Nazajutrz w kąciku pod murem, ujrzano zmarznięte ciało dziewczynki. Na twarzy miała uśmiech, w dłoni spalone pudełko zapałek. Dzień noworoczny powitał ją blaskiem jasnego słońca, ludzie ze współczuciem patrzyli na drobne biedactwo.
– Chciała się ogrzać – rzekł ktoś, pokazując spalone zapałki.
Nikt się nie domyślił, co widziała przed śmiercią w świetle tych kilku drewienek i w jakim blasku wstąpiła do nieba w objęciach zmarłej babki.
Dziewczynka z zapałkami
Hans Christian Andersen
To prawda.
Znaleziono mnie kolejnego dnia. Bezradny, zapomniany, nikomu niepotrzebny kłębek nieszczęścia, który przywarł do zimnego bruku i zniknął pod grubą warstwą śniegu. Gdyby nie pies żandarma, obszczekujący zainteresowane mną szczury, pewnie leżałabym tam do pierwszych roztopów, a obojętność na twarzach przechodniów zastąpiłaby odraza.
Prawdą jest też, że moja blada jak porcelana twarz, otoczona wiankiem oszronionych jasnych włosów, zastygła w uśmiechu. Ktoś mnie dostrzegł. Nareszcie poczułam, jak to jest, gdy ciepło nie bije jedynie z płonącej zapałki, a dłoni porywających mnie do uścisku.
Tyle, że wcale nie trafiłam w objęcia zmarłej babki. Nie poszłam do nieba.
A z piekła właśnie wracałam.
☆
12 007 m n.p.m
Weszłam do biura i tupnęłam kilka razy na wycieraczce, by otrzepać kozaki ze śniegu.
– Dzień dobry! – zawołałam z przyzwyczajenia, choć od tygodni nie było tu nikogo, kto mógłby mi odpowiedzieć.
Wszyscy byli w terenie.
Odwiesiłam płaszcz podbity lisim futrem i omiotłam wzrokiem przykryty stertą dokumentów sekretarzyk. Rozsiadłam się na krześle i, ogarnięta nostalgią, potrząsnęłam pudełeczkiem zapałek. Uśmiechnęłam się pod nosem, słysząc znajome grzechotanie drewnianych patyczków i, jakbym chciała im coś udowodnić, pstryknęłam palcami. Spomiędzy kciuka i palca wskazującego wystrzeliło kilka iskier. Zmarszczyłam brwi i spróbowałam jeszcze raz. Niewielki płomień buchnął akurat, kiedy drzwi Biura Spraw Niedokończonych otworzyły się z impetem.
Pospiesznie ściągnęłam nogi z sekretarzyka, machając przy tym ręką, aby zgasić płomień.
Kniahini rzuciła mi krótkie, ostrzegawcze spojrzenie i zniknęła w zbrojowni.
– Tak, tak, wiem… – burknęłam. – Nie baw się ogniem, bo sobie brwi podpalisz… – przedrzeźniłam cicho dowódczynię.
Sięgnąwszy po kilka dokumentów, udawałam, że jestem pochłonięta czytaniem raportu przyjęć z czterdziestego drugiego roku. Zapisany w nim ciąg imion i dat wydawał się nie mieć końca. Wodziłam po nich wzrokiem, ale nie minęła chwila, a rozkojarzona odwróciłam głowę i spojrzałam przez okno.
Prószył śnieg.
Zaświaty to przedziwne miejsce. Każdy, kto tu zawędrował, widział je na swój wyjątkowy sposób. Namalowane pędzlem utkanym ze wspomnień przybierały postać miejsc, w których już byliśmy, chociażby w snach, i dokąd chcieliśmy wrócić.
Dla mnie zawsze prószył śnieg.
Białe ulice Odense, przystrojone choinkami i girlandami, pachniały igliwiem oraz wypiekanymi bułeczkami. Nie drżałam z zimna. Miałam porządne buty, płaszcz i pełny brzuch. Było pięknie, gwarno i wesoło, zupełnie tak, jakbym chciała, żeby wyglądał świat, który opuściłam dawno temu.
Jednak coś się zmieniało. Od kilku tygodni na ulicach hulały jedynie płatki śniegu zaplątane w grudniowej zamieci. Gdy zaglądałam przez oszronione szyby do domostw, te zionęły pustką, jakbym wędrowała po niedokończonej makiecie miasteczka. Zaświaty coraz bardziej przypominały ponurą głuszę. Wymarłą i… bezduszną.
Znów zerknęłam na pudełeczko zapałek. Minęły czasy, gdy ich grzechotanie oznaczało burczenie w brzuchu.
Dorosłam. Teraz sama byłam ogniem. Należałam do Ligi Powierników, Wybrańców Abla, i pracowałam dla Biura Spraw Niedokończonych, choć ostatnio zamiast domykać ziemskie sprawy, otwierałam jedynie teczki z archiwum.
Kiedy usłyszałam znów kroki Kniahini, oderwałam wzrok od zapałek.
– Ty krwawisz! – Poderwałam się z miejsca i pobiegłam do dowódczyni.
Ujęłam jej dłoń i pomogłam usiąść na krześle. Zastygłam, wpatrując się w kroplę krwi spływającą za uchem.
Większość z nas już dawno zapomniała, jak krucha potrafi być ta bezużyteczna ludzka powłoka. Zjawy, duchy, poltergeisty, mary i upiory! Oto, czym byliśmy przez setki lat. Tymczasem Wielki Błysk, który wstrząsnął Zaświatami i dał duszom ciała, skutecznie uprzykrzył nam… nieżycie.
– Co się stało? – zapytałam.
Z ust Kniahini wyrwało się westchnienie.
– Wrócił ktoś jeszcze? – Jej głos był słaby i zachrypnięty.
Przez moment przyglądałam się kobiecie z niepokojem, po czym pokręciłam powoli głową.
Dowódczyni zamknęła oczy, a ja spojrzałam przez okno, wypatrując spóźniających się Powierników. Ujrzałam jedynie staruszka w kapciach, który rozglądał się dokoła z mieszaniną fascynacji i strachu. Nie był jednym z naszych. To tylko zwykła dusza, która, choć nie odczuwa głodu, trawi ją pragnienie. Jakaś niedokończona sprawa: przerwane pożegnanie, chęć pojednania, ostrzeżenia, zemsty, pomsty…
To ostatnie było naszą specjalnością.
Powierzone nam imię zbrodniarza nie popadnie w zapomnienie. Nie ustaniemy, póki sprawiedliwości nie stanie się zadość, a dusza pomordowanego nie zazna wiekuistego pokoju.
Tak głosił afisz.
I choć wciąż łamałam sobie głowę, co to ten „wiekuisty pokój”, najwyraźniej był dobrym wabikiem, bo przez stulecia nie narzekaliśmy na brak zajęcia.
Ostatnimi czasy pojawił się jednak pewien tyci problem.
– Dowiedziałaś się, dlaczego ludzie przestali umierać? – zapytałam.
Kniahinia odsunęła chusteczkę od głowy i spojrzała na czerwoną plamę. Milczała.
– Przeczytałam sporo raportów przyjęć… – ciągnęłam – i trafiałam na wzmianki o spadku śmiertelności po wynalezieniu szczepionek. Może znowu coś odkryli? Jakiś lek? Sposób na nieśmier…
– Gołąb – powiedziała Kniahini, zanim zdążyłam dokończyć myśl.
– Gołąb? – powtórzyłam, unosząc brew.
Kniahini utkwiła zamglone spojrzenie za oknem, więc powoli odwróciłam głowę, ale nie dostrzegłam żadnego ptaka uwięzionego w śnieżnej zamieci.
– Myślałam, że mam więcej czasu… – szepnęła.
– Na co?
– Nawet przez kolejnych tysiąc lat nie zdołam odcierpieć za wszystkie krzywdy, które wyrządziłam za życia… – powiedziała cicho, spuszczając głowę. Przyglądała się naszym złączonym dłoniom. – Mury Iskorostenia były nie do zdobycia. Doradcy kazali mi zawrócić, ale wiedziałam, że zemsta za śmierć mojego Igora jest zbyt blisko, by się wycofać. Że zasialiśmy ziarno strachu, a mieszkańcy drżą na myśl o tym, co im zrobię, kiedy w końcu wejdę do miasta. Gdy zażądałam trzy gołębie pokoju od każdej rodziny, zdumieli się, ale z ulgą przekazali mi setki ptaków. – Uniosła głowę i spojrzała na mnie z ukosa. – Wiesz, dlaczego chciałam gołębie?
Otworzyłam usta, ale nie opuściła ich żadna mądra myśl. Pamiętałam jedynie, że przy opiekaniu ich mięso szybko stawało się suche, ale gdy przyciskał głód, cieszył chudy gołąb, szczur, a nawet odpadki w rynsztoku. Dzieci ulicy nie były wybredne.
– Bo zawsze wracają do domu – odpowiedziała.
Pokiwałam pospiesznie głową, jakbym właśnie to miała na końcu języka.
– Więc kazałam przywiązać do ich nóżek zapalone krzesiwa – ciągnęła – i wypuściłam, by wróciły do domu. Setki płonących gołębi zamieniły Iskorosteń w piekło. Czerwona łuna biła znad murów miasta przez kilka dni i mało kto wyszedł z pożarów żywy.
Przełknęłam ślinę.
Kniahini spróbowała wstać z krzesła, ale jęknęła i ciężko osunęła się na nie z powrotem. Podałam jej ramię, by mogła się wesprzeć, ale pokręciła głową.
– Jak mogę ci pomóc? – zapytałam.
– Jeszcze trzynaście dusz… by odpłacić za wszystkie osiem tysięcy z Iskorostenia. Liczyłam.
– Znajdziemy je. – Uśmiechnęłam się i poklepałam pokrzepiająco nasze złączone dłonie.
– Astrid, rozejrzyj się. Nie ma dusz. Szukałam, ale znalazłam jedynie… – skrzywiła się z bólu, po czym uśmiechnęła lekko, dotykając mojego policzka. Czułam, że zostawiła na nim lepki ślad krwi. – Wszyscy znikają. Łowcy i stróże też. Musisz się ukryć na jakiś czas, a jeśli przyjdzie potrzeba, walcz. Jesteś ogniem, poradzisz sobie – dodała twardo.
Spuściłam wzrok.
Od czasu Wielkiego Błysku wzniecanie ognia nie było już takie łatwe. Często ledwo udawało mi się wykrzesać kilka nędznych iskier. Bliżej niż do ziejącego smoka, było mi do krzemieni.
Mokrych krzemieni.
Krzyknęłam, gdy ktoś złapał mnie w pasie i odciągnął od Kniahini. Szarpałam się, rozpaczliwie wyciągając ręce, by ją złapać.
– Astrid to my… – usłyszałam.
Rozejrzałam się i poczułam ulgę na widok znajomych twarzy. Trwała zaledwię chwilę, bo grupa Powierników otoczyła dowódczynię. Athledt złapał ją za włosy i mocno szarpnął, a z ust Kniahini wyrwał się pełen bólu jęk.
– Co wy robicie!? – krzyknęłam, próbując się wyrwać.
– Patrz – powiedział cicho Roland i, nie wypuściwszy mnie z żelaznego uścisku, wskazał podbródkiem Athledta.
Powiernik rzucił coś na ziemię. Wzdrygnęłam się, gdy z kępy splątanych włosów Kniahini wygrzebał się zakrwawiony metalowy pająk.
Kajar, stojący najbliżej, podszedł do stworzenia, obrócił ze świstem strzelbę i uderzył kolbą o podłogę. Rozległ się zgrzyt.
– Co to za zaraza? – zapytał Roland.
– Jakiś nadajnik? – zastanawiał się Athledt.
Nikt nie potrafił odpowiedzieć.
Kniahini, podtrzymywana przez dwójkę Powierników, spuściła bezwiednie głowę.
☆
11 m n.p.m
Zerknęłam przez ramię, a na widok biegnących za mną ochroniarzy serce przyspieszyło bicie. Nadal nie przywykłam do jego kołatania, jak i do wielu innych niedogodności związanych z posiadaniem ciała. Potarłam siniaka na czole, nie dowierzając, że po prawie trzystu latach znów musiałam myśleć o takich bzdetach jak otwieranie drzwi!
Skręciłam w boczny korytarz i obejrzałam się przez ramię. Ochroniarze nie odpuszczali. Dawali sobie jakieś znaki i krzyczeli, bym się zatrzymała.
Prychnęłam. Choćbym przez kolejne trzysta lat musiała wciąż oglądać się za siebie i sprawdzić pod każdym kamieniem, zamierzałam znaleźć ostatnie trzynaście dusz dla Kniahini.
Pchnęłam drzwi i wyszłam z budynku największego szpitala w Warheard. Zmrużyłam oczy i przysłoniłam je ręką, gdy oślepiły mnie niespokojne światła neonów. Zadrżałam, kiedy tuż nad głową przejechał Skytrain starej generacji. Chłonęłam widok wysokich szklanych budynków, błyszczących automobili przecinających niebo, krzykliwych reklam i szyldów. Nowy, fascynujący świat, tak odmienny od tego, w którym po raz ostatni paradowałam w cielesnej formie.
Ktoś trącił mnie ramieniem. Zatoczyłam się i wpadłam na szklaną ścianę, ale nikt nawet nie zwolnił kroku, żeby sprawdzić, czy się nie potłukłam. Wszyscy wyglądali na zabieganych. Piękni, dziwni ludzie zapatrzeni przed siebie, a każdy tak unikalny, że przy krótkim spojrzeniu nie sposób było wychwycić wszystkich implantów i ulepszeń, którymi poddali swoje ciała.
Kątem oka zauważyłam wybiegającą ze szpitala ochronę. Natychmiast mnie dostrzegli, lecz opuścili broń. Otoczona tłumem, byłam bezpieczna. Mogłam spróbować spalić ich żywcem, ale nie chciałam być na celowniku całego miasta. Co innego nielegalne wtargnięcie do prywatnego szpitala, a co innego zamienienie funkcjonariuszy miejskiej ochrony w płonące pochodnie.
Tuż przede mną, dosłownie niczym dar z niebios, żółta taksówka zniżyła lot i zatrzymała się przy chodniku. Wysiadł z niej wysoki mężczyzna w srebrnej ramonesce, pokrytej cekinami, które pulsowały w promieniach słońca.
Przepchnęłam się przez tłum i zanim mężczyzna zdążył zamknąć drzwi taksówki, wślizgnęłam się do środka.
– Proszę jechać! – rozkazałam trochę zbyt głośno i wzdrygnęłam się, gdy oplótł mnie automatyczny pas.
– Dokąd? – zapytał taksówkarz, spoglądając w lusterko.
– Do szpitala – powiedziałam pospiesznie.
Mężczyzna odchrząknął i wskazał palcem budynek po prawej.
– Do innego!
– Do MediCon?
– Może być.
– Jest jeszcze Nova.Gen, Klinika Rekonstrukcji przy dawnym Millennium Plaza i…
– Jedź, pan! – krzyknęłam, gdy jeden z ochroniarzy wycelował karabin prosto we mnie. Kierowca gwałtownie ruszył i gdyby nie fakt, że samochód dryfował kilka centymetrów nad ziemią, pewnie usłyszałabym pisk opon. Taksówka wzbiła się wysoko w powietrze i płynnie włączyła do ruchu w jednym z szybszych kanałów powietrznych.
Przez tylną szybę widziałam, jak szpital powoli znika w oddali. Zapadłam się głębiej w skórzane siedzenie.
Chyba się udało.
– Dokąd jedziemy? – zapytałam po dłuższej chwili, próbując znów wychwycić spojrzenie kierowcy w lusterku.
– Gubimy ogon – odparł spokojnie.
Obejrzałam się za siebie.
– Czarny sedan, sto metrów za nami – podpowiedział.
Warknęłam cicho.
– Znam cię… Jesteś Powierniczką.
– Nie wiem, o czym mówisz. – Zamrugałam zaskoczona i obróciłam się.
Mężczyzna zaśmiał się cicho.
– Nie musisz się kryć. Jesteśmy poniekąd z tej samej branży. Nagabywałem ci klientów.
Zmierzyłam go spojrzeniem. Łowca dusz? Żołnierz elitarnej jednostki, który sprowadzał uparte dusze do Zaświatów, jeździ… taksówką?
– Już nie pamiętasz, co się wydarzyło w czterdziestym siódmym w Vegas… Astrid? – dodał z cwanym uśmieszkiem.
Rozchyliłam usta. Wyglądał inaczej niż wtedy. Czerwony mundur zamienił na czarną kurtkę z mnóstwem metalowych zamków. Ciemne bojówki z kieszeniami podwijały się na łydkach, pokazując wysokie buty. W jednym z nich kryła się drewniana noga. Choć, patrząc na czasy, w których przyszło nam nieżyć, może zastąpił ją jakąś designerską protezą.
Nie mogłam sobie przypomnieć, jak miał na imię. Jakoś na S. Sven? Nie. Inaczej…
– Skaghe – przedstawił się, jakby czytał mi w myślach.
– Zmieniłeś zawód? – Uniosłam brew.
– Ostatnio nie mogę narzekać na nadmiar dusz, które trzeba grzecznie odprowadzać w Zaświaty, więc… – Wzruszył ramionami i klepnął kierownicę.
Zniżył lot i skręcił ostro w prawo. Wlecieliśmy między wysokie stalowe budynki, niemal ocierając się o kontenery ze śmieciami. Znów mocno skręcił, aż zatrzymaliśmy się w podziemnym garażu. Postukał w panel sterowania i karoseria taksówki zmieniła kolor z żółtej na czarną.
– Czego szukasz w szpitalach, Astrid?
Znów spojrzałam w jego oczy odbijające się w lusterku. Zawahałam się. Nie powinnam była nikomu ufać, ale dla starych znajomych może mogłam zrobić wyjątek?
– Zmarłych – powiedziałam wreszcie.
– W szpitalach ich nie znajdziesz.
– Wiem – westchnęłam. – Trudno znaleźć zmarłych w świecie, który znalazł sposób na nieśmiertelność.
– Jeśli nieśmiertelnością nazywasz ciągłą wymianę części, to może sobie na to pozwolić tylko garstka. Reszta umiera. Po staremu – powiedział, wodząc palcem po mapie miasta wyświetlanej na panelu sterowania.
Wyprostowałam się zaintrygowana. Skaghe uśmiechnął się i włączył bieg.
☆
Zardzewiałe hangary i dawne morskie kontenery, ustawione na obrzeżach miasta, otaczały wysokie hologramy przedstawiające drzewa. Wyświetlane liście mieniły się w blasku słońca, a sztucznie generowany szum sprawiał, że mieszkańcy pobliskich wieżowców mogli poczuć się jak w środku lasu, a przy okazji nie kaleczyli oczu szpetnym sąsiedztwem.
Gdy przeszliśmy przez bramę, zmarszczyłam nos. Okazało się, że hologramy blokowały także smród.
Skaghe szedł pierwszy. Lawirował wśród wąskich uliczek i oprowadzał po podrzędnych klinikach jak anioł śmierci wypatrujący kogoś, kto wyjdzie mu na spotkanie.
A chętnych było wielu.
Ziemiste twarze i ciała zniekształcone tanimi wszczepami, które pokryła rdza lub patyna, wyglądały jakby trzymały się w jednym kawałku jedynie dzięki niezwykłej sile taśmy klejącej. Zatrzymałam wzrok na kilkuletniej dziewczynce, jeszcze nietkniętej technologicznymi nowinkami sprzed dwudziestu lat, która nieśmiało wyciągała ku przechodniom rączkę i pokazywała kilka baterii.
Zapałki. Gazety. Pamiątki. Jagody. Baterie.
Towar się zmieniał, ale reszta pozostawała niezmienna od setek lat.
Skaghe minął małą handlarkę nie obdarzając jej nawet przelotnym spojrzeniem, ale ja zatrzymałam się, nie mogąc oderwać wzroku od drobnej twarzyczki i podkrążonych oczu. Przez krótką chwilę miałam wrażenie, że patrzę w lustro.
Mój przewodnik zatrzymał się i obrócił przez ramię.
– Zostaw te śmieci – odparł. – Jeśli potrzebujesz baterie, to ci załatwię.
– Potrzebuję tych. Pożycz mi trzy żetony.
– Po co? Jutro ta mała też będzie tu siedzieć z burczącym brzuchem.
– Masz żetony, czy nie? – Zgromiłam go wzrokiem.
Skaghe westchnął. Podszedł bliżej i podał mi plastikowe krążki, które dziewczynka mogła wrzucić do ulicznej szafy grającej albo jedzeniomatu. Zakładałam, że wybierze to drugie.
Mała handlarka podała mi towar i szybko zacisnęła żetony w piąstce.
Skaghe miał rację. Zapewne dziewczynka pojawi się tutaj również jutro. Może ja też spędziłabym kolejny dzień na ulicach Odense, gdyby ktoś kupił choć jedną zapałkę.
– Gdzie mogę dostać więcej? – zapytałam, gapiąc się na dziewczynkę.
Wyciągnęła z kieszeni jeszcze dwie baterie, ale pokręciłam głową.
– Dużo więcej. Skąd je masz?
Podniosła powoli palec i wskazała uliczkę pełną wielopiętrowych blaszanych magazynów. Niektóre z nich wyglądały na opuszczone, w innych metalowe bramy uniesiono, by móc pokazać dostępne towary.
Podążyłam w tamtym kierunku.
Skaghe, nieco zirytowany przesunął językiem po zębach, ale ruszył za mną. Uliczka rozszerzała się, aż piętrzące się magazyny utworzyły kwadratowy plac. Pordzewiałe schody i mostki łączące kontenery na różnych poziomach, przeplecione sznurkami z praniem, tworzyły nad naszymi głowami zawiły labirynt.
Odnalezienie handlarza nie było trudne.
Sam szybko się zgłosił, gdy tylko usłyszał, że zamierzamy złożyć większe zamówienie. Zdziwił się, kiedy zamiast przelać kredyty na konto, przyszpiliłam go do ściany i podduszałam, aż jego twarz zaczęła robić się sinofioletowa.
– Jeśli go zabijesz, dziewczynka straci chlebodawcę… – powiedział znudzonym tonem Skaghe, przechadzając się po sklepiku handlarza i przyglądając różnym elektronicznym śmieciom.
Handlarz zacharczał. Zabrzmiało jak: „posłuchaj kolegi”.
– Zamknij się! – syknęłam i jeszcze mocniej wcisnęłam przedramię w jego grdykę.
Pstryknęłam palcami drugiej ręki, by wzniecić płomień, ale nie udało mi się wykrzesać nawet iskry.
– Zrobisz więcej krzywdy niż pożytku – dodał Skaghe i wyciągnął ze sterty złomu metalową protezę nogi z odsłoniętymi przewodami. – Masz może lewą? – zwrócił się do handlarza.
Odchrząknął i pospiesznie odłożył egzo kończynę, gdy napotkał moje spojrzenie.
– Podwoisz ich stawkę! – wycedziłam i dźgnęłam handlarza palcem w pierś. – I codziennie będziesz dawał dzieciakom ciepłe jedzenie! Zrozumiano?
Puściłam go, gdy próbował skinąć na zgodę. Handlarz osunął się na kolana i wciągnął łapczywie powietrze.
Wyszłam na zewnątrz i kopnęłam śmietnik. Metalowy kubeł przewrócił się z głuchym brzdękiem, a pobliskie szczury pisnęły i rozbiegły w popłochu.
– Nie możesz wszystkim pomóc. – Skaghe wyszedł za mną i oparł nogę na przewróconym kuble.
– Przymknij się już… – burknęłam.
– Dlaczego zostałem Łowcą? Świetne pytanie! – rzucił, na co przewróciłam oczami. – Tak się składa, że też bardzo chciałem komuś pomóc. Kiedy schodziłem do świata żywych, nie szukałem po prostu zbłądzonych dusz, a jednej konkretnej. Mojej ukochanej. Powinniśmy razem trafić w Zaświaty, ale Sofie nigdy tam nie dotarła. Zupełnie, jakby była z papieru i ogień doszczętnie strawił każdą jej cząstkę. Myślałem, że jeśli przetrząsnę cały świat, to ją znajdę, ale… czasami kogoś nie da się uratować.
Zerknęłam na niego. Wbijał wzrok gdzieś przed siebie. Po chwili zmarszczył brwi, a ziemia pod naszymi stopami drgnęła.
– Ochrona? – zapytałam, rozglądając się.
– Nie… – mruknął Skaghe i zacisnął szczękę. – Łowcy.
Instynktownie przyparliśmy do ściany, gdy nastąpił kolejny wystrzał karabinu sonicznego. Wokół nas zapanował chaos. Rolowane bramy opadały z metalicznym trzaskiem, chroniąc towary, a w drzwiach zgrzytały zamki. Wśród rabanu zamykanych hangarów dało się słyszeć wrzaski. Po chwili wszystko ucichło.
Wyjrzałam zza winkla. Na chodnikowych płytach, w powiększających się kałużach krwi, leżało dwóch mężczyzn. Zbliżyłam się do jednego z nich i usłyszałam jego świszczący oddech. Kiedy ucichł, czekałam. Byłam pewna, że tak okrutna śmierć będzie wymagała interwencji Powiernika, a wtedy zostałoby mi już tylko dwanaście dusz do odnalezienia.
– Gdzie ona jest? – Spojrzałam z wyrzutem na Skaghe. – Gdzie dusza?
– Widocznie już go wydrenowano. Może z tym będziesz miała więcej szczęścia. – Spojrzał na drugiego pokiereszowanego mężczyznę. – Nie. Też pusty.
– Jak to pusty?! – Nachyliłam się nad zmarłym.
– No… bezduszny. Szkoda, żeby dwadzieścia jeden gramów eterycznej substancji, dającej jakieś trzy megawatogodziny energii, marnowało się w Zaświatach, nie? – prychnął z przekąsem. – Sprytniejsi sprzedają je jeszcze za życia, ale jeśli ktoś jest zbyt sentymentalny i napatoczy się Łowcom z drenażem… – urwał. – Lepiej na siebie uważać. W tych czasach łatwiej stracić duszę niż portfel – dodał, patrząc na mnie znacząco.
Cofnęłam się o krok i potrząsnęłam głową. Spojrzałam na Skaghe z nadzieją, że obróci to w jakiś nieudany żart, ale on tylko uniósł bezradnie ręce.
Tuż za jego plecami dostrzegłam uzbrojonych mężczyzn, którzy wynurzyli się z hangaru. Szli tyłem, ostrożnie stawiając kroki, i nie odrywali wzroku od celu przed sobą. Dwóch ściskało jelce katan, trzech mierzyło z karabinów sonicznych, a jeden ze strzelby.
Sześciu na jednego. Niesprawiedliwie.
– Roland – szepnęłam, gdy rozpoznałam kroczącego ku nim Powiernika, szczerzącego się w krwawym uśmiechu.
Skaghe zmarszczył brwi. Oparł się o metalowy płot i wsunął do ust papierosa. Kiedy sięgnął po zapalniczkę, uśmiechnęłam się pod nosem.
Powiernik trzymał oburącz miecz i kroczył po niewidzialnym okręgu, przygotowany do odparcia ataku. Wykręcił się i uchylił przed świstem katany, a na jego twarz znów wpełzł szeroki uśmiech, gdy spostrzegł mnie za plecami Łowców.
Mnie lub dwa wysokie płomienie ognia, które zionęły z wnętrza moich dłoni. Mężczyzna ze strzelbą krzyknął, gdy żar liznął jego plecy, szyję i włosy. Łowcy przegrupowali się. Jeden z nich wystrzelił z karabinu sonicznego. Zdążyłam uskoczyć za kontener, ale fala zdmuchnęła płomienie.
Pięknie.
Roland przedarł się do mnie i uniósł miecz, by sparować kolejne natarcie kataną. Klinga błysnęła w migoczącym świetle starego czerwonego neonu, jakby ociekała krwią. Choć możliwe, że to wcale nie była gra świateł.
Powiernik zamłynkował efektownie, tymczasem ja pstrykałam obłąkańczo palcami, jakbym rozgrzewała się do dance-offu, a nie mordobicia. Rycerz wyciągnął zza pasa sztylet i rzucił mi go pod nogi. Pochylił się akurat wtedy, gdy strzelba łowcy zostawiła w ścianie za jego plecami dwie ziejące dziury.
Zamiast sięgnąć po sztylet, wsunęłam rękę do kieszeni by wyjąć pudełeczko zapałek. Drżącymi dłońmi łamałam jedno drewienko za drugim, aż wreszcie ogień wystrzelił w górę, zajmując rozwieszone między kontenerami sznurki z praniem. Ubrania i prześcieradła zaczęły spadać jak płonące ptaki.
Łowcy próbowali dusić płomienie, które na nich przeskakiwały i strzepywali z włosów żarzące się strzępy tkanin. Roland wbił się między przeciwników i ciął mieczem po skosie, śląc ich w diabły. Chwyciłam sztylet i cisnęłam w mężczyznę ze strzelbą. Puścił broń, a jego ręce powędrowały do szyi i słabo zacisnęły na wbitej rękojeści noża.
Ostatni łowca rzucił się do ucieczki. Gdy przebiegał obok Skaghe, który wciąż nonszalancko opierał się o płot, nagle zahaczył o jego wyciągniętą nogę. Runął na chodnik. Nie zdążył nawet jęknąć, bo Skaghe nachylił się i szybkim uderzeniem łokciem w potylicę pozbawił go przytomności.
– Dzięki za wsparcie – prychnęłam, dobiegając do niego.
– Nie chciałem przeszkadzać. Świetnie sobie radziliście.
Obróciłam się. Roland stał na środku placu wśród skwierczących trupów.
– Mamy jakieś dwie minuty, zanim przybędzie ich wsparcie – zauważył Skaghe.
Nagle Powiernik wypuścił miecz z rąk i upadł. Podbiegłam do niego, ale nie byłam w stanie utrzymać jego ciężkiego ciała. Osunęłam się z nim na ziemię.
– Skaghe! – krzyknęłam za siebie i potrząsnęłam rycerzem.
Dotknęłam jego głowy. Cofnęłam rękę, gdy wyczułam coś metalowego. Zakrwawiony srebrny pająk oderwał się od Powiernika wraz z częścią skalpu i z brzękliwym stukotem małych nóżek po chodnikowych płytach zaczął uciekać.
Skaghe przygniótł go butem. Miałam nadzieję, że go rozdeptał.
– Trzydzieści sekund – powiedział, stając nade mną. – Przykro mi.
Zsunęłam z siebie bezwładne ciało Rolanda i na drżących nogach ruszyłam w stronę bramy.
☆
839 m.n.p.m
Weszliśmy do szklanej windy.
– Szlag… – warknęłam, spoglądając na krwawiące ramię. W ferworze walki nawet nie poczułam, że zostałam czymś trafiona.
– Realistyczne, co? – zaśmiał się krótko Skaghe.
Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
– To tylko projekcja, myślałem, że wiesz. Nasze ciała już dawno zgniły, a teraz jesteśmy… jak to ludzie określają, ostateczną i perfekcyjną formą istnienia. Trzeba im przyznać, że całkiem nieźle to wymyślili. Sam już czasami nie wiem, co jest prawdziwe. – Przejechał dłonią po żuchwie, wpatrując się w swoje odbicie na szkle. – Przy pierwszych masowych próbach tworzenia pięciozmysłowych projekcji i przeniesienia do nich świadomości doszło do przeciążenia. Tysiące testerów tego nie przeżyło, a Wielki Błysk zrobił spustoszenie nawet w Zaświatach. Nas zastrzasnęło w projekcjach, inne dusze wessało, ale przypadkiem odkryto ich wartość energetyczną.
– Skoro są takie perfekcyjne, dlaczego już nie mogę wzniecać ognia? – zapytałam, również spoglądając na swoje odbicie.
– To nowa technologia, jeszcze na etapie prototypu, a ogień pewnie kosztuje zbyt wiele energii. Samo stworzenie jednej projekcji pochłania kilkanaście dusz. A jeszcze trzeba doliczyć zasilanie przez… – zawahał się – wieczność.
– Czyli nieśmiertelność jednej osoby w tym technologicznym piekle pochłania setki innych? – wykrztusiłam.
– Właśnie dlatego Łowcy i Powiernicy są teraz potrzebni tutaj, na Ziemi. Dołącz do nas – Wbił we mnie wyczekujące spojrzenie. – Nie możemy pomóc wszystkim. Trzeba sprawiedliwie wybierać, pozbywać się morderców i…
– A kiedy już odbiorę dusze tym wszystkim mordercom, gwałcicielom, oszustom i złodziejaszkom… – przerwałam mu – kogo następnie mam z niej obdzierać, żeby przypadkiem nie zabrakło… prądu? – rzuciłam z goryczą i spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
Skaghe tylko pokręcił głową, jakby nie rozumiał mojej złości.
Drzwi szklanej windy rozsunęły się. Weszłam na dach jednego z najwyższych budynków w Warheard i zacisnęłam dłonie na metalowej barierce. Omiotłam wzrokiem wieżowce tonące w blasku neonów oraz morze rozciągające się daleko na horyzoncie – ciemnogranatową plamę, która przez dziesięciolecia zdążyła pochłonąć całe miasta. W tym moje Odense.
– Po co mnie tu zabrałeś?
– Będziesz miała bliżej na górę. – Wskazał palcem niebo.
Zerknęłam na niego, marszcząc brwi.
– Nigdzie się nie wybieram – prychnęłam. – Muszę jakoś zatrzymać to szaleństwo. Ludzie nie mogą być okradani z dusz w imię nieśmiertelności dla wybranych!
Skaghe westchnął ciężko. Wyciągnął z kieszeni kurtki sfatygowaną paczkę papierosów. Kiedy wsunął jednego do ust, poklepał się po kieszeniach w poszukiwaniu ognia. Chyba zgubił zapalniczkę.
Leniwie pstryknęłam palcami, z których buchnął wysoki płomień. Westchnęłam zirytowana, domyślając się, skąd ten zastrzyk energii.
– Woah! – Skaghe odsunął się i zmarszczył brwi. Ciągle zapominałam, że zginął w pożarze. – Masz coś, czym nie spalisz mi połowy twarzy?
Przewróciłam oczami i sięgnęłam do kieszeni, po zapałki.
Przez moment wpatrywałam się, jak zaciąga się papierosem, aż poczułam dziwną lekkość.
Wciągnęłam ostro powietrze, kiedy moja ręka natrafiła w kieszeni na coś metalowego – małą srebrną monetę. Taką, jaką lata temu bardzo chciałabym trzymać w dłoni, bo oznaczała pełny brzuch i uniknięcie lania pasem.
– Coś ty zrobił? – jęknęłam, wpatrując się monetę.
– Kupiłem zapałkę. – Wzruszył ramionami.
Gorączkowo zaczęłam obmacywać głowę, szukając metalowego pająka.
– Spokojnie, nie zainstalowałem ci drenażu. Tylko coś dla ciebie… dokończyłem.
– Ale… dlaczego?
– Potrzebuję więcej czasu… Przez całe życie pokornie płynąłem z nurtem. Akceptowałem każde nieszczęście z myślą, że tak musi być. Trzymałem się reguł… – urwał i zaciągnął się papierosem, po czym wypuścił dym z płuc. – Ale teraz pierdolę zasady. Żyję według własnych i wskrzeszę ukochaną, więc musisz poczekać z tym swoim obalaniem systemu, który ma mi w tym pomóc – powiedział i zacisnął szczęki.
– Sprzedałeś duszę – szepnęłam, wpatrując się w swoje znikające odbicie na szkle windy.
Skaghe nie odpowiedział, tylko zaciągnął się papierosem.
☆
– Masz ją? – zapytał Dave, wbiegając na dach.
W tej swojej kurtce z cekinami wyglądał idiotycznie.
Wyciągnąłem pająka z kieszeni. Otrzepałem niedbale niewielkie kawałki skalpu Rolanda i podałem drenaż koledze.
– Nieźle. Powierniczka ziejąca ogniem będzie warta trzy razy tyle co ci poprzedni. Wpadła ci do taksówki jak mucha w pajęczą sieć. – Poklepał mnie po plecach, niczym kundla, który wrócił z patykiem w pysku.
– Ta… – mruknąłem, nie wyprowadzając go z błędu. I tak nikt nie będzie sprawdzał, jaka dusza jest zamknięta w środku. Liczyła się tylko energia.
Szkoda, że nie udało mi się zwerbować Astrid. Gdybyśmy podrasowali nieco jej ognisty dar, łapanie dusz byłoby jeszcze łatwiejsze. Może jakiś implant, podskórny palnik? Coś, co ułatwiałoby jej wzniecanie ognia i nie pożerałoby tyle energii.
Teraz to bez znaczenia.
– Dowiedziałeś się, ilu Powierników jeszcze zostało? – zapytał Dave.
– Niewielu. Trzeba przerzucić się na łapanie innych dusz.
– Zgłosimy w Corpo, że potrzebujemy nowego przydziału.
Po opchnięciu metalowego robala i podzieleniu kredytów powinno już niewiele zabraknąć do opłacenia projekcji dla Sofie. Czułem, że muszę się spieszyć. Nie wiedziałem, na jak długo udało mi się zamknąć Astrid w Zaświatach i niewykluczone, że jeszcze pożałuję puszczenia jej wolno w ramach starej znajomości.
Cholerne sumienie. Honor pierdolonego żołnierzyka.
Lepiej się stąd zwijać, bo gdy Astrid wróci, to zapłonie jak meteoryt, trawiąc pół kontynentu, a może nawet cały ten system.
– Byle gdzieś daleko stąd… – burknąłem i wyrzuciłem niedopałek.