- Opowiadanie: TKII - XI. Miasto królów

XI. Miasto królów

Cześć, wracam do Was z kolejną częścią przygód Davrela. Tym razem, wysłany z misją od króla Grona Thunderclouda, nasz bohater dociera do stolicy Semenii – Karthalion. Ale czy uda mu się zrealizować powierzone zadanie? I jakich nowych wrogów, a jakich przyjaciół spotka po drodze?

Tę część przygotowywałem trochę dłużej, bo dużo się w niej dzieje, a chciałem, żeby narracje była płynna, a tekst zachowywał balans między opisami, dialogami i akcją. Dlatego bardzo ciekaw jestem Waszych komentarzy. Natomiast wcześniejsze przygody Davrela znaleźć możecie tutaj:

Powrót

Nowe początki

Decyzje

Konflikt

Rewelacje

Odpowiedzialność

Puszcza

Gniew

Układy

Posłaniec

Oceny

XI. Miasto królów

Wiel­kie Góry Pół­no­cy wy­ro­sły przed Da­vre­lem ni­czym spię­trzo­ne fale ka­mie­nia. Chłod­ne, po­tęż­ne, mil­czą­ce straż­nicz­ki pół­noc­nej gra­ni­cy Se­me­nii. U ich pod­nó­ża, otu­lo­ne ła­god­nym świa­tłem zi­mo­we­go słoń­ca, roz­cią­ga­ło się Kar­tha­lion – Mia­sto Kró­lów.

Jego po­tęż­ne mury olśnie­wa­ły już z da­le­ka. Wy­so­kie, wy­ku­te z ja­sne­go gra­ni­tu, który w po­po­łu­dnio­wym słoń­cu po­ły­ski­wał de­li­kat­nym błę­ki­tem. Wy­glą­da­ły jakby ktoś roz­lał po nich odro­bi­nę nieba. Po­mię­dzy blan­ka­mi prze­cha­dza­li się straż­ni­cy w lśnią­cych heł­mach i dłu­gich płasz­czach w bar­wach kró­le­stwa: kar­mi­no­wej czer­wie­ni i czer­ni. Gdzie­nie­gdzie ponad mu­ra­mi wy­ra­sta­ły strze­li­ste wieże – cien­kie jak grot strzał, ozdo­bio­ne pro­por­ca­mi żywo ło­po­czą­cy­mi na wie­ją­cym pro­sto z prze­łę­czy wie­trze. Lecz nawet ich po­tę­ga bla­dła wobec tego, co znaj­do­wa­ło się w samym sercu mia­sta.

Na skal­nym wznie­sie­niu, wokół któ­re­go zbu­do­wa­ne było mia­sto, stał kró­lew­ski zamek. Po­tęż­na cy­ta­de­la o sre­brzy­stych blan­kach, z ogrom­ny­mi okna­mi i ką­pią­cy­mi się w słoń­cu igli­ca­mi, wy­da­wa­ła się wy­ra­stać wprost z wnę­trza wzgó­rza, jakby zro­dzo­na z tej samej ma­te­rii. Od po­ko­leń była sie­dzi­bą wład­ców Se­me­nii i to tam za­pa­da­ły wszyst­kie naj­waż­niej­sze de­cy­zje. I to rów­nież tam Da­vrel spo­dzie­wał się zna­leźć od­po­wie­dzi na drę­czą­ce go py­ta­nia.

Z każ­dym kro­kiem jego koń zbli­żał go ku bra­mie. Zaś im był bli­żej, tym bar­dziej zmie­niał się obraz mia­sta.

Stru­mień ludzi wle­wał się i wy­le­wał przez sze­ro­kie, ozdo­bio­ne sztan­da­ra­mi z dwu­gło­wym orłem – her­bem Se­me­nii, przej­ście. Fur­ma­ni z becz­ka­mi wina, kupcy cią­gną­cy wózki z tka­ni­na­mi i przy­pra­wa­mi, chło­pi z wor­ka­mi zboża – wszy­scy zmie­rza­li do sto­li­cy. W po­wie­trzu sły­chać było dzwon­ki uprzę­ży, na­wo­ły­wa­nia han­dla­rzy oraz śmiech bie­ga­ją­cych w tłu­mie dzie­ci. Mimo ostre­go mrozu Kar­tha­lion tęt­ni­ło ży­ciem. Serce lorda z Arven rów­nież za­bi­ło ży­wiej. Nie pa­mię­tał już kiedy ostat­ni raz wi­dział tak mo­nu­men­tal­ne mia­sto.

Gdy minął bramę, gwar jesz­cze się na­si­lił. Zaś w noz­drza ude­rzy­ły go za­pa­chy pie­czo­ne­go mięsa, go­rą­ce­go że­la­za i ka­dzi­dła. Wy­so­ko nad da­cha­mi szy­bo­wa­ły ja­skół­ki, a gdzieś w od­da­li sły­chać było ra­do­sny sko­wyt go­nio­ne­go przez roz­ba­wio­ną grup­kę dzie­cia­ków psa.

Męż­czy­zna je­chał po­wo­li, z cie­ka­wo­ścią ob­ser­wu­jąc zmie­nia­ją­ce się oto­cze­nie. Mimo, iż mia­sto było pełne życia, in­stynk­tow­nie wy­czuł tlący się tuż pod jego po­wierzch­nią nie­po­kój.

Gdy do­tarł na wska­za­ną przez Pa­tric­ka ulicę, z ła­two­ścią od­na­lazł ozdo­bio­ny wi­ze­run­kiem ró­żo­wej świni szyld. Go­spo­da Pod Ru­mia­nym Pro­sia­kiem mie­ści­ła się w so­lid­nym, dwu­pię­tro­wym bu­dyn­ku z wi­docz­ny­mi na fron­cie drew­nia­ny­mi bel­ka­mi i zie­lo­ny­mi okien­ni­ca­mi. Z ko­mi­na uno­si­ła się ob­fi­ta smuga ja­sne­go dymu, a przez nie­do­mknię­te drzwi na ze­wnątrz wy­do­sta­wał się za­pach pie­czo­nej kar­ków­ki.

Szlach­cic przy­wią­zał konia do słup­ka i wszedł do środ­ka.

Wnę­trze było przy­tul­ne, wy­peł­nio­ne dźwię­ka­mi trza­ska­ją­ce­go ognia i stu­ko­tu kufli. Tłu­sty kot spał na belce pod su­fi­tem, a przy jed­nym ze sto­łów trzech ro­bot­ni­ków grało w kości, prze­krzy­ku­jąc się gło­śno. W po­wie­trzu uno­si­ła się przy­jem­na at­mos­fe­ra do­mo­we­go cie­pła.

Za ladą stała nie­wy­so­ka, lekko pu­cu­ło­wa­ta ko­bie­ta o brą­zo­wych, spię­tych w luźny kok wło­sach, i po­licz­kach za­ró­żo­wio­nych od go­rą­ca. Na widok go­ścia uśmiech­nę­ła się sze­ro­ko. Jak ktoś, kto nawet w naj­bar­dziej bez­na­dziej­nej sy­tu­acji po­tra­fi do­pa­trzeć się po­zy­ty­wów.

– Witaj w Ru­mia­nym Pro­sia­ku! – za­wo­ła­ła ser­decz­nie, jakby znali się od lat. – Je­stem Ka­the­ry­ne, wła­ści­ciel­ka tego skraw­ka pie­kła!

W od­po­wie­dzi Da­vrel uśmiech­nął się nie­śmia­ło.

– Roz­gość się pro­szę. W czym mogę pomóc? – za­py­ta­ła go go­spo­dy­ni.

– Po­trze­bu­ję po­ko­ju na kilka nocy – od­parł, prze­cie­ra­jąc twarz.

– Ro­zu­miem. Na pewno coś znaj­dzie­my… Przy­by­łeś do Kar­tha­lion w in­te­re­sach? – Karcz­mar­ka ob­rzu­ci­ła go cie­kaw­skim spoj­rze­niem, jakby pró­bo­wa­ła osza­co­wać jego war­tość.

– W od­wie­dzi­ny. Mam tu ku­zyn­kę, lady Co­le­en Camp­bell.

Brew Ka­the­ry­ne drgnę­ła, a męż­czyź­nie wy­da­ło się, że ko­bie­ta szyb­ko do­ko­nu­je po­now­nej oceny jego osoby.

– Sama pro­wa­dzisz ten lokal? – za­py­tał, pró­bu­jąc zmie­nić temat.

– Tak – od­po­wie­dzia­ła. – Wcze­śniej na­le­żał do mo­je­go męża.

Za­wa­ha­ła się na chwi­lę, po czym do­koń­czy­ła:

– Strasz­ny był z niego ha­zar­dzi­sta i pijak… Ed zapił się na śmierć, zo­sta­wia­jąc mi same długi. I le­ni­we­go syna. Kiedy bo­go­wie roz­da­wa­li roz­są­dek, Nick mu­siał chyba spać! – do­da­ła, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

Mó­wi­ła gło­śno, bez go­ry­czy. Jakby jej życie było zbyt ko­micz­ne, by mogła się nad nim uża­lać.

Szlach­cic w mil­cze­niu ski­nął głową.

– Jak cię za­pi­sać? – za­py­ta­ła, wy­cią­ga­jąc z pod lady ma­syw­ną, obita w ciem­ną skórę księ­gę.

– Sir Da­vrel Grey­ma­ne.

– Ry­cerz, co? – rzu­ci­ła zer­ka­jąc na wi­szą­cy u jego boku miecz. Uśmiech nie zni­kał z jej twa­rzy. – Do­brze tra­fi­łeś, bę­dzie ci tu jak u mamy. Ale naj­pierw pokój, a potem wszyst­ko ci opo­wiem. Nick! – za­wo­ła­ła prze­cią­gle.

Z izby na za­ple­czu, zie­wa­jąc sze­ro­ko, wy­to­czył się może dwu­na­sto­let­ni chło­pak o ja­snych, po­tar­ga­nych wło­sach.

– Ni­co­la­sie Dril­let, ile razy mam ci po­wta­rzać, żebyś nie spał w trak­cie pracy? – zga­ni­ła go matka. – A teraz, szyb­ko, za­nieś rze­czy na­sze­go go­ścia na górę. Pokój numer pięć – za­ko­men­de­ro­wa­ła.

Nick spoj­rzał na nią spode łba, a potem nie­chęt­nie wziął się do ro­bo­ty. Da­vrel po­dą­żył za nim po wą­skich scho­dach.

Gdy zna­leź­ni się w małym, ale schlud­nym po­ko­iku, chło­pak po­sta­wił jego rze­czy na pod­ło­dze a potem wes­tchnął cięż­ko. Od­wró­cił się w stro­nę drzwi, jakby chciał jak naj­szyb­ciej wró­cić do prze­rwa­nej drzem­ki, ale wtedy jego spoj­rze­nie spo­czę­ło na znaj­du­ją­cej się u pasa go­ścia broni. Oczy chło­pa­ka roz­ja­śnił nagły blask.

– Mój tata też był ry­ce­rzem – oznaj­mił z dumą. – Nie­ustra­szo­ny sir Edward Dril­let, tak na niego mó­wi­li.

Da­vrel uniósł brew.

– Zgi­nał wal­cząc z bar­ba­rzyń­ca­mi w Gó­rach Dzia­ło­wych. On i jego od­dział wpa­dli w za­sadz­kę. Po­świę­cił życie, żeby ra­to­wać przy­ja­ciół – rze­czo­wo wy­ja­śnił Nick.

– Mu­siał być bar­dzo od­waż­ny – po­wie­dział lord z Arven, a na jego twa­rzy po­ja­wił się lekki uśmiech. Syn Ka­the­ry­ne naj­wy­raź­niej wie­rzył w każde wy­po­wia­da­ne słowo, a męż­czy­zna nie miał za­mia­ru pod­wa­żać jego prze­ko­nań.

– O tak! I do tego spra­wie­dli­wy. Kiedy zgi­nał, sam król przy­słał nam wie­niec. Ja tego nie pa­mię­tam, ale mama mi opo­wia­da­ła… – Za­wa­hał się na mo­ment. – Mogę zo­ba­czyć twój miecz? – za­py­tał nagle.

– Tylko jeśli twoja matka po­zwo­li.

Chło­pak za­my­ślił się na chwi­lę, oce­nia­jąc szan­sę na uzy­ska­nie wy­ma­ga­nej zgody.

– Wiesz, co… mam lep­szy po­mysł – po­wie­dział w końcu. – Po­ka­żę ci mój. A w za­mian ty na­uczysz mnie paru pchnięć. Zgoda?

– Zgoda – od­po­wie­dział szlach­cic, ki­wa­jąc głową.

Nick wy­biegł z po­ko­ju w tem­pie, któ­re­go jesz­cze przed chwi­lą trud­no się było po nim spo­dzie­wać. Gdy wró­cił, w ręku trzy­mał krót­ki, drew­nia­ny miecz. Wy­szczer­bio­na klin­ga no­si­ła na sobie wi­docz­ne ślady psich zębów.

– Po­patrz! – wy­pa­lił z dumą. – Na­zy­wa się Obroń­ca Uci­śnio­nych!

Sta­nął w lek­kim roz­kro­ku z ostrzem skie­ro­wa­nym w stro­nę go­ścia. Minę miał po­waż­ną, a oczy sku­pio­ne.

– Lewa stopa tro­chę do tyłu – sko­ry­go­wał go Da­vrel. – I niżej na no­gach.

Nick na­tych­miast po­pra­wił po­sta­wę.

– Tak do­brze? – za­py­tał.

– Tak, a teraz pokaż mi swoje pchnię­cie.

Chło­pak wy­ko­nał szyb­ki ruch w przód.

– Nie­źle. – uśmiech­nął się lord z Arven. – Ale nad kil­ko­ma rze­cza­mi trze­ba jesz­cze po­pra­co­wać. Daj, po­ka­żę ci.

Za­de­mon­stro­wał mu dwa pro­ste pchnię­cia – ostroż­ne, wy­wa­żo­ne – a potem mięk­kie pa­ro­wa­nie. Nick po­wtó­rzył wszyst­ko z za­dzi­wia­ją­cą do­kład­no­ścią, cały czas uważ­nie słu­cha­jąc udzie­la­nych mu rad.

Do­pie­ro gdy skoń­czy­li, męż­czy­zna za­uwa­żył sto­ją­cą w drzwiach Ka­the­ry­ne. Mu­sia­ła ob­ser­wo­wać ich już od ja­kie­goś czasu, bo na jej twa­rzy ma­lo­wał się szcze­ry, sze­ro­ki uśmiech. Choć życie od­ci­snę­ło na niej swoje pięt­no, a mimo mło­de­go wieku, wokół jej oczu widać już było pierw­sze zmarszcz­ki, to gdy tak stała pa­trząc na nich czule, Da­vrel po­my­ślał, że jest na­praw­dę ładna.

– Na dziś chyba wy­star­czy – ode­zwa­ła się cicho. – Chodź­cie teraz coś zjeść. Ko­la­cja go­to­wa.

Wspól­nie ze­szli do głów­nej sali, skąd do ich noz­drzy do­cho­dzi­ła już aro­ma­tycz­na woń pie­czo­ne­go w piwie mięsa.

 

 

Po­ra­nek w Kar­tha­lion był jasny i suchy, za­chę­cał do spa­ce­ru. Da­vrel szedł po­wo­li, chło­nąc at­mos­fe­rę Gór­ne­go Mia­sta. Im dalej na pół­noc, tym mniej było krzy­ków han­dla­rzy i stu­ko­tu kół. Za­miast nich po­ja­wia­ły się dźwię­ki zwią­za­ne z inną sferą życia: sze­lest cięż­kich tka­nin, stuk ob­ca­sów po bruku, szczęk ozdob­nych mie­czy szlach­ci­ców.

Wą­skie za­uł­ki i drew­nia­ne ka­mie­ni­ce znik­nę­ły. Ulice stały się szer­sze, a domy ład­niej­sze – z ja­sne­go ka­mie­nia, wy­so­kie aż na czte­ry kon­dy­gna­cje. Nie­któ­re z nich miały nawet wła­sne małe ogro­dy.

W miarę jak za­głę­biał się dziel­ni­cę moż­nych, męż­czy­znę ota­cza­ła coraz więk­sza cisza. Ha­ła­śli­wy tłum kup­ców i rol­ni­ków zo­stał da­le­ko za nim. Kar­tha­lion stop­nio­wo od­sła­nia­ło przed Da­vre­lem swoje dru­gie ob­li­cze. Mia­sta, ja­kie­go nie wi­dział wcze­śniej ani w Wyrd, ani w Essus. Z każ­dym prze­by­tym kro­kiem jego cie­ka­wość rosła.

Gdy zna­lazł się na od­po­wied­niej ulicy, bez trudu roz­po­znał szu­ka­ny dom: ele­ganc­ki, o kre­mo­wych ścia­nach, z okna­mi ob­ra­mo­wa­ny­mi błę­kit­ny­mi okien­ni­ca­mi. Nie był prze­sad­nie bo­ga­ty, ale wy­ko­na­ny z klasą.

Za­pu­kał dwa razy.

Drzwi otwo­rzy­ły się nie­mal na­tych­miast, jakby ktoś już wcze­śniej do­strzegł go przez szybę. W progu stała około trzy­dzie­sto­let­nia ko­bie­ta o bla­dej cerze i wło­sach w ko­lo­rze ja­sne­go lnu. Jej twarz po­kry­wa­ły de­li­kat­ne piegi.

– Szu­kam lady Co­le­en Camp­bell – za­czął Da­vrel. – Przy­słał mnie przy­ja­ciel z Wyrd, który wspo­mi­nał…

Zanim do­koń­czył, ko­bie­ta przy­ło­ży­ła palec do ust. Wy­chy­li­ła się i ro­zej­rza­ła do­oko­ła, upew­nia­jąc się, że nikt go nie sły­szał.

– Wejdź – szep­nę­ła. – I mów ci­szej.

Gdy wsu­nął się do środ­ka, drzwi za­mknę­ły się za nim cicho.

Wnę­trze domu oka­za­ło się przy­tul­ne i sta­ran­nie urzą­dzo­ne. Meble z ciem­ne­go drew­na, kilka ob­ra­zów przed­sta­wia­ją­cych konie i po­lo­wa­nia, a na kre­den­sie ozdob­ne lu­stro w srebr­nej ramie. Pach­nia­ło tu la­wen­dą i her­ba­tą z cy­try­ną. Zu­peł­nie ina­czej niż w za­dy­mio­nych lo­ka­lach, do któ­rych przy­wykł pod­czas po­dró­ży.

Kiedy zna­leź­li się w sa­lo­nie, ko­bie­ta po­wo­li, nie­mal osten­ta­cyj­nie, za­mknę­ła drzwi pro­wa­dzą­ce na ko­ry­tarz, a potem jesz­cze jedne – do kuch­ni. Ge­stem wska­za­ła mu miej­sce przy stole.

– Ro­zu­miem, że mam przy­jem­ność z lady Co­le­en? – uprzej­mie za­py­tał ją Da­vrel.

Ski­nę­ła głową.

– A ty? – rzu­ci­ła w od­po­wie­dzi. – Kim je­steś i czemu mnie szu­kasz?

– Na­zy­wam się Da­vrel Gris, po­cho­dzę z Arven w…

– W pro­win­cji Kade – do­koń­czy­ła za niego. – Jak pew­nie wiesz, też je­stem z Po­łu­dnia. Choć w tych stro­nach to ra­czej rzad­kość.

Uśmiech­nę­ła się słabo.

– Mo­że­my roz­ma­wiać otwar­cie? – Szlach­cic spoj­rzał ko­bie­cie pro­sto w oczy. Ta wzdry­gnę­ła się lekko.

– Po­cze­kaj chwi­lę…

Wyj­rza­ła na ko­ry­tarz i upew­ni­ła się, że słu­żą­ca wciąż krzą­ta się w kuch­ni. Męż­czy­zna ob­ser­wo­wał ją uważ­nie. Choć spra­wia­ła wra­że­nie lekko zde­ner­wo­wa­nej, to w jej ru­cham było też coś sen­ne­go. Mimo smu­kłej syl­wet­ki, sko­ja­rzy­ła się Da­vre­lo­wi z tłu­stym, le­ni­wym kotem.

– Teraz – oznaj­mi­ła spo­koj­nie, zaj­mu­jąc miej­sce przy stole, na­prze­ciw go­ścia.

– Przy­by­wam z roz­ka­zu króla Grona Thun­derc­lo­uda – bez ogró­dek oświad­czył lord z Arven. – Wiozę listy dla sir Fran­ci­sa de Bach­ma­ko­va i króla Gor­do­na… – Zer­k­nął na Co­le­en, ocze­ku­jąc ja­kiejś re­ak­cji, ale ko­bie­ta je­dy­nie przy­gry­zła górną wargę.

– Mhm… – mruk­nę­ła w za­my­śle­niu, bar­dziej do sie­bie niż do swo­je­go roz­mów­cy. – Ach ten Gron, za­wsze mnie w coś wpa­ku­je… Nie mam bez­po­śred­nie­go do­stę­pu do do­wód­cy gwar­dii – oznaj­mi­ła po krót­kim na­my­śle – ale może uda­ło­by mi się zor­ga­ni­zo­wać spo­tka­nie z sir Bar­tho­lo­mew Hop­pem. To do­wód­ca stra­ży pa­ła­co­wej i za­ufa­ny czło­wiek de Bach­ma­ko­va.

Rzu­ci­ła Da­vre­lo­wi py­ta­ją­ce spoj­rze­nie.

Męż­czy­zna po­krę­cił głową.

– Listy muszą być od­da­ne do rąk wła­snych de Bach­ma­ko­va, więc jeśli…

– Ro­zu­miem – prze­rwa­ła mu de­li­kat­nie, ale sta­now­czo. – I uwierz mi, chcia­ła­bym pomóc. Ale mam ogra­ni­czo­ne moż­li­wo­ści. W tej chwi­li Hopp to naj­lep­sze co mogę ci za­pro­po­no­wać.

Szlach­cic po­now­nie przyj­rzał się Co­le­en. Choć de­li­kat­na, ary­sto­kra­tycz­na uroda w po­łą­cze­niu ze spo­koj­nym spo­so­bem mó­wie­nia zda­wa­ły się nada­wać jej ospa­łe­go wy­glą­du, to po­środ­ku twa­rzy ja­śnia­ła para czuj­nych i by­strych oczu.

Wie­dzio­ny na­głym im­pul­sem, kiw­nął głową.

– Zatem zgoda – oznaj­mił. – Niech bę­dzie Hopp. Zor­ga­ni­zu­jesz spo­tka­nie?

– Tak, ale nie od razu. Po­trze­bu­ję czasu.

– Ile?

– Dwa dni – od­par­ła z lek­kim wa­ha­niem. – Gdzie cię znaj­dę?

– Za­trzy­ma­łem się w go­spo­dzie Pod Ró­żo­wym Pro­sia­kiem, pod na­zwi­skiem Grey­ma­ne.

– Mą­drze. – Ko­bie­ta ski­nę­ła głową i od­chy­li­ła się na opar­cie krze­sła. Pierw­szy raz odkąd otwo­rzy­ła mu drzwi, jej ra­mio­na mi­ni­mal­nie się roz­luź­ni­ły.

Da­vrel pod­niósł się z krze­sła.

– Już wy­cho­dzisz? – zdzi­wi­ła się go­spo­dy­ni. – My­śla­łam, że do­trzy­masz mi to­wa­rzy­stwa cho­ciaż chwi­lę dłu­żej.

Lord z Arven po­słał jej za­sko­czo­ne spoj­rze­nie.

– Rzad­ko przyj­mu­je­my gości. Po czę­ści ze wzglę­du na moje po­łu­dnio­we po­cho­dze­nie – wy­ja­śni­ła szcze­rze. – Tu­tej­sza szlach­ta nigdy tak na­praw­dę mnie nie za­ak­cep­to­wa­ła. To­le­ru­ją moją obec­ność je­dy­nie ze wzglę­du na Johna.

– A czym, jeśli można wie­dzieć, zaj­mu­je się twój mąż? – Szlach­cic na po­wrót zajął miej­sce przy stole.

– Jest za­rząd­cą sto­łecz­nych staj­ni… I nie śmiej się, do­glą­da­nie kró­lew­skich koni to od­po­wie­dzial­ne za­ję­cie – rzu­ci­ła, opatrz­nie in­ter­pre­tu­jąc uśmiech, który po jej sło­wach po­ja­wił się na twa­rzy go­ścia.

– To nie tak – wy­ja­śnił lekko zmie­sza­ny męż­czy­zna. – Sam rów­nież pro­wa­dzę w Arven ho­dow­lę. Mam tro­chę ra­so­wych źre­ba­ków z Therm.

Co­le­en unio­sła brwi.

– Nie wy­glą­dasz na ho­dow­cę – oświad­czy­ła. – Ra­czej na po­szu­ki­wa­cza przy­gód.

– Mia­łem na­dzie­ję zo­sta­wić ten etap za sobą – wes­tchnął. – Ale jedno nie wy­klu­cza dru­gie­go.

Ko­bie­ta ro­ze­śmia­ła się cicho.

– Cza­sem los płata nam różne figle – po­wie­dzia­ła lekko, ale jej dło­nie na mo­ment za­ci­snę­ły się w pie­ści. Roz­pro­sto­wa­ła je i wpa­trzo­na w opusz­ki pal­ców do­da­ła: – Ważne jest to, jak sobie z nimi ra­dzi­my i czy po­tra­fi­my wy­cią­gać z nich wła­ści­we wnio­ski.

Nie wie­dząc czy ta ostat­nia uwaga miała cha­rak­ter oso­bi­sty i wią­za­ła się z prze­szło­ścią ko­bie­ty, lord z Arven po­sta­no­wił zmie­nić temat.

– A czy two­je­mu mę­żo­wi nie prze­szka­dza, że utrzy­mu­jesz kon­tak­ty z Po­łu­dniem? Zwłasz­cza teraz, po ogło­sze­niu nie­pod­le­gło­ści? – za­py­tał.

– John mnie kocha i tylko to się liczy. Poza tym ni­cze­go przed nim nie ukry­wa­łam. Od po­cząt­ku wie­dział o moim po­cho­dze­niu – od­par­ła, uno­sząc pod­bró­dek.

– Ro­zu­miem. Masz zatem dużo szczę­ścia… – W gło­sie szlach­ci­ca mi­mo­wol­nie wy­brzmia­ła odro­bi­na smut­ku.

– A ty? – za­py­ta­ła go­spo­dy­ni, za­uwa­żyw­szy tę nagłą zmia­nę.

– Oba­wiam się, że to opo­wieść na inny dzień. Teraz na­praw­dę muszę już wra­cać.

Choć sta­rał się nadać swoim sło­wom swo­bod­ne brzmie­nie, w po­miesz­cze­nie na chwi­lę za­pa­no­wa­ła cisza. W końcu Co­le­en ski­nę­ła głową, a potem wsta­ła i otwo­rzy­ła drzwi na ko­ry­tarz. Da­vrel bez słowa po­dą­żył za nią do wyj­ścia.

Gdy zna­leź­li się w sieni, ko­bie­ta za­trzy­ma­ła się i po­now­nie ob­ró­ci­ła w stro­nę go­ścia. Na jej twa­rzy ma­lo­wa­ło się zmę­cze­nie, jakby lata spę­dzo­ne w cie­niu wiel­kiej po­li­ty­ki nagle po­sta­no­wi­ły dać o sobie znać.

– Po­wo­dze­nia, sir Da­vre­lu Gris – wy­szep­ta­ła, a potem na­chy­li­ła się i szyb­ko mu­snę­ła usta­mi jego po­li­czek. – Niech los ci sprzy­ja.

– Wza­jem­nie, lady Co­le­en – od­parł, mi­ja­jąc próg.

 

Gdy tylko drzwi domu Camp­bel­lów za­mknę­ły się za nim, do uszu Da­vre­la na nowo do­le­ciał gwar ze­wnętrz­ne­go świa­ta.

A choć w Gór­nym Mie­ście pa­no­wał spo­kój, to w po­rów­na­niu z nie­na­tu­ral­ną ciszą do­mo­stwa Co­le­en nawet on wydał mu się ni­czym bi­tew­ny ryk. Na­to­miast w miarę jak od­da­lał się od dziel­ni­cy moż­nych, do­oko­ła po­wra­ca­ły ob­ra­zy co­dzien­ne­go życia – gło­śne roz­mo­wy, śmie­chy, stra­chli­we gda­ka­nie kur na po­bli­skim targu. Męż­czy­zna z przy­jem­no­ścią na nowo za­to­pił się w szu­mie ulicy.

Idąc środ­kiem bru­ko­wa­ne­go trak­tu, Da­vrel my­ślał o sło­wach ku­zyn­ki króla. Za­sta­na­wiał się, czy do­brze zro­bił zga­dza­jąc się na spo­tka­nie z Hop­pem. A co jeśli do­wód­ca pa­ła­co­wej stra­ży każe go poj­mać? Jak wtedy wy­peł­ni swoją misję? I co w takim wy­pad­ku sta­nie się z próbą unik­nię­cia wojny?

Jego roz­my­śla­nia prze­rwał nagły huk kopyt.

– Uwa­żaj! – krzyk­nął ktoś z lewej.

Z bocz­nej ulicz­ki wy­padł jeź­dziec. Pę­dził jak opę­ta­ny, a jego koń śli­zgnął się na po­kry­tych lodem ka­mie­niach. Lord z Arven od­sko­czył w ostat­niej chwi­li. Już nie­mal czuł na ra­mie­niu go­rą­cy od­dech zwie­rzę­cia.

Tym­cza­sem, za­miast zo­stać stra­to­wa­nym, zde­rzył się z nad­cho­dzą­cą z prze­ciw­nej stro­ny chod­ni­ka osobą.

Księ­gi i zwoje z hu­kiem roz­sy­pa­ły się po bruku.

Szlach­cic pod­niósł wzrok.

Przed sobą zo­ba­czył młodą ko­bie­tę. Odzia­na była w płaszcz z fu­trza­nym koł­nie­rzem, a na gło­wie miała zie­lo­no-szkar­łat­ną chu­s­tę, spod któ­rej wy­sta­wa­ły ko­smy­ki ciem­nych jak heban wło­sów.

– Prze­pra­szam naj­moc­niej – wy­bąk­nął, schy­la­jąc się po le­żą­cy naj­bli­żej tom.

W tym samym mo­men­cie ko­bie­ta rów­nież się­gnę­ła po cy­me­lium.

Ich palce ze­tknę­ły się tuż nad księ­gą.

Da­vre­la prze­szedł gwał­tow­ny dreszcz.

 

---

 

Stał na roz­le­głej rów­ni­nie, a wokół niego to­czy­ła się bitwa. Sły­szał rże­nie koni oraz ago­nal­ne krzy­ki żoł­nie­rzy.

Ob­ró­cił się i na wprost sie­bie zo­ba­czył mło­de­go ry­ce­rza w czer­wo­no-zło­tych bar­wach. Wal­czył bez hełmu, a ciem­ne loki spły­wa­ły mu na spo­co­ne czoło.

Wokół niego kłę­bił się tłum na­past­ni­ków. Na ich tar­czach Da­vrel roz­po­znał herb Kade – złoty je­sion na błę­kit­nym tle.

Męż­czy­zna wy­da­wał się oto­czo­ny, a jed­nak nie tra­cił ani­mu­szu. Krót­ki­mi, pre­cy­zyj­ny­mi ude­rze­nia­mi po­wa­lał ko­lej­nych wro­gów.

Lord z Arven ru­szył w jego stro­nę.

 

---

 

Wtem wizja znik­nę­ła, tak samo nagle jak się po­ja­wi­ła.

Zdez­o­rien­to­wa­ny szlach­cic spoj­rzał na na­chy­lo­ną tuż obok niego ko­bie­tę. W jej ciem­nych oczach do­strzegł cień stra­chu.

– Ty… je­steś ma­giem gwiazd… – wy­szep­tał za­sko­czo­ny.

Nie­zna­jo­ma cof­nę­ła się gwał­tow­nie, ści­ska­jąc po­zo­sta­łe przy pier­si księ­gi tak mocno, jakby mogło ją to ochro­nić przed tym, co sama rów­nież zo­ba­czy­ła.

Bez słowa wy­pro­sto­wa­ła się, a potem bły­ska­wicz­nie od­wró­ci­ła przez ramię.

Zanim zdez­o­rien­to­wa­ny Da­vrel zdą­żył za­re­ago­wać, znik­nę­ła w pły­ną­cym ulicą stru­mie­niu ludzi. W od­da­li zo­ba­czył je­dy­nie zie­lon­ka­wy re­fleks jej chu­s­ty oraz wy­sta­ją­cy spod niej ciem­ny war­kocz. Chwi­lę póź­niej po ko­bie­cie nie po­zo­stał już żaden ślad.

Echo do­zna­nej wizji wciąż bo­le­śnie pul­so­wa­ło mu w gło­wie. Zaraz za nim po­ja­wi­ły się py­ta­nia. Kim była ta­jem­ni­cza nie­zna­jo­ma? I dla­cze­go ucie­kła, jakby się cze­goś bała?

 

 

Ra­nek w go­spo­dzie Pod Ró­żo­wym Pro­sia­kiem pach­niał świe­żo pie­czo­nym chle­bem i zio­ła­mi, hojnie dodanymi przez Katheryne do ja­jecz­ni­cy. Od wi­zy­ty w domu Camp­bel­lów mi­nę­ły dwa ciche dni, pod­czas któ­rych Da­vrel po­zna­wał Kar­tha­lion.

Po­ran­ki spę­dzał na dłu­gich spa­ce­rach. Od­wie­dzał pełne przy­praw targi, prze­cha­dzał się pod po­ły­sku­ją­cy­mi błę­ki­tem mu­ra­mi lub po pro­stu bez celu szedł przed sie­bie. Wie­czo­ry na­to­miast mi­ja­ły mu na roz­mo­wach z go­spo­dy­nią i krót­kich lek­cjach szer­mier­ki udzie­lanych pod­eks­cy­to­wa­ne­mu Nic­ko­wi.

Tego dnia sie­dział przy śnia­da­niu, a w dłoni trzy­mał po­żół­kłą kart­kę pa­pie­ru, na któ­rej po­da­ne były miej­sce i czas spo­tka­nia z sir Bar­tho­lo­mew Hop­pem.

Obok niego Nick z za­pa­łem wsu­wał ko­lej­ne kęsy chle­ba, jakby oba­wiał się, że ta­lerz zaraz znik­nie mu sprzed nosa.

– A mó­wi­łam ci wczo­raj, żebyś zjadł nor­mal­ną ko­la­cję – mruk­nę­ła Ka­the­ry­ne z uda­wa­ną iry­ta­cją, sta­wia­jąc przed nimi nową miskę z owsian­ką.

– Jem, bo rosnę! – obu­rzył się chło­pak, jak gdyby już samo to było wy­star­cza­ją­cym uspra­wie­dli­wie­niem jego ape­ty­tu.

Da­vrel uśmiech­nął się pod nosem.

– No to kiedy po­ka­żesz mi swój miecz? – rzu­cił Nick, prze­ry­wa­jąc jego roz­my­śla­nia. Oczy błysz­cza­ły mu jak u dziec­ka, które pierw­szy raz widzi grze­chot­kę.

Męż­czy­zna uniósł brew.

– Mó­wi­łem ci – od­parł spo­koj­nie. – Do­pie­ro po tym, jak po­ka­żesz mi pra­wi­dło­wo wy­ko­na­ne pchnię­cie.

Młody Dril­let tylko prze­wró­cił ocza­mi.

– A czy to twoje ostrze ma cho­ciaż ja­kieś imię? – za­py­tał.

– Nie. – Szlach­cic po­krę­cił głową. – Broń nie po­win­na mieć imion.

– Prze­ciw­nie, wszy­scy wiel­cy ry­ce­rze na­zy­wa­li swoje mie­cze! A może… hmm… Do­oms­bla­de? Albo… Wi­dow­ma­ker… – Nick za­czął ge­sty­ku­lo­wać ży­wio­ło­wo, uda­jąc, że wy­ma­chu­je nie­wi­dzial­nym ostrzem.

– Chyba na dzi­siaj wy­star­czy już tych fan­ta­zji – ucię­ła Ka­the­ry­ne i klep­nę­ła chło­pa­ka w ramię. – Idź zo­bacz, czy konie mają wodę.

– Ale prze­cież do­pie­ro co tam byłem! – jęk­nął.

– Nie szko­dzi. Idź i upew­nij się jesz­cze raz. – Jej ton nie po­zo­sta­wiał miej­sca na dys­ku­sję.

Z cięż­kim wes­tchnie­niem, chło­pak od­su­nął krze­sło i po­wlókł się do drzwi, mam­ro­cząc coś o dziel­nych ry­cer­zach za­słu­gu­ją­cych na lep­sze trak­to­wa­nie.

Gdy jego kroki uci­chły, Ka­the­ry­ne spoj­rza­ła na Da­vre­la uważ­nie. Tak, jakby chcia­ła do­strzec w nim coś ukry­te­go pod war­stwą woj­sko­wych ma­nier i zmę­cze­nia.

– Na­praw­dę cię lubi – po­wie­dzia­ła cicho. – A to nie zda­rza się czę­sto.

Na dźwięk jej słów lord z Arven po­czuł lek­kie ukłu­cie w pier­si.

– Ja też go lubię – przy­znał. – To dobry chło­pak.

Ko­bie­ta kiw­nę­ła głową.

– Tylko le­ni­wy – do­da­ła. – Pew­nie po ojcu.

Męż­czy­zna nie od­po­wie­dział.

– A tak w ogóle – ode­zwa­ła się po chwi­li, sia­da­jąc na­prze­ciw niego – mów mi Kate. Nikt, z wy­jąt­kiem po­bor­ców po­dat­ko­wych i mojej matki, nie zwra­ca się do mnie peł­nym imie­niem. Brzmi strasz­nie po­waż­nie, a już szcze­gól­nie w two­ich ustach.

 – Do­brze, Kate. – Da­vrel ski­nął głową.

Go­spo­dy­ni uśmiech­nę­ła się, a jej spoj­rze­nie na mo­ment stało się ła­god­niej­sze. Szyb­ko jed­nak spo­waż­nia­ło.

– Kiedy wy­jeż­dżasz? – za­py­ta­ła nagle.

Szlach­cic spoj­rzał w okno w taki spo­sób, jak gdyby szu­kał tam od­po­wie­dzi.

– Jesz­cze nie wiem… – od­po­wie­dział z na­my­słem. – Nadal mam tu jedną spra­wę do za­ła­twie­nia.

Ko­bie­ta przez uła­mek se­kun­dy wy­glą­da­ła, jakby chcia­ła zadać ko­lej­ne py­ta­nie. Zza jej za­ci­śnię­tych ust nie wy­do­sta­ły się jed­nak żadne słowa. Kiw­nę­ła je­dy­nie głową, a w jej oczach po­ja­wił się cień za­nie­po­ko­je­nia.

Przez chwi­lę żadne z nich się nie od­zy­wa­ło. A mimo to pa­nu­ją­ca w izbie cisza nie była nie­zręcz­na. Był w niej jakiś spo­kój. Jakby wszyst­kie dzie­lą­ce ich róż­ni­ce na mo­ment stra­ci­ły na zna­cze­niu.

W końcu męż­czy­zna po­dzię­ko­wał za śnia­da­nie i wstał od stołu.

 

Park znaj­do­wał się na lek­kim wznie­sie­niu, z któ­re­go roz­cią­gał się widok na znacz­ną część Kar­tha­lion: na czer­wo­ne dachy i lśnią­ce wieże, na mo­nu­men­tal­ne, skrzą­ce się w słoń­cu mury, a przede wszyst­kim na zamek kró­lew­ski, gó­ru­ją­cy nad mia­stem ni­czym ka­mien­na ko­ro­na.

Da­vrel sie­dział na ni­skim murku, uda­jąc przy­pad­ko­we­go prze­chod­nia. W jego po­sta­wie za­uwa­żyć można było jed­nak czuj­ność czło­wie­ka, który nie wie, czego się spo­dzie­wać. Czuł na sobie cie­kaw­skie spoj­rze­nia spa­ce­ru­ją­cych alej­ka­mi par, a każda spę­dzo­na na ocze­ki­wa­niu chwi­la wy­da­wa­ła mu się nie­mi­ło­sier­nie długa.

– Prze­pra­szam… – ode­zwał się w końcu ktoś tuż obok niego.

Szlach­cic obej­rzał się w tamtą stro­nę.

Przed nim stał wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny je­go­mość w ele­ganc­kim płasz­czu za­pi­na­nym pod szyję. Miał gęste brą­zo­we włosy i sta­ran­nie za­dba­ną brodę. Na­to­miast jego spoj­rze­nie wy­ra­ża­ło pew­ność sie­bie czło­wie­ka, który nie musi pod­no­sić głosu, by być słu­cha­nym.

– Czy nie zaj­mu­je się pan przy­pad­kiem… końmi? – za­py­tał tonem swo­bod­nej po­ga­węd­ki. – Chciał­bym kupić źre­ba­ka dla żony, więc zna­jo­ma umó­wi­ła mnie w tym parku z jed­nym han­dla­rzem. Nie­ste­ty, nie opi­sa­ła go zbyt szcze­gó­ło­wo.

Nie zmie­nia­jąc wy­ra­zu twa­rzy, szlach­cic od­po­wie­dział, zgod­nie z przy­sła­ny­mi przez Co­le­en wy­tycz­ny­mi:

– Jeśli szuka pan konia na pre­zent, to żadne nie do­rów­nu­ją tym z Therm.

Po jego sło­wach oczy nie­zna­jo­me­go roz­bły­sły po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Bar­tho­lo­mew Hopp – przed­sta­wił się krót­ko, lekko skła­nia­jąc głowę. – Może się przej­dzie­my?

Lord z arven wstał z murku i ru­szył za do­wód­cą stra­ży.

Po kilku kro­kach Hopp ode­zwał się po­now­nie:

– Po­dob­no za­le­ży ci na spo­tka­niu z sir Fran­ci­sem de Bach­ma­ko­vem. Mogę wie­dzieć dla­cze­go?

– Będę szcze­ry – za­czął Da­vrel, ści­sza­jąc głos. – Przy­wio­złem listy od króla Grona Thun­derc­lo­uda. Jeden jest dla ge­ne­ra­ła de Bach­ma­ko­va.

– A po­zo­sta­łe?

– Jesz­cze tylko jeden. Dla króla Gor­do­na.

Se­meń­czyk ze świ­stem wy­pu­ścił po­wie­trze, a potem spoj­rzał na swo­je­go roz­mów­cę.

– A niech mnie, żeby tak po pro­stu wje­chać do Kar­tha­lion i do­ma­gać się au­dien­cji z do­wód­cą gwar­dii… – po­wie­dział mru­żąc oczy. – Mu­sisz być albo na­praw­dę od­waż­ny albo sza­lo­ny – dodał ze śmie­chem.

– A może jedno i dru­gie? – od­parł nie­wzru­szo­ny szlach­cic.

Hopp za­trzy­mał się na mo­ment.

– Masz je przy sobie? – za­py­tał. – Te listy?

Da­vrel prze­czą­co po­krę­cił głową.

– Ukry­łem je w mie­ście.

– I bar­dzo do­brze. Le­piej, żeby nie wpa­dły w nie­po­wo­ła­ne ręce. Chodź­my po nie zatem!

– Oba­wiam się, że to nie takie pro­ste.

– A to dla­cze­go? – Brwi do­wód­cy stra­ży unio­sły się lekko.

– Bo mam je oddać tylko do rąk wła­snych sir Fran­ci­sa. – Mina Da­vre­la była tak po­waż­na, że uśmiech na­tych­miast znik­nął z twa­rzy jego roz­mów­cy.

– Ty chyba nie mó­wisz po­waż­nie? – rzu­cił.

– Prze­ciw­nie, w ta­kich spra­wach nigdy nie żar­tu­ję – spo­koj­nie od­po­wie­dział lord z Arven.

Do­wód­ca stra­ży po­now­nie zmie­rzył go wzro­kiem.

– A niech mnie… – po­wtó­rzył.

Za­pa­dła chwi­la na­pię­te­go mil­cze­nia, pod­czas któ­re­j w jego spoj­rze­niu od­ma­lo­wał się we­wnętrz­ny kon­flikt.

– Wiesz, co ozna­cza śmierć Ve­sting­sa? – spy­tał w końcu.

Da­vrel ski­nął głową.

– Po­łu­dnie prze­kro­czy­ło gra­ni­cę – od­po­wie­dział nie­mal szep­tem. – Wojna wisi w po­wie­trzu.

– I obie stro­ny po­nio­są tego kon­se­kwen­cje – dodał Hopp, a na jego twa­rzy po­ja­wił się cień. –  Wiel­ki Kanc­lerz Lu­cius Se­ren­no prze­ko­nał radę kró­lew­ską, by zwo­ła­ła armię. Już za kilka ty­go­dni żoł­nie­rze wy­ru­szą za rzekę…

Szlach­cic uniósł wzrok.

– Zatem nie da się unik­nąć roz­le­wu krwi? – za­py­tał gło­sem, w któ­rym wciąż tliła się iskier­ka na­dziei.

Se­meń­czyk wes­tchnął cięż­ko.

Da­vrel ze zdzi­wie­niem od­no­to­wał jak wiele emo­cji wzbu­dza w jego roz­mów­cy po­ru­szo­ny temat.

– Wojna nigdy nie jest dobra – od­po­wie­dział po chwi­li ofi­cer. – Nawet je­że­li cza­sem wy­da­je się ko­niecz­na. Ale jeśli można jej za­po­biec, to nie na­le­ży się wahać.

Po jego sło­wach za­pa­no­wa­ła krót­ka cisza. Obaj męż­czyź­ni pa­trzy­li na sie­bie z uwagą.

– Dla miesz­kań­ców Pół­no­cy Gron Thun­derc­lo­ud to zwy­kły bun­tow­nik – ode­zwał się wresz­cie Hopp, na co Da­vrel skrzy­wił się lekko, za­cho­wał jed­nak spo­kój. – Dla­te­go nie mogę obie­cać spo­tka­nia z de Bach­ma­ko­vem. Ale jeśli nada­rzy się ku temu oka­zja, to nasza wspól­na zna­jo­ma prze­ka­że ci sto­sow­ną wia­do­mość.

W od­po­wie­dzi szlach­cic tylko ski­nął głową. Choć do­wód­ca stra­ży nie za­ofe­ro­wał mu żad­nych kon­kre­tów, i tak było to naj­lep­sze, na co mógł w tej chwi­li li­czyć. Od­wró­cił się i bez słowa ru­szył w stro­nę bramy wyj­ścio­wej.

 

Wra­ca­jąc z parku, Da­vrel skrę­cił na tar­go­wi­sko. Mimo nad­cho­dzą­ce­go zmierz­chu plac tęt­nił ży­ciem. Kramy za­sta­wio­ne były wa­rzy­wa­mi, tka­ni­na­mi i ko­ra­li­ka­mi, a gło­śne tar­go­wa­nie i za­pach sma­żo­nej ce­bu­li mie­sza­ły się w po­wie­trzu.

Gdy prze­py­chał się przez za­tło­czo­ną alej­kę, po­czuł nagle lekki, nie­mal nie­zau­wa­żal­ny na­cisk na ramię. Jakby któ­ryś z prze­chod­niów nie­umyśl­nie go po­trą­cił.

Pró­bu­jąc ustą­pić miej­sca, szlach­cic od­ru­cho­wo uniósł wyżej ręce.

Wła­śnie wtedy za­uwa­żył gołą skórę palca tam, gdzie jesz­cze przed chwi­lą znaj­do­wał się pier­ścień ze szma­rag­dem – dar od Ga­la­nei.

Za­marł na uła­mek chwi­li. A potem od­wró­cił się gwał­tow­nie.

Kątem oka do­strzegł szczu­płą ko­bie­tę w po­pie­la­tym kap­tu­rze, od­da­la­ją­cą się szyb­kim kro­kiem. Ści­ska­ła coś w za­ci­śnię­tej dłoni. Gdy obej­rza­ła się przez ramię, ich spoj­rze­nia się spo­tka­ły. Zaraz potem ciem­ne, zu­chwa­łe i po­zba­wio­ne wy­rzu­tów su­mie­nia oczy znik­nę­ły w wy­peł­nia­ją­cym plac tłu­mie.

Da­vrel za­klął i ru­szył w po­ścig.

Prze­dzie­ra­jąc się przez ciżbę, za­uwa­żył jak zło­dziej­ka wci­ska się w wąski, bocz­ny za­ułek. Po­dą­żał za nią, od­bi­ja­jąc się bar­kiem od śli­skich ścian.

Po­czuł nagły przy­pływ ad­re­na­li­ny. Ko­bie­ta była nie­zwy­kle zwin­na. Prze­ska­ki­wa­ła przez skrzy­nie, prze­ci­ska­ła się mię­dzy becz­ka­mi, a na ko­niec wspię­ła po drew­nia­nym pło­cie tak, jakby ro­bi­ła to setki razy.

Szlach­cic bez na­my­słu rzu­cił się za nią. Naj­pierw na par­kan, potem na kra­wędź ni­skie­go dasz­ku. Śnieg i pył osu­nę­ły się spod jego butów, ale utrzy­mał rów­no­wa­gę. Szyb­ko prze­biegł po ob­lo­dzo­nych da­chów­kach, sko­czył na są­sied­ni bu­dy­nek. Za wolno. Zło­dziej­ka była już na prze­ciw­le­głym końcu dachu.

Spoj­rza­ła raz jesz­cze przez ramię i… po­peł­ni­ła błąd.

Za­ha­czy­ła nogą o nie­rów­no wy­sta­ją­cy komin. Za­sko­czo­na, ru­nę­ła pro­sto przed sie­bie. Nie mar­nu­jąc ani chwi­li, lord z Arven do­sko­czył do niej, chwy­ta­jąc ją za ra­mio­na. Pró­bo­wa­ła się wy­rwać, pod­ci­na­jąc go kop­nię­ciem. Męż­czy­zna nie zwol­nił jed­nak uści­sku. Razem sto­czy­li się z ni­skie­go gzym­su, lą­du­jąc cięż­ko w śnie­gu na ka­mien­nej ulicy.

Zanim ko­bie­ta zdo­ła­ła wstać, szlach­cic przy­parł ją do muru unie­ru­cha­mia­jąc jej ręce. Czuł przy­spie­szo­ne bicie jej serca pod cien­kim płasz­czem i cie­pły od­dech na swo­jej szyi. A także ból w barku po zde­rze­niu z chod­ni­kiem. Przez chwi­lę żadne z nich się nie od­zy­wa­ło. W wą­skim, za­cie­nio­nym przej­ściu sły­chać było je­dy­nie gło­śne, nie­rów­ne od­de­chy.

– Tam, skąd po­cho­dzę – szep­nął zimno Da­vrel – zło­dzie­jom od­ci­na się dło­nie.

Oczy zło­dziej­ki bły­snę­ły gnie­wem.

– Na twoim miej­scu nie chwa­li­ła­bym się tak swoim po­cho­dze­niem – od­par­ła, roz­po­zna­jąc jego po­łu­dnio­wy ak­cent, a w jej gło­sie za­brzmiał cień groź­by.

W tej samej chwi­li w wej­ściu do za­uł­ka po­ja­wił się straż­nik.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­tał, przy­glą­da­jąc się im po­dejrz­li­wie.

– Tak – od­po­wie­dział szlach­cic, nie od­wra­ca­jąc nawet głowy, choć serce dud­ni­ło mu jak osza­la­łe.

– W jak naj­lep­szym – do­da­ła jego to­wa­rzysz­ka. – To pry­wat­na roz­mo­wa.

Żoł­nierz wes­tchnął cięż­ko, wzru­szył ra­mio­na­mi i od­szedł, naj­wy­raź­niej zbyt za­pra­co­wa­ny, by za­wra­cać sobie głowę ko­lej­ną miej­ską sprzecz­ką.

Lord z Arven przy­bli­żył twarz do twa­rzy ko­bie­ty.

– Oddaj pier­ścień – wark­nął, lekko roz­luź­nia­jąc chwyt.

Przez mo­ment pa­trzy­ła na niego, za­ci­ska­jąc usta. W końcu się­gnę­ła dło­nią do kie­sze­ni.

W pół­mro­ku mię­dzy nimi bły­snę­ła zie­lon­ka­wa po­świa­ta.

Zło­dziej­ka wy­cią­gnę­ła rękę w jego stro­nę, ale gdy zła­pał za ka­mień nie roz­luź­ni­ła uści­sku. Spojrza­ła mu pro­sto w oczy. Do­pie­ro po chwi­li jej chwyt ze­lżał. Da­vrel szyb­ko na po­wrót wsu­nął pier­ścień na palec.

Od­su­nął się o pół kroku i do­pie­ro teraz do­kład­niej przyj­rzał zła­pa­nej ko­bie­cie. Miała krót­kie, się­ga­ją­ce ra­mion włosy i wąską talię. Swoją syl­wet­ką – smu­kłą, ale z krą­gło­ścia­mi, któ­rych trud­no było nie za­uwa­żyć, zde­cy­do­wa­nie przy­cią­ga­ła wzrok. Nie była może zbyt uro­dzi­wa z twa­rzy, ale w całym jej wy­glą­dzie było coś po­cią­ga­ją­ce­go.

I dra­pież­ne­go. Jak u dzi­kie­go kota.

– Za taki klej­not – wy­szep­ta­ła z odro­bi­ną żalu – mo­gła­bym do­stać na­praw­dę nie­złą sumkę.

– Spró­buj może uczci­wej pracy – mruk­nął szlach­cic.

– W Kar­tha­lion? – prych­nę­ła. – Tutaj to nie takie pro­ste. A przy­naj­mniej nie dla ta­kich jak ja.

 – Czyli ja­kich?

– Ubo­gich, kalek, od­rzu­co­nych. Pod pięk­ny­mi mu­ra­mi, które wi­dzisz, mia­sto skry­wa dru­gie, dużo brzyd­sze, ob­li­cze.

Jej oczy bły­snę­ły, gdy do­da­ła:

– Mo­gła­bym długo wy­li­czać, ale może wo­lisz sam się prze­ko­nać? – W tonie z jakim to po­wie­dzia­ła po­brzmie­wa­ła nuta wy­zwa­nia. – Mógł­byś potem opo­wie­dzieć o tym swo­je­mu kró­lo­wi. No chyba, że się boisz…

Męż­czy­zna za­wa­hał się na mo­ment, ale w końcu cie­ka­wość wzię­ła górę. W mil­cze­niu ski­nął głową.

Zło­dziej­ka od­wró­ci­ła się i ru­szy­ła w stro­nę wy­lo­tu za­uł­ka. Da­vrel po­dą­żył za nią. Po chwi­li oboje znik­nę­li w miej­skim tłu­mie.

 

Im dłu­żej szli, tym bar­dziej zmie­nia­ło się oto­cze­nie. Ka­mien­ne fa­sa­dy ustą­pi­ły miej­sca ob­dra­pa­nym ścia­nom, zza któ­rych do­bie­ga­ły płacz dziec­ka lub pi­jac­kie wrza­ski. Po­wie­trze zgęst­nia­ło. Z każ­dym kro­kiem sta­wa­ło się cięż­sze, sil­niej prze­sy­co­ne wil­go­cią.

W pew­nym mo­men­cie chod­nik po pro­stu się urwał.

Za­trzy­ma­li się przed ciem­ną szcze­li­ną mię­dzy bu­dyn­ka­mi, pro­wa­dzą­cą w dół po zim­nych, mo­krych stop­niach.

– To jak, ry­ce­rzu? Gotów na spo­tka­nie z praw­dzi­wym ob­li­czem Kar­tha­lion? – rzu­ci­ła za­czep­nie zło­dziej­ka.

– Nie prze­stra­szę się ciem­nych scho­dów, jeśli o to py­tasz – od­burk­nął Da­vrel. Od­ru­cho­wo po­pra­wił jed­nak pas z bro­nią.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się iro­nicz­nie.

– Na to wła­śnie li­czy­łam – rzu­ci­ła. – Aha, i jesz­cze jedno. – Wy­cią­gnę­ła w jego kie­run­ku dłoń o dłu­gich pal­cach. – Je­stem Ve­re­ena.

– Da­vrel.

Ski­nę­ła mu głową, a potem od­wró­ci­ła się i znik­nę­ła w mroku.

W miarę jak scho­dzi­li coraz głę­biej do ka­na­łów, smród stę­chli­zny i brud­nej wody tylko przy­bie­rał na sile. Po­wie­trze na­bra­ło me­ta­licz­ne­go smaku, a pod wpły­wem ci­śnie­nia po­ja­wi­ło się pul­so­wa­nie w uszach. Ciem­ność po­chła­nia­ła ich krok po kroku, a je­dy­ny­mi dźwię­ka­mi po­zo­sta­wa­ły echo kro­ków i ich wła­sne od­de­chy.

Gdy tunel gwał­tow­nie skrę­cił w prawo, po­ja­wił się pierw­szy blask. Nikłe ognie, tań­czą­ce w mroku ni­czym świe­tli­ki.

We­szli do sze­ro­kiej, skle­pio­nej hali – pod­ziem­nej groty tak dużej, iż trud­no by nawet przy­pusz­czać, że coś ta­kie­go mie­ści się pod po­wierzch­nią mia­sta. Pło­ną­ce frag­men­ty skrzy­nek i in­nych po­ła­ma­nych mebli oświe­tla­ły dzie­siąt­ki twa­rzy. Lu­dzie o pu­stych oczach i w po­szar­pa­nych ubra­niach ku­li­li się wokół ognia jak prze­ra­żo­na zwie­rzy­na.

Na widok Ve­re­eny kil­ko­ro dzie­ci pod­sko­czy­ło i rzu­ci­ło się ku niej z ra­do­snym pi­skiem. Szyb­ko cof­nę­ły się jed­nak zo­ba­czyw­szy idą­ce­go obok niej szlach­ci­ca. Ko­bie­ta przy­wo­ła­ła je ge­stem ręki, a gdy się zbli­ży­ły, roz­da­ła im drob­ne ko­lo­ro­we ko­ra­li­ki. Choć były to nic nie­zna­czą­ce bły­skot­ki, ich twa­rze roz­ja­śnia­ły się tak, jakby do­sta­ły właśnie praw­dzi­we skar­by.

Da­vrel po­czuł ścisk w gar­dle. Za­cho­wał jed­nak ka­mien­ną twarz i nie ode­zwał się ani sło­wem.

Zło­dziej­ka po­wo­li od­wró­ci­ła się w jego stro­nę. Ich spoj­rze­nia znów się spo­tka­ły.

– Wi­ta­my w Pod­brzu­szu – oznaj­mi­ła cicho. – Dziel­ni­cy, o któ­rej ist­nie­niu możni udają, że nie wie­dzą. Zresz­tą więk­szość z nich i tak ży­czy­ła­by sobie, że­by­śmy zde­chli tu na dole.

W jej gło­sie nie było żalu. Je­dy­nie su­ro­wa szcze­rość.

Lord z Arven prze­łknął ślinę i po­czuł jak jego dło­nie sa­mo­ist­nie za­ci­ska­ją się w pie­ści.

Po chwi­li, do ogni­ska, przy któ­rym stali pod­szedł star­szy męż­czy­zna o brud­nej, po­ora­nej głę­bo­ki­mi zmarszcz­ka­mi twa­rzy. Na ra­mio­na na­rzu­co­ny miał zu­ży­ty, i naj­pew­niej kra­dzio­ny, płaszcz straż­ni­ka.

Za­trzy­mał się po­mię­dzy Da­vre­lem a Ve­re­eną i po­dejrz­li­wie zmru­żył oczy.

– Po co go przy­pro­wa­dzi­łaś? – burk­nął, wska­zu­jąc brodą na przybysza. – Nie po­trze­bu­je­my tu tych z góry.

W od­po­wie­dzi ko­bie­ta wsu­nę­ła mu w dłoń kilka monet i wy­do­by­ty z torby ka­wa­łek chle­ba. Twarz ż­ebraka po­zo­sta­ła jed­nak nie­wzru­szo­na.

– Dziś tylko tyle – po­wie­dzia­ła cicho zło­dziej­ka. – Ale jutro spró­bu­ję po­now­nie. A co do niego – spoj­rza­ła na sto­ją­ce­go obok szlach­ci­ca – to nie wydał mnie stra­ży.

Sta­rzec roz­chy­lił usta, jakby za­mie­rzał coś po­wie­dzieć, po czym zamknął je z po­wro­tem, kiw­nął głową i od­szedł.

– Nie przej­muj się Pa­ste­rzem. Ma wszel­kie prawo by być nie­uf­nym – oznajmiła Vereena.

Da­vrel tylko ski­nął głową. Sub­tel­ność pa­nu­ją­cych w Podbrzuszu re­la­cji za­czy­na­ła po­wo­li do niego do­cie­rać.

– Wy­glą­da na to, że cie­szysz się tu spo­rym za­ufa­niem – po­wie­dział w końcu, uno­sząc brew.

Kobieta uśmiech­nę­ła się kątem ust. W jej oczach nie było jed­nak dumy, ra­czej cicha re­zy­gna­cja.

– Ufają mi, bo nie mają wyj­ścia. Wszy­scy inni mają nas gdzieś. – Wes­tchnę­ła cięż­ko. – Wiem, bo kie­dyś pró­bo­wa­łam zdo­być pomoc na po­wierzch­ni. Ale tam nie chcą ta­kich jak my. Zwłasz­cza w Gór­nym Mie­ście. Wolą uda­wać, że bieda jest jak brudna ziemia, która znik­nie, jeśli tylko za­mie­cie się ją od­po­wied­nio głę­bo­ko pod dywan.

Od­wró­ci­ła się do ognia, pa­trząc, jak dwoje dzie­ci wy­ry­wa sobie po­zba­wio­ną głowy lalkę.

– To Pa­sterz zor­ga­ni­zo­wał to wszyst­ko co tu wi­dzisz – wy­ja­śni­ła po chwi­li. – Dał nam po­czu­cie przy­na­leż­no­ści. I cel. Dom, któ­re­go nigdy nie mie­li­śmy. Ale on też po­trze­bu­je wspar­cia. Dla­te­go po­ma­gam, jak umiem. Dla­te­go krad­nę.

Lord z Arven słu­chał w mil­cze­niu.

Nie miał żad­nych wątpliwości, co do tego, że ko­bie­ta mówi praw­dę. I po raz pierw­szy od dawna nie wie­dział, co od­po­wie­dzieć.

Ve­re­ena zro­bi­ła krok w jego stro­nę, sta­jąc na tyle bli­sko, by świa­tło ognia od­bi­ło się w jej orze­cho­wych oczach.

– Po­wie­dzia­łeś, że tam, skąd po­cho­dzisz, zło­dzie­jom od­ci­na się dło­nie – za­czę­ła, cicho i bez oskar­że­nia. – A jed­nak mnie nie wy­da­łeś.

Szlach­cic zmarsz­czył lekko czoło, wy­trzy­mu­jąc jej prze­ni­kli­we spoj­rze­nie.

– Uzna­łem, że za­słu­ży­łeś na coś lep­sze­go niż ulicz­ny sąd – od­parł chłod­no.

Po twa­rzy zło­dziej­ki prze­mknął cień za­sko­cze­nia. Albo wdzięcz­no­ści. Tak ukry­tej, iż można by ją uznać za złu­dze­nie. Jesz­cze raz przyj­rza­ła się sto­ją­ce­mu przed nią Przybyszowi z Południa.

– Wy­glą­dasz na cał­kiem spraw­ne­go fi­zycz­nie – za­wy­ro­ko­wa­ła nie­spo­dzie­wa­nie.

Mężczyzna nie­mal par­sk­nął śmie­chem.

– A co to ma do rze­czy? – zapytał, unosząc brew.

– Może… chciał­byś pomóc komuś wię­cej niż tylko mi? – za­pro­po­no­wa­ła jego rozmówczyni. Jej głos stał się mięk­ki jak ak­sa­mit, ale oczy nadal świe­ci­ły jasno, a uśmiech na­brał ta­jem­ni­czo­ści.

Szlach­cic po­czuł, jak jego serce przy­spie­sza. Za­in­try­go­wa­ny zer­k­nął na Ve­re­enę. W całej jej postaci po­now­nie do­strzegł coś ko­cie­go.

 

 

Wcze­sny wie­czór otu­lał Górne Mia­sto mięk­kim, mio­do­wym świa­tłem ulicz­nych lamp oliwnych. Da­vrel cze­kał w umó­wio­nym miej­scu, tuż na gra­ni­cy dziel­ni­cy moż­nych, gdzie ele­ganc­kie wille za­czy­na­ły mie­szać się z mniej bo­ga­tą za­bu­do­wą. Za ple­ca­mi miał zdo­bio­ne fa­sa­dy, przed sobą ciem­nie­ją­ce za­uł­ki. Kon­trast do­sko­na­le od­zwier­cie­dlał du­alizm, który męż­czy­zna od­czu­wał w swoim wnę­trzu.

Wy­cze­ku­jąc Ve­re­eny, nie­mal sły­szał przy­spie­szo­ne bicie własne­go serca. Miał wra­że­nie, że zgo­dził się na udział w przed­się­wzię­ciu nie tylko ry­zy­kow­nym, ale rów­nież da­le­ko wy­kra­cza­ją­cym poza to, do czego był przy­zwy­cza­jo­ny. A mimo to czuł się pod­eks­cy­to­wa­ny.

Oparł dłoń na rę­ko­je­ści mie­cza i ro­zej­rzał się w około. Na ulicy pa­no­wał spo­kój.

Wtem usły­szał cichy sze­lest. Nie­wie­le gło­śniej­szy niż trze­pot skrzy­deł ćmy. Więk­szość ludzi nie zwró­ci­ła­by nawet na niego uwagi. Ale mężczyzna był czuj­ny. Zdą­żył za­re­ago­wać do­kład­nie w tej samej se­kun­dzie, w któ­rej dłoń o dłu­gich pal­cach się­gnę­ła w stro­nę jego ra­mie­nia.

Bły­ska­wicz­nie ob­ró­cił się w pół, po­chwy­cił nad­gar­stek zło­dziej­ki i przy­cią­gnął ją do siebie.

Wes­tchnę­ła z za­sko­cze­niem, ale po chwi­li uśmiech­nę­ła się roz­ba­wio­na.

– Drugi raz nie dam ci się po­dejść – mruk­nął trium­fal­nie lord z Arven.

– To się jesz­cze okaże – od­par­ła spo­koj­nie Ve­re­ena, mimo iż jej nad­gar­stek wciąż tkwił w jego uści­sku.

Da­vrel pu­ścił ją, odro­bi­nę za szyb­ko, jakby nagle uświa­do­mił sobie bli­skość ich ciał. Ko­bie­ta od­su­nę­ła się o krok. Nie­win­ny uśmiech nie zni­kał z jej twa­rzy.

– Go­to­wy? – za­py­ta­ła z bły­skiem w oczach.

Bez słowa kiw­nął głową.

Gdy zga­dzał się pomóc Ve­re­enie, nie wie­dział do końca, na co się pisze. Jed­nak nawet po tym jak zło­dziej­ka wy­ja­wi­ła mu szcze­gó­ły planu, nie zmie­nił zda­nia. Prze­cho­wy­wa­ny w pa­mię­ci obraz wy­nędz­nia­łych miesz­kań­ców Pod­brzu­sza był dla niego zbyt intensywny. 

Ru­szy­li po­wo­li, utrzy­mu­jąc się w cie­niu wy­so­kich murów i równo przy­cię­tych ży­wo­pło­tów. W ni­kłym świe­tle księ­ży­ca ulice tej czę­ści mia­sta wy­glą­da­ły zu­peł­nie ina­czej, niż kiedy od­wie­dzał Co­le­en. Choć wokół pa­no­wa­ła ta sama cisza, po­wie­trze zda­wa­ło się teraz wi­bro­wać ci­chym na­pię­ciem. Cie­nie były dłuż­sze, a nawet naj­mniej­szy szmer niósł się wzdłuż chodników.

– Wiesz, jak to na­zy­wa­my? – rzu­ci­ła nagle Ve­re­ena.

– Jak?

– Pa­ła­ce pi­ja­wek.

– Bar­dzo po­etyc­kie – ski­to­wał szlachcic, uśmie­cha­jąc się pod nosem.

– Praw­dzi­we. – Zło­dziej­ka wzru­sza ra­mio­na­mi. – W każ­dym z tych domów jest wię­cej brudu niż w ka­na­łach. – Po­wie­dzia­ła to lekko, nie­mal żar­to­bli­wie, ale męż­czy­zna wy­czuł w jej gło­sie odro­bi­nę gnie­wu. I go­ry­czy. – Nasz cel jest na samym końcu ulicy – do­da­ła, nie od­wra­ca­jąc się do Da­vre­la. – Wej­dzie­my tyl­ny­mi drzwia­mi, od stro­ny ogro­du.

– A co wła­ści­wie mamy ukraść?

– Po­wiem ci, gdy już bę­dzie­my w środ­ku.

Mężczyzna wes­tchnął, ale nie do­py­ty­wał dalej. Wiedział, że nie było sensu.

W ciszy mi­ja­li ozdob­ne furty, mar­mu­ro­we fa­sa­dy i błysz­czą­ce od mrozu dachy. W końcu, z ciem­no­ści przed nimi wy­ło­nił się zarys re­zy­den­cji, do któ­rej zmie­rza­li.

Ve­re­ena po­pro­wa­dzi­ła Da­vre­la bocz­ną ulicz­ką, omi­ja­jąc głów­ne wej­ście do pa­ła­cy­ku. Ota­cza­ją­cy po­se­sję mur był wy­so­ki, a za nim rosły gęste drze­wa, które rzu­ca­ły na ogród dłu­gie, wie­czor­ne cie­nie. Zło­dziej­ka za­trzy­ma­ła się tuż przy ka­mien­nej ścia­nie i wska­za­ła ge­stem na ko­ro­nę roz­ło­ży­ste­go klonu.

– Tędy bę­dzie naj­pro­ściej – szep­nę­ła.

Się­gnę­ła do torby i wy­cią­gnę­ła z niej zwi­nię­tą linę za­koń­czo­ną me­ta­lo­wym ha­kiem. Ob­ró­ci­ła go w dłoni, oce­nia­jąc wagę, po czym jed­nym, szyb­kim ru­chem ci­snę­ła w górę. Gdy za­cze­pił o gruby konar, usły­sze­li ciche, me­ta­licz­ne szczęk­nię­cie. Ve­re­ena po­cią­gnę­ła linę, spraw­dza­jąc, czy do­brze trzy­ma.

– Go­to­we – rzu­ci­ła, spo­glą­da­jąc wy­cze­ku­ją­co na swojego towarzysza.

Lord z Arven splótł dło­nie i utwo­rzył z nich ko­szy­czek. Zło­dziej­ka bez wa­ha­nia opar­ła na nim stopę i zanim szlach­cic zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć, lekko wspię­ła się na drze­wo.

– Teraz twoja kolej – szep­nę­ła z góry.

Mężczyzna chwy­cił linę i pod­cią­gnął się ku górze. Choć był znacz­nie cięż­szy, jego ra­mio­na pra­co­wa­ły pew­nie, a kilka chwil póź­niej oboje bez­piecz­nie spu­ści­li się na drugą stro­nę muru, skry­ci w cie­niu drzew.

Da­vrel ro­zej­rzał się ostroż­nie. Ogród był więk­szy, niż się spo­dzie­wał. Sze­ro­kie ścież­ki z ja­sne­go żwiru prze­ci­na­ły się two­rząc fan­ta­zyj­ne wzory, a rzędy ide­al­nie przy­strzy­żo­nych krze­wów gęsto po­ra­sta­ły całą prze­strzeń.

W sła­bym świe­tle księ­ży­ca ru­szy­li przed sie­bie. Dwoje in­tru­zów po­ru­sza­ją­cych się jak cie­nie – szyb­ko, ostroż­nie i bez­gło­śnie.

Ve­re­ena po­pro­wa­dzi­ła ich od drzew do pierw­szych krze­wów. A potem ko­lej­nych. Jej smukła syl­wet­ka prze­my­ka­ła tak na­tu­ral­nie, że Da­vrel mu­siał pil­no­wać, by do­trzy­mać jej kroku. Wie­dzia­ła do­kład­nie któ­rę­dy iść, jakby przy­go­to­wu­jąc się do wła­ma­nia, wie­lo­krot­nie ob­ser­wo­wa­ła dom i jego oko­li­ce. Mimo to, co chwi­lę oglą­da­ła się przez ramię. Dwa razy nawet za­trzy­ma­ła się na mo­ment, na­słu­chu­jąc uważ­nie. W ogro­dzie pa­no­wa­ła jed­nak głu­cha cisza.

Za ka­mien­ną fon­tan­ną skrę­ci­li w prawo. Tam, w cie­niu dwóch wy­so­kich cy­pry­sów, znaj­do­wa­ło się tylne wej­ście do pa­ła­cy­ku – ma­syw­ne dę­bo­we drzwi wto­pio­ne w ka­mien­ną ścia­nę. Tak dys­kret­ne, że w nastałej ciemności łatwo by­ło­by je prze­oczyć.

– Tędy – szep­nę­ła Ve­re­ena i uklę­kła przy zamku.

Jej palce pra­co­wa­ły szyb­ko, pew­nie. Szlachcic usły­szał sub­tel­ne me­ta­licz­ne klik­nię­cia, to wzma­ga­ją­ce się, to cich­ną­ce, jakby zamek od­po­wia­dał na jej dotyk.

Wtem do jego uszu do­le­ciał inny dźwięk.

Gdzieś z lewej stro­ny roz­legł się sze­lest. W ciem­no­ści do­strzegł nie­wy­raź­ną syl­wet­kę zbli­ża­ją­ce­go się w ich stro­nę straż­ni­ka. Jego krok był pewny, re­gu­lar­ny. Lord z Arven spoj­rzał ner­wo­wo na Ve­re­enę.

– Jesz­cze chwi­la… – mruk­nę­ła, nie pod­no­sząc głowy.

W tym mo­men­cie żoł­nierz za­trzy­mał się w pół kroku. Z po­zy­cji, w któ­rej się znaj­do­wał nie mógł jesz­cze do­strzec in­tru­zów, jed­nak Da­vrel do­my­ślił się, że męż­czy­zna na­słu­chu­je naj­mniej­sze­go nawet szme­ru.

Naj­ci­szej jak po­tra­fił się­gnął dło­nią po le­żą­cy przy jego sto­pie ka­mień, a na­stęp­nie z całej siły ci­snął go da­le­ko za plecy war­tow­ni­ka.

Szczę­śli­wy traf chciał, że tra­fił pro­sto w za­mar­z­nię­tą taflę fon­tan­ny. Ka­mień odbił się od lodu z cha­rak­te­ry­stycz­nym stu­ko­tem.

Straż­nik prze­krę­cił głowę w tam­tym kie­run­ku, po czym ru­szył spraw­dzić źró­dło dźwię­ku.

W tym samym mo­men­cie pod pal­ca­mi Ve­re­eny roz­le­gło się krót­kie, trium­fal­ne klik­nię­cie.

– Mó­wi­łam, że się uda – wy­szep­ta­ła zło­dziej­ka, cicho otwie­ra­jąc drzwi.

Pierw­sza wśli­zgnę­ła się do środ­ka. Da­vrel po­dą­żył tuż za nią.

We­wnątrz pa­ła­cy­ku pa­no­wa­ła nie­prze­nik­nio­na ciem­ność. Po­wie­trze było chłod­ne, pach­nia­ło wo­skiem i sta­rym drew­nem.

– Teraz za­czy­na się naj­lep­sza część – oznajmiła kobieta.

Choć nie wi­dział jej twa­rzy, szlach­cic mógł przy­siąc, że jego towarzyszka się uśmie­cha.

Od­cze­ka­li chwi­le, po­zwa­la­jąc oczom przy­zwy­cza­ić się do pa­nu­ją­ce­go wokół mroku i na­słu­chu­jąc od­gło­sów domu. Wokół pa­no­wa­ła jed­nak ab­so­lut­na cisza. Pa­ła­cyk spra­wiał wra­że­nie opusz­czo­ne­go. Jakby w środ­ku nie było ni­ko­go. Ani straż­ni­ków ani służ­by. Je­dy­nym do­la­tu­ją­cym do ich uszu dźwię­kiem było de­li­kat­ne trzesz­cze­nie su­fi­to­wych belek.

Wąski ko­ry­tarz cią­gnął się przed nimi ni­czym ciem­ny tunel.

Z obu stron wi­sia­ły ob­ra­zy przed­sta­wia­ją­ce szlach­ci­ców o dum­nych, wy­nio­słych ob­li­czach. W mi­go­tli­wym świe­tle księ­ży­ca wpa­da­ją­cym przez wy­so­kie okno zda­wa­ło się, że ich spoj­rze­nia śle­dzą in­tru­zów z chłod­ną po­gar­dą.

Prze­szli do więk­szej sieni, któ­rej ścia­ny ozdo­bio­ne były bro­nią. Ha­la­bar­dy, ro­ha­ty­ny i cięż­kie, dwu­ręcz­ne mie­cze wi­sia­ły przy­tro­czo­ne do ciem­ne­go drew­na. Na­to­miast w za­głę­bie­niu pod ścia­ną stała cała zbro­ja. Gdy we­szli, metal za­lśnił w pół­mro­ku. Da­vrel od­ru­cho­wo spoj­rzał w tamtą stro­nę. Na pan­ce­rzu do­strzegł herb: złoty klucz na czar­nym tle, mi­ster­nie wy­ha­fto­wa­ny na tu­ni­ce.

Za­trzy­mał się na chwi­lę.

Złoty klucz.

Choć nie ko­ja­rzył go z żad­nym rodem, to sym­bol ten wydał mu się dziw­nie nie­po­ko­ją­cy. Po­sta­no­wił, że na­stęp­ne­go dnia za­py­ta o niego Ka­the­ry­ne.

– Chodź – szep­nę­ła Ve­reena. – Ga­bi­net po­wi­nien być dalej.

Ru­szy­li ko­ry­ta­rzem ostroż­nie otwie­ra­jąc ko­lej­ne drzwi. Kuch­nia, spi­żar­nia, sa­lo­nik – wszyst­kie ciche i puste.

Po dłuż­szej chwi­li zna­leź­li się przed ostat­ni­mi z nich. Ma­syw­ny­mi, z mo­sięż­ny­mi oku­cia­mi. Znacz­nie so­lid­niej­szy­mi niż po­zo­sta­łe.

Zło­dziej­ka uklę­kła przy zamku.

– To bę­dzie trud­niej­sze – mruk­nę­ła.

Da­vrel sta­nął obok, na­słu­chu­jąc uważ­nie. Teraz każdy dźwięk mógł ich zdra­dzić.

Po pew­nym cza­sie po­now­nie usły­szał jed­nak zna­jo­me klik.

Ve­re­ena unio­sła głowę i uśmiech­nę­ła się trium­fal­nie. Po­cią­gnę­ła za klam­kę, a zaraz potem w po­wie­trzu roz­niósł się in­ten­syw­ny za­pach per­ga­mi­nu, atra­men­tu i kurzu.

We­szli do środ­ka, sta­ran­nie za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

Ga­bi­net był ele­ganc­ki, urzą­dzo­ny z prze­py­chem świad­czą­cym o bo­gac­twie wła­ści­cie­la. Ścia­ny za­sta­wio­ne były ugi­na­ją­cy­mi się od ksią­żek re­ga­ła­mi. Na biur­ku pię­trzy­ły się stosy do­ku­men­tów, li­stów i map. Nad drzwia­mi wi­siał zaś sztan­dar ze zło­tym klu­czem.

– No do­brze – szep­nął lord z Arven. – Czy teraz po­wiesz mi wreszcie, czego wła­ści­wie szu­ka­my?

Ko­bie­ta ob­ró­ci­ła się w jego stro­nę. W pół­mro­ku jej oczy bły­snę­ły nie­po­ko­ją­cym bla­skiem.

– Księ­ży­co­we­go ostu – od­par­ła cicho. – To bar­dzo rzad­ka… i cenna ro­śli­na. Z jej ko­rze­ni robi się tru­ci­znę, wy­wo­łu­ją­cą pa­ra­liż ca­łe­go ciała.

Szlach­cic wzdry­gnął się mi­mo­wol­nie. Z jednej z rozmów z Illi’rinem pa­mię­tał, że leśne elfy uży­wa­ją księ­ży­co­we­go ostu do za­tru­wa­nia gro­tów swo­ich strzał. Nagle, całe wła­ma­nie na­bra­ło dla niego no­we­go zna­cze­nia.

– Je­ste­śmy tu po tru­ci­znę? – za­py­tał ostro.

– Tak. Ale nie żeby kogoś zabić. Tylko ura­to­wać. Wię­cej nie mogę ci po­wie­dzieć… Poza tym – do­da­ła po chwi­li wa­ha­nia – w Pod­brzu­szu na­praw­dę po­trze­bu­ją tych pie­nię­dzy. Ten oset wart jest for­tu­nę.

Jej słowa za­wi­sły cięż­ko mię­dzy nimi.

Już sam udział we wła­ma­niu był dla Da­vre­la pew­ne­go ro­dza­ju mo­ral­nym kom­pro­mi­sem. Tłu­ma­czył go sobie jed­nak do­brem gło­du­ją­cych w ka­na­łach ludzi. Jed­nak teraz, gdy po­znał w końcu przed­miot pla­no­wa­nej kra­dzie­ży, nie był wcale taki pe­wien słusz­no­ści pod­ję­tej de­cy­zji. Było już jed­nak za późno by się wy­co­fać.

Spoj­rzał na Ve­re­enę. Zło­dziej­ka wpa­try­wa­ła się w niego z wy­cze­ku­ją­cym na­pię­ciem.

W końcu mężczyzna po­wo­li ski­nął głową.

– Do­brze – oznaj­mił. – Ale nie widzę tu żad­nych ro­ślin.

I rze­czy­wi­ście, w ga­bi­ne­cie nie było śladu po nawet naj­mniej­szym kwiat­ku.

Wspól­nie za­czę­li prze­szu­ki­wać po­miesz­cze­nie. Z po­cząt­ku ostroż­nie i bez po­śpie­chu, z cza­sem z coraz więk­szą ner­wo­wo­ścią. Wśród ksią­żek, fio­lek z atra­men­tem i sto­sów do­ku­men­tów nie zna­leź­li jed­nak nic, co choć­by tro­chę przy­po­mi­na­ło księ­ży­co­wy oset.

Po pew­nym cza­sie, prze­su­wa­jąc po omac­ku dło­nią wzdłuż bocznej kra­wę­dzi jed­ne­go z re­ga­łów, Da­vrel na­tra­fił nagle na coś me­ta­lo­we­go.

Bez wa­ha­nia po­cią­gnął za wy­sta­ją­cą dźwi­gnię.

Mebel za­drżał, po czym z ci­chym chrzę­stem od­su­nął się w bok, od­sła­nia­jąc wą­skie przej­ście i ka­mien­ne scho­dy pro­wa­dzą­ce w dół.

Z wnę­trza do­cho­dził chłód oraz du­szą­cy za­pach ziół, al­ko­ho­lu i cze­goś me­ta­licz­ne­go. Męż­czy­zna za­pa­lił wi­szą­cą na ścia­nie po­chod­nię i ru­szył przo­dem.

Pod­ziem­ne po­miesz­cze­nie było nie­wiel­kie, lecz wy­peł­nio­ne sprzę­ta­mi, któ­rych prze­zna­cze­nia nie po­tra­fił od­gad­nąć. Na ka­mien­nym stole znaj­do­wa­ły się rzędy fio­lek z pły­na­mi w bar­wach od mlecz­nej bieli po mętną czerń. Obok nich stały re­tor­ty i moź­dzie­rze, a su­szo­ne wiąz­ki ro­ślin zwi­sa­ły z belek.

Zna­leź­li się w al­che­micz­nym la­bo­ra­to­rium. Ukry­tym pod zie­mią i sta­ran­nie od­izo­lo­wa­nym od ze­wnętrz­ne­go świa­ta.

Da­vrel prze­su­nął wzrokiem po le­żą­cych na stole księ­gach.

Lek­sy­kon tru­cizn.

Zmarsz­czył brwi.

Obok leżał drugi tom, opra­wio­ny w ciem­ną skórę, z ty­tu­łem za­pi­sa­nym zło­ci­stym atra­men­tem.

Krew magów.

Pa­trząc na niego, męż­czy­zna przy­po­mniał sobie za­sły­sza­ne hi­sto­rie o za­gi­nio­nych cza­ro­dzie­jach. Po­czuł jak dreszcz prze­cho­dzi mu po karku, a czas na chwi­lę zwal­nia. Się­gnął po księ­gę, ale w tej samej chwi­li Ve­re­ena gwał­tow­nie się po­ru­szy­ła.

– Jest – szep­nę­ła.

W kącie po­miesz­cze­nia, w gli­nia­nej misie, zna­la­zła ro­śli­nę o sre­brzy­stych li­ściach, które zda­wa­ły się mie­nić w świa­tle po­chod­ni.

Księ­ży­co­wy oset.

Za­le­d­wie trzy sztu­ki, ale to wy­star­czy­ło. Ostroż­nie za­pa­ko­wa­ła wszyst­ko do sakwy, po czym na­tych­miast od­su­nę­ła się o krok, jakby do­tknię­cie łodyg przy­pra­wi­ło ją o dresz­cze.

Szlach­cic spoj­rzał na nią uważ­nie.

W jej oczach nie było trium­fu. Po raz pierw­szy do­strzegł w nich strach.

– Mu­si­my już iść – po­wie­dzia­ła cicho. – I to na­tych­miast. To miej­sce… – urwa­ła, prze­ły­ka­jąc ślinę – przy­pra­wia mnie o ciar­ki.

Lord z Arven jesz­cze raz zer­k­nął na le­żą­ce na stole księ­gi, fiol­ki, oraz sta­ran­nie pro­wa­dzo­ne za­pi­ski. Kątem oka do­strzegł rów­nież po­kry­tą ru­na­mi wie­lo­ścien­na kost­kę.

Czuł, że to nie było zwy­kłe la­bo­ra­to­rium. Na dal­sze śledz­two nie było jed­nak czasu.

Od­wró­cił się przez ramię i szyb­ko ru­szył za Ve­re­eną.

Do­pie­ro, gdy zna­leź­li się z po­wro­tem w ga­bi­ne­cie, po­zwo­li­li sobie na głęb­szy od­dech. Żadne z nich nie ode­zwa­ło się jed­nak sło­wem.

Do­pie­ro po chwi­li Da­vrel pod­szedł do se­kret­ne­go przej­ścia i po­now­nie po­cią­gnął za dźwi­gnię. Za­sta­wio­ny książ­ka­mi regał wró­cił na swoją po­zy­cję.

Wtem na ko­ry­ta­rzu za drzwia­mi usły­sze­li kroki. Nie cięż­kie, żoł­nier­skie, ale mięk­kie i szyb­kie. Zbli­ża­ły się w ich stro­nę.

Nie było już czasu, by po­now­nie otwo­rzyć ukry­te przej­ście.

Zło­dziej­ka bez słowa chwy­ci­ła swojego towarzysza za rękę i wcią­gnę­ła go za cięż­ką, grubą ko­ta­rę wi­szą­cą mię­dzy wy­ku­szo­wym oknem a ścia­ną.

Po­kry­wa­ją­cy ma­te­riał kurz za­krę­cił szlach­ci­co­wi w nosie. Siłą woli po­wstrzy­mał jed­nak kich­nię­cie. Stali w ab­so­lut­nym bez­ru­chu, nie­mal wto­pie­ni w za­sło­nę. W cia­snej prze­strze­ni Da­vrel czuł cie­pło ciała Ve­re­eny tuż obok, jej nie­rów­ny od­dech na swo­jej szyi.

Usły­sze­li chrzęst zamka, a po nim drzwi do ga­bi­ne­tu otwo­rzy­ły się z hu­kiem.

Ktoś wszedł do środ­ka, nie za­pa­lił jed­nak świa­tła. Kroki skie­ro­wa­ły się od razu w stro­nę środ­ka po­miesz­cze­nia, tam gdzie stało biur­ko. Szlach­cic wstrzy­mał od­dech.

Roz­legł się suchy trzask, jakby plik do­ku­men­tów ude­rzył o blat. Dźwięk był mocny, miał w sobie coś, co wska­zy­wa­ło na nad­mier­ną siłę ruchu, który go wy­wo­łał. Jakąś iry­ta­cję go­spo­da­rza. Tuż po nim za­pa­no­wa­ła jed­nak cisza.

Lord z Arven po­czuł, jak Ve­re­ena de­li­kat­nie za­ci­ska palce na jego dłoni.

Po chwi­li usły­sze­li gło­śne wes­tchnię­cie, a kroki za­czę­ły się od­da­lać. Drzwi za­mknę­ły się zde­cy­do­wa­nie ci­szej niż się otwo­rzy­ły.

Oboje z ulgą wy­pu­ści­li wstrzy­my­wa­ne w płu­cach po­wie­trze i wy­su­nę­li się zza ko­ta­ry.

Jed­no­cze­śnie, nie­mal na­tych­miast, uświa­do­mi­li sobie, że droga, którą we­szli do pa­ła­cy­ku, była już dla nich za­mknię­ta.

Ve­re­ena bez za­sta­no­wie­nia po­de­szła do okna i uchy­li­ła je na tyle, by wy­su­nąć się na ze­wnątrz. Da­vrel ru­szył za nią, czu­jąc, że serce bije mu jak osza­la­łe. W ślad za zło­dziej­ką, zsu­nął się z ni­skie­go gzym­su i pędem ru­szył przez ogród.

W chwi­li, gdy po­now­nie zna­lazł się na murze, zer­k­nął jesz­cze raz w stro­nę domu.

W oknie ga­bi­ne­tu zobaczył męż­czy­znę.

Księ­życ wy­szedł zza chmur, a jego blade świa­tło wy­do­by­ło z mroku twarz go­spo­da­rza. Szlach­cic do­strzegł czar­ne, lekko sre­brzą­ce się na skro­niach, włosy, oraz krót­ką, szpi­cza­stą brodę. Nie wi­dział oczu męż­czy­zny, był jed­nak pe­wien, że jego wzrok czuj­nie prze­cze­su­je ogród w po­szu­ki­wa­niu ja­kich­kol­wiek śla­dów cu­dzej obec­no­ści.

Od­wró­cił się i szyb­ko ze­sko­czył z muru.

Choć byli bez­piecz­ni, in­tu­icja pod­po­wia­da­ła mu, że dzi­siej­sza przy­go­da może ozna­czać do­pie­ro po­czą­tek kło­po­tów.

 

Noc po­wo­li chy­li­ła się ku kre­so­wi. Da­vrel i Ve­re­ena sie­dzie­li na dachu bu­dyn­ku, z któ­re­go roz­cią­gał się widok na nie­mal całą sto­li­cę. Ciem­ne morze budynków po­kry­te je­dy­nie po­je­dyn­czy­mi punk­ta­mi świa­tła. O tej porze Kar­tha­lion było ciche i spo­koj­ne. Ani tro­chę nie przy­po­mi­na­ło peł­ne­go zgieł­ku ulic i szep­tu in­tryg mia­sta, które mężczyzna zdą­żył już tro­chę po­znać.

Ve­re­ena pierw­sza prze­rwa­ła ciszę.

– Dzię­ku­ję ci – po­wie­dzia­ła krót­ko, a gdy lord z Arven nie od­po­wie­dział, do­da­ła: – Dzię­ki two­jej po­mo­cy miesz­kań­cy Pod­brzu­sza jakoś prze­trwa­ją zimę.

Da­vrel z za­my­śle­niem ski­nął głową. Pa­trzył przed sie­bie, na po­grą­żo­ną w ciem­no­ści sto­li­cę.

– Nie­sa­mo­wi­ty widok, praw­da? – rzu­ci­ła złodziejka, zmie­nia­jąc temat. – Kiedy byłam dziec­kiem bar­dzo lu­bi­łam tu przy­cho­dzić. Stąd mia­sto wy­da­je się takie spo­koj­ne.

Szlachcic od­wró­cił się i spoj­rzał jej w oczy.

– To jedno z nie­wie­lu szczę­śli­wych wspo­mnień, jakie mam z tam­te­go okre­su – kon­ty­nu­owa­ła jego towarzyszka. – Wy­cho­wa­łam się na ulicy. To tam zna­lazł mnie Pa­sterz. Na­uczył mnie wszyst­kie­go, co umiem. To dzię­ki niemu prze­trwa­łam.

– A twoi ro­dzi­ce? – ode­zwał się wresz­cie.

– Nie wiem. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi – Nigdy ich nie po­zna­łam.

– Przy­kro mi…

Na chwi­lę za­pa­no­wa­ło nie­zręcz­ne mil­cze­nie.

– Moi ro­dzi­ce zgi­nę­li, gdy byłem da­le­ko od domu. Sta­ram się o tym nie my­śleć, ale cza­sa­mi na­praw­dę mi ich bra­ku­je – powiedział wreszcie Davrel.

Po­czuł jak Ve­re­ena de­li­kat­nie uj­mu­je jego dłoń.

– A czy tam skąd po­cho­dzisz…

– Arven.

– Czy w Arven czeka na cie­bie ktoś jesz­cze?

Mężczyzna nie od­po­wie­dział od razu. Jego myśli skie­ro­wa­ły się ku ro­dzin­nym stro­nom. Ku przy­ja­cio­łom, któ­rzy przy­ję­li go na nowo. I ku usy­pa­ne­mu z mięk­kiej, ciem­nej ziemi gro­bo­wi, w któ­rym spo­czy­wa­ło ciało Lysii. Za­ci­snął pięść, a wtedy pod pal­ca­mi po­czuł prze­ni­kli­wy chłód pier­ście­nia ze szma­rag­dem. Wzdry­gnął się gwał­tow­nie.

– To skom­pli­ko­wa­ne… – po­wie­dział w końcu.

– Ro­zu­miem – od­po­wie­dzia­ła cicho zło­dziej­ka.

A potem prze­su­nę­ła się bli­żej i opar­ła głowę na jego ra­mie­niu.

Davrel objął ją ostroż­nie, jakby bał się zbu­rzyć kru­chość tej nie­spo­dzie­wa­nej chwi­li. Sie­dzie­li w mil­cze­niu, pa­trząc na mia­sto, które w bla­sku za­cho­dzą­ce­go księ­ży­ca nagle wy­da­ło im się jakby mniej wro­gie.

Po raz pierw­szy od dawna oboje po­czu­li, że nie są osa­mot­nie­ni.

 

 

Stół był już na­kry­ty, gdy Da­vrel zo­stał wpusz­czo­ny do ja­dal­ni. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach du­szo­nych wa­rzyw i pie­czo­ne­go mięsa, zaś od stro­ny kuch­ni do­bie­gał od­głos krzą­ta­ją­cej się przy garn­kach słu­żą­cej.

Co­le­en sie­dzia­ła sa­mot­nie na obi­tym mięk­kim plu­szem krze­śle. Na widok go­ścia uśmiech­nę­ła się lekko.

– Sir Gris – po­wie­dzia­ła ci­chym, ale dźwięcz­nym gło­sem. – Cie­szę się, że zgo­dzi­łeś się przy­jąć moje za­pro­sze­nie.

– To dla mnie za­szczyt, lady Camp­bell – od­parł szlach­cic.

– Mów mi Co­le­en. – Uśmiechnęła się ciepło.

Szlach­cic zajął miej­sce na­prze­ciw­ko go­spo­dy­ni i przyj­rzał jej się uważ­niej.

Na sobie miała ele­ganc­ką suk­nię barwy ciem­ne­go błę­ki­tu, a roz­pusz­czo­ne jasne włosy spa­da­ły jej na ra­mio­na.

– Nie lubię jeść w sa­mot­no­ści – oświad­czy­ła. – Choć po tylu la­tach zdą­ży­łam się już do tego przy­zwy­cza­ić.

– Twój mąż nie do­trzy­mu­je ci to­wa­rzy­stwa pod­czas po­sił­ków?

– John rzad­ko bywa w domu przed za­cho­dem słoń­ca. Praca w staj­niach po­tra­fi być bar­dzo ab­sor­bu­ją­ca.

– Ro­zu­miem. – Da­vrel ski­nął głową, się­ga­jąc po dzba­nek z wodą.

Jedli przez chwi­lę w ciszy, prze­ry­wa­nej je­dy­nie brzę­kiem sztuć­ców. Wokół pa­no­wał spe­cy­ficz­ny spo­kój, jakby cały dom już dawno przy­zwy­cza­ił się do nie­obec­no­ści jed­ne­go z go­spo­da­rzy. Lord z Arven nie od­czu­wał jed­nak z tego po­wo­du nie­po­ko­ju. Prze­ciw­nie, od­gro­dzo­ny od  zgieł­ku mia­sta gru­by­mi mu­ra­mi bu­dy­nek był dla niego jed­nym z tych miejsc, w któ­rych mógł za­po­mnieć jak nie­bez­piecz­ne może być Kar­tha­lion.

– Do­brze jest cza­sem zjeść w spo­ko­ju – ode­zwa­ła się Co­le­en, jakby od­ga­du­jąc jego myśli. – W mie­ście ostat­nio… trud­no o takie chwi­le.

Spoj­rza­ła na niego uważ­nie, jakby na coś cze­ka­ła, jed­nak męż­czy­zna nie za­re­ago­wał.

– Odkąd król za­cho­ro­wał, dużo się zmie­ni­ło – po­wie­dzia­ła w końcu, od­kła­da­jąc sztuć­ce. – Z po­zo­ru wszyst­ko wy­glą­da jak daw­niej, ale w pa­ła­co­wych kom­na­tach trwa walka o wła­dzę.

– Jest aż tak źle? – Szlachcic uniósł wzrok znad ta­le­rza.

Lady Campbell wes­tchnę­ła.

– Tak i nie. Król Gor­don wciąż żyje, ale nie po­ka­zu­je się pu­blicz­nie. W jego imie­niu rzą­dzi teraz rada kró­lew­ska, a nie­któ­rzy jej człon­ko­wie za­cho­wu­ją się tak, jakby tron był już pusty.

– Masz na myśli kogoś kon­kret­ne­go? – za­py­tał spo­koj­nie lord z Arven.

Ko­bie­ta zamyśliła się na moment, po czym od­po­wie­dzia­ła szcze­rze:

– Wiel­kie­go Kanc­le­rza, Lu­ciu­sa Se­ren­no. Ten czło­wiek po­tra­fi być bar­dzo prze­ko­ny­wu­ją­cy. Ma wpły­wy i pie­nią­dze. A kogo nie może kupić, tego za­stra­sza. Tylko nie­licz­ni wciąż mu się sprze­ci­wia­ją.

– Na przy­kład de Bach­ma­kov? – rzu­cił Da­vrel.

Gospodyni ski­nę­ła głową.

– Oraz sir Bar­tho­lo­mew Hopp – dodała. – I jesz­cze kilku in­nych. Ale to nie­rów­na walka. Siła frak­cji kanc­ler­skiej ro­śnie z każ­dym dniem. Daw­niej było jesz­cze trze­cie stron­nic­two, na czele któ­re­go stal Gar Ve­stings, ale po tym jak objął urząd na­miest­ni­ka Po­łu­dnia i wy­je­chał z Kar­tha­lion, jego wpły­wy na dwo­rze zna­czą­co zma­la­ły. Więk­szość przy­łą­czy­ła się do kanc­le­rza, a bied­ny Ve­stings… No cóż, sam wiesz jak skoń­czył.

Za­pa­dła cisza.

Da­vrel otarł usta ser­wet­ką. Czuł jak roz­mo­wa z Co­le­en po­wo­li od­sła­nia przed nim zu­peł­nie nowe niu­an­se po­li­tycz­nej sy­tu­acji w sto­li­cy. Sy­tu­acji, od któ­rej za­le­żeć mogły losy całej Ol­wer­ni. Jego roz­mów­czy­ni też to wi­dzia­ła. Za­sta­na­wiał się, czy to dla­te­go mó­wi­ła mu o tym wszyst­kim.

– A w któ­rym obo­zie jest twój mąż? – za­py­tał w końcu, nie spusz­cza­jąc z niej wzro­ku.

Ko­bie­ta za­wa­ha­ła się na uła­mek chwi­li, zaraz potem od­po­wie­dzia­ła jednak spo­koj­nie:

– Na szczę­ście po­zy­cja Johna nie jest na tyle istot­na, by kto­kol­wiek żądał od niego de­kla­ra­cji lo­jal­no­ści. Za­rząd­ca kró­lew­skich staj­ni nie ma wpły­wu na po­li­ty­kę.

Wes­tchnę­ła z lek­kim roz­cza­ro­wa­niem.

– Ale to nie zna­czy, że nie ma pre­fe­ren­cji… – Nie od­pusz­czał szlach­cic.

– Jeśli już mu­sisz wie­dzieć, sym­pa­tia mo­je­go męża leży po stro­nie ro­ja­li­stów. To grupa… o mniej wro­gich po­glą­dach na spra­wy Po­łu­dnia. A co za tym idzie, rów­nież bar­dziej to­le­ran­cyj­na wobec mnie. Sir Bar­tho­lo­mew Hopp od­wie­dza mnie nawet cza­sem na her­bat­kę – do­da­ła z nie­win­nym uśmie­chem.

– Mhm. – Da­vrel ski­nął głową.

– W całej tej sy­tu­acji naj­bar­dziej żal mi jed­nak księż­nicz­ki Ily­any – kon­ty­nu­owa­ła Co­le­en, jakby wdzięcz­na, że wresz­cie zna­la­zła tak od­da­ne­go słu­cha­cza.

– Ily­any?

– To córka króla Gor­do­na – wy­ja­śni­ła lady Campbell. – Bie­dac­two, do­pie­ro za czte­ry lata osią­gnie peł­no­let­niość i bę­dzie mogła sama o sobie de­cy­do­wać. Ale już teraz oba stron­nic­twa wal­czą o jej wzglę­dy i pró­bu­ją prze­ko­nać do swo­ich racji.

– Nie ro­zu­miem – po­wie­dział zdzi­wio­ny mężczyzna. – Prze­cież nawet kiedy księż­nicz­ka skoń­czy dwa­dzie­ścia jeden lat i tak nie bę­dzie mogła za­siąść na tro­nie.

Co­le­en spoj­rza­ła na niego z po­li­to­wa­niem, a potem ro­ze­śmia­ła się po­ufa­le.

– Ale jej mąż już tak. Kró­lo­wa Raba nigdy nie dała Gor­do­no­wi syna, zatem dla wielu moż­nych mał­żeń­stwo z Ily­aną jawi się jako ide­al­na spo­sob­ność do bez­kr­wa­we­go prze­ję­cia wła­dzy.

Da­vrel zmarsz­czył czoło.

– Czyli na razie to pio­nek, który do­pie­ro może stać się fi­gu­rą? – zapytał.

– Do­kład­nie – przy­tak­nę­ła go­spo­dy­ni. – I to nie byle jaką fi­gu­rą. Księż­nicz­ka jest by­stra i in­te­li­gent­na. Szyb­ko się uczy. Ale, ze wzglę­du na wcze­sną śmierć matki, jest też bar­dzo sa­mot­na. I to wła­śnie ten fakt, pró­bu­ją wy­ko­rzy­stać za­rów­no kanc­lerz jak i de Bach­ma­kov.

W ciszy jaka za­pa­dła po jej sło­wach czuć było cię­żar nie­wy­po­wie­dzia­nych myśli. Lord z Arven przy­gryzł wargi.

Nagle Co­le­en od­su­nę­ła ta­lerz i wsta­ła od stołu, jakby chcąc roz­pro­szyć po­nu­rą at­mos­fe­rę.

– Dość już tej po­li­ty­ki na dziś – po­wie­dzia­ła zmie­nia­jąc ton głosu. – Jeśli masz ocho­tę, mo­gli­by­śmy przejść się do kró­lew­skie­go parku. Krót­ki spa­cer po po­sił­ku oboj­gu nam do­brze zrobi.

Szlachcic spoj­rzał na nią z lek­kim za­sko­cze­niem.

– W zasadzie, czemu nie? – po­wie­dział po krót­kim na­my­śle. Po­wo­li pod­niósł się z miej­sca.

Po twa­rzy jego rozmówczyni roz­lał się sze­ro­ki uśmiech.

– Zatem po­sta­no­wio­ne – powiedziała. – A gdyby nas ktoś za­cze­pił, je­steś moim ku­zy­nem. To samo po­wie­dzia­łam też słu­żą­cej – do­da­ła zni­ża­jąc głos.

Wy­szli z sa­lo­nu, a chwi­lę póź­niej zna­leź­li się na ci­chej, pro­wa­dzą­cej w stro­nę parku ulicz­ce.

Co­le­en trzy­ma­ła Da­vre­la pod ramię, po dro­dze opo­wia­da­jąc mu o za­miesz­ku­ją­cych mi­ja­ne bu­dyn­ki są­sia­dach, wśród któ­rych nie bra­ko­wa­ło wy­so­kiej ranki woj­sko­wych ta­kich jak Kril Sta­chov czy Jost Mar­low oraz bo­ga­tych kup­ców po­kro­ju Qu­en­ti­na Scha­ara. Twarz miała roz­pro­mie­nio­ną. Mężczyzna nie wie­dział jed­nak, czy był to efekt jego to­wa­rzy­stwa czy może pa­nu­ją­ce­go na ze­wnątrz mrozu. W głębi duszy po­dej­rze­wał jed­nak, że jego rozmówczyni jest w Kar­tha­lion bar­dziej sa­mot­na niż chcia­ła­by to przy­znać.

 

Pa­nu­ją­cy na wzgó­rzu chłód był wy­raź­nie sil­niej­szy niż na uli­cach po­ni­żej. Wie­ją­cy z gór wiatr po­ru­szał ko­ro­na­mi drzew za wy­so­kim, wykutym z ciemnego żelaza ogro­dze­niem. Kró­lew­ski park był spo­koj­nie, nie­mal senny. Zu­peł­nie nie pa­so­wał do tęt­nią­cej życie po­zo­sta­łej czę­ści Kar­tha­lion.

Przy bra­mie stało dwóch straż­ni­ków w bar­wach stra­ży pa­ła­co­wej – kre­mo­wej bieli i brązu. Ich zbro­je błysz­cza­ły czy­sto­ścią, były też zdob­niej­sze niż te, które Da­vrel wi­dy­wał na mu­rach mia­sta.

Gdy tylko wraz z Co­le­en zbli­ży­li się do wej­ścia, jeden z żoł­nie­rzy uniósł rękę w ge­ście na­ka­zu­ją­cym za­trzy­ma­nie. Zro­bił krok w ich stro­nę.

– Park jest teraz za­mknię­ty – oznaj­mił uprzej­mie, lecz sta­now­czo. – Księż­nicz­ka Ily­ana za­ży­wa spa­ce­ru. Pro­szę za­wró­cić.

Co­le­en tylko ski­nę­ła głową, jakby wie­dząc, że nie warto pro­te­sto­wać.

– Ro­zu­miem. Nie spo­dzie­wa­li­śmy się, że księż­nicz­ka bę­dzie dziś na wzgó­rzu – odpowiedziała.

Straż­nik tylko chrząk­nął, a potem wró­cił na zaj­mo­wa­ną wcze­śniej po­zy­cję.

Lady Camp­bell od­wró­ci­ła się w kie­run­ku, z któ­re­go przy­szli i lekko po­cią­gnę­ła swojego towarzysza za sobą. Męż­czy­zna jed­nak nie za­re­ago­wał.

Chwi­lę wcze­śniej jego wzrok po­wę­dro­wał ponad ra­mie­niem war­tow­ni­ka, mię­dzy że­la­zny­mi prę­ta­mi ogro­dze­nia. Nie­da­le­ko bramy do­strzegł ruch. Jasne suk­nie i płasz­cze oraz fru­wa­ją­ce w po­wie­trzu śnież­ki. Do uszu do­le­ciał go ra­do­sny śmiech.

W samym środ­ku za­ba­wy zauważył młodą dziew­czy­nę o ja­snych, mie­nią­cych się zło­ci­ście wło­sach. Na czole miała cien­ki, srebr­ny dia­dem, a na ra­mio­nach kar­ma­zy­no­wej barwy pe­le­ry­nę. Jej po­licz­ki były za­ró­żo­wio­ne, a de­li­kat­ne usta raz po raz wy­gi­na­ły się w uśmie­chu. Mimo pre­zen­to­wa­nej we­so­ło­ści, Da­vrel wy­czuł od dziew­czy­ny aurę kogoś, kto na co dzień po­ru­sza się w wyż­szych sfe­rach. Jej ruchy były mięk­kie, nie­mal dys­tyn­go­wa­ne, a całą po­sta­wą gó­ro­wa­ła nad resz­tą to­wa­rzy­szek.

– Ily­ana – mruk­nął pod nosem.

– Dokładnie – po­twier­dzi­ła Co­le­en, podążając spojrzeniem za jego wzrokiem. – Róża Kar­tha­lion.

Lord z Arven ski­nął głową, lecz nagle ze­sztyw­niał.

Mię­dzy ro­ze­śmia­ny­mi dwór­ka­mi, zo­ba­czył ko­bie­tę o ciem­nych wło­sach, czę­ścio­wo skry­tych pod barw­ną chu­s­tą. Stała jakby z boku, nie uczest­ni­cząc w roz­gry­wa­ją­cej się w parku śnież­nej bi­twie. Jej czar­ne jak węgle oczy uważ­nie ob­ser­wo­wa­ły jed­nak wszyst­ko do­oko­ła.

– Co­le­en… – ode­zwał się cicho, uno­sząc rękę i wska­zu­jąc na ko­bie­tę. – Wiesz kto to jest?

Lady Camp­bell zerknęła we wskazanym kierunku.

– Ach… to lady Kira Cha­gal-Blanc – od­po­wie­dzia­ła swo­bod­nie. – Ja­sno­wi­dzą­ca, słu­żą­ca na kró­lew­skim dwo­rze. Król Gor­don kie­dyś czę­sto ko­rzy­stał z jej rad. Ale teraz… – Za­wa­ha­ła się na chwi­lę. – Po­dob­no teraz do­ra­dza Wiel­kie­mu Kanc­le­rzo­wi. Dla­cze­go o nią py­tasz?

– Bez po­wo­du. Wi­dzia­łem ją, gdy wy­cho­dzi­łem od was trzy dni temu – szlach­cic po­wie­dział to spo­koj­nie, ale czuł, jak jego serce przy­spie­sza. Ja­sno­wi­dzą­ca. A więc miał rację, ko­bie­ta była ma­giem gwiazd.

– To cał­kiem moż­li­we. – Co­le­en zmarsz­czy­ła brew. – Miesz­ka nie­da­le­ko. Jej mąż, sir Da­rion Blanc, jest ka­pi­ta­nem gwar­dii kró­lew­skiej i jed­nym z ad­iu­tan­tów de Bach­ma­ko­va.

Da­vrel chciał jesz­cze o coś za­py­tać, ale wtem w po­wie­trzu roz­legł się tę­tent kopyt.

Dźwięk był mia­ro­wy i wy­raź­nie zbli­żał się w ich stro­nę.

– Od­su­nąć się – rzu­cił jeden ze straż­ni­ków, pro­stu­jąc się gwał­tow­nie.

Od stro­ny mia­sta nad­jeż­dża­ło trzech męż­czyzn. Dwóch z nich odzia­nych było w zbro­je gwar­dzi­stów. Na­to­miast trze­ci, ja­dą­cy na po­tęż­nym karym ogie­rze, miał na sobie czar­ny płaszcz oraz fu­trza­ną czapę. Je­chał wy­pro­sto­wa­ny, a cała jego syl­wet­ka pro­mie­nio­wa­ła siłą i do­sto­jeń­stwem.

Gdy się zbli­ży­li, lord z Arven po­czuł, jak żo­łą­dek za­ci­ska mu się kur­czo­wo.

W oka mgnie­niu roz­po­znał czar­ne, przy­pró­szo­ne si­wi­zną włosy oraz szpi­cza­stą bród­kę. Przy­by­szem był męż­czy­zna, któ­re­go po­przed­niej nocy okra­dli wspólnie z Ve­re­eną. Tyle, że teraz wi­dział go z bli­ska. W nikłym świe­tle stycz­nio­we­go słoń­ca do­strzegł bladą cerę i parę sza­ro-błę­kit­nych oczu. Chłod­nych, czuj­nych, po­zba­wio­nych emo­cji.

– Zrób­cie miej­sce dla Wiel­kie­go Kanc­le­rza! – ryk­nął straż­nik, pod­czas gdy Co­le­en ener­gicz­nym ru­chem po­cią­gnę­ła Da­vre­la w tył.

– To on… – wy­szep­tał szlach­cic.

– Lu­cius Se­ren­no – do­koń­czy­ła cicho jego towarzyszka i ski­nę­ła głową. – Naj­po­tęż­niej­szy czło­wiek w Kar­tha­lion.

Koń za­trzy­mał się przy bra­mie. Straż­ni­cy roz­stą­pi­li się na­tych­miast, a park – za­mknię­ty dla wszyst­kich in­nych – otwo­rzył się przed go­ść­mi bez słowa sprze­ci­wu.

Szlach­cic stał nie­ru­cho­mo, czu­jąc, jak zimny dreszcz prze­bie­ga mu po karku. Za­ci­snął szczę­kę.

Ja­sno­wi­dzą­ca. Kanc­lerz. Księ­ży­co­wy oset.

W tej samej chwi­li, gdzieś po dru­giej stro­nie ogro­dze­nia, mię­dzy drze­wa­mi, lady Kira Cha­gal-Blanc od­wró­ci­ła głowę. Jej spoj­rze­nie na uła­mek chwi­li spo­czę­ło na sto­ją­cym przy bra­mie Da­vre­lu. Zmarszczyła brwi.

 

 

Brama Księ­ży­co­wa wy­ra­sta­ła po środ­ku muru ni­czym obce ciało – zbyt ozdob­na jak na ma­syw­ny zamek, który ota­cza­ła. Jej jasny ka­mień po­ły­ski­wał chłod­no w bla­dej po­świa­cie dnia, a mi­ster­nie rzeź­bio­ne łuki ukła­da­ły się w mo­ty­wy pół­księ­ży­ców i gwiazd. Da­vrel stał przed nią nie­ru­cho­mo, z rę­ka­mi sple­cio­ny­mi za ple­ca­mi, czu­jąc, jak chłód ka­mie­ni prze­ni­ka po­wie­trze dookoła niego.

For­ty­fi­ka­cje pa­ła­cu króla Gordona przy­tła­cza­ły. Nie tylko wy­so­ko­ścią, lecz także ota­cza­ją­cą je głu­chą i cięż­ką ciszą. Jakby bu­dow­la skry­wa­ła wię­cej ta­jem­nic, niż można by sobie wyobrazić. Na blan­kach i przy samej bra­mie stali straż­ni­cy. Ich spoj­rze­nia co chwi­lę prze­su­wa­ły się po prze­cha­dza­ją­cych się wzdłuż muru miesz­kań­cach Kar­tha­lion. Czuj­ne i sro­gie, lecz po­zba­wio­ne jaw­nej wro­go­ści. Czu­jąc je na sobie, prze­chod­nie od­ru­cho­wo przy­spie­sza­li kroku. Od czasu do czasu, któ­ryś z war­tow­ni­ków zer­kał po­dejrz­li­wie na cze­ka­ją­ce­go pod bramą mężczyznę. Lord z Arven do­my­ślał się, że jeśli jesz­cze tro­chę po­stoi w miej­scu, jeden z nich w końcu go za­cze­pi. A tego wolał unik­nąć.

Pot wy­stą­pił mu na skro­nie.

Aby nieco uspo­ko­ić żoł­nie­rzy, prze­cią­gnął się te­atral­nie i le­ni­wie ru­szył wzdłuż za­chod­niej czę­ści muru. Nadal czuł jed­nak na sobie uważ­ne spoj­rze­nia odzia­nych w barwy pa­ła­co­wej stra­ży męż­czyzn. Zna­lazł się w samym sercu wro­gie­j stolicy i od tej chwi­li każdy jego ruch mógł zo­stać za­pa­mię­ta­ny.

Wtem usły­szał za sobą zna­jo­my szept.

– Hej, Po­łu­dniow­cu… – sir Bar­tho­lo­mew Hopp wy­su­nął się z cie­nia.

Po­ru­szał się pew­nie, lecz bez po­śpie­chu. Jak ktoś, kto do­sko­na­le wie dokąd zmie­rza. Za­trzy­mał się kilka kro­ków przed Da­vre­lem i ski­nął mu głową. Na sobie miał pro­sty, ciem­ny płaszcz z fu­trza­nym koł­nie­rzem, a z ust wy­sta­wa­ła mu mi­ster­nie zdo­bio­na drew­nia­na fajka.

– Do­brze, że je­steś o cza­sie – po­wie­dział, wy­pusz­cza­jąc kłąb dymu. – Lord Fran­cis nie lubi cze­kać.

W jego tonie nie było uprzej­mo­ści. Ra­czej chłod­na ostroż­ność.

– Zatem nie po­zwól­my, by mu­siał to robić – od­parł spo­koj­nie szlach­cic. – Pro­wadź.

Hopp od­wró­cił się i ru­szył w stro­nę wą­skie­go przej­ścia bie­gną­ce­go wzdłuż muru, z dala od głów­nej bramy. Bez słowa minął sto­ją­ce­go przy nim war­tow­ni­ka i otwo­rzył drew­nia­ną furtę, pro­wa­dzą­cą do krót­kie­go tu­ne­lu. Da­vrel po­dą­żył za nim w pół­mrok.

Ka­mień pod jego sto­pa­mi był wil­got­ny, a ko­ry­tarz tak wąski, że ra­mio­na­mi męż­czyź­ni nie­mal ocie­ra­li się o ścia­ny. Po chwi­li wy­szli na nie­wiel­ki, gwar­ny dzie­dzi­niec.

– Le­piej nie za­trzy­my­wać się tu zbyt długo – mruk­nął dowódca straży, nie oglą­da­jąc się na to­wa­rzy­sza. – Jesz­cze przez pe­wien czas bę­dzie­my na wi­do­ku.

Lord z Arven ski­nął głową, choć tam­ten nie mógł tego zo­ba­czyć.

– A co, jeśli ktoś nas za­trzy­ma? – za­py­tał cicho.

Na ustach Se­meń­czy­ka po­ja­wił się le­d­wie do­strze­gal­ny uśmiech.

– Przy­po­mi­nam ci, że je­stem do­wód­cą stra­ży – od­po­wie­dział. – Poza Wielkim Kanc­le­rzem i generałem de Bach­ma­ko­vem, w pa­ła­cu nie ma wiele osób, które od­wa­ży­ły­by się to zro­bić.

Wkrót­ce potem skrę­ci­li w prawo, zni­ka­jąc z pola wi­dze­nia żoł­nie­rzy. Głów­ne ko­ry­ta­rze po­zo­sta­ły za nimi, zaś w miarę jak po­su­wa­li się w głąb pa­ła­cu, ucichł też pa­nu­ją­cy na ze­wnątrz zgiełk. Da­vrel czuł jakby z każ­dym kro­kiem coraz dalej prze­kra­czał nie­wi­dzial­ną gra­ni­cę. Nie po­tra­fił jed­nak odgadnąć, co czeka po dru­giej stro­nie. Wie­dział je­dy­nie, że zamek nie był miej­scem bez­piecz­nym. Nawet dla tych, któ­rzy wciąż wier­nie słu­ży­li kró­lo­wi. A może przede wszystkich dla nich.

Kom­na­ta, do któ­rej za­pro­wa­dził go Hopp, była nie­wiel­ka i za­ska­ku­ją­co skrom­na. Ka­mien­ne ścia­ny po­zba­wio­ne były ar­ra­sów, a je­dy­ną ozdo­bą po­zo­sta­wa­ła pro­sta mapa kró­le­stwa roz­pię­ta nad cięż­kim, drew­nia­nym sto­łem. Poza tym w po­miesz­cze­niu nie było żad­nych in­nych de­ko­ra­cji lub sym­bo­li wła­dzy. Jakby dys­kre­cja i funk­cjo­nal­ność były tym, na czym naj­bar­dziej za­le­ża­ło ze­bra­nym w niej ro­ja­li­stom.

Przy stole cze­ka­ło trzech męż­czyzn. Wszy­scy w wieku, w któ­rym mło­dzień­cze złu­dze­nia dawno ustą­pi­ły już miej­sca ba­ga­żo­wi do­świad­czeń. Gdy Da­vrel prze­kro­czył drzwi sali, ich spoj­rze­nia nie­mal jed­no­cze­śnie po­wę­dro­wa­ły w jego stro­nę. Krót­kie, ba­daw­cze. Nikt się jed­nak nie ode­zwał.

Do­pie­ro kiedy Hopp za­su­nął za­su­wę przy drzwiach, jeden z ze­bra­nych wy­su­nął się nieco do przo­du.

Był to męż­czy­zna około pięć­dzie­się­cio­let­ni, o ły­sie­ją­cym czole i oka­la­ją­cych skro­nie ru­dych, lekko przy­pró­szo­nych si­wi­zną wło­sach. Krótko, sta­ran­nie przy­strzy­żo­ne wąsy i niewielka bródka nada­wa­ły jego twa­rzy su­ro­wo­ści, jed­nak to spoj­rze­nie przy­ku­wa­ło naj­wię­cej uwagi. Twar­de, zmę­czo­ne, a jed­no­cze­śnie czuj­ne. Jak u czło­wie­ka, który od zbyt dawna musi oglą­dać się za sie­bie.

– Więc to jest ten po­sła­niec z Po­łu­dnia – po­wie­dział spo­koj­nie. – Sły­sza­łem, że chcesz mi coś prze­ka­zać.

Da­vrel nie od­po­wie­dział. Mie­rzył de Bach­ma­ko­va ba­daw­czym spoj­rze­niem. Po­wo­li prze­su­nął wzro­kiem po jego po­ora­nej zmarszcz­ka­mi twa­rzy, srebr­nym na­pier­śni­ku oraz dłu­gim mie­czu z ozdob­ną rę­ko­je­ścią. W końcu za­trzy­mał się na znaj­du­ją­cym się na zbroi her­bie w kształ­cie biegnącego jelenia.

– No dalej, chłop­cze. Nie mamy ca­łe­go dnia – ponaglił generał.  

Szlach­cic za­wa­hał się na mo­ment, a potem się­gnął do wnę­trza płasz­cza. Wyjął ukry­te na pier­si listy. Jesz­cze przez chwi­lę trzy­mał je w dłoni, jakby ważył ich zna­cze­nie, po czym podał je do­wód­cy gwar­dii.

– Ten jest dla pana – dodał, wska­zu­jąc jeden z nich.

De Bach­ma­kov nie zwle­kał. Od razu otwo­rzył list i prze­biegł wzro­kiem pierw­sze li­nij­ki. Potem ko­lej­ne. W kom­na­cie za­pa­dła cisza tak gęsta, że sły­chać było tylko trzask pa­lą­ce­go się w ko­min­ku drew­na.

Wresz­cie męż­czy­zna uniósł głowę.

– Jest tak jak my­śla­łem – po­wie­dział cicho.

Spoj­rzał po zgro­ma­dzo­nych, jakby upew­niał się, że wszy­scy słu­cha­ją.

– Wojna… nie jest jesz­cze prze­są­dzo­na.

Jego słowa za­wi­sły w po­wie­trzu. Na twa­rzach obec­nych w kom­na­cie to­wa­rzy­szy nie po­ja­wił się jed­nak nawet cień ulgi. Ich ob­li­cza po­zo­sta­ły na­pię­te.

– Muszę od­pisać – dodał po chwi­li, skła­da­jąc list z po­wro­tem. – Na­tych­miast.

Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem pod­szedł do drzwi i od­su­nął za­su­wę.

– Za­cze­kaj tutaj – roz­ka­zał Da­vre­lo­wi. – To nie po­trwa długo.

Nie cze­ka­jąc na odpowiedź, opu­ścił salę.

W ciszy, która za­pa­dła po jego wyj­ściu, lord z Arven wy­czuł coś no­we­go. Jesz­cze nie na­dzie­ję, ale jakby oczekiwanie.

– Co o tym wszyst­kim my­śli­cie? – ode­zwał się nagle sto­ją­cy naj­bli­żej okna męż­czy­zna. Jego szaty mie­ni­ły się zło­tem i zie­le­nią, a twarz po­kry­wa­ła gęsta, czar­na broda.

– Trud­no po­wie­dzieć – od­po­wie­dział mu drugi z Se­meń­czy­ków – niski, siwy sta­ru­szek, o oczach ople­cio­nych sie­cią zmarsz­czek. – Mam je­dy­nie na­dzie­ję, że nasz przy­ja­ciel, sir Hopp, za­cho­wał wy­ma­ga­ne środ­ki ostroż­no­ści.

– O to nie musi się pan mar­twić, lor­dzie Astu­rov – od­po­wie­dział mu do­wód­ca stra­ży.

– Tylko bez na­zwisk! – zga­nił go Astu­rov, po­sy­ła­jąc Da­vre­lo­wi nie­uf­ne spoj­rze­nie. – W tym pa­ła­cu nawet ścia­ny mają uszy…

– A jed­nak to naj­bez­piecz­niej­sze miej­sce na nasze spo­tka­nia – prze­rwał mu pierw­szy męż­czy­zna. – Tuż pod nosem sa­me­go kanc­le­rza. Tego nasz drogi Se­ren­no na pewno się nie spo­dzie­wa.

Za­chi­cho­tał krót­ko.

– On może nie, ale ta jego ja­sno­wi­dzą­ca to co in­ne­go. Jeśli od­po­wied­nio ją przy­ci­śnie, na pewno w końcu wpad­nie na nasz ślad.

– Dla­cze­go ja­sno­wi­dzą­ca po­ma­ga kanc­le­rzo­wi? – za­cie­ka­wił się Da­vrel. – Sły­sza­łem, że wcze­śniej wier­nie słu­ży­ła kró­lo­wi.

Męż­czyź­ni spoj­rze­li na niego zdu­mie­ni.

– I ofi­cjal­nie nadal służy – od­parł cicho Astu­rov. – Ale Serenno ma swoje spo­so­by, by prze­ko­nać nawet naj­bar­dziej opor­nych prze­ciw­ni­ków…

Szlach­cic po­czuł chłód na karku. Obraz lady Kiry obserwującej bawiące się w parku dwó­rki po­wró­cił z nie­po­ko­ją­cą ostro­ścią.

– A skoro już o tym mowa – wtrą­cił męż­czy­zna w zło­cie i zie­le­ni. – Sły­sze­li­ście o śmier­ci Bur­khard­ta? Teraz, kiedy to się stało, oba­wiam się, że i de Ligt wy­co­fa swoje po­par­cie dla na­szej spra­wy.

W kom­na­cie na chwi­lę za­pa­no­wa­ła cisza. Sły­chać było je­dy­nie ło­po­ta­nie cho­rą­gwi na wieży i da­le­kie za­wo­dze­nie wia­tru.

– Myślę, że chwi­lo­wo nie mu­si­my się mar­twić Wiel­kim Kanc­le­rzem – po­wie­dział w końcu Hopp, a na jego usta wy­pły­nął ta­jem­ni­czy uśmiech. – Zdaje się, że lord Se­ren­no ma teraz na gło­wie inny pro­blem.

Da­vrel za­marł na uła­mek se­kun­dy, a potem ba­daw­czo przyj­rzał się do­wód­cy stra­ży.

Męż­czy­zna chciał jesz­cze coś dodać, ale w tym mo­men­cie drzwi po­now­nie się otwo­rzy­ły. Do po­miesz­cze­nia wkro­czył de Bach­ma­kov.

W ręku trzy­mał za­pie­czę­to­wa­ną ko­per­tę. Pod­szedł do Da­vre­la i wrę­czył mu ją ce­re­mo­nial­nie.

– To dla Grona Thun­derc­lo­uda, two­je­go… hmm… króla – po­wie­dział z lek­kim gry­ma­sem.

Po­zo­sta­li spoj­rze­li na niego zdzi­wie­ni.

– Pil­nuj go do­brze – dodał. – Jeśli ten list wpad­nie w nie­po­wo­ła­ne ręce, to kanc­lerz bez dwóch zdań oskar­ży nas o zdra­dę.

Na dźwięk tych słów obec­ni w kom­na­cie ro­ja­li­ści po­bla­dli, jak gdyby do­pie­ro teraz w pełni uświa­do­mi­li sobie po­wa­gę sy­tu­acji.

Da­vrel pod­szedł do de Bach­ma­ko­va i ostroż­nie ujął list. Ko­per­ta wy­da­ła mu się dziw­nie cięż­ka, jakby ważył wię­cej, niż wska­zy­wał na to jej roz­miar. Za­uwa­żył, że gdy mu ją po­da­wał, dłoń generała za­drża­ła lekko.

– Se­ren­no kon­tro­lu­je już więk­szość dworu – ode­zwał się po chwi­li de Bach­ma­kov, już spo­koj­niej. –  Kogo nie udało mu się kupić, tego za­stra­szył. Dla­te­go tak ważne jest, by nie tra­cić ducha.

Męż­czy­zna w zie­lo­no-zło­tej sza­cie za­ci­snął szczę­kę, ale nie ode­zwał się ani sło­wem.

– Na szczę­ście są jesz­cze w Kar­tha­lion lu­dzie wier­ni kró­lo­wi – mówił dalej do­wód­ca gwar­dii. – I nie po­zwo­li­my, by kanc­lerz po­grą­żył kraj w ni­ko­mu nie słu­żą­cej woj­nie.

Astu­rov mruk­nął z apro­ba­tą.

– Dla­te­go nie masz tu już czego szu­kać – za­koń­czył. – Wra­caj do swo­je­go króla. Do­starcz list. I na bogów, nie daj się zła­pać.

Przez mo­ment pa­trzył na Da­vre­la uważ­nie, jakby chciał za­pa­mię­tać jego twarz.

– Wy­ka­za­łeś się od­wa­gą – dodał ci­szej. – I roz­sąd­kiem. To rzad­kie po­łą­cze­nie. Niech los ma cię w swo­jej opie­ce.

Lord z Arven ski­nął głową i wsu­nął trzy­ma­ny w dłoni list głę­bo­ko pod płaszcz.

Kilka chwil póź­niej stał już z Hop­pem przy drew­nia­nej fur­cie, przez którą wcze­śniej do­stał się na zamek. Mimo na­ra­sta­ją­cych w nim obaw, nikt nie pró­bo­wał ich za­trzy­mać.

– Niech droga ci sprzy­ja, Po­łu­dniow­cu – po­wie­dział do­wód­ca stra­ży i po raz pierw­szy na­praw­dę się do niego uśmiech­nął. A potem mocno uści­snął mu dłoń. – Jedź i nie oglą­daj się za sie­bie.

Szlachcic od­wza­jem­nił uścisk, po czym skie­ro­wał się w stro­nę prowadzonej przez Kate go­spo­dy. Z każ­dym kro­kiem, który od­da­lał go od pa­ła­co­wych murów czuł jak na­pię­cie po­wo­li ula­tu­je z jego ciała. A jed­nak nie mógł być w pełni spo­koj­ny. Ukry­ty na pier­si list był ni­czym wiszący nad nim wyrok. Do­pó­ki Davrel po­zo­sta­wał w Kar­tha­lion, jego życie w każ­dej chwi­li mogło za­wi­snąć na wło­sku.

Nad mia­stem po­wo­li za­pa­dał zmierzch. Mężczyzna po­sta­no­wił, że skoro świt opu­ści sto­li­cę.

 

 

Obu­dził go jakiś dźwięk.

Cichy, nie­mal nie­do­sły­szal­ny, jakby ktoś mu­snął me­ta­lem o metal. Przez uła­mek chwili Da­vrel był pe­wien, że to sen. Echo od­gło­sów go­spo­dy, które przez ostat­nie dni to­wa­rzy­szy­ły mu pod­czas noc­ne­go od­po­czyn­ku. Leżał nie­ru­cho­mo, z za­mknię­ty­mi ocza­mi, wsłu­chu­jąc się w ciszę.

Dźwięk po­wtó­rzył się.

Tym razem był wy­raź­niej­szy. Krót­ki. Stłu­mio­ny. Ktoś maj­stro­wał przy zamku w drzwiach.

Mężczyzna otwo­rzył oczy.

Pokój spo­wi­jał pół­mrok. Je­dy­nie wąska smuga bla­de­go świa­tła są­czy­ła się przez szcze­li­nę w okien­ni­cy, ry­su­jąc na ścia­nie nie­rów­ne linie. Serce za­bi­ło mu szyb­ciej. Wy­ko­nał gwał­tow­ny ruch, uno­sząc się na łok­ciu. Rama łóżka skrzyp­nę­ła cicho.

To wy­star­czy­ło. Dźwięk ustał.

Cisza za­pa­dła nagle. Była tak głę­bo­ka, że szlachcic po­czuł, jak jego wła­sny od­dech staje się nie­na­tu­ral­nie gło­śny. Za­marł w bez­ru­chu, czu­jąc na­pię­cie w mię­śniach karku i ra­mion.

Cze­kał.

Przez chwi­lę nic się nie dzia­ło.

A potem znów go usły­szał.

Tym razem zgrzyt był cich­szy. Ostroż­niej­szy. Jakby osoba po dru­giej stro­nie drzwi za wszel­ką cenę nie chcia­ła zdra­dzić swo­jej obec­no­ści.

Davrel po­wo­li wy­pu­ścił po­wie­trze przez nos.

To nie był zwy­kły wła­my­wacz. A już na pewno nie pi­ja­ny gość go­spo­dy.

Bez­sze­lest­nie zsu­nął się z łóżka. Stopy do­tknę­ły chłod­nych desek pod­ło­gi. Każdy ruch wy­ko­ny­wał pre­cy­zyj­nie, do­kład­nie tak, jak na­uczył się po­śród elfów. Naj­pierw cię­żar ciała, potem krok.

Z mie­czem w dłoni, przy­warł ple­ca­mi do ścia­ny tuż obok drzwi. Jego od­dech zwol­nił.

Do­bie­ga­ją­cy z zamka dźwięk trwał jesz­cze tylko przez moment. Lord z Arven usły­szał ostat­nie, krót­kie, skrob­nię­cie me­ta­lu.

Klam­ka po­ru­szy­ła się po­wo­li, jakby pro­wa­dzo­na po nie­wi­dzial­nym sznur­ku. Bez naj­mniej­sze­go skrzyp­nię­cia, drzwi uchy­li­ły się na sze­ro­kość łok­cia. Do po­ko­ju wpa­dła smuga ja­śniej­sze­go świa­tła, a wraz z nią sub­tel­ny za­pach skóry i me­ta­lu.

W progu po­ja­wi­ła się syl­wet­ka.

Przez szpa­rę mię­dzy drzwia­mi a fra­mu­gą, Da­vrel do­strzegł drob­ną, ubra­ną na czar­no po­stać. W dło­niach trzy­ma­ła dwa krót­kie, lśnią­ce ostrza. Szlach­cic na­tych­miast roz­po­znał ich kształt. Sai. Broń zbyt eg­zo­tycz­na, by mogła na­le­żeć do zwy­kłe­go na­jem­ni­ka.

In­truz zro­bił dwa kroki w przód.

W tym mo­men­cie mężczyzna za­ata­ko­wał.

Cios był pro­sty i szyb­ki. Wy­mie­rzo­ny w kark, do­kład­nie tam, gdzie wi­docz­ny był ko­smyk ja­snych wło­sów. Ce­lo­wał, by zabić.

A jed­nak po­stać w czer­ni unik­nę­ła ciosu. Jakby wie­dzio­na ja­kimś nie­zwy­kłym in­stynk­tem, w ostat­niej chwi­li usu­nę­ła się z linii ataku. Ostrze mi­nę­ło in­tru­za o sze­ro­kość palca, a szlachcic roz­ciął je­dy­nie po­wie­trze.

Nim zdą­żył w pełni od­zy­skać rów­no­wa­gę, usły­szał świst broni. Za­re­ago­wał od­ru­cho­wo, pa­ru­jąc ude­rze­nie. W ra­mie­niu po­czuł opór. Metal za­zgrzy­tał o metal, zaś kie­ru­nek ciosu zdra­dził coś jesz­cze – ce­lo­wość i pre­cy­zję.

Spoj­rzał na prze­ciw­ni­ka i do­strzegł… ko­bie­tę!

Ob­ró­ci­ła się płyn­nie, pro­wa­dząc jeden z sai tuż przy jego że­brach. Drugi unio­sła w górę, go­to­wa za­blo­ko­wać kontrę.

Jej twarz skry­wa­ła ciem­na chu­s­ta, ale wpa­da­ją­cy z ko­ry­ta­rza blask lampy roz­świe­tlił jasne pasma wło­sów, zwią­za­nych cia­sno z tyłu głowy. Da­vrel za­uwa­żył smu­kłą linię ra­mion oraz wą­skie bio­dra.

Za­bój­czy­ni ude­rzy­ła po­now­nie. Krót­ko. Dy­na­micz­nie.

Męż­czy­zna cof­nął się o krok, czu­jąc, jak ostrze mu­snę­ło skórę na jego boku. Ma­te­riał ko­szu­li roz­darł się cicho. Od­po­wie­dział cio­sem z dołu, ce­lu­jąc w rękę. Sai skrzy­żo­wa­ły się z głu­chym trza­skiem, blo­ku­jąc atak.

Na uła­mek chwi­li zna­leź­li się w zwar­ciu.

Wtedy go zo­ba­czył.

Na od­sło­nię­tym przed­ra­mie­niu na­past­nicz­ki, tuż nad nad­garst­kiem, ciem­niał ta­tu­aż. Trzy pół­księ­ży­ce, uło­żo­ne po­zio­mo jeden pod dru­gim. Równe. Ciem­ne. Zło­wro­gie.

Asa­syn­ka spoj­rza­ła mu w oczy.

Wzrok miała zimny. Su­ro­wy. Nie było w nim wa­ha­nia, ani gnie­wu. Je­dy­nie sta­lo­wo­nie­bie­ski błysk chłod­nej kal­ku­la­cji.

Za­ata­ko­wa­ła po­now­nie, jed­nak szlachcic spa­ro­wał ude­rze­nie, zmu­sza­jąc ją do od­wro­tu. Jeden krok. Potem drugi. Ude­rzy­ła bio­drem o sto­ją­cy przy oknie stół. Świa­tło księ­ży­ca padło na jej twarz, uka­zu­jąc bladą skórę oraz zarys ukry­te­go pod chu­s­tą nosa.

Wi­dząc, że tra­fi­ła na rów­ne­go sobie prze­ciw­ni­ka, za­bój­czy­ni zmie­ni­ła tak­ty­kę. Cof­nę­ła się nagle, wy­ko­nu­jąc szyb­ki obrót. Jeden z sai po­szy­bo­wał w stro­nę lord z Arven. Męż­czy­zna uchy­lił się in­stynk­tow­nie, a ostrze z głu­chym trza­skiem wbiło się w ścia­nę tuż obok jego głowy.

To wy­star­czy­ło.

Ko­bie­ta była już przy oknie. Ruchy miała lek­kie, nie­mal ta­necz­ne. Jed­nym pchnię­ciem otwo­rzy­ła okien­ni­cę i wy­sko­czy­ła na ze­wnątrz, zni­ka­jąc na ciem­nym dachu.

Da­vrel rzu­cił się za nią.

Do­padł okna i bez wa­ha­nia wy­sko­czył na dach. Zimne, nocne po­wie­trze ude­rzy­ło go w twarz.

Przez krót­ką chwi­lę wi­dział ją wy­raź­nie – smu­kłą, czar­ną syl­wet­kę prze­my­ka­ją­cą po kra­wę­dzi bu­dyn­ku. Po­ru­sza­ła się pew­nie, jakby ro­bi­ła to nie­raz.

Pu­ścił się bie­giem.

Deski trzesz­cza­ły pod jego bosymi sto­pa­mi, da­chów­ki prze­su­wa­ły się nie­bez­piecz­nie. Prze­sko­czył wąską szcze­li­nę mię­dzy bu­dyn­ka­mi, nie­mal tra­cąc rów­no­wa­gę. Serce wa­li­ło mu jak oszalałe, a od­dech rwał się coraz bar­dziej.

Po­ścig przy­po­mniał mu inny, za­le­d­wie sprzed kilku dni. Pogoń za Ve­re­eną.

Tam­te­go dnia ści­gał ją po rów­nie zdra­dli­wych da­chach, jed­nak szyb­ko zo­rien­to­wał się, że jego dzi­siej­sza prze­ciw­nicz­ka jest znacz­nie zwin­niej­sza od zło­dziej­ki z Pod­brzu­sza.

Ko­bie­ta po­ru­sza­ła się z za­dzi­wia­ją­cą płyn­no­ścią. Ska­ka­ła tam, gdzie on mu­siał się wspi­nać. Zni­ka­ła za ko­mi­na­mi, by po­ja­wić się kilka kro­ków dalej, za­wsze poza za­się­giem. Jej ruchy były oszczęd­ne,  lecz po­zba­wio­ne wa­ha­nia.

Na ko­lej­nym bu­dyn­ku za­trzy­ma­ła się na uła­mek chwili. Od­wró­ci­ła głowę. Przez ramię spoj­rza­ła na Da­vre­la.

A potem od­bi­ła się od kra­wę­dzi i znik­nę­ła w wą­skiej prze­strze­ni mię­dzy ka­mie­ni­ca­mi.

Gdy szlach­cic do­biegł do miej­sca, z któ­re­go sko­czy­ła, zo­ba­czył je­dy­nie pust­kę. Wąski prze­smyk pro­wa­dzą­cy w dół. Zbyt ciem­ny, by ry­zy­ko­wać rzu­ce­nie się w niego bez przy­go­to­wa­nia.

Stał jesz­cze chwi­lę, od­dy­cha­jąc cięż­ko, wsłu­cha­ny w noc. Wokół pa­no­wa­ła cisza tak głu­cha, jakby nic się nie wy­da­rzy­ło. Na mo­ment ogar­nę­ła go fru­stra­cja. Ude­rzył ręką w drew­nia­ną belkę. Szyb­ko od­zy­skał jed­nak pa­no­wa­nie nad sobą.

Ro­zej­rzał się do­oko­ła.

Znajdował się na jed­nym z da­chów w Gór­nym Mie­ście. Zimny wiatr owiał mu twarz.

Nie­pew­ny, co po­wi­nien teraz zro­bić, lord z Arven ostroż­nie zsu­nął się na ciem­ną ulicę. Gwiaz­dy świe­ci­ły jasno, ale księ­życ po­wo­li cho­wał się już za ho­ry­zon­tem.

Wtem do głowy przy­szła mu myśl. Dom Camp­bel­lów był nie­da­le­ko. Ru­szył w jego kie­run­ku.

Po kilku chwi­lach zna­lazł się pod bu­dyn­kiem, w któ­rym miesz­ka­ła Co­le­en. Za­pu­kał do­no­śnie. A potem jesz­cze raz.

Nie­dłu­go potem drzwi otwo­rzy­ły się cicho. W progu stał nie­wy­so­ki męż­czy­zna w śred­nim wieku. Jego krót­kie brą­zo­we włosy na skro­niach po­kry­te były de­li­kat­ną si­wi­zną. John Camp­bell po­słał intruzowi za­spa­ne, lecz czuj­ne spoj­rze­nie. Szlach­cic do­strzegł trzy­ma­ny przez niego w pra­wej ręce po­grze­bacz.

– Kim je­steś i czego chcesz? – za­py­tał pół­gło­sem go­spo­darz.

– Przy­ja­cie­lem Co­le­en. Muszę z nią po­roz­ma­wiać – od­parł Da­vrel. – Na­tych­miast.  

Męż­czy­zna spoj­rzał na niego po­dejrz­li­wie, ale po krót­kim na­my­śle lekko ski­nął głową.  

– Za­cze­kaj tutaj – po­wie­dział i znik­nął w ciem­nym ko­ry­ta­rzu.

Chwi­lę póź­niej w progu po­ja­wi­ła się Co­le­en. Roz­czo­chra­na i za­ró­żo­wio­na od snu, na sobie miała je­dy­nie cien­ką nocną ko­szu­lę, przez którą prze­świ­ty­wa­ły jej ob­fi­te pier­si. Na ich widok szlach­cic za­ru­mie­nił się wy­raź­nie, pa­nu­ją­ca na ze­wnątrz ciem­ność skry­ła jed­nak jego za­wsty­dze­nie.

– Da­vrel? – za­py­ta­ła cicho. – Co ty tu robisz? Coś się stało?

– Ktoś chciał mnie zabić – od­po­wie­dział jej bez wa­ha­nia.

Ko­bie­ta za­mar­ła, a potem od­su­nę­ła się o krok, wpusz­cza­jąc go do sieni.

Szlach­cic szyb­ko wszedł do domu Camp­bel­lów i za­trza­snął za sobą drzwi. Od­wró­cił się w stro­nę Co­le­en. Przy oka­zji, kątem oka do­strzegł ob­ser­wu­ją­ce­go ich z końca ko­ry­ta­rza Johna. Na jego twa­rzy ma­lo­wał się nie­po­kój, a w dłoni nadal tkwił me­ta­lo­wy pręt.

– No dalej! Mówże – po­na­gli­ła przy­by­sza go­spo­dy­ni.

Lord z Arven wziął głę­bo­ki od­dech a potem szcze­gó­ło­wo zre­la­cjo­no­wał jej nocną wi­zy­tę asa­syn­ki.

– Jesz­cze jedno – dodał na ko­niec. – Czy sym­bol trzech pół­księ­ży­ców coś ci mówi?

Lady Campbell zmarsz­czy­ła brwi.

– Szcze­rze mó­wiąc nie bar­dzo – odparła. – Dla­cze­go py­tasz?

– Za­uwa­ży­łem go na jej przed­ra­mie­niu, tuż przy nad­garst­ku. Po­my­śla­łem, że może wiesz, co ozna­cza.

– Nie­ste­ty. – Co­le­en prze­czą­co po­krę­ci­ła głową. Spoj­rza­ła py­ta­ją­co na męża, który z od­da­li cały czas przy­słu­chi­wał się ich roz­mo­wie. John rów­nież za­prze­czył gestem.

– W Kar­tha­lion jest bi­blio­te­ka – po­wie­dział w za­my­śle­niu. – Może tam uda się coś zna­leźć…

– Nie mam na to czasu – prze­rwał mu Da­vrel. – Muszę jak naj­szyb­ciej wra­cać na Po­łu­dnie.

– Ja po­szu­kam – wtrą­ci­ła lady Camp­bell. – Jeśli się cze­goś do­wiem, na­pi­szę ci list. A co do two­je­go po­wro­tu… – Ko­bie­ta za­wie­si­ła głos, a jej brwi zmarsz­czy­ły się w na­my­śle. – Zga­dzam się, że mu­sisz jak naj­szyb­ciej opu­ścić Kar­tha­lion – oznaj­mi­ła w końcu. – Ale nie wra­caj tą samą drogą, którą tu przy­by­łeś.

Szlach­cic uniósł wzrok.

– Jedź na wschód – mó­wi­ła dalej, jakby od­li­cza­ła ko­lej­ne kroki. – Do Tha­von. Stam­tąd Bia­łym Mo­stem przez rzekę i dalej na po­łu­dnie, do Bri­nva­le. Tak bę­dzie bez­piecz­niej.

Słu­chał uważ­nie, a w miarę jak wy­mie­nia­ła ko­lej­ne miej­sca, droga ukła­da­ła się w jego my­ślach aż na­zbyt wy­raź­nie. Znał ją. Tą samą trasą na Po­łu­dnie przy­był sir Mar­cus Rose. Da­vrel wzdry­gnął się mi­mo­wol­nie.

– Ro­zu­miesz? – za­py­ta­ła Co­le­en, prze­ry­wa­jąc ciszę.

Ostat­nie ślady snu cał­ko­wi­cie znik­nę­ły z jej bla­dej twa­rzy. Ciem­ne oczy pło­nę­ły dziw­nym bla­skiem.

Męż­czy­zna ski­nął głową.

– Do­brze. A teraz zni­kaj – powiedziała gospodyni. – Naj­szyb­ciej jak się da.

Lord z Arven od­wró­cił się do wyj­ścia.

– I jesz­cze jedno – rzu­ci­ła, a w jej gło­sie po­ja­wi­ło się coś mięk­kie­go. – Uwa­żaj na sie­bie…

– Dzię­ku­ję – wy­szep­tał.

A potem otwo­rzył drzwi i znik­nął w ciem­no­ści.

 

Ulice były puste, choć mia­sto już po­wo­li bu­dzi­ło się do życia. W oknach mi­ja­nych domów za­pa­la­ły się świe­ce, a z pie­kar­ni na rogu do­la­ty­wał aro­ma­tycz­ny za­pach świe­żych bułek. Da­vrel skrę­cił w bocz­ną alej­kę pro­wa­dzą­cą ku go­spo­dzie i zwol­nił kroku. W od­da­li usły­szał pod­nie­sio­ne głosy.

Przed wej­ściem do bu­dyn­ku stało kilku żoł­nie­rzy. Dwóch opie­ra­ło się o mur, trze­ci roz­ma­wiał z kimś przy drzwiach. Po­chod­nie rzu­ca­ły nie­rów­ne świa­tło na ich hełmy i na­pier­śni­ki. Na ra­mio­nach mieli płasz­cze w zło­to-czar­nych bar­wach. Straż kanc­le­rza. A z nimi gwar­dia kró­lew­ska. Szlach­cic po­czuł jak na ich widok krew w jego ży­łach znów za­czę­ła krą­żyć szyb­ciej.

Wtem, w jed­nym z okien na par­te­rze po­ru­szy­ła się za­sło­na. Zo­ba­czył Ka­the­ry­ne. Jej zie­lo­ne oczy wpa­trzo­ne były pro­sto w niego. Po­krę­ci­ła prze­czą­co głową, a na­stęp­nie ge­stem wska­za­ła na drugą stro­nę go­spo­dy. Tylne wej­ście.

Męż­czy­zna nie za­sta­na­wiał się ani chwi­li. Wą­skim przej­ściem mię­dzy ścia­na­mi okrą­żył bu­dy­nek. Drzwi na po­dwó­rze uchy­li­ły się nie­mal na­tych­miast.

– Zo­stań, gdzie je­steś – syk­nę­ła Ka­te. – W środ­ku są żoł­nie­rze.

Szlach­cic za­marł. Jego ręka od­ru­cho­wo zacisnęła się na rę­ko­je­ści mie­cza.

– Py­ta­ją o przy­by­sza z Po­łu­dnia – do­da­ła cicho gospodyni. – Z opisu po­dob­ne­go do cie­bie. Nie wiem, co zro­bi­łeś, ale nie mogę cię teraz wpu­ścić.

Mó­wi­ła szyb­ko, nie­mal wy­rzu­ca­jąc z sie­bie słowa. W jej gło­sie czuć było zde­ner­wo­wa­nie.

Da­vrel mil­czał.

– Po­sła­łam już Nicka po twoje rze­czy. Za chwi­lę po­wi­nien je znieść – wyszeptała w końcu właścicielka Rumianego Prosiaka. – Ale potem mu­sisz ucie­kać. Sły­sza­łam jak mó­wi­li, że ob­sta­wi­li bramy.

Urwa­ła gwał­tow­nie, gdy we­wnątrz go­spo­dy dał się sły­szeć przy­tłu­mio­ny huk. Po chwi­li w drzwiach po­ja­wił się Nick. W ręku trzy­mał po­spiesz­nie spa­ko­wa­ną torbę Da­vre­la, a przez ramię prze­rzu­co­ny miał jego płaszcz. Podał mu je przez próg. Spoj­rze­nie miał za­lęk­nio­ne. Wy­glą­dał jakby chciał coś po­wie­dzieć, ale naj­wy­raź­niej nie był w sta­nie. Za­wsty­dzo­ny, wy­co­fał się w głąb go­spo­dy.

– W coś ty się naj­lep­sze­go wpa­ko­wał? – W gło­sie Ka­the­ry­ne męż­czy­zna usły­szał ton wy­rzu­tu.

– Kie­dyś ci opo­wiem – od­po­wie­dział cicho, prze­rzu­ca­jąc torbę przez ramię. – Teraz muszę już iść. Za­opie­kuj się moim ko­niem.

Ko­bie­ta ski­nę­ła głową.

Da­vrel ru­szył w stro­nę alej­ki, ale za­trzy­mał się w pół kroku. Od­wró­cił się w stro­nę nadal sto­ją­cej w drzwiach go­spo­dy­ni.

– Kate…

– Tak?

– Dzię­ku­ję – po­wie­dział cicho. A potem znik­nął mię­dzy bu­dyn­ka­mi.

Gdy już miał wyjść z prze­ciw­nej stro­ny ulicy, po­now­nie usły­szał głosy żoł­nie­rzy. Tym razem zde­cy­do­wa­nie bli­żej. Przy­kuc­nął i wyj­rzał spo­mię­dzy usta­wio­nych na wy­lo­cie alej­ki skrzyń.

I wtedy go zo­ba­czył.

Wśród gwar­dzi­stów stał młody męż­czy­zna o ciem­nych, krę­co­nych wło­sach. Jego szaty lśni­ły zło­tem i czer­wie­nią. Lord z Arven na­tych­miast roz­po­znał twarz z wizji. Po­czuł jak żo­łą­dek pod­cho­dzi mu do gar­dła.

Ry­cerz wydał lu­dziom kan­cle­rza ja­kieś po­le­ce­nie, a potem spoj­rzał w kie­run­ku skrzyń, za któ­ry­mi ukry­wał się szlach­cic. Jego spoj­rze­nie było chłod­ne, prze­ni­kli­we. Na jedną chwi­lę za­trzy­ma­ło się na wy­lo­cie alej­ki, a potem prze­su­nę­ło się dalej, w głąb ulicy. Wresz­cie męż­czy­zna od­wró­cił się, wsia­dł na konia i po­wo­li ru­szył w stro­nę zamku. Po­zo­sta­li żoł­nie­rze po­dą­ży­li za nim.

Da­vrel ode­tchnął z ulgą.

Świa­do­mość, że jest po­szu­ki­wa­ny, nie po­zwo­li­ła mu jed­nak długo cie­szyć się spo­ko­jem. Jeśli woj­sko rze­czy­wi­ście ob­sta­wi­ło bramy, to uciecz­ka z Kar­tha­lion mogła oka­zać się znacz­nie trud­niej­sza niż za­kła­dał. Każda chwila spę­dzo­na na uli­cach dzia­ła­ła teraz na jego nie­ko­rzyść.

Nagle do głowy przy­szedł mu po­mysł. Po­pra­wił pas i skie­ro­wał kroki do je­dy­ne­go miej­sca, które w tej sy­tu­acji było w sta­nie dać mu moż­li­wość bez­piecz­ne­go wy­do­sta­nia się z mia­sta.

 

Pod­brzu­sze przy­ję­ło go tak, jak każ­de­go in­ne­go zbie­ga – bez zbęd­nych pytań.

Scho­dząc do pod­zie­mi, Davrel minął kilku że­bra­ków, któ­rzy naj­wy­raź­niej przy­go­to­wy­wa­li się do ko­lej­ne­go dnia na ulicy, jed­nak nikt nie pró­bo­wał go za­trzy­mać. Chwi­lę póź­niej po­czuł zna­jo­my smród potu i zgni­li­zny. Ciem­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi prze­do­stał się do kom­na­ty, w któ­rej kilka dni wcze­śniej spo­tka­li z Ve­re­eną Pa­ste­rza. Po dro­dze cały czas roz­glą­dał się za zło­dziej­ką.

W końcu do­strzegł w od­da­li jej smu­kłą syl­wet­kę.

Sie­dzia­ła na ni­skim murku przy jed­nym z ka­na­łów. Włosy, za­zwy­czaj roz­pusz­czo­ne, upięte miała w krótki kitek. Gdy go do­strze­gła, nie wsta­ła. Unio­sła je­dy­nie głowę i zmru­ży­ła oczy.

– Czyż­byś to ty był tym przy­by­szem z Po­łu­dnia, któ­re­go szuka całe miasto? – rzu­ci­ła w taki sposób, jakby i tak z góry znała odpowiedź.

– Nic się przed tobą nie ukry­je. – Szlachcic spró­bo­wał nadać swo­je­mu gło­so­wi we­so­ły ton, jed­nak efekt był da­le­ki od za­mie­rzo­ne­go.

– Po co przy­sze­dłeś? Chcesz ścią­gnąć na nas kło­po­ty?

– Po­trze­bu­ję po­mo­cy – od­po­wie­dział szcze­rze.

W oczach zło­dziej­ki po­ja­wi­ło się coś na kształt roz­ba­wie­nia.

– I niby dla­cze­go mia­ła­bym ci jej udzie­lić? – zapytała.

– Bo po­mo­głem ci okraść Wiel­kie­go Kanc­le­rza.

Na dźwięk tych słów jej twarz stę­ża­ła.

Kobieta wsta­ła z murku i spoj­rza­ła swojemu rozmówcy pro­sto w oczy.

Lord z Arven wy­trzy­mał jej spoj­rze­nie.

– Strasz­nieś spię­ty – po­wie­dzia­ła po chwi­li. A potem wska­za­ła brodą w kie­run­ku jed­ne­go z tu­ne­li. – Chodź. Jeśli chcesz wy­do­stać się z mia­sta żywy, nie ma lep­szej drogi niż ta, którą Kar­tha­lion od­pro­wa­dza swoje brudy.

Po­pro­wa­dzi­ła go do wą­skie­go otwo­ru w ka­mien­nej ścia­nie. Ich oczom uka­zał się niski, wil­got­ny ściek, w któ­rym woda chlu­po­ta­ła cicho. Po­wie­trze było cięż­kie, prze­sy­co­ne stę­chli­zną i wilgocią.

W mil­cze­niu ru­szy­li w głąb.

Z każ­dym prze­by­tym kro­kiem Da­vrel czuł, jak na­pię­cie po­wo­li ustę­pu­je miej­sca zmę­cze­niu. Ra­mio­na bo­la­ły go po walce, a myśli krą­ży­ły wokół da­chów, sta­lo­wo­nie­bie­skich oczu i znaku trzech pół­księ­ży­ców. Teraz nie miało to już jed­nak zna­cze­nia. Mia­sto zo­sta­wa­ło za nim, a wraz z nim wszystkie jego ta­jem­ni­ce.

W końcu tunel skrę­cił gwał­tow­nie. W od­da­li mi­gnę­ło blade świa­tło. Wyj­ście znaj­do­wa­ło się poza mu­ra­mi, wśród po­ra­sta­ją­cych brzeg nie­wiel­kie­go stru­mie­nia krze­wów i za­ro­śli, gdzie za­pach ka­na­łów mie­szał się już z wonią mo­krej ziemi. Krata u wy­lo­tu była uchy­lo­na.

– Odtąd bę­dziesz zdany już tylko na sie­bie – po­wie­dzia­ła Ve­re­ena. – Spła­ci­łam swój dług. Je­steś wolny.

– Dzię­ku­ję. – Szlachcic ski­nął głową.

Uśmiech­nę­ła się krót­ko, bez cie­pła.

– Nie zro­bi­łam tego dla cie­bie – oznajmiła. – W Pod­brzu­szu każdy zło­dziej ma swój honor.

– Moż­li­we. Ale i tak cie­szę się, że to aku­rat ty mnie wtedy okra­dłaś.

Tym razem uśmiech, który pojawił się na twarzy jego towarzyszki, był szcze­ry.

– Da­vrel… – po­wie­dzia­ła, przy­glą­da­jąc mu się uważ­nie. – Po­wiedz mi, dla­cze­go cię szu­ka­ją.

Za­wa­hał się na mo­ment.

– Przy­wio­złem listy od króla Grona Thun­derc­lo­uda do króla Gor­do­na oraz mar­szał­ka wojny, lorda Fran­ci­sa de Bach­ma­ko­va – przyznał cicho. – A teraz wiozę od­po­wiedź tego ostat­nie­go.

– Chcesz po­wie­dzieć… – Oczy Ve­re­eny roz­sze­rzy­ły się w nie­do­wie­rza­niu.

– Pró­bu­ję tylko za­po­biec woj­nie – prze­rwał jej krót­ko. – Zgo­dzisz się chyba, że Pod­brzu­sze nie po­trze­bu­je już wię­cej sie­rot.

Zło­dziej­ka za­mil­kła, jakby męż­czy­zna ude­rzył w jej czuły punkt.

Po­wo­li ski­nę­ła głową.

– W takim razie życzę ci po­wo­dze­nia – od­par­ła pół­gło­sem.

A potem od­wró­ci­ła się i we­szła do tu­ne­lu. Po chwi­li jej syl­wet­ka znik­nę­ła  w ciem­no­ści. Lord z Arven zo­stał sam.

Nad ho­ry­zon­tem po­ja­wił się pierw­szy blask ju­trzen­ki. Nie­śmia­ło roz­ja­śnił niebo, zaś Da­vrel pie­szo ru­szył w jego stro­nę. Na wschód, ku Tha­von.

Za ple­ca­mi zo­sta­wiał Kar­tha­lion – mia­sto cieni  i in­tryg, które mi­nio­nej nocy nie­mal za­ci­snę­ły mu się na gar­dle.

Nie oglą­dał się za sie­bie. Do prze­by­cia miał długą drogę, a ukry­ty pod ko­szu­lą list cią­żył mu na pier­si, przy­po­mi­na­jąc, że od po­wo­dze­nia jego misji za­le­żeć mogą losy obu zwa­śnio­nych kró­lestw.

 

Z nowych postaci wystąpili:

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Ten fragment jest naprawdę przeogromny – ponad 90 tysięcy znaków! :)

 

Przebiegłam szybko oczami i widzę niekonsekwencję w zapisie stanowiska:

Wielki Kanclerz Lucius Serenno przekonał radę królewską, by zwołała armię.

Wielkiego kanclerza, Luciusa Serenno.

 

Czasem brak przecinka, np.:

Ale kanclerz ma swoje sposoby (TU?) by przekonać nawet najbardziej opornych przeciwników…

– Wiesz (TU?) co oznacza śmierć Vestingsa? – spytał w końcu.

Ma wszelkie prawo (TU?) by być nieufnym – oznajmiła Vereena.

Pierwszy raz (TU?) odkąd otworzyła mu drzwi, jej ramiona minimalnie się rozluźniły.

Ale nie (TU?) żeby kogoś zabić.

Świadomość, że jest poszukiwany (TU?) nie pozwoliła mu jednak długo cieszyć się spokojem.

Tym razem uśmiech, który pojawił się na twarzy jego towarzyszki (TU?) był szczery.

Po chwili, (ten przenieść dwa wyrazy dalej?) do ogniska przy którym stali podszedł starszy mężczyzna o brudnej, pooranej głębokimi zmarszczkami twarzy.

Gdy już miał wyjść z przeciwnej strony ulicy, (ten z kolei przenieść przed „z”?) ponownie usłyszał głosy żołnierzy.

 

 

Bywa, że są powtórzenia, np.:

Ranek w gospodzie Pod Różowym Prosiakiem pachniał świeżo pieczonym chlebem i ziołami, które Katheryne hojnie dodała do jajecznicy. Od wizyty w domu Campbellów minęły dwa ciche dni, podczas których Davrel poznawał Karthalion. (…)

Wieczory natomiast mijały mu na rozmowach z gospodynią i krótkich lekcjach szermierki, których udzielał podekscytowanemu Nickowi. Tego dnia siedział przy śniadaniu, a w dłoni trzymał pożółkłą kartkę papieru, na której podane były miejsce i czas spotkania z sir Bartholomew Hoppem. (…)

Jej sylwetka – smukła, ale z krągłościami, których trudno było nie zauważyć, zdecydowanie przyciągała wzrok. Nie była może zbyt urodziwa z twarzy, ale w całym jej wyglądzie było coś pociągającego. (…)

– Po co go tu przyprowadziłaś? – burknął, wskazując brodą na przybysza. – Nie potrzebujemy tu tych z góry. (…)

Kobieta była już przy oknie. Jej ruchy były lekkie, niemal taneczne.

 

 

Przy okazji dopytam – czy na pewno imię jest nieodmienne?:

Tego dnia siedział przy śniadaniu, a w dłoni trzymał pożółkłą kartkę papieru, na której podane były miejsce i czas spotkania z sir Bartholomew Hoppem.

 

Starzec rozchylił usta, jakby zamierzał coś powiedzieć, po czym zatrzasnął je z powrotem, kiwnął głową i odszedł. – tu z kolei dopytam, czy na pewno miał być: „zatrząsnął usta”?

 

Masz też niestety błędy rzeczowe przy zapisie imienia jednej z bohaterek (w sumie ponad 30):

– Chodź – szepnęła Verenna.

Spojrzał na Vereenę.

Sięgnął po księgę, ale w tej samej chwili Vereena gwałtownie się poruszyła.

 

Przejrzyj jeszcze starannie dialogi, bo zdarzają się usterki w ich zapisie, np.:

– Przyjacielem Coleen. Muszę z nią porozmawiać. – odparł Davrel. – Natychmiast.  

 

Tu dostrzegłam literówkę:

Za chwile powinien je znieść – wyszeptała w końcu właścicielka Rumianego Prosiaka.

 

Kolejna literówka spowodowała już błąd ortograficzny, więc pod tym katem przejrzyj jeszcze całość:

Poprawił pas i skierował kroki to jedynego miejsca, które w tej sytuacji było w stanie dać mu możliwość bezpiecznego wydostania się z miasta.

 

Akcja, jak widzę, rozkręca się, fabuła ma coraz więcej wątków. :) Oset i jego właściwości bardzo dobrze wplecione do niej, podobnie, jak walka i pościg za zamaskowaną asasynką. :)

Fajne ilustracje. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Bardzo dziękuję za te punkty, jednak ta ilość tekstu mnie zgubiła i wkradło się więcej błędów niż poprzednio. Jutro usiądę i jeszcze raz porządnie przejrzę całość :)

Ale za to – ileż tu się dzieje! :) Im więcej tekstu, tym więcej usterek może się wkraść – norma. :) Każdy z nas tak ma. :) 

Na spokojnie sobie to pouzupełniaj. :)

Pozdrawiam, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka