- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Cmentarz z niewielkim balkonem

Cmentarz z niewielkim balkonem

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Finkla, Użytkownicy II, Użytkownicy IV

Oceny

Cmentarz z niewielkim balkonem

 

– Wchodź­cie, pro­szę. Butów nie zdej­muj­cie. 

Mau­ry­cy, jak na go­spo­da­rza przy­sta­ło, witał gości przed drzwia­mi i za­ma­szy­sty­mi ge­sta­mi za­pra­szał do środ­ka. 

– A dajże spo­kój, toż to mus, żeby buty w cha­łu­pie wyzuć – wy­ją­ka­ła bab­cia Zuza, ścią­ga­jąc wa­lon­ki z weł­nia­no-po­lie­stro­wą wy­ściół­ką. Tak na­praw­dę na­zy­wa­ła się Ewa, ale dawno już o tym za­po­mnia­ła. 

– Nie roz­cho­dzo­ne jesz­cze, piją jak jasna cho­le­ra, mówię ci – jął z kolei na­rze­kać wujek Ar­ka­diusz, zwany przez dzie­cia­ki po pro­stu Ar­czim. 

– W gówno wla­złem, a trawa u cie­bie taka, że cięż­ko do­brze wy­trzeć – zdra­dził brat Mau­ry­ce­go, Ste­fan An­na-Ma­ria, nie wia­do­mo czy w żar­cie, czy na po­waż­nie. 

Dzie­cia­ki wbie­gły do miesz­ka­nia, nie dając po­słu­chu ni­czy­im proś­bom. Jedna tylko Amel­ka, sie­rot­ka po sio­strze Mau­ry­ce­go, zdję­ła czar­ne ba­let­ki i uło­ży­ła je równo, tuż obok nieco śmier­dzą­cych i wy­słu­żo­nych tram­pek. Po­gła­ska­ła je, po­pa­trzy­ła chwil­kę szkla­ny­mi oczy­ma, po czym po­ma­cha­ła na po­że­gna­nie i we­szła do nie­mal ide­al­nie kwa­dra­to­we­go sa­lo­nu. Usia­dła w kącie, na­prze­ciw­ko su­chej i kła­dą­cej się już nieco juki. Przy­tu­li­ła ro­ślin­kę, sze­lesz­cząc li­ść­mi i kwi­ląc z cicha. Mau­ry­cy po­pa­trzył na nią z po­li­to­wa­niem i po­gła­dził po pło­wych wło­sach. 

– Mamie i tacie do­brze tu. Lidka nigdy nie pod­le­wa­ła tej juki, to i ja jej nie pod­le­wam. Uschnie to uschnie, nie martw się, mała.

Amel­ka się nie mar­twi­ła. Po­do­ba­ła jej się sama do­nicz­ka. Przy­po­mi­na­ła nawet ro­dzi­ciel­kę. W abs­trak­cyj­nym wzo­rze wi­dzia­ła mat­czy­ny uśmiech. 

Resz­ta fa­mi­lii usa­do­wi­ła się przy stole. Jedno z krze­seł po­zo­sta­wio­no puste i to by­naj­mniej nie z po­wo­du sto­ją­ce­go na nim sło­ika z tru­skaw­ko­wym dże­mem. 

– Wziął­byś i wy­mie­nił matce ten dżem – skar­cił brata Ste­fan An­na-Ma­ria, zdej­mu­jąc ły­żecz­ką ple­śnio­wy puch, wy­peł­nia­ją­cy słoik nie­mal w rów­nym stop­niu, co bru­nat­nie­ją­ca już maź, nie­gdyś z pew­no­ścią bę­dą­ca dże­mem. 

– Bo ja wiem. – Skrzy­wił się Mau­ry­cy. – Wie­czo­rem, jak go przed śmier­cią jadła, mó­wi­ła, że lep­szy to tylko za ko­mu­ny ro­bi­li, jak tru­skaw­ki pol­skie, a nie por­tu­gal­skie były. 

– Teraz to bli­żej tym tru­skaw­kom do kar­to­fli, niż owo­ców, mówię ci – wtrą­cił Arczi, przez ni­ko­go nie­py­ta­ny. Kie­dyś, po pi­ja­ku, zda­rzy­ło mu się zjeść ki­lo­gram su­ro­wych ziem­nia­ków, ja­ko­by na tru­skaw­ki wła­śnie chęć mając. Nie struł się nawet bar­dzo. Od tego czasu wcale czę­sto ziem­nia­ki zda­rza­ło mu się mylić z in­ny­mi pro­duk­ta­mi spo­żyw­czy­mi. A to mi­ze­rię z nich zro­bił, innym razem szar­lot­kę ziem­nia­cza­ną. Nawet gdy pić prze­stał, to nie raz, nie dwa ciot­ka Kun­dzia przy­ła­pa­ła go z su­ro­wą bulwą. Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że po śmier­ci wujek na­wie­dzi worek ziem­nia­ków i razem z nimi gnił bę­dzie w piw­ni­cy pod nu­me­rem sto dwa­dzie­ścia, obok sta­re­go skła­da­ka, zna­czy się stryj­ka Jurka. 

– A oj­ciec gdzie? Na bal­ko­nie? – spy­tał Ste­fan An­na-Ma­ria i, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, wyj­rzał za otwar­te na oścież okno. Łyżki na pa­ra­pe­cie nie za­uwa­żył. 

– Za­bra­łem go do stołu, nigdy stary gości nie lubił, to po­my­śla­łem, że się z nami po­mę­czy i tym razem.

Oj­ciec umarł był dwa lata temu. W zwy­cza­ju miał wy­sta­wać na ze­wnątrz ze swoją łyżką. Ca­ły­mi go­dzi­na­mi palił pa­pie­ro­sy marki Mocne, trzy­ma­jąc w dło­niach swój sztu­ciec i wga­piał się w bal­kon na­prze­ciw­ko ich miesz­ka­nia. Nie było w tym bal­ko­nie nic szcze­gól­ne­go, oprócz Bez­no­gie­go Ły­so­la, rzecz jasna. Czy Łysol fak­tycz­nie nie miał nóg, nikt nie wie­dział. Po­dob­nie jak oj­ciec, ca­ły­mi go­dzi­na­mi wy­sta­wał na swoim pię­cio­me­tro­wym patio. A że ba­lu­stra­da się­ga­ła mu ponad pas, jego dolna po­ło­wa po­zo­sta­wa­ła za­gad­ką. Drogą burz­li­wych obrad usta­lo­no, że Bez­no­gi Łysol ist­nie­je tylko w tej wi­docz­nej czę­ści. Po śmier­ci ojca, Łysol znik­nął. Zo­sta­ła łyżka. 

– No dobra, ale który to oj­ciec? – spy­tał z prze­ję­ciem Ste­fan An­na-Ma­ria.

Sie­dzą­cy przy stole spoj­rze­li na na­kry­cia, potem po sobie, na­resz­cie wle­pi­li wzrok w ma­łe­go Kac­per­ka za­pa­mię­ta­le wy­ja­da­ją­ce­go zupę pro­sto z wazy. Mau­ry­cy wy­rwał mu łyżkę nie­mal na­tych­miast. Spoj­rzał na nią z jed­nej stro­ny, z dru­giej, ude­rzył w stół, przy­ło­żył do ucha, po czym oddał sztu­ciec ma­lu­cho­wi. To nie był oj­ciec, ale Kac­per­ko­wi i tak się obe­rwa­ło.

– A mo­dli­twa?! – skar­ci­ła go bab­cia. Czuła od­dech śmier­ci na karku, toteż po prze­mia­nie z Ewy w Zuzę, jakiś czas temu przy­szła pora na prze­po­czwa­rze­nie się w Zuzę De­wot­kę (wcze­śniej Go­łę­biew­ską). Nie po­do­ba­ła się ta nowa bab­cia ni­ko­mu, szcze­gól­nie, że znowu trze­ba było wy­mie­niać dowód i wszyst­kie do­ku­men­ty, ale cóż po­cząć. Sta­rusz­ka, z wła­ści­wym de­wot­kom za­pa­łem, prze­strze­ga­ła wszyst­kich ko­ściel­nych reguł i na­ka­zów, a słowa miej­sco­we­go an­ty­kwa­riu­sza trak­to­wa­ła jak wy­po­wia­da­ne usta­mi sa­me­go Boga.

Okres przej­ścio­wy mię­dzy ziem­skim pa­do­łem a nie­bem chcia­ła prze­cze­kać jako kłę­bek włócz­ki. Naj­le­piej czer­wo­nej, choć miała obawę, czy Bóg nie po­ka­ra ją tran­zy­cją w tę czar­ną, scho­wa­ną głę­bo­ko w cze­lu­ściach sy­pial­nia­nej ko­mo­dy, to jest jej brata, Eu­sta­che­go. Nie cho­dzi­ło nawet o to, że pod ko­niec jego życia po­żar­li się o jakąś bła­host­kę, w kon­flik­cie trwa­jąc aż do przed­wcze­sne­go za­koń­cze­nia ży­wo­ta Eu­sta­che­go. Rzecz w tym, że jej kotka wręcz uwiel­bia­ła czer­wo­ny kłę­bek, a bab­cia Zuza za nic w świe­cie z pu­pil­ką nie chcia­ła się roz­sta­wać. Nawet po śmier­ci. 

Mau­ry­cy szyb­ko po­zbie­rał sztuć­ce, łącz­nie z tym uma­za­nym ple­śnie­ją­cą, dże­mo­wą mazią. Nie chcąc tra­cić czasu na do­cho­dze­nie, który z nich fak­tycz­nie był ojcem, wszyst­kie uło­żył na pa­ra­pe­cie, a go­ściom roz­dał nowe. 

 

*

 

Po zupie przy­szła pora na scha­bo­we­go. W całym za­mie­sza­niu Arczi zdą­żył wy­żreć wszyst­kie ziem­nia­ki, nim te zdą­ży­ły się ugo­to­wać. Mi­ze­rię zo­sta­wił, ma­ru­dząc, że ogór­ko­wa była, nie­do­bra. Na szczę­ście nikt prócz niego nie był szcze­gól­nie głod­ny, bo też obiad o go­dzi­nie dzie­sią­tej był czymś ra­czej oso­bli­wym. Mau­ry­cy od dłuż­sze­go czasu cier­piał na przy­pa­dłość, okre­śla­ną przez jego le­ka­rza jako ze­spół za­bu­rzeń rytmu do­bo­we­go. Jako że jego życie dość już było roz­re­gu­lo­wa­ne, ka­te­go­rycz­nie za­bra­nia­no mu zmie­niać usta­lo­ny po­rzą­dek dnia, choć­by ten tym­cza­so­wy. Gdy za­bie­rał od gości ta­le­rze z nad­gry­zio­ny­mi le­d­wie scha­bo­wy­mi, w przed­po­ko­ju roz­le­gło się gło­śne pu­ka­nie.

– To on, an­ty­kwa­riusz, mówię ci – oce­nił, jak się po chwi­li oka­za­ło, wcale cel­nie, wujek Arczi. 

– Szczęść Boże temu do­mo­wi, jego miesz­kań­com oraz du­szom tu re­zy­du­ją­cym i cze­ka­ją­cym zba­wie­nia… – de­kla­mo­wał ksiądz, beł­ko­cząc pod nosem i roz­wią­zu­jąc buty, o co, rzecz jasna, nikt go nie pro­sił. Koń­cząc ofi­cjal­ne po­wi­ta­nie do­mow­ni­ków i dusz, po­de­rwał się z po­zy­cji pół­klę­czą­cej, chwi­lę po­zo­sta­jąc w pół­zgię­ciu, dy­na­micz­nie prze­cho­dząc przez lek­kie zgar­bie­nie, aż do nie­mal peł­ne­go wy­pro­stu, zwień­czo­ne­go gło­śnym stęk­nię­ciem. 

Czas ten zgro­ma­dze­ni w sa­lo­nie wy­ko­rzy­sta­li do szyb­kiej zmia­ny aran­ża­cji wnę­trza. Krze­sła zna­la­zły się pod oknem w dłu­gim rzę­dzie. Po prze­ciw­nej stro­nie stołu zo­sta­ło jedno sie­dzi­sko, prze­zna­czo­ne dla an­ty­kwa­riu­sza. Po­środ­ku nie­zmien­nie stała mama Mar­ce­la ze sło­ikiem ple­śnie­ją­ce­go dżemu. Do­mow­ni­cy cze­ka­li. Mar­cel spo­glą­dał na ze­ga­rek z wy­raź­nym znie­cier­pli­wie­niem. “Nie­dłu­go po­po­łu­dnio­wa drzem­ka” my­ślał. Bab­cia zaś szkla­ny­mi oczy­ma spo­glą­da­ła na gra­mo­lą­ce­go się z pod­ło­gi księ­dza. Gdy ten w końcu wszedł do po­miesz­cze­nia, od razu zwró­cił na nią wzrok.

– Oto i nasza ocze­ku­ją­ca. 

Bab­cia po­chy­li­ła głowę i wy­ko­na­ła sa­kral­ny gest. By­ła­by uklę­kła i po­ca­ło­wa­ła dłoń an­ty­kwa­riu­sza, jed­nak jej ko­la­na nie pra­co­wa­ły na tyle do­brze, by ich zgi­na­nie na za­wo­ła­nie było moż­li­we. Z ca­ło­wa­niem, o czym za­świad­czyć mogła garst­ka wnu­cząt, pro­ble­mów nie miała. 

Ksiądz za­siadł na wy­zna­czo­nym miej­scu, a w ślad za nim wszy­scy do­mow­ni­cy, na czele z za­hip­no­ty­zo­wa­ną bab­cią. Z czar­nej torby an­ty­kwa­riusz wy­cią­gnął czar­ny ka­je­cik, otwo­rzył na stro­nie ozna­czo­nej li­te­rą “D” i jął czy­tać, stę­ka­niem i gło­śnym dy­sze­niem wy­peł­nia­jąc po­miesz­cze­nie. 

– Zu­zan­na, tak? – Spoj­rzał spod krza­cza­stych brwi i le­d­wie uchwy­ciw­szy ska­czą­cą w górę i w dół głowę sta­rusz­ki, znowu za­to­pił nos w no­tat­kach. – No więc tak… – za­czął prze­cią­gle. – Ogło­sze­nie było, chęć, że tak po­wiem, zo­sta­ła wy­ra­żo­na. W ko­ście­le też wi­du­ję cię dość re­gu­lar­nie. – Bab­cia nie­mal uno­si­ła się na krze­śle, prze­peł­nio­na ja­kimś innym, świą­to­bli­wym po­wie­trzem, z dużym praw­do­po­do­bień­stwem lżej­szym od tego, któ­rym od­dy­cha­ła na co dzień. – Ocze­ki­wa­nie wy­da­je się za­sad­ne, bez dwóch zdań. Wy­bra­łaś, jak się zdaje… kłę­bek włócz­ki, zga­dza się? – Sta­rusz­ka zło­ży­ła dło­nie jak do mo­dli­twy i po­chy­li­ła głowę. – Ro­zu­miem. Czy to tu dusza ocze­ki­wać bę­dzie zba­wie­nia, łaski i wy­nie­sie­nia? 

– Tak. U mnie. – Mau­ry­cy pod­niósł rękę ni­czym uczeń w szko­le. 

– Yhm. – An­ty­kwa­riusz spoj­rzał na niego kry­tycz­nie. Omiótł wzro­kiem kwa­dra­to­wy salon. 

– Kon­se­kro­wa­ny? – Mau­ry­cy kiw­nął głową. – Hmmm… – Ksiądz po­now­nie za­brał się do kart­ko­wa­nia ze­szy­ci­ku, czy­niąc to z iście te­atral­ną ma­nie­rą czło­wie­ka, któ­re­mu ni­g­dzie się nie spie­szy. Po kilku mi­nu­tach nie­zno­śnej ciszy po­now­nie za­brał głos. 

– Hie­ro­nim Kwiat­kow­ski? – Mau­ry­cy wska­zał pal­cem tramp­ki przy drzwiach.

– Lidia Kwiat­kow­ska, z domu Bela? 

– Tutaj – wy­ją­ka­ła Amel­ka, gła­dząc brą­zo­we, sztyw­ne li­ście juki. 

– Le­oka­dia Bela, z domu Pod­ruc­ka? 

– O tu, tu. – Do krze­sła pod­biegł Kac­pe­rek i wska­zał je pla­cem. 

– Piotr Bela? – Ste­fan An­na-Ma­ria wziął z pa­ra­pe­tu pierw­szą lep­szą łyżkę, która wpa­dła mu w ręce, po czym uniósł ją w górę.

– Iza­be­la Bela, z domu Go­łę­biew­ska? 

Mau­ry­cy wstał cięż­ko, zda­jąc sobie spra­wę ze swo­jej po­win­no­ści i prze­kli­na­jąc ją w duchu. Pod­szedł do szaf­ki i wy­cią­gnął kilka szpar­ga­łów, na pierw­szy rzut oka przy­pad­ko­wych. 

– Pro­szę za­ło­żyć – po­wie­dział, wrę­cza­jąc je księ­dzu. Ten, wiele nie do­py­tu­jąc, jął na­kła­dać ko­lej­no: fo­lio­we osłon­ki na obu­wie, maskę prze­ciw­py­ło­wą FFP2, szli­fier­skie oku­la­ry ochron­ne, nie­bie­skie gu­mo­we rę­ka­wicz­ki i coś wy­glą­da­ją­ce­go jak spi­nacz do bie­li­zny, jed­nak z pew­no­ścią spi­na­czem nie bę­dą­ce. Du­chow­ny bez py­ta­nia wy­ko­rzy­stał ów przed­miot do za­tka­nia sobie nosa, po czym, w akom­pa­nia­men­cie or­ga­nicz­nych i nie­orga­nicz­nych dźwię­ków do­by­wa­ją­cych się z jego wnę­trza, sko­rzy­stał z po­zo­sta­łych środ­ków ochro­ny oso­bi­stej, udzie­lo­nych mu przez Mau­ry­ce­go. W tym cza­sie go­spo­darz wy­cią­gnął klucz z sejfu sty­li­zo­wa­ne­go na ta­ber­na­ku­lum i ocze­ki­wał an­ty­kwa­riu­sza przy drzwiach jed­ne­go z pokoi. Kiedy przy­spo­so­bio­ny do za­da­nia ksiądz zbli­żył się do niego, męż­czy­zna prze­krę­cił klucz w zamku. Otwo­rzył jedną parę drzwi, roz­su­nął fo­lio­wą ko­ta­rę ujaw­nia­jąc ko­lej­ne wrota i za­pro­sił księ­dza do środ­ka. Gdy ten za­głę­bił się w cze­lu­ści ciem­ne­go po­miesz­cze­nia, drzwi po­now­nie się za­mknę­ły, a głu­chy świst su­wa­ka fo­lio­wej ko­ta­ry do­biegł do uszu po­zo­sta­łych do­mow­ni­ków. 

 

*

 

Wkrót­ce po znik­nię­ciu Mau­ry­ce­go i księ­dza, ktoś po­now­nie za­pu­kał do drzwi. Ste­fan An­na-Ma­ria wyj­rzał przez ju­da­sza. 

– To Bez­no­gi Łysol! – za­krzyk­nął dziw­nie pod­nie­co­ny i bez wa­ha­nia otwo­rzył.

Ta­jem­ni­cza po­stać nie­mal wsko­czy­ła do środ­ka i prze­mknę­ła przez przed­po­kój, nie zdej­mu­jąc butów. Go­ście osłu­pie­li, za­dzi­wie­ni nie tyle bra­kiem ogła­dy in­tru­za, lecz samym fak­tem po­sia­da­nia obu­wia, a wła­ści­wie koń­czyn, na któ­rych to mogło się znaj­do­wać. Tak, Bez­no­gi Łysol miał nogi. Nieco dziw­ne, bu­dzą­ce nie­po­kój i wąt­pli­wo­ści, być może nawet strach i jakiś ro­dzaj od­ra­zy, ale miał. Nie zwa­ża­jąc na py­ta­ją­ce spoj­rze­nia zgro­ma­dzo­nej przy oknie ro­dzi­ny, Łysol w jed­nej chwi­li zna­lazł się na bal­ko­nie, mi­ja­jąc głu­pie­ją­ce z nudów dzie­cia­ki, Ar­czie­go o dziw­nie zie­le­nie­ją­cym ob­li­czu oraz bab­cię, zbyt za­afe­ro­wa­ną wi­zy­tą dusz­pa­ste­rza, by zwra­cać uwagę na nie­pro­szo­ne­go go­ścia. Nim Ste­fan An­na-Ma­ria zdo­łał wy­ar­ty­ku­ło­wać py­ta­nie bądź doj­rzeć do pod­ję­cia ja­kiej­kol­wiek in­ter­wen­cji, z wnę­trza po­ko­ju Iza­be­li Beli do­biegł go dźwięk po­spiesz­nie za­my­ka­nych drzwi. Chwi­lę trwa­ło, nim nie­okre­ślo­ny rumor i zna­jo­me stę­ka­nia usta­ły, a z pie­cza­ry wy­ło­nił się ksiądz w asy­ście Mau­ry­ce­go. W rę­kach dzier­ży­li dwa czar­ne worki, które po­śpiesz­ne i z wiele mó­wią­cy­mi gry­ma­sa­mi na twa­rzach wrzu­ci­li do sto­ją­ce­go w rogu po­jem­ni­ka, zdo­bio­ne­go gu­stow­nym cze­re­pem i krzy­żu­ją­cy­mi się pisz­cze­la­mi.

– Do­bra­noc. – Z ulgą i uczu­ciem speł­nio­nej po­win­no­ści jęk­nął Mau­ry­cy, po czym udał się do sy­pial­ni na drzem­kę, sta­no­wią­cą re­me­dium na jego oso­bli­we do­le­gli­wo­ści.

Ksiądz po­now­nie roz­siadł się na krze­śle, no­tu­jąc coś w swoim ka­je­cie. 

– Miesz­ka­nie jest w po­rząd­ku – skwi­to­wał pod nosem, wy­cią­ga­jąc z tecz­ki for­mu­larz. Na­stęp­nie wstał i wy­ko­nał sa­kral­ny gest. W ślad za nim cała ro­dzi­na nie­mal pod­sko­czy­ła, po­wta­rza­jąc me­cha­nicz­ne ruchy dłoni. Ksiądz roz­po­czął mo­dli­twę. Praw­do­po­dob­nie po ła­ci­nie. Dzie­ci nie ro­zu­mia­ły nic, do­ro­śli – nie­wie­le. Za to bab­cia Zuza ro­zu­mia­ła wszyst­ko, choć po swo­je­mu. Po skoń­czo­nej mo­dli­twie an­ty­kwa­riusz usiadł po­now­nie i prze­szedł do me­ri­tum. 

– Po­twier­dzam ak­tu­al­ność da­nych o miej­scu kon­se­kra­cji. Po­zwo­le­nie kurii jest. Licz­ba dusz się zga­dza – za­czął nad wyraz urzę­do­wo. – Za­świad­cze­nia o spo­wie­dzi w każdy pią­tek mie­sią­ca przez ostat­nie dzie­sięć lat jest. Co my tu jesz­cze… Dy­plom za naj­więk­szą palmę wiel­ka­noc­ną, karta wzo­ro­we­go straż­ni­ka grobu pań­skie­go…

Gdy skoń­czył wy­li­czać, wy­cią­gnął ko­lo­ro­wą bro­szu­rę z krzy­żem świę­te­go Be­ne­dyk­ta, która mu­sia­ła słu­żyć mu od dłuż­sze­go czasu. Być może od za­wsze. 

– Co ja mogę… No więc: czter­dzie­ści lat, tyle je­stem ci w sta­nie za­ofe­ro­wać, Zu­zan­no. Przy wła­ści­wej i zgod­nej z nauką ko­ścio­ła kon­ser­wa­cji re­lik­tu, być może uda się skró­cić czas ocze­ki­wa­nia do trzy­dzie­stu pię­ciu. Do­dat­ko­wo, przy wzro­ście ofia­ry o dwa­dzie­ścia pięć pro­cent, mo­że­my za­ofe­ro­wać ro­dzi­nie pa­kiet kon­se­kra­cji pre­mium i zwięk­sze­nie po­jem­no­ści miesz­ka­nia dla ko­lej­nych czte­rech dusz. Z wy­łą­cze­niem tam­te­go po­ko­ju. – Ksiądz wska­zał za­mknię­te na klucz po­miesz­cze­nie i wzdry­gnął się nie­znacz­nie, co w przy­pad­ku jego fi­zjo­no­mii skut­ko­wa­ło po­wsta­niem fali bie­gną­cej przez całe ciało, wzmac­nia­nej drga­nia­mi ga­la­re­to­wa­te­go brzu­cha. Kul­mi­na­cją owego zja­wi­ska było roz­war­cie i uka­za­nie ża­bich oczu księ­dza w peł­nej kra­sie.

– Mó­dl­my się – za­in­to­no­wał w końcu. Wszy­scy wsta­li. – Boże, nasz Ojcze. Ty spra­wi­łeś, że nawet Twój Syn, który przy­jął ludz­ką formę, prze­szedł drogę śmier­ci i prze­mia­ny. Przez trzy dni spo­czy­wał po­śród zmar­łych, dzie­ląc los każ­de­go czło­wie­ka, który ocze­ku­je go­dzi­ny wy­zna­czo­nej przez Cie­bie.

Naucz i nas cier­pli­wo­ści wobec ta­jem­ni­cy prze­mi­ja­nia. Niech pa­mięć o Chry­stu­sie, który nie omi­nął czasu ocze­ki­wa­nia, umac­nia nas w na­dziei, że żadna noc nie trwa wiecz­nie.

Daj na­szym zmar­łym pokój w Two­jej obec­no­ści, a nam łaskę wy­trwa­nia w wie­rze, aż na­dej­dzie dzień, w któ­rym i my usły­szy­my we­zwa­nie do życia wiecz­ne­go.

Przez Chry­stu­sa, Pana na­sze­go…

– Amen. – Nie­zna­ny ze­bra­nym głos do­bie­gał od stro­ny drzwi bal­ko­no­wych. Łysol, zwany Bez­no­gim, ale nogi po­sia­da­ją­cy, wszedł po­now­nie do po­ko­ju. Pod­szedł do stołu i bez­ce­re­mo­nial­nie usiadł na świę­tej pa­mię­ci Le­oka­dii Bela, zwa­la­jąc na pod­ło­gę słoik z ma­zi­stą sub­stan­cją przy­po­mi­na­ją­cą dżem. Zgro­ma­dze­ni w sa­lo­nie aż za­nie­mó­wi­li z obu­rze­nia. Nim kto­kol­wiek zdo­łał wy­du­sić z sie­bie choć­by słowo, in­truz schy­lił się, oparł brodę o stół i wy­do­był spod niego dwa nie­mal iden­tycz­ne przed­mio­ty. Dziw­ne, bu­dzą­ce nie­po­kój i wąt­pli­wo­ści, być może nawet strach i jakiś ro­dzaj od­ra­zy.

– A to są moi ro­dzi­ce. Od za­wsze byli dla mnie opar­ciem – oświad­czył uro­czy­ście, po czym wy­buch­nął gło­śnym, nie­przy­jem­nych re­cho­tem. – A to – kon­ty­nu­ował, wska­zu­jąc kciu­kiem opar­cie krze­sła i śmie­jąc się nie­prze­rwa­nie – jest, kurwa, krze­sło. Ta łyżka zaś, wbrew wszel­kim bred­niom, któ­ry­mi raczy was tu obec­ny du­chow­ny, nie za­wie­ra choć­by śla­do­wych ilo­ści ludz­kiej duszy. To wie­rut­ne bzdu­ry!

Dzie­ci scho­wa­ły się za mil­czą­cy­mi i bez­rad­ny­mi wobec bluź­nierstw ro­dzi­ca­mi. Ci z kolei za­wie­si­li bła­gal­ny wzrok na księ­dzu, któ­re­go ob­li­cze wi­docz­nie po­czer­wie­nia­ło. Nim świę­ty gniew, wi­szą­cy nad łysym cze­re­pem sie­dzą­ce­go przy stole męż­czy­zny, wy­do­stał się z gar­dzie­li an­ty­kwa­riu­sza, Bez­no­gi po­now­nie prze­mó­wił. 

– Zna­łem Pio­tra i Le­osię. Być może le­piej niż wy. Przy­jaź­ni­li­śmy się. – Po wcze­śniej­szym roz­ba­wie­niu nie po­zo­stał nawet ślad. – Są­dzi­cie, że tego wła­śnie by chcie­li? Spę­dzić ko­lej­ne de­ka­dy w tych sa­mych czte­rech ścia­nach, w któ­rych za­mknię­ci byli u kresu swo­je­go życia? Le­osia za­klę­ta w tym krze­śle, do któ­re­go nie­mal przy­spa­wa­ła ją oste­opo­ro­za czy inne lum­ba­go? Słaby żart. A ta łyżka… Wie­cie przy­naj­mniej, czym była dla Pio­tra? – Ły­so­lo­wi od­po­wie­dzia­ło mil­cze­nie. – To krzyk po­mo­cy udrę­czo­nej duszy. 

– Kła­miesz – prze­rwał mu na­resz­cie Ste­fan An­na-Ma­ria, wy­stę­pu­jąc przed sze­reg mil­czą­cej fa­mi­lii. – Zaj­mo­wa­li­śmy się nim, jak mo­gli­śmy naj­le­piej, przez cały ten czas. Cały okres cho­ro­by. Mo­gli­śmy oddać go do domu opie­ki, ale chcie­li­śmy za­pew­nić mu to, co naj­lep­sze. Jemu i matce. Miej­sce, które ko­cha­li. 

– Al­zhe­imer to kosz­mar, mówię ci – po­twier­dził Arczi.

– Ko­chał? – żach­nął się Łysol. – Co­dzien­nie, od sied­miu lat, przy po­mo­cy tej oto łyżki pró­bo­wał łapać sło­necz­ne pro­mie­nie. Gdy mu się uda­wa­ło, za­wsze wy­sy­łał w świat alarm SOS al­fa­be­tem Morse’a. 

– I jak to tak? Nie pró­bo­wał mu pan pomóc? – za­in­te­re­so­wał się ksiądz, za­po­mi­na­jąc o po­cząt­ko­wym obu­rze­niu.

– Oczy­wi­ście, że pró­bo­wa­łem. Nie­raz dzwo­ni­łem na po­li­cję. 

– Głu­piś – wtrą­ci­ła się bab­cia. – Pio­truś, po­dob­nie jak jego brat Ar­ka­diusz, ku­li­nar­nie miał, jak to mówią, bzika. Tylko ten sos i sos, do wszyst­kie­go sos. Aż mu w końcu le­karz za­bro­nił.

– Sam cho­le­ste­rol, te sosy, mówię ci – po­twier­dził Arczi.

– Tak czy ina­czej, guzik to dało. Wziął był i umarł chłop. Z tobą to samo bę­dzie, zo­ba­czysz! – Sta­rusz­ka po­ma­cha­ła zło­wro­go pal­cem w stro­nę Ar­czie­go. 

Łysol zmie­szał się, po­stu­kał pal­ca­mi o blat stołu. 

– A pana nogi? Co z nimi? Przez lata my­śle­li­śmy, że nie ist­nie­ją – wy­pa­lił w końcu Ste­fan An­na-Ma­ria, wi­dząc słab­ną­cą po­zy­cję in­tru­za. 

– To, że cze­goś nie widać, nie zna­czy, że nie ist­nie­je! – obu­rzył się Łysol. Ksiądz, w duchu, obu­rzył się rów­nież. 

– Prze­cież to nie są nawet nogi, tylko jakiś sztucz­ny twór. 

– Dla mnie są praw­dzi­we. 

Łysol za­ło­żył pro­te­zy i bez słowa wstał. Wy­cho­dząc, spoj­rzał jesz­cze na bab­cię. Za­trzy­mał się. Jego twarz za­sty­gła w wy­ra­zie głę­bo­kiej za­du­my. Uwie­ra­ją­ca z tyłu głowy obawa oraz nie­spo­koj­na in­tu­icja pod­po­wia­da­ły mu, że za tym wszyst­kim kryje się coś wię­cej. Coś nie­wła­ści­we­go. Złego. “Kim jest ta ko­bie­ta? Czy to…” Nim zdo­łał do­koń­czyć myśl, do­sko­czył do niego znie­cier­pli­wio­ny Ste­fan An­na-Ma­ria, chcąc pomóc nie­pro­szo­ne­mu go­ścio­wi w opusz­cze­niu ro­dzin­ne­go zgro­ma­dze­nia. W tym samym mo­men­cie z sy­pial­ni wy­ło­nił się za­spa­ny Mau­ry­cy. Gdy tylko zo­ba­czył Bez­no­gie­go Ły­so­la, jego twarz po­czer­wie­nia­ła, a oczy za­pło­nę­ły gnie­wem. 

– Co on tu robi?! – wy­buch­nął. 

In­truz, nie zwa­ża­jąc na nic i nie spusz­cza­jąc wzro­ku z babci, spy­tał cicho, nie­mal szep­tem:

– Ewa? 

– Nie, mu­sia­łeś mnie z kimś po­my­lić. – Bab­cia od­po­wie­dzia­ła z wy­raź­nym tru­dem. 

W tym mo­men­cie Mar­cel, jak ra­żo­ny pio­ru­nem, ru­szył w stro­nę Ły­so­la, a w ślad za nim ksiądz, nie­mal wy­wra­ca­jąc krze­sło, na któ­rym jesz­cze przed chwi­lą się mo­ścił. 

Spra­wy po­to­czy­ły się bły­ska­wicz­nie. Łysol sko­czył w stro­nę sta­rusz­ki, chwy­cił ją za głowę i, nie py­ta­jąc o zgodę, po­ca­ło­wał. 

– A to pa­mię­tasz? 

Pa­mię­ta­ła. Nie zdą­ży­ła jed­nak nic od­po­wie­dzieć. Po­chwy­co­ny za ra­mio­na in­truz sza­mo­tał się w pró­bie uwol­nie­nia. Mau­ry­cy i nieco zdez­o­rien­to­wa­ny Ste­fan An­na-Ma­ria nie da­wa­li jed­nak za wy­gra­ną. Ksiądz z krzy­żem w ręku rzu­cał klą­twy, Arczi sta­rał się przy­po­mnieć sobie numer alar­mo­wy na po­li­cję, a dzie­ci bie­ga­ły w kółko, drąc się, śmie­jąc i po­dry­gu­jąc niby dzi­ku­sy w ry­tu­al­nym tańcu. 

– Jak się na­zy­wa­ła twoja matka? – Łysol nie miał za­mia­ru się pod­da­wać. Mówił gło­śno i wy­raź­nie, jak gdyby re­cy­to­wał ma­gicz­ną for­mu­łę. 

– A twoja córka, Iza­be­la? Co się z nią stało? 

Słowa do­cie­ra­ją­ce do Zu­zan­ny ude­rzy­ły w nią z siłą, któ­rej umysł sta­rusz­ki nie mógł wy­trzy­mać. Ko­bie­ta za­chwia­ła się i za­tań­czy­ła w miej­scu drob­ny­mi, szyb­ki­mi kro­ka­mi. Na ten widok, w Ły­so­lu ode­zwa­ła się we­wnętrz­na, ukry­ta siła. Po­tęż­nym ru­chem ra­mion zrzu­cił z sie­bie na­past­ni­ków i ru­szył w stro­nę babci, po­ty­ka­jąc się przy tym i gu­biąc nogi, które z głu­chym stu­ko­tem ude­rzy­ły o pod­ło­gę. Obec­nie bez­no­gi, Łysol zła­pał Zu­zan­nę w ostat­nim mo­men­cie. W ko­lej­nym chwy­cił jedną z pro­tez i wy­ko­nał kilka szyb­kich ru­chów. Pla­sti­ki sztucz­nej koń­czy­ny roz­war­ły się, a ze środ­ka wy­sko­czył nie­wiel­ki czar­ny przed­miot. W ko­lej­nej chwi­li in­truz ce­lo­wał nim w stro­nę za­sko­czo­nych opo­nen­tów. Dzie­ci prze­sta­ły do­ka­zy­wać. Do­ro­śli za­mar­li. Całe po­miesz­cze­nie trwa­ło w bez­ru­chu. 

– Al­zhe­imer, hę? Tak to teraz na­zy­wa­cie? Może macie na to pa­pie­ry ja­kie­goś ko­ściel­ne­go ko­no­wa­ła? – wy­ce­dził, cięż­ko dy­sząc. – To Ewa, nie żadna ko­ściel­na ma­rio­net­ka, nie na­czy­nie, z któ­re­go można tak po pro­stu wylać grze­chy, wylać jej życie. Wylać mnie… – Spoj­rzał z pasją w jej puste oczy. – To była Ewa, nim zmie­ni­li­ście ją w to. Sko­ru­pę ocze­ku­ją­cą cze­goś, co się nigdy nie wy­da­rzy. Sa­kra­ment oczysz­cze­nia, do­brze mówię? Do­brze? Od­po­wia­daj! – wrza­snął na dy­go­czą­ce­go du­chow­ne­go, ce­lu­jąc weń czar­nym przed­mio­tem. Ksiądz kiw­nął głową, choć rów­nie do­brze mógł to być spazm albo ko­lej­na fala, roz­cho­dzą­ca się po jego ciele.

– Tra­dy­cyj­na skru­cha, po­ku­ta i po­sta­no­wie­nie po­pra­wy wam nie wy­star­cza­ły? Są­dzi­cie, że jej dusza jest teraz czy­sta? Zde­zyn­fe­ko­wa­na? Grze­chy, któ­rych nie pa­mię­ta po pro­stu wy­pa­ro­wa­ły? – Nie do­cze­kaw­szy się od­po­wie­dzi, Łysol po­czął szep­tać do ucha prze­le­wa­ją­cej się przez jego ra­mio­na babci. Jej wej­rze­nie, za­cze­pio­ne w nie­okre­ślo­nym punk­cie prze­strze­ni, zmie­ni­ło się. Mgli­ste oszo­ło­mie­nie ustą­pi­ło miej­sca łzom, gwał­tow­nie spły­wa­ją­cym po po­marsz­czo­nych po­licz­kach. 

 

*

 

– Nadal nic? – spy­tał bez­na­mięt­nie Ste­fan An­na-Ma­ria, gdy jego brat po­ja­wił się w sa­lo­nie.

Mau­ry­cy po­krę­cił głową. 

Matka w za­sa­dzie nie róż­ni­ła się zbyt­nio od ko­bie­ty, którą znał przed po­ża­rem. Sie­dzia­ła przy stole, jadła dżem. Wy­glą­da­ła jak za­wsze, nie li­cząc kilku opa­rzeń na dło­niach i przed­ra­mio­nach. Może cha­otycz­ny pu­kiel wło­sów, który oparł się pło­mie­niom i opa­dał bez­wład­nie na czoło ko­bie­ty, spra­wiał, że wy­glą­da­ła nieco ina­czej. Ale już czer­wo­ne pręgi na ple­cach, brzu­chu i no­gach były nie­mal nie­wi­docz­ne. A brwi, rzęsy? Prze­cież więk­szość ko­biet w jej wieku ta­ko­wych w ogóle nie po­sia­da. Tylko te oczy… Nie było w nich nic. Świa­tła, życia, iskry, głębi. Nic. Ste­fan An­na-Ma­ria ukrył głowę w dło­niach.

– To wszyst­ko bez sensu. Żadne te­ra­pie, żadne roz­mo­wy. Ona znik­nę­ła – szep­tał Mau­ry­cy, nie wia­do­mo, do sie­bie czy do brata.

Znowu zro­bi­ło się cicho. Przy­wykł do ciszy, która w ostat­nim cza­sie wy­peł­nia­ła ich ja­ło­we roz­mo­wy. Nie­na­wi­dził jej. Gdy przy­cho­dzi­ła, zda­wa­ło mu się, że znowu sły­szy trza­ska­ją­ce pło­mie­nie, prze­raź­li­wy krzyk Iza­be­li, za­wo­dze­nie matki, jej nie­koń­czą­cy się la­ment nad wła­sną głu­po­tą. Choć to nie­moż­li­we, raz po raz wra­ca­ło do niego na­wo­ły­wa­nie ojca, drą­ce­go się z bal­ko­nu: “Po­mo­cy! Po­mo­cy”. Mau­ry­cy wołał razem z nim. Nadal woła. 

– A są­siad? 

– Są­siad usły­szał – od­po­wie­dział Mau­ry­cy, bar­dziej wła­snym my­ślom, niż bratu. 

– Bę­dzie cho­dził?

Mau­ry­cy wzru­szył tylko ra­mio­na­mi. 

– Po­dob­no pod­ko­chi­wał się w mamie. – Uśmiech­nął się, nie wie­dzieć czemu.

Rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wił, gry­mas znik­nął z jego twa­rzy. Prze­gna­ła go cisza. W końcu, przy­gnie­cio­ny jej cię­ża­rem, Mau­ry­cy się­gnął do we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki, z któ­rej wy­do­był ko­lo­ro­wą bro­szu­rę z krzy­żem świę­te­go Be­ne­dyk­ta. 

 

 *

Łysol gła­dził jej włosy, mu­skał czoło de­li­kat­ny­mi po­ca­łun­ka­mi, szep­tał, przy­po­mi­nał. Ob­ser­wu­ją­cą to ro­dzi­nę uspo­ka­jał wy­cią­gnię­tym w ich stro­nę re­wol­we­rem. 

– A teraz otwórz­cie pokój. 

Wy­peł­nia­ją­ca po­miesz­cze­nie groza stę­ża­ła, na­sy­ca­jąc je do gra­nic. Arczi nie wy­trzy­mał, zwy­mio­to­wał. Ksiądz usiadł gwał­tow­nie, nie­mal dru­zgo­cąc krze­sło. Mau­ry­cy jęk­nął i spoj­rzał na sto­ją­ce na ko­mo­dzie ta­ber­na­ku­lum. 

Nagle po­ja­wił się rów­nież roz­dy­go­ta­ny, dzie­cię­cy gło­sik. 

– Zo­bacz­cie, to mama!

Wszyst­kie oczy zwró­ci­ły się w stro­nę sie­dzą­cej w kącie Amel­ki. Istot­nie, we wzo­rzy­stej do­nicz­ce, tuż obok za­su­szo­nej juki, dało się za­uwa­żyć coś, czego przed chwi­lą zda­wa­ło się tam nie być. Z po­pę­ka­nej ziemi, na świat wy­do­był się zie­lo­ny pęd zwień­czo­ny ma­leń­kim list­kiem. Dziew­czyn­ka pła­ka­ła, a jej łzy spa­da­ły na kieł­ku­ją­cy za­lą­żek no­we­go życia. W tym samym mo­men­cie roz­legł się strzał. 

 

Koniec

Komentarze

Lekko napisane, z niewymuszonym humorem, dobrze się czyta.

Historia ciekawa, zaskakujące zakończenie. Kilka wątków można by jak dla mnie nieco rozwinąć, bo były tego warte.

 

Subiektywne uwagi:

– “zamaszystymi gestami” – raczej zamaszystym gestem,

– “Przytuliła roślinkę, szeleszcząc liśćmi” – w takiej konstrukcji wygląda na to, że dziewczynka miała liście laugh,

– “ogórkowa była, niedobra” – bez przecinka,

– “Z czarnej torby, antykwariusz wyciągnął czarny kajecik” – powtórzenie “czarny”,

– “dzień. – Oczekiwanie” – dialog od nowego akapitu.

Bardzo fajny pomysł, żeby ludzie po śmierci zamieniali się w przedmioty. Ujął mnie.

W końcówce Anonimowy Autor mnie zgubił. Straciłam rozeznanie, co tam się dzieje. W rezultacie nie mogłam zrozumieć. 

Ale początek i środek świetne, przyjemnie absurdalne.

Bardzo zacny nietuzinkowy pomysł i dobrej jakości humor sprawiły, że z przyjemnością czytałam o przeszłości członków rodziny, jednak finał sprawił, że się pogubiłam i nie pojęłam, co tam się wydarzyło.

 

scho­wa­ną głę­bo­ko w od­mę­tach sy­pial­nia­nej ko­mo­dy… → Odmęty kojarzą mi się z wodą, o komodzie powiedziałabym raczej: …scho­wa­ną głę­bo­ko w czeluściach sy­pial­nia­nej ko­mo­dy

 

Mau­ry­cy wska­zał pal­cem na tramp­ki przy drzwiach. → Mau­ry­cy wska­zał pal­cem tramp­ki przy drzwiach.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

Ksiądz wska­zał na za­klu­czo­ne po­miesz­cze­nie… → Czy to celowo użyty potocyzm?

A może: Ksiądz wska­zał zamknięte na klucz po­miesz­cze­nie

 

– Pio­truś, po­dob­nie jak jego brak Ar­ka­diusz… → Chyba miało być: – Pio­truś, po­dob­nie jak jego brat Ar­ka­diusz

 

“Kim jest ta ko­bie­ta? Czy to…”. → “Kim jest ta ko­bie­ta? Czy to…”

Zbędna kropka po zamknięciu cudzysłowu. Po wielokropku nie stawia się kropki.

regulatorzy

 

Z dziecięcej ciekawości, odnośnie poniższego – nawet jeśli po zamknięciu cudzysłowu jest koniec zdania, w którym został on użyty?

 

“Kim jest ta kobieta? Czy to…”.“Kim jest ta kobieta? Czy to…”

Zbędna kropka po zamknięciu cudzysłowu. Po wielokropku nie stawia się kropki.

Tak, Szafirowy Smoku, albowiem, ostatnie zdanie: „Czy to…” jest niedokończone, o czym świadczy wielokropek, więc nie tylko nie wymaga kropki, ale postawienie kropki po wielokropku byłoby błędem. 

Mam nadzieję, że Twoja dziecięca ciekawość jest zaspokojona. :)

Ok, sprawdziłem, że cytat to oddzielne zdanie, nie ma zdania nadrzędnego, więc faktycznie bez kropki. 

 

Zaspokojona ;)

O, jakże się cieszę! :D

Szafirowy smok wyczuł swoim gadzim instynktem nutkę ironii, unoszącą się w powietrzu. Sapnął tylko ciężko, a z jego nozdrzy uniósł się obłok siarki. Odszedł niespiesznym krokiem, delikatnie podkulając ogon i spuszczając głowę.

 

;)

Och, gadzi instynkt Szafirowego Smoka jest szalenie wyrafinowany, skoro potrafił wyczuć coś, czego nie było. Niech Szafirowy Smok dumnie podniesie głowę, równie dumnie wyprostuje ogon i niech zawsze prezentuje się w pełnej okazałości, budząc powszechny zachwyt! :)

Ech, przydałby się pajęczy zmysł :D:D:D

 

Chyba jestem przewrażliwiony ;)

Ech, przydałby się pajęczy zmysł :D:D:D

Szafirowy Smoku, zmysłów masz pewnie dostatek, ale jeśli uważasz, że przydałby Ci się także pajęczy, niech i to pragnienie się ziści. :)

Witaj. :)

 

Ukłony za oznaczenie wulgaryzmów. :)

 

Przy czytaniu zatrzymały mnie następujące technikalia (każda poniższa sugestia oraz wątpliwość jest jedynie do przemyślenia):

– A ojciec gdzie? Na balkonie? – spytał Stefan Anna-Maria i (przecinek?) nie czekając na odpowiedź, wyjrzał za otwarte na oścież okno.

Okres przejściowy między ziemskim padołem a niebem, chciała przeczekać jako kłębek włóczki. – zbędny przecinek?

Z czarnej torby, antykwariusz wyciągnął czarny kajecik, otworzył na stronie oznaczonej literą “D” i jął czytać, stękaniem i głośnym dyszeniem wypełniając pomieszczenie. – i tu pierwszy?

 

W poniższym fragmencie jest niejasny zapis dialogu – czy tych wszystkich porozdzielanych partii nie wypowiada tylko ksiądz?:

– Zuzanna, tak? – Spojrzał spod krzaczastych brwi i ledwie uchwyciwszy skaczącą w górę i w dół głowę staruszki, znowu zatopił nos w notatkach

– No więc tak… – zaczął przeciągle. – Ogłoszenie było, chęć, że tak powiem, została wyrażona. W kościele też widuję cię dość regularnie. 

Babcia niemal unosiła się na krześle, przepełniona jakimś innym, świątobliwym powietrzem, z dużym prawdopodobieństwem lżejszym od tego, którym oddychała na co dzień. – Oczekiwanie wydaje się zasadne, bez dwóch zdań. Wybrałaś, jak się zdaje… kłębek włóczki, zgadza się? – Staruszka złożyła dłonie jak do modlitwy i pochyliła głowę. – Rozumiem. Czy to tu dusza oczekiwać będzie zbawienia, łaski i wyniesienia? 

 

Ci z kolei, zawiesili błagalny wzrok na księdzu, którego oblicze widocznie poczerwieniało. – zbędny pierwszy przecinek?

– Sam cholesterol (przecinek?) te sosy, mówię ci – potwierdził Arczi.

Równie szybko (i tu?) jak się pojawił, grymas zniknął z jego twarzy.

 

Wolne wersy na końcu trzeba pousuwać.

 

 

Opowieść utrzymana czasem w klimacie gawędziarskim, bardzo ciekawie przeplatana przezabawnymi wtrąceniami żargonowymi, z licznymi powtórzeniami i szyderczymi uwagami, co zdecydowanie dodaje jej smaczku. :) Absurd wymieszany z parodią to ryzykowne zagranie przy takiej tematyce konkursowej, lecz moim zdaniem Tobie świetnie udało się znaleźć złoty środek i wszystko opisać delikatnie, acz celnie. ;) Ponieważ jest to niesamowicie zaskakująca treść, podejrzewam bizarro. :)

Oczywiście beznogi z otwieraną protezą i czarną bronią wewnątrz przypomniał mi genialną komedię z Leslie Nielsenem. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia, klik. :)

Witajcie drodzy komentujący!

 

Na wstępie witam szanowną jurorkę JolkaK w tym zacnym gronie:)

 

Dziękuję wszystkim komentującym za uwagi, spostrzeżenia i stylistyczno/gramatyczne interwencje, które w znakomitej większości zostały zaimplementowane w tekście. 

 

Bruce, Finkla – serdecznie dziękuję za kliki:)

 

Jeśli zaś chodzi o końcówkę opowiadania, która dla niektórych komentujących była niezrozumiała – zrobiłem ile mogłem by, już post factum, maksymalnie ją rozjaśnić, choć ograniczają mnie zasady konkursowe i przebudować ostatniego aktu zapewne nie sposób bez modyfikacji sporej części opowieści. Nie mniej – krótka retrospekcja, miała wyjaśnić wiele dziwnych zachowań bohaterów, z założenia absurdalnych i niewytłumaczalnych, które były następstwem tragedii jaka w ich życiu się wydarzyła. Sakrament oczyszczenia zaś, wykładany słowami Łysola, pełni podobną rolę – normalizuję groteskę i czyni absurd nieco mniej absurdalnym. Być może na tak małej przestrzeni tekstowej było to założenie karkołomne, nie mniej – próba została podjęta:)

I ja dziękuję, pozdrawiam, powodzenia.heart

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.

/Fryderyk II Wielki/

Czołem mości beeeecki, miło powitać po drugiej stronie lustra (której?)

Komentarz “pobetowy” – choć warunki do bety najłatwiejsze nie były :P

 

Tekst bardzo teatralny – aż prosi się, żeby pójść jeszcze dalej z formą i przejść w dramat. Trudny w odbiorze i niejednoznaczny, ale angażujący. W dodatku czytelnik może sam zdecydować, czy wierzyć w reinkarnację jako przedmiot/roślinka, czy traktować to jako element krzywego zwierciadła, albo może raczej znieczulenia dramatycznych i całkiem realnych wydarzeń.

Plus za zmuszanie do myślenia!

drzwiami i zamaszystymi gestami

Rym.

buty w chałupie wyzuć

… wut. https://wsjp.pl/haslo/podglad/117534/wyzuc/5273679/buty to jest poprawne… (zaznaczam, bo raz, zaskoczyło mnie, a dwa, nie wiecie, ile takich rzeczy kasuję – i się nie dowiecie, ale możecie się dowiedzieć, że czasem kasuję :P)

wyjąkała babcia Zuza

Ale w sumie dlaczego wyjąkała?

jął z kolei narzekać wujek Arkadiusz

I dlaczego z kolei?

czy w żarcie

Czy żartem.

Dzieciaki wbiegły do mieszkania, nie dając posłuchu niczyim prośbom.

Hmmm.

ułożyła je równo

Ustawiła. Buty stoją. Czemu? Nie wiem.

kładącej się już nieco juki

Hmm.

Maurycy popatrzył na nią z politowaniem i pogładził po płowych włosach. 

Zdanie – okaz popkultury ;)

Podobała jej się sama doniczka. Przypominała nawet rodzicielkę. W abstrakcyjnym wzorze widziała matczyny uśmiech. 

Dlaczego "nawet" i od kiedy doniczki coś widzą? ;)

pleśniowy puch

Hmmm. Puch pleśni, po prostu.

wypełniający słoik niemal w równym stopniu, co brunatniejąca już maź, niegdyś z pewnością będąca dżemem

Imiesłowy…: wypełniający słoik niemal pół na pół z brunatniejącą mazią, która niewątpliwie zwykła być dżemem.

Kiedyś, po pijaku, zdarzyło mu się zjeść kilogram surowych ziemniaków, jakoby na truskawki właśnie chęć mając

Co się zdarzyło i miało chęć? Czyli – co jest agensem imiesłowu? Kiedyś, po pijaku, zdarzyło mu się zjeść kilogram surowych ziemniaków, miał bowiem chęć na truskawki właśnie.

Od tego czasu wcale często ziemniaki zdarzało mu się mylić z innymi produktami spożywczymi.

Czy niewątpliwa dziwność szyku jest głęboko przemyślaną metodą podkreślenia ogólnego surrealizmu tekstu, czy po prostu zapisujesz strumień świadomości?

znaczy się stryjka Jurka

Wtrącenie trzeba też skończyć przecinkiem: znaczy się, stryjka Jurka. 

W zwyczaju miał wystawać na zewnątrz ze swoją łyżką.

Szyk podkreśla, że w zwyczaju. Ma być?

Całymi godzinami palił papierosy marki Mocne, trzymając w dłoniach swój sztuciec i wgapiał się w balkon naprzeciwko ich mieszkania.

Wtrącenie kończymy przecinkiem: Całymi godzinami palił papierosy marki Mocne, trzymając w dłoniach swój sztuciec, i wgapiał się w balkon naprzeciwko ich mieszkania.

swoim pięciometrowym patio

https://pl.wikipedia.org/wiki/Patio to nie balkon Ulubione_emotka_Baila

Po śmierci ojca, Łysol zniknął.

Tu bez przecinka.

wlepili wzrok

Co Wy wszyscy z tym wzrokiem, już uczulenia dostaję…

toteż po przemianie z Ewy w Zuzę, jakiś czas temu przyszła pora na przepoczwarzenie się

Hmmmmm.

słowa miejscowego antykwariusza traktowała jak wypowiadane ustami samego Boga

Bóg nie ma ust, bo jest bezcielesny :P

 czy Bóg nie pokara ją tranzycją

https://wsjp.pl/haslo/do_druku/69397/pokarac Czy Bóg nie pokarze jej tranzycją.

pod koniec jego życia pożarli się o jakąś błahostkę, w konflikcie trwając

Imiesłów przysłówkowy współczesny oznacza jednoczesność, nie przyczynowość: pod koniec jego życia pożarli się o jakąś błahostkę i w konflikcie trwali.

babcia Zuza za nic w świecie z pupilką nie chciała się rozstawać

A tu podkreślasz pupilkę.

pleśniejącą, dżemową mazią

Tu absolutnie bez przecinka, pleśnienie i dżemowość nie są nijak równorzędne (dżemowość umożliwia pleśnienie).

który z nich faktycznie był ojcem

Jest, bo consecutio temporum.

Mizerię zostawił, marudząc, że ogórkowa była, niedobra.

??? Jeśli niedobra jest mizeria, to: Mizerię zostawił, marudząc, że ogórkowa, niedobra. Jeśli chodzi o zupę ogórkową, to: Mizerię zostawił, marudząc, że ogórkowa była niedobra.

bo też obiad o godzinie dziesiątej był czymś raczej osobliwym

A teraz nie jest? Prawdy bezczasowe w czasie teraźniejszym.

na przypadłość, określaną przez jego lekarza jako zespół zaburzeń rytmu dobowego

Przecinek w tym miejscu sprawia, że przypadłość staje się jakimś osobnym bytem, który dopiero lekarz jakoś wylizał w kształt zespołu.

 kategorycznie zabraniano mu zmieniać ustalony porządek dnia, choćby ten tymczasowy

Skoro tymczasowego nie wolno zmieniać, to staje się stały… chyba za dużo tego surrealizmu…

 deklamował ksiądz, bełkocząc pod nosem

Raz, żeby deklamować i bełkotać równocześnie (na co wskazuje imiesłów) potrzeba szczególnej budowy układu oddechowego. Dwa, myślałam, że ze względu na… szczególną sytuację eschatologiczną mieszkańców tego świata dosłownie chodzi o antykwariusza, czyli gościa, który kupuje i sprzedaje antyki, wycenia je i ogólnie zna się na nich. Bo żeby tak nazywać księdza, to pierwsze widzę :P

Kończąc oficjalne powitanie domowników i dusz, poderwał się z pozycji półklęczącej, chwilę pozostając w półzgięciu, dynamicznie przechodząc przez lekkie zgarbienie

I wszystko to zrobił naraz, w wolnych chwilach występował bowiem w cyrku :P Serio, wychłoszcz te imiesłowy, bo się panoszą.

wyprostu, zwieńczonego głośnym stęknięciem

To się ociera o błąd kategorialny. Uważaj, żeby się nie rozmnożyły :P

Czas ten zgromadzeni w salonie wykorzystali do szybkiej zmiany aranżacji wnętrza. 

Któren? Może jednak: W czasie tych popisów zgromadzeni w salonie szybko zmienili aranżację wnętrza. 

Domownicy czekali. Marcel spoglądał na zegarek z wyraźnym zniecierpliwieniem. “Niedługo popołudniowa drzemka” myślał. Babcia zaś szklanymi oczyma spoglądała na gramolącego się z podłogi księdza.

A dlaczego tu wszystkie zdania są proste?

Gdy ten w końcu wszedł do pomieszczenia, od razu zwrócił na nią wzrok.

"Ten" zbędne.

jednak jej kolana nie pracowały na tyle dobrze

Angielskawe i ma lekką czkawkę.

garstka wnucząt

Garstka to mała grupa – nie bardzo wiem, co ma szczupłość rodziny do wiatraka.

stękaniem i głośnym dyszeniem wypełniając pomieszczenie

Rym, poza tym szyk podkreśla stękanie i dyszenie, co powoduje niebieski ekran przy wypełnianiu, do którego one się jakby słabo nadają.

uchwyciwszy skaczącą w górę i w dół głowę staruszki

Rozumiem, że chodzi o uchwytywanie wzrokiem, ale zwykle uchwytujemy umysłem lub łapskiem.

przepełniona jakimś innym, świątobliwym powietrzem

…? Powietrzem?

 Oczekiwanie wydaje się zasadne, bez dwóch zdań.

No, to wydaje się, czy bez dwóch zdań?

ponownie zabrał głos

Nikomu go nie oddawał. A serio – to nie dyskusja: https://wsjp.pl/haslo/podglad/20002/ktos-zabral-glos 

uniósł ją w górę

Czy można unieść w dół? (Nie, w Australii się nie liczy – dół to kierunek, w którym rzeczy spadają).

wiele nie dopytując

A coś w ogóle powiedział?

coś wyglądającego jak spinacz do bielizny, jednak z pewnością spinaczem nie będące

Superbohater od błędów zaliczył już dwa falstarty, ale napiszę gościa, daję słowo: coś, co wyglądało jak spinacz do bielizny, jednak z pewnością spinaczem nie było.

w akompaniamencie organicznych i nieorganicznych dźwięków dobywających się z jego wnętrza

Rozumiem, że spinacz śpiewał jak ptaszek, jednocześnie brzęcząc jak talerz perkusyjny. Innej interpretacji nie zamierzam przyjmować.

skorzystał z pozostałych środków ochrony osobistej

Przecież już wszystko pozakładał?

drzwiach jednego z pokoi

Hmm.

rozsunął foliową kotarę ujawniając kolejne wrota

Rozsunięciem foliowej kotary ujawnił kolejne wrota. https://academicon.pl/imieslowy/ 

a głuchy świst suwaka foliowej kotary dobiegł do uszu pozostałych domowników

Szyk zdania wskazuje, że ten świst już wcześniej istniał, a teraz dobiegł.

Wkrótce po zniknięciu Maurycego i księdza, ktoś ponownie zapukał do drzwi

Tu bez przecinka, p. http://www.nowafantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842909 

na których to mogło się znajdować

Błędu w tym zdaniu nie ma, ale może lepiej: mogło się ono znajdować?

znalazł się na balkonie, mijając głupiejące z nudów dzieciaki

Minąwszy. “Znalazł się” jest dokonane.

dźwięk pospiesznie zamykanych drzwi

Dźwięk pospiesznego zamykania drzwi.

które pośpieszne

Znów pospiesznie, i to z literówką.

zdobionego gustownym czerepem i krzyżującymi się piszczelami

Ozdobionego.

stanowiącą remedium na jego osobliwe dolegliwości

Nie bardzo, skoro te dolegliwości trwają.

Ksiądz ponownie rozsiadł się na krześle, notując coś w swoim kajecie. 

Naraz?

skwitował pod nosem

Jak, kurczę, raz może być "stwierdził", to kombinują… https://wsjp.pl/haslo/podglad/19578/skwitowac/2095433/usmiechem 

W ślad za nim cała rodzina niemal podskoczyła, powtarzając mechaniczne ruchy dłoni.

? Jakie to są "mechaniczne ruchy dłoni" i jak je wykonywać przy podskakiwaniu?

Zaświadczenia o spowiedzi w każdy piątek miesiąca przez ostatnie dziesięć lat jest.

Literówka, albo zaświadczenia są.

która musiała służyć mu od dłuższego czasu

Która z pewnością służyła mu od dłuższego czasu.

tyle jestem ci w stanie zaoferować

Akcent: tyle jestem w stanie ci zaoferować.

zgodnej z nauką kościoła

"Kościół" w sensie instytucji piszemy dużą literą.

Dodatkowo, przy wzroście ofiary o dwadzieścia pięć procent, możemy zaoferować rodzinie pakiet konsekracji premium i zwiększenie pojemności mieszkania dla kolejnych czterech dusz

<idzie po młotek i kawałek papieru>

w przypadku jego fizjonomii skutkowało powstaniem fali biegnącej przez całe ciało

https://wsjp.pl/haslo/podglad/110040/fizjonomia 

 który przyjął ludzką formę

A co to za monofizytyzm? :P

który nie ominął czasu oczekiwania

Jak się omija czas?

nogi posiadający

Nogi, choć niewątpliwe cenne, nie są składnikiem majątku. Ostatecznie nie płacimy od nich podatku (jeszcze).

wszedł ponownie do pokoju

A może: wrócił do pokoju?

usiadł na świętej pamięci Leokadii Bela

Nazwiska odmieniamy (chyba że klient się upiera i musimy zacisnąć zęby): usiadł na świętej pamięci Leokadii Beli.

oparł brodę o stół i wydobył spod niego dwa niemal identyczne przedmioty

… były przyklejone na gumę?

głośnym, nieprzyjemnych rechotem

Literówka.

Ta łyżka zaś, wbrew wszelkim bredniom, którymi raczy was tu obecny duchowny, nie zawiera choćby śladowych ilości ludzkiej duszy.

Pan teolog mógłby się najpierw dowiedzieć, że dusza jest niepodzielna… A że jej wsadzanie w przedmioty nieożywione to nonsens, to swoją drogą. Tylko dotychczas myślałam, że to taki porąbany świat, a tu nie. Tu tylko ludzie są porąbani. Może. Niektórzy przynajmniej. 

 Ci z kolei zawiesili błagalny wzrok na księdzu

Hmm?

Nim święty gniew, wiszący nad łysym czerepem siedzącego przy stole mężczyzny, wydostał się z gardzieli antykwariusza

Nieeuklidesowe. Jeśli gniew wisi, to jak może się wydostać?

To krzyk pomocy udręczonej duszy. 

??? Komu ta dusza udziela pomocy? Nie miał być krzyk o pomoc?

Mogliśmy oddać go do domu opieki, ale chcieliśmy zapewnić mu to, co najlepsze. Jemu i matce. Miejsce, które kochali. 

Angielskawe. Akcenty: Mogliśmy go oddać do domu opieki, ale chcieliśmy mu zapewnić to, co najlepsze. Jemu i matce. Wszystko, co kochali.

Codziennie, od siedmiu lat, przy pomocy tej oto łyżki próbował łapać słoneczne promienie.

A nie przez siedem lat?

postukał palcami o blat stołu

Palec był już w poprzednim zdaniu.

– Przecież to nie są nawet nogi, tylko jakiś sztuczny twór. 

– Dla mnie są prawdziwe. 

niespokojna intuicja

?

podpowiadały mu, że za tym wszystkim kryje się coś więcej. Coś niewłaściwego. Złego

…?

musiałeś mnie z kimś pomylić

Nie musiał, ale widocznie pomylił.

Pochwycony za ramiona intruz szamotał się w próbie uwolnienia.

No chyba, że nie w kisielu… Serio, w czym mógłby się szamotać?

Słowa docierające do Zuzanny uderzyły w nią z siłą, której umysł staruszki nie mógł wytrzymać

?

Na ten widok, w Łysolu odezwała się

Tu nie może być przecinka.

nie żadna kościelna marionetka, nie naczynie, z którego można tak po prostu wylać grzechy, wylać jej życie

…?

Grzechy, których nie pamięta po prostu wyparowały?

Grzechy, których nie pamięta, po prostu wyparowały?

przelewającej się przez jego ramiona babci

… lecącej mu przez ręce?

Jej wejrzenie, zaczepione w nieokreślonym punkcie przestrzeni, zmieniło się

Czy wejrzenie może być zaczepione?

 Mgliste oszołomienie ustąpiło miejsca łzom, gwałtownie spływającym po pomarszczonych policzkach.

Od razu spływającym? I – aliteracja.

chaotyczny pukiel włosów

?

opadał bezwładnie na czoło kobiety

Włosy nie mogą opadać inaczej, ponieważ nie mają mięśni.

Przecież większość kobiet w jej wieku takowych w ogóle nie posiada.

Rzęsy też nie są składnikiem majątku i nie można ich posiadać.

Przywykł do ciszy, która w ostatnim czasie wypełniała ich jałowe rozmowy.

Jak cisza może wypełniać rozmowę?

bardziej własnym myślom, niż bratu

Tu bez przecinka.

Obserwującą to rodzinę uspokajał wyciągniętym w ich stronę rewolwerem. 

Jeśli rodzinę, to jej, ale będzie dwuznacznie, więc może: Obserwujących to krewnych uspokajał wyciągniętym w ich stronę rewolwerem. 

Wypełniająca pomieszczenie groza stężała, nasycając je do granic.

Jednocześnie stężała, czyli przeszła w stan stały, i nasyciła, co mogą robić tylko płyny. Jak to jest możliwe?

Nagle pojawił się również rozdygotany, dziecięcy głosik. 

Nierównorzędne przydawki, bez przecinka.

Z popękanej ziemi, na świat wydobył się

Bez przecinka.

 

Podsumujmy. Mamy tu świat, w którym dusze świeżo zmarłych czekają przez czterdzieści lat w przypadkowych przedmiotach, zanim ulecą ku niebiosom… ale nie, bo to wszystko oszukaństwo i urojenie. Ale wcześniej wymazuje się ludziom pamięć, żeby… byli grzeczni? A może po prostu część rodziny (i część sąsiada, a niewykluczone, że i ksiądz) zginęła w pożarze i to wszystko jest czyściec, czy coś?

Krucabomba, nie mam pojęcia.

w takiej konstrukcji wygląda na to, że dziewczynka miała liście laugh,

Trochę tak :D

normalizuję groteskę i czyni absurd nieco mniej absurdalnym

Ale po co czynić absurd mniej absurdalnym? To jak moczyć morele w miodzie…

Plus za zmuszanie do myślenia!

Ja tam myślałam tylko, że ktoś tu zwariował i czy nie przypadkiem ja, ale co kto myśli XD

Nowa Fantastyka