- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Żyj i daj umrzeć innym

Żyj i daj umrzeć innym

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Żyj i daj umrzeć innym

Liram obu­dził się w wy­jąt­ko­wo do­brym hu­mo­rze. Naj­wi­docz­niej był już zdrowy. Po raz pierw­szy od bar­dzo dawna nie do­ku­czał mu ból ple­ców, a w do­dat­ku miał ocho­tę na coś wię­cej niż owsian­ka. 

Wstał, prze­cią­gnął się i pod­szedł do okna. Na dole życie to­czy­ło się co­dzien­nym ryt­mem. Potem chciał wró­cić do łóżka, ale ze zdzi­wie­niem od­krył, że ktoś już w nim leży. Ktoś stary, po­marsz­czo­ny i… bar­dzo do niego po­dob­ny. 

– No tak… – mruk­nął do sie­bie Liram. – Wie­dzia­łem, że gdzieś jest ha­czyk. 

Gdy się ma ponad setkę na karku, Śmierć przestaje być straszna, a zaczyna być jedynie niedogodnością. 

– Wsta­waj, sta­ru­chu!

Nie­ma­te­rial­ne ręce pró­bo­wa­ły po­trzą­snąć cia­łem, ale nic to nie da­wa­ło. Rów­nie do­brze mógł pró­bo­wać obu­dzić krze­sło.

Kie­dyś jakiś ka­płan po­wie­dział mu, że gdy umierasz, dusza zrzu­ca ciało jak stare ubra­nie. Spró­bo­wał więc wsu­nąć się do niego z po­wro­tem. Wci­skał nie­ma­te­rial­ną nogę w miej­sce tej ma­te­rial­nej tak, jakby za­kła­dał spodnie, bez skut­ku. 

Na scho­dach roz­le­gły się kroki. To pani Dribbs szła ze śnia­da­niem. Gdy go zo­ba­czy, oczy­wi­ście za­cznie pa­ni­ko­wać. Raczej mu to nie pomoże, ale gosposia po­sta­wi cały dom na nogi.

Pani Dribbs jak co rano pchnę­ła drzwi, wkro­czy­ła do po­ko­ju, po­sta­wi­ła tacę na sto­li­ku przy łóżku i energicznie zaczęła sprzątać. Su­nę­ła przez pokój ni­czym wi­chu­ra. Ręce pra­co­wa­ły bez ustanku, a ba­ła­gan powoli znikał. I przez cały czas ga­da­ła jak na­ję­ta. 

– Pro­szę wsta­wać, słon­ko już wy­so­ko. Dzi­siaj je­stem tro­chę póź­niej, bo chcia­łam zo­ba­czyć fe­styn. Kto by po­my­ślał, zle­cia­ło się chyba pół Untha­ru, zu­peł­nie jak wtedy, gdy stary lord wy­jeż­dżał na te… jak to się na­zy­wa­ło… Wie pan, o co cho­dzi?

Liram cze­kał, aż pani Dribbs wreszcie spoj­rzy na jego ciało. 

– …że jeź­dził na zjaz­dy moż­nych. No, ale teraz nie jeź­dzi, bo prze­cież nie żyje, a ten jego sy­na­lek to kiepsko się zapowiada, cią­gle tylko by sie­dział w książ­kach. Ja to nic nie mam do ksią­żek, kie­dyś sama czy­ta­łam książ­kę, ale bo­go­wie jedni wie­dzą, po co mieć aż tyle. Moim zda­niem to jest tro­chę nie­przy­zwo­ite, nie uważa pan?

Nie do­cze­ka­ła się od­po­wie­dzi. Wszyst­ko, co pani Dribbs uzna­wa­ła za dziw­ne, sta­wa­ło się nie­przy­zwo­ite. We­dług niej nie­przy­zwo­ite było czy­ta­nie ksią­żek, spa­ce­ry dla przy­jem­no­ści, ja­kieś dzie­więć­dzie­siąt pro­cent gier kar­cia­nych i reszta rze­czy, któ­rych po pro­stu nie ro­zu­mia­ła.

– Moja bra­to­wa miała ostat­nio urodziny, mąż mówi do mnie, że może ku­pi­my jej książ­kę. A ja mu na to od­po­wia­dam, że po co, skoro rok temu już od nas do­sta­ła? Usta­wia je na pół­kach i nawet nie są po­ukła­da­ne roz­mia­rami, ani ko­lo­ra­mi. Moim zda­niem tro­chę to nie­przy­zwo­ite, ale co ja tam wiem. To sobie po­ga­da­li­śmy… smacz­ne­go, panie L. 

I za­trza­snę­ła za sobą drzwi. Nawet nie za­uwa­ży­ła, że coś jest nie tak, a prze­cież po­pra­wia­ła mu po­dusz­ki i wy­gła­dza­ła po­ściel. Liram po­drep­tał za nią, ale ude­rzył nie­ma­te­rial­nym nosem w drzwi. Najwyraźniej do przenikania przez ściany potrzebna była lepsza wprawa w byciu martwym.

Tego już było za wiele. Nie za­mie­rzał dłu­żej grać ze Śmier­cią w kotka i mysz­kę.

– Dobra, wy­gra­łaś! – krzyk­nął w prze­strzeń. – Mo­żesz mnie za­brać, je­stem go­to­wy!

Nic się nie wy­da­rzy­ło. Liram cze­kał na Śmierć, ale ta naj­wi­docz­niej była za­wa­lo­na ro­bo­tą.

*

Gdy do po­ko­ju we­szła Pruna, Liram rów­nież spo­dzie­wał się la­men­tów i krzy­ków roz­pa­czy, lecz po­now­nie się za­wiódł. Służ­ka oka­za­ła się bar­dziej spo­strze­gaw­cza niż pani Dribbs i od razu za­uwa­ży­ła, że Liram osią­gnął już tem­pe­ra­tu­rę po­ko­jo­wą. Nie wy­buch­nę­ła jed­nak pła­czem. Od­wró­ci­ła się w stro­nę drzwi i po­wie­dzia­ła:

– Gla­dys, co robi Ja­śnie­pan?

Wszyst­kie po­ko­jów­ki wy­ma­wia­ły „Ja­śnie­pan” jak jedno słowo. Gdyby przy­szło im do głowy pod­ro­bić pod­pis, praw­do­po­dob­nie jako imię wpisałyby właśnie “Ja­śnie­pan”. 

– Śpi po ob­ra­dach. Bu­dzić go? Stało się coś waż­ne­go?

– Nie – od­po­wie­dzia­ła Pruna. – Pan star­szy wresz­cie się prze­krę­cił.

*

– Bied­ny pan L. – westchnęła pani Dribbs. – A rano był jesz­cze taki pełen życia. Po­ga­da­li­śmy sobie i w ogóle, a teraz… teraz…

Głos uwiązł w jej gar­dle. 

– Tro­chę smut­ne – po­wie­dzia­ła Gla­dys. – I zo­bacz­cie… co po nas zo­sta­nie?

– Po nim? Głów­nie nie­smak – mruk­nę­ła Pruna. 

– Nie­źle się trzy­mał jak na dziewięćdziesięciolatka. 

– Mia­łem sto dwa lata – po­pra­wił Liram. 

– Miał sto dwa lata – po­wtó­rzy­ła pani Dribbs. – Wy­obra­ża­cie sobie dożyć ta­kie­go wieku? Tro­chę to nie­przy­zwo­ite. 

I za­mil­kła na mo­ment, a potem spoj­rza­ła pro­sto na ducha, który sie­dział spo­koj­nie na ta­bo­re­cie i cze­kał, aż po­ko­jów­ki skoń­czą ko­men­to­wać i wresz­cie kogoś po­wia­do­mią.

– Pani mnie sły­szy? 

Jej powieka zaczęła lekko drgać, ale nie śmiała się odezwać. Spoj­rza­ła na Li­ra­ma, potem na jego ciało, aż wresz­cie spytała:

– Pruna, złot­ko, po­dasz mi chu­s­tecz­kę, leży tam, na sto­li­ku?

Pruna po pro­stu się­gnę­ła przez jego klat­kę pier­sio­wą po le­żą­cą na sto­li­ku chu­s­tecz­kę. 

Gla­dys wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Stary No­akes pew­nie wy­grał pulę. Ob­sta­wiał, że pan L. kop­nie w ka­len­darz przed je­sie­nią. Chodź­cie, dziew­czy­ny. Trze­ba za­ła­twić for­mal­no­ści. 

– Idź­cie, moje dro­gie – po­wie­dzia­ła pani Dribbs sła­bym gło­sem. – Ja jesz­cze chwi­lę przy nim po­sie­dzę. Je­stem mu to winna.

– Serio? – spy­ta­ła Pruna. – Sama na­rze­ka­łaś, że jest wrzo­dem na…

– O zmar­łych mó­wi­my tylko do­brze, Pruno. – Pani Dribbs zer­k­nę­ła ner­wo­wo na Li­ra­ma, który spio­ru­no­wał ją wzro­kiem. 

– W takim razie dobrze, że nie żyje – wes­tchnę­ła Pruna i wy­szła z po­ko­ju.

– Pani Dribbs… – Liram za­czął ła­god­nie, gdyż podejrzewał, że jedno nie­wła­ści­we słowo może wy­wo­łać atak hi­ste­rii. – Czy w pani ro­dzi­nie nie zda­rza­ły się osoby roz­ma­wia­ją­ce z… kimś mo­je­go po­kro­ju?

– M-mo­ja ciot­ka, Hilda, roz­ma­wia­ła ze zmar­łym kotem, ale do­sta­ła na to leki, przy­się­gam. 

– A tak na­praw­dę? Bo wy­da­je mi się, że ta­kich cioć jak Hilda było znacz­nie wię­cej.

– S-skąd pan wie?

– Bo jeszcze nie wybiegła pani z mojego pokoju, wrzeszcząc wniebogłosy. 

Pani Dribbs osu­nę­ła się te­atral­nie na krze­sło. 

– Do­brze… przy­zna­ję. W na­szej ro­dzi­nie nie­któ­re ko­bie­ty to po­tra­fią. My­śla­łam, że mnie to ominęło, aż do teraz. Moja bab­cia nawet z tego żyła, po­zwa­la­ła zmar­łym za­ła­twić wszyst­kie spra­wy, któ­rych z oczy­wi­stych wzglę­dów nie zdą­ży­li za­ła­twić oso­bi­ście. Za­wsze ma­wia­ła „Żyj i daj umrzeć innym”. Moim zda­niem to tro­chę…

– Nie­przy­zwo­ite, tak, wiem. Ko­cha­na, ja nie mam nie­do­koń­czo­nych spraw. Wszyst­ko, co mia­łem zro­bić, zro­bi­łem do osiem­dzie­siąt­ki. Od tego czasu można by po­wie­dzieć, że sie­dzia­łem na wa­liz­kach. Tylko że prze­pro­wadz­ka spóź­ni­ła się o dwa­dzie­ścia lat.

Pani Dribbs nagle pstryk­nę­ła pal­ca­mi.

– Już wiem, panie L. Za życia cią­gle pan powtarzał, że jak mu się oczy za­mkną, to innym do­pie­ro się otwo­rzą. I że chce po­pa­trzeć, jak za nim pła­czą. Może o to cho­dzi. Że pan nie może iść dalej, bo nikt za panem jesz­cze nie za­pła­kał!

– I niby co? Sam się prze­klą­łem?

– Nie wiem, panie L, ale wiem jedno. Ze sło­wa­mi trze­ba uwa­żać.

Liram wes­tchnął.

– Do­brze, w takim razie pro­szę się nie krę­po­wać, pani Dribbs. Miej­my to już za sobą.

– Ja? – Pani Dribbs uda­wa­ła, że nie ro­zu­mie, ale kro­pla potu spły­wa­ją­ca po skro­ni mó­wi­ła zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż słowa. – Że co pro­szę?

– No, niech pani za mną za­pła­cze i zo­ba­czy­my, czy miała pani rację. 

– Ale… mnie się nie chce pła­kać. 

– Wcale? Na­praw­dę nie jest pani przy­kro?

– Jest, jak naj­bar­dziej, panie L. Tylko że… je­stem twar­da. Tak jest, panie L. Twar­de ko­bie­ty z nizin nigdy nie dają po sobie po­znać, że cierpią. Emo­cje prze­ży­wa­my bar­dziej… po cichu. 

– Do­brze – mruk­nął Liram – w takim razie pro­wadź mnie do mo­je­go syna. 

*

Ca­stor Wog­gle, syn Li­ra­ma, a obec­nie lord Wog­gle, jak każdy ważny po­li­tyk Wol­nych Mar­chii nie mógł spać po no­cach, gdyż my­ślał o spra­wach pań­stwo­wych. Cza­sem my­śle­nie o spra­wach pań­stwo­wych wy­ma­ga­ło kon­sul­ta­cji z in­ny­mi po­li­ty­ka­mi, wsku­tek czego prze­cią­ga­ło się nie­mal do rana. Dla­te­go pani Dribbs prze­zor­nie zo­sta­wia­ła im­bryk z mocną her­ba­tą w razie bólu głowy i mdło­ści, które czę­sto to­wa­rzy­szy­ły roz­wa­ża­niom nad spra­wa­mi Mar­chii. 

Wczo­raj­sze­go wie­czo­ra lord Ca­stor umar­twiał się wraz z in­ny­mi po­li­ty­ka­mi nie­mal do trze­ciej w nocy nad ryn­kiem zbytu pło­dów rol­nych, dla­te­go teraz do­go­ry­wał w sa­lo­ni­ku. I był w wy­jąt­ko­wo pod­łym hu­mo­rze. Nie za­le­wał się łzami, więc praw­do­po­dob­nie nikt mu nie po­wie­dział o tym, że ojciec zmarł. 

– Ja­śnie­pa­nie – szep­nę­ła pani Dribbs. 

Ca­stor od­po­wie­dział nie­ar­ty­ku­ło­wa­nym dźwię­kiem.

– Mam… złe wie­ści.

Po­now­nie usły­sze­li dźwięk, coś po­mię­dzy bul­go­tem a chra­pa­niem.

– Ja­śnie­pa­nie… pań­ski oj­ciec nie… nie…

– Nie żyje, wiem – wy­bul­go­tał Ca­stor – już za­ła­twi­łem wszyst­kie for­mal­no­ści zwią­za­ne z po­chów­kiem i po­now­nym wy­ko­rzy­sta­niem zwłok. A teraz przy­ślij do mnie No­ake­sa, trze­ba bę­dzie zle­cić wy­ko­na­nie por­tre­tu do ga­le­rii ro­dzin­nej. No, może nie pełnowymiarowego por­tre­tu. I nie na ścia­nę… ra­czej coś do po­sta­wie­nia na kre­den­sie.

– Że co? – oburzył się Liram. – Po­wiedz temu smar­ka­czo­wi, że na­le­ży mi się por­tret peł­nej wiel­ko­ści. I że chcę wi­sieć koło wuja Oswal­da. 

– Oczy­wi­ście, lor­dzie Wog­gle. – Pani Dribbs nie zwróciła uwagi na Lirama. – Czy mogę zro­bić coś jesz­cze? Po­my­śla­łam, że to dla pana strasz­ny cios…

– Nie, nie­spe­cjal­nie. 

– Że ze­chce pan wró­cić pa­mię­cią do tych wszystkich wspaniałych chwil spędzonych razem…

– Pa­mię­tam je do­sko­na­le… wszyst­kie trzy. Na­praw­dę, nie po­trze­bu­ję po­mo­cy, może pani odejść. 

Liram chciał już do­gryźć sy­no­wi, ale po­wstrzy­mał się, roz­wa­ża­jąc jego słowa.

– Pani Dribbs – rzu­cił jesz­cze Ca­stor, nim wy­szli. 

– Tak, Ja­śnie­pa­nie?

– Proszę nie osądzać mnie zbyt surowo. Liram był… trud­nym czło­wie­kiem. Całe życie my­ślał je­dy­nie o spu­ściź­nie, którą po sobie po­zo­sta­wi. Ten pałac i pie­nią­dze nigdy nie za­stą­pią ro­dzi­ny, praw­da?

Castor sięgnął po kielich, pociągnął duży łyk i kontynuował. 

– Oj­ciec nie był człowiekiem, który pozwalał się lubić. Wolał raczej, by go wielbić, a wiadomo, jak się zachowywał. Sama pani nazywała go przy mnie starym pie…

– Po­my­śla­łam sobie po pro­stu… – prze­rwa­ła mu szyb­ko pani Dribbs – że miło by było uczcić pa­mięć pana starszego. W końcu, co po nas po­zo­sta­je?

– Nie­speł­nio­ne ma­rze­nia… – Ca­stor uśmiech­nął się smut­no. – I puste obiet­ni­ce. 

Gdy pani Dribbs za­mknę­ła drzwi, Liram krą­żył po ko­ry­ta­rzu jak zwie­rzę w klat­ce. Gdyby żył, rzucałby pewnie wazonami i przewracał stoliki. W obecnym stanie mógł jedynie wrzeszczeć. 

– Nie­speł­nio­ne ma­rze­nia, dobre sobie. Dzię­ki mnie miał wszyst­ko. Ten… ten na­dę­ty głu­piec! Pew­nie, może gdyby za­miast ca­ły­mi dnia­mi zaj­mo­wać się po­li­ty­ką, dla od­mia­ny spró­bo­wał nor­mal­nej ro­bo­ty, nie miał­by czasu na uro­jo­ne pre­ten­sje!

– Każdy prze­ży­wa ża­ło­bę na swój spo­sób, panie L. 

Liram wresz­cie się opa­mię­tał. 

– Pani Dribbs… Ca­stor po­wie­dział, że za­ła­twił już spra­wę po­now­ne­go wy­ko­rzy­sta­nia zwłok. Czy to zna­czy to, co myślę…

Po­mknął, ile sił w nie­ma­te­rial­nych no­gach do sy­pial­ni. Ni­g­dzie nie było ciała.

*

Chwi­lę wcze­śniej dwóch ob­skur­nych typów wy­szło z sy­pial­ni Li­ra­ma, trzy­ma­jąc nosze z jego do­cze­sny­mi szcząt­ka­mi.

– Uff – sap­nął jeden, na­chy­la­jąc się nad cia­łem. – Ten to tu chyba tro­chę po­le­żał. 

– W pa­pie­rach było, że zszedł dziś po po­łu­dniu. 

– Da­je­my go do oży­wie­nia? – spy­tał pierw­szy. – Nie wy­glą­da naj­le­piej, panie Fons.

– A który nie­bosz­czyk wy­glą­da do­brze, Tib­bons? Za­pa­mię­taj moje słowa, jak nie­bosz­czy­ki za­czy­na­ją ci do­brze wy­glą­dać, to czas zmie­nić bran­żę. Poza tym ten już sam się wy­su­szył. Wy­tnie się to i owo, coś do­sztu­ku­je, a potem bę­dzie jak zna­lazł. Model retro, dla ko­ne­se­rów. Może się nada na lo­ka­ja.

– Ile miał lat? Wy­glą­da na sta­re­go. Ma­jor­do­mus mówił, że miał koło sie­dem­dzie­siąt­ki. Kiep­sko się trzy­mał.

– To z nie­rób­stwa, Tib­bons. Ro­zej­rzyj się, wi­dzisz, jacy ci lu­dzie są dzia­ni? Po­sta­wię każde pie­nią­dze na to, że ten tutaj ani dnia uczciwie nie przepracował. Nie to, co ja! W zdro­wym ciele zdro­wy duch, Tib­bons. Za­pa­mię­taj moje słowa. Ale ko­niec koń­ców to wszyst­ko i tak nie ma zna­cze­nia. Co po nas po­zo­sta­nie? 

– Na moje oko ja­kieś sześćdziesiąt kilo mięsa, ścię­gien i kości – od­po­wie­dział smęt­nie Tib­bons.

*

– Nie ma! Pusto! – wy­krzyk­nął Liram, pa­trząc na łóżko. 

– Proszę się uspokoić. Za­bra­li tylko sko­ru­pę. 

– Ale… zro­bić ze mnie nie­umar­łe­go? Prze­cież je­stem bo­ha­te­rem tego mia­sta. Za moich cza­sów wal­czy­ło się z ne­kro­man­ta­mi, a nie sprzedawało im ciała do oży­wia­nia!

– Trze­ba iść z du­chem czasu, panie L. Cmentarze świecą pustkami. Po­dob­no eko­lo­no­micz­nie to same ko­rzy­ści.…

– W nosie mam eko­lo­gię… eko­no­mię i wszyst­ko inne! Nie dość, że je­stem mar­twy, to jesz­cze bez­dom­ny! Za­bra­li mi ciało, za­bio­rą wszyst­ko. I co po mnie po­zo­sta­nie?

– Niech pan się nie mar­twi, panie L. Pro­szę się ro­zej­rzeć. Ogrom­na bi­blio­te­ka, wspo­mnie­nia – spoj­rza­ła na łóżko – i ta plama po ke­czu­pie na prze­ście­ra­dle, to na pewno. 

– Dzię­ku­ję, pani Dribbs. – Liram usiadł w po­wie­trzu i zła­pał się za głowę. – Od razu czło­wie­ko­wi lżej.

– Za­wsze chcia­łam spy­tać… jak jest po dru­giej stro­nie, panie L?

– Tak samo – od­po­wie­dział Liram. – Depresyjnie. Zwłasz­cza, gdy się ma ta­kie­go syna jak Ca­stor. Skoro mój pier­wo­rod­ny nie po­zwa­la mi za­znać wiecz­ne­go spo­ko­ju…

– …tak bym tego nie na­zwa­ła.

– …to zwró­cę się o pomoc do córki. Cas­sia miesz­ka jesz­cze w Ró­ża­nym Za­gaj­ni­ku?

– Wy­da­je mi się, że tak. 

– W takim razie po­je­dziesz ze mną! 

– Ale… czemu ja? Mam masę rze­czy do zro­bie­nia, pra­nie, trze­ba przy­pil­no­wać ku­cha­rek, wie­czo­rem pew­nie bę­dzie uczta po­że­gnal­na. Nigdy nie bra­łam wol­ne­go, to tro­chę nie­przy­zwo­ite.

– Kie­dyś musi być ten pierw­szy raz. Ru­sza­my w po­dróż, pani Dribbs. Jesz­cze nigdy nie czu­łem się tak żywy!

*

W mię­dzy­cza­sie ciało Li­ra­ma po­wę­dro­wa­ło aż do sie­dzi­by Kolegium Zasobów Nieżywych i Planowania Pośmiertnego. Tib­bons i Fons do­star­czy­li je dyżurnemu. 

– Kolegium płaci wam za zdo­by­wa­nie świe­żych ciał, a wy mi przy­no­si­cie coś ta­kie­go? Gdzie wy go zna­leź­li­ście, w mau­zo­leum?

– To było świe­żut­kie zgło­sze­nie – bąk­nął pan Fons. – Nie moja wina, że jest stary. Czasy za spo­koj­ne są, to i lu­dzie dłu­żej żyją. Jakby się zda­rzy­ła jakaś wojna…

– …albo za­ra­za! – do­rzu­cił Tib­bons.

– O! Albo za­ra­za… to wtedy obiek­ty są śwież­sze. 

– Już wy mi nie zwa­laj­cie winy na spo­koj­ne czasy. Nie tykać sło­jów! – krzyk­nął, bo Tib­bons aku­rat zbliżał się do jednego wyjątkowo ohydnego eksponatu zanurzonego w formalinie.

Ne­kro­man­ta się­gnął po for­mu­larz i za­czął czy­tać.

– Na­zy­wał się Liram? Jak ten bo­ha­ter? Rok uro­dze­nia… a niech mnie… To by się zga­dza­ło. Pa­trz­cie, a mówią, że po­szu­ki­wa­cze przy­gód nie umie­ra­ją w łóżku ze sta­ro­ści. 

– Tylko ci kiep­scy – pod­su­mo­wał pan Fons – Liram? Pierw­sze sły­szę.

– Kie­dyś było o nim gło­śno. Mie­li­śmy nawet jego posąg, ale za­stą­pi­li go kimś innym. Oca­lił mia­sto, nie raz, nie dwa… Gdy by­li­śmy dzieć­mi, ba­wi­li­śmy się w Li­ra­ma i jego gierm­ka… 

Zsu­nął prze­ście­ra­dło z twa­rzy Li­ra­ma i po­pa­trzył na nią w za­du­mie. 

– Osta­tecz­nie… co po nas zo­sta­je? Tylko imię w akcie zgonu i wpis w hi­sto­rii mia­sta. 

*

– To było tro­chę nie­przy­zwo­ite, nie uważa pan? – spy­ta­ła pani Dribbs.

– To tylko dzień wolny.

– Nie godzi się brać wolnego bez ważnego powodu. 

– Czy bez po­wo­du, nie je­stem co do tego taki prze­ko­na­ny, pani Dribbs. W końcu to praw­do­po­dob­nie mój ostat­ni dzień na ziemi. Poza tym wie­czo­rem wróci pani do domu. O, już je­ste­śmy. 

Ró­ża­ny Za­gaj­nik był zde­cy­do­wa­nie więk­szy i bar­dziej oka­za­ły niż Liram go za­pa­mię­tał. Droga pro­wa­dzą­ca do po­sia­dło­ści wiła się mię­dzy krze­wa­mi róż tak wielkimi, że two­rzy­ły bal­da­chim nad ich gło­wa­mi. Przy­po­mniał sobie, że Cas­sia lu­bi­ła róże, za­wsze obie­cy­wał, że przy­wie­zie jej po jed­nej z każ­dej ze swo­ich wy­praw… jeśli pa­mię­tał… i było gdzie kupić. 

Gdy pani Dribbs za­stu­ka­ła do drzwi, otwo­rzy­ła sama pani domu, na oko sie­dem­dzie­się­cio­let­nia, zgar­bio­na sta­rusz­ka, tak po­dob­na do ojca, że wy­glą­da­ła w za­sa­dzie jak Liram w pe­ru­ce. 

– Czego?

– Dzień dobry, na­zy­wam się Mar­ga­ret Dribbs. Byłam… je­stem go­spo­sią i bli­ską przy­ja­ciół­ką pani ojca.

– To ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie. Mój oj­ciec nie miał przy­ja­ciół. 

– W każ­dym razie… pan Liram Wog­gle… zmar­ło mu się… dziś rano. 

– O… – mruk­nę­ła sta­rusz­ka, ra­czej uprzej­mie zdzi­wio­na niż po­ru­szo­na. – Świet­nie. Dzię­ku­ję.

I już miała za­mknąć drzwi, ale ma­syw­na stopa w czerwonym pantofelku wsu­nę­ła się mię­dzy drzwi a fu­try­nę. Pani Dribbs po­my­śla­ła, że Cas­sia jest ostat­nią osobą, która mogłaby mieć o Liramie dobre zdanie i jeśli bę­dzie trze­ba, to zmusi ją do pła­czu, by­le­by tylko sta­ruch się od niej od­cze­pił. 

– Li­czy­łam na to, że opo­wie mi pani o nim. Bar­dzo chcia­ła­bym wie­dzieć, jaki był na­praw­dę. 

Cas­sia popatrzyła niepewnie, jakby pani Dribbs nie wiedziała, w co się właśnie pakuje. 

– Za­pra­szam do środ­ka – po­wie­dzia­ła i szerzej otworzyła drzwi.

*

Hra­bia Cra­ven lubił my­śleć o sobie jak o kro­ni­ka­rzu. Gdy więc do­wie­dział się, że ktoś wy­sta­wił na sprze­daż go­le­ma or­ga­nicz­ne­go wytwo­rzo­ne­go z tak wiel­kie­go od­kryw­cy i awan­tur­ni­ka, jakim był Liram Wog­gle, po pro­stu mu­siał go zdo­być. Za­pła­cił­by każde pie­nią­dze tylko po to, żeby móc się po­szczy­cić takim oka­zem.

Zwy­czaj oży­wia­nia zwłok był w Wol­nych Mar­chiach sto­sun­ko­wo nowy, ale przy­jął się za­ska­ku­ją­co szyb­ko. Więk­szość ogra­ni­czo­nych umy­sło­wo miesz­kań­ców Mar­chii my­śla­ła w bar­dzo pro­stych ka­te­go­riach i wi­dzia­ła w nie­umar­łych je­dy­nie tanią siłę ro­bo­czą. On pa­trzył dalej niż inni, wi­dział w nich przede wszyst­kim spory po­ten­cjał ko­lek­cjo­ner­ski. 

– Niech no tylko ci na­dę­ci głup­cy z Klubu Przy­go­do­we­go to zo­ba­czą – mruk­nął do sie­bie, oglą­da­jąc naj­now­szy na­by­tek. 

Pod­krę­cił mu nawet wąsy i kazał za­far­bo­wać siwe włosy na czar­no, żeby był bar­dziej po­dob­ny do bo­ha­te­ra sprzed lat. Po­rów­nał efekt z ry­ci­ną przed­sta­wia­ją­cą Li­ra­ma w całej oka­za­ło­ści. 

– Parę nie­do­cią­gnięć jest… ale osta­tecz­nie, co po nas po­zo­sta­nie? Je­dy­nie zlepek wspomnień.

*

Cas­sia prze­pro­wa­dzi­ła panią Dribbs wielkim korytarzem, który mógłby się znaleźć w Muzeum Historii Magicznej, opatrzony tabliczką „Be­stia­riusz Wol­nych Mar­chii”. 

– Tu głowa gryfa, który na­padł na nasze mia­sto w trzy­dzie­stym pią­tym. Mnie jesz­cze nie było na świe­cie, a oj­ciec do­pie­ro się wdra­żał.

– Im­po­nu­ją­ce.

– Tu klucz Por­ta­lu Cie­nia, który jesz­cze tętni plu­ga­wą magią Po­za­świa­tów. A tam dalej jedna z trzech głów cer­be­ra. Widzi pani… mój oj­ciec mu­siał zbu­do­wać ten dom tylko po to, żeby po­mie­ścić swoje wy­bu­ja­łe ego. Kiedy jakieś dziesięć lat temu przenieśliśmy go do Castora, zostałam sama z pomnikiem jego chwały. 

– Im­po­nu­ją­ca ko­lek­cja. 

– Tak, oj­ciec za­wsze dużo po­dró­żo­wał. Za­wsze gdy wy­jeż­dżał, bła­ga­łam go, żeby zo­stał. Zwłaszcza, gdy matka zmarła. A on za­wsze obie­cy­wał, że znaj­dzie naj­pięk­niej­szą różę i przy­wie­zie mi ją na pa­miąt­kę.

– To stąd ten szpa­ler przed wjaz­dem?

– Nie. Tam, dokąd po­dró­żo­wał oj­ciec, nie było róż. Albo o nich za­po­mniał. Nigdy nie przy­wiózł mi ani jed­nej. Przy­wo­ził za to głowy tych be­stii i te… ma­ka­brycz­ne zna­le­zi­ska i usta­wiał je tutaj ni­czym własne pomniki. I wie pani, co jest naj­smut­niej­sze?

– Co?

– Że nikt już o nim nie pa­mię­ta. Widzi pani, nie był je­dy­nym po­szu­ki­wa­czem przy­gód w Wol­nych Mar­chiach, ale był chyba je­dy­nym, który dożył spo­koj­nej sta­ro­ści. W jego mu­zeum wiel­ko­ści za­bra­kło naj­waż­niej­sze­go eks­po­na­tu.

Wska­za­ła na pusty cokół na środ­ku kom­na­ty.

– Czyli?

– Ostatecznej ofiary. Poświęcenia, o którym bardowie układaliby pieśni. Oj­ciec był dobry, ale nigdy nie na­le­żał do elity. Ale dla mnie i Ca­sto­ra przez lata był je­dy­ny, naj­lep­szy… i naj­gor­szy za­ra­zem. 

Przez chwi­lę pani Dribbs miała na­dzie­ję, że oczy córki Li­ra­ma zajdą łzami, ale nic ta­kie­go nie na­stą­pi­ło. Za­miast tego sta­rusz­ka ode­zwa­ła się:

– Osta­tecz­nie, co po nim po­zo­sta­ło, pani Peebs?

– Dribbs – po­pra­wi­ła go­spo­sia.

– Świat, któ­re­go inni nie muszą już ra­to­wać. I drugi, któ­re­go ra­to­wa­nia za­nie­chał. 

*

– Nie wie­rzę w to… na­praw­dę nie wie­rzę. 

Liram sie­dział pod krze­wem róż, a obok niego pani Dribbs jadła wła­śnie ka­nap­kę z jaj­kiem, którą spa­ko­wa­ła na pod­wie­czo­rek. 

– Nie­ste­ty, moim zda­niem nie był pan zbyt do­brym ojcem, panie L. 

– Czy to wszyst­ko, co po sobie zo­sta­wi­łem? Garść za­ku­rzo­nych tro­fe­ów i dwój­kę dzie­ci, które mnie nie­na­wi­dzi­ły? 

– Nie­na­wi­dzi­ły, to bar­dzo mocne słowo, panie L. Żeby pana nie­na­wi­dzić, trze­ba spę­dzać z panem dużo czasu i do­brze pana po­znać. Tak jak ja. 

– To wcale nie po­ma­ga, pani Dribbs. Ja… po pro­stu za­wio­dłem. 

Jedna łza ście­kła po jego nie­ma­te­rial­nym po­licz­ku i z ci­chym „kap” spa­dła na zie­mię. Po­zo­sta­ła po niej je­dy­nie drob­na plam­ka, która za­czę­ła ro­snąć i ro­snąć. Po chwi­li sta­nę­ła przed nimi ta, którą me­dy­cy oszu­ku­ją, bar­do­wie opie­wa­ją w pie­śniach, a po­szu­ki­wa­cze przy­gód wiecz­nie zmu­sza­ją do zmia­ny gra­fi­ku: Śmierć we wła­snej oso­bie. 

– My się już chyba znamy – po­wie­dzia­ła, pa­trząc na panią Dribbs.

– Na­praw­dę?

– Taak… Wi­dzisz, ja nie za­po­mi­nam twa­rzy. Ach, już wiem. Wio­sna dzie­więć­dzie­sią­te­go dzie­wią­te­go. Pły­wa­ła pani w je­zio­rze i zła­pał panią skurcz. Muszę przy­znać, że świet­nie pani pływa. 

– D-dzię­ku­ję. 

– Teraz je­stem tro­chę za­ję­ta, ale spo­tka­my się póź­niej.

– Jak bar­dzo „póź­niej”? – Głos pani Dribbs drżał.

– Na­praw­dę chce pani wie­dzieć?

– N-nie. – Do­pie­ro gdy Śmierć o to spy­ta­ła, uświa­do­mi­ła sobie, że jed­nak w ogóle jej to nie cie­ka­wi. 

– Tak my­śla­łam. A teraz, jeśli pani po­zwo­li, po­roz­ma­wiam z moim klien­tem. 

Ko­bie­ta zaczęła rosnąć coraz bardziej i bardziej. Nagle Liram zna­lazł się nad mia­stem tak wy­so­ko, że Ró­ża­ny Za­gaj­nik przy­po­mi­nał domek z pu­deł­ka za­pa­łek. Jed­no­cze­śnie Śmierć znowu zma­te­ria­li­zo­wa­ła się przed nim i za­czę­ła ro­snąć. Wkrót­ce stała nad mia­stem z głową skry­tą w chmu­rach. Jej ogromna syl­wet­ka za­sła­nia­ła słoń­ce i rzu­ca­ła ogrom­ny cień na mia­sto pod nimi.

– Po­wiedz mi – za­grzmia­ła isto­ta, a jej głos odbił się echem po całej oko­li­cy. – Co po tobie po­zo­sta­ło?

I nagle Liram usły­szał kilka gło­sów. 

– Głów­nie nie­smak.

– Nie­speł­nio­ne ma­rze­nia… i puste obiet­ni­ce.

– Na oko sześćdziesiąt kilo mięsa, ścię­gien i kości.

– Ogrom­na bi­blio­te­ka, wspo­mnie­nia i ta plama po ke­czu­pie na prze­ście­ra­dle. 

– Tylko imię w akcie zgonu i wpis w hi­sto­rii mia­sta.

– Je­dy­nie zlepek wspomnień.

– Świat, któ­re­go inni nie muszą już ra­to­wać. I drugi, któ­re­go ra­to­wa­nia za­nie­chał.

Liram mio­tał się, pró­bo­wał wy­rwać z uści­sku, ale wszyst­ko na nic. 

– Nie mo­żesz… Prze­cież to, że inni tak o mnie mówią, nie ozna­cza, że na­praw­dę taki byłem. My­śla­łem, że to ty oce­nia­sz czło­wie­ka!

– Nie – od­rze­kła Śmierć. – To lu­dzie oce­nia­ją. Ja tylko po­ka­zu­ję wer­dykt.

Śmierć mach­nę­ła dło­nią. Mię­dzy ży­wy­mi snuły się także zjawy. Duchy po­dob­ne do Li­ra­ma za­wo­dzi­ły ża­ło­śnie, pró­bu­jąc zwró­cić na sie­bie uwagę śmier­tel­ni­ków. 

– Oni wszy­scy za­da­li sobie py­ta­nie “co po mnie po­zo­sta­nie?” i nie po­tra­fią się po­go­dzić z od­po­wie­dzią. 

– I muszą tu tkwić na wieki?

– Nie, prę­dzej czy póź­niej do każ­de­go do­cie­ra praw­da. 

– I nie ma wyjątków?

– Jesz­cze się taki nie uro­dził… czy może ra­czej nie umarł. Tak więc… wróć­my do te­ma­tu. Jaka jest od­po­wiedź na moje py­ta­nie? Co po tobie po­zo­sta­ło?

Liram za­ci­snął pię­ści. 

– Za­słu­gu­ję na coś wię­cej. Ja też coś po­świę­ci­łem, od­da­łem wszyst­ko, co mia­łem, w imię czego? Nikt nie pa­mię­ta, kim je­stem! 

– Cho­dzi mi o to, że ro­dzi­na… 

– To dla­te­go, że nie umar­łem na polu chwa­ły? Że ośmie­li­łem się prze­żyć? Że nie mam “po­mni­ka osta­tecz­nej ofia­ry” jak resz­ta tych pa­ta­ła­chów, którzy bro­ni­ły mia­sta na prze­strze­ni lat?

– Nie to pró­bo­wa­łam ci powie… – Po raz pierw­szy głos Śmierci zabrzmiał niepewnie.

– W takim razie ja im jesz­cze po­ka­żę. Ja wam wszyst­kim jesz­cze po­ka­żę!

– Mia­łam na myśli, że…

– Nic po mnie nie pozostało, bo…

*

Hra­bia Cra­ven spo­ży­wał wła­śnie obiad ze swoją mał­żon­ką, gdy spo­strzegł, że z jego naj­now­szym nie­umar­łym słu­żą­cym dzie­je się coś dziw­ne­go.

Naj­pierw za­czę­ła mu drgać po­wie­ka. Potem taca, którą trzy­mał w rę­kach, upa­dła z brzdę­kiem na pod­ło­gę. Na ko­niec usta otwo­rzy­ły się, a z wą­tłej pier­si wy­darł się ryk, który było sły­chać aż w są­sied­nich do­mach.

– Nie skończyłem!!!

Wście­kłe oczy nie­umar­łe­go były prze­ra­ża­ją­co żywe. Dy­szał cięż­ko, bar­dziej z przy­zwy­cza­je­nia, niż z po­trze­by, bo prze­cież zwło­ki nie od­dy­cha­ją. Może i Śmierć skoń­czy­ła z nim, ale on nie skoń­czył z ży­ciem. 

Koniec

Komentarze

Motyw przewodni wyświechtany, liczyłem na moralitet, a tu zakończenie było dokładnie odwrotne. 

Napisane względnie przyjemnie, jednak spora ilość błędów j/w zabrała cała przyjemność z czytania.

Sporo błędów interpunkcyjnych.

 

Subiektywne uwagi:

– błędy w zapisie dialogów – polecam poradnik,

– “gier karcianych i i mniej” – 2x “i”,

– nie rozumiem, dlaczego Pan L. nie mógł wyjść przez drzwi ze swojego pokoju, skoro był duchem?

– “Pani Dribbs pachęła się otwartą dłonią w czoło” – pachęła?

– “Tak jest, panie J.” – chyba L.?

– “Liram chciał już dogryźć synowi, ale powstrzymał się, rozważając słowa syna.” – powtórzenie syn,

– “ten… ten nadęty głupiec.” – zdanie od wielkiej litery,

– “Pewnie, może gdyby całymi dniami zajmować się polityką” – zabrakło zdaje się słowa “zamiast”,

– “wykrzyknął Liram w eter, patrząc na łóżko” – nadawał na falach radiowych?

– “Niech pan się nie martwi, panie J.” – znowu J zamiast L.,

– “Ocalił miasto, nieraz, nie dwa…” – nie raz,

– “Pani Dribbs pomyślała, Cassia była ostatnią osobą która” – brakuje “że przed Cassia i przecinka przed “która”.

 

Dzięki za opinię i łapankę, wszystkie wypisane błędy oczywiście poprawiłem. Szkoda, że babole zepsuły przyjemność z lektury. 

 

Wiem, że temat jest wałkowany na wszystkie strony, ale liczyłem na to, że lekki twist na końcu doda nieco świeżości ;)

A mnie się spodobało.

Motyw “co po mnie pozostanie” owszem, jest stary. Ale wydaje mi się, że prezentujesz ciekawe ujęcie. Fajna również jest śmierć, która w końcu skapitulowała. Aż jestem ciekawa, co będzie się działo dalej. Bohater pogada z dziećmi? Kupi wreszcie jakąś różę?

Wyszła interesująca mieszanka humoru i powagi, a nawet smutku.

Najwidoczniej choroba powoli odpuszczała.

Uch, ta maniera…

od bardzo długiego czasu

Od bardzo dawna.

Jak na kogoś, kto ma na karku ponad setkę, to było naprawdę coś. 

Hmmm.

 Na dole życie toczyło się swoim codziennym rytmem.

Nie jestem przekonana do tej metafory, ale widywałam ją, więc niech tam.

, nagle rozumiejąc źródło swojego dobrego samopoczucia.

Niepotrzebne tłumaczenie, każdy wie, że jak facet po czterdziestce wstaje i nic go nie boli, to znaczy, że umarł :P

Gdy się ma setkę na karku, umieranie może naprawdę zepsuć dzień. 

Raz, że angielski idiom, a dwa – nie umieranie, tylko, mmm, zejście? Bo procesu nie widzieliśmy, a on go nie prze…żył… kurczę. Wiesz, o co mi chodzi.

Przypomniał sobie, że kiedyś jakiś kapłan powiedział mu, że po śmierci dusza zrzuca ciało jak stare ubranie.

Można ograniczyć "że": Kiedyś jakiś kapłan powiedział mu, że po śmierci dusza zrzuca ciało jak stare ubranie.

Wciskał niematerialną nogę w miejsce tej materialnej tak, jakby zakładał spodnie, bez skutku.

Stary, dobry materializm XD (Wiem, wiem, fantastyka, cicho XD)

Sama w sobie była bezużyteczna, ale postawi dom na nogi.

Znowu – my nie mówimy o ludziach "bezużyteczni". Anglosasi to robią (nie będziemy rozważać, jak to o nich świadczy). I dlaczego postawienie domu na nogi miałoby być czymś użytecznym?

ruszyła do sprzątania z właściwą sobie energią

Hmm.

Ręce pracowały własnym rytmem

?

bałagan ustępował jej z drogi

Ja też chcę taki dobrze wychowany bałagan! XD

Liram czekał, aż wreszcie pani Dribbs spojrzy na jego ciało.

Szyk (angielskawy taki): Liram czekał, aż pani Dribbs wreszcie spojrzy na jego ciało.

nie za bardzo nadaje się na władcę

Spróbuj to powiedzieć: nie za bardzo się nadaje.

po co mieć ich aż tyle

"Ich" możesz wyciąć albo przesunąć o miejsce w lewo.

Moim zdaniem to jest trochę nieprzyzwoite, nie uważa pan?

Z głodu jeszcze nikt nie umarł, a od braku książek niejednego pokręciło! XD (A serio – stereotypy :P)

Wszystkie rzeczy, które pani Dribbs uznawała za dziwne, stawały się nieprzyzwoite.

Angielskawa składnia: Wszystko, co pani Dribbs uznawała za dziwne, stawało się nieprzyzwoite.

To oznaczało, że według niej

Też jakby angielskie: Innymi słowy, według niej…

nieprzyzwoite było czytanie książek, spacery dla przyjemności

:P

mniej więcej połowa rzeczy, których po prostu nie rozumiała

Tylko połowa? XD

Moja bratowa miała ostatnio imieniny

Czy w świecie fantasy, i to raczej anglopodobnym, sądząc po imionach, ma sens obchodzenie imienin?

nawet nie są poukładane rozmiarem

Rozmiarami.

Nawet nie zauważyła, że coś było nie tak

Consecutio temporum: że coś jest nie tak.

 uderzył niematerialnym nosem w drzwi

… ooo? Dlaczego?

Tego było już za wiele.

Idiom: Tego już było za wiele.

ta najwidoczniej była teraz zawalona robotą

"Teraz" zbędne.

służąca o imieniu Pruna

Wystarczy samo imię, zaraz i tak mówisz, że to służąca.

prawdopodobnie jako imię użyliby właśnie określenia “Jaśniepan”. 

Rozsypana gramatyka i pustosłowie: Prawdopodobnie jako imię wpisałyby właśnie “Jaśniepan”.

lamentowała pani Dribbs

Nie przesadzajmy z tymi lamentami… czy tę lamentacyjność widać z wypowiedzi? Nie bardzo. Więc mamy dysonans.

Nieźle się trzymał jak na kogoś, kto skończył dziewięćdziesiątkę.

Hmm. Z lekka jakby angielskawe.

– Miałem sto dwa lata. – poprawił Liram. 

Tu bez kropki, paszczowe.

– Miał sto dwa lata. – powtórzyła pani Dribbs

Tu też.

Błysk w oku pani Dribbs potwierdził jego przypuszczenia, jednak ona nie śmiała się nawet odezwać.

? Ten błysk może oznaczać wszystko. Czyli pani Dribbs tylko udaje taką mało sprytną?

Spojrzała to na Lirama, to na jego ciało

W tej konstrukcji używamy aspektu niedokonanego: Spoglądała to na Lirama, to na jego ciało. A jeśli spojrzała tylko raz, to: Spojrzała na Lirama, potem na jego ciało.

 spytała.

– Pruna, złotko, podasz mi chusteczkę, leży tam, na stoliku. 

Nooo…: spytała – Pruna, złotko, podasz mi chusteczkę, leży tam, na stoliku?

Liram zaczął łagodnie, bo wiedział, że jedno niewłaściwe słowo może wywołać atak histerii.

Hmmm. Jak dotąd była całkiem opanowana, ale faktycznie, może niewiele jej brakuje…

W lustrze widać, że krzyżuje pani palce za plecami. 

Co jest zwyczajem anglosaskim, niekoniecznie znanym Polakom, czyli Twoim czytelnikom (choć większość z nas i tak zna amerykański styl życia lepiej od polskiego…)

Myślałam, że jestem bezpieczna, bo nigdy nic takiego mi się nie przytrafiło, aż do teraz

Hmmm. 

pozwalała zmarłym duszom załatwić wszystkie sprawy, których z oczywistych względów nie zdążyli załatwić osobiście

Angielskie ("dusza" jest rodzaju żeńskiego, więc nie zdążyły, ale wygodniej ją ciachnąć): pomagała zmarłym załatwić wszystkie sprawy, których z oczywistych względów nie zdążyli załatwić osobiście. Albo: załatwiała za zmarłych wszystkie sprawy…

ciągle powtarzał pan

Szyk: ciągle pan powtarzał.

Nie wiem, panie L, ale wiem jedno. Ze słowami trzeba uważać.

Podoba mi się pani Dribbs z jej nieoczywistą mądrością :)

więcej niż jej słowa

"Jej" można wyciąć.

mi się nie chce płakać

Na miejscu akcentowanym: mnie.

Nawet łzy dla zmarłego?

Angielskawe jakby.

nigdy nie dają po sobie poznać

Czego nie dają po sobie poznać?

w razie bólu głowy i mdłości, które często towarzyszyły rozważaniom nad sprawami Marchii

yes

rynkiem eksportu płodów rolnych

Hmmm. Ja tam płoteczka jestem, ale czy eksport to osobny rynek?

nikt nie powiedział mu o śmierci ojca

Przestańcie dawać zaimki na miejsca akcentowane >< Ma być: nikt mu nie powiedział o śmierci ojca.

ponownym wykorzystaniem zwłok

… wut. Jak "ponownym"? (Pamiętaj, że komentuję na bieżąco :D)

No, może nie pełnoprawnego portretu.

A są jakieś portrety o ograniczonej zdolności prawnej? XD

– Że co? – Liram się oburzył.

A może: – Że co? – oburzył się Liram.

odparła pani Dribbs, ignorując Lirama. 

– Oczywiście, lordzie Woggle. – Pani Dribbs nie zwróciła uwagi na Lirama.

do tych lepszych chwil spędzonych razem

Hmm.

Liram chciał już dogryźć synowi, ale powstrzymał się, rozważając jego słowa.

Hmmmmmmmmm. Już chciał, ale dalej… hmmm.

– Nie osądzaj mnie zbyt surowo. Liram był… trudnym człowiekiem. Całe życie myślał jedynie o spuściźnie, którą po sobie pozostawi. Ten pałac i pieniądze nigdy nie zastąpią rodziny, prawda?

Raz, oni są na "ty" czy na "pan"? I dwa, ale ważniejsze – dlaczego facet się tłumaczy przed służącą? Jeszcze nie wytrzeźwiał po sprawach państwowych? Ale w takim razie – czy mówiłby tak składnie? Wręcz teatralnie?

pamięć po panu starszym

Pamięć pana starszego.

– Niespełnione marzenia… – Castor uśmiechnął się smutno – I puste obietnice. 

Kropka po "smutno". Widzę, że chłopak upija się filozoficznie.

teraz zostało mu tylko złorzeczenie na niewdzięczność syna

Hmmmmm.

, jakby zdał sobie z czegoś sprawę

Bo może zdał?

Ten to tu musiał chyba trochę poleżeć. 

Angielska składnia: Ten to tu chyba trochę poleżał. 

 – spytał mężczyzna zwany panem Fonsem. –

A kto inny mógłby spytać?

nieboszczyki zaczynają dla ciebie dobrze wyglądać

Lepiej: nieboszczyki zaczynają ci dobrze wyglądać.

Może się nada na jakiegoś lokaja.

"Jakiegoś" można wyciąć. Hmm. Można kogoś nie lubić, ale żeby sprzedawać członka rodziny na zombiaka, to trochę… niehonorowe.

 To z nieróbstwa Tibbons

Wołacz oddzielamy: To z nieróbstwa, Tibbons.

nie przepracował uczciwie nawet dnia. Nie to, co ja! 

Rym, poza tym "ani dnia" ładniej by się tu ułożyło na języku niż "nawet".

W zdrowym ciele zdrowy duch Tibbons.

Tu też przecinek.

Na moje oko jakieś czterdzieści kilo mięsa, ścięgien i kości

… to niedużo.

W zasadzie, jakby na to spojrzeć, to jest tu pan.

Jakby jak na to spojrzeć? To trzeba uzupełnić.

Dom dla duszy.

Hmm.

nie wyprzedawało im ciała

Sprzedawało, wyprzedaje się towar, którego jest dużo, a nie pojedyncze sztuki.

Trzeba iść z duchem czasu

XD

Tak samo jak po tej

Tak samo, jak po tej. W sumie tam nie był… :D

Rozczarowująco.

Hmm.

Zwłaszcza jak się ma takiego syna jak Castor.

Zwłaszcza, jak się ma takiego syna, jak Castor.

godny pierworodny

Rym.

Tibbons i Fons dostarczyli je do dyżurującego nekromanty. 

Powtórzenie i zbędny przyimek tniemy: Tibbons i Fons dostarczyli je dyżurnemu. (A w ogóle, to to jest Gildia Komunikatorów Pośmiertnych, o :D)

Płaci się wam

Trochę niewymowne.

Nie moja wina, że petent jest stary

Hmm, petent?

 akurat stukał w jeden z eksponatów zatopionych w formalinie

Przez słój stukał? :)

 imię na akcie zgonu

W akcie.

rubryka w historii miasta

Hmm, rubryka? Na pewno? https://wsjp.pl/haslo/podglad/21226/rubryka 

spytała pani Dribbs, kolebiąc się w powozie

Hmm, czy to kolebanie było jej czynnością, czy była mu tylko poddana?

Skłamanie, że siostra zachorowała

Hmm.

tak przekonany

Taki przekonany.

 Droga prowadząca do posiadłości wiła się między krzewami róż tak wybujałymi, że tworzyły baldachim nad ich głowami

Rym. Jeśli krzewy są wybujałe, to chałupa pewnie dawno opuszczona… (albo mamy tu Śpiącą Królewnę :D)

 staruszka, która była tak podobna do ojca

Tniemy: staruszka, tak podobna do ojca…

masywna noga zakończona drobnym pantofelkiem

Hmmm? Pantofelek nie jest elementem nogi…

Cassia była ostatnią osobą, która mogła mieć dobre zdanie o Liramie

C.t.: jest ostatnią osobą, która mogłaby mieć o Liramie dobre zdanie.

jakby pani Dribbs nie była gotowa na odpowiedź, której zamierza udzielić.

Hmm.

otworzyła drzwi szerzej

Lepiej: szerzej otworzyła drzwi.

golema organicznego stworzonego

Wytworzonego. Stwarza się ex nihilo.

móc poszczycić się

Akcent: móc się poszczycić.

Zwyczaj ożywiania zwłok był w Wolnych Marchiach stosunkowo nowym wynalazkiem,

Zwyczaj zasadniczo nie jest wynalazkiem. Są, oczywiście, wynalazki humanistyczne, jak księgowość, ale zwyczaje, no, nie bardzo. Może być po prostu: Zwyczaj ożywiania zwłok był w Wolnych Marchiach stosunkowo nowy. (Co prawda Liram już o tej nowości wspominał…)

widziała w nieumarłych jedynie tanią siłę roboczą

I tyle, jeśli chodzi o demokrację zmarłych ;)

oglądając swój najnowszy nabytek.

"Swój" zbędne.

ale ostatecznie, co po nas pozostanie?

Hmmm, to "ostatecznie" ciutkę angielskie. Chociaż…

Jedynie odrobina sentymentu.

Na pewno? Bo wygląda to raczej na angielskie sentiment niż na polski https://wsjp.pl/haslo/podglad/37553/sentyment 

Cassia przeprowadziła panią Dribbs przez wielki korytarz, który równie dobrze mógłby posłużyć za wystawę w Muzeum Historii Magicznej pod tytułem „ Bestiariusz Wolnych Marchii”. 

Cassia przeprowadziła panią Dribbs wielkim korytarzem, który mógłby się znaleźć w Muzeum Historii Magicznej, opatrzony tabliczką „Bestiariusz Wolnych Marchii”. 

mój ojciec musiał zbudować ten dom tylko po to, żeby pomieścić swoje wybujałe ego

Ale ona nie mieszka z ojcem, tylko, zapewne, z mężem (a może jest wdową). To czemu mówi o domu tak, jakby należał do ojca?

obiecywał mi

"Mi" można wyciąć.

Tam, gdzie podróżował ojciec

Tam, dokąd podróżował ojciec.

niczym pomniki własnej wielkości

Hmm. Niczym własne pomniki?

Wskazała na pusty cokół

"Na" można wyciąć.

Pomnika ostatecznej ofiary.

Hmmmmmmmmmmmmm.

Ale dla mnie i Castora przez lata był jedyny, najlepszy… i najgorszy zarazem. 

Trochę wprost to odsłaniasz… (wcale nie mam tego samego tematu gdzieś w zakurzonym kącie, gdzie tam ;D)

Świat, którego inni nie muszą już ratować. I drugi, którego ratowania zaniechał. 

? A ten drugi świat potrzebował ratunku – czy po prostu uwagi i pracy?

Żeby pana nienawidzić, trzeba spędzać z panem dużo czasu i dobrze pana poznać.

Grunt to umieć człowieka pocieszyć :D

poszukiwacze przygód wiecznie zmuszają do zmiany grafiku – Śmierć we własnej osobie

Dobre, dobre :D Tylko może lepiej dwukropek niż myślnik, bo one jednak mylą.

Jak bardzo „później”? – Głos pani Dribbs drżał.

A tu otwierający myślnik się zgubił.

dymu, który rozprzestrzeniał się coraz bardziej

Hmmm.

przypominał jedynie domek z pudełka zapałek

"Jedynie" bym wycięła, nic nie zmienia.

Jej postawna sylwetka

https://wsjp.pl/haslo/podglad/113897/postawny ?

wszystko to na nic

"To" można wyciąć.

Przecież to, co inni o mnie mówią nie oznacza, że naprawdę taki byłem.

Przecież to, że inni tak o mnie mówią, nie oznacza, że naprawdę taki byłem.

To ludzie cię oceniają.

A czy to się wyklucza?

nie potrafią pogodzić się z odpowiedzią

Aliteracja i akcent: nie potrafią się pogodzić z odpowiedzią. 

I naprawdę nikt się temu nie sprzeciwia?

Prawdzie? Jeszcze jak :D Zresztą – czy inaczej by się tak włóczyli?

oddałem wszystko co miałem w imię czego? Nikt nie pamięta kim jestem!

Zdania podrzędne oddzielamy: oddałem wszystko, co miałem, w imię czego? Nikt nie pamięta, kim jestem!

Po raz pierwszy Śmierć zabrzmiała niepewnie.

Nie Śmierć, tylko jej głos.

Potem taca, którą trzymał w rękach upadła z brzdękiem na podłogę.

Potem taca, którą trzymał w rękach, upadła z brzdękiem na podłogę.

Może i Śmierć skończyła z nim, ale on nie skończył z życiem. 

Okeeej…

 

Fajne, niegłupie i zgrabnie odrobione, z dobrze wykorzystanymi powtórzeniami, choć trochę łopatologiczne (limit?). Ale za to humoru sporo, i nie jest to humor nachalny ani niesmaczny, choć bez wątpienia jest czarniawy. Wątek nieumarłych służących też czemuś posłużył, chociaż dopiero na koniec.

Jednym słowem: sympatyczne :)

Wiem, że temat jest wałkowany na wszystkie strony, ale liczyłem na to, że lekki twist na końcu doda nieco świeżości ;)

Śmierć to nie jest świeży temat :D

Motyw “co po mnie pozostanie” owszem, jest stary. Ale wydaje mi się, że prezentujesz ciekawe ujęcie. 

Motyw "ktoś tak się przejmuje rzeczami nieważnymi, że zapomina o ważnych" też jest stary. Ale to nie oznacza, że nie trzeba go powtarzać ^^

@Finkla

Cieszę się, że się spodobało :) Zakończenie celowo pozostawiłem otwarte, żeby czytelnik sam mógł sobie dopowiedzieć, co działo się potem. Cieszę się, że ta mieszanka humoru i poważnych tematów okazała się trafiona, bałem się, że przegnę albo z jednym albo z drugim. 

 

@Tarnina

Serdecznie dziękuję za wszystkie wyłapane babole, wstyd mi, że było ich aż tak dużo.Zdziwiło mnie to krzyżowanie palców za plecami, bo znam ten zwyczaj (i ze wstydem przyznam, że zdarzało mi się w ten sposób kłamać w dzieciństwie). Jeśli natomiast chodzi o Castora i jego zwierzenia przy kieliszku to taki był mój zamiar, chciałem pokazać, że chłop po prostu upija się na smutno i wtedy zbiera mu się na wylewanie smutków.

Na zakończenie chciałbym dodać, że uwielbiam Twoje gif-y, są zawsze w punkt. 

Zdziwiło mnie to krzyżowanie palców za plecami, bo znam ten zwyczaj (i ze wstydem przyznam, że zdarzało mi się w ten sposób kłamać w dzieciństwie)

Sądząc po tym, że ostatnio dzieci rozstawiają się z lemoniadą po trawnikach, a już od paru lat żebrzą o cukierki 31 października, kultura amerykańskich filmów zatacza coraz szersze kręgi :)

chciałem pokazać, że chłop po prostu upija się na smutno i wtedy zbiera mu się na wylewanie smutków.

To wyszło, tylko ciut łopatologicznie ^^

heart

A czy krzyżowanie palców jest amerykańskie? Wydaje mi się, że zachodnioeuropejskie, być może angielskie (chociaż “keep your fingers crossed” znaczy coś nieco innego). Wydaje mi się również, że w cyklu Druona “Królowie przeklęci” było coś o bankierze krzyżującym palce, gdy kłamał. Ale mogę się mylić.

Anonimie, spodobał mi się pomysł by umarłego skłonić do głębokiego zastanowienia się nad przeżytym życiem. Dobrze, że w tych przemyśleniach panu Liramowi towarzyszyła całkiem żywa pani Dribbs. Śmierć też zaprezentowała się całkiem nieźle. :)

Mimo usterek czytało się dobrze, zwłaszcza że wplotłeś do opowiadania nieco humoru dobrej jakości.

Mam nadzieję, że dokonasz poprawek, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

Na dole życie to­czy­ło się swoim co­dzien­nym ryt­mem. → Czy zaimek jest konieczny? Czy życie mogło toczyć się czyimś rytmem?

 

że jeź­dził na zjaz­dy moż­nych. → Zbędna spacja po wielokropku.

 

– Nie. – od­po­wie­dzia­ła Pruna. → Zbędna kropka po wypowiedzi.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

– W takim razie DO­BRZE, że nie żyje – wes­tchnę­ła Pruna i wy­szła z po­ko­ju. → Dlaczego wielkie litery?

 

Liram chciał już dogryźć synowi, ale powstrzymał się, rozważając jego słowa.

 → Czemu tu służy półpauza?

 

tak bym tego nie na­zwa­ła. → Zbędna spacja po wielokropku.

 

to zwró­cę się o pomoc do córki. → Jak wyżej.

 

albo za­ra­za! – do­rzu­cił Tib­bons. → Jak wyżej.

 

opa­trzo­ny ta­blicz­ką Be­stia­riusz Wol­nych Mar­chii”. → Zbędna spacja po otwarciu cudzysłowu.

 

i ustawiał je tutaj niczym własne pom. → Czy tu aby nie miało być: …i ustawiał je tutaj niczym własne pomniki.

 

– Tak my­śla­łem. A teraz, jeśli pani po­zwo­li… → Dlaczego forma męska?

 

– NIC PO MNIE NIE PO­ZO­STA­ŁO, BO JA… → Umiał mówić wielkimi literami???

 

z wą­tłej pier­si wy­darł się ryk, który było sły­chać aż w są­sied­nich do­mach.

– NIE SKOŃ­CZY­ŁEM! → Jak wyżej.

Wielkie litery nie sprawią, że wypowiedź będzie głośniejsza, ale trzy wykrzykniki i owszem.

Proponuję: …z wą­tłej pier­si wy­darł się ryk, który było sły­chać aż w są­sied­nich do­mach.

– Nie skoń­czy­łem!!!

i ustawiał je tutaj niczym własne pom. → Czy tu aby nie miało być: …i ustawiał je tutaj niczym własne pomniki.

… i chyba było… Coś się w poprawkach ujadło?

Umiał mówić wielkimi literami???

Gdzieś w multiwersum, za górami, za lasami, za dolinami, za leżami smoków i Spocków, za Biedronką, jest wodospad. Za tym wodospadem mieszka guru, który uczy bohaterów mówić dużymi literami XD Znany fakt XD

… i chyba było… Coś się w poprawkach ujadło?

Ano, zdarza się. ;)

 

[…] Za tym wodospadem mieszka guru, który uczy bohaterów mówić dużymi literami XD Znany fakt XD

No proszę, a mnie nikt nie powiedział i pewnie dlatego bardzo nie lubię, kiedy bohater tak mówi. :( 

Witaj. :)

 

Sprawy językowe i sugestie orz wątpliwości (zawsze tylko do przemyślenia):

– Nie. – odpowiedziała Pruna. – Pan starszy wreszcie się przekręcił. – błędny zapis dialogu?

– Oczywiście, lordzie Woggle – pani Dribbs nie zwróciła uwagi na Lirama. – Czy mogę zrobić coś jeszcze? Pomyślałam, że to dla pana straszny cios… – mam wątpliwość, czy to aby na pewno jest gębowe (?)

W końcu (przecinek albo myślnik?) co po nas pozostaje?

Pomknął (przecinek?) ile sił w niematerialnych nogach do sypialni.

Zwłaszcza (przecinek?) jak się ma takiego syna (i tu?) jak Castor. – powtórzenie?

Zapłaciłby każde pieniądze, tylko po to, żeby móc się poszczycić takim okazem. – zbędny pierwszy przecinek?

Przywoził za to głowy tych bestii i te… makabryczne znaleziska i ustawiał je tutaj niczym własne pom. – pomniki?

– Czy to jest to wszystko, co po sobie zostawiłem? – powtórzenie?

Że nie mam “pomnika ostatecznej ofiary” jak reszta tych patałachów, które broniły miasta na przestrzeni lat? – którzy?

 

Rozmaicie piszesz wyraz: „Ś/śmierć”, a ponieważ to także bohaterka opowiadania, od razu niepotrzebnie powstają błędy ortograficzne i rzeczowe (ok. 20!), bo nie wiadomo ostatecznie, jak chcesz ten wyraz zapisać; np.:

Nie zamierzał dłużej grać ze śmiercią w kotka i myszkę.

Liram czekał na Śmierć, ale ta najwidoczniej była zawalona robotą.

Po chwili stanęła przed nimi ta, którą medycy oszukują, bardowie opiewają w pieśniach, a poszukiwacze przygód wiecznie zmuszają do zmiany grafiku: Śmierć we własnej osobie. 

Dopiero gdy Śmierć o to spytała, uświadomiła sobie, że jednak w ogóle jej to nie ciekawi. 

Po raz pierwszy głos śmierci zabrzmiał niepewnie.

 

Ha, ha, ha! :) Czyli jednak postawił na swoim i jeszcze pokaże, na co go stać. :) Smutno wyglądały oceny jego dokonań. Jeszcze smutniej jawiły się one na tle wspomnień rozgoryczonych dzieci. Bardzo fajny pomysł z wykorzystywaniem ożywionych zmarłych. :)

Pozdrawiam serdecznie, klik, powodzenia. :)

@regulatorzy 

serdecznie dziękuję za łapankę, wszystkie potworki już poprawiłem. Te duże litery też zmniejszyłem i przepraszam, bo chyba za bardzo mnie poniosło. Miło mi, że humor przypadł ci do gustu, pierwotnie było go trochę więcej, ale nie chciałem przesadzić.

 

@Tarnina

Ten guru pewnie mieszka obok typa, który podjada mi końcówki wyrazów ;)

 

@bruce

Również serdeczne dzięki za wyłapanie baboli. Faktycznie, powinienem być bardziej konsekwentny w pisowni. Cieszę się, że spodobał ci się pomysł z ponownym wykorzystaniem zwłok, ja też bardzo go lubię, w końcu zatrudnianie nieumarłej siły roboczej ma (prawie) same zalety ;)

 

@JolkaK

Witam szanowną jurorkę ;)

No proszę, a mnie nikt nie powiedział i pewnie dlatego bardzo nie lubię, kiedy bohater tak mówi. :( 

heart

Ten guru pewnie mieszka obok typa, który podjada mi końcówki wyrazów ;)

Za sąsiednim wodospadem :D

Dzięki, pozdrawiam! heart

Bardzo proszę, Anonimie. Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. :)

 

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.

/Fryderyk II Wielki/

@beeeecki

 

Witam kolejnego jurora :)

Hej ho! 

 

Myślałam, że czeka nas tutaj nowa opowieść o Bondzie :D 

 

Może i nie ma Bonda, ale nieco zgryźliwy Liram i prostolinijna pani Dribbs skradli moje serce. 

Udane i naturalne dialogi między służką a L. trafiły w moje poczucie humoru, a opowiadanie przeczytałam z przyjemnością. Motyw “Opowieści wigilijnej” przełamałeś nekromancją, co było świetnym pomysłem. 

Przeczuwam, że L., po tej wędrówce, dokona zmian w testamencie. :D 

Technicznie już Ci wszystko wyłapali, więc po poprawkach przemknęłam przez tekst bez żadnych zgrzytów. 

Życzę Ci wysokiego miejsca w konkursie! 

Klikam i pozdrawiam! 

Witam!

 

Od początku miałem skojarzenia z Opowieścią Wigilijną, a komentarze potwierdzają, że nie tylko ja. Pod tym względem tekst był dość przewidywalny – choć z drugiej strony dostałem niezłe studium konsekwencji bycia bohaterem/amatorem przygód. Z dwojga dzieci pełniejszy obraz daje córka – może dlatego, że jest kobietą i skupia się na emocjach i potrzebach. Spodobał mi się (literacko, oczywiście nie osobiście :P ) motyw kwiatka, którego nigdy nie dostała, zagubienia w zbyt wielkim domu wypełnionym trofeami, które rzeczywiście łechtają ego ich zdobywcy, ale nie przynoszą jego otoczeniu żadnych korzyści.

Podobał mi się ten realizm psychologiczny, nieźle przedstawiony fantastyczny świat – bez nowatorskich pomysłów, ale z przyzwoicie oddanym klimatem XIX wieku (może dodanie elementów steam punk nieco by pomogło?).

Uśpiło mnie nieco tempo, którego nie ratuje żwawszy koniec i żądza przygód silniejsza od śmierci (albo Śmierci). Mam wrażenie, że dziarskiego amatora przygód stać na więcej – choć może rzeczywiście ostatnie dwadzieścia lat “na walizkach” nieco go otępiło.

Ogólnie – dobre (choć mogłoby być lepiej) a ponieważ do biblioteki brakuje niewiele kliknięć, dołożę i swój :)

@Marszawa

 

Cieszę się, że Ci się podobało ;) Teraz Bonda nie ma, ale kto wie, co Liram robił w młodości. Dzięki za klika!

 

@marzan

Cieszę się, że podobała Ci się scena w domu córki. Pierwotnie miałem inny pomysł na poprowadzenie tego wątku i zmieniłem go w ostatniej chwili. Po Twoim komentarzu widzę, że to był słuszny wybór. 

 

Faktycznie, zastanawiałem się, czy nie powinienem skręcić bardziej w stronę steampunku. Dotychczas skupiałem się bardziej na necropunku (pozostałością jest przemienienie ciała Lirama w nieumarłego sługę). Dzięki za podpowiedź, spróbuję w najbliższej przyszłości. 

 

Szkoda, że tempo siadło, starałem się, żeby każdy fragment dodawał coś ważnego do ogólnego obrazu, ale widocznie za bardzo skupiłem się na detalach. Liram faktycznie był już trochę stetryczały, ale chciałem pokazać, że ma jeszcze w sobie to “coś”. W końcu jako jedyny w historii przeciwstawił się samej Śmierci ;)

 

Serdeczne dzięki za komentarz i za klika, faktycznie kilka rzeczy mogłem rozegrać lepiej.

Wszystko mogłoby być zrobione lepiej, ale taki perfekcjonizm powstrzymuje nas od robienia czegokolwiek :)

Nowa Fantastyka