- Opowiadanie: prosiaczek - Serdecznie zapraszam do kolejki!

Serdecznie zapraszam do kolejki!

Brak aka­pi­tów, dłu­gie zda­nia, po­wtó­rze­nia – wszyst­ko z pre­me­dy­ta­cją. Taki tro­chę stru­mień świa­do­mo­ści, tro­chę mo­no­log. Za­pra­szam! ;-)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Serdecznie zapraszam do kolejki!

 Jako cho­ro­wi­te i nie­zau­wa­ża­ne przez ro­dzi­ców dziec­ko, wszyst­ko do­sta­wa­łem za­wsze jako ostat­ni, a teraz sta­łem w pa­ry­skim pa­sa­żu han­dlo­wym już od pół go­dzi­ny i mia­łem ser­decz­nie dość tej dłu­giej na sto me­trów ko­lej­ki. Wąż ludzi cią­gnął się od kasy Tu­Ku­pisz, wy­cho­dził na dwór, gdzie cze­ka­ło się naj­le­piej ze wzglę­du na pięk­ną po­go­dę i świe­że po­wie­trze prze­sy­co­ne za­pa­chem pulch­niut­kich cro­is­san­tów, koń­czył zaś w innym skle­pie, w któ­rym nikt nie chciał nic kupić, każdy chciał tylko stać w nim w ko­lej­ce do Tu­Ku­pisz, a wła­ści­ciel tego dru­gie­go, cały nie­po­ko­ją­co czer­wo­ny na twa­rzy, po nie­sku­tecz­nych pró­bach wy­pro­sze­nia nie­chcia­nych gości, zdjął i zmiął far­tuch z na­pi­sem „Ser­decz­nie Za­pra­szam!”, osten­ta­cyj­nie rzu­cił go za ladę i za­szył się na za­ple­czu, skąd co jakiś czas wy­chy­lał głowę w na­dziei, że ko­lej­na osoba prze­kra­cza­ją­ca jego progi przy­szła z za­mia­rem kupna lub choć­by ro­zej­rze­nia się po pę­ka­ją­cych w szwach pół­kach. Nie­ste­ty ko­lej­ne osoby usta­wia­ją­ce się z tyłu przy­szły tu ewi­dent­nie wie­dzio­ne ko­lej­ką, jak po nitce do kłęb­ka, choć, na­tu­ral­nie, żad­ne­go kłęb­ka w „Ser­decz­nie Za­pra­szam!” nie było, z wy­jąt­kiem kłęb­ka ner­wów sprze­daw­cy, ale już o nim za­po­mi­na­łem, bo sta­no­wił on naj­mniej­szą atrak­cję, naj­słab­szy dys­trak­tor w oso­bli­wej prze­strze­ni, w któ­rej mimo że zna­la­złem się z wła­snej woli, za­czy­na­łem ża­ło­wać pod­ję­tej de­cy­zji, jed­no­cze­śnie, co wy­ni­ka­ło z mo­je­go cha­rak­te­ru, nie po­tra­fił­bym przy­znać sam przed sobą, że pod­ją­łem błęd­ną de­cy­zję, ani zwy­czaj­nie stąd uciec. Dla­te­go tkwi­łem w ko­lej­ce, prze­su­wa­łem się co mi­nu­tę-dwie o pół metra, uwa­ża­jąc, aby w ro­sną­cym na­pię­ciu nie przy­spie­szyć i nie wpaść na pro­ste plecy sto­ją­ce­go przede mną ele­ganc­kie­go dziad­ka w ka­pe­lu­szu, sta­no­wią­ce­go uoso­bie­nie cnoty cier­pli­wo­ści, a także oba­wia­jąc się, by mod­nie ubra­na, sto­ją­ca za mną młoda, ślicz­na dziew­czy­na, pach­ną­ca łąką kwia­tów, na któ­rej to łące chciał­bym się zna­leźć, by nie mu­sieć tkwić w tym par­szy­wym miej­scu, zatem by ta ru­do­wło­sa dziew­czy­na nie wpa­dła na mnie, w związ­ku z czym po­sta­no­wi­łem po ry­cer­sku wziąć od­po­wie­dzial­ność za jej kom­fort i prze­strzeń, co prze­ja­wia­ło się w ten spo­sób, że krok przed sie­bie ro­bi­łem mak­sy­mal­nie długi, aby ru­do­wło­sej ulżyć w tym ści­sku. To po­dej­ście miało jed­nak­że wy­raź­ne wady. Pierw­szą był fakt, że star­szy ele­gant sto­ją­cy przede mną co jakiś czas po­cie­rał kark, za­pew­ne po­dej­rze­wa­jąc, że usiadł mu na nim komar, a w isto­cie czuł na szyi mój od­dech. Raz nawet od­wró­cił głowę pro­fi­lem i skrzy­wił się, a ja nie wie­dzia­łem, czy gar­dzi ko­lej­ką, czy moją osobą. Druga wada po­le­ga­ła na tym, że zmniej­sza­łem szan­se na to, że ru­do­wło­sa dziew­czy­na na mnie wpad­nie lub przy­naj­mniej mu­śnie mnie po krzy­żu bladą dło­nią, bo w głębi duszy tego pra­gną­łem. Życie na­uczy­ło mnie, że wszyst­ko można jakoś skom­pen­so­wać, brak w jed­nym miej­scu uzu­peł­nić za­bra­niem ma­te­rii z dru­gie­go, zatem od­dy­cha­łem moż­li­wie płyt­ko, aby nie ła­sko­tać karku star­sze­go ele­gan­ta, ale też wy­gią­łem się lekko do tyłu, tak by moje ciało, wy­gię­te w łuk, mimo tro­ski o Ru­do­wło­są, za­ra­zem w zgo­dzie z ro­man­tycz­nym pra­gnie­niem, znaj­do­wa­ło się mimo wszyst­ko kilka cen­ty­me­trów bli­żej niej. Sta­ra­łem się przy tym robić kilka in­nych rze­czy – pa­mię­tać listę za­ku­pów, roz­my­ślać nad pi­sa­ną od roku po­wie­ścią, spraw­dza­jąc media spo­łecz­no­ścio­we, zwłasz­cza Mi­gaw­kę, jed­no­cze­śnie trzy­ma­jąc fason osoby do­sko­na­le nad sobą pa­nu­ją­cej, rów­nież wtedy, gdy mi­ja­jąc ladę „Ser­decz­nie Za­pra­szam!”, czu­jąc zew po­mo­cy bliź­nie­mu, po­sta­no­wi­łem kupić bu­tel­kę wody. Sprze­daw­ca miał łzy w oczach, kiedy po­dzię­ko­wa­łem i się z nim że­gna­łem, choć po­że­gna­nie to zbyt wiel­kie słowo, bio­rąc pod uwagę, że od­da­li­łem się za­le­d­wie o pół kroku, co cie­ka­we i nie­zro­zu­mia­łe, zde­pry­mo­wa­ny emo­cjo­nal­ną re­ak­cją sprze­daw­cy, od­krę­ci­łem bu­tel­kę wody i dusz­kiem wy­pi­łem po­ło­wę, czyli pół litra, i za­to­pi­łem się w roz­wa­ża­niach na temat drogi po­wrot­nej do miesz­ka­nia, która zaj­mie mi pół go­dzi­ny, zatem trzy­dzie­ści minut stra­cę na bez­u­ży­tecz­ny spa­cer, za­miast pisać dalej po­wieść. Do tej pory na­pi­sa­łem trzy stro­ny. My­śląc na tym wszyst­kim, pra­wie bym nie za­uwa­żył, że zna­la­złem się w drzwiach „Ser­decz­nie Za­pra­szam!”, w któ­rych go­rą­co w duchu po­dzię­ko­wa­łem za skąp­stwo sprze­daw­cy; oszczę­dził na drzwiach au­to­ma­tycz­nych i za­in­sta­lo­wał ma­nu­al­ne, sta­ro­świec­kie, z klam­ką, na widok któ­rej do­pa­dła mnie prze­moż­na ocho­ta się­gnię­cia po chu­s­tecz­kę, lecz lęk przed za­raz­ka­mi ulot­nił się na­tych­miast, gdyż zda­łem sobie spra­wę, że zna­la­złem się w wy­jąt­ko­wo kom­for­to­wej sy­tu­acji, otóż po­wo­lut­ku opusz­cza­jąc stre­fę drzwi, mo­głem wciąż je trzy­mać, wy­cią­gnię­tym do tyłu na całą dłu­gość ra­mie­niem, co sta­no­wi­ło ko­lej­ny prze­jaw ry­cer­sko­ści; trzy­ma­łem drzwi dla ru­do­wło­sej ni­czym Don Ki­chot z La Man­chy, choć przy­znam, że w prze­ci­wień­stwie do niego bra­ko­wa­ło mi od­wa­gi, nie śmia­łem choć­by zer­k­nąć na ra­to­wa­ną ko­bie­tę, ale w jej głęb­szym od­de­chu oraz na­pię­ciu ciała, które star­ło się z mym na­pię­ciem, wy­czu­wa­łem głę­bo­ką wdzięcz­ność za to, że ona, efe­me­rycz­na pięk­ność, nie musi prze­ry­wać pro­ce­su wa­chlo­wa­nia się; w nie­wy­raź­nym od­bi­ciu szyby wi­dzia­łem głę­bo­ki de­kolt, uno­szą­ce się i opa­da­ją­ce pier­si, a w nich wi­sio­rek z ame­ty­stem, i wi­dząc ten obraz, do­peł­nia­ny za­pa­chem ja­kichś per­fum i kre­mów wpi­ja­ją­cych się w owo sub­tel­ne ciało, za­krę­ci­ło mi się w gło­wie, po­nad­to tak za­schło w ustach i gar­dle, że dusz­kiem wy­pi­łem dru­gie pół litra wody. Nagle z trwo­gą uświa­do­mi­łem sobie, że sku­pio­ny na ko­lej­ce, jej ścież­ce, star­cu przede mną i damą za mną, na śmierć za­po­mnia­łem o celu mej wę­drów­ki, czyli skle­pie „Tu­Ku­pię” czy „Tam­Ku­pisz”, już nie wie­dzia­łem, jak się on do­kład­nie na­zy­wał, co mia­łem w nim kupić, ani gdzie do­kład­nie się znaj­du­je. Znaj­do­wa­li­śmy się już na ze­wnątrz i pró­bo­wa­łem go doj­rzeć, wy­chy­la­jąc się to na prawo, to na lewo z ko­lej­ki, ale ta nik­nę­ła za za­krę­tem, więc nie mo­głem nic do­strzec. Zwią­za­ny z tym stres i wy­pi­ta w po­śpie­chu – a może nawet po­pło­chu – woda, więc obie te rze­czy spra­wi­ły, że po­czu­łem w kro­czu ci­śnie­nie in­ne­go ro­dza­ju, mia­no­wi­cie w cho­ler­nym pę­che­rzu. Nie mogąc dłu­żej wy­trzy­mać, opu­ści­łem ko­lej­kę i sko­rzy­sta­łem z po­bli­skiej ubi­ka­cji, czego nie chcę szcze­gó­ło­wo opi­sy­wać, gdyż, po pierw­sze, praw­dzi­wy dżen­tel­men takie rze­czy za­cho­wu­je dla sie­bie, a po dru­gie waż­niej­sza jest kon­se­kwen­cja mojej nie­obec­no­ści, bo­le­sna i nie­zro­zu­mia­ła, bo kto zro­zu­miał­by, że po po­wro­cie ko­lej­ka w miej­scu, w któ­rym ją opu­ści­łem, zbiła się, zwar­ła, przez co nie mo­głem zająć na­leż­ne­go mi, opusz­czo­ne­go w wia­do­mym celu miej­sca. Co wię­cej, nie mo­głem zająć żad­ne­go in­ne­go, po­nie­waż każdy zda­wał się pil­no­wać swo­je­go ni­czym pies my­śliw­ski chaty pana. Nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go, jak zająć miej­sce na sza­rym końcu, skąd, o czym prze­ko­na­łem się z ra­do­ścią, mia­łem do­sko­na­ły i bez­piecz­ny widok na ru­do­wło­są ko­bie­tę, raz wi­dzia­łem plecy, raz pro­fil, bez­u­stan­nie za­chwy­ca­ła fi­gu­rą, pozą, ru­chem, w tej ob­ci­słej sukni w kwia­ty, kibić sub­tel­nie fa­lo­wa­ła, gdy ru­do­wło­sa prze­cze­sy­wa­ła fry­zu­rę albo schy­la­ła się, by po­pra­wić szpil­ki, co mia­łem szczę­ście ob­ser­wo­wać, gdyż ko­lej­ka nie bie­gła pro­sto, lecz skrę­ca­ła, wiła się, fa­lo­wa­ła po­dob­nie do si­ne­go dymu, który za­tań­czył w po­wie­trzu, gdy ura­czy­łem się pa­pie­ro­sem, z za­zdro­ścią pa­trząc na czło­wie­ka pi­ją­ce­go z pier­siów­ki; chęt­nie bym się na­wa­lił, bo nie wiem, ile jesz­cze znio­sę tej nie­wy­go­dy i dez­orien­ta­cji – gdzie je­stem, która jest go­dzi­na, jaki dzień? – nic nie wie­dzia­łem, za­po­mnia­łem i za­po­mi­na­nie kon­ty­nu­owa­łem, skala nie­pa­mię­ci rosła, po­cząw­szy od nazwy skle­pu – Gdzie­Ku­pisz? – oraz gdzie ten sklep jest i co mam w nim kupić, po­przez inne fakty, na przy­kład jaki mamy dzień czy która jest go­dzi­na, skoń­czyw­szy na lek­kich dy­so­cja­cjach; kim wła­ści­wie je­stem? W isto­cie o czym piszę po­wieść i czy przy­pad­kiem nie je­stem jej bo­ha­te­rem? Pręd­ko za­po­mi­na­jąc o owych za­ćmie­niach umy­słu, do­zna­łem po­czu­cia, że ma toż­sa­mość ści­śle zwią­za­na jest z przed­mio­tem, który za­mie­rzam kupić, toteż spró­bo­wa­łem sku­pić na nim całą swoją uwagę, naj­wi­docz­niej roz­trza­ska­ną jak szyba mło­tem, nie mo­głem jej utrzy­mać na ni­czym szcze­gól­nym, gdyż nagle wy­da­rzy­ło się coś nie­spo­dzie­wa­ne­go – lu­dzie za­czę­li się nie­cier­pli­wić i opusz­czać ko­lej­kę, na­rze­ka­jąc, klnąc pod nosem, śmie­jąc się hi­ste­rycz­nie; roz­sy­pa­li się niby li­ście na wie­trze, a ja za­mar­łem, aż w końcu zdo­ła­łem zo­gni­sko­wać per­cep­cję na star­szym ele­gan­cie i rudej dziew­czy­nie. Zo­sta­li, na szczę­ście, ina­czej zu­peł­nie bym się roz­padł, pod­bie­głem do nich, agre­syw­nie spy­cha­jąc z mej drogi zdez­o­rien­to­wa­ne osoby, i, uff, za­ją­łem miej­sce za ru­do­wło­są dziew­czy­ną, wkra­cza­jąc w szpa­ler jej cud­ne­go za­pa­chu. Ko­lej­ka szła szyb­ciej, za­wie­si­łem spoj­rze­nie na ru­dych wło­sach, dłu­gich, fa­li­stych, do­zna­łem wra­że­nia, że dziew­czy­na ema­nu­je boską wi­tal­no­ścią, na­peł­nia wdzię­kiem, po­ły­skiem i speł­nie­niem wszyst­ko do­oko­ła – bru­ko­wą kost­kę, oszklo­ne wy­sta­wy skle­pów, wi­tra­że naj­szy­kow­niej­szych bu­ti­ków – a teraz usia­dła na ze­wnątrz ka­fej­ki, z ga­lan­te­rią i gra­cją za­ło­ży­ła nogę na nogę, a ja, nie­mo­gą­cy utrzy­mać sku­pie­nia na jed­nym wątku wła­snych myśli ani nawet na pię­cio­se­kun­do­wej re­kla­mie wy­świe­tla­nej co rusz gdzieś w prze­strze­ni pu­blicz­nej, przy­lgną­łem spoj­rze­niem do ko­bie­ty niby do ma­gne­su. Kiedy się przed­sta­wi­łem, po­wie­dzia­ła: „Uwaga”, czego nie zro­zu­mia­łem, choć naj­bli­żej było mi do in­ter­pre­ta­cji, że w jakiś nie­zwy­kle wy­ra­fi­no­wa­ny spo­sób szy­dzi z mego imie­nia. Chwi­lę póź­niej rzu­ci­ła „Chciał­byś mnie mieć”, na co od­par­łem, że mimo iż się nie znamy, do­ce­niam jej to­wa­rzy­stwo, i pa­trząc dziew­czy­nie głę­bo­ko w oczy, pra­gnąc jakoś dodać wia­ry­god­no­ści mym sło­wom, uzu­peł­ni­łem, że czu­łem się wy­śmie­ni­cie, przez trzy go­dzi­ny sto­jąc z nią w ko­lej­ce, na co za­re­ago­wa­ła śmie­chem, zatem za­śmia­ła się me­lan­cho­lij­nie, czym zbiła mnie z tropu – ha, ha, zdez­o­rien­to­wa­ny, zmie­sza­ny, non stop zbity z pan­ta­ły­ku to prze­cież cały nie­po­skła­da­ny ja! – po czym wy­ję­ła pa­pie­ro­sa, wsu­nę­ła go do ust i uj­rza­łem w jej sza­rych oczach nie­spo­dzie­wa­ny żar; jakby ktoś dmuch­nął w do­ga­sa­ją­ce ogni­sko. Owio­nął mnie dym, nie tylko fi­zycz­nie, bo spo­wił także umysł, ale po chwi­li się roz­wiał i znów sta­łem za ladą eks­klu­zyw­ne­go skle­pu „Coś­Tam­Ku­pisz”, pod­eks­cy­to­wa­ny, spraw­dza­jąc asor­ty­ment – ta­blet­ki na roz­sze­rzo­ną uwagę, stresz­cze­nia fil­mów, przy­po­mi­naj­ki (w trzy se­kun­dy przy­po­mni­my ci, kim je­steś) – a wła­ści­wie tylko nań zer­ka­jąc, bo, nie mogąc do­cze­kać się pierw­sze­go klien­ta, już pa­trzy­łem na plac, gdzie ludz­ka masa, cha­otycz­na niby pa­cjen­ci szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go na od­dzia­le za­bu­rzeń psy­cho­tycz­nych, nie­pew­na ni­czym per­cep­cja wy­my­ka­ją­ca się pod­mio­to­wi, nie­udol­nie pró­bo­wa­ła się w coś, być może w senną ko­lej­kę, ukła­dać.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

W sumie wszystko napisałeś w Przedmowie i to można tylko potwierdzić: ciągnący się, jednolity monolog, mnóstwo powtórzeń oraz baaaardzo dłuuugich zdań. ;) Jest i pomysł, jest także humor i niewątpliwie oba zasługują na brawa, podobnie jak opisywane, absurdalne sytuacje. :) 

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Część, Bruce. :-) Cieszę się, że ta zbita kolejka Cię nie zmogła. Dzięki za odwiedziny. ☺️ Pozdrawiam serdecznie.

Pozdrawiam, dziękuję. heart

Pecunia non olet

Cześć prosiaczek !!!

 

Niestety muszę przyznać, że nie zakapowałem o co tu na prawdę chodziło. Ale nie czytało się źle.

 

Pozdrawiam!!!

 

PS.

Bardzo jestem ciekawy innych komentarzy.

Jestem niepełnosprawny...

Dziń dybry, prosiaczku!

 

zanim przejdę do lektury przyznam się szczerze, że jeszcze nie miałam styczności z obraną przez Ciebie formą (strumień świadomości). “Ulisses” leży u mnie w biblioteczce od kilku lat i zbiera kurz, jakoś boję się zabierać za tego grubaska.

 

Myśląc na tym wszystkim

Chyba o tym?

 

 

Eeem.

Czyli to podmiot liryczny był sprzedawcą tego sklepu? To po co stał w kolejce?

Nic nie rozumiem.

 

Taka forma totalnie mi nie odpowiada, już wiem, że strumień świadomości nie jest dla mnie – okropnie mnie ta lektura zmęczyła.

 

Ale można też wyciągnąć korzyści z takiej lektury: uświadomiłeś mi, jak bardzo ważna jest również forma i jej dobór. To tak jak z filmem i wyborem kamery: którą wybrać, kamerę numer jeden, kamerę numer dwa? Który kadr będzie lepszy?

 

Bo jestem pewna, że gdybyś obrał bardziej tradycyjną czy uniwersalną formę, na pewno o wiele bardziej by mi się szorcik spodobał. Przemyślenia i obserwacje są wiarygodne i ciekawe, można się utożsamić z bohaterem, jego myśli są szczere i odarte z jakichkolwiek konwenansów, bo tylko we własnej głowie możemy być tak naprawdę wolni i nie musimy się nimi (konwenansami) przejmować.

 

Mimo że nie jestem zadowolona z lektury, dziękuję Ci za przemyślenia, do których tym tekstem mnie skłoniłeś. Pozdrawiam Cię serdecznie!

Upadłeś i od razu się poddajesz? To jakim cudem nauczyłeś się chodzić?

Jak jestem wielkim fanem eksperymentów, ten mnie dotkliwie i boleśnie pokonał. Z jednej strony, zabrakło mi konsekwencji formalnej: obok monstrualnych zdań złożonych trafiają się zdania proste. Z drugiej, nie dopatrzyłem się większego związku między formą, a treścią ( co może świadczyć wyłącznie o tym jak bardzo zostałem pokonany formą i upałem).

Co ten eksperyment miał na celu, bom ciekaw bardzo?

Absurdorealizm. Albo odwrotnie, realoabsurd, co na jedno wychodzi.

Długie, wielokrotnie złożone zdania nie przeszkadzają, bo po pierwsze są charakterystyczne dla swobodnego, nieco chaotycznego biegu myśli, a po drugie potwierdzają kompetencje językowe Autora.

Rozbawiło mnie, że kolejkowicz pisze powieść i już całe trzy strony napisał… Samo życie. laugh

Te słowa można powtórzyć w roli oceny i interpretacji szorta. Robimy coś, nie bardzo wiedząc, co i dlaczego, na pół świadomie odgrywamy jakąś rolę, narzuconą przez okoliczności albo wybraną przez nas i niekoniecznie pasującą nam i otoczeniu… i budzimy się w nieoczekiwanym miejscu i momencie.

Tak to widzę. Pozdrawiam!

Hmmm. Ale o so chozi?

Formę jeszcze bym jakoś przeżyła, bo tekst ładnie napisany. Ale doskwierał mi brak fabuły. A stania w kolejkach niegdyś miałam dosyć w realu, czytanie o tym mnie nie pociąga.

Babska logika rządzi!

Cześć!

Przyznam szczerze, że nie jestem pewien, czy w stu procentach go zrozumiałem, ale powiedz, czy mam rację: czy tu chodziło o jakiś senny koszmar człowieka z zaburzeniami tożsamości, który gubi się we współczesnym świecie? Jeśli tak, to pomysł na pokazanie tego przez taką absurdalną, niekończącą się kolejkę i sklep z "przypominajkami, kim jesteś", jest genialny. Choć przez sam tekst jest ciężko przebrnąć z powodu ściany tekstowej, wiem, że to celowy zabieg, więc zrobiłem wszystko, by go doczytać i zrozumieć.

Cóż, Prosiaczku, napisałeś coś, co ma się nijak do Twojej dotychczasowej twórczości i mam nadzieję, że przyszłe opowiadania dostarczą mi więcej satysfakcji niż ten „…trochę strumień świadomości, trochę monolog”.

 

kre­mów wpi­ja­ją­cych się w owe sub­tel­ne ciało… ->…kre­mów wpi­ja­ją­cych się w owo sub­tel­ne ciało

Ty znajdziesz odmianę zaimka ów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześc! Dziękuję wszystkim za odwiedziny o komentarze.

 

dawidiq150, spoko. Chodziło o to, że w dzisiejszych czasach coraz bardziej skraca się zakres uwagi człowieka. Widocznie nie wybrzmiało to wystarczająco. 

 

HollyHell91, również nie preferuję takiej formy, ot, eksperymet. Fajnie, że miałaś przemyślenia, mimo iż tekst się nie spodobał. :-)

 

jerry_gainer, tak to już jest, że obok bardzo długich znaleźć się mogą krótkie. Sam czytałem takich autorów nie raz. Rozumiem, że nie każdemu może to odpowiadać. Pytasz o eksperyment z formą, czy jakiś inny eksperyment?

 

AdamieKB, dzięki, że wpadłeś! Ciekawa interpretacja. :-) Myślę, że trafna, ludzie często sądzą, że mają większa kontrolę nad rzeczywistością, niż w istocie ją sprawują.

 

Finklo, luzik. Tak mnie natchnęło na ten tekst, jak stałem w kolejce w aptece. :-P

 

DreadyVibe, ciekawa interpretacja, ja, pisząc, miałem na myśli coś innego – temat ludzkiej uwagi. :-)

 

regulatorzy, dzięki za wizytę. Paskudny babol poprawiony. Masz rację, nijak ma się ten tekst do mojej wcześniejszej twórczości. Uspokajam, nie zamierzam stać się strumieniowym prosiaczkiem. ;-)

Bardzo proszę, Prosiaczku. Czuję się bardzo uspokojona i niecierpliwie czekam na Twoje zaskakujące, ale typowe opowiadania. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pytam o eksperyment z formą, choć mam podejrzenia, że ta wiąże się, o ile nie wynika, z treści. Jestem ciekaw, czy testowałeś przede wszystkim jak długie zdania potrafisz sprawnie skonstruować, czy może próbowałeś czegoś innego.

Nowa Fantastyka