- Opowiadanie: ac - Pieskie szczęście

Pieskie szczęście

Krótka historyjka o zagubionym psie, który obwinia wróżki za swój los. A wszystko przez pewien blog motywacyjny.

Jest ckliwie, jest prosto, a nawet czasem tanio!

 

Kłaniam się w pas Barniuszowi i  Michaelowi Bullfinchowi za cenne uwagi, bez których poniższy tekst byłby jak wyjęty psu z gardła.

 

Zapraszam do czytania i komentowania. A najważniejsze, bawcie się dobrze. :)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

MichaelBullfinch, Bardjaskier

Oceny

Pieskie szczęście

Najlepszą rzeczą w tych szczekających czworonogach jest to, że można wybrać dowolnego, powiedzieć o nim, że jest najfajniejszym psem na świecie, i niemal za każdym razem zgadnąć bez pudła. No, chyba że mówimy o chihuahuach.

Ale to temat na osobną opowieść.

Chciałbym, żebyś o sobie też tak czasem pomyślał. Różnimy się, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by być najfajniejszym sobą.

– Co za bzdura! – powiedziałem, kręcąc głową. – I to nad tym spędzasz całe dnie?

– Nad tym i podobnymi. – Wujo zaśmiał się. – Taki zwierzak może być twoim najlepszym kolegą!

Nie mogłem uwierzyć, że to był ten tajny projekt, nad którym pracował ostatnie pół roku.

Blog motywacyjny z psem w roli głównej.

Przewijałem kolejne linijki, trzymając się za głowę.

– Nie do wiary! – rzuciłem na pożegnanie, wychodząc z dusznego, obitego boazerią pokoju.

Pokonałem identyczny korytarz i trzasnąłem drzwiami. Noc przywitała mnie chłodnym wiatrem wciskającym się pod kurtkę. Odpaliwszy papierosa, ruszyłem do domu. Wujas, stojąc w drzwiach, odprowadził mnie wzrokiem. Na pewno pilnował, żeby chociaż paluchem nie przekroczyć progu. 

Czy zaskoczę was, mówiąc, że kolejnego dnia obudziłem się psem?

 

***

 

– Prawo jazdy i dowód rejestracyjny, proszę.

Spokojnie, to nie ja.

Wujas podaje dokumenty przez szybę swojej zdezelowanej vectry. Siedzę na tylnym siedzeniu i drapię się za uchem. Tak, nogą.

– Niby w porządku – mówi krawężnik, poprawiając pas pod olbrzymim bebzonem. – Ale mi to wygląda na usunięty katalizator. Zaraz sprawdzimy.

– Zostaw Romana, grubasie! – krzyczę, skacząc po kanapie, a nosem biję w szybę. Nie umiem jej uchylić.

– A co to za słodziak?

Policjant okazuje się kolejnym miłośnikiem psów.

– Odgryzę ci dupę, sukinsynu! – nie przestaję mu grozić, ale nie robi to na nim żadnego wrażenia.

– Jakaś znajda – odzywa się Roman. – Spał pod moją furtką, to wiozę właśnie do weterynarza. Nie miał żadnej obroży, nic. Tylko malborasy znalazłem pod nim, ale to chyba nie jego.

Pośmiali się we dwóch ze mnie, aż im się wąsy trzęsły. Policjant westchnął głęboko, a materiał koszuli zatrzeszczał niebezpiecznie. Z piskiem zanurkowałem pod kanapę. Bałem się dostać balistycznym guzikiem.

– Dobra dusza z pana – odzywa się w końcu. – Jedź pan. Ale te normy spalin to pan sprawdź, w porządku?

– Jutro do tego siądę – mówi wujas. – W garażu korki wywaliło.

– Latarki pan nie masz?

– Nie lubię grzebać po ciemku – mamrocze, odwracając wzrok.

Policjant kiwa głową. Podają sobie ręce i odjeżdżamy. Dopiero do mnie dociera, dokąd jedziemy.

Zastrzyki?!

 

***

 

– Nie ma czipa – stwierdza weterynarz. To starsza kobieta o miękkich dłoniach. Pozwalam się pogłaskać i trochę mi lepiej.

Siedzę skulony na blaszanym stole. Kładę uszy po sobie i czuję, że zimno mi w łapy. Przez uchylone drzwi widzę tłum ludzi w kolejce, a każdy ze zwierzakiem. Głównie psiaki.

– Nie jest też kastrowany.

– Zostawcie je w spokoju! – krzyczę, ale nie za głośno. Wychodzi dość żałośnie.

– Chyba drażliwy na tym punkcie.

Wujas, trochę zakłopotany, a trochę rozbawiony, przygląda się całej scenie. Pewnie uważa, że to znak od losu. Pokazał siostrzeńcowi blog o psach i nagle kundel zjawia się pod domem. Śmiechu warte.

– Proszę pana – mówi kobieta, kończąc oględziny. – Pana nowy kolega waży dwadzieścia dwa kilo, patrząc po zębach, ma jakieś dwa, może trzy lata. Wygląda na zdrowego, choć zdecydowanie zestresowanego. Ma pan co z nim zrobić?

– No, myślałem, żeby przygarnąć na razie. Może właściciel będzie go szukał.

Weterynarz kiwa głową i wpisuje coś do arkusza. Sięga do szuflady i wyciąga stamtąd nieduży, brązowawy krążek. Oszałamiająco pachnie pasztetem. Nigdy nie lubiłem, a teraz czuję, jak ślina cieknie mi z pyska. Chapię to na raz i jeszcze wylizuję miękkie palce. Było tam coś gorzkawego, ale i tak dałbym pięć gwiazdek.

– Dobre, co? – mówi kobieta, targając mnie za uszy. – To na robaki. Dam mu jeszcze kilka kropel na pchły i prawie gotowe.

Wujas rzuca mi na blat kilka kostek suchej karmy. Nie wiem, skąd je wziął, ale to są po prostu pieprzone delicje. Chrupią, aż mrużę oczy i nie słyszę dalszej rozmowy.

– Tak, tak, poproszę. Nie wiemy, co się z nim działo.

Jak to co, myślę sobie, przeczytałem durnego bloga i obudziłem się, merdając ogonem. Ktoś za to beknie.

Nagle kobiecina łapie mnie za skórę na karku. Mało delikatnie, ale wolę to niż pchły.

Wtedy w jej ręce pojawia się strzykawka z igłą.

Wyje jak wilk do księżyca. Chwilę później zawodzi cała poczekalnia.

– No już, już, przepraszam.

Pod ogon sobie wsadź te przeprosiny. Siedzę obrażony i nie daję się dotknąć. Banda okrutników.

– Biedak nie lubi zastrzyków. No, ale kto lubi – mówi dalej weterynarz.

Podaje mi kolejny kąsek, a jego wołowy zapach uderza w nozdrza, aż kręci mi się w głowie. Trochę jej już wybaczyłem. Odwracam się, bo coś ciągle za mną rytmicznie stuka. To mój ogon.

– Jak go wpisać?

Wujas zamyślił się, a po chwili jego okrągłe oblicze jaśnieje w szerokim uśmiechu.

Ciarki przebiegły mi po grzbiecie.

– Kolega!

Słucham? No chyba, wujas, z konia spadłeś. Nie ma opcji, że będę szczekał do końca życia.

Zrywam się ze stołu i w długą. Zanim się orientują, mijam już samochody na parkingu. Ależ te cztery łapy niosą!

Biegnie mi się lepiej niż na dwóch nogach, ale nie zamierzam zostać żadnym Kolegą. Pora z tym skończyć. Nie mam tylko pojęcia, jak.

 

***

 

Nie wiedząc, od czego zacząć, ruszam przed siebie.

Nikt na mnie nie zwraca uwagi, więc kręcę się, jak tylko mi się podoba. Tuptam sobie, zaglądając to tu, to tam. Zapachy uderzają we mnie z każdej strony, a że niewiele widzę tymi psimi oczami, to macham łbem jak wariat.

Przez warkot silników i trąbienie klaksonów nie słyszę własnych myśli. Muszę odbić od centrum, nie wytrzymam. Przerzedzający się smród spalin prowadzi mnie do parku. No, teraz to możemy rozmawiać!

Powietrze? Świeże. Samochodów? Brak. Inne pieski biegają za frisbee albo idą ładnie na smyczy. Kulturka.

Siadam pod śmietnikiem i warczę na każdego, kto chce do mnie podejść.

Muszę pomyśleć.

Nic tu nie ma sensu. Co i dlaczego zamieniło mnie w psa? Myśl jak wróżka, mówię sobie. Ale czemu akurat wróżka? Mogło mnie zmienić cokolwiek.

– Zobacz, jaka słodka mordka! – słyszę, a para w wieku mojego wujka zatrzymuje się nade mną. – A jak mądrze patrzy! Jakby nas rozumiał!

Krótkim szczeknięciem ucinam to niuńkanie.

– To pewnie dlatego nie masz kolegów! – mówi mi baba na do widzenia i odchodzi obrażona.

I bardzo dobrze, niech idzie, krzyż na drogę. Ja nie potrzebuję kolegów. Potrzebuję zrozumieć, co się ze mną stało. A najlepiej to się odczarować i z głowy. Nie wracamy do tematu.

Gdy tak dumam, wpatrując się w przestrzeń, a śmieci koło mnie kuszą ponętnymi zapachami, by tam zajrzeć i pogrzebać, czuję coś mokrego przy ogonie.

Okręcam się jak fryga i obszczekuję nieoczekiwanego amanta cudzych zadków. Chudy dalmatyńczyk ucieka w podskokach, a mi ego wychodzi uszami.

Nie da się tu w spokoju pomyśleć. Ruszam między krzaki, może tam będzie spokojniej. W głowie robię sobie wyliczankę. Kto mógł mnie zamienić? Wróżka już była. Duch przyszłych świąt? Święty Mikołaj? A może…

– Matko Boska… – szepczę, kątem oka łowiąc ruch. – Diabeł.

Z dzikim jazgotem biegnie na mnie niepohamowane dwa kilo czystej agresji. Dygocząca furia wytrzeszcza na mnie wielkie, czarne ślepia i kłapie ostrymi ząbkami jak pirania.

Chihuahua.

Rozpaczliwie skamląc, rzucam się do szalonej ucieczki.

– Patrz, Halinka! Moją Kruszynkę mi ten śmierdzący kundel przestraszył. No chodź już, malutka. Poszedł sobie już niedobry. Na pewno jakiś hycel go złapie, spokojnie.

Zatrzymuję się daleko za parkiem. Serce bije mi jak oszalałe. Co za babsztyl. Co za szczur. Jak tak dalej pójdzie, to nie dożyję powrotu do swojego ciała. Co ja mówię, nie dożyję jutra.

W dodatku nie wiem, gdzie jestem.

Pierwsze krople deszczu uderzają o chodnik.

Muszę się pospieszyć. Zaczyna się ściemniać.

 

***

 

Deszcz bębni w blachę, a ja kulę się na przystanku autobusowym. Jestem przemoczony do ostatniego kłaka i nie mam się gdzie schować. Wiatr łomocze blachą, a ja chowam pysk w łapy. Gdy kolejny piorun rozrywa niebo, skamlę jak opętany.

Nagły huk rozsadza bębenki. Komuś strzeliło z tłumika. Wychodzę na deszcz, by znaleźć inne schronienie. Chyba trochę popuściłem.

Po kilku minutach omijania kałuż znajduję potężny świerk. Klapię na trawę, opierając się o chropowaty korzeń. Pachnie igłami i szyszkami. Uspokajająco. Nie obraziłbym się na trochę spokoju. W sumie mógłby mnie ktoś pogłaskać.

Deszcz trochę się uspokaja, ale ciężkie chmury wiszą mi nad głową. Żaden piorun nie trzasnął od dobrej chwili, więc chyba można wyjść.

Nie wiem, dokąd iść, więc równie dobrze mogę truchtać w dowolnym kierunku. Ktoś oszczędził na latarniach, więc ciemno jak nieszczęście. Idę na nos.

Mokre futro to jest dramat. Weź to wytrzep! A ten wiatr! Trzęsąc się od uszu po ogon, ruszam od drzewa do drzewa. W sumie nie zaszkodzi obsikać.

Najpierw uderza mnie znajomy zapach. Lakier do drewna i papierosy. Boazeria.

Powstrzymuję odruch, by biec. Odwracam się i ruszam w przeciwną stronę. Nie wujas mnie w to wpakował i obawiam się, że nie on mnie z tego wykręci. Zimne krople kapią mi na grzbiet. Przecież nie będę wracał z podkulonym ogonem po paru godzinach. Co za bzdura.

Zaciskając zęby, skręcam w obskurną uliczkę, jakbym tam miał znaleźć sposób, by wrócić do swojej postaci. Zakratowane okna, pokruszone cegły w murze. Mokre kartony i drzemiące na nich stare kocisko. Dachowiec prycha, gdy koło niego przechodzę. Próbuje pacnąć łapą, a ja jakoś nie mam ochoty odszczeknąć. Co się obrażać? Może niedługo będę z nim dzielił sypialnię na śmietniku.

Pod szaroburym brzuszkiem dostrzegam wpatrujące się we mnie dwie żółte latarnie.

Kociak.

Schowany pod mamą spogląda na mnie ciekawie. Zbliżam do niego nos, a on kładzie mi drobną łapkę na pysku. Odważny maluch.

Pokonując zawahanie, w kilku krokach zwijam się w kłębek wokół nich. Ciepło rozlewa się powoli, a ciche mruczenie usypia. Księżyc zerka znad chmur. Chyba się zdrzemnąłem, ale coś nie daje mi spokoju.

– Kolega!

Uszy same stają mi dęba. Przecież on musi umierać ze strachu.

– Gdzie jesteś?

Delikatnie wstaję i rzucam się do przodu, jakbym startował w wyścigu. Coraz wyraźniej słyszę wołanie. Wybiegam na skrzyżowanie i za zakrętem widzę znajomą sylwetkę. Z daleka wygląda jak stroboskop. Na głowie ma czołówkę, a w dłoniach latarkę i telefon. Ręce tak mu drżą, że snopy światła skaczą od budynku do budynku.

– Kolega! – ryczy rozradowany.

W dzikim pędzie wpadam mu na ręce i liżę po twarzy. Smakuje głównie piwem i wąsami.

Zeskakuję, starczy tych czułości. Muszę mu coś pokazać.

 

***

 

Deszcz już tylko mży. Obszczekuję ganiane wiatrem liście, a Roman śmieje się głośno i plecie trzy po trzy.

– Wszędzie cię szukałem! – opowiada, machając latarką, a ja próbuję złapać zębami snop światła. – A jak mnie przestraszyłeś! Nałaziłem się jak głupi.

Zrobił się bardziej rozgadany, gdy weszliśmy na rozświetloną latarniami ulicę. Tłucze ciężkimi buciorami o chodnik. Co chwilę też klepie mnie szorstką dłonią po głowie. Niech sobie gada. Tylko od merdania boli mnie ogon.

Kociak, zaczepiając ostre pazurki, niezgrabnie wspina się po jego kurtce. Roman ostrożnie asekuruje go, żeby nie spadł.

– Czemu tak wystrzeliłeś, co? – pyta, gdy mijamy bramę do parku. – Czego szukałeś?

– Hau?

– No tak, racja – mówi wujas i oczy mu wilgotnieją. – Dobry pies.

Pewnie, że dobry. Najlepszy. Rozglądam się bacznie, by w razie czego ochronić go przed strachami nocy. Podskakuję, gdy nad głową huczy mi sowa. Kocia mama mija mnie z dostojną pogardą.

– Spokojnie, Kolego. Już prawie jesteśmy w domu.

Musiało być już po północy, gdy trzasnęły za nami drzwi.

Roman rzuca buty pod ścianę. Na kartonie zostawia miseczkę mleka i kilka kawałków kurczaka. Ze starych swetrów uwija nieduże legowisko. Wali się jak długi na kanapę, aż jęczą sprężyny.

– Chodź – mówi, klepiąc poduchę obok siebie.

Wskakuję i kręcę się kilka razy w kółko. Zwijam się w kłębek i choć powieki mi ciążą, to dzielnie czekam, aż wujas zaśnie. Gdy tylko zachrapał, zamykam oczy.

W nocy budzę się przykryty kocykiem. Słyszę mruczenie.

 

***

 

Ziewam głośno i przeciągam się, aż trzeszczą stawy. Mam w ustach dziwny posmak. Kostka rosołowa?

Słyszę kroki na drewnianych schodach i podnoszę się, by do nich podejść.

– Hę? A co ty tutaj robisz? – wita mnie wujas. – I czego jesteś taki brudny?

– Eee… Otwarte było – dukam i z całych sił walczę, żeby nie zacząć skakać.

Stoję na dwóch nogach! I mam po pięć palców u dłoni! Mam dłonie!

Na to, czemu jestem brudny, nic nie wymyśliłem, ale Roman nie drąży.

– Dziwne – skomentował tylko, rozglądając się po zabałaganionym salonie. – Psa widziałeś?

– Co? Nie. Jakiego psa? Może uciekł?

– No to jest taka powsinoga – mruczy wujas pod wąsem, sprawdzając drzwi. Schyla się, by pogłaskać koty. – Może wróci.

Nie słucham go za bardzo, tylko macam się po całym ciele. Nie ma futra! Nie ma ogona! Ubrania!

– Dobrze się czujesz? – pyta, zerkając spode łba. – A zresztą. Dopisałem parę akapitów do bloga. Chcesz przeczytać?

Patrzę na tę rumianą, wąsatą gębę i nie mogę przestać się uśmiechać.

– No pewnie.

Koniec

Komentarze

Smakuje głównie piwem i wąsami.

Wujas, co się zowie!

 

Tak jak pisałem w becie – bardzo przyjemny tekst. W formie opowiadania jest po prostu dobry, ale dla mnie to niezły materiał źródłowy na odcinek jakiejś kreskówki dla dzieciaków lub gry video, będącej mixem It takes two i Stray. :)

Na pewno dużo zyskuje dzięki luzackiemu stylowi narracji, świetnie pasującemu do tego, o czym opowiadasz. Ta sama historia, napisana w inny sposób, broniłaby się prawdopodobnie znacznie gorzej.

Gratulacja ode mnie. ;) 

Hej

 

Całkiem przyjemnie się czytało o dniu z życia psa :). Dobrze oddałeś (chyba bo psem nigdy nie byłem :) te zapachy, smaki i przebodźcowanie. Do tego potrzebę bycia blisko – samotność psa. 

 

Jak na bajkę przystało kończysz ładną pętelką :) ale puenta trochę mi ucieka. Bo gdyby bohater miał problem z polubieniem siebie i przygoda z przemianą miała go czegoś nauczyć to ok. Ale tu wychodzi na to, że trzeba być miłym dla treści umieszczanych przez wujka w sieci :).

 

No ale ok, trzeba wejść w czyjąś skórę by tego kogoś zrozumieć – czaję:)

Może lepiej by to wybrzmiało gdyby bohater zwyczajnie nie lubił psów? 

 

To taka mała uwaga na koniec – dobre opowiadanie, klikam i pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Pobetowo:

Miły tekścik, z małym morałem, napisany troszkę jak bajka. Podobało mi się. Finalny efekt jeszcze bardziej przypadł mi do gustu. 

Bardzo dobrze piszesz, nie było za wiele do roboty na becie. Zdecydowanie należy się klik biblioteczny, więc to też czynię. 

Dzięki za zaufanie, pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Hej @Bardzie,

 

ale puenta trochę mi ucieka. Bo gdyby bohater miał problem z polubieniem siebie i przygoda z przemianą miała go czegoś nauczyć to ok. Ale tu wychodzi na to, że trzeba być miłym dla treści umieszczanych przez wujka w sieci :).

Faktycznie jak na bajkę puenta nie jest szczególnie mocna, ale chyba też nie celowałem w to. Z dzisiejszej perspektywy powiedziałbym, że miejmy więcej wrażliwości względem rzeczy, które ekscytują naszych bliskich. :)

Może lepiej by to wybrzmiało gdyby bohater zwyczajnie nie lubił psów? 

Pewnie tak, łuk byłby bardziej klasyczny. To na pewno lepsze rozwiązanie, ale obawiam się, że brakuje mi umiejętności, by nie popaść w sztampę.

 

Dziękuję Ci bardzo za wizytę, komentarz i klika!

 

Hej @MB,

 

Dziękuję za pomoc przy pracy nad tekstem i za miłe słowa! I za klika. :) 

Czytało się przyjemnie i to najważniejsze. Fajna psia perspektywa, kilka niezłych zdań. Ja tu przyznam tak bardzo bajki nie widzę, ale to nie jest problem. Klikam.

Tymczasowy lakoński król

Nowa Fantastyka