– Corin? – odezwał się spod kaptura Mykel. – Przypomnij mi, ile na tym zarobimy?
– Przede wszystkim przypominam ci, że nie robimy tego dla pieniędzy.
– To po co?
– Bo tak trzeba, Mykel. – Corin westchnął. – Bo tak trzeba.
Deszcz padał od trzech dni. Z trudem rozpalane wieczorami ogniska suszyły ich przez noc, wkrótce po wyruszeniu w podróż znów byli przemoknięci.
Wjechali do Costinos. Uporczywa mżawka zamieniała drogi w błoto, a pojedyncze promienie słońca tańczyły na mokrych dachówkach. Wozy na głównej ulicy toczyły się wolno, skrzypiąc pod ciężarem towarów. W powietrzu unosił się zapach mokrego drewna, końskiego nawozu i przypraw przywiezionych z dalekiego południa.
– Dużo słyszałem o tym mieście – odezwał się znowu Mykel. – Ale nigdy tu nie byłem. A podobno perła regionu!
– Wszędzie jest tak samo – odparł Corin. – Różnią się tylko fasady.
– A propos fasad… – Mykel wskazał rozciągające się przed nimi budynki. – Te są niczego sobie.
Dom kupca Arveda Mornesa stał przy samym rynku. Choć nie dominował wielkością, każdy wiedział, że należy do człowieka bogatszego od połowy miejskiej szlachty.
– Może tobie do szczęścia wystarczy woda ze strumienia i kąt w stodole, ale ja cenię sobie dobre piwo i ciepłe łóżko. Drogo go policzymy?
– Przecież dostajesz żołd.
– Żołd, srołd, Corin. Na nic to nie starcza. Zresztą o ciebie się martwię. Zrobiłbyś coś dla siebie, o wygląd zadbał.
– Dobrze jest, jak jest, Mykel.
– Ty w ogóle mnie nie słuchasz. Mówiłem ci też, że z twoimi zdolnościami szybko moglibyśmy stać się naprawdę bogaci. Z pewnością znalazłbyś sposób, by na przykład odnaleźć królewskiego wnuka. Słyszałeś, że zaginął?
– Słyszałem. Złaź z konia.
***
Parter zajmowały magazyny. Przez szeroko otwarte wrota można było dostrzec bele barwionych tkanin, skrzynie – najpewniej pełne pieprzu i cynamonu – oraz beczki oznaczone czarnym symbolem Wysp Zachodnich. Kilku robotników przenosiło właśnie ciężkie pakunki, unikając wzroku mężczyzn stojących pod wiatą.
Mykel obracał w ustach wykałaczkę. Choć mierzył niemal dwa metry, a przy pasie miał długi miecz, nie on był powodem niechęci. Ten stał obok i spokojnie wpatrywał się w budynek.
Corin Mettel. Schodzący.
Miał na sobie ciemny płaszcz bez herbów i ozdób. Jedynym znakiem jego profesji był srebrny krążek zawieszony na czarnym rzemyku. Moneta wielkości dłoni z niewielkim otworem w samym środku. Z jednej strony wygrawerowane były zamknięte drzwi, z drugiej prowadzące w dół schody.
Mijający ich woźnica wzdrygnął się na widok tego symbolu i obszedł wiatę szerokim łukiem.
– Drugi miesiąc, jak mnie do ciebie przydzielili, a dalej nie mogę się nadziwić, jak wpływasz na ludzi – odezwał się Mykel i przesunął wykałaczkę z jednego kącika ust do drugiego. – A przecież zwykle sami po ciebie wzywają.
Corin pozwolił sobie na krzywy uśmiech.
– Żeby nie było – kontynuował Mykel – ja też to i owo o was słyszałem. I jak mi w pierwszej chwili kapitan powiedział, że będę jeździł ze Schodzącym, to z początku trochę myślałem, jak się przed tym wymigać. Ale nie jesteś taki zły, Corin.
– Dzięki, Mykel. Ty też nie jesteś taki zły. Może tylko trochę za dużo gadasz.
– Ciekawe, że w takim dużym mieście jak Costinos nie mają Schodzącego, co?
– Nie ma nas zbyt wielu, zresztą…
Główne drzwi otworzyły się. Wyszedł przez nie niski mężczyzna o szerokich barkach i starannie przystrzyżonej brodzie. Na palcu błyszczał złoty sygnet. Arved Mornes, jeden z najbardziej wpływowych kupców w królestwie, narzucił na głowę kaptur i szybkim krokiem zszedł po kamiennych schodach, a potem przeszedł przez niewielki plac wprost do przybyszów.
– Mistrz Corin? – Głos miał zachrypnięty, mówił szorstko.
– We własnej osobie – przytaknął Corin. – A to Mykel, stołeczny strażnik, obecnie przydzielony do mnie. Pokazać dokumenty?
– Nie ma potrzeby. – Arved machnął ręką. – Jego płaszcz i pański wisior mówią same za siebie. Dobrze, że przybywacie tak szybko.
– W liście pisaliście, że sprawa jest pilna.
– Bo rzeczywiście jest. Chodźmy do środka.
Odwrócił się i ruszył z powrotem tą samą drogą. Ani razu nie obejrzał się przez ramię.
– Za ten jego sygnet przez miesiąc żylibyśmy jak królowie.
– Skup się, Mykel.
Dom był bogaty, lecz urządzony bardziej praktycznie niż wystawnie. W dużym pomieszczeniu na lewo od wejścia, do którego trzeba było zejść po paru stopniach, stały skrzynie czekające na spisanie. Na ścianach wisiały mapy szlaków handlowych. Na jednym stole leżały papiery zapisane równymi rzędami słów i liczb.
Arved zagarnął je, gdy przechodzili obok.
– Chce go pan od razu zobaczyć? – Kupiec zdjął kaptur i pozwolił, by sługa odebrał od niego płaszcz. Do Corina i Mykela nikt się nie zbliżył.
– Później. Najpierw porozmawiamy.
Arved minął schody i poprowadził ich długim korytarzem. Mijani służący schodzili im z drogi i spuszczali wzrok.
– Nie zwracaj uwagi – rzucił Arved przez ramię.
– Nie zwracam.
– Ludzie gadają.
Corin chrząknął tylko i kiwnął głową, czego idący przodem kupiec nie mógł zobaczyć. Na twarzy kroczącego z tyłu Mykela odmalował się drwiący uśmiech. Arved nie był pierwszym, który rozmawiał wyłącznie ze Schodzącym, traktując jego strażnika jak powietrze.
Dotarli do przestronnego gabinetu. Jedną ścianę zajmowały półki z księgami, drugą wielka mapa wybrzeża. W kominku palił się ogień.
– Gdzie jest chłopak? – zapytał Corin.
– Mieliśmy najpierw porozmawiać.
– Rozmawiamy. I zaczynam od pytania, gdzie jest chłopak.
– Na górze. – Arved usiadł w fotelu i gestem zaprosił Corina na miejsce obok. Mykel stanął przy drzwiach. – Zamknęliśmy go.
– Zamknęliście?
– Dziś rano próbował wyskoczyć przez okno. Musieliśmy go… zabezpieczyć. Małżonka z nim siedzi.
Corin rzucił okiem na książki. Przeważały opasłe tomy poświęcone handlowi i geografii. Wśród nich Schodzący dostrzegł także Dworskie maniery autorstwa Telmy Gounter i Herbarz szlachecki pióra Bora Gorna.
Arved sięgnął do kryształowej karafki na stoliku. Posłał Corinowi pytające spojrzenie, ale ten pokręcił tylko głową. Kupiec nalał sobie, wychylił duszkiem i uzupełnił kieliszek.
– Jak ma na imię pański syn?
– Lucan.
– Ile ma lat?
– Dwanaście.
– Kiedy zaczęły się objawy?
Arved podrapał się po wystylizowanej brodzie. Corin wyczuł słaby zapach orzechów.
– Będzie miesiąc.
– Dokładnie miesiąc?
– Mniej więcej.
– Mniej więcej nie istnieje.
Kupiec westchnął.
– Pięć tygodni temu. W nocy po Dniu Zwycięstwa.
– Pierwszy objaw?
– Koszmary.
– Jakie?
– Nie wiem, skąd mam wiedzieć? Nie siedzę chłopakowi w głowie jak… – Arved zamilkł, przymknął oczy.
– Nie rozmawia pan z nim?
– Oczywiście, że rozmawiam. To mój syn, na demona. – Kupiec wziął głęboki oddech i powoli wypuścił powietrze. Przez chwilę obracał sygnet na palcu. W końcu podniósł wzrok na Corina. – Przepraszam. Martwię się o niego, a pańska profesja… powiedzmy, że nie poprawia mi nastroju. Tamtej nocy Lucan potwornie krzyczał. Gdy wpadliśmy z żoną do jego sypialni, strażnicy już byli w środku. Syn siedział w łóżku, wciskając się z całych sił w wezgłowie. Cały dygotał, pomimo pierzyny i ciepłej nocy.
– Opowiedział, co to był za koszmar?
– Mniej więcej – powiedział Arved i natychmiast uniósł rękę. – Proszę sobie darować, w tym przypadku mniej więcej to najlepsze, co mogę zaoferować. Wciąż majaczył i nie był w najlepszej kondycji, gdy opowiadał.
Corin zbył tę uwagę milczeniem.
– Czy jest jeszcze coś, o czym powinienem wiedzieć?
Arved ponownie uniósł kieliszek. Wypił i pogładził się ręką po szyi.
– Stan Lucana jest… naprawdę zły. Nawet kiedy ma lepszy okres, trudno się z nim rozmawia. Opowiada takie rzeczy… ale robi to w tak przekonujący sposób, że gdybym go nie znał, uwierzyłbym.
– Tym proszę się nie martwić. Nie zamienię z nim zbyt wielu słów. W każdym razie nie tutaj.
***
Sypialnia Lucana była większa od niejednego domu w Costinos.
Arved wszedł pierwszy. Ledwie przekroczył próg, podszedł do okien i jednym zdecydowanym ruchem zaciągnął ciężkie, bordowe kotary. Pokój natychmiast pogrążył się w półmroku.
– Zostawiłam je odsłonięte – odezwała się siedząca przy łóżku kobieta.
– Zupełnie niepotrzebnie. – Arved posłał jej zimne spojrzenie. – Wyjdź.
– Proszę zostać – odezwał się Corin.
Razem z Mykelem stanęli przy drzwiach. Strażnik oparł się plecami o ścianę, kciuki wetknął za skórzany pas. Schodzący rozejrzał się po pomieszczeniu.
Centralnym punktem było ogromne łóżko z ciemnego dębu, rzeźbione w pnącza winorośli. Uwadze Schodzącego nie umknęły cztery grube pasy przywiązane do słupków w narożnikach posłania. Na stoliku obok stał drewniany koń z królewskim herbem na podstawce. Sufit zdobił wyblakły gwiazdozbiór Kupca.
Corin podszedł do śpiącego chłopca. Drobny Lucan tonął w ogromie łoża. Na prześcieradle pod głową chłopca widniały stare, ciemne plamy.
– Naprawdę nie sądzę, żeby Greta…
– A ja sądzę, że marnujesz swój cenny czas, Arvedzie – przerwał mu Corin. – Jeżeli uważasz, że twoja małżonka nie ma nic ważnego do powiedzenia, możesz odejść, zająć się niecierpiącymi zwłoki sprawami.
Arved przez chwilę znosił spojrzenie Schodzącego, w końcu opuścił wzrok. Nie ruszył się.
– Corin Mettel, licencjonowany Schodzący w stopniu Mistrza – przedstawił się. – Proszę nie przejmować się obecnością zbrojnego towarzysza. To Mykel Veis, sierżant straży miejskiej.
Kobieta wstała i wyciągnęła rękę. Miała pewny, silny uścisk, a na twarzy mocny makijaż.
– Greta Mornes. Jestem matką Lucana. Dziękuję, że przybyliście tak szybko.
– W rozmowie z pani mężem ustaliłem, że mogliśmy pojawić się wcześniej. Podobno wszystko zaczęło się przed pięcioma tygodniami – Corin zawiesił głos.
Greta rzuciła mężowi krótkie spojrzenie. Zacisnęła usta w wąską kreskę.
– Mam nadzieję, że nie jest za późno, mistrzu Corinie.
– Jak on się czuje?
– Dziś całkiem dobrze. Nie gorączkuje. Rano zjadł trochę rosołu.
– A wcześniej?
– Różnie bywało. – Kobieta pokręciła głową. – Są dni, które przesypia w całości, są takie, kiedy majaczy w malignie. Najbardziej boję się tych, kiedy wydaje się, że wszystko jest dobrze.
Zamrugała, by powstrzymać łzy.
– To w taki dzień próbował…? – zapytał Corin.
Pokiwała głową.
– Akurat przyniosłam mu owoce. Siedział już okrakiem, z jedną nogą zwisającą za oknem. Gdy mnie zobaczył, przestraszył się. Ja też, ale udało mi się go złapać i wciągnąć z powrotem. Gdybym wtedy nie…
– Jest tu z nami – powiedział spokojnie. – Kiedy ostatni raz był sobą?
Greta otworzyła usta. Zamknęła je i położyła dłoń na piersi. Powoli wypuściła powietrze.
– Nie wiem.
Arved chrząknął.
– Na popołudnie jestem umówiony z faktorem. Czy możemy przejść do rzeczy?
Corin dostrzegł chłód w oczach Grety. Położył dłoń na jej ramieniu.
– Mąż ma rację. Jestem gotów. Proszę wyjść. To niezbędne – dodał po chwili, patrząc kupcowi w oczy. – Proszę zabrać małżonkę i nie wracać, dopóki Mykel was nie zawoła.
Mykel otworzył drzwi i gestem zachęcił gospodarzy do wyjścia.
– Sympatyczna kobieta – skomentował, gdy zaskrzypiały schody. – Czego nie można powiedzieć o nim. Myślisz, że naprawdę nie mógł przełożyć tego spotkania?
– To, co myślę, nie jest teraz istotne, Mykel. – Corin podszedł do łóżka i usiadł na krześle, które wcześniej zajmowała Greta. – Nie teraz.
Strażnik kiwnął głową, a potem patrzył w milczeniu, jak Corin zdejmuje z szyi medalion i kładzie go na czole Lucana. Choć widział Zejście już kilkukrotnie, nadal nie przywykł do rytuału. Gdy towarzysz przykrył srebrny znak dłonią i zesztywniał, Mykela przeszedł dreszcz.
***
– Nie znajdziesz mnie. – Lucan otworzył oczy i obnażył drobne zęby. – Nigdy mnie nie znajdziesz.
– Nie ciebie szukam – odpowiedział Corin.
Pokój zniknął.
***
Corin stał pośrodku rozległej, niemal pustej przestrzeni. Za plecami i po bokach nie było nic. Przed nim – lustra.
Istny labirynt.
Corin wziął wdech i przymknął na chwilę oczy. Potem ruszył przed siebie. Krokom ciężkich butów na czarnej tafli towarzyszyło zwielokrotnione echo.
W odbiciu zobaczył siebie. Chudą sylwetkę, skrytą pod ciemnym płaszczem. Proste, ciemne włosy, podkrążone oczy na oliwkowej twarzy. Srebrny medalion kołyszący się na piersi. Poszedł dalej, nie zatrzymując się, aż dotarł do rozwidlenia. Z lewej i z prawej spoglądali na niego Schodzący. Wybrał tego po lewej.
Skręcił i przeszedł kilka kroków, gdy kątem oka dostrzegł cień. Ciemny kształt mignął mu na szkle. Chwilę później, na mgnienie oka, dostrzegł go kawałek dalej.
Stanął przed lustrem, na którym widział to po raz ostatni. Przez chwilę wpatrywał się po prostu w swoje odbicie. Potem to usłyszał. Cichy, jakby dochodzący z daleka śmiech dziecka. Przyłożył ucho. Śmiech rozbrzmiał nieco głośniej, a potem zmienił się w przestraszone, błagalne krzyki.
– Nie, nie, nie, proszę!
Cisza.
Corin ruszył dalej. Labirynt gęstniał – lustra stały coraz bliżej, aż momentami musiał się przeciskać. W pewnym momencie dotknął policzkiem zimnej tafli. Poczuł ukłucie bólu. Szkło było wręcz lodowate.
Zaraz po bólu przyszedł strach. Corin odsunął się, zatrzymał. Uczucie minęło.
Tak działasz, pomyślał i odwrócił się w stronę, z której przyszedł. Schodzący wokół odwrócili się wraz z nim.
Korytarz wyglądał inaczej. Powinien skręcać w lewo, a zamiast tego rozgałęział się. Nie było możliwości, żeby Corin się pomylił.
– Ciekawe – mruknął do siebie. – Wiesz, że tu jestem!
Odpowiedziała mu kakofonia. Trzask. Wystarczyła chwila, by zrozumiał, co się dzieje i rzucił się na ziemię, zakrywając twarz. Odłamki pękających luster spadły na niego jak łucznicza salwa. Zalała go fala chłodu, a wraz z nią przez umysł Schodzącego przetoczyły się kawalkada emocji i strzępy obrazów.
Nie tak trzymasz łyżkę.
Zaprzyjaźnijcie się.
Zapamiętasz?
Masz do zrobienia coś bardzo ważnego.
Nikomu nie możesz o tym powiedzieć.
Mam pomysł.
Nie, nie, nie, proszę!
Minęło. Corin podniósł się powoli. Stał na srebrnym pyle strzaskanych luster. Rozejrzał się.
Labirynt zniknął. Ktoś przyglądał mu się z daleka – niska postać w ciemnej opończy skrywała twarz pod kapturem. Corin ruszył w jej kierunku.
– Lucan?
– Nie zbliżaj się, Schodzący. Zostaw chłopaka w spokoju.
– Nie ja zabieram mu spokój. – Corin nie zatrzymał się. – Wypuść go.
– Ze mną jest bezpieczny. Dbam o niego. Chronię przed tym, czego nigdy nie powinien się dowiedzieć.
– Walczysz na próżno. On to wie. Cokolwiek ukrywasz, zacząłeś zbyt późno. Krzywdzisz go. – Corin zatrzymał się. Dzieliło ich kilkanaście kroków.
– Beze mnie sobie nie poradzi. Chronię go – powtórzyła postać.
– Przejmujesz go.
Demon odrzucił kaptur. Corin ujrzał dziesiątki swoich odbić w kryształowej twarzy potwora. Sięgnął do srebrnego znaku i zerwał go z szyi, a sztylet w jego dłoni zapłonął błękitnym ogniem. Stwór rzucił się na niego.
Przez ułamek sekundy po prostu był daleko, a w następnej chwili kryształowa twarz znalazła się tuż przed Corinem. Spojrzał w setkę własnych oczu naraz i uskoczył. Dłoń zwieńczona szklanymi pazurami rozcięła powietrze tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się jego szyja.
Demon zawrócił bez najmniejszego wysiłku. Nie zostawiał śladów na srebrnym pyle. Sunął nad nim, jakby nie dotykał ziemi. Nagle przyspieszył, zaszarżował raz jeszcze, ale tym razem Corin nie zamierzał odskakiwać. Wygiął się, by zejść z linii ataku i – gdy rozczapierzona łapa go minęła – wbił sztylet w mostek potwora.
Usłyszał trzask, jak gdyby walił się szklany sufit. Na dłoniach i szyi demona pojawiły się pęknięcia, które zaraz dosięgnęły także jego twarzy.
Zniekształcone odbicia Corina uśmiechnęły się do niego, a potem zniknęły, gdy stwór rozsypał się na kawałeczki.
***
– Corin? Wróciłeś?
Corin chrząknął w odpowiedzi. Cofnął dłoń ze znakiem z lodowatego czoła Lucana i odwrócił się w stronę stojącego przy drzwiach towarzysza.
– Jak długo? – zapytał, czując, że gardło ma wyschnięte na wiór.
– Zwyczajnie. Nie zdążyłem ścierpnąć. – Mykel uśmiechnął się. – Jak poszło?
– Kim panowie są? – dobiegł ich chłopięcy głos. – Gdzie mama?
– Zaraz do ciebie przyjdzie. Zawołaj ją, Mykel. Jak się czujesz?
Zanim Lucan zdążył odpowiedzieć, utonął w objęciach matki, która najwyraźniej czekała już pod drzwiami. Łzy ciekły jej po twarzy, rozmazując makijaż. Spojrzała na Corina sponad ramienia syna.
– Bardzo dziękuję – powiedziała, gładząc chłopca po włosach. – Czy teraz… czy on…
– Jest bezpieczny.
– Ale skąd to się wzięło? Wiadomo, dla…
– Zapraszam do gabinetu – odezwał się od drzwi Arved. – Proszę za mną.
– Nie chce pan najpierw… – zaczął Mykel, ale Corin uciszył go spojrzeniem.
– Idziemy.
– Pięćdziesiąt koron – powiedział Arved, gdy chwilę później weszli do gabinetu. – Proszę. – Wręczył Corinowi mieszek.
– Hej, chwilę! Stawka to sto pięćdziesiąt koron – zwrócił uwagę Mykel i tym razem Schodzący mu nie przerwał. – To standardowa opłata za udane Zejście, jednakowa w całym królestwie.
– Właśnie. – Arved uśmiechnął się brzydko. – Za udane. Słyszałem historie o takich, którzy zapłacili Schodzącemu pełną kwotę, a gdy tylko ten zniknął na trakcie, problem powracał. Albo gorzej. Nie zapłacę wam całości, dopóki nie będę pewny, że Lucan wyzdrowiał.
– Nie taka była umowa – gorączkował się Mykel. – Brakuje stu koron.
– Mój towarzysz ma rację – powiedział spokojnie Corin. – Nie taka była umowa. Przyjmijmy jednak, że twoje obawy są uzasadnione. Tydzień.
– Co? – zapytali równocześnie Arved i Mykel.
– Wrócimy za tydzień.
– Po pieniądze? – tym razem odezwał się tylko Mykel.
Corin nie spojrzał na niego. Patrzył tylko na Arveda.
– Nie tylko.
***
– Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nie zmusiliśmy go do zapłacenia całości – pieklił się w siodle Mykel. – Odlicz od tych pięćdziesięciu koron nocleg i jedzenie na czas, kiedy będziemy tu zbijać bąki. Nadstawiasz karku, walczysz z demonami, a zupełnie się nie cenisz, Corin.
– Nie będziemy tu nocować.
– W końcu obudził się w tobie przedsiębiorca! Zrozumiałeś, że ceny w Costinos są zdecydowanie zawyżone? Zatrzymamy się przy gościńcu w okolicy? Mijaliśmy po drodze jedną niczego sobie karczmę.
– Wracamy do stolicy, Mykel. Król musi się dowiedzieć, co stało się z jego wnukiem.
***
Tydzień później znów stanęli przed rezydencją Arveda Mornesa.
Deszcz przestał padać, ale nad Costinos nadal wisiały ciężkie, szare chmury. Błoto na placu zgęstniało i przyklejało się do końskich kopyt. Wilgoć osiadła na murach.
– Mógł chociaż dopłacić za tę drogę – mruknął Mykel. – Dwa razy przez to samo bagno powinno kosztować podwójnie.
Corin zsiadł z konia.
Za nimi zatrzymało się sześciu jeźdźców w granatowych płaszczach królewskiej straży. Na srebrnych zapinkach nosili wizerunek korony przebitej pionowo mieczem. Dowodzący nimi porucznik Ravek zdjął rękawicę i otarł mokrą twarz.
– To tutaj? – zapytał.
– Tutaj – odpowiedział Corin.
– Pustawo – ocenił Mykel, który także zeskoczył z siodła. – Dał nogę?
Gdy byli tu poprzednio, na podwórzu tętniło życie. Rozładowywano towary do wtóru pokrzykiwań woźniców, próbujących doprowadzić wozy pod odpowiednie wrota. Dziś przed posiadłością Arveda Mornesa panował spokój.
W cieniu pod wiatą, pod którą kilka dni temu Corin i Mykel chronili się przed deszczem, siedział Lucan. Obejmował podwinięte nogi i w bezruchu wpatrywał się w mur po przeciwnej stronie. Obok chłopca, na ziemi, leżał drewniany konik.
– Wygląda lepiej – powiedział cicho Mykel, gdy wchodzili na plac. – Nabrał trochę kolorów.
Zanim Corin zdążył odpowiedzieć, główne drzwi otworzyły się i stanęła w nich Greta. Uśmiechnęła się na widok dwójki przybyszów, ale twarz jej sposępniała, gdy w bramie dostrzegła królewską straż. Zeszła szybko po schodach i zagarnęła Lucana. Z chłopakiem przy boku podeszła do Corina i Mykela. Nie miała makijażu, który ukryłby siniaki na twarzy.
– Sądziłam, że przyjedziecie sami.
– Król nie chciał się na to zgodzić. Zastaliśmy Arveda?
– Spakował się jeszcze tego samego dnia. Tyle go widziałam.
– Wiesz, dokąd wyjechał?
– Domyślam się, że gdzieś, dokąd nie mogłabym was zaprowadzić.
– Mamusiu, czy ten pan idzie po mnie?
Corin odwrócił się. Zbliżał się do nich Ravek – prawa ręka dowódcy królewskiej straży, a wkrótce podobno jego następca. Skinął Grecie głową i przedstawił się.
– Mąż wyjechał – powiedziała Greta. – Nie wiem, dokąd.
– Podejrzewaliśmy, że tak się stało. Jak na moje, to przyznanie się i do winy, i do tchórzostwa. – Ravek splunął w błoto.
– Choć się z tobą zgadzam – powiedział Corin – ucieczka niestety niczego nie dowodzi. Czy możemy wejść do środka?
Greta objęła mocniej Lucana. Przez chwilę patrzyła na Corina, starając się dostrzec w jego oczach odpowiedź na niezadane pytanie. Nie potrafił jej udzielić.
– Zapraszam.
Ravek machnął ręką, a jego ludzie wzięli się do roboty. Dzięki opowieści Corina wiedzieli, co robić. Jeden z nich, przechodząc, wyrwał chłopcu z ręki drewnianą zabawkę.
– Hej! – oburzył się Mykel. – Ale dzieciaka zostaw w spokoju!
Corin westchnął, a Ravek spochmurniał. Greta powiodła po nich wzrokiem.
– Nie, nie ma mowy – powiedziała, cofając się wraz z synem. – Nie, nie, nie.
– Musi zostać przesłuchany – powiedział stanowczo Ravek. – Mamy poważne podstawy, by przypuszczać, że…
– Gówno mnie obchodzą wasze podstawy i przesłuchania! – krzyknęła Greta. Corin dostrzegł, że do oczu chłopaka napłynęły łzy.
– Naprawdę muszą to zrobić – powiedział. – Król oczekuje prawdy.
– Zamknij się! Ty ich tu przyprowadziłeś! Po co? Po co go ratowałeś? Tylko po to, żeby teraz… – głos uwiązł jej w gardle.
Corin milczał.
– Powiem im, mamo. Tylko już nie płacz.
***
Corin i Mykel opierali się o ścianę na korytarzu pod drzwiami gabinetu Arveda. Nie zostali zaproszeni do środka. Przez drzwi dobiegał do nich niski głos Raveka i szloch Grety. Lucan opowiadał zbyt cicho. Corin domyślał się jednak, co to za historia.
– Jesteś pewny, że chcesz to powiedzieć królowi? – zapytał go Mykel tydzień wcześniej, gdy podzielił się z nim swoimi domysłami. – Nie wiesz, jak zareaguje. Jeżeli to, co mówisz, jest prawdą, chłopak jest winny.
– Arved jest winny.
– Corin, czy ty się słyszysz? – Mykel ściszył głos. Siedzieli w gospodzie, pół dnia drogi od stolicy. – Mówisz, że kupiec, któremu przestało iść w interesach, postanowił zabezpieczyć sobie przyszłość. I zrobił to w tak kretyński sposób, że bardziej kretyński trudno mi sobie wyobrazić. Zauważył, że jego syn i królewski wnuk są do siebie całkiem podobni.
– Lucana trzeba było trochę pofarbować, a już na pewno nauczyć dworskich manier i obyczaju – potwierdził Corin. – Widziałeś prześcieradło, widziałeś księgozbiór.
– Trzeba by być idiotą, żeby porwać następcę tronu i kazać własnemu synowi się z nim zaprzyjaźnić. A potem liczyć na to, że w przyszłości uda się wysłać go do stolicy jako oryginał. Król ma już swoje lata, nie przeczę. I, nie powtarzaj tego w stolicy, może zgadzam się z tymi, którzy mówią, że podczas wypadku na polowaniu stracił nie tylko syna, ale także piątą klepkę. Ale są jakieś granice!
– Arved musiał liczyć na to, że jeżeli wyczeka odpowiednio długo, uda mu się wysłać Lucana na królewski dwór. Chłopak miał dowiedzieć się o królewiczu jak najwięcej, aby stać się jego wiernym sobowtórem. Wtedy mógłby zacząć nakłaniać króla, by spojrzał przychylniej na Arveda i jego interesy.
– Myślisz, że naprawdę by coś takiego wymyślił?
– Ty mi powiedz, Mykel. Ty jesteś przedsiębiorczy.
– Jeżeli naprawdę zaczął mu się palić grunt pod nogami… Wiedział, że musi postawić wszystko na jedną kartę.
– Handlował z Wyspami Zachodnimi. Wiesz, co robią swoim dłużnikom. Tonący brzytwy się chwyta.
Mykel zamilkł. Wiedział doskonale. Ciała kilku takich dłużników widział na własne oczy.
– Mam tylko nadzieję – odezwał się w końcu – że przynajmniej co do zakończenia się mylisz.
– Chciałbym, Mykel. Chciałbym się mylić.
***
Drzwi gabinetu otworzyły się. Lucan i Greta wyszli na korytarz. Zapuchnięte od łez oczy kobiety nawet na chwilę nie zwróciły się w stronę Corina i Mykela.
– Wejdźcie. – Ravek stanął w progu. – Musimy porozmawiać.
Zamknął za nimi drzwi. Podszedł do okna i przez chwilę patrzył w milczeniu na dziedziniec.
– Miałeś rację, Corin – powiedział wreszcie, nie odwracając się. – Jednego popołudnia, gdy Arved upił się do nieprzytomności, królewicz Keff namówił Lucana, żeby pobawili się na podwórzu. Lucan miał kategoryczny zakaz wypuszczania królewicza z piwnic, ale tego dnia się zgodził.
– Poczekaj – przerwał mu Corin. – Jeszcze w tej chwili oficjalnie o wszystkim wiesz tylko ty. Ja mam jedynie domysły, a one są nic niewarte.
W odbiciu w szybie zobaczył, jak strażnik delikatnie kręci głową.
– Pijany ojciec miał się o niczym nie dowiedzieć – podjął Ravek. – Tyle tylko, że królewicz nie chciał się bawić. Gdy wyszli na zewnątrz, zaczął uciekać. Przerażony Lucan puścił się za nim przez płot. Keff miał pecha, bo przeskakując, źle stanął i upadł. Lucan go dopadł. Zaczęli się szarpać. I wtedy pojawił się Arved. Pijany i wściekły. Lucan, nie mogąc uspokoić królewicza, chwycił otoczak i uderzył go w głowę.
Mykel zaklął cicho. Corin milczał.
– Zakopali dzieciaka w ogrodzie – podjął Ravek. – Arved przysiągł Lucanowi, że jeżeli piśnie o tym choćby słowo, komukolwiek, dołączy do niego.
– Ale w takim razie – odezwał się Mykel – czemu wezwał Corina?
– To nie on – powiedział Corin. – Greta nas wezwała. Gdy Arved się dowiedział, wściekł się. Ale że nie mógł tego odwołać, postanowił pozbyć się nas jak najszybciej.
– Dlaczego nam nie zapłacił? Gdyby nie to, nie musielibyśmy tu wracać.
– Powód jest trywialny. Nie miał. Wszystko szło na długi.
– Miał przecież sygnet.
– Ostatnią deskę ratunku. Nie dla nas.
Ravek odwrócił się od okna. Zmarszczył czoło i zagryzł wargę.
– Nie wiem, co z tym zrobić – powiedział w końcu. – Jeżeli wyznam w stolicy prawdę, młody zawiśnie. Jeżeli coś zataję, a prawda kiedyś wyjdzie na jaw…
– Komuś musiałoby zależeć, aby wyszła – zwrócił uwagę Mykel. – Greta nic nie powie. Lucan też nie.
– Twoi ludzie wiedzą, że rozmawiamy – powiedział Corin. – Gdyby to od nas wyszła prawda, masz świadków, którzy przyznają, że najpierw wspólnie umówiliśmy się, by ją zataić.
– Arved?
– Najpierw musiałby wyściubić nos z kryjówki.
– Król postawi na nogi całe państwo, żeby go dopaść – powiedział Ravek. – Do niczego więcej nie dojdziemy. To kwestia sumienia, nie logiki. Powiemy królowi, że Arved stoi za porwaniem i śmiercią jego wnuka.
– Czyli nie powiemy prawdy – stwierdził Mykel.
Corin uśmiechnął się.
– Powiemy. Mniej więcej.