Szable promieni słonecznych wdzierały się do jaskini przez wąskie szczeliny, wydobywając z mroku skuloną postać wychudzonego człowieka.
Patrzył z niedowierzaniem na dłonie i uniósł twarz do światła. Szeptał w ciemność, która odpowiadała echem. Sięgnął po chłodne szkło. Zdumiony nie rozpoznawał siebie w obliczu starca – wąski nos, zapadnięte policzki i oczy osadzone głęboko, upodabniały go do ptaka, żyjącego między stalagmitami.
Płacz rozległ się w obcym miejscu – dźwięk braku nadziei. Zrobił krok w tył i stojąc w zimnej wodzie, zwrócił się do kamiennej bogini słowami:
– Cóż ze mnie zostało? Tylko skóra i kości, a ty milczysz, niewzruszona. Walczyłem w twoim imieniu oraz przelewałem krew. Widziałem zło, przed którym przestrzegali mój lud prorocy. O, tak! Teraz dostrzegam kłamstwo, niczym jad, drążący powoli ścieżki zguby naszym umęczonym duszom.
Bogowie! Martwi jesteście od wieków.
Wykuwaliśmy miecze, przerażeni widmem zbliżających się wojen – wszystko daremnie. Oddawaliśmy życie w boju. Teraz tylko wiatr wypełnia nasze świątynie. Nadawaliśmy wam kształt, w zamian darując bezcenny czas.
Nie szukam już drogi, bo życie we mnie dogasa.
Legnijcie w gruzach bóstwa! Niczym więcej jesteście, jak tylko głazami ręką ludzką rzeźbionymi.
Starzec rzucił szkłem o ścianę i zniknął w ciemności. Dysząc, wyszedł z jaskini wprost w popołudniowe słońce.
***
Rajko dłubał w zębach. Wyciągnął strzępek mięsa i przyglądał mu się przez chwilę. Splunął. Usłyszał za sobą odgłos kroków. Odwrócił się.
– Gdzie się szlajasz? – zapytał.
– Dzięki mnie możesz czuć się bezpiecznie. – Etok złapał konia za uzdę i poklepał po grzbiecie. – Siedzi w jaskini zbyt długo. Może trzeba to sprawdzić?
– Przecież nie ucieknie. Stamtąd jest tylko jedno wyjście.
– No, tak, ale może nie żyje?
– Jeśli jest, jak mówisz, to nie musimy się przejmować. Poczekamy jeszcze chwilę.
Rajko zmrużył oczy. Żar lejący się z nieba wyciskał z niego siódme poty. Otarł czoło i westchnął. Zeskoczył z wozu. Szukał odrobiny cienia. Usiadł pod jednym z orzechów, rosnących tuż przy drodze. Obserwował Etoka wspinającego się pod górę i doszedł do wniosku, że jego przyjaciel musi mieć nie po kolei w głowie. Chmary muszek zawzięcie atakowały. Mężczyzna poczuł na twarzy delikatny powiew. Owady zniknęły. Położył się wygodnie i zamknął oczy.
Obudziło go kopnięcie w lewą nogę. Etok stał nad nim kiwając głową.
– Wstawaj. Starzec wrócił.
Śpioch podniósł się ociężale i ruszył w stronę wozu.
– Konko! – krzyknął Rajko – stary pierdzielu! Jeszcze dzisiaj będziesz wisiał!
Staruszek zdawał się nie słyszeć. Odwrócił głowę w drugą stronę, byle nie widzieć młokosa.
– Zamknij się, jeśli nie masz nic lepszego do powiedzenia – powiedział Etok.
– Ho, ho, od kiedy to się rozczulasz nad skazanymi?
– Rozczulić to mogę twój nos, jeśli się nie zawrzesz.
– I jak, starcze? Zobaczyłeś boginię?
Konko bez słowa wspiął się na wóz i usiadł.
– Róbcie swoje.
– Ho, ho! Staruszku, licz się ze słowami.
– Daj mu spokój – nakazał Etok.
Rajko uśmiechnął się pod nosem, jak stary wyga.
– Wiśta, wio! – wrzasnął.
Konie ruszyły.
Do wieczora nikt już się nie odzywał, słychać było jedynie chrzęst kamieni spod kół. Podążali na zachód, do miasta Merkot, gdzie na Konko czekała śmierć.
***
Ulice były brudne. Nieczystości wylewano wprost na bruk. Gdy przekroczyli główną bramę, przywitał ich niewidomy.
– Dobrodzieje – błagał. – Wspomóżcie ślepego.
– Idź, precz! – Etok odepchnął żebraka.
Zatrzymali się w karczmie o wdzięcznej nazwie Diabli Kwas. Usiedli przy okrągłym, drewnianym stole i zamówili piwo.
Rajko zwrócił się do Konko:
– A ty? Czego się napijesz?
– Wody.
– Tylko wody? Jutro będziesz martwy. Może masz jakieś specjalnie życzenie.
– Nie.
Kiwnął na dziewczynę z wielkim biustem.
– Spragniony starzec chce wody!
– Musisz się tak drzeć? – zapytał Etok. – Za chwilę ktoś zacznie wypytywać. Zapomniałeś, że dostaliśmy nakaz nie zwracania na siebie uwagi?
– O co ci chodzi?
– Bałwan jesteś. Chociaż i ten pewnie mądrzejszy od ciebie.
Konko był nieobecny, patrzył gdzieś przed siebie. Sprawiał wrażenie człowieka, którego dusza traci kontakt z ciałem. Tak spoglądali szaleńcy. O tak, widział wielu podobnych podczas walk – tracili zmysły. Nadchodził złodziej, który niszczył i zabierał to, co najcenniejsze. Nie mieli pojęcia, kim są i dokąd zmierzają.
– Konko, obudź się! – Rajko złapał staruszka za przegub.
Ten odwrócił głowę w jego stronę i wyszeptał:
– Jeszcze dziś.
Rajko wzdrygnął się i szukał wzrokiem pomocy Etoka, ale przyjaciel właśnie podążał w stronę młodej piękności.
– Wiem, Konko – Rajko parsknął śmiechem.
Bał się, bo oczy staruszka patrzyły, ale zdawały się być martwe.
Może to widmo kogoś innego przemawia przez niego – myślał. Wierzył z całych sił, że bogowie są sprawiedliwi, a wyrok słuszny. Konko musiał umrzeć. Nie można, ot tak, pluć na bóstwa, twierdzić, że nie istnieją.
Skazany napiął mięśnie rąk. Żyły niczym podskórne batogi wystąpiły na obu przedramionach.
– Uspokój się, starcze – powiedział Rajko.
Etok wrócił rozbawiony.
– Ależ ona jest piękna. Widzieliście jej piersi? – zapytał.
– Trudno nie zauważyć. – Kompan obrócił się i zawiesił wzrok na dziewczynie. Patrzył długo, pożądliwie.
– Dobrze by ci zrobił taki okład. Ślepiami się nie najesz, gamoniu!
– Może tak, może nie.
– Potrzeba ci kobiety, tak samo jak i mnie. Chodź, przedstawię jej ciebie. Mówiła, że lubi tańczyć. Grajkowie skończyli przerwę.
– Mam uwierzyć, że wdała się z tobą w rozmowę?
– A co w tym dziwnego?
– Urodą nie grzeszysz, bazyliszku.
– Taki z ciebie chojrak? Idę o zakład, że ciebie nie zechce.
– Flaszka. – Rajko wyciągnął dłoń.
Etok uścisnął ją tak mocno, że przyjaciel aż się skrzywił.
***
Stukot końskich kopyt niósł się ulicami. W końcu wyjechali za miasto. Milczeli.
Wiedzieli, że Konko sam był sobie winien, ale żaden z nich nie chciał przyznać, że patrzenie, jak jest wrzucany do lochów, nie należało do przyjemnych. Etok otarł szybko łzę, spływającą po policzku. Eskortowali go zaledwie kilka dni, ale wszystko to było niczym. Przecież staruszek nawet nie próbował uciekać.
– Tobie też jest przykro? – zapytał Rajko. – Wiesz, może żartowałem, ale tak naprawdę współczułem mu.
Etok westchnął wpatrzony gdzieś w dal.
– Nic nie powiesz?
– A co chcesz wiedzieć? Zrobiliśmy swoje. Mieliśmy go przewieźć. Nie do nas należał wyrok, ani nie my dokonaliśmy egzekucji! Czy jest mi przykro? Tak. Ten człowiek nikomu niczego złego nie wyrządził. Walczył, podobnie jak my w armii króla i wykonywał rozkazy. Na własne nieszczęście, publicznie wyparł się wiary w bóstwa. Czy cena, jaką zapłacił była sprawiedliwa? Nie mnie oceniać.
– I co teraz? – Rajko spojrzał bezradnie na kompana.
– Będziemy z tym żyć.
Jechali powoli w stronę lasu. Na wysokim świerku bezszelestnie wylądowała sowa, obserwując odmienione dusze przyjaciół.
***
Siedzieli przy stole w karczmie. Etok wgryzał się w nogę kurczaka, a Rajko dopijał wino, oblewając się przy tym jak dziecko.
– Ufff. Ale pojadłem – powiedział.
Etok tylko skinął
Gdy się posilili, wyszli w ciepłą noc. Usiedli na ławce pod ścianą, w srebrzystym świetle księżyca. Rajko wyciągnął fajkę i wpatrzony w najjaśniejszą z gwiazd zapytał:
– Wierzysz w to, że będziemy żyć po śmierci?
Nie widział zdziwienia na twarzy Etoka.
– Chcesz przez to powiedzieć, że nie ufasz kapłanom? Wiemy, w co mamy wierzyć.
– Gdy pomyślę, że Konko nie żyje, jakoś nieswojo się czuję. Tak łatwo przechodzisz przez tajemnicę zaświatów? Przecież nikt stamtąd nie wrócił.
– Nie myśl za dużo. Dość wrażeń na dziś.
Nie chcąc wydawać na nocleg, postanowili, że będą spać na wozie. Ułożyli się ciasno. Rajko chciał jeszcze o coś zapytać, ale usłyszał głośne chrapanie. Odwrócił się na drugi bok i zasnął.
Obudził go szelest. Spojrzał na Etoka, śpiącego, jak kamień. Coraz większy księżyc chował się za horyzont.
Po cichu zeskoczył z wozu i podszedł do zarośli.
– Jest tu kto?
Odpowiedziało mu cykanie świerszczy. Zbliżył się jeszcze, wytężając wzrok. Z ciemności wyłonił się kształt.
Przerażony, upadł. Cień zbliżał się w jego stronę. Zdawał się unosić nad ziemią. W końcu srebrne światło oblało postać wysokiego, łysego mężczyzny.
Nie do wiary! Na plecach miał potężne skrzydła.
Rajko upadł i czołgał się w stronę wozu. Z przerażenia nie mógł krzyczeć. Zakrztusił się prochem. Zaczął kaszleć.
Zjawa niczym nie różniła się od żywego człowieka. Słyszał jej kroki, a przez moment wydawało mu się, że również jej śmiech.
– Nie bój się – powiedziało widmo.
– Kim jesteś i czego ode mnie chcesz?
– Mam dla ciebie wiadomość i oczekuję współpracy. – Skrzydlaty rozłożył ręce, a pośrodku nich zapłonęła kula ognia.
Wystraszony Rajko nie mógł wydusić z siebie słowa, bał się, że lada moment przybysz spali go żywcem.
– Nie przedstawiłem się. Jestem Diomo.
– Nie zabijaj mnie, proszę!
– Ależ, co ci znowu przyszło do głowy?
Anioł przełożył ognik do lewej dłoni. Prawą wskazał nieszczęśnika.
– Wstań. Nie wypada, żebyś tak leżał. Musimy omówić ważną sprawę. Zapomniałbym… – Podniósł palec. – Obudźmy twojego przyjaciela. Nie chce mi się powtarzać.
Gdy Etok zobaczył wielkoluda z ogromnymi skrzydłami, sięgnął do schowka po miecz.
– Gadaj, kim jesteś, albo giń! – krzyknął.
– Spokojnie, człowieku. Nie rozumiem, dlaczego wy, ludzie, jesteście tacy nerwowi. Czasami myślę, że coś w boskim planie poszło nie tak. Jakiś kawałek gliny został przylepiony w waszych głowach nie tam, gdzie trzeba.
Diomo kręcił dłonią, a ognik wraz z nią zataczał koła.
Etok rzucił się na obcego, chcąc przebić go mieczem, lecz spotkał się z powietrzem i runął jak długi wprost w pobliskie chaszcze. Rozbawiony Rajko zaczął się śmiać.
– Do diaska! Rajko! Dlaczego się śmiejesz?! Pomóż mi!
Rajko podszedł do zarośli i rozchylił gałęzie. Etok wygrzebywał się z plątaniny dzikich róż.
– Niech to szlag! – zaklął.
– Długo jeszcze będziecie się cackać? – zapytał Diomo.
Etok podniósł wzrok na skrzydlatego.
– Przebierańcu, jeśli znajdziesz dość dobre wytłumaczenie, puszczę cię wolno… jeśli nie, skończysz marnie.
– Dobrze już, dobrze. Strasznie się boję. A teraz przejdźmy do rzeczy.
Diomo usiadł na niewielkim kamieniu.
– Wasz przyjaciel jest w tarapatach – powiedział.
– W sensie, że kto? – zapytał Rajko.
– Mówię o Konko. On również był żołnierzem. I… powiedzmy sobie, zwątpił w bóstwa. Byłem świadkiem jego herezji. Dlatego miał dzisiaj zawisnąć. Mam rację? – Anioł zmierzył wzrokiem przyjaciół.
– Nas przy tym nie było – wypalił Etok.
– A kto mówi, że byliście? – Diomo pokręcił głową i skrzywił się. – Tylko wykonywaliśmy rozkazy, tak? Mam rację?
– Tak jest, jak mówisz, przebierańcu.
– Jeszcze raz nazwij mnie przebierańcem, a poczujesz ogień na zadku.
– Spokojnie, to tylko jakieś sztuczki. – Rajko złapał za rękę kompana, który uniósł miecz.
– Sztuczki? Myślicie, że to magia?
Przyjaciele spojrzeli po sobie.
– Posłuchaj, przybyszu – zaczął spokojnie Etok. – Nie szukamy kłopotów. Mam nadzieję, że ty też. Dlatego idź w swoją stronę.
– Problem w tym, że nie mogę. Muszę wykonywać rozkazy, tak jak wy.
– Odkąd u władzy jest potomek króla Agnona, armia dogorywa, a ty mi chcesz powiedzieć, że wykonujesz rozkazy? Przecież to my, jako ostatni spełniamy wolę króla.
– Spełniacie? Łapiąc tych, którzy okazali się niewierni? Skoro król nie żyje, a panowanie objął jego syn, moglibyście sobie odpuścić. Kogo oszukujecie? Konko o mały włos, a umarłby przez was.
Diomo kręcił głową. Jego mina mówiła wszystko. Nie chciał tłumaczyć, ale najwidoczniej musiał.
– Rozumiem, że jesteście w wieku, który nie pozwala na zaciągnięcie się do wojsk… jakichkolwiek. Nie macie szans w walce z pierwszym lepszym wojakiem. Wasze miecze stały się zbyt ciężkie.
Twarz Etoka poczerwieniała. Doskoczył do obcego i zamachnął się ponownie. Anioł złapał miecz prawą ręką i trzymał dotąd, aż stal, rozgrzana do białości, zaczęła się topić. Przerażony żołnierz odsunął się i patrzył, jak metal najwyższej próby kapie na ziemię.
Diomo rozłożył potężne skrzydła i uniósł się w powietrze. Wylądował tuż obok wozu. Rajko obserwował, jak anioł głaszcze konia po łbie. Dotyk skrzydlatego uspokajał wałacha.
– Musicie to odkręcić – powiedział Diomo. – Konko jeszcze żyje.
– Niby dlaczego mielibyśmy wykonywać twoje polecenia? – zapytał Rajko. – Widzimy, że masz moc i nie jesteś z tego świata, ale co nam przyjdzie z wyswobodzenia skazanego?
– Jeszcze niedawno mówiłeś, że współczułeś. Pytałeś Etoka o zdanie, a teraz nie chcesz pomóc? – Oczy Diomo powiększyły się.
Zawstydzony Rajko schylił głowę i grzebał butem w ziemi.
– Ma rację. Cóż nam z tego? – Etok, pozbawiony miecza, nie tracił zapału.
– Będziecie wynagrodzeni. W odpowiednim czasie.
– Czym?
Nastała chwila ciszy przerywana jedynie cykaniem świerszczy.
– Życiem.
– Strachem chcesz nas zmusić?
Wymiana spojrzeń przyjaciół niewiele mówiła. Anioł wyskoczył na wóz i usiadł.
– Zastanówcie się – powiedział.
Przyjaciele odeszli na bok, żeby się naradzić. Rajko machał rękoma i uderzał się raz za razem w głowę. Po chwili wrócili.
– Zgoda. A jeśli nie damy rady uratować Konko? – zapytał Etok.
Diomo myślał przez moment, przyłożył palec do ucha, w końcu oznajmił:
– I tak dostaniecie to, o czym mówiłem.
Rajko uśmiechnął się, bo dotarło do niego, że przecież mogą nie podejmować próby uwolnienia Konko. Skąd obcy będzie wiedział o ocaleniu skazanego?
Anioł najwyraźniej czytał w jego myślach.
– Nie próbujcie oszukiwać. Widzę was nieustannie.
Etok zobaczył siebie, gdy korzysta z latryny.
Nim zdążyli się obejrzeć, przybysz zniknął. Etok wspiął się na wóz i zamyślony patrzył gdzieś w dal. Rajko złapał za kłonicę i zaczął dłubać w nosie.
– Możesz przy mnie tego nie robić?
– Aż tak ci to przeszkadza?
– Tak. Pozwól mi spokojnie pomyśleć.
Rajko wyciągnął z nosa gila i pstryknął palcami. Zaśmiał się.
– Gamoniu! Czy ty kiedykolwiek spoważniejesz? Gdybym miał miecz, nie zawahałbym się go użyć.
Wydawało się, że Etok słucha koncertu świerszczy, ale skupienie na twarzy mówiło coś innego. W końcu przemówił.
– Długo będziesz tak stał? Wsiadaj. Przed południem musimy być w Merkot.
***
Nad ranem zobaczyli mury miasta. Rajko wydawał się być wyjątkowo zmęczony.
– Co cię gryzie? – zapytał Etok.
– Zastanawiam się, czy to, co widzieliśmy w nocy, było tylko majakiem, czy rzeczywiście istnieją ludzie ze skrzydłami?
– Coś w tym jest. – Etok spojrzał na przyjaciela. – Tylko bogowie mają skrzydła. Ale to nie mara. Przecież widzieliśmy go w tym samym czasie.
– Poza skrzydłami i ognistą kulą wyglądał jak człowiek.
– To prawda.
– Etok, przecież ten przebieraniec nas zastraszył. Jesteśmy żołnierzami!
– Uspokój się. Widziałeś, co zrobił z mieczem?
Rozmowę przyjaciół przerwał hałas. Jakiś niziołek kłócił się z człowiekiem siedzącym na koniu. Machał rękami i co chwilę podskakiwał, jakby chciał sięgnąć słońca.
– Niczego nie ukradłem!
– Jeśli się oddalisz, zasmakujesz włóczni – odgrażał się jeździec.
– Zrobię, co zechcę i nikomu nic do tego!
Podróżni podjechali bliżej.
Karzeł miał na głowie słomkowy kapelusz, spod którego ronda nie widać było oczu. W małej, pulchnej dłoni trzymał fajkę, wykonaną z kolby kukurydzy. Zaśmiał się głośno i spojrzał na przybyszów.
– A wy to kto? – zapytał.
– Jesteśmy żołnierzami.
– Haha. Żołnierze? Tutaj? Starzy jesteście.
– Karzełku, uważaj na słowa. – Piorunujący wzrok Etoka najwyraźniej przekonał obcego, że nie należy podważać jego słów.
– Szanowni – odezwał się człowiek na koniu. – Nie wasza to sprawa wdawać się w spory, lecz gwoli ścisłości, ten oto konus ukradł część plonów z mojej ziemi.
Wzrok Rajko błądził między jeźdźcem a karzełkiem.
– Widzę tu niemały problem – powiedział Etok.
– Jeśli jesteście żołnierzami, pomóżcie biednemu. On chce mnie zabić.
– Złodzieju! Masz czelność prosić o ratunek? Niech bogowie się nad tobą zlitują! – Mężczyzna poprawił się w siodle i złapał za włócznię.
– Spokojnie, panie. My się nim zajmiemy. – Rajko zsiadł z wozu i podszedł do niziołka. – Jeśli ukradł, na pewno kara go nie minie. Zmierzamy do Merkot. Mamy tam do załatwienia pewną sprawę. Oddamy złodzieja w odpowiednie ręce.
Siedzący na koniu wyprostował się, odchrząknął i rzekł:
– W innych okolicznościach ta gnida już by nie żyła, ale ma szczęście. Ufam, że zrobicie, co do was należy.
– O to się nie martw, panie – powiedział Rajko. – Możesz spokojnie wrócić do siebie.
Gdy mężczyzna odjechał, Etok zwrócił się do karła.
– To prawda, co mówił?
– Parszywiec kłamał!
– Nie chcemy mieć u siebie złodzieja. Ale nie myśl, że puścimy cię wolno. Jeśli ukradłeś, zostaniesz wychłostany.
– Przez kogo?
– Przeze mnie.
– Odkąd żołnierze wymierzają samosądy?
– To już nasza sprawa. Obawiam się, że nic na to nie poradzisz. Wskakuj na wóz.
Wjechali do miasta. Karzeł siedział z tyłu. Rajko obrócony bokiem, widział go doskonale; w razie próby ucieczki, wystarczył szybki ruch ręki i gagatek zostałby złapany.
Niziołek rozglądał się dookoła.
– Nie waż się skakać – powiedział Rajko.
Mały odwrócił głowę, jakby był wyjątkowo zaciekawiony praczkami, zmierzającymi nad rzekę. Gdy przechodziły obok, skinęły głowami, a jedna z nich, zobaczywszy Etoka, uśmiechnęła się zalotnie.
Rajko skrzywił się.
– Co? Szkoda ci? – zapytał karzeł.
– Zamknij się.
Etok nie zwracał uwagi na kłótnie. Powoził pewnie, trzymając lejce. Przekroczyli bramę miasta. Tym razem nie powitał ich żebrak. Na straganach sprzedawano owoce, warzywa oraz ryby. Ludzie krzątali się i pędzili w sobie tylko wiadomym kierunku – kupcy i sprzedawcy przekrzykiwali się, a pośród tego wszystkiego biegały dzieci – umorusane i wyglądające na szczęśliwe. Zewsząd niósł się gwar i śmiech, przeplatany gdakaniem, muczeniem oraz rżeniem.
***
W karczmie o tej porze było prawie pusto, nie licząc dwóch mężczyzn siedzących przy drzwiach i kobiety o godnej posturze.
– Czego się napijesz, mały? – zapytał Rajko.
– Znaj moje dobre serce, tak? – Karzeł był oburzony. – Mam na imię Piko.
– Dobrze, Piko. W takim razie, czego chciałbyś się napić?
– Piwa.
Gdy kufel z trunkiem znalazł się na stole i Piko upił pierwszy łyk, pod nosem został mu ślad z piany. Zaśmiał się, obcierając brudnym rękawem usta.
– Będziemy cię potrzebować – powiedział Etok.
– Mnie? Niby do czego?
– Musimy uwolnić z lochów człowieka, który czeka na egzekucję.
Piko napił się, spojrzał na nich i parsknął niczym knur.
– To żart, tak?
Cisza, która nastała, powiedziała wszystko.
– To jaki jest ten plan? – zapytał Piko.
***
Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Przed ratusz, gdzie znajdowały się lochy, zajechał wóz, na którym siedziały dwie kobiety.
– Prrr! – krzyknęła prowadząca zaprzęg. Zsiadła z wozu i podeszła do pachołka miejskiego. – Rzepa, dobrodzieju.
Zdziwiony strażnik rozejrzał się, jakby szukał u kogoś pomocy.
– Nikt nie zamawiał rzepy – powiedział.
– Dostałyśmy nakaz od burmistrza, aby dostarczyć zapas. Szanowny pan powiedział, że nas wpuścicie.
Strażnik otarł pot z czoła. Kobieta, siedząca na koźle wozu, zarzuciła na twarz chustę. Przyglądał jej się zbyt długo. W końcu rzekła:
– Czy jestem aż taka brzydka, że wzbudzam odrazę?
Wartownik odwrócił wzrok.
– Wnieście, co macie wnieść i wynoście się stąd.
Powożąca sięgnęła po konopny worek i weszła z nim do ratusza. Zrzuciła go z pleców i westchnęła. Wartownik obejrzał się i pokręcił głową widząc, jak dziwnie się kołysze.
Kobiety odjechały.
– Obyś się nie pomylił co do karła – powiedział Rajko, zrzucając chustę z głowy.
– Teraz nie ma wyjścia.
***
Gdy pachołek zamknął drzwi, worek się poruszył. Po chwili wyszedł z niego Piko i błyskawicznie schował się we wnęce. Nasłuchiwał, po czym zrobiwszy kilka skłonów i przysiadów ruszył pędem.
Konko siedzący na sienniku wzbudził w niziołku współczucie. Wynędzniały, chudy staruszek, przedstawiał obraz rozpaczy – o tym, że żyje, świadczyła powoli unosząca się klatka piersiowa.
– Ej, ty – szepnął Piko.
Konko nie reagował.
– Starcze. Żyjesz?
Więzień wydawał się zapaść w śpiączkę.
Piko myślał przez chwilę, w końcu ściągnął but i rzucił nim w skazanego.
Konko poderwał się i już chciał krzyknąć, lecz karzeł przyłożył palec wskazujący do ust.
– Ciii. Tylko bez takich – powiedział. – Kto ma klucz do tego przybytku?
Zrezygnowany Konko pokręcił głową.
– A kto ma mieć, jeśli nie strażnik?
Piko poskrobał się po brodzie.
I co teraz? – pomyślał.
– Oddaj mi but.
Konko podał but niziołkowi.
– Kim jesteś? – zapytał.
– Nie teraz. Później ci wyjaśnię. Gamonie czekają.
– Gamonie?
– Żołnierze.
Konko usiadł z powrotem na sienniku, a Piko czmychnął pod drzwi wejściowe. Widział pod nimi cień – niedobrze. Wrócił pośpiesznie do więźnia i zapytał:
– Przynoszą ci jedzenie?
– Tak. Wczoraj dostałem suchy chleb i wodę.
– Cierpliwość to podobno cnota. Poczekamy – orzekł Piko i schował się we wnęce.
***
Drzwi ratusza szczęknęły. Piko poderwał się, jak oparzony. Strażnik wszedł na korytarz. Pęk kluczy dzwonił u jego boku. Krótka ręka karła niczym lisia łapka, sięgnęła po jeden z nich. Pachołek niczego nie poczuł.
– Jedz. – Strażnik postawił ostatni posiłek na ziemi i wyszedł zamykając celę.
Niziołek odczekał chwilę, po czym znalazł się ponownie przed Konko.
– To jesteśmy w domu – powiedział z dumą.
– W domu? Dobrze się czujesz? – zapytał Konko.
– Oj, no tak się mówi.
Piko wsunął klucz do zamka. Spodziewał się usłyszeć znajomy dźwięk mechanizmu, ale ten nie chciał ustąpić. Poczuł na plecach dreszcz. Spróbował w drugą stronę – drzwi stały przed nim otworem.
Konko podniósł się i chwiejnym krokiem wyszedł z celi. Karzeł przez moment zastanawiał się, czy staruszek poradzi sobie, gdy trzeba będzie rzucić się biegiem. Ale nie to było najgorsze. Nie przemyślał najważniejszej kwestii – w jaki sposób opuszczą ratusz?
– Musimy poszukać innej drogi. – Złapał starca za dłoń.
Przeszli korytarz. Większość pomieszczeń była zamknięta.
– Został tylko dach – powiedział Piko.
– Chcesz skoczyć? – zapytał Konko.
Szybko odnaleźli właz. Gdy byli już na szczycie ratusza, Piko schował twarz w dłoniach.
– To koniec – wyszeptał.
Konko spojrzał na karła i poklepał go po ramieniu.
– Może nie będzie tak źle.
– Gdy tylko strażnik dowie się, że cela jest pusta, prędko nas znajdą.
Siedzieli chwilę w milczeniu, gdy nagle, z zachodniej strony usłyszeli dziwne dźwięki. Piko wyjrzał poza krawędź dachu.
– Cebula! Cebula na porost włosów! Kupujcie! – krzyczała kobieta.
Nagle znieruchomiała i uniosła głowę. Piko wiedział, że patrzy właśnie na nich. Pomachał. Przekupka odwzajemniła się kilkoma ruchami lewej ręki, w prawej trzymając cebulę, następnie rzuciła nią w stronę ratusza. Warzywo o mały włos, a uderzyłoby Konko w głowę.
Zostańcie tam – koślawe litery na cebuli był małe, ale czytelne.
– Jednak nauki pobierane od wuja nie poszły w las – powiedział Piko.
***
Przekupka zniknęła za rogiem, by po chwili pojawić się na wozie wypełnionym sianem. Konko i Piko skoczyli w jednym momencie, lądując na środku. Za murami dosiadł się do nich Etok.
– Rajko, wyglądasz jak siedem nieszczęść w tym przebraniu – podsumował.
– Ty wyglądałeś lepiej? Przynajmniej cycuszki ładnie sobie zrobiłem. – Rajko złapał się za pierś.
Konko długo milczał, w końcu przemówił.
– Dlaczego mnie uratowaliście?
– Że tak powiem, nakazał nam człowiek ze skrzydłami i nie mieliśmy wyboru.
– Człowiek ze skrzydłami? – zapytał Piko zdziwiony.
– Tak i lepiej, żebyśmy go nie spotkali – powiedział Etok. – W dłoniach dzierżył ognistą kulę, a z mojego miecza nic nie pozostało.
– Zatrzymajcie się – poprosił Konko. Dźwignął się z siana i z pomocą Piko zszedł z wozu. – Jeśli sprawiliście, że jestem wolnym człowiekiem, chcę odejść w spokoju.
Rajko przetarł oczy wierzchem dłoni.
– Płaczesz? – Etok spojrzał na przyjaciela.
– Tak. Źle zrobiliśmy. – Rajko wyciągnął dłoń w stronę Konko. – Wybacz – powiedział. – Mam nadzieję, że sobie poradzisz, ale byłoby lepiej, gdybyś został z nami. Straże cię dopadną.
Konko przyjął przeprosiny.
– Myślicie, że ruszą w pościg za starcem? – zapytał. – Nie znajdą mnie, to wam mogę obiecać.
– W takim razie, szerokiej drogi. – Etok zasalutował prawą ręką.
Gdy przyjaciele zniknęli za wzniesieniem, Konko wszedł do pobliskiej jaskini. Nie spotkał tam żadnej z bogiń.
Usiadł na skale i oddychał powoli – czuł spokój.
***
W oddali zagrzmiało.
Diomo zmaterializował się w podmuchach wiatru. Gestem uniósł potężny głaz, którym zamknął wejście do podziemi.
– Dziękuję – wyszeptał Konko.