wodę, świadomie sięgnąłem po klisze. To tekst na ćwiczenie warsztatu, konsekwencji i sprawdzenie się, a nie taki, który ma zaskakiwać i odkrywać nowe ziemie gatunku. Czy napisałem gorszą wersję Wiedźmina? Być może. Czy cieszę się, że się udało? Jeszcze jak!

Bardzo dziękuję Grześkowi_W i acowi za betę. Panowie podzielili się wieloma cennymi uwagami, z których część przyjąłem, z częścią się nie zgodziłem – a część uznałem za ważną i mądrą, ale ich wprowadzenie przerastałoby moje aktualne kompetencje pisarskie.

Standardowo więc, miejsca, gdzie tekst błyszczy, to w dużej mierze ich zasługa, ale te, w których coś rzęzi, to całkowicie moja odpowiedzialność.

 

Triggery: przemoc wobec dzieci, przemoc wobec kobiet.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Bardjaskier, HollyHell91, Użytkownicy IV, Użytkownicy III

Oceny

Mniej więcej nie istnieje

– Corin? – odezwał się spod kaptura Mykel. – Przypomnij mi, ile na tym zarobimy?

– Przede wszystkim przypominam ci, że nie robimy tego dla pieniędzy.

– To po co? 

– Bo tak trzeba, Mykel. – Corin westchnął. – Bo tak trzeba. 

Deszcz padał od trzech dni. Z trudem rozpalane wieczorami ogniska suszyły ich przez noc, wkrótce po wyruszeniu w podróż znów byli przemoknięci.

Wjechali do Costinos. Uporczywa mżawka zamieniała drogi w błoto, a pojedyncze promienie słońca tańczyły na mokrych dachówkach. Wozy na głównej ulicy toczyły się wolno, skrzypiąc pod ciężarem towarów. W powietrzu unosił się zapach mokrego drewna, końskiego nawozu i przypraw przywiezionych z dalekiego południa. 

– Dużo słyszałem o tym mieście – odezwał się znowu Mykel. – Ale nigdy tu nie byłem. A podobno perła regionu! 

– Wszędzie jest tak samo – odparł Corin. – Różnią się tylko fasady.

– A propos fasad… – Mykel wskazał rozciągające się przed nimi budynki. – Te są niczego sobie.

Dom kupca Arveda Mornesa stał przy samym rynku. Choć nie dominował wielkością, każdy wiedział, że należy do człowieka bogatszego od połowy miejskiej szlachty. 

– Może tobie do szczęścia wystarczy woda ze strumienia i kąt w stodole, ale ja cenię sobie dobre piwo i ciepłe łóżko. Drogo go policzymy?

– Przecież dostajesz żołd.

– Żołd, srołd, Corin. Na nic to nie starcza. Zresztą o ciebie się martwię. Zrobiłbyś coś dla siebie, o wygląd zadbał.

– Dobrze jest, jak jest, Mykel.

– Ty w ogóle mnie nie słuchasz. Mówiłem ci też, że z twoimi zdolnościami szybko moglibyśmy stać się naprawdę bogaci. Z pewnością znalazłbyś sposób, by na przykład odnaleźć królewskiego wnuka. Słyszałeś, że zaginął?

– Słyszałem. Złaź z konia.

 

*** 

 

Parter zajmowały magazyny. Przez szeroko otwarte wrota można było dostrzec bele barwionych tkanin, skrzynie – najpewniej pełne pieprzu i cynamonu – oraz beczki oznaczone czarnym symbolem Wysp Zachodnich. Kilku robotników przenosiło właśnie ciężkie pakunki, unikając wzroku mężczyzn stojących pod wiatą.

Mykel obracał w ustach wykałaczkę. Choć mierzył niemal dwa metry, a przy pasie miał długi miecz, nie on był powodem niechęci. Ten stał obok i spokojnie wpatrywał się w budynek.

Corin Mettel. Schodzący.

Miał na sobie ciemny płaszcz bez herbów i ozdób. Jedynym znakiem jego profesji był srebrny krążek zawieszony na czarnym rzemyku. Moneta wielkości dłoni z niewielkim otworem w samym środku. Z jednej strony wygrawerowane były zamknięte drzwi, z drugiej prowadzące w dół schody.

Mijający ich woźnica wzdrygnął się na widok tego symbolu i obszedł wiatę szerokim łukiem.

– Drugi miesiąc, jak mnie do ciebie przydzielili, a dalej nie mogę się nadziwić, jak wpływasz na ludzi – odezwał się Mykel i przesunął wykałaczkę z jednego kącika ust do drugiego. – A przecież zwykle sami po ciebie wzywają.

Corin pozwolił sobie na krzywy uśmiech. 

– Żeby nie było – kontynuował Mykel – ja też to i owo o was słyszałem. I jak mi w pierwszej chwili kapitan powiedział, że będę jeździł ze Schodzącym, to z początku trochę myślałem, jak się przed tym wymigać. Ale nie jesteś taki zły, Corin. 

– Dzięki, Mykel. Ty też nie jesteś taki zły. Może tylko trochę za dużo gadasz.

– Ciekawe, że w takim dużym mieście jak Costinos nie mają Schodzącego, co?

– Nie ma nas zbyt wielu, zresztą…

Główne drzwi otworzyły się. Wyszedł przez nie niski mężczyzna o szerokich barkach i starannie przystrzyżonej brodzie. Na palcu błyszczał złoty sygnet. Arved Mornes, jeden z najbardziej wpływowych kupców w królestwie, narzucił na głowę kaptur i szybkim krokiem zszedł po kamiennych schodach, a potem przeszedł przez niewielki plac wprost do przybyszów.

– Mistrz Corin? – Głos miał zachrypnięty, mówił szorstko.

– We własnej osobie – przytaknął Corin. – A to Mykel, stołeczny strażnik, obecnie przydzielony do mnie. Pokazać dokumenty?

– Nie ma potrzeby. – Arved machnął ręką. – Jego płaszcz i pański wisior mówią same za siebie. Dobrze, że przybywacie tak szybko.

– W liście pisaliście, że sprawa jest pilna.

– Bo rzeczywiście jest. Chodźmy do środka. 

Odwrócił się i ruszył z powrotem tą samą drogą. Ani razu nie obejrzał się przez ramię.

– Za ten jego sygnet przez miesiąc żylibyśmy jak królowie.

– Skup się, Mykel.

Dom był bogaty, lecz urządzony bardziej praktycznie niż wystawnie. W dużym pomieszczeniu na lewo od wejścia, do którego trzeba było zejść po paru stopniach, stały skrzynie czekające na spisanie. Na ścianach wisiały mapy szlaków handlowych. Na jednym stole leżały papiery zapisane równymi rzędami słów i liczb.

Arved zagarnął je, gdy przechodzili obok.

– Chce go pan od razu zobaczyć? – Kupiec zdjął kaptur i pozwolił, by sługa odebrał od niego płaszcz. Do Corina i Mykela nikt się nie zbliżył.

– Później. Najpierw porozmawiamy.

Arved minął schody i poprowadził ich długim korytarzem. Mijani służący schodzili im z drogi i spuszczali wzrok. 

– Nie zwracaj uwagi – rzucił Arved przez ramię.

– Nie zwracam.

– Ludzie gadają.

Corin chrząknął tylko i kiwnął głową, czego idący przodem kupiec nie mógł zobaczyć. Na twarzy kroczącego z tyłu Mykela odmalował się drwiący uśmiech. Arved nie był pierwszym, który rozmawiał wyłącznie ze Schodzącym, traktując jego strażnika jak powietrze.

Dotarli do przestronnego gabinetu. Jedną ścianę zajmowały półki z księgami, drugą wielka mapa wybrzeża. W kominku palił się ogień.

– Gdzie jest chłopak? – zapytał Corin.

– Mieliśmy najpierw porozmawiać.

– Rozmawiamy. I zaczynam od pytania, gdzie jest chłopak.

– Na górze. – Arved usiadł w fotelu i gestem zaprosił Corina na miejsce obok. Mykel stanął przy drzwiach. – Zamknęliśmy go.

– Zamknęliście? 

– Dziś rano próbował wyskoczyć przez okno. Musieliśmy go… zabezpieczyć. Małżonka z nim siedzi.

Corin rzucił okiem na książki. Przeważały opasłe tomy poświęcone handlowi i geografii. Wśród nich Schodzący dostrzegł także Dworskie maniery autorstwa Telmy Gounter i Herbarz szlachecki pióra Bora Gorna. 

Arved sięgnął do kryształowej karafki na stoliku. Posłał Corinowi pytające spojrzenie, ale ten pokręcił tylko głową. Kupiec nalał sobie, wychylił duszkiem i uzupełnił kieliszek.

– Jak ma na imię pański syn?

– Lucan.

– Ile ma lat?

– Dwanaście.

– Kiedy zaczęły się objawy?

Arved podrapał się po wystylizowanej brodzie. Corin wyczuł słaby zapach orzechów. 

– Będzie miesiąc.

– Dokładnie miesiąc?

– Mniej więcej.

– Mniej więcej nie istnieje.

Kupiec westchnął.

– Pięć tygodni temu. W nocy po Dniu Zwycięstwa. 

– Pierwszy objaw?

– Koszmary.

– Jakie?

– Nie wiem, skąd mam wiedzieć? Nie siedzę chłopakowi w głowie jak… – Arved zamilkł, przymknął oczy.

– Nie rozmawia pan z nim?

– Oczywiście, że rozmawiam. To mój syn, na demona. – Kupiec wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze. Przez chwilę obracał sygnet na palcu. W końcu podniósł wzrok na Corina. – Przepraszam. Martwię się o niego, a pańska profesja… powiedzmy, że nie poprawia mi nastroju. Tamtej nocy Lucan potwornie krzyczał. Gdy wpadliśmy z żoną do jego sypialni, strażnicy już byli w środku. Syn siedział w łóżku, wciskając się z całych sił w wezgłowie. Cały dygotał, pomimo pierzyny i ciepłej nocy. 

– Opowiedział, co to był za koszmar?

– Mniej więcej – powiedział Arved i natychmiast uniósł rękę. – Proszę sobie darować, w tym przypadku mniej więcej to najlepsze, co mogę zaoferować. Wciąż majaczył i nie był w najlepszej kondycji, gdy opowiadał.

Corin zbył tę uwagę milczeniem. 

– Czy jest jeszcze coś, o czym powinienem wiedzieć?

Arved ponownie uniósł kieliszek. Wypił i pogładził się ręką po szyi.

– Stan Lucana jest… naprawdę zły. Nawet kiedy ma lepszy okres, trudno się z nim rozmawia. Opowiada takie rzeczy… ale robi to w tak przekonujący sposób, że gdybym go nie znał, uwierzyłbym.

– Tym proszę się nie martwić. Nie zamienię z nim zbyt wielu słów. W każdym razie nie tutaj.

 

*** 

 

Sypialnia Lucana była większa od niejednego domu w Costinos.

Arved wszedł pierwszy. Ledwie przekroczył próg, podszedł do okien i jednym zdecydowanym ruchem zaciągnął ciężkie, bordowe kotary. Pokój natychmiast pogrążył się w półmroku.

– Zostawiłam je odsłonięte – odezwała się siedząca przy łóżku kobieta.

– Zupełnie niepotrzebnie. – Arved posłał jej zimne spojrzenie. – Wyjdź.

– Proszę zostać – odezwał się Corin.

Razem z Mykelem stanęli przy drzwiach. Strażnik oparł się plecami o ścianę, kciuki wetknął za skórzany pas. Schodzący rozejrzał się po pomieszczeniu.

Centralnym punktem było ogromne łóżko z ciemnego dębu, rzeźbione w pnącza winorośli. Uwadze Schodzącego nie umknęły cztery grube pasy przywiązane do słupków w narożnikach posłania. Na stoliku obok stał drewniany koń z królewskim herbem na podstawce. Sufit zdobił wyblakły gwiazdozbiór Kupca. 

Corin podszedł do śpiącego chłopca. Drobny Lucan tonął w ogromie łoża. Na prześcieradle pod głową chłopca widniały stare, ciemne plamy.

– Naprawdę nie sądzę, żeby Greta…

– A ja sądzę, że marnujesz swój cenny czas, Arvedzie – przerwał mu Corin. – Jeżeli uważasz, że twoja małżonka nie ma nic ważnego do powiedzenia, możesz odejść, zająć się niecierpiącymi zwłoki sprawami.

Arved przez chwilę znosił spojrzenie Schodzącego, w końcu opuścił wzrok. Nie ruszył się.

– Corin Mettel, licencjonowany Schodzący w stopniu Mistrza – przedstawił się. – Proszę nie przejmować się obecnością zbrojnego towarzysza. To Mykel Veis, sierżant straży miejskiej. 

Kobieta wstała i wyciągnęła rękę. Miała pewny, silny uścisk, a na twarzy mocny makijaż.

– Greta Mornes. Jestem matką Lucana. Dziękuję, że przybyliście tak szybko.

– W rozmowie z pani mężem ustaliłem, że mogliśmy pojawić się wcześniej. Podobno wszystko zaczęło się przed pięcioma tygodniami – Corin zawiesił głos.

Greta rzuciła mężowi krótkie spojrzenie. Zacisnęła usta w wąską kreskę.

– Mam nadzieję, że nie jest za późno, mistrzu Corinie.

– Jak on się czuje? 

– Dziś całkiem dobrze. Nie gorączkuje. Rano zjadł trochę rosołu.

– A wcześniej?

– Różnie bywało. – Kobieta pokręciła głową. – Są dni, które przesypia w całości, są takie, kiedy majaczy w malignie. Najbardziej boję się tych, kiedy wydaje się, że wszystko jest dobrze. 

Zamrugała, by powstrzymać łzy.

– To w taki dzień próbował…? – zapytał Corin.

Pokiwała głową. 

– Akurat przyniosłam mu owoce. Siedział już okrakiem, z jedną nogą zwisającą za oknem. Gdy mnie zobaczył, przestraszył się. Ja też, ale udało mi się go złapać i wciągnąć z powrotem. Gdybym wtedy nie…

– Jest tu z nami – powiedział spokojnie. – Kiedy ostatni raz był sobą?

Greta otworzyła usta. Zamknęła je i położyła dłoń na piersi. Powoli wypuściła powietrze.

– Nie wiem.

Arved chrząknął.

– Na popołudnie jestem umówiony z faktorem. Czy możemy przejść do rzeczy?

Corin dostrzegł chłód w oczach Grety. Położył dłoń na jej ramieniu.

– Mąż ma rację. Jestem gotów. Proszę wyjść. To niezbędne – dodał po chwili, patrząc kupcowi w oczy. – Proszę zabrać małżonkę i nie wracać, dopóki Mykel was nie zawoła.

Mykel otworzył drzwi i gestem zachęcił gospodarzy do wyjścia.

– Sympatyczna kobieta – skomentował, gdy zaskrzypiały schody. – Czego nie można powiedzieć o nim. Myślisz, że naprawdę nie mógł przełożyć tego spotkania?

– To, co myślę, nie jest teraz istotne, Mykel. – Corin podszedł do łóżka i usiadł na krześle, które wcześniej zajmowała Greta. – Nie teraz. 

Strażnik kiwnął głową, a potem patrzył w milczeniu, jak Corin zdejmuje z szyi medalion i kładzie go na czole Lucana. Choć widział Zejście już kilkukrotnie, nadal nie przywykł do rytuału. Gdy towarzysz przykrył srebrny znak dłonią i zesztywniał, Mykela przeszedł dreszcz.

 

*** 

 

– Nie znajdziesz mnie. – Lucan otworzył oczy i obnażył drobne zęby. – Nigdy mnie nie znajdziesz.

– Nie ciebie szukam – odpowiedział Corin.

Pokój zniknął.

 

*** 

 

Corin stał pośrodku rozległej, niemal pustej przestrzeni. Za plecami i po bokach nie było nic. Przed nim – lustra.

Istny labirynt. 

Corin wziął wdech i przymknął na chwilę oczy. Potem ruszył przed siebie. Krokom ciężkich butów na czarnej tafli towarzyszyło zwielokrotnione echo. 

W odbiciu zobaczył siebie. Chudą sylwetkę, skrytą pod ciemnym płaszczem. Proste, ciemne włosy, podkrążone oczy na oliwkowej twarzy. Srebrny medalion kołyszący się na piersi. Poszedł dalej, nie zatrzymując się, aż dotarł do rozwidlenia. Z lewej i z prawej spoglądali na niego Schodzący. Wybrał tego po lewej.

Skręcił i przeszedł kilka kroków, gdy kątem oka dostrzegł cień. Ciemny kształt mignął mu na szkle. Chwilę później, na mgnienie oka, dostrzegł go kawałek dalej.

Stanął przed lustrem, na którym widział to po raz ostatni. Przez chwilę wpatrywał się po prostu w swoje odbicie. Potem to usłyszał. Cichy, jakby dochodzący z daleka śmiech dziecka. Przyłożył ucho. Śmiech rozbrzmiał nieco głośniej, a potem zmienił się w przestraszone, błagalne krzyki.

– Nie, nie, nie, proszę!

Cisza.

Corin ruszył dalej. Labirynt gęstniał – lustra stały coraz bliżej, aż momentami musiał się przeciskać. W pewnym momencie dotknął policzkiem zimnej tafli. Poczuł ukłucie bólu. Szkło było wręcz lodowate.

Zaraz po bólu przyszedł strach. Corin odsunął się, zatrzymał. Uczucie minęło.

Tak działasz, pomyślał i odwrócił się w stronę, z której przyszedł. Schodzący wokół odwrócili się wraz z nim.

Korytarz wyglądał inaczej. Powinien skręcać w lewo, a zamiast tego rozgałęział się. Nie było możliwości, żeby Corin się pomylił. 

– Ciekawe – mruknął do siebie. – Wiesz, że tu jestem!

Odpowiedziała mu kakofonia. Trzask. Wystarczyła chwila, by zrozumiał, co się dzieje i rzucił się na ziemię, zakrywając twarz. Odłamki pękających luster spadły na niego jak łucznicza salwa. Zalała go fala chłodu, a wraz z nią przez umysł Schodzącego przetoczyły się kawalkada emocji i strzępy obrazów.

Nie tak trzymasz łyżkę. 

Zaprzyjaźnijcie się. 

Zapamiętasz? 

Masz do zrobienia coś bardzo ważnego. 

Nikomu nie możesz o tym powiedzieć.

Mam pomysł.

Nie, nie, nie, proszę!

Minęło. Corin podniósł się powoli. Stał na srebrnym pyle strzaskanych luster. Rozejrzał się. 

Labirynt zniknął. Ktoś przyglądał mu się z daleka – niska postać w ciemnej opończy skrywała twarz pod kapturem. Corin ruszył w jej kierunku.

– Lucan?

– Nie zbliżaj się, Schodzący. Zostaw chłopaka w spokoju.

– Nie ja zabieram mu spokój. – Corin nie zatrzymał się. – Wypuść go.

– Ze mną jest bezpieczny. Dbam o niego. Chronię przed tym, czego nigdy nie powinien się dowiedzieć.

– Walczysz na próżno. On to wie. Cokolwiek ukrywasz, zacząłeś zbyt późno. Krzywdzisz go. – Corin zatrzymał się. Dzieliło ich kilkanaście kroków.

– Beze mnie sobie nie poradzi. Chronię go – powtórzyła postać.

– Przejmujesz go. 

Demon odrzucił kaptur. Corin ujrzał dziesiątki swoich odbić w kryształowej twarzy potwora. Sięgnął do srebrnego znaku i zerwał go z szyi, a sztylet w jego dłoni zapłonął błękitnym ogniem. Stwór rzucił się na niego.

Przez ułamek sekundy po prostu był daleko, a w następnej chwili kryształowa twarz znalazła się tuż przed Corinem. Spojrzał w setkę własnych oczu naraz i uskoczył. Dłoń zwieńczona szklanymi pazurami rozcięła powietrze tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się jego szyja.

Demon zawrócił bez najmniejszego wysiłku. Nie zostawiał śladów na srebrnym pyle. Sunął nad nim, jakby nie dotykał ziemi. Nagle przyspieszył, zaszarżował raz jeszcze, ale tym razem Corin nie zamierzał odskakiwać. Wygiął się, by zejść z linii ataku i – gdy rozczapierzona łapa go minęła – wbił sztylet w mostek potwora.

Usłyszał trzask, jak gdyby walił się szklany sufit. Na dłoniach i szyi demona pojawiły się pęknięcia, które zaraz dosięgnęły także jego twarzy.

Zniekształcone odbicia Corina uśmiechnęły się do niego, a potem zniknęły, gdy stwór rozsypał się na kawałeczki.

 

*** 

 

– Corin? Wróciłeś?

Corin chrząknął w odpowiedzi. Cofnął dłoń ze znakiem z lodowatego czoła Lucana i odwrócił się w stronę stojącego przy drzwiach towarzysza.

– Jak długo? – zapytał, czując, że gardło ma wyschnięte na wiór.

– Zwyczajnie. Nie zdążyłem ścierpnąć. – Mykel uśmiechnął się. – Jak poszło?

– Kim panowie są? – dobiegł ich chłopięcy głos. – Gdzie mama?

– Zaraz do ciebie przyjdzie. Zawołaj ją, Mykel. Jak się czujesz?

Zanim Lucan zdążył odpowiedzieć, utonął w objęciach matki, która najwyraźniej czekała już pod drzwiami. Łzy ciekły jej po twarzy, rozmazując makijaż. Spojrzała na Corina sponad ramienia syna.

– Bardzo dziękuję – powiedziała, gładząc chłopca po włosach. – Czy teraz… czy on…

– Jest bezpieczny.

– Ale skąd to się wzięło? Wiadomo, dla…

– Zapraszam do gabinetu – odezwał się od drzwi Arved. – Proszę za mną.

– Nie chce pan najpierw… – zaczął Mykel, ale Corin uciszył go spojrzeniem. 

– Idziemy.

– Pięćdziesiąt koron – powiedział Arved, gdy chwilę później weszli do gabinetu. – Proszę. – Wręczył Corinowi mieszek.

– Hej, chwilę! Stawka to sto pięćdziesiąt koron – zwrócił uwagę Mykel i tym razem Schodzący mu nie przerwał. – To standardowa opłata za udane Zejście, jednakowa w całym królestwie. 

– Właśnie. – Arved uśmiechnął się brzydko. – Za udane. Słyszałem historie o takich, którzy zapłacili Schodzącemu pełną kwotę, a gdy tylko ten zniknął na trakcie, problem powracał. Albo gorzej. Nie zapłacę wam całości, dopóki nie będę pewny, że Lucan wyzdrowiał.

– Nie taka była umowa – gorączkował się Mykel. – Brakuje stu koron.

– Mój towarzysz ma rację – powiedział spokojnie Corin. – Nie taka była umowa. Przyjmijmy jednak, że twoje obawy są uzasadnione. Tydzień.

– Co? – zapytali równocześnie Arved i Mykel.

– Wrócimy za tydzień.

– Po pieniądze? – tym razem odezwał się tylko Mykel.

Corin nie spojrzał na niego. Patrzył tylko na Arveda.

– Nie tylko.

 

*** 

 

– Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie zmusiliśmy go do zapłacenia całości – pieklił się w siodle Mykel. – Odlicz od tych pięćdziesięciu koron nocleg i jedzenie na czas, kiedy będziemy tu zbijać bąki. Nadstawiasz karku, walczysz z demonami, a zupełnie się nie cenisz, Corin.

– Nie będziemy tu nocować.

– W końcu obudził się w tobie przedsiębiorca! Zrozumiałeś, że ceny w Costinos są zdecydowanie zawyżone? Zatrzymamy się przy gościńcu w okolicy? Mijaliśmy po drodze jedną niczego sobie karczmę.

– Wracamy do stolicy, Mykel. Król musi się dowiedzieć, co stało się z jego wnukiem.

 

***

 

Tydzień później znów stanęli przed rezydencją Arveda Mornesa.

Deszcz przestał padać, ale nad Costinos nadal wisiały ciężkie, szare chmury. Błoto na placu zgęstniało i przyklejało się do końskich kopyt. Wilgoć osiadła na murach.

– Mógł chociaż dopłacić za tę drogę – mruknął Mykel. – Dwa razy przez to samo bagno powinno kosztować podwójnie.

Corin zsiadł z konia.

Za nimi zatrzymało się sześciu jeźdźców w granatowych płaszczach królewskiej straży. Na srebrnych zapinkach nosili wizerunek korony przebitej pionowo mieczem. Dowodzący nimi porucznik Ravek zdjął rękawicę i otarł mokrą twarz.

– To tutaj? – zapytał.

– Tutaj – odpowiedział Corin.

– Pustawo – ocenił Mykel, który także zeskoczył z siodła. – Dał nogę?

Gdy byli tu poprzednio, na podwórzu tętniło życie. Rozładowywano towary do wtóru pokrzykiwań woźniców, próbujących doprowadzić wozy pod odpowiednie wrota. Dziś przed posiadłością Arveda Mornesa panował spokój.

W cieniu pod wiatą, pod którą kilka dni temu Corin i Mykel chronili się przed deszczem, siedział Lucan. Obejmował podwinięte nogi i w bezruchu wpatrywał się w mur po przeciwnej stronie. Obok chłopca, na ziemi, leżał drewniany konik. 

– Wygląda lepiej – powiedział cicho Mykel, gdy wchodzili na plac. – Nabrał trochę kolorów.

Zanim Corin zdążył odpowiedzieć, główne drzwi otworzyły się i stanęła w nich Greta. Uśmiechnęła się na widok dwójki przybyszów, ale twarz jej sposępniała, gdy w bramie dostrzegła królewską straż. Zeszła szybko po schodach i zagarnęła Lucana. Z chłopakiem przy boku podeszła do Corina i Mykela. Nie miała makijażu, który ukryłby siniaki na twarzy.

– Sądziłam, że przyjedziecie sami.

– Król nie chciał się na to zgodzić. Zastaliśmy Arveda?

– Spakował się jeszcze tego samego dnia. Tyle go widziałam.

– Wiesz, dokąd wyjechał?

– Domyślam się, że gdzieś, dokąd nie mogłabym was zaprowadzić.

– Mamusiu, czy ten pan idzie po mnie?

Corin odwrócił się. Zbliżał się do nich Ravek – prawa ręka dowódcy królewskiej straży, a wkrótce podobno jego następca. Skinął Grecie głową i przedstawił się. 

– Mąż wyjechał – powiedziała Greta. – Nie wiem, dokąd.

– Podejrzewaliśmy, że tak się stało. Jak na moje, to przyznanie się i do winy, i do tchórzostwa. – Ravek splunął w błoto.

– Choć się z tobą zgadzam – powiedział Corin – ucieczka niestety niczego nie dowodzi. Czy możemy wejść do środka?

Greta objęła mocniej Lucana. Przez chwilę patrzyła na Corina, starając się dostrzec w jego oczach odpowiedź na niezadane pytanie. Nie potrafił jej udzielić.

– Zapraszam.

Ravek machnął ręką, a jego ludzie wzięli się do roboty. Dzięki opowieści Corina wiedzieli, co robić. Jeden z nich, przechodząc, wyrwał chłopcu z ręki drewnianą zabawkę.

– Hej! – oburzył się Mykel. – Ale dzieciaka zostaw w spokoju!

Corin westchnął, a Ravek spochmurniał. Greta powiodła po nich wzrokiem. 

– Nie, nie ma mowy – powiedziała, cofając się wraz z synem. – Nie, nie, nie.

– Musi zostać przesłuchany – powiedział stanowczo Ravek. – Mamy poważne podstawy, by przypuszczać, że…

– Gówno mnie obchodzą wasze podstawy i przesłuchania! – krzyknęła Greta. Corin dostrzegł, że do oczu chłopaka napłynęły łzy.

– Naprawdę muszą to zrobić – powiedział. – Król oczekuje prawdy.

– Zamknij się! Ty ich tu przyprowadziłeś! Po co? Po co go ratowałeś? Tylko po to, żeby teraz… – głos uwiązł jej w gardle. 

Corin milczał.

– Powiem im, mamo. Tylko już nie płacz.

 

***

 

Corin i Mykel opierali się o ścianę na korytarzu pod drzwiami gabinetu Arveda. Nie zostali zaproszeni do środka. Przez drzwi dobiegał do nich niski głos Raveka i szloch Grety. Lucan opowiadał zbyt cicho. Corin domyślał się jednak, co to za historia.

– Jesteś pewny, że chcesz to powiedzieć królowi? – zapytał go Mykel tydzień wcześniej, gdy podzielił się z nim swoimi domysłami. – Nie wiesz, jak zareaguje. Jeżeli to, co mówisz, jest prawdą, chłopak jest winny.

– Arved jest winny.

– Corin, czy ty się słyszysz? – Mykel ściszył głos. Siedzieli w gospodzie, pół dnia drogi od stolicy. – Mówisz, że kupiec, któremu przestało iść w interesach, postanowił zabezpieczyć sobie przyszłość. I zrobił to w tak kretyński sposób, że bardziej kretyński trudno mi sobie wyobrazić. Zauważył, że jego syn i królewski wnuk są do siebie całkiem podobni. 

– Lucana trzeba było trochę pofarbować, a już na pewno nauczyć dworskich manier i obyczaju – potwierdził Corin. – Widziałeś prześcieradło, widziałeś księgozbiór.

– Trzeba by być idiotą, żeby porwać następcę tronu i kazać własnemu synowi się z nim zaprzyjaźnić. A potem liczyć na to, że w przyszłości uda się wysłać go do stolicy jako oryginał. Król ma już swoje lata, nie przeczę. I, nie powtarzaj tego w stolicy, może zgadzam się z tymi, którzy mówią, że podczas wypadku na polowaniu stracił nie tylko syna, ale także piątą klepkę. Ale są jakieś granice!

– Arved musiał liczyć na to, że jeżeli wyczeka odpowiednio długo, uda mu się wysłać Lucana na królewski dwór. Chłopak miał dowiedzieć się o królewiczu jak najwięcej, aby stać się jego wiernym sobowtórem. Wtedy mógłby zacząć nakłaniać króla, by spojrzał przychylniej na Arveda i jego interesy.

– Myślisz, że naprawdę by coś takiego wymyślił?

– Ty mi powiedz, Mykel. Ty jesteś przedsiębiorczy.

– Jeżeli naprawdę zaczął mu się palić grunt pod nogami… Wiedział, że musi postawić wszystko na jedną kartę. 

– Handlował z Wyspami Zachodnimi. Wiesz, co robią swoim dłużnikom. Tonący brzytwy się chwyta.

Mykel zamilkł. Wiedział doskonale. Ciała kilku takich dłużników widział na własne oczy.

– Mam tylko nadzieję – odezwał się w końcu – że przynajmniej co do zakończenia się mylisz.

– Chciałbym, Mykel. Chciałbym się mylić.

 

***

 

Drzwi gabinetu otworzyły się. Lucan i Greta wyszli na korytarz. Zapuchnięte od łez oczy kobiety nawet na chwilę nie zwróciły się w stronę Corina i Mykela.

– Wejdźcie. – Ravek stanął w progu. – Musimy porozmawiać.

Zamknął za nimi drzwi. Podszedł do okna i przez chwilę patrzył w milczeniu na dziedziniec.

– Miałeś rację, Corin – powiedział wreszcie, nie odwracając się. – Jednego popołudnia, gdy Arved upił się do nieprzytomności, królewicz Keff namówił Lucana, żeby pobawili się na podwórzu. Lucan miał kategoryczny zakaz wypuszczania królewicza z piwnic, ale tego dnia się zgodził.

– Poczekaj – przerwał mu Corin. – Jeszcze w tej chwili oficjalnie o wszystkim wiesz tylko ty. Ja mam jedynie domysły, a one są nic niewarte.

W odbiciu w szybie zobaczył, jak strażnik delikatnie kręci głową. 

– Pijany ojciec miał się o niczym nie dowiedzieć – podjął Ravek. – Tyle tylko, że królewicz nie chciał się bawić. Gdy wyszli na zewnątrz, zaczął uciekać. Przerażony Lucan puścił się za nim przez płot. Keff miał pecha, bo przeskakując, źle stanął i upadł. Lucan go dopadł. Zaczęli się szarpać. I wtedy pojawił się Arved. Pijany i wściekły. Lucan, nie mogąc uspokoić królewicza, chwycił otoczak i uderzył go w głowę. 

Mykel zaklął cicho. Corin milczał.

– Zakopali dzieciaka w ogrodzie – podjął Ravek. – Arved przysiągł Lucanowi, że jeżeli piśnie o tym choćby słowo, komukolwiek, dołączy do niego. 

– Ale w takim razie – odezwał się Mykel – czemu wezwał Corina?

– To nie on – powiedział Corin. – Greta nas wezwała. Gdy Arved się dowiedział, wściekł się. Ale że nie mógł tego odwołać, postanowił pozbyć się nas jak najszybciej.

– Dlaczego nam nie zapłacił? Gdyby nie to, nie musielibyśmy tu wracać.

– Powód jest trywialny. Nie miał. Wszystko szło na długi. 

– Miał przecież sygnet.

– Ostatnią deskę ratunku. Nie dla nas.

Ravek odwrócił się od okna. Zmarszczył czoło i zagryzł wargę.

– Nie wiem, co z tym zrobić – powiedział w końcu. – Jeżeli wyznam w stolicy prawdę, młody zawiśnie. Jeżeli coś zataję, a prawda kiedyś wyjdzie na jaw…

– Komuś musiałoby zależeć, aby wyszła – zwrócił uwagę Mykel. – Greta nic nie powie. Lucan też nie. 

– Twoi ludzie wiedzą, że rozmawiamy – powiedział Corin. – Gdyby to od nas wyszła prawda, masz świadków, którzy przyznają, że najpierw wspólnie umówiliśmy się, by ją zataić. 

– Arved?

– Najpierw musiałby wyściubić nos z kryjówki. 

– Król postawi na nogi całe państwo, żeby go dopaść – powiedział Ravek. – Do niczego więcej nie dojdziemy. To kwestia sumienia, nie logiki. Powiemy królowi, że Arved stoi za porwaniem i śmiercią jego wnuka.

– Czyli nie powiemy prawdy – stwierdził Mykel.

Corin uśmiechnął się.

– Powiemy. Mniej więcej.

Koniec

Komentarze

Hej

 

Rozmawiamy. I zaczynam od pytania, gdzie jest chłopak.

?

 

Arved ponownie sięgnął po kieliszek. Wypił i pogładził się ręką po szyi.

 

Może: ponownie uniósł kieliszek 

Wtedy pozbywasz się jednego "po"

 

Stan Lucana jest… naprawdę zły. Nawet kiedy ma lepszy okres, trudno się z nim rozmawia. Opowiada brednie, ale robi to w tak przekonujący sposób, że gdybym go nie znał, uwierzyłbym.

 

Może: Opowiada takie rzeczy… ale robi to w tak przekonujący sposób.

 

Brednie, to brednie chyba trudno w nie uwierzyć 

 

Sypialnia Lucana znajdowała się za drzwiami najbliżej schodów. Była większa od niejednego domu w Costinos.

 

A może: Sypialnia Lucana była większa…

 

Po co nam informacja, że za drzwiami i najbliższymi schodami 

 

Sufit zdobił – dziś wyblakły – gwiazdozbiór Kupca. 

 

Może: już wyblakły albo wyblakły – i bez "-" 

 

Corin zbliżył się do śpiącego chłopca. Drobny Lucan zdawał się wręcz tonąć w ogromie łoża. Na prześcieradle pod jego głową odznaczały się stare, ciemne plamy.

 

Corin podszedł 

Drobny Lucan tonął w ogromie łoża 

Pod głową chłopca widniały 

 

Możesz się pozbyć wszystkich "się" i jednego "jego" 

 

– A ja sądzę, że marnujesz swój cenny czas, Arvedzie – przerwał mu Corin. – Jeżeli uważasz, że twoja małżonka nie ma nic ważnego do powiedzenia, możesz odejść, zająć się niecierpiącymi zwłoki sprawami.

 

Jest tam jeszcze jakiś kupiec, że Corin tak podkreśla czyj czas i czyja żona ;)

 

Corin Mettel, licencjonowany Schodzący w stopniu Mistrza – przedstawił się. – Proszę nie przejmować się obecnością mojego zbrojnego towarzysza. To Mykel Veis, sierżant straży miejskiej. 

 

Wszyscy wiedzą czyj to zbrojny :P

 

Mąż ma rację. Jestem gotów. Proszę wyjść.

 

Usłyszał, jak za jego plecami Arved nabiera powietrza. Odwrócił się do niego.

 

– To niezbędne – powiedział, patrząc kupcowi w oczy. – Proszę zabrać małżonkę i nie wracać, dopóki Mykel was nie zawoła.

 

Te 2 zdania od Usłyszał możesz, a nawet powinieneś usunąć i zostawić tylko dialog Schodzacego. One nic nie wnoszą, a do tego tak dziwnie opisują sytuację, że nie wiadomo co kto robi i po co.

 

Mykel otworzył drzwi i gestem zachęcił gospodarzy do wyjścia. Zamknął za nimi drzwi.

 

2 zdanie zbędne 

 

 

Gdy jego towarzysz przykrył srebrny znak dłonią i zesztywniał, Mykela przeszedł dreszcz.

 

 

 

*** 

 

 

 

– Nie znajdziesz mnie. – Lucan otworzył oczy i obnażył drobne zęby. – Nigdy mnie nie znajdziesz.

 

– Nie ciebie szukam – odpowiedział Corin.

 

Pokój zniknął.

 

Ja bym tego nie rozdzielał i można by dopisać dlaczego zbrojny tak zareagował– opisać coś więcej niż zesztywniał – to samo w sobie nie jest ani dziwne, ani straszne.

 

 

Lustra.

 

Ja bym usunął, za chwilę piszesz o lustrach.

 

Upewnił się, że ma na szyi medalion.

 

Hmm to chyba też jest zbędne, za chwilę znowu piszesz o medalionie – wiemy już, że jest ważny

 

Zanim Lucan zdążył odpowiedzieć, utonął w objęciach matki, która najwyraźniej czekała już pod drzwiami. 

 

Strasznie skrótowo – Zanim Lucan odpowiedział matka wpadła do pokoju… – i bez tłumaczenia co może robiła ;)

 

Gdy byli tu poprzednio, na podwórzu tętniło życie. Rozładowywano towary do wtóru pokrzykiwań woźniców, próbujących doprowadzić wozy pod odpowiednie wrota. Dziś przed posiadłością Arveda Mornesa panował spokój.

 

Wiemy jak było. Może: Przed domem kupca nie było nikogo. Posiadość wyglądała na opuszczoną itp. 

 

Sprawdź tekst po kątem– jej, jego, swego

 

Pomysł jest fajny, a profesja Schodzacego ciekawa – nie widzę tu kliszy z Wieśka 

 

Opowiadanie, do odebrania zapłaty, jest bardzo interesujące. Jest klimat, bohaterowie interesujący ( bardziej zbrojny, bo Schodzący to taki trochę mruk ;). Walka czy raczej egzorcyzm jest przedstawiony dość oryginalnie:).

 

Ale po odebraniu zapłaty dzieje się coś dziwnego. Nagle streszczasz fabułę w dialogach, po co? No dobra pomysł jest zbyt zawiły by go zmieścić w 30 tys znakach przyznaję – ale streszczenie zabija historię. To lepiej jest napisać więcej albo uprościć zamysł. 

 

No i nic nie wiemy o Schodzący i nawiedzeniu – wiemy, że było i jak Schodzący pozbył się intruza – ale na tym koniec. 

 

Szkoda bo do połowy to był interesujący tekst – dam klika na zachętę ale następnym razem poproszę bez streszczeń :P

 

Pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardzie, dziękuję serdecznie za wizytę!

Wprowadzeniem poprawek w oparciu o Twoje wskazówki zajmę się wieczorem lub jutro – przejrzałem, większość bardzo celna i na pewno wyjdzie tekstowi na dobre.

Jeśli chodzi o uwagi końcowe, to:

po pierwsze, niech wybrzmi, że przeczytałem je głosem aca, który w becie napisał bardzo podobne rzeczy. To właśnie tę część zakwalifikowałem do opisanych w przedmowie uwag, które uważam za mega trafne, ale przerastające moje aktualne kompetencje pisarskie. Fakt, że też je podnosisz, po dwakroć upewnia mnie, że to ćwiczenie było ważne i zrobiło, co zrobić miało – a także dało jasno do zrozumienia, jakie powinny być kolejne kroki w rozwoju;

po drugie, dzięki za klika. Czuję się zachęcony! :)

po pierwsze, niech wybrzmi, że przeczytałem je głosem aca, który w becie napisał bardzo podobne rzeczy

Mówiłem. ;)

 

Kopiuję z bety:

Ogólnie – wiedźmin, inkwizytor i Paulo Coelho wchodzą do baru a barman mówi – Cześć, Corin.

 

Warsztatowo bardzo dobrze. Masz niezłe setupy, podkręciłbym tylko tego wnuka na początku, żeby nie przepadł. Zwłaszcza, że forum nie należy do najbardziej uważnych czytelników. Ale tekstów jest tyle, że ciężko utrzymać skupienie więc rozumiem.

Przemyślałbym uproszczenie intrygi. Nie rozumiem po co podmianka.

Mój ulubiony fragment to opis walki – nic nie tłumaczysz tylko pokazujesz co się dzieje.

Cała historia i intryga dobrze przemyślana i zgrabnie przedstawiona. Prosta, ale skuteczna.

 

Największy mój zarzut to dialogi. Wykorzystujesz je, by jak krowie na rowie tłumaczyć czytelnikowi co się dzieje i jak ma się czuć. Za dużo, zbyt nienaturalnie. Połowa jest imo do przepisania.

także dało jasno do zrozumienia, jakie powinny być kolejne kroki w rozwoju;

 

No i o to chodzi:) – najważniejsze, że wiesz co robić dalej :)

 

Mówiłem. ;)

No właśnie, czasem warto posłuchać betujących ale tylko czasem ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Dziń dybry!

 

wkrótce po wyruszeniu w trasę znów byli przemoknięci.

Dopiero zaczęłam lekturę, ale mam wrażenie, że akcja toczy się w średniowieczu/wczesnej nowożytności. Trasa brzmi więc zbyt nowocześnie. Może zastąpić ją podróżą?

 

Uporczywa mżawka zamieniała drogi w błoto, a dachówki pokrywała śliskim połyskiem.

 

Uporczywa mżawka zamieniała drogi w błoto, a dachówki pokrywała śliskim połyskiem. Wozy na głównej ulicy toczyły się wolno, skrzypiąc pod ciężarem towarów. W powietrzu unosił się zapach mokrego drewna, końskiego nawozu i przypraw przywiezionych z dalekiego południa. 

Ogólnie bardzo ładny i sprawny opis. Mamy wszystko: widok, dźwięki, nawet zapachy. Tylko ten śliski połysk mi nie gra.

 

Mykel wskazał ręką.

Automatycznie zakładamy, że coś wskazuje się ręką. Dopisujemy część ciała dopiero wtedy, gdy nie wskazujemy oczywistą ręką, np. głową czy nogą.

Mykel wskazał rozciągające się przed nimi budynki/budowle.

 

Moneta wielkości dłoni z niewielkim otworem w samym środku. Z jednej strony widniały zamknięte drzwi, z drugiej prowadzące w dół schody.

Jak mogły widnieć obie strony naraz? Rozumiem, że to narrator wszechwiedzący, więc widniały lepiej zastąpić pokrywały (ją) na przykład. Bo widniały sugeruje, że obserwator widzi to w tym momencie.

 

Na twarzy kroczącego z tyłu Mykela zatańczył drwiący uśmiech.

Chyba przesadzona personifikacja.

 

Arved nie był pierwszym, który rozmawiał wyłącznie ze Schodzącym, jego strażnika szybko zaczynając traktować jak powietrze.

Końcówka bardzo niezgrabna.

→ Arved nie był pierwszym, który rozmawiał wyłącznie ze Schodzącym, traktując jego strażnika jak powietrze.

 

Arved usiadł w fotelu i gestem zaprosił Corina do tego samego.

Fotela?

 

Mykel przystanął przy drzwiach.

 

Martwię się o niego, a pańska profesja… powiedzmy, że nie poprawia mi nastroju.

Hm, chyba bardziej tu pasuje obecność niż profesja

 

Cały dygotał, pomimo pierzyny i tego, że noc była ciepła. 

→ Cały dygotał, pomimo pierzyny i ciepłej nocy.

 

Zamrugała, by powstrzymać łzy.

– To w taki dzień próbował…?

Domyślam się, że nie ona to powiedziała, ale zapis tak sugeruje.

 

Mykel otworzył drzwi i gestem zachęcił gospodarzy do wyjścia. Zamknął za nimi drzwi.

Kłopotliwe powtórzenia. Hm, jak sobie z tym poradzić?

→ Mykel otworzył drzwi, i po tym, gdy gestem zachęcił gospodarzy do wyjścia, zamknął je za nimi.

Nie jest idealnie, ale nic lepszego na razie mi nie przychodzi do głowy.

 

Choć widział Zejście już kilkukrotnie, nie przywykł.

Czegoś mi tu brakuje.

→ Choć widział Zejście już kilkukrotnie, nadal nie przywykł do rytuału.

 

– Wiesz, że tu jestem! – powiedział głośno.

Zbędne, wiemy to dzięki wykrzyknikowi.

 

Odpowiedziała mu kakofonia.

Nie jestem pewna, czy nie trzeba dookreślić, jakich dźwięków kakofonia, może ktoś mądrzejszy ode mnie się wypowie.

 

Labirynt zniknął. Ale to nie wszystko. Ktoś przyglądał mu się z daleka

Totalnie zbędne.

 

Gdy byli tu poprzednio, na podwórzu tętniło życie. Rozładowywano towary do wtóru pokrzykiwań woźniców, próbujących doprowadzić wozy pod odpowiednie wrota. Dziś przed posiadłością Arveda Mornesa panował spokój.

Ładnie pokazany kontrast atmosfery.

 

Obejmował rękoma podwinięte nogi

No chyba nie obejmował nóg nogami? :P

 

Zbliżał się do nich Ravek – prawa ręka dowódcy królewskiej straży, a niedługo podobno jego następca.

Lepiej: wkrótce.

 

Jak na moje, jest to przyznanie się i do winy

 

– Arved musiał liczyć na to, że jeżeli wyczeka odpowiednio długo, uda mu się wysłać Lucana na dwór.

Na dwór? W sensie, że na zewnątrz?

Dodałabym: królewski.

 

Chłopa miał dowiedzieć się o królewiczu jak najwięcej

Zjedzona literówka.

 

W odbiciu w szybie zobaczył, jak strażnik delikatnie kręci głową. 

→ W odbiciu szyby zobaczył, że strażnik delikatnie kręci głową. 

 

 

 

Ale Ty ładnie piszesz! Tak bardzo obrazowo, kadrowo. Tutaj ktoś się pogładził po szyi, tam ktoś obraca sygnet w palcach… Ładne to i wiarygodne, lubię, gdy pisarz dba o takie szczegóły.

I nie tylko o takie szczegóły: np. pół dnia drogi od stolicy. Taka schludność stylistyczna bardzo mi imponuje, brawo!

 Wątpliwości mam takie, że w sumie nie zrozumiałam, o co chodzi z tym Zejściem i co ona miała wspólnego z tą całą intrygą.

Ale i tak kliczek się należy, pozdrawiam serdecznie!

Upadłeś i od razu się poddajesz? To jakim cudem nauczyłeś się chodzić?

Tylko ten śliski połysk mi nie gra.

Mówiłem. x2 xD

Bar­dzie, dzię­ku­ję raz jesz­cze za wska­za­nie błę­dów i po­tknięć w tek­ście. Jak pi­sa­łem wcze­śniej – więk­szość po pro­stu wpro­wa­dzam bez dys­ku­sji. ;) Po­ni­żej kilka miejsc, o któ­rych mo­że­my ciut po­dy­sku­to­wać.

 

(Wła­śnie) Roz­ma­wia­my. I za­czy­nam (tę roz­mo­wę) od py­ta­nia, gdzie jest chło­pak.

Tak w mojej gło­wie brzmia­ła pełna wy­po­wiedź, ale skró­ci­łem zbęd­no­ści.

 

Sufit zdo­bił – dziś wy­bla­kły – gwiaz­do­zbiór Kupca. 

Po­pra­wi­łem zgod­nie z Twoja su­ge­stią, jed­nak daję znać, że wcze­śniej ce­lo­wo było to roz­dzie­lo­ne, aby za­trzy­mać na chwi­lę wzrok na tym frag­men­cie. Li­czy­łem, że w tym miej­scu czy­tel­nik prze­ko­na się, że może i jest tu tak jakby luk­su­so­wo, ale także pewne nie­do­cią­gnię­cia są, co świad­czy o pro­ble­mach Arve­da. 

 

A ja sądzę, że mar­nu­jesz swój cenny czas, Arve­dzie – prze­rwał mu Corin. – Je­że­li uwa­żasz, że twoja mał­żon­ka nie ma nic waż­ne­go do po­wie­dze­nia, mo­żesz odejść, zająć się nie­cier­pią­cy­mi zwło­ki spra­wa­mi.

Czaję, że wy­stę­pu­ją tu za­im­ki, któ­rych w teo­rii mo­gło­by nie być, ale… po­wie­dzia­łem sobie tę wy­po­wiedź bez za­im­ków na głos i kom­plet­nie mi nie brzmi jak kwe­stia, którą ktoś by wy­po­wie­dział. Jak na­pi­sa­na przez nar­ra­to­ra – może jesz­cze, ale w dia­lo­gu jej nie czuję.

 

Wiemy jak było. Może: Przed domem kupca nie było ni­ko­go. Po­sia­dość wy­glą­da­ła na opusz­czo­ną itp.

Wiem, że wie­cie – mimo wszyst­ko chcia­łem za­grać kon­tra­stem. ;) 

 

Dzię­ku­ję ser­decz­nie, tekst dużo zy­skał!

 

Hol­ly­Hel­l91 (ile­kroć na­tknę się na Twój nick, nucę Ar­chi­tects), rów­nież ser­decz­nie dzię­ku­ję, że wpa­dłaś i po­świę­ci­łaś czas na wska­za­nie po­tknięć. Na­nio­słem rów­nież po­praw­ki, które su­ge­ro­wa­łaś. Je­dy­nie z ostat­nią rze­czą mam pro­blem i będę mu­siał tro­chę po­gu­glać, żeby uwie­rzyć. Serio w od­bi­ciu szyby? To mi brzmi, jakby to szyba się od­bi­ja­ła w czymś (np. w lu­strze). Ale bar­dzo moż­li­we, że masz rację, tylko muszę wło­żyć palec w po­twier­dze­nie z po­rad­ni ję­zy­ko­wej.

Za miłe słowa na końcu i za klicz­ka bar­dzo dzię­ku­ję, przyj­mu­ję z ru­mień­ca­mi na twa­rzy.

 

ac, idź być mądry gdzie in­dziej. XD

 

Cześć, barniusz 

Czytało się naprawdę dobrze. Bardzo zręcznie budujesz fabułę i przede wszystkim konsekwentnie. Nie widzę przypadkowości. Dialogi są wiarygodne, jak również postacie, które są barwne i ciekawe. Do końca zastanawiałem się, o co chodzi z tym chłopakiem. 

Ode mnie klik! 

Pozdrawiam

Cześć, Hesket. 

Bardzo się cieszę, że Ci się spodobało! O dialogach widziałem różne opinie, miło więc przeczytać, że Tobie przypasowały. :) 

Dziękuję za poświęcony czas!

Słowo “pobetowo”: Tekst chyba spełnił swoje zadanie: narracja w dłuższe formie, kreacja bohaterów, dialogi OK. Klikać do Biblioteki jeszcze nie mogę, ale mam nadzieję, że znajdą się ludzie, którzy to zrobią (widzę, że paru już jest). Pozdrawiam!

Zajrzałem tu po lekturze niezłego “Usuniemy to panu hurtowo” i nie zawiodłem się. Tekst uważam za naprawdę sprawnie napisany, czytało mi się go szybko i bezboleśnie. Może i gdzieś tam widać subtelne wpływy Sapkowskiego, jednak opowiadanie ma swój własny charakter. Intryga cokolwiek naciągana, spodziewałem się, że Lucan był “tylko” molestowany seksualnie lub bity przez ojca i stąd to opętanie, ale koniec końców był to kawałek satysfakcjonującej lektury. Ode mnie klik i obietnica, że na pewno będę do Ciebie jeszcze wpadał, barniuszu.

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Grzesiek, dzięki raz jeszcze za wsparcie podczas bety. :) 

Bolly, dziękuję za wizytę. Cieszę się, że zyskałem przyszłego czytelnika, mam nadzieję, że nie rozczaruję. :) To, co wskazujesz, jako słabsze elementy, nie pozostawia miejsca do dyskusji. Celem na przyszłość pozostaje dla mnie, żeby w tych elementach się rozwinąć, nie tracąc w pozostałych. 

Myślę, że zostanę jeszcze na przynajmniej jeden tekst przy Corinie i Mykelu – dają fajny punkt zaczepienia do prac nad warsztatem.

Możesz sobie pofratulować. Przeczytałem betę. Z zainteresowaniem. Co więcej – przeczytałem fantasy! Czego nie robię zazwyczaj. Powiem tak: niezły pomysł i wykonanie. Sapkowski to to nie jest, ale na Forum opko jednak się wyróżnia. Logiczne, poukładane. Ważny plus – bardzo dobre dialogi! No i motywacja postaci miarodajna i wiarygodna. Wygląda mi to jednak na fragment czegoś większego. Jakby – wstęp? Jesli tak, kontunuuj, bo warto. Niestety, tu wracam do swych zasad. Betowane, więc nie domykam sprawy bibliotecznym klikiem. Ale nie wątpię, że to tylko kwestia czasu:).

Już tylko spokój może nas uratować

pogratulować (klawiaturka na smartfonie za mała na moje łapy;)

Już tylko spokój może nas uratować

Hej, Rybaku,

dzięki za wizytę! NIe wiem do końca, czego sobie gratulować, bo do Twojej decyzji o odejściu od zwyczajów i chwycenia za betę ręki nie przyłożyłem. Nie mniej, jako beneficjent tejże, cieszę się niezmiernie – zwłaszcza na taką opinię.

Decyzję o nieklikaniu do biblioteki szanuję, w końcu ileż można nagiąć zasad dla jednego tekstu. :) Chciałbym jednak, z czystej ciekawości, zapytać, w jaki sposób rozgraniczasz sobie w podejściu betę i opowiadania opublikowane. Chodzi mi o taki konkretnie moment jak teraz, kiedy już po otwartej publikacji pojawiło się kilka komentarzy, z których autor czerpał, wygładzając tekst. 

Jak postrzegasz betę, a jak szlify po publikacji? ;) 

Jeżeli chodzi o bycie częścią większej całości – intuicja cię nie zawodzi. A raczej, mam podobną, bo póki co tylko o przeczuciach mogę mówić – do planu im jeszcze daleko. :) 

Raz jeszcze dzięki, że wpadłeś!

Hej. Po prostu – co betowane to nie czytane i nie klikane. Nie komplikuję;)

Już tylko spokój może nas uratować

Komentarze PO zamieszczeniu w portalu – rzecz zdrowa. Widac, gdzie jakies błędy, widać, ile w tekście pracy autora.

Już tylko spokój może nas uratować

(W miarę) kumam. : ) 

Dzięki!

Cześć, barniuszu!

 

Historia, moim zdaniem, jest dobrze napisana, czyta się bez zgrzytów i jest prosta, jak sam zaznaczyłeś we wstępie. Właściwie więc nie miałbym się do czego doczepić, ale nie byłbym sobą, gdybym się nie doczepił.

 

Strażnik Mykel jest do niczego niepotrzebny. W sensie nie odgrywa żadnej roli w fabule, jest niewystrzeloną strzelbą Czechowa. Ja wiem, że był ci potrzebny, aby móc budować narrację i wyjaśniać fabułę, ale jako postać jest zbędny. Można go wyciąć i historia się nie zmieni.

 

Demon. O świecie nic nie wiadomo, czepiam się więc tego trochę na siłę, ale tak naprawdę to właściwie nie rozumiem ani czym jest demon, ani dlaczego opętał dziecko, ani co chciał tym osiągnąć. Trochę przez to się to nie klei z pozostałą częścią historii.

 

Kupiec Arved. Jeśli był w stanie porwać wnuka króla (dziedzica tronu, jak przypuszczam, choć pewności nie mam), to musi być bardzo sprytny i bardzo bogaty (lub ogromnie zadłużony, bo taka akcja chyba kosztuje). Jak na człowieka sprytnego, to… Miał pięć tygodni (przynajmniej, bo jeśli informacja jest prawdziwa, od tego momentu Lucan choruje, a więc całość musiała wydarzyć się wcześniej) i nic nie zrobił. Załóżmy, że czuł się bezpiecznie. Ale dlaczego nic nie uczył, kiedy dowiedział się, że żona wezwała schodzącego? Miał zapewne na to kilka dni, a właściwie nic nie zrobił, jakby nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji, jakie to przyniesie.

 

Są­dzi­łam, że przy­je­dzie­cie sami.

Król nie chciał się na to zgo­dzić. Za­sta­li­śmy Arve­da?

Kiedy panowie wyjechali od kupca, założyłem, że wyjechali, bo uznali, że sami go nie pochwycą, okej. Ale później z dialogu wynika, że chcieli wrócić sami od króla. Po co więc do niego pojechali? Po rozkazy? Po zezwolenie? Dali tym sposobem kupcowi czas na ucieczkę, a ten przed ucieczką mógł zabić lub zabrać ze sobą dziecko lub żonę, tak że prawda pozostałaby ukryta. Ich działanie wydaje mi się bezsensu.

 

– Przede wszyst­kim przy­po­mi­nam ci, że nie ro­bi­my tego dla pie­nię­dzy.

Właściwie z całości opowiadania wynika, że robili to dla pieniędzy. Chyba że Corin wiedział lub podejrzewał, że coś z tym synem kupca jest nie tak. Pytanie tylko skąd, skoro nie widział dziecka wcześniej?

 

I na koniec, o zaginionym wnuku królewskim informujesz wcześniej i to na plus, ale zabrakło moim zdaniem przy pierwszym opisie Lucana, że ten któremuś z bohaterów wydaje się znajomy, że jakby już go gdzieś widzieli (co prawda nie wiem, dlaczego jeden lub drugi mieliby widzieć królewskiego wnuka, ale…), bo w sumie dlaczego Corni domyślił się prawdy? Czy tylko przez dziwną wizję w umyśle chłopca?

 

Pozdrawiam i życzę powodzenia przy kolejnych tekstach. :)

Cześć, Zielony Rycerzu!

Bardzo się cieszę, że pozostałeś sobą i nie zakończyłeś posta po pierwszym akapicie. Zwróciłeś uwagę na istotne rzeczy, co na sto procent wyjdzie na dobre kolejnym tekstom.

Jeżeli chodzi o Mykela – w pierwszym pomyśle na opowiadanie w ogóle go nie było. Stanąłem jednak przed problemem – skoro Corin, schodząc, przenosi jaźń do umysłu innej osoby, jego ciało pozostaje bezbronne. A wrogów pewnie co najmniej kilku ma (i właśnie zrobił sobie kolejnego). Nie podobała mi się wizja magicznych barier czy wielkiego zaufania do świata, stąd pomysł na Mykela. Potem ucieszyłem się, że rzeczywiście dzięki niemu Corin może pozostać mrukowaty, a świat i tak się opowiada, więc strażnik został.

Wspominając, że jest w tej historii bezużyteczny, powiedziałeś na głos moje myśli z dzisiejszego poranka. Rozkminiałem, jakie rzeczy mógłby robić Mykel w kolejnych historiach, żeby nie był tylko przedłużeniem narratora, ale miał realny wpływ na fabułę. Kilka pomysłów mam – liczę, że uda mi się je przekuć w teksty i nadać Mykelowi trochę więcej sensu. Uwagę na jego temat przyjmuję w pełni i zgadzam się!

Swoją drogą – jeden z pomysłów na jego wykorzystanie brzmi: a co, gdyby Corin musiał zejść, nie mając pod ręką Mykela? Skubany, niby nic nie zrobił, ale docenisz go, jak go zabraknie! XD

Jeżeli chodzi o demona, także się zgadzam, że mógłby wybrzmieć bardziej. Jeszcze pisząc, zakładałem, że na tym opowiadaniu historia Corina i Mykela się nie skończy, stąd wzbraniałem się przed wykładaniem wszystkich kart na stół. Jak widać, błędnie, bo tekst powinien w pełni bronić się także jako samodzielny twór, a wszyscy zgodnie podnosicie, że nie do końca to robi. :)

No i wreszcie intryga – trzeci strzał, trzecie trafienie. Widzę dziury logiczne, o których mówisz. Do następnego tekstu usiądę dopiero z rozrysowanym schematem. ;) 

Świetnie wyszła Ci relacja między Corinem a Mykelem – widać, że to zgrany duet, a nie jakieś sztucznie doczepione postacie. Czuć, że się znają i szanują, co rzadko wychodzi tak naturalnie. A zakończenie? Zamiast taniego happy endu, zaserwowałaś nam coś, co zostawia z gorzkim posmakiem – i to jest super, bo takie historie pamięta się znacznie dłużej niż te z prostym rozwiązaniem.

DreadyVibe, bardzo dziękuję. :) Zależało mi, żeby w ich relacji przemycić ten rodzaj sympatii i szacunku, który z jednej strony owocuje szczerością, z drugiej – pozwala na kąśliwe żarciki. 

Cieszę się, że widzisz w historii potencjał na zapadnięcie Ci w pamięć! :) 

Nowa Fantastyka