Wielkie Góry Północy wyrosły przed Davrelem niczym spiętrzone fale kamienia. Chłodne, potężne, milczące strażniczki północnej granicy Semenii. U ich podnóża, otulone łagodnym światłem zimowego słońca, rozciągało się Karthalion – Miasto Królów.
Jego potężne mury olśniewały już z daleka. Wysokie, wykute z jasnego granitu, który w popołudniowym słońcu połyskiwał delikatnym błękitem. Wyglądały jakby ktoś rozlał po nich odrobinę nieba. Pomiędzy blankami przechadzali się strażnicy w lśniących hełmach i długich płaszczach w barwach królestwa: karminowej czerwieni i czerni. Gdzieniegdzie ponad murami wyrastały strzeliste wieże – cienkie jak grot strzał, ozdobione proporcami żywo łopoczącymi na wiejącym prosto z przełęczy wietrze. Lecz nawet ich potęga bladła wobec tego, co znajdowało się w samym sercu miasta.
Na skalnym wzniesieniu, wokół którego zbudowane było miasto, stał królewski zamek. Potężna cytadela o srebrzystych blankach, z ogromnymi oknami i kąpiącymi się w słońcu iglicami, wydawała się wyrastać wprost z wnętrza wzgórza, jakby zrodzona z tej samej materii. Od pokoleń była siedzibą władców Semenii i to tam zapadały wszystkie najważniejsze decyzje. I to również tam Davrel spodziewał się znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania.
Z każdym krokiem jego koń zbliżał go ku bramie. Zaś im był bliżej, tym bardziej zmieniał się obraz miasta.
Strumień ludzi wlewał się i wylewał przez szerokie, ozdobione sztandarami z dwugłowym orłem – herbem Semenii, przejście. Furmani z beczkami wina, kupcy ciągnący wózki z tkaninami i przyprawami, chłopi z workami zboża – wszyscy zmierzali do stolicy. W powietrzu słychać było dzwonki uprzęży, nawoływania handlarzy oraz śmiech biegających w tłumie dzieci. Mimo ostrego mrozu Karthalion tętniło życiem. Serce lorda z Arven również zabiło żywiej. Nie pamiętał już kiedy ostatni raz widział tak monumentalne miasto.
Gdy minął bramę, gwar jeszcze się nasilił. Zaś w nozdrza uderzyły go zapachy pieczonego mięsa, gorącego żelaza i kadzidła. Wysoko nad dachami szybowały jaskółki, a gdzieś w oddali słychać było radosny skowyt gonionego przez rozbawioną grupkę dzieciaków psa.
Mężczyzna jechał powoli, z ciekawością obserwując zmieniające się otoczenie. Mimo, iż miasto było pełne życia, instynktownie wyczuł tlący się tuż pod jego powierzchnią niepokój.
Gdy dotarł na wskazaną przez Patricka ulicę, z łatwością odnalazł ozdobiony wizerunkiem różowej świni szyld. Gospoda Pod Rumianym Prosiakiem mieściła się w solidnym, dwupiętrowym budynku z widocznymi na froncie drewnianymi belkami i zielonymi okiennicami. Z komina unosiła się obfita smuga jasnego dymu, a przez niedomknięte drzwi na zewnątrz wydostawał się zapach pieczonej karkówki.
Szlachcic przywiązał konia do słupka i wszedł do środka.
Wnętrze było przytulne, wypełnione dźwiękami trzaskającego ognia i stukotu kufli. Tłusty kot spał na belce pod sufitem, a przy jednym ze stołów trzech robotników grało w kości, przekrzykując się głośno. W powietrzu unosiła się przyjemna atmosfera domowego ciepła.
Za ladą stała niewysoka, lekko pucułowata kobieta o brązowych, spiętych w luźny kok włosach, i policzkach zaróżowionych od gorąca. Na widok gościa uśmiechnęła się szeroko. Jak ktoś, kto nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji potrafi dopatrzeć się pozytywów.
– Witaj w Rumianym Prosiaku! – zawołała serdecznie, jakby znali się od lat. – Jestem Katheryne, właścicielka tego skrawka piekła!
W odpowiedzi Davrel uśmiechnął się nieśmiało.
– Rozgość się proszę. W czym mogę pomóc? – zapytała go gospodyni.
– Potrzebuję pokoju na kilka nocy – odparł, przecierając twarz.
– Rozumiem. Na pewno coś znajdziemy… Przybyłeś do Karthalion w interesach? – Karczmarka obrzuciła go ciekawskim spojrzeniem, jakby próbowała oszacować jego wartość.
– W odwiedziny. Mam tu kuzynkę, lady Coleen Campbell.
Brew Katheryne drgnęła, a mężczyźnie wydało się, że kobieta szybko dokonuje ponownej oceny jego osoby.
– Sama prowadzisz ten lokal? – zapytał, próbując zmienić temat.
– Tak – odpowiedziała. – Wcześniej należał do mojego męża.
Zawahała się na chwilę, po czym dokończyła:
– Straszny był z niego hazardzista i pijak… Ed zapił się na śmierć, zostawiając mi same długi. I leniwego syna. Kiedy bogowie rozdawali rozsądek, Nick musiał chyba spać! – dodała, przewracając oczami.
Mówiła głośno, bez goryczy. Jakby jej życie było zbyt komiczne, by mogła się nad nim użalać.
Szlachcic w milczeniu skinął głową.
– Jak cię zapisać? – zapytała, wyciągając z pod lady masywną, obita w ciemną skórę księgę.
– Sir Davrel Greymane.
– Rycerz, co? – rzuciła zerkając na wiszący u jego boku miecz. Uśmiech nie znikał z jej twarzy. – Dobrze trafiłeś, będzie ci tu jak u mamy. Ale najpierw pokój, a potem wszystko ci opowiem. Nick! – zawołała przeciągle.
Z izby na zapleczu, ziewając szeroko, wytoczył się może dwunastoletni chłopak o jasnych, potarganych włosach.
– Nicolasie Drillet, ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie spał w trakcie pracy? – zganiła go matka. – A teraz, szybko, zanieś rzeczy naszego gościa na górę. Pokój numer pięć – zakomenderowała.
Nick spojrzał na nią spode łba, a potem niechętnie wziął się do roboty. Davrel podążył za nim po wąskich schodach.
Gdy znaleźni się w małym, ale schludnym pokoiku, chłopak postawił jego rzeczy na podłodze a potem westchnął ciężko. Odwrócił się w stronę drzwi, jakby chciał jak najszybciej wrócić do przerwanej drzemki, ale wtedy jego spojrzenie spoczęło na znajdującej się u pasa gościa broni. Oczy chłopaka rozjaśnił nagły blask.
– Mój tata też był rycerzem – oznajmił z dumą. – Nieustraszony sir Edward Drillet, tak na niego mówili.
Davrel uniósł brew.
– Zginał walcząc z barbarzyńcami w Górach Działowych. On i jego oddział wpadli w zasadzkę. Poświęcił życie, żeby ratować przyjaciół – rzeczowo wyjaśnił Nick.
– Musiał być bardzo odważny – powiedział lord z Arven, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Syn Katheryne najwyraźniej wierzył w każde wypowiadane słowo, a mężczyzna nie miał zamiaru podważać jego przekonań.
– O tak! I do tego sprawiedliwy. Kiedy zginał, sam król przysłał nam wieniec. Ja tego nie pamiętam, ale mama mi opowiadała… – Zawahał się na moment. – Mogę zobaczyć twój miecz? – zapytał nagle.
– Tylko jeśli twoja matka pozwoli.
Chłopak zamyślił się na chwilę, oceniając szansę na uzyskanie wymaganej zgody.
– Wiesz, co… mam lepszy pomysł – powiedział w końcu. – Pokażę ci mój. A w zamian ty nauczysz mnie paru pchnięć. Zgoda?
– Zgoda – odpowiedział szlachcic, kiwając głową.
Nick wybiegł z pokoju w tempie, którego jeszcze przed chwilą trudno się było po nim spodziewać. Gdy wrócił, w ręku trzymał krótki, drewniany miecz. Wyszczerbiona klinga nosiła na sobie widoczne ślady psich zębów.
– Popatrz! – wypalił z dumą. – Nazywa się Obrońca Uciśnionych!
Stanął w lekkim rozkroku z ostrzem skierowanym w stronę gościa. Minę miał poważną, a oczy skupione.
– Lewa stopa trochę do tyłu – skorygował go Davrel. – I niżej na nogach.
Nick natychmiast poprawił postawę.
– Tak dobrze? – zapytał.
– Tak, a teraz pokaż mi swoje pchnięcie.
Chłopak wykonał szybki ruch w przód.
– Nieźle. – uśmiechnął się lord z Arven. – Ale nad kilkoma rzeczami trzeba jeszcze popracować. Daj, pokażę ci.
Zademonstrował mu dwa proste pchnięcia – ostrożne, wyważone – a potem miękkie parowanie. Nick powtórzył wszystko z zadziwiającą dokładnością, cały czas uważnie słuchając udzielanych mu rad.
Dopiero gdy skończyli, mężczyzna zauważył stojącą w drzwiach Katheryne. Musiała obserwować ich już od jakiegoś czasu, bo na jej twarzy malował się szczery, szeroki uśmiech. Choć życie odcisnęło na niej swoje piętno, a mimo młodego wieku, wokół jej oczu widać już było pierwsze zmarszczki, to gdy tak stała patrząc na nich czule, Davrel pomyślał, że jest naprawdę ładna.
– Na dziś chyba wystarczy – odezwała się cicho. – Chodźcie teraz coś zjeść. Kolacja gotowa.
Wspólnie zeszli do głównej sali, skąd do ich nozdrzy dochodziła już aromatyczna woń pieczonego w piwie mięsa.

†
Poranek w Karthalion był jasny i suchy, zachęcał do spaceru. Davrel szedł powoli, chłonąc atmosferę Górnego Miasta. Im dalej na północ, tym mniej było krzyków handlarzy i stukotu kół. Zamiast nich pojawiały się dźwięki związane z inną sferą życia: szelest ciężkich tkanin, stuk obcasów po bruku, szczęk ozdobnych mieczy szlachciców.
Wąskie zaułki i drewniane kamienice zniknęły. Ulice stały się szersze, a domy ładniejsze – z jasnego kamienia, wysokie aż na cztery kondygnacje. Niektóre z nich miały nawet własne małe ogrody.
W miarę jak zagłębiał się dzielnicę możnych, mężczyznę otaczała coraz większa cisza. Hałaśliwy tłum kupców i rolników został daleko za nim. Karthalion stopniowo odsłaniało przed Davrelem swoje drugie oblicze. Miasta, jakiego nie widział wcześniej ani w Wyrd, ani w Essus. Z każdym przebytym krokiem jego ciekawość rosła.
Gdy znalazł się na odpowiedniej ulicy, bez trudu rozpoznał szukany dom: elegancki, o kremowych ścianach, z oknami obramowanymi błękitnymi okiennicami. Nie był przesadnie bogaty, ale wykonany z klasą.
Zapukał dwa razy.
Drzwi otworzyły się niemal natychmiast, jakby ktoś już wcześniej dostrzegł go przez szybę. W progu stała około trzydziestoletnia kobieta o bladej cerze i włosach w kolorze jasnego lnu. Jej twarz pokrywały delikatne piegi.
– Szukam lady Coleen Campbell – zaczął Davrel. – Przysłał mnie przyjaciel z Wyrd, który wspominał…
Zanim dokończył, kobieta przyłożyła palec do ust. Wychyliła się i rozejrzała dookoła, upewniając się, że nikt go nie słyszał.
– Wejdź – szepnęła. – I mów ciszej.
Gdy wsunął się do środka, drzwi zamknęły się za nim cicho.
Wnętrze domu okazało się przytulne i starannie urządzone. Meble z ciemnego drewna, kilka obrazów przedstawiających konie i polowania, a na kredensie ozdobne lustro w srebrnej ramie. Pachniało tu lawendą i herbatą z cytryną. Zupełnie inaczej niż w zadymionych lokalach, do których przywykł podczas podróży.
Kiedy znaleźli się w salonie, kobieta powoli, niemal ostentacyjnie, zamknęła drzwi prowadzące na korytarz, a potem jeszcze jedne – do kuchni. Gestem wskazała mu miejsce przy stole.
– Rozumiem, że mam przyjemność z lady Coleen? – uprzejmie zapytał ją Davrel.
Skinęła głową.
– A ty? – rzuciła w odpowiedzi. – Kim jesteś i czemu mnie szukasz?
– Nazywam się Davrel Gris, pochodzę z Arven w…
– W prowincji Kade – dokończyła za niego. – Jak pewnie wiesz, też jestem z Południa. Choć w tych stronach to raczej rzadkość.
Uśmiechnęła się słabo.
– Możemy rozmawiać otwarcie? – Szlachcic spojrzał kobiecie prosto w oczy. Ta wzdrygnęła się lekko.
– Poczekaj chwilę…
Wyjrzała na korytarz i upewniła się, że służąca wciąż krząta się w kuchni. Mężczyzna obserwował ją uważnie. Choć sprawiała wrażenie lekko zdenerwowanej, to w jej rucham było też coś sennego. Mimo smukłej sylwetki, skojarzyła się Davrelowi z tłustym, leniwym kotem.
– Teraz – oznajmiła spokojnie, zajmując miejsce przy stole, naprzeciw gościa.
– Przybywam z rozkazu króla Grona Thunderclouda – bez ogródek oświadczył lord z Arven. – Wiozę listy dla sir Francisa de Bachmakova i króla Gordona… – Zerknął na Coleen, oczekując jakiejś reakcji, ale kobieta jedynie przygryzła górną wargę.
– Mhm… – mruknęła w zamyśleniu, bardziej do siebie niż do swojego rozmówcy. – Ach ten Gron, zawsze mnie w coś wpakuje… Nie mam bezpośredniego dostępu do dowódcy gwardii – oznajmiła po krótkim namyśle – ale może udałoby mi się zorganizować spotkanie z sir Bartholomew Hoppem. To dowódca straży pałacowej i zaufany człowiek de Bachmakova.
Rzuciła Davrelowi pytające spojrzenie.
Mężczyzna pokręcił głową.
– Listy muszą być oddane do rąk własnych de Bachmakova, więc jeśli…
– Rozumiem – przerwała mu delikatnie, ale stanowczo. – I uwierz mi, chciałabym pomóc. Ale mam ograniczone możliwości. W tej chwili Hopp to najlepsze co mogę ci zaproponować.
Szlachcic ponownie przyjrzał się Coleen. Choć delikatna, arystokratyczna uroda w połączeniu ze spokojnym sposobem mówienia zdawały się nadawać jej ospałego wyglądu, to pośrodku twarzy jaśniała para czujnych i bystrych oczu.
Wiedziony nagłym impulsem, kiwnął głową.
– Zatem zgoda – oznajmił. – Niech będzie Hopp. Zorganizujesz spotkanie?
– Tak, ale nie od razu. Potrzebuję czasu.
– Ile?
– Dwa dni – odparła z lekkim wahaniem. – Gdzie cię znajdę?
– Zatrzymałem się w gospodzie Pod Różowym Prosiakiem, pod nazwiskiem Greymane.
– Mądrze. – Kobieta skinęła głową i odchyliła się na oparcie krzesła. Pierwszy raz odkąd otworzyła mu drzwi, jej ramiona minimalnie się rozluźniły.
Davrel podniósł się z krzesła.
– Już wychodzisz? – zdziwiła się gospodyni. – Myślałam, że dotrzymasz mi towarzystwa chociaż chwilę dłużej.
Lord z Arven posłał jej zaskoczone spojrzenie.
– Rzadko przyjmujemy gości. Po części ze względu na moje południowe pochodzenie – wyjaśniła szczerze. – Tutejsza szlachta nigdy tak naprawdę mnie nie zaakceptowała. Tolerują moją obecność jedynie ze względu na Johna.
– A czym, jeśli można wiedzieć, zajmuje się twój mąż? – Szlachcic na powrót zajął miejsce przy stole.
– Jest zarządcą stołecznych stajni… I nie śmiej się, doglądanie królewskich koni to odpowiedzialne zajęcie – rzuciła, opatrznie interpretując uśmiech, który po jej słowach pojawił się na twarzy gościa.
– To nie tak – wyjaśnił lekko zmieszany mężczyzna. – Sam również prowadzę w Arven hodowlę. Mam trochę rasowych źrebaków z Therm.
Coleen uniosła brwi.
– Nie wyglądasz na hodowcę – oświadczyła. – Raczej na poszukiwacza przygód.
– Miałem nadzieję zostawić ten etap za sobą – westchnął. – Ale jedno nie wyklucza drugiego.
Kobieta roześmiała się cicho.
– Czasem los płata nam różne figle – powiedziała lekko, ale jej dłonie na moment zacisnęły się w pieści. Rozprostowała je i wpatrzona w opuszki palców dodała: – Ważne jest to, jak sobie z nimi radzimy i czy potrafimy wyciągać z nich właściwe wnioski.
Nie wiedząc czy ta ostatnia uwaga miała charakter osobisty i wiązała się z przeszłością kobiety, lord z Arven postanowił zmienić temat.
– A czy twojemu mężowi nie przeszkadza, że utrzymujesz kontakty z Południem? Zwłaszcza teraz, po ogłoszeniu niepodległości? – zapytał.
– John mnie kocha i tylko to się liczy. Poza tym niczego przed nim nie ukrywałam. Od początku wiedział o moim pochodzeniu – odparła, unosząc podbródek.
– Rozumiem. Masz zatem dużo szczęścia… – W głosie szlachcica mimowolnie wybrzmiała odrobina smutku.
– A ty? – zapytała gospodyni, zauważywszy tę nagłą zmianę.
– Obawiam się, że to opowieść na inny dzień. Teraz naprawdę muszę już wracać.
Choć starał się nadać swoim słowom swobodne brzmienie, w pomieszczenie na chwilę zapanowała cisza. W końcu Coleen skinęła głową, a potem wstała i otworzyła drzwi na korytarz. Davrel bez słowa podążył za nią do wyjścia.
Gdy znaleźli się w sieni, kobieta zatrzymała się i ponownie obróciła w stronę gościa. Na jej twarzy malowało się zmęczenie, jakby lata spędzone w cieniu wielkiej polityki nagle postanowiły dać o sobie znać.
– Powodzenia, sir Davrelu Gris – wyszeptała, a potem nachyliła się i szybko musnęła ustami jego policzek. – Niech los ci sprzyja.
– Wzajemnie, lady Coleen – odparł, mijając próg.

Gdy tylko drzwi domu Campbellów zamknęły się za nim, do uszu Davrela na nowo doleciał gwar zewnętrznego świata.
A choć w Górnym Mieście panował spokój, to w porównaniu z nienaturalną ciszą domostwa Coleen nawet on wydał mu się niczym bitewny ryk. Natomiast w miarę jak oddalał się od dzielnicy możnych, dookoła powracały obrazy codziennego życia – głośne rozmowy, śmiechy, strachliwe gdakanie kur na pobliskim targu. Mężczyzna z przyjemnością na nowo zatopił się w szumie ulicy.
Idąc środkiem brukowanego traktu, Davrel myślał o słowach kuzynki króla. Zastanawiał się, czy dobrze zrobił zgadzając się na spotkanie z Hoppem. A co jeśli dowódca pałacowej straży każe go pojmać? Jak wtedy wypełni swoją misję? I co w takim wypadku stanie się z próbą uniknięcia wojny?
Jego rozmyślania przerwał nagły huk kopyt.
– Uważaj! – krzyknął ktoś z lewej.
Z bocznej uliczki wypadł jeździec. Pędził jak opętany, a jego koń ślizgnął się na pokrytych lodem kamieniach. Lord z Arven odskoczył w ostatniej chwili. Już niemal czuł na ramieniu gorący oddech zwierzęcia.
Tymczasem, zamiast zostać stratowanym, zderzył się z nadchodzącą z przeciwnej strony chodnika osobą.
Księgi i zwoje z hukiem rozsypały się po bruku.
Szlachcic podniósł wzrok.
Przed sobą zobaczył młodą kobietę. Odziana była w płaszcz z futrzanym kołnierzem, a na głowie miała zielono-szkarłatną chustę, spod której wystawały kosmyki ciemnych jak heban włosów.
– Przepraszam najmocniej – wybąknął, schylając się po leżący najbliżej tom.
W tym samym momencie kobieta również sięgnęła po cymelium.
Ich palce zetknęły się tuż nad księgą.
Davrela przeszedł gwałtowny dreszcz.
---
Stał na rozległej równinie, a wokół niego toczyła się bitwa. Słyszał rżenie koni oraz agonalne krzyki żołnierzy.
Obrócił się i na wprost siebie zobaczył młodego rycerza w czerwono-złotych barwach. Walczył bez hełmu, a ciemne loki spływały mu na spocone czoło.
Wokół niego kłębił się tłum napastników. Na ich tarczach Davrel rozpoznał herb Kade – złoty jesion na błękitnym tle.
Mężczyzna wydawał się otoczony, a jednak nie tracił animuszu. Krótkimi, precyzyjnymi uderzeniami powalał kolejnych wrogów.
Lord z Arven ruszył w jego stronę.
---
Wtem wizja zniknęła, tak samo nagle jak się pojawiła.
Zdezorientowany szlachcic spojrzał na nachyloną tuż obok niego kobietę. W jej ciemnych oczach dostrzegł cień strachu.
– Ty… jesteś magiem gwiazd… – wyszeptał zaskoczony.
Nieznajoma cofnęła się gwałtownie, ściskając pozostałe przy piersi księgi tak mocno, jakby mogło ją to ochronić przed tym, co sama również zobaczyła.
Bez słowa wyprostowała się, a potem błyskawicznie odwróciła przez ramię.
Zanim zdezorientowany Davrel zdążył zareagować, zniknęła w płynącym ulicą strumieniu ludzi. W oddali zobaczył jedynie zielonkawy refleks jej chusty oraz wystający spod niej ciemny warkocz. Chwilę później po kobiecie nie pozostał już żaden ślad.
Echo doznanej wizji wciąż boleśnie pulsowało mu w głowie. Zaraz za nim pojawiły się pytania. Kim była tajemnicza nieznajoma? I dlaczego uciekła, jakby się czegoś bała?

†
Ranek w gospodzie Pod Różowym Prosiakiem pachniał świeżo pieczonym chlebem i ziołami, hojnie dodanymi przez Katheryne do jajecznicy. Od wizyty w domu Campbellów minęły dwa ciche dni, podczas których Davrel poznawał Karthalion.
Poranki spędzał na długich spacerach. Odwiedzał pełne przypraw targi, przechadzał się pod połyskującymi błękitem murami lub po prostu bez celu szedł przed siebie. Wieczory natomiast mijały mu na rozmowach z gospodynią i krótkich lekcjach szermierki udzielanych podekscytowanemu Nickowi.
Tego dnia siedział przy śniadaniu, a w dłoni trzymał pożółkłą kartkę papieru, na której podane były miejsce i czas spotkania z sir Bartholomew Hoppem.
Obok niego Nick z zapałem wsuwał kolejne kęsy chleba, jakby obawiał się, że talerz zaraz zniknie mu sprzed nosa.
– A mówiłam ci wczoraj, żebyś zjadł normalną kolację – mruknęła Katheryne z udawaną irytacją, stawiając przed nimi nową miskę z owsianką.
– Jem, bo rosnę! – oburzył się chłopak, jak gdyby już samo to było wystarczającym usprawiedliwieniem jego apetytu.
Davrel uśmiechnął się pod nosem.
– No to kiedy pokażesz mi swój miecz? – rzucił Nick, przerywając jego rozmyślania. Oczy błyszczały mu jak u dziecka, które pierwszy raz widzi grzechotkę.
Mężczyzna uniósł brew.
– Mówiłem ci – odparł spokojnie. – Dopiero po tym, jak pokażesz mi prawidłowo wykonane pchnięcie.
Młody Drillet tylko przewrócił oczami.
– A czy to twoje ostrze ma chociaż jakieś imię? – zapytał.
– Nie. – Szlachcic pokręcił głową. – Broń nie powinna mieć imion.
– Przeciwnie, wszyscy wielcy rycerze nazywali swoje miecze! A może… hmm… Doomsblade? Albo… Widowmaker… – Nick zaczął gestykulować żywiołowo, udając, że wymachuje niewidzialnym ostrzem.
– Chyba na dzisiaj wystarczy już tych fantazji – ucięła Katheryne i klepnęła chłopaka w ramię. – Idź zobacz, czy konie mają wodę.
– Ale przecież dopiero co tam byłem! – jęknął.
– Nie szkodzi. Idź i upewnij się jeszcze raz. – Jej ton nie pozostawiał miejsca na dyskusję.
Z ciężkim westchnieniem, chłopak odsunął krzesło i powlókł się do drzwi, mamrocząc coś o dzielnych rycerzach zasługujących na lepsze traktowanie.
Gdy jego kroki ucichły, Katheryne spojrzała na Davrela uważnie. Tak, jakby chciała dostrzec w nim coś ukrytego pod warstwą wojskowych manier i zmęczenia.
– Naprawdę cię lubi – powiedziała cicho. – A to nie zdarza się często.
Na dźwięk jej słów lord z Arven poczuł lekkie ukłucie w piersi.
– Ja też go lubię – przyznał. – To dobry chłopak.
Kobieta kiwnęła głową.
– Tylko leniwy – dodała. – Pewnie po ojcu.
Mężczyzna nie odpowiedział.
– A tak w ogóle – odezwała się po chwili, siadając naprzeciw niego – mów mi Kate. Nikt, z wyjątkiem poborców podatkowych i mojej matki, nie zwraca się do mnie pełnym imieniem. Brzmi strasznie poważnie, a już szczególnie w twoich ustach.
– Dobrze, Kate. – Davrel skinął głową.
Gospodyni uśmiechnęła się, a jej spojrzenie na moment stało się łagodniejsze. Szybko jednak spoważniało.
– Kiedy wyjeżdżasz? – zapytała nagle.
Szlachcic spojrzał w okno w taki sposób, jak gdyby szukał tam odpowiedzi.
– Jeszcze nie wiem… – odpowiedział z namysłem. – Nadal mam tu jedną sprawę do załatwienia.
Kobieta przez ułamek sekundy wyglądała, jakby chciała zadać kolejne pytanie. Zza jej zaciśniętych ust nie wydostały się jednak żadne słowa. Kiwnęła jedynie głową, a w jej oczach pojawił się cień zaniepokojenia.
Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. A mimo to panująca w izbie cisza nie była niezręczna. Był w niej jakiś spokój. Jakby wszystkie dzielące ich różnice na moment straciły na znaczeniu.
W końcu mężczyzna podziękował za śniadanie i wstał od stołu.
Park znajdował się na lekkim wzniesieniu, z którego rozciągał się widok na znaczną część Karthalion: na czerwone dachy i lśniące wieże, na monumentalne, skrzące się w słońcu mury, a przede wszystkim na zamek królewski, górujący nad miastem niczym kamienna korona.
Davrel siedział na niskim murku, udając przypadkowego przechodnia. W jego postawie zauważyć można było jednak czujność człowieka, który nie wie, czego się spodziewać. Czuł na sobie ciekawskie spojrzenia spacerujących alejkami par, a każda spędzona na oczekiwaniu chwila wydawała mu się niemiłosiernie długa.
– Przepraszam… – odezwał się w końcu ktoś tuż obok niego.
Szlachcic obejrzał się w tamtą stronę.
Przed nim stał wysoki, dobrze zbudowany jegomość w eleganckim płaszczu zapinanym pod szyję. Miał gęste brązowe włosy i starannie zadbaną brodę. Natomiast jego spojrzenie wyrażało pewność siebie człowieka, który nie musi podnosić głosu, by być słuchanym.
– Czy nie zajmuje się pan przypadkiem… końmi? – zapytał tonem swobodnej pogawędki. – Chciałbym kupić źrebaka dla żony, więc znajoma umówiła mnie w tym parku z jednym handlarzem. Niestety, nie opisała go zbyt szczegółowo.
Nie zmieniając wyrazu twarzy, szlachcic odpowiedział, zgodnie z przysłanymi przez Coleen wytycznymi:
– Jeśli szuka pan konia na prezent, to żadne nie dorównują tym z Therm.
Po jego słowach oczy nieznajomego rozbłysły porozumiewawczo.
– Bartholomew Hopp – przedstawił się krótko, lekko skłaniając głowę. – Może się przejdziemy?
Lord z arven wstał z murku i ruszył za dowódcą straży.
Po kilku krokach Hopp odezwał się ponownie:
– Podobno zależy ci na spotkaniu z sir Francisem de Bachmakovem. Mogę wiedzieć dlaczego?
– Będę szczery – zaczął Davrel, ściszając głos. – Przywiozłem listy od króla Grona Thunderclouda. Jeden jest dla generała de Bachmakova.
– A pozostałe?
– Jeszcze tylko jeden. Dla króla Gordona.
Semeńczyk ze świstem wypuścił powietrze, a potem spojrzał na swojego rozmówcę.
– A niech mnie, żeby tak po prostu wjechać do Karthalion i domagać się audiencji z dowódcą gwardii… – powiedział mrużąc oczy. – Musisz być albo naprawdę odważny albo szalony – dodał ze śmiechem.
– A może jedno i drugie? – odparł niewzruszony szlachcic.
Hopp zatrzymał się na moment.
– Masz je przy sobie? – zapytał. – Te listy?
Davrel przecząco pokręcił głową.
– Ukryłem je w mieście.
– I bardzo dobrze. Lepiej, żeby nie wpadły w niepowołane ręce. Chodźmy po nie zatem!
– Obawiam się, że to nie takie proste.
– A to dlaczego? – Brwi dowódcy straży uniosły się lekko.
– Bo mam je oddać tylko do rąk własnych sir Francisa. – Mina Davrela była tak poważna, że uśmiech natychmiast zniknął z twarzy jego rozmówcy.
– Ty chyba nie mówisz poważnie? – rzucił.
– Przeciwnie, w takich sprawach nigdy nie żartuję – spokojnie odpowiedział lord z Arven.
Dowódca straży ponownie zmierzył go wzrokiem.
– A niech mnie… – powtórzył.
Zapadła chwila napiętego milczenia, podczas której w jego spojrzeniu odmalował się wewnętrzny konflikt.
– Wiesz, co oznacza śmierć Vestingsa? – spytał w końcu.
Davrel skinął głową.
– Południe przekroczyło granicę – odpowiedział niemal szeptem. – Wojna wisi w powietrzu.
– I obie strony poniosą tego konsekwencje – dodał Hopp, a na jego twarzy pojawił się cień. – Wielki Kanclerz Lucius Serenno przekonał radę królewską, by zwołała armię. Już za kilka tygodni żołnierze wyruszą za rzekę…
Szlachcic uniósł wzrok.
– Zatem nie da się uniknąć rozlewu krwi? – zapytał głosem, w którym wciąż tliła się iskierka nadziei.
Semeńczyk westchnął ciężko.
Davrel ze zdziwieniem odnotował jak wiele emocji wzbudza w jego rozmówcy poruszony temat.
– Wojna nigdy nie jest dobra – odpowiedział po chwili oficer. – Nawet jeżeli czasem wydaje się konieczna. Ale jeśli można jej zapobiec, to nie należy się wahać.
Po jego słowach zapanowała krótka cisza. Obaj mężczyźni patrzyli na siebie z uwagą.
– Dla mieszkańców Północy Gron Thundercloud to zwykły buntownik – odezwał się wreszcie Hopp, na co Davrel skrzywił się lekko, zachował jednak spokój. – Dlatego nie mogę obiecać spotkania z de Bachmakovem. Ale jeśli nadarzy się ku temu okazja, to nasza wspólna znajoma przekaże ci stosowną wiadomość.
W odpowiedzi szlachcic tylko skinął głową. Choć dowódca straży nie zaoferował mu żadnych konkretów, i tak było to najlepsze, na co mógł w tej chwili liczyć. Odwrócił się i bez słowa ruszył w stronę bramy wyjściowej.

Wracając z parku, Davrel skręcił na targowisko. Mimo nadchodzącego zmierzchu plac tętnił życiem. Kramy zastawione były warzywami, tkaninami i koralikami, a głośne targowanie i zapach smażonej cebuli mieszały się w powietrzu.
Gdy przepychał się przez zatłoczoną alejkę, poczuł nagle lekki, niemal niezauważalny nacisk na ramię. Jakby któryś z przechodniów nieumyślnie go potrącił.
Próbując ustąpić miejsca, szlachcic odruchowo uniósł wyżej ręce.
Właśnie wtedy zauważył gołą skórę palca tam, gdzie jeszcze przed chwilą znajdował się pierścień ze szmaragdem – dar od Galanei.
Zamarł na ułamek chwili. A potem odwrócił się gwałtownie.
Kątem oka dostrzegł szczupłą kobietę w popielatym kapturze, oddalającą się szybkim krokiem. Ściskała coś w zaciśniętej dłoni. Gdy obejrzała się przez ramię, ich spojrzenia się spotkały. Zaraz potem ciemne, zuchwałe i pozbawione wyrzutów sumienia oczy zniknęły w wypełniającym plac tłumie.
Davrel zaklął i ruszył w pościg.
Przedzierając się przez ciżbę, zauważył jak złodziejka wciska się w wąski, boczny zaułek. Podążał za nią, odbijając się barkiem od śliskich ścian.
Poczuł nagły przypływ adrenaliny. Kobieta była niezwykle zwinna. Przeskakiwała przez skrzynie, przeciskała się między beczkami, a na koniec wspięła po drewnianym płocie tak, jakby robiła to setki razy.
Szlachcic bez namysłu rzucił się za nią. Najpierw na parkan, potem na krawędź niskiego daszku. Śnieg i pył osunęły się spod jego butów, ale utrzymał równowagę. Szybko przebiegł po oblodzonych dachówkach, skoczył na sąsiedni budynek. Za wolno. Złodziejka była już na przeciwległym końcu dachu.
Spojrzała raz jeszcze przez ramię i… popełniła błąd.
Zahaczyła nogą o nierówno wystający komin. Zaskoczona, runęła prosto przed siebie. Nie marnując ani chwili, lord z Arven doskoczył do niej, chwytając ją za ramiona. Próbowała się wyrwać, podcinając go kopnięciem. Mężczyzna nie zwolnił jednak uścisku. Razem stoczyli się z niskiego gzymsu, lądując ciężko w śniegu na kamiennej ulicy.
Zanim kobieta zdołała wstać, szlachcic przyparł ją do muru unieruchamiając jej ręce. Czuł przyspieszone bicie jej serca pod cienkim płaszczem i ciepły oddech na swojej szyi. A także ból w barku po zderzeniu z chodnikiem. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. W wąskim, zacienionym przejściu słychać było jedynie głośne, nierówne oddechy.
– Tam, skąd pochodzę – szepnął zimno Davrel – złodziejom odcina się dłonie.
Oczy złodziejki błysnęły gniewem.
– Na twoim miejscu nie chwaliłabym się tak swoim pochodzeniem – odparła, rozpoznając jego południowy akcent, a w jej głosie zabrzmiał cień groźby.
W tej samej chwili w wejściu do zaułka pojawił się strażnik.
– Wszystko w porządku? – zapytał, przyglądając się im podejrzliwie.
– Tak – odpowiedział szlachcic, nie odwracając nawet głowy, choć serce dudniło mu jak oszalałe.
– W jak najlepszym – dodała jego towarzyszka. – To prywatna rozmowa.
Żołnierz westchnął ciężko, wzruszył ramionami i odszedł, najwyraźniej zbyt zapracowany, by zawracać sobie głowę kolejną miejską sprzeczką.
Lord z Arven przybliżył twarz do twarzy kobiety.
– Oddaj pierścień – warknął, lekko rozluźniając chwyt.
Przez moment patrzyła na niego, zaciskając usta. W końcu sięgnęła dłonią do kieszeni.
W półmroku między nimi błysnęła zielonkawa poświata.
Złodziejka wyciągnęła rękę w jego stronę, ale gdy złapał za kamień nie rozluźniła uścisku. Spojrzała mu prosto w oczy. Dopiero po chwili jej chwyt zelżał. Davrel szybko na powrót wsunął pierścień na palec.
Odsunął się o pół kroku i dopiero teraz dokładniej przyjrzał złapanej kobiecie. Miała krótkie, sięgające ramion włosy i wąską talię. Swoją sylwetką – smukłą, ale z krągłościami, których trudno było nie zauważyć, zdecydowanie przyciągała wzrok. Nie była może zbyt urodziwa z twarzy, ale w całym jej wyglądzie było coś pociągającego.
I drapieżnego. Jak u dzikiego kota.
– Za taki klejnot – wyszeptała z odrobiną żalu – mogłabym dostać naprawdę niezłą sumkę.
– Spróbuj może uczciwej pracy – mruknął szlachcic.
– W Karthalion? – prychnęła. – Tutaj to nie takie proste. A przynajmniej nie dla takich jak ja.
– Czyli jakich?
– Ubogich, kalek, odrzuconych. Pod pięknymi murami, które widzisz, miasto skrywa drugie, dużo brzydsze, oblicze.
Jej oczy błysnęły, gdy dodała:
– Mogłabym długo wyliczać, ale może wolisz sam się przekonać? – W tonie z jakim to powiedziała pobrzmiewała nuta wyzwania. – Mógłbyś potem opowiedzieć o tym swojemu królowi. No chyba, że się boisz…
Mężczyzna zawahał się na moment, ale w końcu ciekawość wzięła górę. W milczeniu skinął głową.
Złodziejka odwróciła się i ruszyła w stronę wylotu zaułka. Davrel podążył za nią. Po chwili oboje zniknęli w miejskim tłumie.

Im dłużej szli, tym bardziej zmieniało się otoczenie. Kamienne fasady ustąpiły miejsca obdrapanym ścianom, zza których dobiegały płacz dziecka lub pijackie wrzaski. Powietrze zgęstniało. Z każdym krokiem stawało się cięższe, silniej przesycone wilgocią.
W pewnym momencie chodnik po prostu się urwał.
Zatrzymali się przed ciemną szczeliną między budynkami, prowadzącą w dół po zimnych, mokrych stopniach.
– To jak, rycerzu? Gotów na spotkanie z prawdziwym obliczem Karthalion? – rzuciła zaczepnie złodziejka.
– Nie przestraszę się ciemnych schodów, jeśli o to pytasz – odburknął Davrel. Odruchowo poprawił jednak pas z bronią.
Kobieta uśmiechnęła się ironicznie.
– Na to właśnie liczyłam – rzuciła. – Aha, i jeszcze jedno. – Wyciągnęła w jego kierunku dłoń o długich palcach. – Jestem Vereena.
– Davrel.
Skinęła mu głową, a potem odwróciła się i zniknęła w mroku.
W miarę jak schodzili coraz głębiej do kanałów, smród stęchlizny i brudnej wody tylko przybierał na sile. Powietrze nabrało metalicznego smaku, a pod wpływem ciśnienia pojawiło się pulsowanie w uszach. Ciemność pochłaniała ich krok po kroku, a jedynymi dźwiękami pozostawały echo kroków i ich własne oddechy.
Gdy tunel gwałtownie skręcił w prawo, pojawił się pierwszy blask. Nikłe ognie, tańczące w mroku niczym świetliki.
Weszli do szerokiej, sklepionej hali – podziemnej groty tak dużej, iż trudno by nawet przypuszczać, że coś takiego mieści się pod powierzchnią miasta. Płonące fragmenty skrzynek i innych połamanych mebli oświetlały dziesiątki twarzy. Ludzie o pustych oczach i w poszarpanych ubraniach kulili się wokół ognia jak przerażona zwierzyna.
Na widok Vereeny kilkoro dzieci podskoczyło i rzuciło się ku niej z radosnym piskiem. Szybko cofnęły się jednak zobaczywszy idącego obok niej szlachcica. Kobieta przywołała je gestem ręki, a gdy się zbliżyły, rozdała im drobne kolorowe koraliki. Choć były to nic nieznaczące błyskotki, ich twarze rozjaśniały się tak, jakby dostały właśnie prawdziwe skarby.
Davrel poczuł ścisk w gardle. Zachował jednak kamienną twarz i nie odezwał się ani słowem.
Złodziejka powoli odwróciła się w jego stronę. Ich spojrzenia znów się spotkały.
– Witamy w Podbrzuszu – oznajmiła cicho. – Dzielnicy, o której istnieniu możni udają, że nie wiedzą. Zresztą większość z nich i tak życzyłaby sobie, żebyśmy zdechli tu na dole.
W jej głosie nie było żalu. Jedynie surowa szczerość.
Lord z Arven przełknął ślinę i poczuł jak jego dłonie samoistnie zaciskają się w pieści.
Po chwili, do ogniska, przy którym stali podszedł starszy mężczyzna o brudnej, pooranej głębokimi zmarszczkami twarzy. Na ramiona narzucony miał zużyty, i najpewniej kradziony, płaszcz strażnika.
Zatrzymał się pomiędzy Davrelem a Vereeną i podejrzliwie zmrużył oczy.
– Po co go przyprowadziłaś? – burknął, wskazując brodą na przybysza. – Nie potrzebujemy tu tych z góry.
W odpowiedzi kobieta wsunęła mu w dłoń kilka monet i wydobyty z torby kawałek chleba. Twarz żebraka pozostała jednak niewzruszona.
– Dziś tylko tyle – powiedziała cicho złodziejka. – Ale jutro spróbuję ponownie. A co do niego – spojrzała na stojącego obok szlachcica – to nie wydał mnie straży.
Starzec rozchylił usta, jakby zamierzał coś powiedzieć, po czym zamknął je z powrotem, kiwnął głową i odszedł.
– Nie przejmuj się Pasterzem. Ma wszelkie prawo by być nieufnym – oznajmiła Vereena.
Davrel tylko skinął głową. Subtelność panujących w Podbrzuszu relacji zaczynała powoli do niego docierać.
– Wygląda na to, że cieszysz się tu sporym zaufaniem – powiedział w końcu, unosząc brew.
Kobieta uśmiechnęła się kątem ust. W jej oczach nie było jednak dumy, raczej cicha rezygnacja.
– Ufają mi, bo nie mają wyjścia. Wszyscy inni mają nas gdzieś. – Westchnęła ciężko. – Wiem, bo kiedyś próbowałam zdobyć pomoc na powierzchni. Ale tam nie chcą takich jak my. Zwłaszcza w Górnym Mieście. Wolą udawać, że bieda jest jak brudna ziemia, która zniknie, jeśli tylko zamiecie się ją odpowiednio głęboko pod dywan.
Odwróciła się do ognia, patrząc, jak dwoje dzieci wyrywa sobie pozbawioną głowy lalkę.
– To Pasterz zorganizował to wszystko co tu widzisz – wyjaśniła po chwili. – Dał nam poczucie przynależności. I cel. Dom, którego nigdy nie mieliśmy. Ale on też potrzebuje wsparcia. Dlatego pomagam, jak umiem. Dlatego kradnę.
Lord z Arven słuchał w milczeniu.
Nie miał żadnych wątpliwości, co do tego, że kobieta mówi prawdę. I po raz pierwszy od dawna nie wiedział, co odpowiedzieć.
Vereena zrobiła krok w jego stronę, stając na tyle blisko, by światło ognia odbiło się w jej orzechowych oczach.
– Powiedziałeś, że tam, skąd pochodzisz, złodziejom odcina się dłonie – zaczęła, cicho i bez oskarżenia. – A jednak mnie nie wydałeś.
Szlachcic zmarszczył lekko czoło, wytrzymując jej przenikliwe spojrzenie.
– Uznałem, że zasłużyłeś na coś lepszego niż uliczny sąd – odparł chłodno.
Po twarzy złodziejki przemknął cień zaskoczenia. Albo wdzięczności. Tak ukrytej, iż można by ją uznać za złudzenie. Jeszcze raz przyjrzała się stojącemu przed nią Przybyszowi z Południa.
– Wyglądasz na całkiem sprawnego fizycznie – zawyrokowała niespodziewanie.
Mężczyzna niemal parsknął śmiechem.
– A co to ma do rzeczy? – zapytał, unosząc brew.
– Może… chciałbyś pomóc komuś więcej niż tylko mi? – zaproponowała jego rozmówczyni. Jej głos stał się miękki jak aksamit, ale oczy nadal świeciły jasno, a uśmiech nabrał tajemniczości.
Szlachcic poczuł, jak jego serce przyspiesza. Zaintrygowany zerknął na Vereenę. W całej jej postaci ponownie dostrzegł coś kociego.

†
Wczesny wieczór otulał Górne Miasto miękkim, miodowym światłem ulicznych lamp oliwnych. Davrel czekał w umówionym miejscu, tuż na granicy dzielnicy możnych, gdzie eleganckie wille zaczynały mieszać się z mniej bogatą zabudową. Za plecami miał zdobione fasady, przed sobą ciemniejące zaułki. Kontrast doskonale odzwierciedlał dualizm, który mężczyzna odczuwał w swoim wnętrzu.
Wyczekując Vereeny, niemal słyszał przyspieszone bicie własnego serca. Miał wrażenie, że zgodził się na udział w przedsięwzięciu nie tylko ryzykownym, ale również daleko wykraczającym poza to, do czego był przyzwyczajony. A mimo to czuł się podekscytowany.
Oparł dłoń na rękojeści miecza i rozejrzał się w około. Na ulicy panował spokój.
Wtem usłyszał cichy szelest. Niewiele głośniejszy niż trzepot skrzydeł ćmy. Większość ludzi nie zwróciłaby nawet na niego uwagi. Ale mężczyzna był czujny. Zdążył zareagować dokładnie w tej samej sekundzie, w której dłoń o długich palcach sięgnęła w stronę jego ramienia.
Błyskawicznie obrócił się w pół, pochwycił nadgarstek złodziejki i przyciągnął ją do siebie.
Westchnęła z zaskoczeniem, ale po chwili uśmiechnęła się rozbawiona.
– Drugi raz nie dam ci się podejść – mruknął triumfalnie lord z Arven.
– To się jeszcze okaże – odparła spokojnie Vereena, mimo iż jej nadgarstek wciąż tkwił w jego uścisku.
Davrel puścił ją, odrobinę za szybko, jakby nagle uświadomił sobie bliskość ich ciał. Kobieta odsunęła się o krok. Niewinny uśmiech nie znikał z jej twarzy.
– Gotowy? – zapytała z błyskiem w oczach.
Bez słowa kiwnął głową.
Gdy zgadzał się pomóc Vereenie, nie wiedział do końca, na co się pisze. Jednak nawet po tym jak złodziejka wyjawiła mu szczegóły planu, nie zmienił zdania. Przechowywany w pamięci obraz wynędzniałych mieszkańców Podbrzusza był dla niego zbyt intensywny.
Ruszyli powoli, utrzymując się w cieniu wysokich murów i równo przyciętych żywopłotów. W nikłym świetle księżyca ulice tej części miasta wyglądały zupełnie inaczej, niż kiedy odwiedzał Coleen. Choć wokół panowała ta sama cisza, powietrze zdawało się teraz wibrować cichym napięciem. Cienie były dłuższe, a nawet najmniejszy szmer niósł się wzdłuż chodników.
– Wiesz, jak to nazywamy? – rzuciła nagle Vereena.
– Jak?
– Pałace pijawek.
– Bardzo poetyckie – skitował szlachcic, uśmiechając się pod nosem.
– Prawdziwe. – Złodziejka wzrusza ramionami. – W każdym z tych domów jest więcej brudu niż w kanałach. – Powiedziała to lekko, niemal żartobliwie, ale mężczyzna wyczuł w jej głosie odrobinę gniewu. I goryczy. – Nasz cel jest na samym końcu ulicy – dodała, nie odwracając się do Davrela. – Wejdziemy tylnymi drzwiami, od strony ogrodu.
– A co właściwie mamy ukraść?
– Powiem ci, gdy już będziemy w środku.
Mężczyzna westchnął, ale nie dopytywał dalej. Wiedział, że nie było sensu.
W ciszy mijali ozdobne furty, marmurowe fasady i błyszczące od mrozu dachy. W końcu, z ciemności przed nimi wyłonił się zarys rezydencji, do której zmierzali.
Vereena poprowadziła Davrela boczną uliczką, omijając główne wejście do pałacyku. Otaczający posesję mur był wysoki, a za nim rosły gęste drzewa, które rzucały na ogród długie, wieczorne cienie. Złodziejka zatrzymała się tuż przy kamiennej ścianie i wskazała gestem na koronę rozłożystego klonu.
– Tędy będzie najprościej – szepnęła.
Sięgnęła do torby i wyciągnęła z niej zwiniętą linę zakończoną metalowym hakiem. Obróciła go w dłoni, oceniając wagę, po czym jednym, szybkim ruchem cisnęła w górę. Gdy zaczepił o gruby konar, usłyszeli ciche, metaliczne szczęknięcie. Vereena pociągnęła linę, sprawdzając, czy dobrze trzyma.
– Gotowe – rzuciła, spoglądając wyczekująco na swojego towarzysza.
Lord z Arven splótł dłonie i utworzył z nich koszyczek. Złodziejka bez wahania oparła na nim stopę i zanim szlachcic zdążył cokolwiek powiedzieć, lekko wspięła się na drzewo.
– Teraz twoja kolej – szepnęła z góry.
Mężczyzna chwycił linę i podciągnął się ku górze. Choć był znacznie cięższy, jego ramiona pracowały pewnie, a kilka chwil później oboje bezpiecznie spuścili się na drugą stronę muru, skryci w cieniu drzew.
Davrel rozejrzał się ostrożnie. Ogród był większy, niż się spodziewał. Szerokie ścieżki z jasnego żwiru przecinały się tworząc fantazyjne wzory, a rzędy idealnie przystrzyżonych krzewów gęsto porastały całą przestrzeń.
W słabym świetle księżyca ruszyli przed siebie. Dwoje intruzów poruszających się jak cienie – szybko, ostrożnie i bezgłośnie.
Vereena poprowadziła ich od drzew do pierwszych krzewów. A potem kolejnych. Jej smukła sylwetka przemykała tak naturalnie, że Davrel musiał pilnować, by dotrzymać jej kroku. Wiedziała dokładnie którędy iść, jakby przygotowując się do włamania, wielokrotnie obserwowała dom i jego okolice. Mimo to, co chwilę oglądała się przez ramię. Dwa razy nawet zatrzymała się na moment, nasłuchując uważnie. W ogrodzie panowała jednak głucha cisza.
Za kamienną fontanną skręcili w prawo. Tam, w cieniu dwóch wysokich cyprysów, znajdowało się tylne wejście do pałacyku – masywne dębowe drzwi wtopione w kamienną ścianę. Tak dyskretne, że w nastałej ciemności łatwo byłoby je przeoczyć.
– Tędy – szepnęła Vereena i uklękła przy zamku.
Jej palce pracowały szybko, pewnie. Szlachcic usłyszał subtelne metaliczne kliknięcia, to wzmagające się, to cichnące, jakby zamek odpowiadał na jej dotyk.
Wtem do jego uszu doleciał inny dźwięk.
Gdzieś z lewej strony rozległ się szelest. W ciemności dostrzegł niewyraźną sylwetkę zbliżającego się w ich stronę strażnika. Jego krok był pewny, regularny. Lord z Arven spojrzał nerwowo na Vereenę.
– Jeszcze chwila… – mruknęła, nie podnosząc głowy.
W tym momencie żołnierz zatrzymał się w pół kroku. Z pozycji, w której się znajdował nie mógł jeszcze dostrzec intruzów, jednak Davrel domyślił się, że mężczyzna nasłuchuje najmniejszego nawet szmeru.
Najciszej jak potrafił sięgnął dłonią po leżący przy jego stopie kamień, a następnie z całej siły cisnął go daleko za plecy wartownika.
Szczęśliwy traf chciał, że trafił prosto w zamarzniętą taflę fontanny. Kamień odbił się od lodu z charakterystycznym stukotem.
Strażnik przekręcił głowę w tamtym kierunku, po czym ruszył sprawdzić źródło dźwięku.
W tym samym momencie pod palcami Vereeny rozległo się krótkie, triumfalne kliknięcie.
– Mówiłam, że się uda – wyszeptała złodziejka, cicho otwierając drzwi.
Pierwsza wślizgnęła się do środka. Davrel podążył tuż za nią.
Wewnątrz pałacyku panowała nieprzenikniona ciemność. Powietrze było chłodne, pachniało woskiem i starym drewnem.
– Teraz zaczyna się najlepsza część – oznajmiła kobieta.
Choć nie widział jej twarzy, szlachcic mógł przysiąc, że jego towarzyszka się uśmiecha.
Odczekali chwile, pozwalając oczom przyzwyczaić się do panującego wokół mroku i nasłuchując odgłosów domu. Wokół panowała jednak absolutna cisza. Pałacyk sprawiał wrażenie opuszczonego. Jakby w środku nie było nikogo. Ani strażników ani służby. Jedynym dolatującym do ich uszu dźwiękiem było delikatne trzeszczenie sufitowych belek.
Wąski korytarz ciągnął się przed nimi niczym ciemny tunel.
Z obu stron wisiały obrazy przedstawiające szlachciców o dumnych, wyniosłych obliczach. W migotliwym świetle księżyca wpadającym przez wysokie okno zdawało się, że ich spojrzenia śledzą intruzów z chłodną pogardą.
Przeszli do większej sieni, której ściany ozdobione były bronią. Halabardy, rohatyny i ciężkie, dwuręczne miecze wisiały przytroczone do ciemnego drewna. Natomiast w zagłębieniu pod ścianą stała cała zbroja. Gdy weszli, metal zalśnił w półmroku. Davrel odruchowo spojrzał w tamtą stronę. Na pancerzu dostrzegł herb: złoty klucz na czarnym tle, misternie wyhaftowany na tunice.
Zatrzymał się na chwilę.
Złoty klucz.
Choć nie kojarzył go z żadnym rodem, to symbol ten wydał mu się dziwnie niepokojący. Postanowił, że następnego dnia zapyta o niego Katheryne.
– Chodź – szepnęła Vereena. – Gabinet powinien być dalej.
Ruszyli korytarzem ostrożnie otwierając kolejne drzwi. Kuchnia, spiżarnia, salonik – wszystkie ciche i puste.
Po dłuższej chwili znaleźli się przed ostatnimi z nich. Masywnymi, z mosiężnymi okuciami. Znacznie solidniejszymi niż pozostałe.
Złodziejka uklękła przy zamku.
– To będzie trudniejsze – mruknęła.
Davrel stanął obok, nasłuchując uważnie. Teraz każdy dźwięk mógł ich zdradzić.
Po pewnym czasie ponownie usłyszał jednak znajome klik.
Vereena uniosła głowę i uśmiechnęła się triumfalnie. Pociągnęła za klamkę, a zaraz potem w powietrzu rozniósł się intensywny zapach pergaminu, atramentu i kurzu.
Weszli do środka, starannie zamykając za sobą drzwi.
Gabinet był elegancki, urządzony z przepychem świadczącym o bogactwie właściciela. Ściany zastawione były uginającymi się od książek regałami. Na biurku piętrzyły się stosy dokumentów, listów i map. Nad drzwiami wisiał zaś sztandar ze złotym kluczem.
– No dobrze – szepnął lord z Arven. – Czy teraz powiesz mi wreszcie, czego właściwie szukamy?
Kobieta obróciła się w jego stronę. W półmroku jej oczy błysnęły niepokojącym blaskiem.
– Księżycowego ostu – odparła cicho. – To bardzo rzadka… i cenna roślina. Z jej korzeni robi się truciznę, wywołującą paraliż całego ciała.
Szlachcic wzdrygnął się mimowolnie. Z jednej z rozmów z Illi’rinem pamiętał, że leśne elfy używają księżycowego ostu do zatruwania grotów swoich strzał. Nagle, całe włamanie nabrało dla niego nowego znaczenia.
– Jesteśmy tu po truciznę? – zapytał ostro.
– Tak. Ale nie żeby kogoś zabić. Tylko uratować. Więcej nie mogę ci powiedzieć… Poza tym – dodała po chwili wahania – w Podbrzuszu naprawdę potrzebują tych pieniędzy. Ten oset wart jest fortunę.
Jej słowa zawisły ciężko między nimi.
Już sam udział we włamaniu był dla Davrela pewnego rodzaju moralnym kompromisem. Tłumaczył go sobie jednak dobrem głodujących w kanałach ludzi. Jednak teraz, gdy poznał w końcu przedmiot planowanej kradzieży, nie był wcale taki pewien słuszności podjętej decyzji. Było już jednak za późno by się wycofać.
Spojrzał na Vereenę. Złodziejka wpatrywała się w niego z wyczekującym napięciem.
W końcu mężczyzna powoli skinął głową.
– Dobrze – oznajmił. – Ale nie widzę tu żadnych roślin.
I rzeczywiście, w gabinecie nie było śladu po nawet najmniejszym kwiatku.
Wspólnie zaczęli przeszukiwać pomieszczenie. Z początku ostrożnie i bez pośpiechu, z czasem z coraz większą nerwowością. Wśród książek, fiolek z atramentem i stosów dokumentów nie znaleźli jednak nic, co choćby trochę przypominało księżycowy oset.
Po pewnym czasie, przesuwając po omacku dłonią wzdłuż bocznej krawędzi jednego z regałów, Davrel natrafił nagle na coś metalowego.
Bez wahania pociągnął za wystającą dźwignię.
Mebel zadrżał, po czym z cichym chrzęstem odsunął się w bok, odsłaniając wąskie przejście i kamienne schody prowadzące w dół.
Z wnętrza dochodził chłód oraz duszący zapach ziół, alkoholu i czegoś metalicznego. Mężczyzna zapalił wiszącą na ścianie pochodnię i ruszył przodem.
Podziemne pomieszczenie było niewielkie, lecz wypełnione sprzętami, których przeznaczenia nie potrafił odgadnąć. Na kamiennym stole znajdowały się rzędy fiolek z płynami w barwach od mlecznej bieli po mętną czerń. Obok nich stały retorty i moździerze, a suszone wiązki roślin zwisały z belek.
Znaleźli się w alchemicznym laboratorium. Ukrytym pod ziemią i starannie odizolowanym od zewnętrznego świata.
Davrel przesunął wzrokiem po leżących na stole księgach.
Leksykon trucizn.
Zmarszczył brwi.
Obok leżał drugi tom, oprawiony w ciemną skórę, z tytułem zapisanym złocistym atramentem.
Krew magów.
Patrząc na niego, mężczyzna przypomniał sobie zasłyszane historie o zaginionych czarodziejach. Poczuł jak dreszcz przechodzi mu po karku, a czas na chwilę zwalnia. Sięgnął po księgę, ale w tej samej chwili Vereena gwałtownie się poruszyła.
– Jest – szepnęła.
W kącie pomieszczenia, w glinianej misie, znalazła roślinę o srebrzystych liściach, które zdawały się mienić w światle pochodni.
Księżycowy oset.
Zaledwie trzy sztuki, ale to wystarczyło. Ostrożnie zapakowała wszystko do sakwy, po czym natychmiast odsunęła się o krok, jakby dotknięcie łodyg przyprawiło ją o dreszcze.
Szlachcic spojrzał na nią uważnie.
W jej oczach nie było triumfu. Po raz pierwszy dostrzegł w nich strach.
– Musimy już iść – powiedziała cicho. – I to natychmiast. To miejsce… – urwała, przełykając ślinę – przyprawia mnie o ciarki.
Lord z Arven jeszcze raz zerknął na leżące na stole księgi, fiolki, oraz starannie prowadzone zapiski. Kątem oka dostrzegł również pokrytą runami wielościenna kostkę.
Czuł, że to nie było zwykłe laboratorium. Na dalsze śledztwo nie było jednak czasu.
Odwrócił się przez ramię i szybko ruszył za Vereeną.
Dopiero, gdy znaleźli się z powrotem w gabinecie, pozwolili sobie na głębszy oddech. Żadne z nich nie odezwało się jednak słowem.
Dopiero po chwili Davrel podszedł do sekretnego przejścia i ponownie pociągnął za dźwignię. Zastawiony książkami regał wrócił na swoją pozycję.
Wtem na korytarzu za drzwiami usłyszeli kroki. Nie ciężkie, żołnierskie, ale miękkie i szybkie. Zbliżały się w ich stronę.
Nie było już czasu, by ponownie otworzyć ukryte przejście.
Złodziejka bez słowa chwyciła swojego towarzysza za rękę i wciągnęła go za ciężką, grubą kotarę wiszącą między wykuszowym oknem a ścianą.
Pokrywający materiał kurz zakręcił szlachcicowi w nosie. Siłą woli powstrzymał jednak kichnięcie. Stali w absolutnym bezruchu, niemal wtopieni w zasłonę. W ciasnej przestrzeni Davrel czuł ciepło ciała Vereeny tuż obok, jej nierówny oddech na swojej szyi.
Usłyszeli chrzęst zamka, a po nim drzwi do gabinetu otworzyły się z hukiem.
Ktoś wszedł do środka, nie zapalił jednak światła. Kroki skierowały się od razu w stronę środka pomieszczenia, tam gdzie stało biurko. Szlachcic wstrzymał oddech.
Rozległ się suchy trzask, jakby plik dokumentów uderzył o blat. Dźwięk był mocny, miał w sobie coś, co wskazywało na nadmierną siłę ruchu, który go wywołał. Jakąś irytację gospodarza. Tuż po nim zapanowała jednak cisza.
Lord z Arven poczuł, jak Vereena delikatnie zaciska palce na jego dłoni.
Po chwili usłyszeli głośne westchnięcie, a kroki zaczęły się oddalać. Drzwi zamknęły się zdecydowanie ciszej niż się otworzyły.
Oboje z ulgą wypuścili wstrzymywane w płucach powietrze i wysunęli się zza kotary.
Jednocześnie, niemal natychmiast, uświadomili sobie, że droga, którą weszli do pałacyku, była już dla nich zamknięta.
Vereena bez zastanowienia podeszła do okna i uchyliła je na tyle, by wysunąć się na zewnątrz. Davrel ruszył za nią, czując, że serce bije mu jak oszalałe. W ślad za złodziejką, zsunął się z niskiego gzymsu i pędem ruszył przez ogród.
W chwili, gdy ponownie znalazł się na murze, zerknął jeszcze raz w stronę domu.
W oknie gabinetu zobaczył mężczyznę.
Księżyc wyszedł zza chmur, a jego blade światło wydobyło z mroku twarz gospodarza. Szlachcic dostrzegł czarne, lekko srebrzące się na skroniach, włosy, oraz krótką, szpiczastą brodę. Nie widział oczu mężczyzny, był jednak pewien, że jego wzrok czujnie przeczesuje ogród w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów cudzej obecności.
Odwrócił się i szybko zeskoczył z muru.
Choć byli bezpieczni, intuicja podpowiadała mu, że dzisiejsza przygoda może oznaczać dopiero początek kłopotów.

Noc powoli chyliła się ku kresowi. Davrel i Vereena siedzieli na dachu budynku, z którego rozciągał się widok na niemal całą stolicę. Ciemne morze budynków pokryte jedynie pojedynczymi punktami światła. O tej porze Karthalion było ciche i spokojne. Ani trochę nie przypominało pełnego zgiełku ulic i szeptu intryg miasta, które mężczyzna zdążył już trochę poznać.
Vereena pierwsza przerwała ciszę.
– Dziękuję ci – powiedziała krótko, a gdy lord z Arven nie odpowiedział, dodała: – Dzięki twojej pomocy mieszkańcy Podbrzusza jakoś przetrwają zimę.
Davrel z zamyśleniem skinął głową. Patrzył przed siebie, na pogrążoną w ciemności stolicę.
– Niesamowity widok, prawda? – rzuciła złodziejka, zmieniając temat. – Kiedy byłam dzieckiem bardzo lubiłam tu przychodzić. Stąd miasto wydaje się takie spokojne.
Szlachcic odwrócił się i spojrzał jej w oczy.
– To jedno z niewielu szczęśliwych wspomnień, jakie mam z tamtego okresu – kontynuowała jego towarzyszka. – Wychowałam się na ulicy. To tam znalazł mnie Pasterz. Nauczył mnie wszystkiego, co umiem. To dzięki niemu przetrwałam.
– A twoi rodzice? – odezwał się wreszcie.
– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami – Nigdy ich nie poznałam.
– Przykro mi…
Na chwilę zapanowało niezręczne milczenie.
– Moi rodzice zginęli, gdy byłem daleko od domu. Staram się o tym nie myśleć, ale czasami naprawdę mi ich brakuje – powiedział wreszcie Davrel.
Poczuł jak Vereena delikatnie ujmuje jego dłoń.
– A czy tam skąd pochodzisz…
– Arven.
– Czy w Arven czeka na ciebie ktoś jeszcze?
Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Jego myśli skierowały się ku rodzinnym stronom. Ku przyjaciołom, którzy przyjęli go na nowo. I ku usypanemu z miękkiej, ciemnej ziemi grobowi, w którym spoczywało ciało Lysii. Zacisnął pięść, a wtedy pod palcami poczuł przenikliwy chłód pierścienia ze szmaragdem. Wzdrygnął się gwałtownie.
– To skomplikowane… – powiedział w końcu.
– Rozumiem – odpowiedziała cicho złodziejka.
A potem przesunęła się bliżej i oparła głowę na jego ramieniu.
Davrel objął ją ostrożnie, jakby bał się zburzyć kruchość tej niespodziewanej chwili. Siedzieli w milczeniu, patrząc na miasto, które w blasku zachodzącego księżyca nagle wydało im się jakby mniej wrogie.
Po raz pierwszy od dawna oboje poczuli, że nie są osamotnieni.

†
Stół był już nakryty, gdy Davrel został wpuszczony do jadalni. W powietrzu unosił się zapach duszonych warzyw i pieczonego mięsa, zaś od strony kuchni dobiegał odgłos krzątającej się przy garnkach służącej.
Coleen siedziała samotnie na obitym miękkim pluszem krześle. Na widok gościa uśmiechnęła się lekko.
– Sir Gris – powiedziała cichym, ale dźwięcznym głosem. – Cieszę się, że zgodziłeś się przyjąć moje zaproszenie.
– To dla mnie zaszczyt, lady Campbell – odparł szlachcic.
– Mów mi Coleen. – Uśmiechnęła się ciepło.
Szlachcic zajął miejsce naprzeciwko gospodyni i przyjrzał jej się uważniej.
Na sobie miała elegancką suknię barwy ciemnego błękitu, a rozpuszczone jasne włosy spadały jej na ramiona.
– Nie lubię jeść w samotności – oświadczyła. – Choć po tylu latach zdążyłam się już do tego przyzwyczaić.
– Twój mąż nie dotrzymuje ci towarzystwa podczas posiłków?
– John rzadko bywa w domu przed zachodem słońca. Praca w stajniach potrafi być bardzo absorbująca.
– Rozumiem. – Davrel skinął głową, sięgając po dzbanek z wodą.
Jedli przez chwilę w ciszy, przerywanej jedynie brzękiem sztućców. Wokół panował specyficzny spokój, jakby cały dom już dawno przyzwyczaił się do nieobecności jednego z gospodarzy. Lord z Arven nie odczuwał jednak z tego powodu niepokoju. Przeciwnie, odgrodzony od zgiełku miasta grubymi murami budynek był dla niego jednym z tych miejsc, w których mógł zapomnieć jak niebezpieczne może być Karthalion.
– Dobrze jest czasem zjeść w spokoju – odezwała się Coleen, jakby odgadując jego myśli. – W mieście ostatnio… trudno o takie chwile.
Spojrzała na niego uważnie, jakby na coś czekała, jednak mężczyzna nie zareagował.
– Odkąd król zachorował, dużo się zmieniło – powiedziała w końcu, odkładając sztućce. – Z pozoru wszystko wygląda jak dawniej, ale w pałacowych komnatach trwa walka o władzę.
– Jest aż tak źle? – Szlachcic uniósł wzrok znad talerza.
Lady Campbell westchnęła.
– Tak i nie. Król Gordon wciąż żyje, ale nie pokazuje się publicznie. W jego imieniu rządzi teraz rada królewska, a niektórzy jej członkowie zachowują się tak, jakby tron był już pusty.
– Masz na myśli kogoś konkretnego? – zapytał spokojnie lord z Arven.
Kobieta zamyśliła się na moment, po czym odpowiedziała szczerze:
– Wielkiego Kanclerza, Luciusa Serenno. Ten człowiek potrafi być bardzo przekonywujący. Ma wpływy i pieniądze. A kogo nie może kupić, tego zastrasza. Tylko nieliczni wciąż mu się sprzeciwiają.
– Na przykład de Bachmakov? – rzucił Davrel.
Gospodyni skinęła głową.
– Oraz sir Bartholomew Hopp – dodała. – I jeszcze kilku innych. Ale to nierówna walka. Siła frakcji kanclerskiej rośnie z każdym dniem. Dawniej było jeszcze trzecie stronnictwo, na czele którego stal Gar Vestings, ale po tym jak objął urząd namiestnika Południa i wyjechał z Karthalion, jego wpływy na dworze znacząco zmalały. Większość przyłączyła się do kanclerza, a biedny Vestings… No cóż, sam wiesz jak skończył.
Zapadła cisza.
Davrel otarł usta serwetką. Czuł jak rozmowa z Coleen powoli odsłania przed nim zupełnie nowe niuanse politycznej sytuacji w stolicy. Sytuacji, od której zależeć mogły losy całej Olwerni. Jego rozmówczyni też to widziała. Zastanawiał się, czy to dlatego mówiła mu o tym wszystkim.
– A w którym obozie jest twój mąż? – zapytał w końcu, nie spuszczając z niej wzroku.
Kobieta zawahała się na ułamek chwili, zaraz potem odpowiedziała jednak spokojnie:
– Na szczęście pozycja Johna nie jest na tyle istotna, by ktokolwiek żądał od niego deklaracji lojalności. Zarządca królewskich stajni nie ma wpływu na politykę.
Westchnęła z lekkim rozczarowaniem.
– Ale to nie znaczy, że nie ma preferencji… – Nie odpuszczał szlachcic.
– Jeśli już musisz wiedzieć, sympatia mojego męża leży po stronie rojalistów. To grupa… o mniej wrogich poglądach na sprawy Południa. A co za tym idzie, również bardziej tolerancyjna wobec mnie. Sir Bartholomew Hopp odwiedza mnie nawet czasem na herbatkę – dodała z niewinnym uśmiechem.
– Mhm. – Davrel skinął głową.
– W całej tej sytuacji najbardziej żal mi jednak księżniczki Ilyany – kontynuowała Coleen, jakby wdzięczna, że wreszcie znalazła tak oddanego słuchacza.
– Ilyany?
– To córka króla Gordona – wyjaśniła lady Campbell. – Biedactwo, dopiero za cztery lata osiągnie pełnoletniość i będzie mogła sama o sobie decydować. Ale już teraz oba stronnictwa walczą o jej względy i próbują przekonać do swoich racji.
– Nie rozumiem – powiedział zdziwiony mężczyzna. – Przecież nawet kiedy księżniczka skończy dwadzieścia jeden lat i tak nie będzie mogła zasiąść na tronie.
Coleen spojrzała na niego z politowaniem, a potem roześmiała się poufale.
– Ale jej mąż już tak. Królowa Raba nigdy nie dała Gordonowi syna, zatem dla wielu możnych małżeństwo z Ilyaną jawi się jako idealna sposobność do bezkrwawego przejęcia władzy.
Davrel zmarszczył czoło.
– Czyli na razie to pionek, który dopiero może stać się figurą? – zapytał.
– Dokładnie – przytaknęła gospodyni. – I to nie byle jaką figurą. Księżniczka jest bystra i inteligentna. Szybko się uczy. Ale, ze względu na wczesną śmierć matki, jest też bardzo samotna. I to właśnie ten fakt, próbują wykorzystać zarówno kanclerz jak i de Bachmakov.
W ciszy jaka zapadła po jej słowach czuć było ciężar niewypowiedzianych myśli. Lord z Arven przygryzł wargi.
Nagle Coleen odsunęła talerz i wstała od stołu, jakby chcąc rozproszyć ponurą atmosferę.
– Dość już tej polityki na dziś – powiedziała zmieniając ton głosu. – Jeśli masz ochotę, moglibyśmy przejść się do królewskiego parku. Krótki spacer po posiłku obojgu nam dobrze zrobi.
Szlachcic spojrzał na nią z lekkim zaskoczeniem.
– W zasadzie, czemu nie? – powiedział po krótkim namyśle. Powoli podniósł się z miejsca.
Po twarzy jego rozmówczyni rozlał się szeroki uśmiech.
– Zatem postanowione – powiedziała. – A gdyby nas ktoś zaczepił, jesteś moim kuzynem. To samo powiedziałam też służącej – dodała zniżając głos.
Wyszli z salonu, a chwilę później znaleźli się na cichej, prowadzącej w stronę parku uliczce.
Coleen trzymała Davrela pod ramię, po drodze opowiadając mu o zamieszkujących mijane budynki sąsiadach, wśród których nie brakowało wysokiej ranki wojskowych takich jak Kril Stachov czy Jost Marlow oraz bogatych kupców pokroju Quentina Schaara. Twarz miała rozpromienioną. Mężczyzna nie wiedział jednak, czy był to efekt jego towarzystwa czy może panującego na zewnątrz mrozu. W głębi duszy podejrzewał jednak, że jego rozmówczyni jest w Karthalion bardziej samotna niż chciałaby to przyznać.
Panujący na wzgórzu chłód był wyraźnie silniejszy niż na ulicach poniżej. Wiejący z gór wiatr poruszał koronami drzew za wysokim, wykutym z ciemnego żelaza ogrodzeniem. Królewski park był spokojnie, niemal senny. Zupełnie nie pasował do tętniącej życie pozostałej części Karthalion.
Przy bramie stało dwóch strażników w barwach straży pałacowej – kremowej bieli i brązu. Ich zbroje błyszczały czystością, były też zdobniejsze niż te, które Davrel widywał na murach miasta.
Gdy tylko wraz z Coleen zbliżyli się do wejścia, jeden z żołnierzy uniósł rękę w geście nakazującym zatrzymanie. Zrobił krok w ich stronę.
– Park jest teraz zamknięty – oznajmił uprzejmie, lecz stanowczo. – Księżniczka Ilyana zażywa spaceru. Proszę zawrócić.
Coleen tylko skinęła głową, jakby wiedząc, że nie warto protestować.
– Rozumiem. Nie spodziewaliśmy się, że księżniczka będzie dziś na wzgórzu – odpowiedziała.
Strażnik tylko chrząknął, a potem wrócił na zajmowaną wcześniej pozycję.
Lady Campbell odwróciła się w kierunku, z którego przyszli i lekko pociągnęła swojego towarzysza za sobą. Mężczyzna jednak nie zareagował.
Chwilę wcześniej jego wzrok powędrował ponad ramieniem wartownika, między żelaznymi prętami ogrodzenia. Niedaleko bramy dostrzegł ruch. Jasne suknie i płaszcze oraz fruwające w powietrzu śnieżki. Do uszu doleciał go radosny śmiech.
W samym środku zabawy zauważył młodą dziewczynę o jasnych, mieniących się złociście włosach. Na czole miała cienki, srebrny diadem, a na ramionach karmazynowej barwy pelerynę. Jej policzki były zaróżowione, a delikatne usta raz po raz wyginały się w uśmiechu. Mimo prezentowanej wesołości, Davrel wyczuł od dziewczyny aurę kogoś, kto na co dzień porusza się w wyższych sferach. Jej ruchy były miękkie, niemal dystyngowane, a całą postawą górowała nad resztą towarzyszek.
– Ilyana – mruknął pod nosem.
– Dokładnie – potwierdziła Coleen, podążając spojrzeniem za jego wzrokiem. – Róża Karthalion.
Lord z Arven skinął głową, lecz nagle zesztywniał.
Między roześmianymi dwórkami, zobaczył kobietę o ciemnych włosach, częściowo skrytych pod barwną chustą. Stała jakby z boku, nie uczestnicząc w rozgrywającej się w parku śnieżnej bitwie. Jej czarne jak węgle oczy uważnie obserwowały jednak wszystko dookoła.
– Coleen… – odezwał się cicho, unosząc rękę i wskazując na kobietę. – Wiesz kto to jest?
Lady Campbell zerknęła we wskazanym kierunku.
– Ach… to lady Kira Chagal-Blanc – odpowiedziała swobodnie. – Jasnowidząca, służąca na królewskim dworze. Król Gordon kiedyś często korzystał z jej rad. Ale teraz… – Zawahała się na chwilę. – Podobno teraz doradza Wielkiemu Kanclerzowi. Dlaczego o nią pytasz?
– Bez powodu. Widziałem ją, gdy wychodziłem od was trzy dni temu – szlachcic powiedział to spokojnie, ale czuł, jak jego serce przyspiesza. Jasnowidząca. A więc miał rację, kobieta była magiem gwiazd.
– To całkiem możliwe. – Coleen zmarszczyła brew. – Mieszka niedaleko. Jej mąż, sir Darion Blanc, jest kapitanem gwardii królewskiej i jednym z adiutantów de Bachmakova.
Davrel chciał jeszcze o coś zapytać, ale wtem w powietrzu rozległ się tętent kopyt.
Dźwięk był miarowy i wyraźnie zbliżał się w ich stronę.
– Odsunąć się – rzucił jeden ze strażników, prostując się gwałtownie.
Od strony miasta nadjeżdżało trzech mężczyzn. Dwóch z nich odzianych było w zbroje gwardzistów. Natomiast trzeci, jadący na potężnym karym ogierze, miał na sobie czarny płaszcz oraz futrzaną czapę. Jechał wyprostowany, a cała jego sylwetka promieniowała siłą i dostojeństwem.
Gdy się zbliżyli, lord z Arven poczuł, jak żołądek zaciska mu się kurczowo.
W oka mgnieniu rozpoznał czarne, przyprószone siwizną włosy oraz szpiczastą bródkę. Przybyszem był mężczyzna, którego poprzedniej nocy okradli wspólnie z Vereeną. Tyle, że teraz widział go z bliska. W nikłym świetle styczniowego słońca dostrzegł bladą cerę i parę szaro-błękitnych oczu. Chłodnych, czujnych, pozbawionych emocji.
– Zróbcie miejsce dla Wielkiego Kanclerza! – ryknął strażnik, podczas gdy Coleen energicznym ruchem pociągnęła Davrela w tył.
– To on… – wyszeptał szlachcic.
– Lucius Serenno – dokończyła cicho jego towarzyszka i skinęła głową. – Najpotężniejszy człowiek w Karthalion.
Koń zatrzymał się przy bramie. Strażnicy rozstąpili się natychmiast, a park – zamknięty dla wszystkich innych – otworzył się przed gośćmi bez słowa sprzeciwu.
Szlachcic stał nieruchomo, czując, jak zimny dreszcz przebiega mu po karku. Zacisnął szczękę.
Jasnowidząca. Kanclerz. Księżycowy oset.
W tej samej chwili, gdzieś po drugiej stronie ogrodzenia, między drzewami, lady Kira Chagal-Blanc odwróciła głowę. Jej spojrzenie na ułamek chwili spoczęło na stojącym przy bramie Davrelu. Zmarszczyła brwi.

†
Brama Księżycowa wyrastała po środku muru niczym obce ciało – zbyt ozdobna jak na masywny zamek, który otaczała. Jej jasny kamień połyskiwał chłodno w bladej poświacie dnia, a misternie rzeźbione łuki układały się w motywy półksiężyców i gwiazd. Davrel stał przed nią nieruchomo, z rękami splecionymi za plecami, czując, jak chłód kamieni przenika powietrze dookoła niego.
Fortyfikacje pałacu króla Gordona przytłaczały. Nie tylko wysokością, lecz także otaczającą je głuchą i ciężką ciszą. Jakby budowla skrywała więcej tajemnic, niż można by sobie wyobrazić. Na blankach i przy samej bramie stali strażnicy. Ich spojrzenia co chwilę przesuwały się po przechadzających się wzdłuż muru mieszkańcach Karthalion. Czujne i srogie, lecz pozbawione jawnej wrogości. Czując je na sobie, przechodnie odruchowo przyspieszali kroku. Od czasu do czasu, któryś z wartowników zerkał podejrzliwie na czekającego pod bramą mężczyznę. Lord z Arven domyślał się, że jeśli jeszcze trochę postoi w miejscu, jeden z nich w końcu go zaczepi. A tego wolał uniknąć.
Pot wystąpił mu na skronie.
Aby nieco uspokoić żołnierzy, przeciągnął się teatralnie i leniwie ruszył wzdłuż zachodniej części muru. Nadal czuł jednak na sobie uważne spojrzenia odzianych w barwy pałacowej straży mężczyzn. Znalazł się w samym sercu wrogiej stolicy i od tej chwili każdy jego ruch mógł zostać zapamiętany.
Wtem usłyszał za sobą znajomy szept.
– Hej, Południowcu… – sir Bartholomew Hopp wysunął się z cienia.
Poruszał się pewnie, lecz bez pośpiechu. Jak ktoś, kto doskonale wie dokąd zmierza. Zatrzymał się kilka kroków przed Davrelem i skinął mu głową. Na sobie miał prosty, ciemny płaszcz z futrzanym kołnierzem, a z ust wystawała mu misternie zdobiona drewniana fajka.
– Dobrze, że jesteś o czasie – powiedział, wypuszczając kłąb dymu. – Lord Francis nie lubi czekać.
W jego tonie nie było uprzejmości. Raczej chłodna ostrożność.
– Zatem nie pozwólmy, by musiał to robić – odparł spokojnie szlachcic. – Prowadź.
Hopp odwrócił się i ruszył w stronę wąskiego przejścia biegnącego wzdłuż muru, z dala od głównej bramy. Bez słowa minął stojącego przy nim wartownika i otworzył drewnianą furtę, prowadzącą do krótkiego tunelu. Davrel podążył za nim w półmrok.
Kamień pod jego stopami był wilgotny, a korytarz tak wąski, że ramionami mężczyźni niemal ocierali się o ściany. Po chwili wyszli na niewielki, gwarny dziedziniec.
– Lepiej nie zatrzymywać się tu zbyt długo – mruknął dowódca straży, nie oglądając się na towarzysza. – Jeszcze przez pewien czas będziemy na widoku.
Lord z Arven skinął głową, choć tamten nie mógł tego zobaczyć.
– A co, jeśli ktoś nas zatrzyma? – zapytał cicho.
Na ustach Semeńczyka pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.
– Przypominam ci, że jestem dowódcą straży – odpowiedział. – Poza Wielkim Kanclerzem i generałem de Bachmakovem, w pałacu nie ma wiele osób, które odważyłyby się to zrobić.
Wkrótce potem skręcili w prawo, znikając z pola widzenia żołnierzy. Główne korytarze pozostały za nimi, zaś w miarę jak posuwali się w głąb pałacu, ucichł też panujący na zewnątrz zgiełk. Davrel czuł jakby z każdym krokiem coraz dalej przekraczał niewidzialną granicę. Nie potrafił jednak odgadnąć, co czeka po drugiej stronie. Wiedział jedynie, że zamek nie był miejscem bezpiecznym. Nawet dla tych, którzy wciąż wiernie służyli królowi. A może przede wszystkich dla nich.
Komnata, do której zaprowadził go Hopp, była niewielka i zaskakująco skromna. Kamienne ściany pozbawione były arrasów, a jedyną ozdobą pozostawała prosta mapa królestwa rozpięta nad ciężkim, drewnianym stołem. Poza tym w pomieszczeniu nie było żadnych innych dekoracji lub symboli władzy. Jakby dyskrecja i funkcjonalność były tym, na czym najbardziej zależało zebranym w niej rojalistom.
Przy stole czekało trzech mężczyzn. Wszyscy w wieku, w którym młodzieńcze złudzenia dawno ustąpiły już miejsca bagażowi doświadczeń. Gdy Davrel przekroczył drzwi sali, ich spojrzenia niemal jednocześnie powędrowały w jego stronę. Krótkie, badawcze. Nikt się jednak nie odezwał.
Dopiero kiedy Hopp zasunął zasuwę przy drzwiach, jeden z zebranych wysunął się nieco do przodu.
Był to mężczyzna około pięćdziesięcioletni, o łysiejącym czole i okalających skronie rudych, lekko przyprószonych siwizną włosach. Krótko, starannie przystrzyżone wąsy i niewielka bródka nadawały jego twarzy surowości, jednak to spojrzenie przykuwało najwięcej uwagi. Twarde, zmęczone, a jednocześnie czujne. Jak u człowieka, który od zbyt dawna musi oglądać się za siebie.
– Więc to jest ten posłaniec z Południa – powiedział spokojnie. – Słyszałem, że chcesz mi coś przekazać.
Davrel nie odpowiedział. Mierzył de Bachmakova badawczym spojrzeniem. Powoli przesunął wzrokiem po jego pooranej zmarszczkami twarzy, srebrnym napierśniku oraz długim mieczu z ozdobną rękojeścią. W końcu zatrzymał się na znajdującym się na zbroi herbie w kształcie biegnącego jelenia.
– No dalej, chłopcze. Nie mamy całego dnia – ponaglił generał.
Szlachcic zawahał się na moment, a potem sięgnął do wnętrza płaszcza. Wyjął ukryte na piersi listy. Jeszcze przez chwilę trzymał je w dłoni, jakby ważył ich znaczenie, po czym podał je dowódcy gwardii.
– Ten jest dla pana – dodał, wskazując jeden z nich.
De Bachmakov nie zwlekał. Od razu otworzył list i przebiegł wzrokiem pierwsze linijki. Potem kolejne. W komnacie zapadła cisza tak gęsta, że słychać było tylko trzask palącego się w kominku drewna.
Wreszcie mężczyzna uniósł głowę.
– Jest tak jak myślałem – powiedział cicho.
Spojrzał po zgromadzonych, jakby upewniał się, że wszyscy słuchają.
– Wojna… nie jest jeszcze przesądzona.
Jego słowa zawisły w powietrzu. Na twarzach obecnych w komnacie towarzyszy nie pojawił się jednak nawet cień ulgi. Ich oblicza pozostały napięte.
– Muszę odpisać – dodał po chwili, składając list z powrotem. – Natychmiast.
Zdecydowanym krokiem podszedł do drzwi i odsunął zasuwę.
– Zaczekaj tutaj – rozkazał Davrelowi. – To nie potrwa długo.
Nie czekając na odpowiedź, opuścił salę.
W ciszy, która zapadła po jego wyjściu, lord z Arven wyczuł coś nowego. Jeszcze nie nadzieję, ale jakby oczekiwanie.
– Co o tym wszystkim myślicie? – odezwał się nagle stojący najbliżej okna mężczyzna. Jego szaty mieniły się złotem i zielenią, a twarz pokrywała gęsta, czarna broda.
– Trudno powiedzieć – odpowiedział mu drugi z Semeńczyków – niski, siwy staruszek, o oczach oplecionych siecią zmarszczek. – Mam jedynie nadzieję, że nasz przyjaciel, sir Hopp, zachował wymagane środki ostrożności.
– O to nie musi się pan martwić, lordzie Asturov – odpowiedział mu dowódca straży.
– Tylko bez nazwisk! – zganił go Asturov, posyłając Davrelowi nieufne spojrzenie. – W tym pałacu nawet ściany mają uszy…
– A jednak to najbezpieczniejsze miejsce na nasze spotkania – przerwał mu pierwszy mężczyzna. – Tuż pod nosem samego kanclerza. Tego nasz drogi Serenno na pewno się nie spodziewa.
Zachichotał krótko.
– On może nie, ale ta jego jasnowidząca to co innego. Jeśli odpowiednio ją przyciśnie, na pewno w końcu wpadnie na nasz ślad.
– Dlaczego jasnowidząca pomaga kanclerzowi? – zaciekawił się Davrel. – Słyszałem, że wcześniej wiernie służyła królowi.
Mężczyźni spojrzeli na niego zdumieni.
– I oficjalnie nadal służy – odparł cicho Asturov. – Ale Serenno ma swoje sposoby, by przekonać nawet najbardziej opornych przeciwników…
Szlachcic poczuł chłód na karku. Obraz lady Kiry obserwującej bawiące się w parku dwórki powrócił z niepokojącą ostrością.
– A skoro już o tym mowa – wtrącił mężczyzna w złocie i zieleni. – Słyszeliście o śmierci Burkhardta? Teraz, kiedy to się stało, obawiam się, że i de Ligt wycofa swoje poparcie dla naszej sprawy.
W komnacie na chwilę zapanowała cisza. Słychać było jedynie łopotanie chorągwi na wieży i dalekie zawodzenie wiatru.
– Myślę, że chwilowo nie musimy się martwić Wielkim Kanclerzem – powiedział w końcu Hopp, a na jego usta wypłynął tajemniczy uśmiech. – Zdaje się, że lord Serenno ma teraz na głowie inny problem.
Davrel zamarł na ułamek sekundy, a potem badawczo przyjrzał się dowódcy straży.
Mężczyzna chciał jeszcze coś dodać, ale w tym momencie drzwi ponownie się otworzyły. Do pomieszczenia wkroczył de Bachmakov.
W ręku trzymał zapieczętowaną kopertę. Podszedł do Davrela i wręczył mu ją ceremonialnie.
– To dla Grona Thunderclouda, twojego… hmm… króla – powiedział z lekkim grymasem.
Pozostali spojrzeli na niego zdziwieni.
– Pilnuj go dobrze – dodał. – Jeśli ten list wpadnie w niepowołane ręce, to kanclerz bez dwóch zdań oskarży nas o zdradę.
Na dźwięk tych słów obecni w komnacie rojaliści pobladli, jak gdyby dopiero teraz w pełni uświadomili sobie powagę sytuacji.
Davrel podszedł do de Bachmakova i ostrożnie ujął list. Koperta wydała mu się dziwnie ciężka, jakby ważył więcej, niż wskazywał na to jej rozmiar. Zauważył, że gdy mu ją podawał, dłoń generała zadrżała lekko.
– Serenno kontroluje już większość dworu – odezwał się po chwili de Bachmakov, już spokojniej. – Kogo nie udało mu się kupić, tego zastraszył. Dlatego tak ważne jest, by nie tracić ducha.
Mężczyzna w zielono-złotej szacie zacisnął szczękę, ale nie odezwał się ani słowem.
– Na szczęście są jeszcze w Karthalion ludzie wierni królowi – mówił dalej dowódca gwardii. – I nie pozwolimy, by kanclerz pogrążył kraj w nikomu nie służącej wojnie.
Asturov mruknął z aprobatą.
– Dlatego nie masz tu już czego szukać – zakończył. – Wracaj do swojego króla. Dostarcz list. I na bogów, nie daj się złapać.
Przez moment patrzył na Davrela uważnie, jakby chciał zapamiętać jego twarz.
– Wykazałeś się odwagą – dodał ciszej. – I rozsądkiem. To rzadkie połączenie. Niech los ma cię w swojej opiece.
Lord z Arven skinął głową i wsunął trzymany w dłoni list głęboko pod płaszcz.
Kilka chwil później stał już z Hoppem przy drewnianej furcie, przez którą wcześniej dostał się na zamek. Mimo narastających w nim obaw, nikt nie próbował ich zatrzymać.
– Niech droga ci sprzyja, Południowcu – powiedział dowódca straży i po raz pierwszy naprawdę się do niego uśmiechnął. A potem mocno uścisnął mu dłoń. – Jedź i nie oglądaj się za siebie.
Szlachcic odwzajemnił uścisk, po czym skierował się w stronę prowadzonej przez Kate gospody. Z każdym krokiem, który oddalał go od pałacowych murów czuł jak napięcie powoli ulatuje z jego ciała. A jednak nie mógł być w pełni spokojny. Ukryty na piersi list był niczym wiszący nad nim wyrok. Dopóki Davrel pozostawał w Karthalion, jego życie w każdej chwili mogło zawisnąć na włosku.
Nad miastem powoli zapadał zmierzch. Mężczyzna postanowił, że skoro świt opuści stolicę.

†
Obudził go jakiś dźwięk.
Cichy, niemal niedosłyszalny, jakby ktoś musnął metalem o metal. Przez ułamek chwili Davrel był pewien, że to sen. Echo odgłosów gospody, które przez ostatnie dni towarzyszyły mu podczas nocnego odpoczynku. Leżał nieruchomo, z zamkniętymi oczami, wsłuchując się w ciszę.
Dźwięk powtórzył się.
Tym razem był wyraźniejszy. Krótki. Stłumiony. Ktoś majstrował przy zamku w drzwiach.
Mężczyzna otworzył oczy.
Pokój spowijał półmrok. Jedynie wąska smuga bladego światła sączyła się przez szczelinę w okiennicy, rysując na ścianie nierówne linie. Serce zabiło mu szybciej. Wykonał gwałtowny ruch, unosząc się na łokciu. Rama łóżka skrzypnęła cicho.
To wystarczyło. Dźwięk ustał.
Cisza zapadła nagle. Była tak głęboka, że szlachcic poczuł, jak jego własny oddech staje się nienaturalnie głośny. Zamarł w bezruchu, czując napięcie w mięśniach karku i ramion.
Czekał.
Przez chwilę nic się nie działo.
A potem znów go usłyszał.
Tym razem zgrzyt był cichszy. Ostrożniejszy. Jakby osoba po drugiej stronie drzwi za wszelką cenę nie chciała zdradzić swojej obecności.
Davrel powoli wypuścił powietrze przez nos.
To nie był zwykły włamywacz. A już na pewno nie pijany gość gospody.
Bezszelestnie zsunął się z łóżka. Stopy dotknęły chłodnych desek podłogi. Każdy ruch wykonywał precyzyjnie, dokładnie tak, jak nauczył się pośród elfów. Najpierw ciężar ciała, potem krok.
Z mieczem w dłoni, przywarł plecami do ściany tuż obok drzwi. Jego oddech zwolnił.
Dobiegający z zamka dźwięk trwał jeszcze tylko przez moment. Lord z Arven usłyszał ostatnie, krótkie, skrobnięcie metalu.
Klamka poruszyła się powoli, jakby prowadzona po niewidzialnym sznurku. Bez najmniejszego skrzypnięcia, drzwi uchyliły się na szerokość łokcia. Do pokoju wpadła smuga jaśniejszego światła, a wraz z nią subtelny zapach skóry i metalu.
W progu pojawiła się sylwetka.
Przez szparę między drzwiami a framugą, Davrel dostrzegł drobną, ubraną na czarno postać. W dłoniach trzymała dwa krótkie, lśniące ostrza. Szlachcic natychmiast rozpoznał ich kształt. Sai. Broń zbyt egzotyczna, by mogła należeć do zwykłego najemnika.
Intruz zrobił dwa kroki w przód.
W tym momencie mężczyzna zaatakował.
Cios był prosty i szybki. Wymierzony w kark, dokładnie tam, gdzie widoczny był kosmyk jasnych włosów. Celował, by zabić.
A jednak postać w czerni uniknęła ciosu. Jakby wiedziona jakimś niezwykłym instynktem, w ostatniej chwili usunęła się z linii ataku. Ostrze minęło intruza o szerokość palca, a szlachcic rozciął jedynie powietrze.
Nim zdążył w pełni odzyskać równowagę, usłyszał świst broni. Zareagował odruchowo, parując uderzenie. W ramieniu poczuł opór. Metal zazgrzytał o metal, zaś kierunek ciosu zdradził coś jeszcze – celowość i precyzję.
Spojrzał na przeciwnika i dostrzegł… kobietę!
Obróciła się płynnie, prowadząc jeden z sai tuż przy jego żebrach. Drugi uniosła w górę, gotowa zablokować kontrę.
Jej twarz skrywała ciemna chusta, ale wpadający z korytarza blask lampy rozświetlił jasne pasma włosów, związanych ciasno z tyłu głowy. Davrel zauważył smukłą linię ramion oraz wąskie biodra.
Zabójczyni uderzyła ponownie. Krótko. Dynamicznie.
Mężczyzna cofnął się o krok, czując, jak ostrze musnęło skórę na jego boku. Materiał koszuli rozdarł się cicho. Odpowiedział ciosem z dołu, celując w rękę. Sai skrzyżowały się z głuchym trzaskiem, blokując atak.
Na ułamek chwili znaleźli się w zwarciu.
Wtedy go zobaczył.
Na odsłoniętym przedramieniu napastniczki, tuż nad nadgarstkiem, ciemniał tatuaż. Trzy półksiężyce, ułożone poziomo jeden pod drugim. Równe. Ciemne. Złowrogie.
Asasynka spojrzała mu w oczy.
Wzrok miała zimny. Surowy. Nie było w nim wahania, ani gniewu. Jedynie stalowoniebieski błysk chłodnej kalkulacji.
Zaatakowała ponownie, jednak szlachcic sparował uderzenie, zmuszając ją do odwrotu. Jeden krok. Potem drugi. Uderzyła biodrem o stojący przy oknie stół. Światło księżyca padło na jej twarz, ukazując bladą skórę oraz zarys ukrytego pod chustą nosa.
Widząc, że trafiła na równego sobie przeciwnika, zabójczyni zmieniła taktykę. Cofnęła się nagle, wykonując szybki obrót. Jeden z sai poszybował w stronę lord z Arven. Mężczyzna uchylił się instynktownie, a ostrze z głuchym trzaskiem wbiło się w ścianę tuż obok jego głowy.
To wystarczyło.
Kobieta była już przy oknie. Ruchy miała lekkie, niemal taneczne. Jednym pchnięciem otworzyła okiennicę i wyskoczyła na zewnątrz, znikając na ciemnym dachu.
Davrel rzucił się za nią.
Dopadł okna i bez wahania wyskoczył na dach. Zimne, nocne powietrze uderzyło go w twarz.
Przez krótką chwilę widział ją wyraźnie – smukłą, czarną sylwetkę przemykającą po krawędzi budynku. Poruszała się pewnie, jakby robiła to nieraz.
Puścił się biegiem.
Deski trzeszczały pod jego bosymi stopami, dachówki przesuwały się niebezpiecznie. Przeskoczył wąską szczelinę między budynkami, niemal tracąc równowagę. Serce waliło mu jak oszalałe, a oddech rwał się coraz bardziej.
Pościg przypomniał mu inny, zaledwie sprzed kilku dni. Pogoń za Vereeną.
Tamtego dnia ścigał ją po równie zdradliwych dachach, jednak szybko zorientował się, że jego dzisiejsza przeciwniczka jest znacznie zwinniejsza od złodziejki z Podbrzusza.
Kobieta poruszała się z zadziwiającą płynnością. Skakała tam, gdzie on musiał się wspinać. Znikała za kominami, by pojawić się kilka kroków dalej, zawsze poza zasięgiem. Jej ruchy były oszczędne, lecz pozbawione wahania.
Na kolejnym budynku zatrzymała się na ułamek chwili. Odwróciła głowę. Przez ramię spojrzała na Davrela.
A potem odbiła się od krawędzi i zniknęła w wąskiej przestrzeni między kamienicami.
Gdy szlachcic dobiegł do miejsca, z którego skoczyła, zobaczył jedynie pustkę. Wąski przesmyk prowadzący w dół. Zbyt ciemny, by ryzykować rzucenie się w niego bez przygotowania.
Stał jeszcze chwilę, oddychając ciężko, wsłuchany w noc. Wokół panowała cisza tak głucha, jakby nic się nie wydarzyło. Na moment ogarnęła go frustracja. Uderzył ręką w drewnianą belkę. Szybko odzyskał jednak panowanie nad sobą.
Rozejrzał się dookoła.
Znajdował się na jednym z dachów w Górnym Mieście. Zimny wiatr owiał mu twarz.
Niepewny, co powinien teraz zrobić, lord z Arven ostrożnie zsunął się na ciemną ulicę. Gwiazdy świeciły jasno, ale księżyc powoli chował się już za horyzontem.
Wtem do głowy przyszła mu myśl. Dom Campbellów był niedaleko. Ruszył w jego kierunku.
Po kilku chwilach znalazł się pod budynkiem, w którym mieszkała Coleen. Zapukał donośnie. A potem jeszcze raz.
Niedługo potem drzwi otworzyły się cicho. W progu stał niewysoki mężczyzna w średnim wieku. Jego krótkie brązowe włosy na skroniach pokryte były delikatną siwizną. John Campbell posłał intruzowi zaspane, lecz czujne spojrzenie. Szlachcic dostrzegł trzymany przez niego w prawej ręce pogrzebacz.
– Kim jesteś i czego chcesz? – zapytał półgłosem gospodarz.
– Przyjacielem Coleen. Muszę z nią porozmawiać – odparł Davrel. – Natychmiast.
Mężczyzna spojrzał na niego podejrzliwie, ale po krótkim namyśle lekko skinął głową.
– Zaczekaj tutaj – powiedział i zniknął w ciemnym korytarzu.
Chwilę później w progu pojawiła się Coleen. Rozczochrana i zaróżowiona od snu, na sobie miała jedynie cienką nocną koszulę, przez którą prześwitywały jej obfite piersi. Na ich widok szlachcic zarumienił się wyraźnie, panująca na zewnątrz ciemność skryła jednak jego zawstydzenie.
– Davrel? – zapytała cicho. – Co ty tu robisz? Coś się stało?
– Ktoś chciał mnie zabić – odpowiedział jej bez wahania.
Kobieta zamarła, a potem odsunęła się o krok, wpuszczając go do sieni.
Szlachcic szybko wszedł do domu Campbellów i zatrzasnął za sobą drzwi. Odwrócił się w stronę Coleen. Przy okazji, kątem oka dostrzegł obserwującego ich z końca korytarza Johna. Na jego twarzy malował się niepokój, a w dłoni nadal tkwił metalowy pręt.
– No dalej! Mówże – ponagliła przybysza gospodyni.
Lord z Arven wziął głęboki oddech a potem szczegółowo zrelacjonował jej nocną wizytę asasynki.
– Jeszcze jedno – dodał na koniec. – Czy symbol trzech półksiężyców coś ci mówi?
Lady Campbell zmarszczyła brwi.
– Szczerze mówiąc nie bardzo – odparła. – Dlaczego pytasz?
– Zauważyłem go na jej przedramieniu, tuż przy nadgarstku. Pomyślałem, że może wiesz, co oznacza.
– Niestety. – Coleen przecząco pokręciła głową. Spojrzała pytająco na męża, który z oddali cały czas przysłuchiwał się ich rozmowie. John również zaprzeczył gestem.
– W Karthalion jest biblioteka – powiedział w zamyśleniu. – Może tam uda się coś znaleźć…
– Nie mam na to czasu – przerwał mu Davrel. – Muszę jak najszybciej wracać na Południe.
– Ja poszukam – wtrąciła lady Campbell. – Jeśli się czegoś dowiem, napiszę ci list. A co do twojego powrotu… – Kobieta zawiesiła głos, a jej brwi zmarszczyły się w namyśle. – Zgadzam się, że musisz jak najszybciej opuścić Karthalion – oznajmiła w końcu. – Ale nie wracaj tą samą drogą, którą tu przybyłeś.
Szlachcic uniósł wzrok.
– Jedź na wschód – mówiła dalej, jakby odliczała kolejne kroki. – Do Thavon. Stamtąd Białym Mostem przez rzekę i dalej na południe, do Brinvale. Tak będzie bezpieczniej.
Słuchał uważnie, a w miarę jak wymieniała kolejne miejsca, droga układała się w jego myślach aż nazbyt wyraźnie. Znał ją. Tą samą trasą na Południe przybył sir Marcus Rose. Davrel wzdrygnął się mimowolnie.
– Rozumiesz? – zapytała Coleen, przerywając ciszę.
Ostatnie ślady snu całkowicie zniknęły z jej bladej twarzy. Ciemne oczy płonęły dziwnym blaskiem.
Mężczyzna skinął głową.
– Dobrze. A teraz znikaj – powiedziała gospodyni. – Najszybciej jak się da.
Lord z Arven odwrócił się do wyjścia.
– I jeszcze jedno – rzuciła, a w jej głosie pojawiło się coś miękkiego. – Uważaj na siebie…
– Dziękuję – wyszeptał.
A potem otworzył drzwi i zniknął w ciemności.

Ulice były puste, choć miasto już powoli budziło się do życia. W oknach mijanych domów zapalały się świece, a z piekarni na rogu dolatywał aromatyczny zapach świeżych bułek. Davrel skręcił w boczną alejkę prowadzącą ku gospodzie i zwolnił kroku. W oddali usłyszał podniesione głosy.
Przed wejściem do budynku stało kilku żołnierzy. Dwóch opierało się o mur, trzeci rozmawiał z kimś przy drzwiach. Pochodnie rzucały nierówne światło na ich hełmy i napierśniki. Na ramionach mieli płaszcze w złoto-czarnych barwach. Straż kanclerza. A z nimi gwardia królewska. Szlachcic poczuł jak na ich widok krew w jego żyłach znów zaczęła krążyć szybciej.
Wtem, w jednym z okien na parterze poruszyła się zasłona. Zobaczył Katheryne. Jej zielone oczy wpatrzone były prosto w niego. Pokręciła przecząco głową, a następnie gestem wskazała na drugą stronę gospody. Tylne wejście.
Mężczyzna nie zastanawiał się ani chwili. Wąskim przejściem między ścianami okrążył budynek. Drzwi na podwórze uchyliły się niemal natychmiast.
– Zostań, gdzie jesteś – syknęła Kate. – W środku są żołnierze.
Szlachcic zamarł. Jego ręka odruchowo zacisnęła się na rękojeści miecza.
– Pytają o przybysza z Południa – dodała cicho gospodyni. – Z opisu podobnego do ciebie. Nie wiem, co zrobiłeś, ale nie mogę cię teraz wpuścić.
Mówiła szybko, niemal wyrzucając z siebie słowa. W jej głosie czuć było zdenerwowanie.
Davrel milczał.
– Posłałam już Nicka po twoje rzeczy. Za chwilę powinien je znieść – wyszeptała w końcu właścicielka Rumianego Prosiaka. – Ale potem musisz uciekać. Słyszałam jak mówili, że obstawili bramy.
Urwała gwałtownie, gdy wewnątrz gospody dał się słyszeć przytłumiony huk. Po chwili w drzwiach pojawił się Nick. W ręku trzymał pospiesznie spakowaną torbę Davrela, a przez ramię przerzucony miał jego płaszcz. Podał mu je przez próg. Spojrzenie miał zalęknione. Wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale najwyraźniej nie był w stanie. Zawstydzony, wycofał się w głąb gospody.
– W coś ty się najlepszego wpakował? – W głosie Katheryne mężczyzna usłyszał ton wyrzutu.
– Kiedyś ci opowiem – odpowiedział cicho, przerzucając torbę przez ramię. – Teraz muszę już iść. Zaopiekuj się moim koniem.
Kobieta skinęła głową.
Davrel ruszył w stronę alejki, ale zatrzymał się w pół kroku. Odwrócił się w stronę nadal stojącej w drzwiach gospodyni.
– Kate…
– Tak?
– Dziękuję – powiedział cicho. A potem zniknął między budynkami.
Gdy już miał wyjść z przeciwnej strony ulicy, ponownie usłyszał głosy żołnierzy. Tym razem zdecydowanie bliżej. Przykucnął i wyjrzał spomiędzy ustawionych na wylocie alejki skrzyń.
I wtedy go zobaczył.
Wśród gwardzistów stał młody mężczyzna o ciemnych, kręconych włosach. Jego szaty lśniły złotem i czerwienią. Lord z Arven natychmiast rozpoznał twarz z wizji. Poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła.
Rycerz wydał ludziom kanclerza jakieś polecenie, a potem spojrzał w kierunku skrzyń, za którymi ukrywał się szlachcic. Jego spojrzenie było chłodne, przenikliwe. Na jedną chwilę zatrzymało się na wylocie alejki, a potem przesunęło się dalej, w głąb ulicy. Wreszcie mężczyzna odwrócił się, wsiadł na konia i powoli ruszył w stronę zamku. Pozostali żołnierze podążyli za nim.
Davrel odetchnął z ulgą.
Świadomość, że jest poszukiwany, nie pozwoliła mu jednak długo cieszyć się spokojem. Jeśli wojsko rzeczywiście obstawiło bramy, to ucieczka z Karthalion mogła okazać się znacznie trudniejsza niż zakładał. Każda chwila spędzona na ulicach działała teraz na jego niekorzyść.
Nagle do głowy przyszedł mu pomysł. Poprawił pas i skierował kroki do jedynego miejsca, które w tej sytuacji było w stanie dać mu możliwość bezpiecznego wydostania się z miasta.

Podbrzusze przyjęło go tak, jak każdego innego zbiega – bez zbędnych pytań.
Schodząc do podziemi, Davrel minął kilku żebraków, którzy najwyraźniej przygotowywali się do kolejnego dnia na ulicy, jednak nikt nie próbował go zatrzymać. Chwilę później poczuł znajomy smród potu i zgnilizny. Ciemnymi korytarzami przedostał się do komnaty, w której kilka dni wcześniej spotkali z Vereeną Pasterza. Po drodze cały czas rozglądał się za złodziejką.
W końcu dostrzegł w oddali jej smukłą sylwetkę.
Siedziała na niskim murku przy jednym z kanałów. Włosy, zazwyczaj rozpuszczone, upięte miała w krótki kitek. Gdy go dostrzegła, nie wstała. Uniosła jedynie głowę i zmrużyła oczy.
– Czyżbyś to ty był tym przybyszem z Południa, którego szuka całe miasto? – rzuciła w taki sposób, jakby i tak z góry znała odpowiedź.
– Nic się przed tobą nie ukryje. – Szlachcic spróbował nadać swojemu głosowi wesoły ton, jednak efekt był daleki od zamierzonego.
– Po co przyszedłeś? Chcesz ściągnąć na nas kłopoty?
– Potrzebuję pomocy – odpowiedział szczerze.
W oczach złodziejki pojawiło się coś na kształt rozbawienia.
– I niby dlaczego miałabym ci jej udzielić? – zapytała.
– Bo pomogłem ci okraść Wielkiego Kanclerza.
Na dźwięk tych słów jej twarz stężała.
Kobieta wstała z murku i spojrzała swojemu rozmówcy prosto w oczy.
Lord z Arven wytrzymał jej spojrzenie.
– Strasznieś spięty – powiedziała po chwili. A potem wskazała brodą w kierunku jednego z tuneli. – Chodź. Jeśli chcesz wydostać się z miasta żywy, nie ma lepszej drogi niż ta, którą Karthalion odprowadza swoje brudy.
Poprowadziła go do wąskiego otworu w kamiennej ścianie. Ich oczom ukazał się niski, wilgotny ściek, w którym woda chlupotała cicho. Powietrze było ciężkie, przesycone stęchlizną i wilgocią.
W milczeniu ruszyli w głąb.
Z każdym przebytym krokiem Davrel czuł, jak napięcie powoli ustępuje miejsca zmęczeniu. Ramiona bolały go po walce, a myśli krążyły wokół dachów, stalowoniebieskich oczu i znaku trzech półksiężyców. Teraz nie miało to już jednak znaczenia. Miasto zostawało za nim, a wraz z nim wszystkie jego tajemnice.
W końcu tunel skręcił gwałtownie. W oddali mignęło blade światło. Wyjście znajdowało się poza murami, wśród porastających brzeg niewielkiego strumienia krzewów i zarośli, gdzie zapach kanałów mieszał się już z wonią mokrej ziemi. Krata u wylotu była uchylona.
– Odtąd będziesz zdany już tylko na siebie – powiedziała Vereena. – Spłaciłam swój dług. Jesteś wolny.
– Dziękuję. – Szlachcic skinął głową.
Uśmiechnęła się krótko, bez ciepła.
– Nie zrobiłam tego dla ciebie – oznajmiła. – W Podbrzuszu każdy złodziej ma swój honor.
– Możliwe. Ale i tak cieszę się, że to akurat ty mnie wtedy okradłaś.
Tym razem uśmiech, który pojawił się na twarzy jego towarzyszki, był szczery.
– Davrel… – powiedziała, przyglądając mu się uważnie. – Powiedz mi, dlaczego cię szukają.
Zawahał się na moment.
– Przywiozłem listy od króla Grona Thunderclouda do króla Gordona oraz marszałka wojny, lorda Francisa de Bachmakova – przyznał cicho. – A teraz wiozę odpowiedź tego ostatniego.
– Chcesz powiedzieć… – Oczy Vereeny rozszerzyły się w niedowierzaniu.
– Próbuję tylko zapobiec wojnie – przerwał jej krótko. – Zgodzisz się chyba, że Podbrzusze nie potrzebuje już więcej sierot.
Złodziejka zamilkła, jakby mężczyzna uderzył w jej czuły punkt.
Powoli skinęła głową.
– W takim razie życzę ci powodzenia – odparła półgłosem.
A potem odwróciła się i weszła do tunelu. Po chwili jej sylwetka zniknęła w ciemności. Lord z Arven został sam.
Nad horyzontem pojawił się pierwszy blask jutrzenki. Nieśmiało rozjaśnił niebo, zaś Davrel pieszo ruszył w jego stronę. Na wschód, ku Thavon.
Za plecami zostawiał Karthalion – miasto cieni i intryg, które minionej nocy niemal zacisnęły mu się na gardle.
Nie oglądał się za siebie. Do przebycia miał długą drogę, a ukryty pod koszulą list ciążył mu na piersi, przypominając, że od powodzenia jego misji zależeć mogą losy obu zwaśnionych królestw.
Z nowych postaci wystąpili:




