- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Baiser macabre

Baiser macabre

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Marszawa, marzan, GalicyjskiZakapior

Oceny

Baiser macabre

I

Otwieram oczy, a brutalne światła jarzeniówek próbują mi je wypalić. Biały sufit, białe ściany.

Odwracam głowę na boki; szafki, szpitalne łóżka, puste.

– Halo? – rzucam zachrypniętym głosem, ale odpowiada mi tylko upiorna cisza. I tykanie zegara, którego nigdzie nie widzę.

Szukam telefonu, wyciągam rękę do szafki. Wysuwam z niej wszystkie szuflady: nic.

Wstaję powoli, zaskoczona dobrym samopoczuciem. Nic mnie nie boli. Czemu więc leżę w szpitalu?

Wychodzę z sali i kieruję się do recepcji. Jednak ta świeci pustkami. Kieruję się do korytarza. Szukając wyjścia w labiryncie śnieżnobiałych ścian, nie słyszę żadnych typowych dla szpitala dźwięków: szurania pielęgniarek w crocsach, którym nigdy się nie spieszy, rozmów lekarzy, czy kaszlu pacjentów.

W końcu znajduję szklane drzwi. Otwieram je i z wrażenia na chwilę zapominam oddychać.

 

 

II

Huk wody ogromnego wodospadu powinien mnie ogłuszać, zamiast tego przyjemnie szumi. Kolorowe papugi siadają na gałęziach soczyście zielonych drzew, które wczepiły się korzeniami w szczeliny skał okalających wodospad. Gdy spojrzeniem schodzę w dół, dostrzegam misternie zdobioną balustradę mostu, mieniącego się tęczą.

Niepewnie stawiam pierwszy krok. Nic złego się nie dzieje, lęk stopniowo znika. Powoli kroczę przez most w kierunku balustrady, zachwycając się spektaklem barw odbywającym się pod moimi stopami.

Docieram do bariery mostu, który unosi się bardzo wysoko nad krystalicznie czystą taflą wody, niebieską jak w reklamie wycieczki z biura podróży.

Długo hipnotyzuje mnie ten widok, kiedy przypominam sobie, że przecież nie sprawdziłam, co jest za mną.

Przed sobą widzę jedną stronę deptaka. Na środku stoi szpital, który rozpoznaję tylko po wielkim czerwonym krzyżu nad wejściem. Budynek bardziej przypomina średniowieczną gospodę z tymi brązowymi belkami na modłę domów pruskich i zielonymi, murowanymi ścianami.

Do szpitala ciasno przylega sznur innych, jeszcze niższych budynków, rozciągających się na obie strony. Przyozdobione są niesamowitą ilością roślin, które pną się po ścianach lub wyrastają bezpośrednio z okien. Przed uroczymi domkami rozstawiono ogródki restauracyjne. W niektórych siedzą nawet ludzie, choć są nieliczni. Nad domkami wyrastają majestatyczne góry, które wyglądają, jakby otaczały miasteczko w opiekuńczym geście.

Nie mam wątpliwości, że to sen, do tego najciekawszy, którego dane mi było doświadczyć.

Wędruję spojrzeniem po łańcuchu domków, ciekawa jego długości. Ostatni budynek graniczy z bardzo wysokim murem, który biegnie przez cały most i przecina go na środku żelazna brama. Tylko przez nią można zobaczyć, co jest po drugiej stronie.

Zaciekawiona ruszam w tamtym kierunku. Gdy w końcu docieram do bramy, spoglądam przez kraty i aż zachłystuję się powietrzem. Kontrast między poprzednim a obecnym widokiem jest wręcz bolesny.

Za bramą widzę tylko szarość i czerń: szare ulice, szare domy, czarne dachy, szare drzewa. Żadnych żywych kolorów. Zachowanie ludzi mnie przeraża: chodzą bez celu, bez świadomości, jak… zombie? Z otwartych okien domów dobiega do mnie tylko płacz i jęki bólu, nie słyszę żadnych rozmów.

Mój wzrok przykuwa kobieta, która stoi pod jednym z szarych, małych domków. Ma na sobie poszarpane ubrania, na twarzy grymas cierpienia. Rozgląda się bezradnie, jakby nie wiedziała, gdzie jest.

Nagle zza domów wyłania się czarne bmw i wpada na ulicę. Przejeżdża kilku przechodniów, robiąc z nich dosłownie mięsną, krwawą miazgę. Kierowca jednak jedzie dalej i znika w kolejnej uliczce.

Odnajduję wzrokiem kobietę, która, ku mojemu zaskoczeniu, przytomnie reaguje na tę sytuację. Chowa się w jednym z najbliższych domków. Jednak nawet nie zdążam odetchnąć z ulgą, bo w środku wybucha pożar. Ogień pożera dach, bucha płomieniami z okien, łopoczą ogniste firanki. Ten okropny widok dosłownie zapiera mi dech. Szarpię bramę, ale ona nawet nie drgnie.

Mam wrażenie, że moja twarz drętwieje. A potem ręce, tułów, całe ciało.

Z domku wybiega kobieta. Żyje!

Łapczywie biorę oddech i natychmiast zamieram. Kobieta już nie przypomina człowieka, tylko rzeźbę ulepioną z lawy. Krzyczy z bólu, jakby gotowali ją w ogromnym kotle.

Nie zniosę tego dłużej. Odwracam się gwałtownie i zaczynam biec w stronę mostu.

Nie przestaję, dopóki nie sięgam barierki. Dyszę ze zmęczenia i przerażenia. Gdy uspokajam oddech, zauważam, że moje ręce drżą.

– Walić ten sen – szepczę. – Czas się obudzić.

Odwracam się w stronę wodospadu i balustrady, chwytam metalową, tęczową obręcz. Przechylam się do przodu. Obserwuję ryby, które pływają sobie beztrosko. Zastanawia mnie, kiedy się obudzę. Czy ryby zdążą mnie pokąsać albo nawet zjeść? Uspokajam się myślą, że to mało prawdopodobne – zazwyczaj przebudzenie przychodzi natychmiast, równocześnie ze śmiercią we śnie, czasami nawet już podczas lotu.

Ale czy to na pewno jest sen? – Nagle pojawia się ta wstrętna myśl. – Bo jeśli to nie jest sen i skoczę…

Nos łaskocze od zbliżających się łez, które po chwili gęstymi kroplami spadają do jeziorka, tworząc malutkie okręgi. Niektóre rybki przypływają do nich szybko, by rozczarowane odpłynąć z powrotem.

Cofam się odrobinę, nie puszczając barierki.

– Boże, ja nie wiem… – chrypię od płaczu. Nie powstrzymuję łez, pozwalam im gęsto płynąć. Chcę, żeby ten koszmar się skończył. Przede wszystkim chcę mieć pewność, że to jest koszmar.

– W pewnym sensie masz rację. – Męski, pewny głos zza moich pleców zaskakuje mnie tak bardzo, że natychmiast przestaję płakać. – To jest sen. Ale nie taki, jak myślisz.

Przez krótką chwilę obezwładnia mnie paraliż. Gdy ten opuszcza moje ciało, odwracam się powoli.

Wysoki mężczyzna w czarnym, długim płaszczu, równie czarnych spodniach na kant, fioletowej kamizelce i białej koszuli patrzy na mnie z lekkim rozbawieniem. Trudno określić jego wiek; gęste, ciemne włosy i figlarny uśmieszek sugerują beztroską młodość. Jednak starannie przystrzyżona broda, z rzadka przyprószona siwizną oraz spojrzenie charakterystyczne dla ludzi, którzy widzieli wiele, sugerują z kolei, że już trochę życia ma za sobą.

Widząc moje zaskoczenie, mężczyzna uśmiecha się jeszcze szerzej.

– Jestem Tod. – Kłania się teatralnie, na co pewnie bym przewróciła oczami, gdyby nie przerażająca sytuacja, w której się znajduję.

– Co tu się dzieje, Tod? – Wkurza mnie ten goguś. Ja tu umieram ze strachu, a ten się śmieje nie wiadomo z czego.

– Nie denerwuj się. Tutaj nic złego nie może ci się stać. Najgorsze masz już za sobą.

Złość ustępuje przerażeniu.

– Co to znaczy? – Z gardła wydobywa się tylko zachrypnięty szept. Odchrząkuję i ostro powtarzam pytanie.

– Że jesteś w śpiączce, moja droga. I teraz od ciebie zależy, czy się wybudzisz, czy nie.

Zastygam, mimo że wcześniej w zakamarkach podświadomości czaiła się ta myśl i nie była zupełnie nowa. Jednak gdy moje przypuszczenia zostają potwierdzone przez tajemniczego mężczyznę, nogi lekko się pode mną uginają i czuję się słaba.

– Widziałem, że byłaś już przy bramie prowadzącej do Strony Życia – mówi łagodnie. – Czy chcesz zobaczyć Stronę Śmierci?

Co? To była Strona Życia?

Mężczyzna wskazuje palcem drugą stronę mostu, jakby na niebie znalazł okaz rzadkiego rodzaju ptaka.

Z tej odległości nie widzę szczegółów, jednak w oczy rzucają się liczne wzgórza i małe górki w przeciwieństwie do płaskiego terenu, który dominuje po Stronie Życia. Dzięki wzniesieniom po Stronie Śmierci jestem w stanie dostrzec wyłaniającą się zza murów obszerną gamę różnorakich barw; od żółtego przez zieleń, aż po fiolet i czerwień. Nigdy wcześniej nie widziałam tak gęstego skupiska kolorów, tylu krzewów i drzew; słowem, Strona Śmierci przypomina tajemniczy ogród na wzgórzach.

Tod śmieje się cicho, zapewne w reakcji na moją rozwartą buzię.

– Chodźmy więc… – Próbuje mnie wziąć pod ramię, ale odruchowo się cofam.

– Nie znamy się.

– Jestem Tod.

– Aniela. Nie znaczy to jednak, że mamy teraz iść razem jak stare małżeństwo.

Tod znów się śmieje, delikatnie i szczerze. Podoba mi się ten śmiech.

Nie, wcale nie.

– Idźmy więc jak znajomi, którzy wkrótce mogą stać się przyjaciółmi. – Rusza pierwszy, stąpając pewnie, a jednocześnie lekko po tęczowym bruku.

Podążam za nim, w sumie nie wiem, dlaczego. Chyba nie chcę być sama.

Gdyby nie tęczowy bruk pod stopami, czułabym się jak na wakacjach w magicznym miejscu. Po prawej stronie mijamy urocze restauracje i kawiarenki, a po lewej huczy wodospad, który próbuje zagłuszyć śpiew i skrzek papug.

Docieramy do bramy. Tod zaprasza gestem, bym się do niej zbliżyła. Opieram dłoń na żelaznej kracie, która jest zaskakująco ciepła.

Obserwuję, co się dzieje za bramą i nie wierzę, że tak wygląda Strona Śmierci.

Ludzie na wzgórzach się bawią; jedzą, piją, tańczą i śpiewają przy ogniskach. Brzozy o biało-czarnych pniach i gęsto zazielenionych gałęziach chronią ich przed upalnym słońcem. Lawendy uginające się pod wpływem lekkiego wiatru przypominają szumiące, fioletowe morze.

Czuję błogość i spokój, gdy nagle… widzę dziecko wpadające do ogniska! Ku mojemu zdziwieniu nikt z dorosłych nie reaguje, a dziecko nie płacze. Wstaje z paleniska, otrzepuje się i biegnie dalej, do swoich rówieśników.

– Nie tak wyobrażałaś sobie życie po śmierci, prawda? – głos Toda przebija się nagle do mojego umysłu, przepojonego pięknym widokiem.

– Nie – przyznaję, nie mogąc oderwać oczu od liści brzóz mieniących się pod wpływem promieni słońca. Jeszcze nigdy nie czułam się tak beztrosko, a nawet mnie tam nie ma, tylko obserwuję z boku. Czuję, jak powoli wszystkie mięśnie się rozluźniają; karku, ramion, nóg… A umysł oblepia ta cudowna nieświadomość, jaką odczuwa się zaraz po przebudzeniu, te kilka sekund, gdy nie pamiętasz, co cię trapi od dni, tygodni, miesięcy.

Opuszczam głowę i daję się zahipnotyzować tańczącym kolorom tęczy na bruku mostu.

Wybór wydaje się oczywisty. Po Stronie Śmierci czeka mnie tylko radość, spokój, wieczna zabawa. Po Stronie Życia: szarość, zmartwienia, stres, cierpienie.

Ale tam też jest moja mama, moja siostra, cała rodzina, która za mną tęskni. Znajomi, przyjaciele, wyzwania, przygody… Które niekoniecznie będą miłe. Sukcesy, ale i porażki…

Naprawdę nie wiem…

Podnoszę wzrok i kieruję go na Toda. Robię to tak gwałtownie, że nawet ten ciągle uśmiechnięty fircyk się wzdryga.

– Mówisz, że mogę w każdej chwili zdecydować, dokąd przejść?

– Tak.

Sięgam spojrzeniem za kraty bramy. Obraz wesołych ludzi przy ognisku walczy z obrazem rozjechanych ludzi i płonącej kobiety.

– Tylko że ja… ja nie…

Łzy chwytają mnie za gardło i spływają po policzkach, by po chwili wybuchnąć niepohamowaną kaskadą. Czuję wstyd, że płaczę przy obcym mężczyźnie i to dopiero co poznanym, ale właściwie jakie to ma teraz znaczenie. Ja naprawdę nie wiem, co robić, nienawidzę tego uczucia bezradności.

Ku mojemu zdziwieniu Tod nie wykorzystuje tej chwili załamania, by mnie pocieszać czy obejmować, jak zrobiłaby to większość facetów. Milczy i czeka, aż w końcu się uspokajam.

– To zrozumiałe, że czujesz się zagubiona i rozdarta – mówi, gdy wycieram z twarzy ostatnie łzy. – Nie musisz podejmować decyzji od razu, masz trochę czasu. – Podaje mi ramię. – A teraz chodźmy na pyszną herbatę.

 

 

III

Znów odmawiam podanego mi ramienia, ale przyjmuję zaproszenie na herbatę.

Nie mogę wyrzucić z głowy obrazu kobiety, która niemal spłonęła żywcem. Czy ona faktycznie płonęła? Czy była to tylko może jakaś iluzja?

Pytam o nią Toda, gdy siadamy w wiklinowych fotelach na ogródku kawiarenki. Mój przewodnik kładzie ręce na stolik, splata palce. Ma bardzo ładne dłonie: jednocześnie krzepkie i zadbane.

Wzdycha głośno.

– Nie, to nie była iluzja. Ta kobieta faktycznie płonęła. Do końca życia będzie odczuwać ból, którego nie da się stłumić lekami. Prawdopodobnie będzie błagać o eutanazję.

Nagle przenika mnie chłód mimo ciepłych promieni słońca. Drżę ledwo zauważalnie, ale Tod to dostrzega. Powoli ujmuje moją rękę. Odruchowo chcę ją zabrać, jednak tego nie robię. Dlaczego?

– To dobra rzecz – mówi łagodnie. – Przecież widziałaś, jak wygląda Strona Śmierci.

– A jeśli to… – Czuję napływające łzy, które zduszają kolejne słowa. – A jeśli to jakaś twoja sztuczka, podstęp?

– A jaki miałbym w tym interes?

Jego miękki głos i delikatny uścisk dłoni działają kojąco. Czuję subtelne ukłucie prądu w palcach, który przepływa przez ramiona, uderza w serce i znika dopiero w kręgosłupie, wywołując dreszcze.

Niepokoi mnie ten nagły przypływ błogości. Zabieram dłoń i chowam ją pod stolik. Uciekam spojrzeniem w stronę wodospadu i skrzeczących papug.

Zaskakuje mnie brzdęk filiżanek stawianych na stole. Blada jak płótno kelnerka z równie bladym uśmiechem pospiesznie odchodzi.

Przez parę wydobywającą się z naparu obserwuję Toda. Patrzy gdzieś w przestrzeń, również w stronę wodospadu. Dopiero teraz zauważam, jakie ma niesamowite oczy! Mogłabym przysiąc, że odbijają się w nich… fiołki?

Wbijam wzrok w herbatę, wdycham jej zapach. Jest bardzo przyjemny, cytrusowy.

– Czemu właściwie zawdzięczam to zaproszenie? – pytam, nie odrywając spojrzenia od filiżanki.

Słyszę szelest płaszcza, który wrócił chyba do rzeczywistości razem z właścicielem.

– Wydajesz się miła i chciałem się przekonać, czy naprawdę taka jesteś.

Wymyka mi się parsknięcie. Tod patrzy na mnie niepewnie, ale po chwili dołącza do chichotu. Podoba mi się jego uśmiech w postaci śnieżnobiałych zębów.

Nie, w sumie to nie. Wygląda jak dziwoląg.

– Żałosne – chichoczę.

– Czy ja wiem? Rozbawiłem cię. Może taki był mój cel?

Przenika mnie fioletowymi oczami. Dosłownie chwyta spojrzeniem, nie wiem, jak inaczej to określić. Ratuję się herbatą – sięgam po nią i upijam łyk. Lekko cytrusowy, idealnie ciepły płyn rozpływa się po języku. Rozszerzam oczy ze zdziwienia.

– Pyszna, prawda?

– Nigdy nie piłam lepszej!

– Widzisz, nie jest tutaj tak źle.

Zasmuca mnie to stwierdzenie, bo przypomina o najważniejszej decyzji w moim… życiu? którą muszę wkrótce podjąć.

Nagle do tej niepokojącej myśli dołącza kolejna: a gdzie ja właściwie mam tutaj mieszkać?

Wypowiadam tę obawę.

– Znajdziemy coś – rzuca Tod i upija łyk. – Na razie cieszmy się herbatą.

Cieszmy się. Zanurzam usta w naparze.

 

 

IV

Zgrzyt klucza w zamku. Tod otwiera mieszkanie tymczasowe, zarezerwowane specjalnie dla mnie.

Wnętrze mnie zaskakuje. Jest bardzo surowe: białych ścian nie zdobi ani jeden obrazek, a pokój wypełniają tylko kanciaste, proste meble: łóżko, krzesło i stół.

– Czuj się jak u siebie w domu – mówi Tod, a ja nie wiem, czy on naprawdę mi tego życzy, czy żartuje.

Zanim zdążam się obrócić, znika za drzwiami i zostawia mnie samą w tym dziwnym pomieszczeniu.

Jestem wyczerpana. Dobrze, że w świecie Pomiędzy też istnieje sen. Kładę się na łóżko, które jest zaskakująco wygodne.

Zasnęłabym natychmiast, gdyby nie nagły dźwięk tykania zegara. Głośny, miarowy. Zrywam się z posłania i rozglądam po pomieszczeniu. Zaglądam pod łóżko, krzesło, za stół, ale nie znajduję żadnego zegara.

Nie pozostaje mi nic innego, jak spróbować zignorować ten dźwięk.

Kładę się z powrotem.

Tykanie wnika stopniowo w słodką nieświadomość.

 

 

V

– Niestety nie wiem, o jakim zegarze mowa – odpowiada Tod na moje pytanie. Nie mam pojęcia, dlaczego dopiero po kilku dniach odważam się je zadać. – W tej kwestii nie mogę ci pomóc.

Zawiesza spojrzenie na bladej kelnerce, która stawia przed nami herbatę, a ja się zastanawiam, czy nadal by tak na nią patrzył, gdybym ogoliła jej głowę na łyso.

Jestem zazdrosna? Nie. Po prostu… nie mam tutaj nikogo innego.

Próbowałam rozmawiać z innymi mieszkańcami Pomiędzy, ale nie byli zainteresowani moją osobą. Udawali, że mnie nie słyszą. Nie mogłam nawet sama zamówić sobie herbaty. Dopiero gdy w ogródku restauracyjnym pojawiał się Tod, mogłam usiąść i skosztować tego boskiego naparu.

– Co to właściwie za herbata? – pytam go, wpatrując się w filiżankę.

– A jaka może być serwowana herbata w zaświatach? – śmieje się Tod. – Czarna!

– Ale przecież tu nic nie jest czarne. Tylko Strona Życia jest czarna i szara.

– Naprawdę cię to zaskakuje? Ja nadal nie rozumiem, dlaczego ludzie tak boją się śmierci. Przecież ona rozwiązuje każdy problem, łagodzi każdy ból, odprawia wszystkie zmartwienia.

– Ludzie po prostu boją się nieznanego. Nie wiedzą, co się dzieje potem. I to ich… nas przeraża najbardziej. Nie potrafimy znieść niewiedzy, nienawidzimy… pustki.

– Doskonale o tym wiem. – Upija łyk. Szumi wiatr, niosąc ze sobą zapach miodowych chryzantem, rosnących w przyrestauracyjnych skrzyniach. Figluje z kruczoczarnymi włosami Toda, pozostawia na nich blask. – Nie uważasz jednak, że to aroganckie ze strony ludzi? Pragnąć wiedzy o wszystkim? I, co gorsza, uważać, że ich umysły byłyby w stanie tę wiedzę pojąć?

Czuję presję, jakbym reprezentowała całą ludzkość. Opuszczam głowę i nerwowo bawię się palcami.

– Hej… – Na pokojowy ton głosu Toda podnoszę wzrok. – Nie musisz się tak stresować. Po prostu rozmawiamy.

Sięga po moje dłonie, ale ja szybko chowam je pod stół.

– A ty nie jesteś człowiekiem? I wiesz wszystko?

Widzę zaskoczenie w fioletowych oczach. Zastyga z rękami w powietrzu.

– Kim ty właściwie jesteś? – pytam natarczywie. – Albo… czym?

Kładzie ręce na stole, uśmiecha się.

– Właśnie o tym mówiłem… Musicie wszystko wiedzieć.

– Musicie. Czyli nie jesteś człowiekiem.

– Nie.

– Ale wyglądasz jak człowiek.

– Tak.

– Bo?

– Bo jakbym wtedy, przy moście, objawił się w prawdziwej postaci, to byś z niego skoczyła.

Śmieję się. Chyba zaczynam się przyzwyczajać do chaosu tego świata.

Właśnie. Przyzwyczajam się. A nie powinnam.

– Czy ja w ogóle muszę wybierać? – Nachylam się do niego i mówię konspiracyjnym tonem. – Nie mogę po prostu zostać… tutaj?

Tod wskazuje głową kelnerkę.

– Widzisz ją?

– Tę suk… super ładną kelnerkę, tak.

– Widzisz, jaka jest blada?

Obserwuję kobietę, która podaje herbatę gościom obok. Uśmiecha się lekko, jakby ostatkiem sił. Faktycznie jest jeszcze bledsza niż jeszcze kilka dni temu, jej skóra jest niemal przezroczysta.

– Im dłużej tu jesteś – wyjaśnia Tod. – Tym bardziej bledniesz. Aż w końcu… znikasz.

– I potem… co?

– Nic. Pustka.

Pustka. Okropne słowo.

Tod uśmiecha się lekko. Chwyta moje palce, a je nie oponuję. Znów czuję tę dziwną, przyjemną iskierkę.

– Możesz wybrać życie idealne. – Przybiera opiekuńczy ton, niemal rodzicielski. – Nie będziesz się martwić o to, czy zachorujesz na raka, a gdy się przewrócisz, nie poczujesz bólu. Nie musisz się martwić o bliskich, że coś im się stanie. Możesz żyć bez trosk i być szczęśliwa całą wieczność… ze mną.

Na krótką chwilę zapominam oddychać. Czy on mi się właśnie oświadcza?

Przenika mnie tymi fioletowymi, błyszczącymi oczami. Uśmiecha się białośnieżnymi zębami. Taki przystojny. Taki pewny siebie.

– Jednak jesteś głupi – mówię ostro, pozytywnie zaskoczona swoją szczerością.

Tod puszcza moją rękę, która opada z cichym łoskotem na stół.

– Co?

– Przecież życie nie składa się tylko ze złych momentów. Nie polega tylko i wyłącznie na cierpieniu…

– Widziałaś Stronę Życia…

– Wiem, co widziałam! I wiem, dlaczego akurat to widziałam. Jestem tylko człowiekiem. A my, ludzie, zapamiętujemy zazwyczaj tylko te złe chwile, chociaż dobrych jest o wiele więcej. Bo czy rozmyślamy o tym, jakie przyjemne było spotkanie z przyjaciółmi, które odbyło się tydzień temu? Czy doceniamy moment, kiedy, ot, jak my teraz, po prostu pijemy herbatę, która jest przepyszna? Nie, ciągle myślimy o chorobie, na którą nie mamy wpływu albo przewidujemy wypadek samochodowy, który wcale nie musi się wydarzyć.

Z oczu Toda znika blask.

– Bez złych chwil nie byłoby tych dobrych. – Im więcej mówię, tym lżejsza się czuję. – Wszystko by było nijakie. Mogę zachorować na raka, ale dzięki temu, że moje życie jest ograniczone, czuję właśnie, że żyję. Dobrze jest odczuwać ból po upadku, bo dzięki niemu się uczysz i unikasz go w przyszłości. Wyciąganie wniosków z błędów jest przecież fascynujące, nadaje wszystkiemu sens. Martwisz się o bliskich, bo ci na nich zależy, bo ich kochasz. Jakby wyglądała ziemia, gdyby z niej zniknęły cienie? Jesteś głupi.

Milczy, twarz ma napiętą.

Odsuwam się od stolika.

– Zdecydowałam. Idę do Strony Życia.

Tod mnie przytrzymuje.

– Pozwól mi się chociaż pożegnać.

– Okej. Pa.

Wstaję, on też. Podchodzi do mnie szybko, kładzie dłonie na ramionach.

– Proszę cię tylko o ostatnie spotkanie. Jutro wieczorem, w tym samym miejscu. Wtedy zdecydujesz i nie będę cię już do niczego namawiał.

Chcę go odepchnąć, ale nie potrafię. Ciepło z jego dłoni wnika w ramiona, wędruje do serca, a tam rozpala ogień. Patrzy na mnie z taką nadzieją w oczach, że aż drżę. Czuję się potrzebna. Niezastąpiona.

– Jestem tu sam. Całą wieczność. Chyba możesz przyjść ostatni raz? – Ujmuje moją rękę i kładzie na swoim torsie. W głowie i sercu wybucha mi jakaś eksplozja, ciepło rozlewa się po ciele niczym lawa po stokach wulkanu.

– Ostatni raz – szepcze.

 

 

VI

Nocny obraz granatowego nieba i czarnych cieni gór pięknie kontrastuje z girlandą świetlną rozwieszoną na pergolach. Ogródki restauracyjne są puste. Z oddali słyszę mocne uderzenia w klawisze klawesynu. Zaintrygowana przyspieszam kroku.

Do umówionego miejsca wchodzę przez łuk białych i fioletowych chryzantem, które oszałamiają korzennym zapachem. Gdy odrywam od nich wzrok, zaskakuje mnie postać Toda ubranego w biały garnitur. Wręcza mi bukiet lilii.

– Dziękuję – mruczę niezbyt uprzejmie. Boję się, że przegram tę walkę. Na sam jego widok poczułam gorąco.

Chcę odłożyć kwiaty na stół i wtedy zastygam. Blask licznych świec odbija się w kieliszkach do wina. Butelka krwiście czerwonego trunku stoi na środku.

– Dziś bez herbaty? – pytam, udając rozczarowanie.

Tod uśmiecha się szeroko, a za jego plecami dostrzegam klawesyn, przy którym nikt nie siedzi. Klawisze same z siebie uderzają w metaliczne tony.

Dostaję wypełniony po brzegi kielich. Tod unosi swój, jak do toastu.

– Za śmierć.

– Za życie – kontruję.

Zdenerwowana wypijam całą zawartość na raz. Widzę, że Tod robi to samo. Nie pozwala mi usiąść; od razu prosi do tańca.

Wino uderza do głowy nadzwyczajnie szybko i każe mi się zgodzić.

Podchodzę do niego i kładę rękę na ramieniu, którego napięte mięśnie wyczuwam nawet przez koszulę i marynarkę. Dotyk nad biodrem mnie zaskakuje, by po sekundzie zamienić się w przyjemny żar. Kołyszemy się w rytm upiornej muzyki.

Trunek płynie w żyłach coraz śmielej i pozwala mi spojrzeć bez zakłopotania w twarz Toda. Z fioletowych oczu bije pożądanie. Serce tłucze mi w piersi. Nagle na ułamek sekundy błyszczące oczy Toda wypełnia czarna otchłań, a z twarzy znikają skóra i mięśnie, ukazując gołą czaszkę. Mrugam szybko kilka razy i wszystko wraca do normy.

To chyba nie jest zwykłe wino.

Nagle Tod odchyla mnie do tyłu, ciało wyginam w łuk. Przed oczami kołyszą się skrzynie chryzantem odwrócone do góry nogami, pod nimi świecą girlandy. Oddech partnera na dekolcie wywołuje ciarki.

Podnosi mnie tak gwałtownie, że niemal stykamy się ustami. Trudna do określenia siła każe mi go pocałować, ale on zaczyna mnie obracać. Stoliki, klawesyn, girlandy, biały garnitur – wszystko zmienia się w migawki rozmazanych kadrów.

Na mrugnięcie okiem pojawia się jeden kadr, który zatrzymuje mi bicie serca; garnitur znika, a zamiast Toda widzę szkielet. Unoszę głowę i nad sobą widzę kościstą dłoń, która mnie trzyma i każe robić piruety. Gruchotanie kości przebija się przez mroczne dźwięki klawesynu. Chcę krzyknąć, lecz nagle dłoń znów oblepiają mięśnie i skóra.

Taneczny partner mnie zatrzymuje, przyciąga do siebie łapczywie, kładąc jedną rękę na moim boku, a drugą ściskając moją dłoń. Dyszę z przerażenia i ekscytacji. Na biodrze czuję drżenie palców.

Nagle Tod wpija się w moje usta, jakby chciał mnie pochłonąć, a ja czuję żar już nie tylko w sercu. Chcę go teraz.

Odwzajemniam pocałunek z nie mniejszą zachłannością, obejmuję jego twarz. Czuję ręce Toda wszędzie, chwytają wszystkich wypukłości z pasją, z przeczuciem, że to ostatni raz. Z moich ust wydobywa się jęk, nad którym nie potrafię zapanować.

Świat wiruje, wszystko dookoła jest kompletnie rozmazane, jakby malarz rzeczywistości zdenerwował się na swoje dzieło i wylał na nie wodę. Słyszę tykanie zegara – chyba wariuję.

Terakota uderza w plecy z łoskotem, lecz nie czuję bólu. Widzę nad sobą Toda – a w jego oczach nienasycony głód. Koścista ręka z chrupnięciem zrywa ze mnie sukienkę.

Wdziera się we mnie spazm rozkoszy. Wydaję z siebie dziki krzyk, którego echo zdaje się nie słabnąć i przenika wszystkie Strony: Życia i Śmierci.

 

 

VII

Pielęgniarka przykrywa pacjentkę wraz z głową białym prześcieradłem. W uszach wciąż dudni pisk kardiografu – dźwięk śmierci. A niespełna godzinę temu dziewczynę przywieziono do szpitala…

Salowa czyta kartę przypiętą do łóżka. Aniela, trzydzieści cztery lata.

Kobieta wzdycha ciężko i patrzy na zegar. Jego tykanie wypełnia całą salę i jest głośniejsze niż powinno.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Podziękowania za uprzedzenie o erotyce – na szczęście jest podana delikatnie, bez wulgaryzmów i sprośności. :)

 

Przy czytaniu zatrzymały mnie (poniższe sugestie – tylko do przemyślenia):

Rusza pierwszy, stąpając pewnie (przecinek?) a jednocześnie lekko po tęczowym bruku.

A umysł oblepia ta cudowna nieświadomość, jaką odczuwa się zaraz po przebudzeniu, te kilka sekund, gdy nie pamiętasz, co cię trapi od kilku dni, tygodni, miesięcy. – powtórzenie?

Czuję wstyd, że płaczę przy obcym mężczyźnie i to dopiero co poznanym, ale właściwie (przecinek?) jakie to ma teraz znaczenie. – mam wątpliwość, czy to nie pytanie (?)

Znów odrzucam podane mi ramię, ale przyjmuję zaproszenie na herbatę. Nie mogę wyrzucić z głowy obrazu kobiety, która niemal spłonęła żywcem. – powt./styl?

Zasmuca mnie to stwierdzenie, bo przypomina o najważniejszej decyzji w moim… życiu? którą muszę wkrótce podjąć. – mam wątpliwość co do takiego zapisu.

– Czuj się (przecinek?) jak u siebie w domu – mówi Tod, a ja nie wiem, czy on naprawdę mi tego życzy, czy żartuje.

– Niestety (przecinek?) nie wiem, o jakim zegarze mowa – odpowiada Tod na moje pytanie. Nie wiem, dlaczego dopiero po kilku dniach odważam się je zadać. – powtórzenie?

Dopiero (przecinek?) gdy w ogródku restauracyjnym pojawiał się Tod, mogłam usiąść i skosztować tego boskiego naparu.

Bo (i tu?) czy rozmyślamy o tym, jakie przyjemne było spotkanie z przyjaciółmi, które odbyło się tydzień temu?

Nie, ciągle myślimy o chorobie, na którą nie mamy wpływu (i tu?) albo przewidujemy wypadek samochodowy, który wcale nie musi się wydarzyć.

Taneczny partner mnie zatrzymuje, przyciąga do siebie łapczywie, kładąc jedną rękę na moim boku, a drugą ściskając moją dłoń. – powtórzenie?

 

Dołujące zakończenie… Szkoda dziewczyny. Jednak samotność, której tu doświadczała, była trudna do zniesienia… ;) Bardzo oryginalnie pokazane oba Światy. :) Wstrząsające i tak bardzo realistyczne! Brawa! :)

Klik, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Hej, 

zazwyczaj nie lubię czytać tekstów napisanych w czasie teraźniejszym, ale przy wciągającej fabule wcale mi to nie przeszkadza. I tutaj też dałam się wciągnąć. Dałam się również zaskoczyć! To, co wyglądało na piekło i zapętlone odgrywanie swojej śmierci, przekornie okazało się Stroną Życia. Pomysł ze śpiączką i koniecznością wyboru strony może i nie jest jakoś przesadnie odkrywczy, ale został ładnie opakowany w opisy Zaświatów i ciekawych bohaterów. 

Zastanawia mnie postać Toda. Czy każdemu niezdecydowanemu przypisywano takiego „przewodnika”, czy tylko Aniela wpadła mu w oko? Czy każdą napotkaną duszę uwodził, a może naprawdę nie chciał być już dłużej sam i wybrał dziewczynę, żeby spędziła z nim wieczność? Wydaje mi się, że nie udało Ci się ukryć jego ostatecznych zamiarów. Przeczuwałam, że to ostatnie spotkanie nie skończy się dobrze.

A może dobrze? No właśnie, zakończenie jest niby smutne, ale może to nowy wspólny początek dla tej dwójki? Chciałabym w to wierzyć. :)

 

Tod mnie przytrzymuje.

– Pozwól mi się chociaż pożegnać.

– Okej. Pa.

 

Klikam do biblioteki i pozdrawiam! :) 

@bruce, serdecznie witam!

“Zasmuca mnie to stwierdzenie, bo przypomina o najważniejszej decyzji w moim… życiu? którą muszę wkrótce podjąć. – mam wątpliwość co do takiego zapisu.”

Ja też :P

“Bardzo oryginalnie pokazane oba Światy. :) Wstrząsające i tak bardzo realistyczne! Brawa! :)”

Anonim uwzględnił uwagi, dziękuje bardzo i jest wdzięczny też za klika. Pozdrawiam! heart

 

@Marszawo, czeeeść!

“zazwyczaj nie lubię czytać tekstów napisanych w czasie teraźniejszym, ale przy wciągającej fabule wcale mi to nie przeszkadza. I tutaj też dałam się wciągnąć.” 

To bardzo miłe, aż zawyję z radości, auu!

“Dałam się również zaskoczyć! To, co wyglądało na piekło i zapętlone odgrywanie swojej śmierci, przekornie okazało się Stroną Życia. Pomysł ze śpiączką i koniecznością wyboru strony może i nie jest jakoś przesadnie odkrywczy, ale został ładnie opakowany w opisy Zaświatów i ciekawych bohaterów. “

Anonim cieszy się bardzo!

“Zastanawia mnie postać Toda. Czy każdemu niezdecydowanemu przypisywano takiego „przewodnika”, czy tylko Aniela wpadła mu w oko? Czy każdą napotkaną duszę uwodził, a może naprawdę nie chciał być już dłużej sam i wybrał dziewczynę, żeby spędziła z nim wieczność?”

Anonim też się nad tym zastanawiał i stwierdził, że… tego nigdy się nie dowiemy. Tak jak nigdy się nie dowiemy, co się właściwie dzieje po śmierci.

“Wydaje mi się, że nie udało Ci się ukryć jego ostatecznych zamiarów. Przeczuwałam, że to ostatnie spotkanie nie skończy się dobrze.”

Anonim obarcza winą za to inteligentną czytelniczkę :)

“A może dobrze? No właśnie, zakończenie jest niby smutne, ale może to nowy wspólny początek dla tej dwójki? Chciałabym w to wierzyć. :)”

Dokładnie! Moim zdaniem zakończenie jest równocześnie smutne i wesołe, każdy może sobie wybrać i ciekawi mnie, jak inni zinterpretują to zamknięcie. Ktoś mógłby stwierdzić, że dla dobrego cimci-rimci warto umierać, hehe.

Cieszę się, że zwróciłaś uwagę na ten fragment dialogu, też mnie bawi, haha. Dziękuję za klika, ściskam!

Wzajemnie, pozdrawiam, dziękuję. heart

Pomysł ciekawy, spójny, jest wyraźna myśl przewodnia; fabuła ma sensowną progresję i jest to napisane dość zgrabnie, mimo braku bety. Czuć, że to jakiś Anonim nieźle już obeznany z piórem.

 

Tylko – moim, oczywiście, zdaniem, którego pewnie nikt nie podzieli – mocno to rozciągnięte i niestety zabrakło czegoś, co by tę długość uzasadniało. Silnika o mocy 25 tysięcy znaków, że tak powiem.

 

Wstęp przykuł moje oko podczas buszowania w konkursowych anonimach i ogólnie budził moje nadzieje. Czyli swoją rolę spełnił. Co prawda mamy klasyczne "bohaterka budzi się w tajemniczym miejscu i niezrozumiałej sytuacji", ale zgrane motywy są zgrane, bo są dobre. Od pierwszego paragrafu dostajemy w twarz tajemnicą, w dodatku taką, której rozwiązanie wydaje się czytelnikowi być tuż-tuż (tytuł zdradza, że chodzi o śmierć… ale nie zdradza wszystkiego). Czyli najlepszą możliwą – jak czytelnik nie wie nic, to się zniechęca, a jak się czegoś domyśla, to skutecznie przykuwa go to do kartki, bo chce potwierdzić swoje przypuszczenia i poznać szczegóły. Brawo, tak trzeba zaczynać.

 

Szybko, niestety, tekst zaczyna się ciągnąć. Tajemnica nie zostaje wykorzystana – jej rozwiązanie podaje nam na tacy dyżurny ekspozytor Tod i to nie na koniec opowiadania, a w ramach jakby przedłużonego wstępu. Gdy już wiemy OCB, nasza bohaterka staje przed szekspirowskim iście pytaniem: żyć albo nie żyć.

Zdawać by się mogło, że takie pytanie powinno utworzyć mocne napięcie, ale nie tworzy – o bohaterce w tak zwanym międzyczasie nie dowiedzieliśmy się właściwie nic (oprócz tego, że nie lubi, żeby obcy facet się spoufalał), niespecjalnie zależy nam więc na jej losie, a dodatkowo opcja "śmierć" jest pokazana jako coś niekoniecznie specjalnie złego.

Z podobnych przyczyn napięcia nie tworzy wątek relacji między bohaterami – oni cały czas rozmawiają o tym dziwnym śpiączkowym świecie i życiu/śmierci na poziomie nieco abstrakcyjnym, niewiele o nich samych wiemy, nie dostajemy więc specjalnego powodu przejąć się drugim pytaniem fabularnym, które tekst nam zadaje: klasycznym równie jak Szekspir "will they/won't they".

No, ale. Te pytania/niepewności może nie do końca siadły – ale jednak są. Więc też trzeba trochę oddać sprawiedliwość.

 

Bardzo podobała mi się myśl o tym, że oczekiwanie zrozumienia śmierci jest arogancją ze strony ludzi. Intrygujące, zwłaszcza w zestawieniu z ostatnią sceną (tą zupełnie ostatnią, ze szpitala).

 

W zakończeniu dostajemy mocny obraz erotyczno-bizarrowy, ładnie skontrastowany z boleśnie przyziemną sceną śmierci w szpitalu. Jest to udane zakończenie, choć długo przyszło na nie czekać.

 

Tak że zalety, jak najbardziej, są. Gdyby to było bliższe rozmiarowi szorta, albo gdyby tę przedwcześnie zmarłą [`] tajemnicę udało się w obowiązku przyciągania czytelnika do kolejnych paragrafów skuteczniej zastąpić, pewnie uznałbym tekst za bardzo udany.

 

Ale pojedynczy klik i tak się należy.

 

Pozdrawiam!

Skoro nie był betowany, to wrócę na czesanie, tylko wezmę grabie i siekierę grzebyczek :)

 

Czyli przeczytałem, będzie ciąg dalszy uwag. Na razie widzę mocną inspirację konkursowym obrazkiem i bohatera, który od pierwszej chwili w wyobraźni czytelnika jest tym, kim okaże się w ostatniej scenie, nawet imię go zdradza. W ten sposób, autorko, spuściłaś z fabularnego balonika połowę ciśnienia, ponieważ nie ma twistu. Ale i tak nieźle się czytało – choć przyznam, że kilka razy czułem efekt nakładania czytelnikowi czegoś łopatą do głowy.

Odnośnie pytań wcześniejszych czytelników/czek: od spotkania Toda wyraźnie widać, że cały ten świat to tylko matriks. Moim zdaniem nie ma tam innych dusz, inaczej całość traci logikę (przynajmniej dla mnie). Czyli, Autorko, kupuję to, ale pod warunkiem, że to wirtualny twór wytworzony do skuszenia tej jednej osoby.

No i co do zbliżenia na końcu, dobrze że urwałaś w tym miejscu, bo technicznie dalszy ciąg jest karkołomny :P

Awansem klikam bibliotekę (ale czesanie przyjmij jako równie nieuchronne co Tod) :P

Odwracam głowę na boki; szafki, szpitalne łóżka, puste.

Jak w połowie opowiadań w tym konkursie :)

 

szurania pielęgniarek w crocsach, którym nigdy się nie spieszy,

Chodziłyby szybciej, gdyby crocsy się spieszyły? Przy takiej konstrukcji gubi się podmiot, ale czytelnik to łyknie

 

Otwieram je i z wrażenia na chwilę zapominam oddychać.

O oddechu nie trzeba pamiętać, przynajmniej, jeśli jest się ssakiem lądowym :P

 

Ogromny wodospad, od którego huk wody powinien mnie ogłuszać, szumi przyjemnie dla ucha

Całe zdanie mało zgrabne, zwłaszcza drugi człon. Może tak: Wodospad tak ogromny, że powinien ogłuszać hukiem wody, zamiast tego przyjemnie szumi.

Czytelnik raczej wie, że bohaterka nie android, słyszy uszami. Poza tym unikamy słowa “który” do kolejnej przeróbki.

 

Kolorowe papugi siadają na gałęziach soczyście zielonych drzew, a te zdołały się zakorzenić w skałach okalających wodospad.

Ostatnia część sprawia wrażenie, że czynność zakorzeniania nastąpiła na oczach bohaterki. Może “które wczepiły się korzeniami w szczeliny skał okalających wodospad”

 

Niepewnie stawiam pierwszy krok. Nic się nie dzieje, lęk stopniowo znika.

Może chodziło Ci o “nic złego się nie dzieje” – bo w obecnej wersji czytelnik może wpaść w przekonanie, że nie udało się jej wykonać kroku.

 

Docieram do bariery mostu. Za nim roztacza się krystalicznie czysta woda, niebieska jak na reklamie wycieczki z biura podróży.

Za mostem czy pod mostem? I czy most ma barierę czy barierkę? I czemu barierka jest szczególną częścią mostu, do której dociera bohaterka – moim zdaniem dociera do mostu, a za barierką… no właśnie, woda się nie roztacza, widok się roztacza. Woda ma taflę, która może się rozpościerać (przeważnie między czymś a czymś).

I raczej w reklamie, bo na reklamie oznacza na nośniku (na przykład billboardzie).

 

Przed sobą widzę jedną stronę deptaku. W centrum stoi szpital, który rozpoznaję tylko po wielkim czerwonym krzyżu nad wejściem.

deptaka. I w centrum czego? Jednej strony deptaka?

 

Budynek bardziej przypomina średniowieczną gospodę z tymi brązowymi belkami na modłę domów pruskich i zielonymi, murowanymi ścianami.

Kto na forum uwielbia takie domy? Czyżby HollyHell? ;)

 

Wędruję spojrzeniem po łańcuchu domków, ciekawa jego długości i końca.

A to nie tautologia czasem? Bo koniec wyznacza też długość. Może: ciekawa, jak daleko sięga.

 

W niektórych siedzą nawet ludzie, choć są nieliczni.

Powtórzenie i mało zgrabne zdanie.

 

Ostatni budynek graniczy z bardzo wysokim murem, a ten biegnie od przygranicznego domku aż do balustrady mostu i przecina go na środku żelazna brama.

Pogubiłem się. Dajcie mapkę!

 

Przejeżdża kilku przechodniów, robiąc z nich dosłownie mięsną, krwawą miazgę.

Musiałby ich chyba przejechać kilka razy wprzód i wspak, chyba że jeździ latem na łańcuchach :) Odebrałem jako element fantastyczny.

 

Kierowca jednak jedzie dalej i znika w kolejnej uliczce.

Kolejnej w stosunku do czego?

 

Ten okropny widok dosłownie zapiera mi dech

To jest już tell zamiast show – opisywanie.

 

Szarpię za bramę, ale ona nawet nie drgnie.

Szarpię bramę (ale szarpię za klamkę) – ja też się na tym wykładam w opowiadaniach ;)

 

Kobieta już nie przypomina człowieka, tylko… chodzącą kupę mięsa. Krzyczy z bólu, jakby gotowali ją w ogromnym kotle.

Autorko, nie jesteś przypadkiem na diecie karniworowej? Nie jest to najlepszy opis, jaki widziałem, zwłaszcza w odniesieniu do osoby z poparzeniami, a słowo “kupa” budzi dziwne skojarzenia.

Funny Poop GIFs | Tenor

 

Dyszę ze zmęczenia i przerażenia. Gdy uspokajam oddech, zauważam, że moje ręce gwałtownie drżą.

Pierwsze zdanie to opisywanie zamiast pokazywania. I co to znaczy “gwałtownie drżą”? Coś mi pachnie (nie kojarzyć z obrazkiem powyżej) kalką z angielskiego, my hands shake violently. Robisz takie kalki w myślach, Autorko?

 

Obserwuję rybki, które pływają sobie beztrosko. Zastanawia mnie, kiedy się obudzę. Czy ryby zdążą mnie pokąsać albo nawet zjeść?

Poza piraniami w zasadzie nie ma takiego zagrożenia. Jakoś wysiadając z kajaka do rzeki nie myślę, czy coś mnie zje czy nie. Więc skąd tutaj nagle rybki-ludojady? Coś mi się wydaje, że to było wytłumaczenia dla czytelnika, dlaczego nie skoczyła.

A szkoda, bo Tod mógłby jej pomóc wyjść z jeziora albo nawet ją wyłowić i wtedy ich spotkanie wyglądałoby piekielnie naturalnie. Startując z pozycji wybawcy/rycerza mógłby ją łatwiej uwieść, w dodatku gdzieś trzeba wysuszyć te mokre ciuchy, no i może skaleczyła się o kamień… Czytelnik tak łatwo by się nie domyślił, że to Pan Śmierć.

 

– Bo jeśli to nie jest sen i skoczę…

To się zmoczysz, kobieto, z cukru jesteś ? :P

 

Męski, pewny głos zza moich pleców zaskakuje mnie tak bardzo, że natychmiast przestaję płakać

Jasne, że zza jej pleców. Poza tym to znów kalka z angielskiego.

 

równie czarnych spodniach na kant,

Wydaje mi się, że w kant. Ale jeansów nie prasuję, więc mogę się nie znać :P

 

Jednak starannie przystrzyżona broda, z rzadka przyprószona siwizną oraz spojrzenie charakterystyczna dla ludzi, którzy widzieli wiele, sugerują z kolei, że już trochę życia ma za sobą.

Błąd odmiany. I chyba moja wyobraźnia zastrajkowała w drugiej części. Też widziałem wiele drzew, jezior i gór – to mam jakieś szczególne spojrzenie? Domyślam się, o co chodzi, ale chyba trzeba to opisać zgrabniej.

 

Jednak gdy moje przypuszczenia zostają potwierdzone przez tajemniczego mężczyznę, który prawdopodobnie pełni tutaj rolę szefa

Bo tak wymyśliłaś, Autorko? Twoja bohaterka błądzi dotąd jak bezradne dziewczę we mgle, a tutaj nagle od razu jest Sherlockiem i wie, że to szef. Nie kupuję tego. W dodatku tutaj zrobiłaś kolejną dziurkę w baloniku napięcia fabularnego.

 

Z tej odległości nie widzę szczegółów, jednak w oczy rzucają się liczne wzgórza i małe górki w przeciwieństwie do płaskiego terenu, który dominuje po Stronie Życia

Liczne wzgórza i małe górki nie brzmią dobrze w zestawieniu. I skąd ona wie, jaki tam dominuje teren, jest kartografem? Chyba widziała tylko kilka uliczek…

 

jestem w stanie dostrzec wyłaniającą się zza murów obszerną gamę różnorakich barw;

Obszerna gama różnorakich barw tak mnie zmęczyła, że życzę dobrej nocy.

Przepraszam, że wyczesałem tylko kawałek. Ale przyrzekam, że wrócę z maszynką do strzyżenia owiec :P

 

 

 

@GalicyjskiZakapior, dzień dobry!

“Wstęp przykuł moje oko podczas buszowania w konkursowych anonimach i ogólnie budził moje nadzieje. Czyli swoją rolę spełnił.”

Anonim dziękuje za miłe słowa i cieszy się, że nie zawiódł całkowicie tak wymagającego czytelnika jak Zakapior. Dziękuje również za pomocne uwagi, jednak na swoją obronę napisze, że profil psychologiczny bohaterki mógł wyjść płytko przez limit znaków. A i tak dużo Anonim powycinał.

Pozdrawiam serdecznie!

 

@marzan, witam, witam,

“Na razie widzę mocną inspirację konkursowym obrazkiem i bohatera, który od pierwszej chwili w wyobraźni czytelnika jest tym, kim okaże się w ostatniej scenie, nawet imię go zdradza. W ten sposób, autorko, spuściłaś z fabularnego balonika połowę ciśnienia, ponieważ nie ma twistu.”

Anonim uznał, że nie każdy zna niemiecki i może też nie każdy uzna, że trzeba coś w ogóle sprawdzać, bo jest takie imię. Jednocześnie Anonim chciał zostawić jakąś małą poszlakę.

“Czyli, Autorko, kupuję to, ale pod warunkiem, że to wirtualny twór wytworzony do skuszenia tej jednej osoby.”

Cokolwiek powiesz, marzanie!

Anonim nie rozumie, czemu nazywasz go Autorką. Obecnie identyfikuję się jako opiekacz do chleba, czy co tam teraz jest modne.

“No i co do zbliżenia na końcu, dobrze że urwałaś w tym miejscu, bo technicznie dalszy ciąg jest karkołomny :P”

Dobre cimci-rimci nie jest złe.

“Awansem klikam bibliotekę (ale czesanie przyjmij jako równie nieuchronne co Tod) :P”

Anonim dziękuje i się jara jak osiem zapałek.

 

“Jak w połowie opowiadań w tym konkursie :)”

Orzeł gdzieś musiał wylądować.

“Całe zdanie mało zgrabne, zwłaszcza drugi człon. Może tak: Wodospad tak ogromny, że powinien ogłuszać hukiem wody, zamiast tego przyjemnie szumi.

Czytelnik raczej wie, że bohaterka nie android, słyszy uszami. Poza tym unikamy słowa “który” do kolejnej przeróbki.”

Anonimowi też nie do końca pasowało to zdanie, poprawia.

“Może chodziło Ci o “nic złego się nie dzieje” – bo w obecnej wersji czytelnik może wpaść w przekonanie, że nie udało się jej wykonać kroku.”

Racja.

“I w centrum czego? Jednej strony deptaka?”

Eee. Na środku.

“Kto na forum uwielbia takie domy? Czyżby HollyHell? ;)”

A kto to? Nie znam.

“A to nie tautologia czasem? Bo koniec wyznacza też długość. Może: ciekawa, jak daleko sięga.”

Racja.

“Pogubiłem się. Dajcie mapkę!”

Ech. A może:

Ostatni budynek graniczy z bardzo wysokim murem, który biegnie przez cały most i przecina go na środku żelazna brama.

?

“To jest już tell zamiast show – opisywanie.”

Anonim myślał, że to show. Hm.

“Autorko, nie jesteś przypadkiem na diecie karniworowej? Nie jest to najlepszy opis, jaki widziałem, zwłaszcza w odniesieniu do osoby z poparzeniami, a słowo “kupa” budzi dziwne skojarzenia.”

Anonim nie jest na takiej diecie, ale to przemyśli. I zgadza się, że nie jest to najlepszy opis.

Kobieta już nie przypomina człowieka, tylko rzeźbę ulepioną z lawy.

Zdaję sobie sprawę, że nadal to nie jest najlepsza propozycja, ale chyba jest odrobinę lepiej?

“Pierwsze zdanie to opisywanie zamiast pokazywania.”

Anonim musi w takim razie przypomnieć sobie koncepcję show, don’t tell.

“I co to znaczy “gwałtownie drżą”? Coś mi pachnie (nie kojarzyć z obrazkiem powyżej) kalką z angielskiego, my hands shake violently. Robisz takie kalki w myślach, Autorko?”

Hmm, raczej nie, Czepialski Czytelniku.

Nawet nie wiedział_m, że to kalka z angielskiego, błagam o chłostę i wybaczenie.

Nerwy i żarty na bok, to świetna rada, żeby pisać tak, jak się myśli. Bardzo dziękuję!

Usunięte gwałtownie.

“To się zmoczysz, kobieto, z cukru jesteś ? :P”

Może wspomnieć, że jest tam bardzo wysoko?

“Jasne, że zza jej pleców. Poza tym to znów kalka z angielskiego.”

Trudno. Na razie nie mam ochoty czytać książek po angielsku, może kiedyś. Nie wiem, co jest kalką a co nie i nie wiem, czemu ten temat jest taki drażliwy tutaj dla niektórych.

“Błąd odmiany. I chyba moja wyobraźnia zastrajkowała w drugiej części. Też widziałem wiele drzew, jezior i gór – to mam jakieś szczególne spojrzenie? Domyślam się, o co chodzi, ale chyba trzeba to opisać zgrabniej.”

Odmiana poprawiona. Wiadomo, że można opisać to zgrabniej, ale Autor/ka nie jest tak zdoln_ jak Czepialski Czytelnik. Anonim (Autorka?) pomyśli nad tym.

“Bo tak wymyśliłaś, Autorko? Twoja bohaterka błądzi dotąd jak bezradne dziewczę we mgle, a tutaj nagle od razu jest Sherlockiem i wie, że to szef. Nie kupuję tego. W dodatku tutaj zrobiłaś kolejną dziurkę w baloniku napięcia fabularnego.”

Racja, głupio wyszło, usuwam.

“Obszerna gama różnorakich barw tak mnie zmęczyła, że życzę dobrej nocy.”

Dobranoc!

“Przepraszam, że wyczesałem tylko kawałek. Ale przyrzekam, że wrócę z maszynką do strzyżenia owiec :P”

Anonim wybacza, dziękuje i czeka niecierpliwie.

Nowa Fantastyka