Wieś Najra. Po bitwie
Rumak bojowy imieniem Bandolion, z ciężkim i smętnie opuszczonym łbem kroczył powoli i dostojnie. Sterane kopyta, brunatne od bitewnego pyłu i zaschniętych płatów krwi leniwie parły przez wyboistą ścieżkę, a ich głuchy tupot nienaturalnie głośno roznosił się pośród chałup.
Osada jawiła się niczym wymarła. Brak jakichkolwiek ludzi czy zwierząt, żadnej krzątaniny. Cisza, spokój.
Zgarbiony jeździec, pan karego Bandoliona siedział w siodle niepewnie, całkowicie obojętny na rozgardiasz. Nie zwracał uwagi na porozrzucane garnki i wiadra, walające się narzędzia, łatane ubrania zwisające z konopnego sznura, sieci rybackie chaotycznie kotłujące się wokół chatek. Domostwa porzucono w wyraźnym pośpiechu – ich drewniane drzwi, niczym półotwarte usta zastygły w milczącym zdziwieniu, a z oczu okien wyzierała smutna pustka.
Rumak przystanął. Niepewnie zastrzygł uszami. Potężny i groteskowy na tle rybackich chatek, postanowił zakończyć wędrówkę. Zresztą, jeździec również najwidoczniej miał dość – zachwiał się i z łoskotem runął na ziemię, wzbijając wokół siebie tuman kurzu.
Bandolion prychnął z ulgą, zaczął skubać zielsko obrastające płot wymalowany w pstrokate, mityczne stwory rzeczne.
Wieś Najra. Przed bitwą
Chłopcy siedzieli na wysokiej gałęzi orzechowca, skąd mogli dobrze obserwować równinę na północ od wsi, gdzie rozciągał się widok niebywały w tej spokojnej i ospałej zazwyczaj okolicy: chmara ludzi zbita w jedną szaro – czarną plamę, rozlewała się aż do brzegów rzeki. Od czasu do czasu dało się zauważyć błysk broni lub pancerzy lśniących we wschodzącym słońcu. Dumne sztandary łopotały na wietrze, płynąc przez może wojsk ku olśniewającemu zwycięstwu lub haniebnej zgubie. Do uszu obserwatorów dochodziło miarowe, basowe bicie w bitewne kotły; ale najbardziej przerażająco i ekscytująco zarazem wybrzmiewały okrzyki bojowe wojsk zajmujących swoje miejsca przed nieuchronnie zbliżającym się starciem. Znaczna odległość sprawiała zniekształcenie tych wszystkich odgłosów, co tylko potęgowało grozę nadchodzącej bitwy.
– Złazić! – wycedził przez zęby Korma. Twarz miał bladą, na plecach zarzucony ogromny wór a na stopach te swoje ciężkie, wojskowe buty, które zakładał tylko przy wyjątkowych okazjach.
Tą okazją okazała się trwożliwa ewakuacja wioski. Sznureczek obładowanych ludzi gorączkowo ciągnął ścieżką do lasu. Nie do tego małego zagajnika, w którym dzieci zazwyczaj bawiły się w chowanego. Rybacy uciekali do „wielkiego, czarnego lasu”, ziejącego lepkimi i niepokojącymi ciemnościami. Nie mieli innego wyjścia. Groza wojny i śmierci wykurzyła ich z bezpiecznego nadbrzeża.
Bracia spojrzeli po sobie, zeskoczyli z drzewa, a ojciec od razu wcisnął w ręce ciężkie worki wypełnione suszoną rybą i bryłkami sera. Skarcił synów wzrokiem i kazał biec za matką. Sam z obawą obejrzał się za ramię, nie miał żadnych wątpliwości: bitewny walec nie oszczędzi osady. Całą młodość wysłużył w armii i dobrze wiedział, jaki los ją spotka – głodne i poobijane żołdactwo, zwycięskie lub przegrane rzuci się ochoczo w amok rabunku i morderstwa.
Poprawił swój tobołek, drzwi zostawił uchylone. „I tak nam wszystko zdewastują. Będzie dobrze, jak nie spalą chałupy” – pomyślał gorzko i ruszył w drogę. Czas uciekać!
W ukryciu
Między drzewa wdzierał się swąd spalenizny a dalekie pomrukiwanie moździerzy i ciągły łoskot bębnów trwał nieustannie cały dzień, całą noc i znowu cały dzień. W momentach, gdy drżała ziemia, a przez niebo przelewały się jęzory wyjących błysków, uciekinierzy kulili się pod pniami, niemalże zakopując się w warstwach wilgotnego mchu. Sprawiali wrażenie leśnych dziwadeł kryjących się przed nawałnicą. Ktoś szlochał, ktoś wymiotował, ale nikt nie ważył się podnosić głowy zdjęty paraliżującym strachem.
Wreszcie nadszedł koniec. Daleki szczęk broni ucichł, kotły zamilkły, a ziemia już nie drżała. Bitewne okrzyki ludzkich fal rozpłynęły się w powietrzu. Po trzech dniach od ucieczki gromadka zbiegów niepewnie przebudziła się do życia. Ognisk nie palono. Mizerne straszydła siedziały skupione w małe grupki, wygrzebując z tobołków resztki prowiantu. Dzieci pierwsze nieśmiało pozwoliły sobie na jakikolwiek ruch. Umorusane darnią, oblepione mchem i porostami we włosach, kręciły się wśród potężnych drzew.
Napięcie opadło. Ludzie zachowywali się nieco swobodniej. Żywność wyczerpała się, więc zaczęli półgłosem radzić, co czynić. Niepewnie wymieniali uwagi i dość nerwowe uśmiechy. „Przeżyliśmy” – myśleli z ulgą.
Korma nie rozstawał się z toporem, nerwowo tarł kciukiem po rdzawej krawędzi, tak mocno, że aż zdarł skórę z opuszka. Ciągle nasłuchiwał, lecz ponurych nut zwiastujących zagrożenie i śmierć nie potrafił wychwycić. Żona z kamienną twarzą to zerkała na niego, to na synów obrzucających się gąbczastym mchem.
– Pójdę. Rozejrzę się – rzekł do niej.
Wczesnym świtem Korma, rybak Olmok i jego młody pomocnik Samla wypełzli z gęstwiny. Korma od razu spojrzał w stronę wsi. Żadnej łuny ognia? To spotęgowało niepokój. Chwycił mocniej topór i kazał milczeć towarzyszom.
Intruz
Słońce wreszcie śmielej zaczęło posyłać promienie ciepła. Dzień otrząsnął się z szarego poranka, ogłaszając śliczną, letnią pogodę.
Najra przywitała ich spokojem. W tych okolicznościach oczodoły okien domostw niemal śmiały się szyderczo w twarz zaskoczonym przybyszom.
– Właź na orzechowca, rozejrzyj się – Korma syknął na młodego Samlę.
Ten sprawnie wdrapał się na gałąź, na której kilka dni wcześniej przesiadywali synowie Kormy. Ujrzał pole bitwy. Równina na północy broczyła czernią ciężkich, nisko wiszących oparów i raziła niezliczonymi punkcikami poległych wojowników, zabitych koni i wrakami machin bojowych, które z daleka rysowały się jak ogromne szkielety przypominające cmentarzysko prastarych, smoczych trucheł. Leniwy wiatr muskał twarz, wtłaczając w nozdrza mdły fetor przenikający wszystko dookoła.
– Tu! – krzyknął nagle. – Patrzcie tutaj! – wrzasnął ponownie, machając ręką, wskazując gdzieś za sąsiednią chałupą.
Zaskoczony niepotrzebnym rwetesem Korma chwycił topór w obie ręce i ruszył skulony w stronę węgła. Olmok zawahał się, lecz zaraz dogonił Kormę. Bał się. Jednak wolał trzymać się doświadczonego wojownika, niż nieopierzonego młodzieńca, który zręcznie zsunął się z drzewa i pobiegł za towarzyszami.
Niemal wpadł im na plecy. Korma i Olmok stali i gapili się w postać zalegającą pod płotem.
Samla szybko odwrócił wzrok. Wzdrygnął się. Nie mógł patrzeć na zmasakrowaną twarz, z której wyzierało jedno oko beznamiętnie gapiące się w niebo.
Korma podszedł z wahaniem. Wiedział, że ze zdruzgotaną głową nikt nie jest w stanie przeżyć. Trącił czubkiem buta korpus intruza. Żadnej reakcji.
Przyklęknął nad postacią. Przyjrzał się z bliska. Ów człowiek, zapewne rycerz, za życia musiał wzbudzać respekt i podziw swoją majestatyczną posturą. A bajeczna zbroja płytowa, choć pokiereszowana, jedynie pogłębiała to wrażenie. Nigdy bowiem nie widział czegoś tak imponującego – każdy jej element w każdym szczególe wykonany został z materii przypominającej masę perłową. Światło żywo załamywało się na krawędziach i obłościach kirysu, karwaszy czy nagolenników, grając swoistą barwną grę: oberżynowe przebłyski przechodziły w głęboką czerń, by za chwilę zaskoczyć oczy karmazynowym refleksem.
Korma rozpiął klamry i zaczął ściągać rękawicę z dłoni rycerza. Była taka piękna. Taka niezwykła. Aż zapragnął ją przymierzyć. Choć na chwilę.
– Nie ruszaj lepiej tego – rzekł z obawą Olmok. – Widzisz przecież, że to wielmoża. Może nawet sam cesarz? Będziemy wisieć, a z nami cała wieś…
Zamilkł nagle, gdy zobaczył bezwładną rękę rycerza, którą Korma wydobył z rękawicy: delikatną i smukłą, o cerze w kolorze podobnym do barwy zbroi, choć znacznie jaśniejszą. Jawiła się niczym dzieło kunsztu wybitnego rzeźbiarza, całkowicie panującego nad perłowym materiałem.
Olmok aż westchnął z wrażenia, Natychmiast spojrzał na swoje spracowane, nabrzmiałe, pełne odcisków i brudu pięści. Już otworzył usta, by powiedzieć coś – w jego mniemaniu – światłego, gdy usłyszał:
– To nie człowiek, to demon – wypalił Samla. – Cesarz otoczony jest radą demonów. Starcy tak gadają. We wsiach za rzeką tak gadają…
Korma prychnął pogardliwie, przerywając wywód młodzieńca. Ułożył delikatnie rękę rycerza na opancerzonej piersi. Wstał. W garści trzymał bojową rękawicę. Poczuł się nieswojo. Służąc w wojsku, nigdy nie uczestniczył w dzikim procederze obdzierania poległych z osobistego dobytku. Nie potrafił, brzydził się. Teraz speszony, zupełnie nie wiedział, jak się zachować.
Łypnął na towarzyszy. Wszyscy tkwili nad zwłokami, tak jakby właśnie wyciągnęli z rzeki nadspodziewanie przerośniętego suma.
– Tylko my trzej wiemy o trupie. I tak powinno pozostać – ściśniętym głosem wydukał w końcu. – Wywieziemy ciało nad Błocisko i tam zatopimy. Jeśli będziecie milczeć, nikt nie obwini nas za tę śmierć.
Pozostali pokiwali z ulgą głowami, licząc w duchu na to, że właśnie Korma znajdzie wyjście z sytuacji.
Stali tak, debatując nad planem sprawnego pozbycie się ciała. Słońce wędrowało coraz wyżej, a czas przyspieszył wobec gorączkowej wymiany zdań.
Śmierć perłowego rycerza
Żaden z nich nie zareagował na minimalny ruch.
Ocalałe oko rycerza poruszyło się z wysiłkiem, usiłując rozeznać się w swojej fatalnej sytuacji. Widziało dobrze, jednak komunikaty zapętlonych alertów krytycznych wciąż przysłaniały widok, natomiast raporty o uszkodzeniach organów wewnętrznych dawały jasno znać, że czasu pozostało coraz mniej.
Oko uroniło łzę, ale z wysiłkiem zogniskowało ostrość na rękawicy.
„Wyłącz i włącz, do diaska!” – pojawiła się nerwowa myśl.
– Zawiniemy go w sieci i zatargamy w bagno. Tak daleko, jak się tylko da! – Samla walnął podekscytowanym głosem, mając w duchu satysfakcję, że potrafi wymyślić dobry plan.
– A po drodze nawtykamy mu kamieni, coby na pewno nie wypłynął – dodał Omlok z szelmowskim uśmiechem.
– Jednak do bagna jest dość daleko – zaczął się zastanawiać głośno Korma, chowając rękawicę za sobą.
„Nałóż ją głupcze. Wykonaj prosty gest. Zrestartuj!” – kolejna, paniczna myśl przetoczyła się po resztkach świadomości.
– A co, jeśli ktoś nas zobaczy? Niedobitki i dezerterzy na pewno będą kręcić się po okolicy. Czekamy do nocy? – Korma miał coraz więcej wątpliwości.
– To może zakopiemy nieboszczyka. Nie ma co czekać – odparł któryś z towarzyszy.
– Spalmy ciało. Tu i tak wszędzie śmierdzi trupem.
– Poćwiartować, potem rzecznym pokrakom na żer wrzucić. Ty Korma przecież jesteś ćwiczony w robieniu toporem.
– A co z rumakiem? Wart przynajmniej srebrnej monety. By sprzedał, jak jest okazja!
– Komu sprzedasz? Pokaż go tylko wioskowym, a cała okolica zacznie huczeć i mielić jęzorami.
Człowiek trzymający rękawicę nie miał zamiaru jej zakładać. Sytuacja stała się beznadziejna. „Zresztą, skąd on mógłby wiedzieć, co należy zrobić” – wyłoniła się kolejna, tym razem ostatnia, pełna żalu myśl.
Obraz stracił ostrość, raportowanie urwało się nagle. Zapadła lodowata ciemność. Oko zastygło. Umarło wraz z poranionym ciałem.
*
Wiosną roku następnego rzeka wylała. Pole bitwy znalazło się pod wodą a Najra została zmieciona falą brunatnego mułu. Powiadano, że żaden z mieszkańców wioski nie przeżył katastrofy.
Zwłok perłowego rycerza nigdy nie odnaleziono.
Witaj. :)
Gratuluję debiutu i to już w dniu rejestracji. Zachęcam do zapoznania się z działem Publicystyka i tamtejszymi Poradnikami, w tym – Drakainy dla Nowicjuszy. :)
Ilość znaków: 11212 to już OPOWIADANIE, a nie SZORT, zatem zmień kategorię. :)
Dialogi są do generalnej poprawy według Poradnika ze wspomnianego działu. Podobnie zapis myśli.
Warto zawsze podać kilka tagów oraz fragment reprezentacyjny. :)
Czy celowo jeden z rozdziałów ma taki sam tytuł, jak całe opowiadanie?
Podszlifować należy również interpunkcję, np.:
Między drzewa wdzierał się swąd spalenizny a dalekie pomrukiwanie moździerzy i ciągły łoskot bębnów trwał nieustannie cały dzień, całą noc i znowu cały dzień.(…)
. Ty Korma przecież jesteś ćwiczony w robieniu toporem. (…)
Pole bitwy znalazło się pod wodą a Najra została zmieciona falą brunatnego mułu.(…)
Zgarbiony jeździec, pan karego Bandoliona siedział w siodle niepewnie, całkowicie obojętny na rozgardiasz.
Niezły pomysł na opowieść fantasy.
Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia. :)
Pecunia non olet