Tekst napisany pod wpływem filmu o istotach nadnaturalnych żyjących w niebie. Mam nadzieję, że ta luźna historyjka komuś się spodoba. Enjoy.
Tekst napisany pod wpływem filmu o istotach nadnaturalnych żyjących w niebie. Mam nadzieję, że ta luźna historyjka komuś się spodoba. Enjoy.
Wieko beczki pękło pod naporem topora. Górny pokład stał się mokry od spływającego rumu. Z ochotą chwyciłem podany mi kufel i rum spłynął do żołądka z przyjemnym ciepłem.
Wiatr wzmógł się gwałtownie. Podniebna łajba przechyliła się ku bakburcie. Zareagowałem w porę i chwyciłem się balustrady, dzięki czemu nie padłem na pokład, tak jak ci mniej ostrożni. Głośno ich wyśmialiśmy z resztą chłopaków. Nie pozostali dłużni i barwnie opisali bliskie spotkania z naszymi matkami. Sternik wprawnym ruchem zamachnął kołem sterowym i wyrównał kurs. Lot ustabilizował się.
Ruszyłem do stanowiska. Musiałem uważać, gdyż nietrudno było poślizgnąć się na tych zalanych rumem deskach. Po drodze wpadłem jeszcze na kilku załogantów, ale bez większych problemów dotarłem do miotacza. Obejrzałem broń z największą dokładnością. Długa, wykonana z hartowanego, ciemnego żelaza lufa budziła respekt. Promienie słoneczne odbijały się od gładkiej, wypolerowanej powierzchni.
Zasiadłem, jeszcze raz rozejrzawszy się wokół. Chłopaki uwijali się jak mrówki. Biegali z miejsca na miejsce, dopilnowując obowiązków. Bez każdego z nich ta łajba dawno runęłaby z nieba.
Ta robiła wrażenie większe od miotacza. Opływowy kształt pozwalał pokonywać nawet najsilniejsze wichry. Pancerne wzmocnienia znajdowały się jedynie na newralgicznych punktach. W ten sposób uniknięto nadmiernego obciążenia. Zaś do burty przyczepiono aż trzy, zamiast standardowych, dwóch par skrzydeł. Dzięki temu trójmasztowa fregata pruła przez nieboskłon z niewiarygodną prędkością napędzana przez ciągle rozpalone piece na Mag-Rudę z Ziem Poniżej.
Nie do końca pamiętam, jak kapitan Kenway wszedł w posiadanie Lewiatana. Nigdy też o to nie zapytałem. Z całą pewnością mogę zaś stwierdzić, że łajba ta była zacna i niezawodna. Na całym Morzu Wiatrów nie znalazłoby się równie szybkiej.
– Do roboty! – zakrzyknął kapitan.
Zaciągnąłem na głowę chustę i kilkukrotnie sprawdziłem jej wiązanie. W tym czasie Nawigator wyrysował okrąg. Starannie wytyczył linię, nie myląc się nawet o milimetr. Zasiadł ze skrzyżowanymi nogami pośrodku kręgu. Wziął głęboki oddech. Zamknął powieki i wypił zawartość niewielkiej buteleczki. Pokryte bielmem oczy otworzyły się gwałtownie.
Wiatr wydał się na moment jeszcze zimniejszy. Okrąg pokrył się bladym, ledwie widocznym światłem – trans Nawigatora rozpoczął się. Z ust mężczyzny wydobyły się szanty. Dla niezaznajomionych z powietrzną żeglugą były zupełnym bełkotem. Jednakże nikt poza Nawigatorami nie był w stanie przewidzieć, czy przypadkiem nie uderzy w nas samotna, lecąca pośród chmur skała. Wersy szant skrywały wskazówki. To dzięki nim sternik mógł obrać właściwy kurs.
Obserwator świsnął przeciągle. Z bocianiego gniazda wskazywał obiekt w oddali. Bez ustanku kręcił soczewką wszczepionego w miejsce lewego oka Powiększacza. Padł kolejny komunikat. Potwierdził obecność obcej jednostki.
Wyciągnąłem ku górze pośliniony palec. Wiatr wiał stabilnie w zachodnim kierunku. Po burzowych chmurach ani śladu. Uśmiechnąłem się. Warunki były przednie.
Zwolniłem mechanizm komory. Wyjąłem odpowiedni kamień runiczny z pojemnika u boku miotacza. Zaciągnąłem zasuwę, zamykając komorę z runą w środku. Spojrzałem ku pozostałej czwórce operatorów. Gestem daliśmy sobie znać, że dobraliśmy identyczne runy. Nawet najdrobniejsza różnica mogła doprowadzić do przeciążenia energetycznego miotaczy i wybuchu.
Na rozkaz kapitana Kenwaya wycelowaliśmy we wskazanym kierunku. Zapadła cisza. Rozbrzmiewały jedynie delikatne wietrzne szumy oraz szaleńcze szanty Nawigatora. Dotąd niewyraźny kształt wyostrzał się, aż dostrzegliśmy jego kontury.
– Ognia! – padła komenda, gdy znaleźliśmy się w zasięgu.
Kanonada kulistych piorunów zawędrowała w kierunku wrogiego statku. Obserwator wyskoczył z bocianiego gniazda. Zręcznie, niczym małpa przeskoczył do bandery. Sztandar Białego Kruka ustąpił naszemu własnemu – białej czaszce ze skrzyżowanymi piszczelami. Na jej czubku widniał czerwony kapelusz. Identyczny z tym, którym kapitan Kenway zasłaniał łysinę.
Pierwsze pioruny dotarły do celu. Uderzyły w sterburtę. Już to wystarczyło, aby uszkodzić ich mechanizm unoszący. Staraliśmy się nie trafiać w rozpostarte u burt skrzydła. Nie zależało nam na strąceniu statku. Naszym celem było przechwycenie drogocennego ładunku.
Wrogi kapitan zadął w róg, ogłaszając alarm. Okrążaliśmy ich w rytmie szant. Szaleńcze śpiewy podziałały na mnie niczym mantra. Całą uwagę przekierowałem na celownik. Strzał za strzałem. Rzeczywistość przestała istnieć. Byłem tylko ja i mój miotacz.
Nie musieliśmy długo czekać na odpowiedź. Wystrzelone z ich miotaczy głazy powędrowały ku górze. Rozpadły się na dziesiątki, jeśli nie setki mniejszych odłamków. Zalał nas skalny deszcz. Lewiatan zatrząsnął się pod ich naporem. Do szant dołączyły przekleństwa rannych. Ponowiliśmy ostrzał ze zdwojoną siłą. Przymknąłem lewą powiekę. Wycelowałem w maszt. Głęboki wdech. Wystrzał. Trafienie. Maszt obalił się, tworząc dziurę w pokładzie. Wrogi statek zatrzymał się.
Zataczane przez nas kółka zmniejszały się stopniowo. Bosmani wydzierali się na lewo i prawo. Majtkowie wraz z resztą zostali pogonieni na górny pokład. Deski poszły w ruch, tworząc prowizoryczny pomost. Dwustronny ostrzał ustał zupełnie.
Kapitan Kenway podwinął mankiety. Odłożył swój charakterystyczny, czerwony płaszcz. Zaciągnął sznurek, upewniając się, że nie zgubi ukochanego kapelusza. Zakrzywione ostrze kordelasa błysnęło wydobyte z pochwy. Wszyscy, łącznie z operatorami, ustawili się tuż za nim. Trzymaliśmy pałki, szable i topory. Cokolwiek, co wpadło nam w ręce.
Żagle załopotały pod wpływem wiatru. Słońce wznosiło się, rzucając światło na nasze brudne i styrane wielotygodniową żeglugą twarze. Na jedno skinienie dłonią, ruszyliśmy do abordażu.
Przerzucone deski ugięły się pod naszym ciężarem. Obrońcy byli zwykłymi kupcami, jakich pełno, dlatego też zaskoczyli nas zaciekłością, z jaką odparli pierwsze natarcie. Znałem tych nieszczęśników, którzy spadli z desek. Wytrąceni lecieli w dół jeden za drugim. Ich krzyk milknął stopniowo, w miarę jak ich bezwładne w powietrzu ciała zbliżały się ku ziemi.
Naparliśmy jeszcze mocniej, przepełnieni furią. Zmuszeni musieli cofnąć się, umożliwiając nam przeskoczenie przez burty i balustrady. Otoczyła nas chmara uzbrojonych przeciwników. Ciąłem na lewo i prawo. W ferworze walki trudno było odróżnić jednych od drugich.
Zupełny już chaos zapanował, gdy w ruch poszła broń palna. Pistolety nie milkły nawet na moment. Starałem się lawirować pośród wszechobecnych kłebów kurzu i dymu. Ale moje szczęście musiało się kiedyś skończyć.
Jak podniebne Morze Wiatrów długie i szerokie, tak niezmienne jest umiłowanie przez żeglarzy rumu. Kupcy, piraci, członkowie marynarki – wszyscy bez wyjątku pili ten uszlachetniający trunek. Niestety tym razem okazał się moją zgubą. Poślizgnąłem się na mokrej plamie, która wylewała się ciurkiem z podziurawionej przez wystrzały beczki. Upadłem przodem i uderzyłem brodą o schodek prowadzący na mostek. Momentalnie zgasłem.
Gdy się ocknąłem, było już po walce. Otarłem pokrwawioną i obślinioną twarz. Syknąłem z bólu. Rozejrzałem się rozmazanym wzrokiem. Pozostali przy życiu kupcy oraz ich strażnicy siedzieli skrępowani na środku pokładu. W gruncie rzeczy martwych nie było zbyt wielu. Kapitan Kenway nie należał do miłośników rozlewu krwi. Jak sam twierdził: była to niehigieniczna konieczność uprawianego zawodu. Niemniej, niespecjalnie przejmował się losem poległych.
Wstałem, opierając się rękoma o pozostałości balustrady. Wiszące u boku skrzydła wciąż łopotały to w górę, to w dół. Statek kołysał się z lekka. Zakręciło mi się od tego w głowie. Nieuważnie wdepnąłem w tę samą plamę, ponownie poślizgnąłem się i upadłem. Tym razem na plecy. Moi kamraci wybuchli śmiechem na ten widok. Nawet po twarzach jeńców dało się zauważyć cień zażenowania.
Leżałbym dłużej, zawstydzony, gdyby nie kapitan Kenway. Ponownie przywdział czerwony płaszcz. Koszula, dotąd biała, pokryła się czerwienią – dowodem aktywnego udziału w abordażu. Wyciągnął do mnie dłoń. Przyjąłem pomoc i stanąłem na nogi. Poklepał mnie po plecach, a jego śmiech dołączył do pozostałych.
– Dobrześ się tam, bratku, spisał z tym masztem – wyszczerzył wybrakowane uzębienie. – Musimy cię podszkolić w zwarciu, psubracie.
Ponownie klepnął mnie. Na moment wytrąciłem się z równowagi, ale tym razem zapanowałem nad własnym ciałem i uniknąłem upadku. Z głośnym westchnieniem podszedłem do pozostałych. Radość, która wtedy wybuchła, była jedyna w swoim rodzaju. Takie uczucie może towarzyszyć tylko udanym napadom. Nawet, mimo upływu lat, wciąż uważam je za wspaniałe. Najwspanialsze, jakiego może doświadczyć człowiek.
Z dolnego pokładu wynurzyła się czwórka osiłków. Z trudem wyciągnęli ze sobą dwie, ciężkie skrzynie. Kapitan Kenway podszedł do nich zaciekawiony. Zerknął i drwiąco prychnął na kupców. Potężnym kopnięciem przewrócił kufer.
Spod otwartego wieka wysypały się srebrne monety, okraszone symbolem Białego Kruka. Nie mogłem oderwać oczu od blasku tych równo ociosanych kwadratów.
W przypływie nagłej euforii rozpoczęliśmy tańce oraz wesołe podskoki. Statek zatrząsnął się w posadach.
Serce waliło mi jak oszalałe, a głowa pękała od nadmiaru emocji. Potrzebowałem ochłonąć. Odszedłem na chwilę na bok i oparłem się o balustradę. Przymknąłem oczy. Perspektywa możliwego udziału wywołała u mnie ból szczęki. Za nic w świecie nie mogłem przestać się uśmiechać. Zacząłem snuć wizje skromnego, położonego nad jednym z tych mórz, co to są poniżej, domu. Już słyszałem szum fal. Bosą stopą dotykałem chłodnej wody, a moja zmyślona żona szeptała mi do uszu:
– Głaz…
Zerwałem się gwałtownie. Zabawa dopiero się rozkręcała. Jednak mnie w jednej opuścił dotychczasowy entuzjazm. Poczułem na plecach dreszcze, spowodowane cichym szeptem. Gorączkowo rozglądałem się, ale nigdzie nie dostrzegałem jego źródła.
– Głaz… – ponownie usłyszałem cichy, ledwie wyraźny głos.
Przeczucie pokierowało mnie z powrotem na pokład Lewiatana. I wtedy go zauważyłem. Twarz Nawigatora przybrała ten sam kolor, co bielmo, którym zaszły jego oczy. Przed abordażem klęczał i wyprostowany wyśpiewywał głośno szanty. W tamtym momencie uginał się pod własnym ciężarem. Pochylał się coraz bardziej i powtarzał: „Głaz…”, „Głaz…”.
Podbiegłem do niego. W chaosie abordażu zapomnieliśmy o Nawigatorze. Raz rozpoczęty trans będzie trwał dopóty nie zostanie przerwany przez kogoś z zewnątrz. Energicznie nim potrząsnąłem. Na szczęście wzrok mężczyzny powrócił do normalności. Łapał powietrze z trudem. Nagle chwycił mnie za kołnierz i przyciągnął ku sobie. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy, gdy ze śmiertelną powagą wyrzekł:
– Nadlatują…
W tej samej chwili padł nieprzytomny, bezwładny jak szmaciana lalka. Nie od razu dotarło do mnie znaczenie jego słów. Gdy jednak tak się stało, zerwałem się na równe nogi. Podbiegłem do burty i z całych sił wykrzyczałem:
– Kapitanie!
Nie usłyszał. Ani on, ani nikt inny. Załoga dorwała się do ocalałej z abordażu beczki. Zabawa trwałaby zapewne dalej, aż do białego świtu.
Zamiast tego, niebo pokryły odłamki drewna. Ciemny metal runicznych dział błysnął, lądując w sobie tylko znanym miejscu. Wybity z oczodołu Powiększacz mignął mi na sekundę przed twarzą wraz z tym, co pozostało z jego właściciela. Wystarczyło kilka sekund, aby lecące z przeciwnych kierunków skały przebiły się przez statki. W jednej chwili solidne deski pokładu zamieniły się w niczym nieograniczoną przestrzeń nieba. Grawitacja pociągnęła wszystkich w dół. Dzieliły nas zaledwie minuty od upadku.
Nie było ratunku. Nasz los zdawał się przesądzony. Recytowałem wszystkie znane mi modlitwy. Nie pominąłem żadnego ze znanych bogów. Ze strachu gotów byłem oddać duszę każdemu, który zechce słuchać zanim zderzę się z twardym gruntem Ziem Poniżej.
Nagle zawisnąłem w powietrzu. Coś oślizgłego i miękkiego owinęło mi się wokół pasa. Reszta, na czele z kapitanem Kenwayem oraz spętanymi kupcami, wciąż leciała w dół. W końcu szum przybierającego na sile wiatru zagłuszył ich opętańcze wrzaski, a mnie trzymała elastyczna i galaretowata macka. Nie potrafię poprawnie opisać kształtu… tego czegoś. Było niemalże przezroczyste, a jego kształt nieustannie się zmieniał.
W pierwszym odruchu chciałem krzyczeć, ale nim zdążyłem wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, poczułem się senny. Ciemność wstąpiła na niebo i pochłonęła wszystko. Nie uszedł jej nawet najmniejszy z promyków słońca. Wiatr ustał zupełnie, ale mimo to chłód przeszył mnie na wskroś. Po galaretowatej istocie nie było już śladu. Macka również zniknęła. Wisiałem pośród otchłani. Nie mogłem poruszyć ani rękoma, ani nogami. Żaden mój mięsień nie był w stanie nawet drgnąć.
Obudziłem się na chłodnej ziemi, a nocne niebo rozświetlały gwiazdy. Wszechobecne odłamki niegdyś były dumną i zwinną fregatą, Lewiatanem. Ciała naszej załogi leżały wokół, połamane na wszelkie możliwe sposoby. Chwyciłem garść rozrzuconych po upadku kwadratowych monet i uciekłem. Jak najdalej. Byle oddalić się od tej katastrofy i zapomnieć.
Rozpocząłem nowe życie, stopniowo zapominając o dawnym. Uczciwie prowadziłem gospodarstwo nad brzegiem morza. Żyłem z połowu ryb i skorupiaków. W końcu abordaż stał się mglistym i odległym wspomnieniem. I za żadne skarby nie chcę wiedzieć, czym była ta tajemnicza, miękka istota.
No i czego się tak na mnie gapisz? Nie wierzysz mi? Ha! Może i słusznie. Mogę przecież zmyślać. Postaw mi lepiej kolejny kufel. Mam jeszcze jedną, czy dwie historie w zanadrzu. Może jeszcze cię przekonam, że mówię prawdę?
Oczywiście, gdy już wrócisz z napitkiem.
Hej! Kupiłeś mnie tym zakończeniem w karczmie – sam chętnie postawiłbym bohaterowi kolejny kufel rumu za taką historię.
Świat, który tu zbudowałeś, jest mega intrygujący. Latające statki na Mag-Rudę to jedno, ale pomysł z Nawigatorem, który wpada w trans i śpiewa szanty, żeby omijać podniebne skały, to absolutny strzał w dziesiątkę! Bardzo podobał mi się też upadek na rozlanym rumie podczas abordażu – taki mały, życiowy detal, a świetnie przełamuje patos bitwy. No i ta przedziwna, przezroczysta macka na koniec… Niezły odlot.
Sam dopiero uczę się pisać, więc nie wchodzę w rolę redaktora i nie szukam u innych potknięć warsztatowych. Szukam za to dobrej wyobraźni i przygody, a tego u Ciebie zdecydowanie nie brakuje.
Witaj. :)
Na wstępie gratuluję tak szybkiej publikacji. :)
Zachęcam do zapoznania się z działem Publicystyka, gdzie są doskonałe Poradniki, np.: ortograficzny, dialogowy, myślowy, interpunkcyjny, językowy i – autorstwa Drakainy – dla Nowicjuszy. :)
Kwestie językowe i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):
Za to z całą pewnością mogę stwierdzić, że łajba to była zacna i niezawodna. Gotów jestem stwierdzić, że na całym Morzu Wiatrów nie znalazłoby się równie szybkiej. – powtórzenia?
Nazwa własna „N/nawigator” jest niestety pisana rozmaicie, co niepotrzebnie tworzy aż siedem błędów ortograficznych i zarazem rzeczowych, bo nikt nie wie, jak ostatecznie zamierzałeś napisać to słowo, np.:
W tym czasie Nawigator wyrysował okrąg.
Okrąg pokrył się bladym, ledwie widocznym światłem – trans Nawigatora rozpoczął się.
Twarz nawigatora przybrała ten sam kolor, co bielmo, którym zaszły jego oczy.
Raz wpuszczony w trans nawigator będzie w nim trwał dopóty nie zostanie wybudzony.
Zaciągnąłem zasuwę, zamykając komorę z runą w środku. – co to?
Okrążaliśmy ich wokół w rytmie szant. – logiczny?
Wszyscy, łącznie z operatorami, ustawili się tuż za nim. Trzymaliśmy pałki, szable i topory. Dosłownie wszystko to, co było pod ręką. – powtórzenie?
Znałem tych nieszczęśników, którzy spadli z desek. Wytrąceni spadali w dół jeden za drugim. – i tu?
Nawet nie przyglądałem się specjalnie, czy bije swoich, czy tamtych. – literówka?
Niestety tym razem, okazał się moją zgubą. – błędna interpunkcja?
Jak sam twierdził: była to niehigieniczna konieczność uprawianego zawodu. Nie znaczyło to, że jakoś specjalnie obchodził go los poległych. Wstałem z trudem, opierając się rękoma o pozostałości balustrady. Wiszące u boku skrzydła wciąż łopotały to w górę, to w dół. Statek kołysał się z lekka. Zakręciło mi się od tego w głowie. Nieuważnie wdepnąłem w tę samą plamę. I ponownie poślizgnąłem się i upadłem. Tym razem na plecy. Nie uszło to uwadze moich kamratów. – powtórzenia, tzw. zaimkoza?
– Dobrześ się tam, bratku, spisał z tym masztem – wyszczerzył się, odsłaniając wybrakowane uzębienie. – Ale w zwarciu to ty się musisz podszkolić psubracie. – powtórzenia?
Ale w zwarciu to ty się musisz podszkolić psubracie. – błędna interpunkcja?
Nawet, mimo upływu lat, wciąż uważam je za jedno z najwspanialszych, jakie człowiek może doświadczyć. – składniowy?
Z trudem wyciągnęli za sobą dwie, ciężkie skrzynie. – czy tu nie miało być: „ze”?
Cały statek zatrząsnął się w posadach, Rozpoczęliśmy tańce oraz wesołe podskoki w przypływie nagłej euforii. – brak części pierwszego zdania?
Łapczywie łapał powietrze. – stylistyczny?
Nie było ratunku. Nie było nadziei. Nasz los był przesądzony. Recytowałem wszystkie znane mi modlitwy. Nie pominąłem żadnego ze znanych bogów. Ze strachu gotów byłem oddać duszę każdemu, który zechce słuchać (przecinek?) zanim zderzę się z twardym gruntem Ziem Poniżej. – powtórzenia?
Nie potrafię poprawnie opisać kształtu… tego czegoś. To coś, za każdym razem wyglądało inaczej. A przy tym było niemalże przezroczyste. – powtórzenia?
To coś, za każdym razem wyglądało inaczej. – zbędny przecinek?
Zakończenie dość szokujące (czemu brak podobnego wstępu?):
„No i czego się tak na mnie gapisz? Nie wierzysz mi? Ha! Może i słusznie. Mogę przecież zmyślać. Postaw mi lepiej kolejny kufel. Mam jeszcze jedną, czy dwie historie w zanadrzu. Może jeszcze cię przekonam, że mówię prawdę?
Oczywiście, gdy już wrócisz z napitkiem”.
Niezły pomysł z latającym statkiem i załogą, atakami, sposobem walki, tajemniczym stworem-ratownikiem, wreszcie – ocaleniem bohatera. :) Czy informacji o jego nowym życiu nie trzeba rozdzielić? Zakończenie nieco mnie zdziwiło. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia w dalszym pisaniu. :)
Pecunia non olet
Hej wszystkim! Bardzo dziękuję za miłe słowa i porady – postaram się w wolnym czasie je wdrożyć :) Grzech nie skorzystać z merytorycznych uwag.
I ja dziękuję, pozdrawiam, powodzenia. :)
Pecunia non olet
Opowiadanie chybocze się jak pirat, nie dość że opity rumem, to jeszcze z drewnianą nogą. Często przekombinowujesz w doborze słów (”napór topora”, “dopilnowywanie sprawunków”, “okrążanie wokół” itp.). Nadwyrężasz wiarygodność historii efekciarstwem (marnowanie rumu, abordaż za pomocą skleconego z desek mostku, przewracanie ciężkiego kufra kopniakiem). Zamykasz fabułę nomen omen bogiem z maszyny.
Mimo wszystko opowiadanie ma pewien rubaszno-gawędziarski urok, który jako miłośnik rumu doceniam. Bardzo spodobał mi się motyw nawigatora, transu i szant. Myślę, że opowiadanie dałoby się podszlifować do solidnej awanturniczej fabułki.
@jerry_gainer Dzięki za uwagi. W pełni się zgadzam – mam tendencję do niepotrzebnego rozbudowywania zdań. Czy przesadziłem z efekciarstwem? Cóż, taki trochę był zamysł. Najwidoczniej niekoniecznie zawsze to “siada” :) Opowiadanie ma potencjał, ale przyznam się szczerze, że sam nie do końca sam do niego miłością. Trochę go wrzuciłem… na próbę? Dla feedbacku? Coś koło tego. Chyba nie do końca czuję się dobrze w motywach pirackich :p
Efekciarstwo jest w porządku, ba, jestem jego miłośnikiem, ale trzeba uważać, żeby nie gryzło się ze światem przedstawionym. Otwieranie butli rumu toporem i chlapanie nim po pokładzie nie siada, bo marnowanie rumu to grzech. Prowizoryczne sklecanie mostków do abordażu nie siada, bo w przypadku jednostek latających skończyłoby się spadnięciem napastników (możnaby to zrobić jeszcze bardziej widowiskowo i nie tak bardzo niewiarygodnie, gdyby piraci bujali się na linach). Przewracanie kopniakiem kufra, z trudem przytarganego przez dwóch osiłków jest fizycznie wątpliwe.
Czepiam się oczywiście, ale takie drobne niekonsekwencje psują mi zabawę z lektury. Co rzecz jasna nie znaczy, że będą psuły zabawę innym.
Motywy pirackie wyszły ok. Rzeczywiście jest tu klimat “morskich opowieści” gdzieś w tawernie ;).
A w jakich motywach czujesz się dobrze? Może wrzuć tu coś takiego, z czego sam jesteś zadowolony? Pozdrawiam!
@Grzesiek_W Coś na pewno się w przyszłości pojawi :) Z czystej przyzwoitości wolę na ten moment nie wstawiać. Zwyczajnie wysłałem parę innych, w miarę mi się podobających tekstów gdzie indziej. Co do motywów to zdecydowanie bliżej mi serduchem do klasycznego średniowiecznego fantasy. Coś się na pewno w przyszłości urodzi :)
Ciekawe, klimatyczne opowiadanie. Strasznie głupi byli ci piraci, że zaniedbali środków ostrożności, ale nie popsuło mi to przyjemności z lektury. Interesujący koncept powietrznej istoty, szkoda tylko, że opis spotkania z nią jest tak lakoniczny. Nie wiemy nawet, dlaczego uratowała akurat naszego bohatera.
W obecnej formie rzecz jest dobrze napisana i zasługuje na klik. Poniżej kilka sugestii dodatkowych poprawek:
Z ochotą chwyciłem za podany mi kufel
“Za” jest niepotrzebne.
Spod otwartego wieka wylał się potok srebrnych, okraszonych symbolem Białego Kruka monet.
“Wylewanie” kojarzy mi się wyłącznie z substancjami płynnymi, a do tego składnia trochę mi nie leży. Co powiesz na: “Spod otwartego wieka wysypały się srebrne monety, okraszone symbolem Białego Kruka”?
Rozpoczęliśmy tańce oraz wesołe podskoki w przypływie nagłej euforii.
Trochę nietypowa składnia. Może: “W przypływie nagłej euforii rozpoczęliśmy tańce oraz wesołe podskoki”?
Chwytałem za garść rozrzuconych po upadku kwadratowych monet i uciekałem.
Jeśli monety były rozrzucone, a nie leżały w jednym miejscu, to on je raczej pozbierał. A zatem: “Zebrałem garść rozrzuconych po upadku kwadratowych monet i uciekłem”?
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Nie gustuję w opisach walk wszelkich, a Twoje opowiadanie głównie o walce traktuje. Poza tym mnóstwo tu chaosu i trudne do wytłumaczenia sytuacje. Innymi słowy – przeczytałam, niestety, bez satysfakcji.
Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.
Górny pokład stał się mokry od spływającego rumu. → Czyste marnotrawstwo, wprost nie do uwierzenia.
Z ochotą chwyciłem za podany mi kufel i rum spłynął do żołądka z przyjemnym żarem. → Obawiam się, że żar nie był tam obecny.
Proponuję: Z ochotą chwyciłem podany mi kufel i rum spłynął do żołądka przyjemnym ciepłem.
Zareagowałem w porę i chwyciłem się balustrady. Dzięki czemu nie padłem na pokład. Tak, jak co mniej ostrożni. → Zareagowałem w porę i chwyciłem się balustrady, dzięki czemu nie padłem na pokład, tak jak ci mniej ostrożni.
Biegali z miejsca na miejsce, dopilnowując sprawunków. → Czy to na pewno były sprawunki.
Podłużny, opływowy kształt pozwalał pokonywać nawet najsilniejsze wichry. → Czy dookreślenie jest konieczne? Kształt opływowy jest podłużny z definicji.
Posiadała aż trzy, zamiast standardowych, dwóch par skrzydeł… → Obawiam się, że rzeczona łajba nie mogła niczego posiadać.
…napędzana przez ciągle rozpalone piece, gdzie spalano… → Nie brzmi to najlepiej.
Zaciągnąłem na głowę chustę i kilkukrotnie sprawdziłem jej wiązanie.. → Jeśli zdanie miała kończyć kropka, jest o jedną kropkę za dużo, a jeśli wielokropek, brakuje jednej kropki.
Pokryte bielmem oczy otworzyły się gwałtownym ruchem. → A może wystarczy: Pokryte bielmem oczy otworzyły się gwałtownie.
Z bocianiego gniazda wskazywał na obiekt w oddali. → Z bocianiego gniazda wskazywał obiekt w oddali.
Wskazujemy coś, nie na coś.
…wszczepionego w miejsce lewego oka Powiększacza. → Dlaczego wielka litera?
– Ognia! – komenda padła, gdy znaleźliśmy się w zasięgu. → – Ognia! – padła komenda, gdy znaleźliśmy się w zasięgu.
Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.
Identyczny do tego, którym kapitan Kenway zasłaniał łysinę. → Identyczny z tym, którym kapitan Kenway zasłaniał łysinę.
Coś może być identyczne z czymś, nie do czegoś.
Wystrzelone z ich własnych miotaczy głazy powędrowały ku górze. → Zbędny przymiotnik. Czy strzelaliby z cudzych miotaczy?
Słońce wznosiło się ku górze… → Masło maślane. Czy coś może wznosić się ku dołowi?
I w jednym momencie, na jedno skinienie dłonią… → Nie brzmi to najlepiej.
Obrońcy byli zwykłymi kupcami, jakich pełno. Dlatego też zaskoczyli nas zaciekłością, z jaką odparli pierwsze natarcie. ->Obrońcy byli zwykłymi kupcami, jakich pełno, dlatego też zaskoczyli nas zaciekłością, z jaką odparli pierwsze natarcie.
Nawet nie przyglądałem się specjalnie, czy biję swoich, czy tamtych. W ferworze walki trudno było odróżnić jednego od drugiego. → W ferworze walki trudno było odróżnić jednych od drugich.
…pośród wszechobecnych oparów kurzu i dymu. → Obawiam się, że kurz i dym nie są oparami.
Proponuję: …pośród wszechobecnych tumanów/ kłębów kurzu i dymu.
…niezmienne jest umiłowanie żeglarzy do rumu. → …niezmienne jest umiłowanie rumu przez żeglarzy.
Z rozmazanym wzrokiem rozejrzałem się. → Czy dobrze rozumiem, że wzrok, choć rozmazany rozglądał się razem z bohaterem?
A może miało być: Rozejrzałem się rozmazanym wzrokiem.
Nieuważnie wdepnąłem w tę samą plamę. I ponownie poślizgnąłem się i upadłem. → Nieuważnie wdepnąłem w tę samą plamę, ponownie poślizgnąłem się i upadłem.
Ponownie przyodział swój czerwony płaszcz. → W co przyodział płaszcz??? Zbędny zaimek – czy przywdziewałby cudzy płaszcz?
Płaszcz, jak każdą odzież można włożyć, przywdziać, ubrać się w nią, przyodziać się w nią, ale płaszcza nie można przyodziać!
Proponuję: Ponownie przywdział czerwony płaszcz.
…i dołączył w swym śmiechu do pozostałych. → A może: …a jego śmiech dołączył do pozostałych.
Podbiegłem do niego. Energicznie nim potrząsnąłem. W chaosie abordażu zapomnieliśmy o nim. Raz wpuszczony w trans Nawigator będzie w nim trwał dopóty nie zostanie wybudzony. Na szczęście jego wzrok… → Nadmiar zaimków.
Chwytałem za garść rozrzuconych po upadku kwadratowych monet i uciekałem. → Monet nie można chwytać za garść, bo monety nie mają garści.
Proponuję: Chwyciłem garść rozrzuconych po upadku kwadratowych monet i uciekałem.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
@Bolly Dzięki za miłe słowa i porady. Faktycznie, składnia wyszła trochę, jakby to była wypowiedź mistrza Yody. Nie pierwszy raz ktoś mi na to zwraca uwagę, ale nie mam najmniejszego pojęcia skąd się to u mnie wzięło 
@regulatorzy Dziękuje za poświęcony czas i uwagi. Postarałem się je wdrożyć. Niby wydaje mi się to oczywiste, gdy widzę teraz widzę elementy pokroju tych “sprawunków” czy “żaru”, ale jakoś to umyka. I to mimo przeczytania tego samego kilka/kilkanaście razy :).
Bardzo proszę, Herszku. Miło mi, że uznałeś uwagi za przydatne i dodam, że najtrudniej dostrzec usterki we wasnym tekście, ale mam nadzieję, że z czasem tę trudność pokonasz. :)
Mam wrażenie, że może zainteresować Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.