Liram obudził się w wyjątkowo dobrym humorze. Najwidoczniej był już zdrowy. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie dokuczał mu ból pleców, a w dodatku miał ochotę na coś więcej niż owsianka.
Wstał, przeciągnął się i podszedł do okna. Na dole życie toczyło się codziennym rytmem. Potem chciał wrócić do łóżka, ale ze zdziwieniem odkrył, że ktoś już w nim leży. Ktoś stary, pomarszczony i… bardzo do niego podobny.
– No tak… – mruknął do siebie Liram. – Wiedziałem, że gdzieś jest haczyk.
Gdy się ma ponad setkę na karku, Śmierć przestaje być straszna, a zaczyna być jedynie niedogodnością.
– Wstawaj, staruchu!
Niematerialne ręce próbowały potrząsnąć ciałem, ale nic to nie dawało. Równie dobrze mógł próbować obudzić krzesło.
Kiedyś jakiś kapłan powiedział mu, że gdy umierasz, dusza zrzuca ciało jak stare ubranie. Spróbował więc wsunąć się do niego z powrotem. Wciskał niematerialną nogę w miejsce tej materialnej tak, jakby zakładał spodnie, bez skutku.
Na schodach rozległy się kroki. To pani Dribbs szła ze śniadaniem. Gdy go zobaczy, oczywiście zacznie panikować. Raczej mu to nie pomoże, ale gosposia postawi cały dom na nogi.
Pani Dribbs jak co rano pchnęła drzwi, wkroczyła do pokoju, postawiła tacę na stoliku przy łóżku i energicznie zaczęła sprzątać. Sunęła przez pokój niczym wichura. Ręce pracowały bez ustanku, a bałagan powoli znikał. I przez cały czas gadała jak najęta.
– Proszę wstawać, słonko już wysoko. Dzisiaj jestem trochę później, bo chciałam zobaczyć festyn. Kto by pomyślał, zleciało się chyba pół Untharu, zupełnie jak wtedy, gdy stary lord wyjeżdżał na te… jak to się nazywało… Wie pan, o co chodzi?
Liram czekał, aż pani Dribbs wreszcie spojrzy na jego ciało.
– …że jeździł na zjazdy możnych. No, ale teraz nie jeździ, bo przecież nie żyje, a ten jego synalek to kiepsko się zapowiada, ciągle tylko by siedział w książkach. Ja to nic nie mam do książek, kiedyś sama czytałam książkę, ale bogowie jedni wiedzą, po co mieć aż tyle. Moim zdaniem to jest trochę nieprzyzwoite, nie uważa pan?
Nie doczekała się odpowiedzi. Wszystko, co pani Dribbs uznawała za dziwne, stawało się nieprzyzwoite. Według niej nieprzyzwoite było czytanie książek, spacery dla przyjemności, jakieś dziewięćdziesiąt procent gier karcianych i reszta rzeczy, których po prostu nie rozumiała.
– Moja bratowa miała ostatnio urodziny, mąż mówi do mnie, że może kupimy jej książkę. A ja mu na to odpowiadam, że po co, skoro rok temu już od nas dostała? Ustawia je na półkach i nawet nie są poukładane rozmiarami, ani kolorami. Moim zdaniem trochę to nieprzyzwoite, ale co ja tam wiem. To sobie pogadaliśmy… smacznego, panie L.
I zatrzasnęła za sobą drzwi. Nawet nie zauważyła, że coś jest nie tak, a przecież poprawiała mu poduszki i wygładzała pościel. Liram podreptał za nią, ale uderzył niematerialnym nosem w drzwi. Najwyraźniej do przenikania przez ściany potrzebna była lepsza wprawa w byciu martwym.
Tego już było za wiele. Nie zamierzał dłużej grać ze Śmiercią w kotka i myszkę.
– Dobra, wygrałaś! – krzyknął w przestrzeń. – Możesz mnie zabrać, jestem gotowy!
Nic się nie wydarzyło. Liram czekał na Śmierć, ale ta najwidoczniej była zawalona robotą.
*
Gdy do pokoju weszła Pruna, Liram również spodziewał się lamentów i krzyków rozpaczy, lecz ponownie się zawiódł. Służka okazała się bardziej spostrzegawcza niż pani Dribbs i od razu zauważyła, że Liram osiągnął już temperaturę pokojową. Nie wybuchnęła jednak płaczem. Odwróciła się w stronę drzwi i powiedziała:
– Gladys, co robi Jaśniepan?
Wszystkie pokojówki wymawiały „Jaśniepan” jak jedno słowo. Gdyby przyszło im do głowy podrobić podpis, prawdopodobnie jako imię wpisałyby właśnie “Jaśniepan”.
– Śpi po obradach. Budzić go? Stało się coś ważnego?
– Nie – odpowiedziała Pruna. – Pan starszy wreszcie się przekręcił.
*
– Biedny pan L. – westchnęła pani Dribbs. – A rano był jeszcze taki pełen życia. Pogadaliśmy sobie i w ogóle, a teraz… teraz…
Głos uwiązł w jej gardle.
– Trochę smutne – powiedziała Gladys. – I zobaczcie… co po nas zostanie?
– Po nim? Głównie niesmak – mruknęła Pruna.
– Nieźle się trzymał jak na dziewięćdziesięciolatka.
– Miałem sto dwa lata – poprawił Liram.
– Miał sto dwa lata – powtórzyła pani Dribbs. – Wyobrażacie sobie dożyć takiego wieku? Trochę to nieprzyzwoite.
I zamilkła na moment, a potem spojrzała prosto na ducha, który siedział spokojnie na taborecie i czekał, aż pokojówki skończą komentować i wreszcie kogoś powiadomią.
– Pani mnie słyszy?
Jej powieka zaczęła lekko drgać, ale nie śmiała się odezwać. Spojrzała na Lirama, potem na jego ciało, aż wreszcie spytała:
– Pruna, złotko, podasz mi chusteczkę, leży tam, na stoliku?
Pruna po prostu sięgnęła przez jego klatkę piersiową po leżącą na stoliku chusteczkę.
Gladys wzruszyła ramionami.
– Stary Noakes pewnie wygrał pulę. Obstawiał, że pan L. kopnie w kalendarz przed jesienią. Chodźcie, dziewczyny. Trzeba załatwić formalności.
– Idźcie, moje drogie – powiedziała pani Dribbs słabym głosem. – Ja jeszcze chwilę przy nim posiedzę. Jestem mu to winna.
– Serio? – spytała Pruna. – Sama narzekałaś, że jest wrzodem na…
– O zmarłych mówimy tylko dobrze, Pruno. – Pani Dribbs zerknęła nerwowo na Lirama, który spiorunował ją wzrokiem.
– W takim razie dobrze, że nie żyje – westchnęła Pruna i wyszła z pokoju.
– Pani Dribbs… – Liram zaczął łagodnie, gdyż podejrzewał, że jedno niewłaściwe słowo może wywołać atak histerii. – Czy w pani rodzinie nie zdarzały się osoby rozmawiające z… kimś mojego pokroju?
– M-moja ciotka, Hilda, rozmawiała ze zmarłym kotem, ale dostała na to leki, przysięgam.
– A tak naprawdę? Bo wydaje mi się, że takich cioć jak Hilda było znacznie więcej.
– S-skąd pan wie?
– Bo jeszcze nie wybiegła pani z mojego pokoju, wrzeszcząc wniebogłosy.
Pani Dribbs osunęła się teatralnie na krzesło.
– Dobrze… przyznaję. W naszej rodzinie niektóre kobiety to potrafią. Myślałam, że mnie to ominęło, aż do teraz. Moja babcia nawet z tego żyła, pozwalała zmarłym załatwić wszystkie sprawy, których z oczywistych względów nie zdążyli załatwić osobiście. Zawsze mawiała „Żyj i daj umrzeć innym”. Moim zdaniem to trochę…
– Nieprzyzwoite, tak, wiem. Kochana, ja nie mam niedokończonych spraw. Wszystko, co miałem zrobić, zrobiłem do osiemdziesiątki. Od tego czasu można by powiedzieć, że siedziałem na walizkach. Tylko że przeprowadzka spóźniła się o dwadzieścia lat.
Pani Dribbs nagle pstryknęła palcami.
– Już wiem, panie L. Za życia ciągle pan powtarzał, że jak mu się oczy zamkną, to innym dopiero się otworzą. I że chce popatrzeć, jak za nim płaczą. Może o to chodzi. Że pan nie może iść dalej, bo nikt za panem jeszcze nie zapłakał!
– I niby co? Sam się przekląłem?
– Nie wiem, panie L, ale wiem jedno. Ze słowami trzeba uważać.
Liram westchnął.
– Dobrze, w takim razie proszę się nie krępować, pani Dribbs. Miejmy to już za sobą.
– Ja? – Pani Dribbs udawała, że nie rozumie, ale kropla potu spływająca po skroni mówiła zdecydowanie więcej niż słowa. – Że co proszę?
– No, niech pani za mną zapłacze i zobaczymy, czy miała pani rację.
– Ale… mnie się nie chce płakać.
– Wcale? Naprawdę nie jest pani przykro?
– Jest, jak najbardziej, panie L. Tylko że… jestem twarda. Tak jest, panie L. Twarde kobiety z nizin nigdy nie dają po sobie poznać, że cierpią. Emocje przeżywamy bardziej… po cichu.
– Dobrze – mruknął Liram – w takim razie prowadź mnie do mojego syna.
*
Castor Woggle, syn Lirama, a obecnie lord Woggle, jak każdy ważny polityk Wolnych Marchii nie mógł spać po nocach, gdyż myślał o sprawach państwowych. Czasem myślenie o sprawach państwowych wymagało konsultacji z innymi politykami, wskutek czego przeciągało się niemal do rana. Dlatego pani Dribbs przezornie zostawiała imbryk z mocną herbatą w razie bólu głowy i mdłości, które często towarzyszyły rozważaniom nad sprawami Marchii.
Wczorajszego wieczora lord Castor umartwiał się wraz z innymi politykami niemal do trzeciej w nocy nad rynkiem zbytu płodów rolnych, dlatego teraz dogorywał w saloniku. I był w wyjątkowo podłym humorze. Nie zalewał się łzami, więc prawdopodobnie nikt mu nie powiedział o tym, że ojciec zmarł.
– Jaśniepanie – szepnęła pani Dribbs.
Castor odpowiedział nieartykułowanym dźwiękiem.
– Mam… złe wieści.
Ponownie usłyszeli dźwięk, coś pomiędzy bulgotem a chrapaniem.
– Jaśniepanie… pański ojciec nie… nie…
– Nie żyje, wiem – wybulgotał Castor – już załatwiłem wszystkie formalności związane z pochówkiem i ponownym wykorzystaniem zwłok. A teraz przyślij do mnie Noakesa, trzeba będzie zlecić wykonanie portretu do galerii rodzinnej. No, może nie pełnowymiarowego portretu. I nie na ścianę… raczej coś do postawienia na kredensie.
– Że co? – oburzył się Liram. – Powiedz temu smarkaczowi, że należy mi się portret pełnej wielkości. I że chcę wisieć koło wuja Oswalda.
– Oczywiście, lordzie Woggle. – Pani Dribbs nie zwróciła uwagi na Lirama. – Czy mogę zrobić coś jeszcze? Pomyślałam, że to dla pana straszny cios…
– Nie, niespecjalnie.
– Że zechce pan wrócić pamięcią do tych wszystkich wspaniałych chwil spędzonych razem…
– Pamiętam je doskonale… wszystkie trzy. Naprawdę, nie potrzebuję pomocy, może pani odejść.
Liram chciał już dogryźć synowi, ale powstrzymał się, rozważając jego słowa.
– Pani Dribbs – rzucił jeszcze Castor, nim wyszli.
– Tak, Jaśniepanie?
– Proszę nie osądzać mnie zbyt surowo. Liram był… trudnym człowiekiem. Całe życie myślał jedynie o spuściźnie, którą po sobie pozostawi. Ten pałac i pieniądze nigdy nie zastąpią rodziny, prawda?
Castor sięgnął po kielich, pociągnął duży łyk i kontynuował.
– Ojciec nie był człowiekiem, który pozwalał się lubić. Wolał raczej, by go wielbić, a wiadomo, jak się zachowywał. Sama pani nazywała go przy mnie starym pie…
– Pomyślałam sobie po prostu… – przerwała mu szybko pani Dribbs – że miło by było uczcić pamięć pana starszego. W końcu, co po nas pozostaje?
– Niespełnione marzenia… – Castor uśmiechnął się smutno. – I puste obietnice.
Gdy pani Dribbs zamknęła drzwi, Liram krążył po korytarzu jak zwierzę w klatce. Gdyby żył, rzucałby pewnie wazonami i przewracał stoliki. W obecnym stanie mógł jedynie wrzeszczeć.
– Niespełnione marzenia, dobre sobie. Dzięki mnie miał wszystko. Ten… ten nadęty głupiec! Pewnie, może gdyby zamiast całymi dniami zajmować się polityką, dla odmiany spróbował normalnej roboty, nie miałby czasu na urojone pretensje!
– Każdy przeżywa żałobę na swój sposób, panie L.
Liram wreszcie się opamiętał.
– Pani Dribbs… Castor powiedział, że załatwił już sprawę ponownego wykorzystania zwłok. Czy to znaczy to, co myślę…
Pomknął, ile sił w niematerialnych nogach do sypialni. Nigdzie nie było ciała.
*
Chwilę wcześniej dwóch obskurnych typów wyszło z sypialni Lirama, trzymając nosze z jego doczesnymi szczątkami.
– Uff – sapnął jeden, nachylając się nad ciałem. – Ten to tu chyba trochę poleżał.
– W papierach było, że zszedł dziś po południu.
– Dajemy go do ożywienia? – spytał pierwszy. – Nie wygląda najlepiej, panie Fons.
– A który nieboszczyk wygląda dobrze, Tibbons? Zapamiętaj moje słowa, jak nieboszczyki zaczynają ci dobrze wyglądać, to czas zmienić branżę. Poza tym ten już sam się wysuszył. Wytnie się to i owo, coś dosztukuje, a potem będzie jak znalazł. Model retro, dla koneserów. Może się nada na lokaja.
– Ile miał lat? Wygląda na starego. Majordomus mówił, że miał koło siedemdziesiątki. Kiepsko się trzymał.
– To z nieróbstwa, Tibbons. Rozejrzyj się, widzisz, jacy ci ludzie są dziani? Postawię każde pieniądze na to, że ten tutaj ani dnia uczciwie nie przepracował. Nie to, co ja! W zdrowym ciele zdrowy duch, Tibbons. Zapamiętaj moje słowa. Ale koniec końców to wszystko i tak nie ma znaczenia. Co po nas pozostanie?
– Na moje oko jakieś sześćdziesiąt kilo mięsa, ścięgien i kości – odpowiedział smętnie Tibbons.
*
– Nie ma! Pusto! – wykrzyknął Liram, patrząc na łóżko.
– Proszę się uspokoić. Zabrali tylko skorupę.
– Ale… zrobić ze mnie nieumarłego? Przecież jestem bohaterem tego miasta. Za moich czasów walczyło się z nekromantami, a nie sprzedawało im ciała do ożywiania!
– Trzeba iść z duchem czasu, panie L. Cmentarze świecą pustkami. Podobno ekolonomicznie to same korzyści.…
– W nosie mam ekologię… ekonomię i wszystko inne! Nie dość, że jestem martwy, to jeszcze bezdomny! Zabrali mi ciało, zabiorą wszystko. I co po mnie pozostanie?
– Niech pan się nie martwi, panie L. Proszę się rozejrzeć. Ogromna biblioteka, wspomnienia – spojrzała na łóżko – i ta plama po keczupie na prześcieradle, to na pewno.
– Dziękuję, pani Dribbs. – Liram usiadł w powietrzu i złapał się za głowę. – Od razu człowiekowi lżej.
– Zawsze chciałam spytać… jak jest po drugiej stronie, panie L?
– Tak samo – odpowiedział Liram. – Depresyjnie. Zwłaszcza, gdy się ma takiego syna jak Castor. Skoro mój pierworodny nie pozwala mi zaznać wiecznego spokoju…
– …tak bym tego nie nazwała.
– …to zwrócę się o pomoc do córki. Cassia mieszka jeszcze w Różanym Zagajniku?
– Wydaje mi się, że tak.
– W takim razie pojedziesz ze mną!
– Ale… czemu ja? Mam masę rzeczy do zrobienia, pranie, trzeba przypilnować kucharek, wieczorem pewnie będzie uczta pożegnalna. Nigdy nie brałam wolnego, to trochę nieprzyzwoite.
– Kiedyś musi być ten pierwszy raz. Ruszamy w podróż, pani Dribbs. Jeszcze nigdy nie czułem się tak żywy!
*
W międzyczasie ciało Lirama powędrowało aż do siedziby Kolegium Zasobów Nieżywych i Planowania Pośmiertnego. Tibbons i Fons dostarczyli je dyżurnemu.
– Kolegium płaci wam za zdobywanie świeżych ciał, a wy mi przynosicie coś takiego? Gdzie wy go znaleźliście, w mauzoleum?
– To było świeżutkie zgłoszenie – bąknął pan Fons. – Nie moja wina, że jest stary. Czasy za spokojne są, to i ludzie dłużej żyją. Jakby się zdarzyła jakaś wojna…
– …albo zaraza! – dorzucił Tibbons.
– O! Albo zaraza… to wtedy obiekty są świeższe.
– Już wy mi nie zwalajcie winy na spokojne czasy. Nie tykać słojów! – krzyknął, bo Tibbons akurat zbliżał się do jednego wyjątkowo ohydnego eksponatu zanurzonego w formalinie.
Nekromanta sięgnął po formularz i zaczął czytać.
– Nazywał się Liram? Jak ten bohater? Rok urodzenia… a niech mnie… To by się zgadzało. Patrzcie, a mówią, że poszukiwacze przygód nie umierają w łóżku ze starości.
– Tylko ci kiepscy – podsumował pan Fons – Liram? Pierwsze słyszę.
– Kiedyś było o nim głośno. Mieliśmy nawet jego posąg, ale zastąpili go kimś innym. Ocalił miasto, nie raz, nie dwa… Gdy byliśmy dziećmi, bawiliśmy się w Lirama i jego giermka…
Zsunął prześcieradło z twarzy Lirama i popatrzył na nią w zadumie.
– Ostatecznie… co po nas zostaje? Tylko imię w akcie zgonu i wpis w historii miasta.
*
– To było trochę nieprzyzwoite, nie uważa pan? – spytała pani Dribbs.
– To tylko dzień wolny.
– Nie godzi się brać wolnego bez ważnego powodu.
– Czy bez powodu, nie jestem co do tego taki przekonany, pani Dribbs. W końcu to prawdopodobnie mój ostatni dzień na ziemi. Poza tym wieczorem wróci pani do domu. O, już jesteśmy.
Różany Zagajnik był zdecydowanie większy i bardziej okazały niż Liram go zapamiętał. Droga prowadząca do posiadłości wiła się między krzewami róż tak wielkimi, że tworzyły baldachim nad ich głowami. Przypomniał sobie, że Cassia lubiła róże, zawsze obiecywał, że przywiezie jej po jednej z każdej ze swoich wypraw… jeśli pamiętał… i było gdzie kupić.
Gdy pani Dribbs zastukała do drzwi, otworzyła sama pani domu, na oko siedemdziesięcioletnia, zgarbiona staruszka, tak podobna do ojca, że wyglądała w zasadzie jak Liram w peruce.
– Czego?
– Dzień dobry, nazywam się Margaret Dribbs. Byłam… jestem gosposią i bliską przyjaciółką pani ojca.
– To jakieś nieporozumienie. Mój ojciec nie miał przyjaciół.
– W każdym razie… pan Liram Woggle… zmarło mu się… dziś rano.
– O… – mruknęła staruszka, raczej uprzejmie zdziwiona niż poruszona. – Świetnie. Dziękuję.
I już miała zamknąć drzwi, ale masywna stopa w czerwonym pantofelku wsunęła się między drzwi a futrynę. Pani Dribbs pomyślała, że Cassia jest ostatnią osobą, która mogłaby mieć o Liramie dobre zdanie i jeśli będzie trzeba, to zmusi ją do płaczu, byleby tylko staruch się od niej odczepił.
– Liczyłam na to, że opowie mi pani o nim. Bardzo chciałabym wiedzieć, jaki był naprawdę.
Cassia popatrzyła niepewnie, jakby pani Dribbs nie wiedziała, w co się właśnie pakuje.
– Zapraszam do środka – powiedziała i szerzej otworzyła drzwi.
*
Hrabia Craven lubił myśleć o sobie jak o kronikarzu. Gdy więc dowiedział się, że ktoś wystawił na sprzedaż golema organicznego wytworzonego z tak wielkiego odkrywcy i awanturnika, jakim był Liram Woggle, po prostu musiał go zdobyć. Zapłaciłby każde pieniądze tylko po to, żeby móc się poszczycić takim okazem.
Zwyczaj ożywiania zwłok był w Wolnych Marchiach stosunkowo nowy, ale przyjął się zaskakująco szybko. Większość ograniczonych umysłowo mieszkańców Marchii myślała w bardzo prostych kategoriach i widziała w nieumarłych jedynie tanią siłę roboczą. On patrzył dalej niż inni, widział w nich przede wszystkim spory potencjał kolekcjonerski.
– Niech no tylko ci nadęci głupcy z Klubu Przygodowego to zobaczą – mruknął do siebie, oglądając najnowszy nabytek.
Podkręcił mu nawet wąsy i kazał zafarbować siwe włosy na czarno, żeby był bardziej podobny do bohatera sprzed lat. Porównał efekt z ryciną przedstawiającą Lirama w całej okazałości.
– Parę niedociągnięć jest… ale ostatecznie, co po nas pozostanie? Jedynie zlepek wspomnień.
*
Cassia przeprowadziła panią Dribbs wielkim korytarzem, który mógłby się znaleźć w Muzeum Historii Magicznej, opatrzony tabliczką „Bestiariusz Wolnych Marchii”.
– Tu głowa gryfa, który napadł na nasze miasto w trzydziestym piątym. Mnie jeszcze nie było na świecie, a ojciec dopiero się wdrażał.
– Imponujące.
– Tu klucz Portalu Cienia, który jeszcze tętni plugawą magią Pozaświatów. A tam dalej jedna z trzech głów cerbera. Widzi pani… mój ojciec musiał zbudować ten dom tylko po to, żeby pomieścić swoje wybujałe ego. Kiedy jakieś dziesięć lat temu przenieśliśmy go do Castora, zostałam sama z pomnikiem jego chwały.
– Imponująca kolekcja.
– Tak, ojciec zawsze dużo podróżował. Zawsze gdy wyjeżdżał, błagałam go, żeby został. Zwłaszcza, gdy matka zmarła. A on zawsze obiecywał, że znajdzie najpiękniejszą różę i przywiezie mi ją na pamiątkę.
– To stąd ten szpaler przed wjazdem?
– Nie. Tam, dokąd podróżował ojciec, nie było róż. Albo o nich zapomniał. Nigdy nie przywiózł mi ani jednej. Przywoził za to głowy tych bestii i te… makabryczne znaleziska i ustawiał je tutaj niczym własne pomniki. I wie pani, co jest najsmutniejsze?
– Co?
– Że nikt już o nim nie pamięta. Widzi pani, nie był jedynym poszukiwaczem przygód w Wolnych Marchiach, ale był chyba jedynym, który dożył spokojnej starości. W jego muzeum wielkości zabrakło najważniejszego eksponatu.
Wskazała na pusty cokół na środku komnaty.
– Czyli?
– Ostatecznej ofiary. Poświęcenia, o którym bardowie układaliby pieśni. Ojciec był dobry, ale nigdy nie należał do elity. Ale dla mnie i Castora przez lata był jedyny, najlepszy… i najgorszy zarazem.
Przez chwilę pani Dribbs miała nadzieję, że oczy córki Lirama zajdą łzami, ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego staruszka odezwała się:
– Ostatecznie, co po nim pozostało, pani Peebs?
– Dribbs – poprawiła gosposia.
– Świat, którego inni nie muszą już ratować. I drugi, którego ratowania zaniechał.
*
– Nie wierzę w to… naprawdę nie wierzę.
Liram siedział pod krzewem róż, a obok niego pani Dribbs jadła właśnie kanapkę z jajkiem, którą spakowała na podwieczorek.
– Niestety, moim zdaniem nie był pan zbyt dobrym ojcem, panie L.
– Czy to wszystko, co po sobie zostawiłem? Garść zakurzonych trofeów i dwójkę dzieci, które mnie nienawidziły?
– Nienawidziły, to bardzo mocne słowo, panie L. Żeby pana nienawidzić, trzeba spędzać z panem dużo czasu i dobrze pana poznać. Tak jak ja.
– To wcale nie pomaga, pani Dribbs. Ja… po prostu zawiodłem.
Jedna łza ściekła po jego niematerialnym policzku i z cichym „kap” spadła na ziemię. Pozostała po niej jedynie drobna plamka, która zaczęła rosnąć i rosnąć. Po chwili stanęła przed nimi ta, którą medycy oszukują, bardowie opiewają w pieśniach, a poszukiwacze przygód wiecznie zmuszają do zmiany grafiku: Śmierć we własnej osobie.
– My się już chyba znamy – powiedziała, patrząc na panią Dribbs.
– Naprawdę?
– Taak… Widzisz, ja nie zapominam twarzy. Ach, już wiem. Wiosna dziewięćdziesiątego dziewiątego. Pływała pani w jeziorze i złapał panią skurcz. Muszę przyznać, że świetnie pani pływa.
– D-dziękuję.
– Teraz jestem trochę zajęta, ale spotkamy się później.
– Jak bardzo „później”? – Głos pani Dribbs drżał.
– Naprawdę chce pani wiedzieć?
– N-nie. – Dopiero gdy Śmierć o to spytała, uświadomiła sobie, że jednak w ogóle jej to nie ciekawi.
– Tak myślałam. A teraz, jeśli pani pozwoli, porozmawiam z moim klientem.
Kobieta zaczęła rosnąć coraz bardziej i bardziej. Nagle Liram znalazł się nad miastem tak wysoko, że Różany Zagajnik przypominał domek z pudełka zapałek. Jednocześnie Śmierć znowu zmaterializowała się przed nim i zaczęła rosnąć. Wkrótce stała nad miastem z głową skrytą w chmurach. Jej ogromna sylwetka zasłaniała słońce i rzucała ogromny cień na miasto pod nimi.
– Powiedz mi – zagrzmiała istota, a jej głos odbił się echem po całej okolicy. – Co po tobie pozostało?
I nagle Liram usłyszał kilka głosów.
– Głównie niesmak.
– Niespełnione marzenia… i puste obietnice.
– Na oko sześćdziesiąt kilo mięsa, ścięgien i kości.
– Ogromna biblioteka, wspomnienia i ta plama po keczupie na prześcieradle.
– Tylko imię w akcie zgonu i wpis w historii miasta.
– Jedynie zlepek wspomnień.
– Świat, którego inni nie muszą już ratować. I drugi, którego ratowania zaniechał.
Liram miotał się, próbował wyrwać z uścisku, ale wszystko na nic.
– Nie możesz… Przecież to, że inni tak o mnie mówią, nie oznacza, że naprawdę taki byłem. Myślałem, że to ty oceniasz człowieka!
– Nie – odrzekła Śmierć. – To ludzie oceniają. Ja tylko pokazuję werdykt.
Śmierć machnęła dłonią. Między żywymi snuły się także zjawy. Duchy podobne do Lirama zawodziły żałośnie, próbując zwrócić na siebie uwagę śmiertelników.
– Oni wszyscy zadali sobie pytanie “co po mnie pozostanie?” i nie potrafią się pogodzić z odpowiedzią.
– I muszą tu tkwić na wieki?
– Nie, prędzej czy później do każdego dociera prawda.
– I nie ma wyjątków?
– Jeszcze się taki nie urodził… czy może raczej nie umarł. Tak więc… wróćmy do tematu. Jaka jest odpowiedź na moje pytanie? Co po tobie pozostało?
Liram zacisnął pięści.
– Zasługuję na coś więcej. Ja też coś poświęciłem, oddałem wszystko, co miałem, w imię czego? Nikt nie pamięta, kim jestem!
– Chodzi mi o to, że rodzina…
– To dlatego, że nie umarłem na polu chwały? Że ośmieliłem się przeżyć? Że nie mam “pomnika ostatecznej ofiary” jak reszta tych patałachów, którzy broniły miasta na przestrzeni lat?
– Nie to próbowałam ci powie… – Po raz pierwszy głos Śmierci zabrzmiał niepewnie.
– W takim razie ja im jeszcze pokażę. Ja wam wszystkim jeszcze pokażę!
– Miałam na myśli, że…
– Nic po mnie nie pozostało, bo…
*
Hrabia Craven spożywał właśnie obiad ze swoją małżonką, gdy spostrzegł, że z jego najnowszym nieumarłym służącym dzieje się coś dziwnego.
Najpierw zaczęła mu drgać powieka. Potem taca, którą trzymał w rękach, upadła z brzdękiem na podłogę. Na koniec usta otworzyły się, a z wątłej piersi wydarł się ryk, który było słychać aż w sąsiednich domach.
– Nie skończyłem!!!
Wściekłe oczy nieumarłego były przerażająco żywe. Dyszał ciężko, bardziej z przyzwyczajenia, niż z potrzeby, bo przecież zwłoki nie oddychają. Może i Śmierć skończyła z nim, ale on nie skończył z życiem.
Motyw przewodni wyświechtany, liczyłem na moralitet, a tu zakończenie było dokładnie odwrotne.
Napisane względnie przyjemnie, jednak spora ilość błędów j/w zabrała cała przyjemność z czytania.
Sporo błędów interpunkcyjnych.
Subiektywne uwagi:
– błędy w zapisie dialogów – polecam poradnik,
– “gier karcianych i i mniej” – 2x “i”,
– nie rozumiem, dlaczego Pan L. nie mógł wyjść przez drzwi ze swojego pokoju, skoro był duchem?
– “Pani Dribbs pachęła się otwartą dłonią w czoło” – pachęła?
– “Tak jest, panie J.” – chyba L.?
– “Liram chciał już dogryźć synowi, ale powstrzymał się, rozważając słowa syna.” – powtórzenie syn,
– “ten… ten nadęty głupiec.” – zdanie od wielkiej litery,
– “Pewnie, może gdyby całymi dniami zajmować się polityką” – zabrakło zdaje się słowa “zamiast”,
– “wykrzyknął Liram w eter, patrząc na łóżko” – nadawał na falach radiowych?
– “Niech pan się nie martwi, panie J.” – znowu J zamiast L.,
– “Ocalił miasto, nieraz, nie dwa…” – nie raz,
– “Pani Dribbs pomyślała, Cassia była ostatnią osobą która” – brakuje “że przed Cassia i przecinka przed “która”.
Dzięki za opinię i łapankę, wszystkie wypisane błędy oczywiście poprawiłem. Szkoda, że babole zepsuły przyjemność z lektury.
Wiem, że temat jest wałkowany na wszystkie strony, ale liczyłem na to, że lekki twist na końcu doda nieco świeżości ;)
A mnie się spodobało.
Motyw “co po mnie pozostanie” owszem, jest stary. Ale wydaje mi się, że prezentujesz ciekawe ujęcie. Fajna również jest śmierć, która w końcu skapitulowała. Aż jestem ciekawa, co będzie się działo dalej. Bohater pogada z dziećmi? Kupi wreszcie jakąś różę?
Wyszła interesująca mieszanka humoru i powagi, a nawet smutku.

Najwidoczniej choroba powoli odpuszczała.
Uch, ta maniera…
od bardzo długiego czasu
Od bardzo dawna.
Jak na kogoś, kto ma na karku ponad setkę, to było naprawdę coś.
Hmmm.
Na dole życie toczyło się swoim codziennym rytmem.
Nie jestem przekonana do tej metafory, ale widywałam ją, więc niech tam.
, nagle rozumiejąc źródło swojego dobrego samopoczucia.
Niepotrzebne tłumaczenie, każdy wie, że jak facet po czterdziestce wstaje i nic go nie boli, to znaczy, że umarł :P
Gdy się ma setkę na karku, umieranie może naprawdę zepsuć dzień.
Raz, że angielski idiom, a dwa – nie umieranie, tylko, mmm, zejście? Bo procesu nie widzieliśmy, a on go nie prze…żył… kurczę. Wiesz, o co mi chodzi.
Przypomniał sobie, że kiedyś jakiś kapłan powiedział mu, że po śmierci dusza zrzuca ciało jak stare ubranie.
Można ograniczyć "że": Kiedyś jakiś kapłan powiedział mu, że po śmierci dusza zrzuca ciało jak stare ubranie.
Wciskał niematerialną nogę w miejsce tej materialnej tak, jakby zakładał spodnie, bez skutku.
Stary, dobry materializm XD (Wiem, wiem, fantastyka, cicho XD)
Sama w sobie była bezużyteczna, ale postawi dom na nogi.
Znowu – my nie mówimy o ludziach "bezużyteczni". Anglosasi to robią (nie będziemy rozważać, jak to o nich świadczy). I dlaczego postawienie domu na nogi miałoby być czymś użytecznym?
ruszyła do sprzątania z właściwą sobie energią
Hmm.
Ręce pracowały własnym rytmem
?
bałagan ustępował jej z drogi
Ja też chcę taki dobrze wychowany bałagan! XD
Liram czekał, aż wreszcie pani Dribbs spojrzy na jego ciało.
Szyk (angielskawy taki): Liram czekał, aż pani Dribbs wreszcie spojrzy na jego ciało.
nie za bardzo nadaje się na władcę
Spróbuj to powiedzieć: nie za bardzo się nadaje.
po co mieć ich aż tyle
"Ich" możesz wyciąć albo przesunąć o miejsce w lewo.
Moim zdaniem to jest trochę nieprzyzwoite, nie uważa pan?

Z głodu jeszcze nikt nie umarł, a od braku książek niejednego pokręciło! XD (A serio – stereotypy :P)
Wszystkie rzeczy, które pani Dribbs uznawała za dziwne, stawały się nieprzyzwoite.
Angielskawa składnia: Wszystko, co pani Dribbs uznawała za dziwne, stawało się nieprzyzwoite.
To oznaczało, że według niej
Też jakby angielskie: Innymi słowy, według niej…
nieprzyzwoite było czytanie książek, spacery dla przyjemności
:P
mniej więcej połowa rzeczy, których po prostu nie rozumiała
Tylko połowa? XD
Moja bratowa miała ostatnio imieniny
Czy w świecie fantasy, i to raczej anglopodobnym, sądząc po imionach, ma sens obchodzenie imienin?
nawet nie są poukładane rozmiarem
Rozmiarami.
Nawet nie zauważyła, że coś było nie tak
Consecutio temporum: że coś jest nie tak.
uderzył niematerialnym nosem w drzwi
… ooo? Dlaczego?
Tego było już za wiele.
Idiom: Tego już było za wiele.
ta najwidoczniej była teraz zawalona robotą
"Teraz" zbędne.
służąca o imieniu Pruna
Wystarczy samo imię, zaraz i tak mówisz, że to służąca.
prawdopodobnie jako imię użyliby właśnie określenia “Jaśniepan”.
Rozsypana gramatyka i pustosłowie: Prawdopodobnie jako imię wpisałyby właśnie “Jaśniepan”.
lamentowała pani Dribbs
Nie przesadzajmy z tymi lamentami… czy tę lamentacyjność widać z wypowiedzi? Nie bardzo. Więc mamy dysonans.
Nieźle się trzymał jak na kogoś, kto skończył dziewięćdziesiątkę.
Hmm. Z lekka jakby angielskawe.
– Miałem sto dwa lata. – poprawił Liram.
Tu bez kropki, paszczowe.
– Miał sto dwa lata. – powtórzyła pani Dribbs
Tu też.
Błysk w oku pani Dribbs potwierdził jego przypuszczenia, jednak ona nie śmiała się nawet odezwać.
? Ten błysk może oznaczać wszystko. Czyli pani Dribbs tylko udaje taką mało sprytną?
Spojrzała to na Lirama, to na jego ciało
W tej konstrukcji używamy aspektu niedokonanego: Spoglądała to na Lirama, to na jego ciało. A jeśli spojrzała tylko raz, to: Spojrzała na Lirama, potem na jego ciało.
spytała.
– Pruna, złotko, podasz mi chusteczkę, leży tam, na stoliku.
Nooo…: spytała – Pruna, złotko, podasz mi chusteczkę, leży tam, na stoliku?
Liram zaczął łagodnie, bo wiedział, że jedno niewłaściwe słowo może wywołać atak histerii.
Hmmm. Jak dotąd była całkiem opanowana, ale faktycznie, może niewiele jej brakuje…
W lustrze widać, że krzyżuje pani palce za plecami.
Co jest zwyczajem anglosaskim, niekoniecznie znanym Polakom, czyli Twoim czytelnikom (choć większość z nas i tak zna amerykański styl życia lepiej od polskiego…)
Myślałam, że jestem bezpieczna, bo nigdy nic takiego mi się nie przytrafiło, aż do teraz
Hmmm.
pozwalała zmarłym duszom załatwić wszystkie sprawy, których z oczywistych względów nie zdążyli załatwić osobiście
Angielskie ("dusza" jest rodzaju żeńskiego, więc nie zdążyły, ale wygodniej ją ciachnąć): pomagała zmarłym załatwić wszystkie sprawy, których z oczywistych względów nie zdążyli załatwić osobiście. Albo: załatwiała za zmarłych wszystkie sprawy…
ciągle powtarzał pan
Szyk: ciągle pan powtarzał.
Nie wiem, panie L, ale wiem jedno. Ze słowami trzeba uważać.
Podoba mi się pani Dribbs z jej nieoczywistą mądrością :)
więcej niż jej słowa
"Jej" można wyciąć.
mi się nie chce płakać
Na miejscu akcentowanym: mnie.
Nawet łzy dla zmarłego?
Angielskawe jakby.
nigdy nie dają po sobie poznać
Czego nie dają po sobie poznać?
w razie bólu głowy i mdłości, które często towarzyszyły rozważaniom nad sprawami Marchii
![]()
rynkiem eksportu płodów rolnych
Hmmm. Ja tam płoteczka jestem, ale czy eksport to osobny rynek?
nikt nie powiedział mu o śmierci ojca
Przestańcie dawać zaimki na miejsca akcentowane >< Ma być: nikt mu nie powiedział o śmierci ojca.
ponownym wykorzystaniem zwłok
… wut. Jak "ponownym"? (Pamiętaj, że komentuję na bieżąco :D)
No, może nie pełnoprawnego portretu.
A są jakieś portrety o ograniczonej zdolności prawnej? XD
– Że co? – Liram się oburzył.
A może: – Że co? – oburzył się Liram.
odparła pani Dribbs, ignorując Lirama.

– Oczywiście, lordzie Woggle. – Pani Dribbs nie zwróciła uwagi na Lirama.
do tych lepszych chwil spędzonych razem
Hmm.
Liram chciał już dogryźć synowi, ale powstrzymał się, rozważając jego słowa.
Hmmmmmmmmm. Już chciał, ale dalej… hmmm.
– Nie osądzaj mnie zbyt surowo. Liram był… trudnym człowiekiem. Całe życie myślał jedynie o spuściźnie, którą po sobie pozostawi. Ten pałac i pieniądze nigdy nie zastąpią rodziny, prawda?
Raz, oni są na "ty" czy na "pan"? I dwa, ale ważniejsze – dlaczego facet się tłumaczy przed służącą? Jeszcze nie wytrzeźwiał po sprawach państwowych? Ale w takim razie – czy mówiłby tak składnie? Wręcz teatralnie?
pamięć po panu starszym
Pamięć pana starszego.
– Niespełnione marzenia… – Castor uśmiechnął się smutno – I puste obietnice.
Kropka po "smutno". Widzę, że chłopak upija się filozoficznie.
teraz zostało mu tylko złorzeczenie na niewdzięczność syna
Hmmmmm.
, jakby zdał sobie z czegoś sprawę
Bo może zdał?
Ten to tu musiał chyba trochę poleżeć.
Angielska składnia: Ten to tu chyba trochę poleżał.
– spytał mężczyzna zwany panem Fonsem. –
A kto inny mógłby spytać?
nieboszczyki zaczynają dla ciebie dobrze wyglądać
Lepiej: nieboszczyki zaczynają ci dobrze wyglądać.
Może się nada na jakiegoś lokaja.
"Jakiegoś" można wyciąć. Hmm. Można kogoś nie lubić, ale żeby sprzedawać członka rodziny na zombiaka, to trochę… niehonorowe.
To z nieróbstwa Tibbons
Wołacz oddzielamy: To z nieróbstwa, Tibbons.
nie przepracował uczciwie nawet dnia. Nie to, co ja!
Rym, poza tym "ani dnia" ładniej by się tu ułożyło na języku niż "nawet".
W zdrowym ciele zdrowy duch Tibbons.
Tu też przecinek.
Na moje oko jakieś czterdzieści kilo mięsa, ścięgien i kości
… to niedużo.
W zasadzie, jakby na to spojrzeć, to jest tu pan.
Jakby jak na to spojrzeć? To trzeba uzupełnić.
Dom dla duszy.
Hmm.
nie wyprzedawało im ciała
Sprzedawało, wyprzedaje się towar, którego jest dużo, a nie pojedyncze sztuki.
Trzeba iść z duchem czasu
XD
Tak samo jak po tej
Tak samo, jak po tej. W sumie tam nie był… :D
Rozczarowująco.
Hmm.
Zwłaszcza jak się ma takiego syna jak Castor.
Zwłaszcza, jak się ma takiego syna, jak Castor.
godny pierworodny
Rym.
Tibbons i Fons dostarczyli je do dyżurującego nekromanty.
Powtórzenie i zbędny przyimek tniemy: Tibbons i Fons dostarczyli je dyżurnemu. (A w ogóle, to to jest Gildia Komunikatorów Pośmiertnych, o :D)
Płaci się wam
Trochę niewymowne.
Nie moja wina, że petent jest stary
Hmm, petent?
akurat stukał w jeden z eksponatów zatopionych w formalinie
Przez słój stukał? :)
imię na akcie zgonu
W akcie.
rubryka w historii miasta
Hmm, rubryka? Na pewno? https://wsjp.pl/haslo/podglad/21226/rubryka
spytała pani Dribbs, kolebiąc się w powozie
Hmm, czy to kolebanie było jej czynnością, czy była mu tylko poddana?
Skłamanie, że siostra zachorowała
Hmm.
tak przekonany
Taki przekonany.
Droga prowadząca do posiadłości wiła się między krzewami róż tak wybujałymi, że tworzyły baldachim nad ich głowami
Rym. Jeśli krzewy są wybujałe, to chałupa pewnie dawno opuszczona… (albo mamy tu Śpiącą Królewnę :D)
staruszka, która była tak podobna do ojca
Tniemy: staruszka, tak podobna do ojca…
masywna noga zakończona drobnym pantofelkiem
Hmmm? Pantofelek nie jest elementem nogi…
Cassia była ostatnią osobą, która mogła mieć dobre zdanie o Liramie
C.t.: jest ostatnią osobą, która mogłaby mieć o Liramie dobre zdanie.
jakby pani Dribbs nie była gotowa na odpowiedź, której zamierza udzielić.
Hmm.
otworzyła drzwi szerzej
Lepiej: szerzej otworzyła drzwi.
golema organicznego stworzonego
Wytworzonego. Stwarza się ex nihilo.
móc poszczycić się
Akcent: móc się poszczycić.
Zwyczaj ożywiania zwłok był w Wolnych Marchiach stosunkowo nowym wynalazkiem,
Zwyczaj zasadniczo nie jest wynalazkiem. Są, oczywiście, wynalazki humanistyczne, jak księgowość, ale zwyczaje, no, nie bardzo. Może być po prostu: Zwyczaj ożywiania zwłok był w Wolnych Marchiach stosunkowo nowy. (Co prawda Liram już o tej nowości wspominał…)
widziała w nieumarłych jedynie tanią siłę roboczą
I tyle, jeśli chodzi o demokrację zmarłych ;)
oglądając swój najnowszy nabytek.
"Swój" zbędne.
ale ostatecznie, co po nas pozostanie?
Hmmm, to "ostatecznie" ciutkę angielskie. Chociaż…
Jedynie odrobina sentymentu.
Na pewno? Bo wygląda to raczej na angielskie sentiment niż na polski https://wsjp.pl/haslo/podglad/37553/sentyment
Cassia przeprowadziła panią Dribbs przez wielki korytarz, który równie dobrze mógłby posłużyć za wystawę w Muzeum Historii Magicznej pod tytułem „ Bestiariusz Wolnych Marchii”.
Cassia przeprowadziła panią Dribbs wielkim korytarzem, który mógłby się znaleźć w Muzeum Historii Magicznej, opatrzony tabliczką „Bestiariusz Wolnych Marchii”.
mój ojciec musiał zbudować ten dom tylko po to, żeby pomieścić swoje wybujałe ego
Ale ona nie mieszka z ojcem, tylko, zapewne, z mężem (a może jest wdową). To czemu mówi o domu tak, jakby należał do ojca?
obiecywał mi
"Mi" można wyciąć.
Tam, gdzie podróżował ojciec
Tam, dokąd podróżował ojciec.
niczym pomniki własnej wielkości
Hmm. Niczym własne pomniki?
Wskazała na pusty cokół
"Na" można wyciąć.
Pomnika ostatecznej ofiary.
Hmmmmmmmmmmmmm.
Ale dla mnie i Castora przez lata był jedyny, najlepszy… i najgorszy zarazem.
Trochę wprost to odsłaniasz… (wcale nie mam tego samego tematu gdzieś w zakurzonym kącie, gdzie tam ;D)
Świat, którego inni nie muszą już ratować. I drugi, którego ratowania zaniechał.
? A ten drugi świat potrzebował ratunku – czy po prostu uwagi i pracy?
Żeby pana nienawidzić, trzeba spędzać z panem dużo czasu i dobrze pana poznać.
Grunt to umieć człowieka pocieszyć :D
poszukiwacze przygód wiecznie zmuszają do zmiany grafiku – Śmierć we własnej osobie
Dobre, dobre :D Tylko może lepiej dwukropek niż myślnik, bo one jednak mylą.
Jak bardzo „później”? – Głos pani Dribbs drżał.
A tu otwierający myślnik się zgubił.
dymu, który rozprzestrzeniał się coraz bardziej
Hmmm.
przypominał jedynie domek z pudełka zapałek
"Jedynie" bym wycięła, nic nie zmienia.
Jej postawna sylwetka
https://wsjp.pl/haslo/podglad/113897/postawny ?
wszystko to na nic
"To" można wyciąć.
Przecież to, co inni o mnie mówią nie oznacza, że naprawdę taki byłem.
Przecież to, że inni tak o mnie mówią, nie oznacza, że naprawdę taki byłem.
To ludzie cię oceniają.
A czy to się wyklucza?
nie potrafią pogodzić się z odpowiedzią
Aliteracja i akcent: nie potrafią się pogodzić z odpowiedzią.
I naprawdę nikt się temu nie sprzeciwia?
Prawdzie? Jeszcze jak :D Zresztą – czy inaczej by się tak włóczyli?
oddałem wszystko co miałem w imię czego? Nikt nie pamięta kim jestem!
Zdania podrzędne oddzielamy: oddałem wszystko, co miałem, w imię czego? Nikt nie pamięta, kim jestem!
Po raz pierwszy Śmierć zabrzmiała niepewnie.
Nie Śmierć, tylko jej głos.
Potem taca, którą trzymał w rękach upadła z brzdękiem na podłogę.
Potem taca, którą trzymał w rękach, upadła z brzdękiem na podłogę.
Może i Śmierć skończyła z nim, ale on nie skończył z życiem.
Okeeej…

Fajne, niegłupie i zgrabnie odrobione, z dobrze wykorzystanymi powtórzeniami, choć trochę łopatologiczne (limit?). Ale za to humoru sporo, i nie jest to humor nachalny ani niesmaczny, choć bez wątpienia jest czarniawy. Wątek nieumarłych służących też czemuś posłużył, chociaż dopiero na koniec.
Jednym słowem: sympatyczne :)
Wiem, że temat jest wałkowany na wszystkie strony, ale liczyłem na to, że lekki twist na końcu doda nieco świeżości ;)
Śmierć to nie jest świeży temat :D
Motyw “co po mnie pozostanie” owszem, jest stary. Ale wydaje mi się, że prezentujesz ciekawe ujęcie.
Motyw "ktoś tak się przejmuje rzeczami nieważnymi, że zapomina o ważnych" też jest stary. Ale to nie oznacza, że nie trzeba go powtarzać ^^
@Finkla
Cieszę się, że się spodobało :) Zakończenie celowo pozostawiłem otwarte, żeby czytelnik sam mógł sobie dopowiedzieć, co działo się potem. Cieszę się, że ta mieszanka humoru i poważnych tematów okazała się trafiona, bałem się, że przegnę albo z jednym albo z drugim.
@Tarnina
Serdecznie dziękuję za wszystkie wyłapane babole, wstyd mi, że było ich aż tak dużo.Zdziwiło mnie to krzyżowanie palców za plecami, bo znam ten zwyczaj (i ze wstydem przyznam, że zdarzało mi się w ten sposób kłamać w dzieciństwie). Jeśli natomiast chodzi o Castora i jego zwierzenia przy kieliszku to taki był mój zamiar, chciałem pokazać, że chłop po prostu upija się na smutno i wtedy zbiera mu się na wylewanie smutków.
Na zakończenie chciałbym dodać, że uwielbiam Twoje gif-y, są zawsze w punkt.
Zdziwiło mnie to krzyżowanie palców za plecami, bo znam ten zwyczaj (i ze wstydem przyznam, że zdarzało mi się w ten sposób kłamać w dzieciństwie)
Sądząc po tym, że ostatnio dzieci rozstawiają się z lemoniadą po trawnikach, a już od paru lat żebrzą o cukierki 31 października, kultura amerykańskich filmów zatacza coraz szersze kręgi :)
chciałem pokazać, że chłop po prostu upija się na smutno i wtedy zbiera mu się na wylewanie smutków.
To wyszło, tylko ciut łopatologicznie ^^

A czy krzyżowanie palców jest amerykańskie? Wydaje mi się, że zachodnioeuropejskie, być może angielskie (chociaż “keep your fingers crossed” znaczy coś nieco innego). Wydaje mi się również, że w cyklu Druona “Królowie przeklęci” było coś o bankierze krzyżującym palce, gdy kłamał. Ale mogę się mylić.
Tu piszą: https://www.oxfordreference.com/display/10.1093/oi/authority.20110803095650380 że głównie brytyjsko-skandynawskie, co wskazywałoby na pochodzenie od Wikingów, ale skoro się pojawiło dopiero w XX wieku, to niekoniecznie. Ale w amerykańskich filmach się pojawia… https://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/LyingFingerCross
I w sumie chyba nie wiadomo, skąd się wzięło.

Anonimie, spodobał mi się pomysł by umarłego skłonić do głębokiego zastanowienia się nad przeżytym życiem. Dobrze, że w tych przemyśleniach panu Liramowi towarzyszyła całkiem żywa pani Dribbs. Śmierć też zaprezentowała się całkiem nieźle. :)
Mimo usterek czytało się dobrze, zwłaszcza że wplotłeś do opowiadania nieco humoru dobrej jakości.
Mam nadzieję, że dokonasz poprawek, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki.
Na dole życie toczyło się swoim codziennym rytmem. → Czy zaimek jest konieczny? Czy życie mogło toczyć się czyimś rytmem?
– … że jeździł na zjazdy możnych. → Zbędna spacja po wielokropku.
– Nie. – odpowiedziała Pruna. → Zbędna kropka po wypowiedzi.
Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.
– W takim razie DOBRZE, że nie żyje – westchnęła Pruna i wyszła z pokoju. → Dlaczego wielkie litery?
Liram chciał już dogryźć synowi, ale powstrzymał się, rozważając jego słowa.
– → Czemu tu służy półpauza?
– … tak bym tego nie nazwała. → Zbędna spacja po wielokropku.
– … to zwrócę się o pomoc do córki. → Jak wyżej.
– … albo zaraza! – dorzucił Tibbons. → Jak wyżej.
…opatrzony tabliczką „ Bestiariusz Wolnych Marchii”. → Zbędna spacja po otwarciu cudzysłowu.
…i ustawiał je tutaj niczym własne pom. → Czy tu aby nie miało być: …i ustawiał je tutaj niczym własne pomniki.
– Tak myślałem. A teraz, jeśli pani pozwoli… → Dlaczego forma męska?
– NIC PO MNIE NIE POZOSTAŁO, BO JA… → Umiał mówić wielkimi literami???
…z wątłej piersi wydarł się ryk, który było słychać aż w sąsiednich domach.
– NIE SKOŃCZYŁEM! → Jak wyżej.
Wielkie litery nie sprawią, że wypowiedź będzie głośniejsza, ale trzy wykrzykniki i owszem.
Proponuję: …z wątłej piersi wydarł się ryk, który było słychać aż w sąsiednich domach.
– Nie skończyłem!!!
i ustawiał je tutaj niczym własne pom. → Czy tu aby nie miało być: …i ustawiał je tutaj niczym własne pomniki.
… i chyba było… Coś się w poprawkach ujadło?
Umiał mówić wielkimi literami???
Gdzieś w multiwersum, za górami, za lasami, za dolinami, za leżami smoków i Spocków, za Biedronką, jest wodospad. Za tym wodospadem mieszka guru, który uczy bohaterów mówić dużymi literami XD Znany fakt XD
… i chyba było… Coś się w poprawkach ujadło?
Ano, zdarza się. ;)
[…] Za tym wodospadem mieszka guru, który uczy bohaterów mówić dużymi literami XD Znany fakt XD
No proszę, a mnie nikt nie powiedział i pewnie dlatego bardzo nie lubię, kiedy bohater tak mówi. :(
Witaj. :)
Sprawy językowe i sugestie orz wątpliwości (zawsze tylko do przemyślenia):
– Nie. – odpowiedziała Pruna. – Pan starszy wreszcie się przekręcił. – błędny zapis dialogu?
– Oczywiście, lordzie Woggle – pani Dribbs nie zwróciła uwagi na Lirama. – Czy mogę zrobić coś jeszcze? Pomyślałam, że to dla pana straszny cios… – mam wątpliwość, czy to aby na pewno jest gębowe (?)
W końcu (przecinek albo myślnik?) co po nas pozostaje?
Pomknął (przecinek?) ile sił w niematerialnych nogach do sypialni.
Zwłaszcza (przecinek?) jak się ma takiego syna (i tu?) jak Castor. – powtórzenie?
Zapłaciłby każde pieniądze, tylko po to, żeby móc się poszczycić takim okazem. – zbędny pierwszy przecinek?
Przywoził za to głowy tych bestii i te… makabryczne znaleziska i ustawiał je tutaj niczym własne pom. – pomniki?
– Czy to jest to wszystko, co po sobie zostawiłem? – powtórzenie?
Że nie mam “pomnika ostatecznej ofiary” jak reszta tych patałachów, które broniły miasta na przestrzeni lat? – którzy?
Rozmaicie piszesz wyraz: „Ś/śmierć”, a ponieważ to także bohaterka opowiadania, od razu niepotrzebnie powstają błędy ortograficzne i rzeczowe (ok. 20!), bo nie wiadomo ostatecznie, jak chcesz ten wyraz zapisać; np.:
Nie zamierzał dłużej grać ze śmiercią w kotka i myszkę.
Liram czekał na Śmierć, ale ta najwidoczniej była zawalona robotą.
Po chwili stanęła przed nimi ta, którą medycy oszukują, bardowie opiewają w pieśniach, a poszukiwacze przygód wiecznie zmuszają do zmiany grafiku: Śmierć we własnej osobie.
Dopiero gdy Śmierć o to spytała, uświadomiła sobie, że jednak w ogóle jej to nie ciekawi.
Po raz pierwszy głos śmierci zabrzmiał niepewnie.
Ha, ha, ha! :) Czyli jednak postawił na swoim i jeszcze pokaże, na co go stać. :) Smutno wyglądały oceny jego dokonań. Jeszcze smutniej jawiły się one na tle wspomnień rozgoryczonych dzieci. Bardzo fajny pomysł z wykorzystywaniem ożywionych zmarłych. :)
Pozdrawiam serdecznie, klik, powodzenia. :)
@regulatorzy
serdecznie dziękuję za łapankę, wszystkie potworki już poprawiłem. Te duże litery też zmniejszyłem i przepraszam, bo chyba za bardzo mnie poniosło. Miło mi, że humor przypadł ci do gustu, pierwotnie było go trochę więcej, ale nie chciałem przesadzić.
@Tarnina
Ten guru pewnie mieszka obok typa, który podjada mi końcówki wyrazów ;)
@bruce
Również serdeczne dzięki za wyłapanie baboli. Faktycznie, powinienem być bardziej konsekwentny w pisowni. Cieszę się, że spodobał ci się pomysł z ponownym wykorzystaniem zwłok, ja też bardzo go lubię, w końcu zatrudnianie nieumarłej siły roboczej ma (prawie) same zalety ;)
@JolkaK
Witam szanowną jurorkę ;)
No proszę, a mnie nikt nie powiedział i pewnie dlatego bardzo nie lubię, kiedy bohater tak mówi. :(

Ten guru pewnie mieszka obok typa, który podjada mi końcówki wyrazów ;)
Za sąsiednim wodospadem :D
Dzięki, pozdrawiam! 
Bardzo proszę, Anonimie. Cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. :)

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.
/Fryderyk II Wielki/
@beeeecki
Witam kolejnego jurora :)
Hej ho!
Myślałam, że czeka nas tutaj nowa opowieść o Bondzie :D
Może i nie ma Bonda, ale nieco zgryźliwy Liram i prostolinijna pani Dribbs skradli moje serce.
Udane i naturalne dialogi między służką a L. trafiły w moje poczucie humoru, a opowiadanie przeczytałam z przyjemnością. Motyw “Opowieści wigilijnej” przełamałeś nekromancją, co było świetnym pomysłem.
Przeczuwam, że L., po tej wędrówce, dokona zmian w testamencie. :D
Technicznie już Ci wszystko wyłapali, więc po poprawkach przemknęłam przez tekst bez żadnych zgrzytów.
Życzę Ci wysokiego miejsca w konkursie!
Klikam i pozdrawiam!
Witam!
Od początku miałem skojarzenia z Opowieścią Wigilijną, a komentarze potwierdzają, że nie tylko ja. Pod tym względem tekst był dość przewidywalny – choć z drugiej strony dostałem niezłe studium konsekwencji bycia bohaterem/amatorem przygód. Z dwojga dzieci pełniejszy obraz daje córka – może dlatego, że jest kobietą i skupia się na emocjach i potrzebach. Spodobał mi się (literacko, oczywiście nie osobiście :P ) motyw kwiatka, którego nigdy nie dostała, zagubienia w zbyt wielkim domu wypełnionym trofeami, które rzeczywiście łechtają ego ich zdobywcy, ale nie przynoszą jego otoczeniu żadnych korzyści.
Podobał mi się ten realizm psychologiczny, nieźle przedstawiony fantastyczny świat – bez nowatorskich pomysłów, ale z przyzwoicie oddanym klimatem XIX wieku (może dodanie elementów steam punk nieco by pomogło?).
Uśpiło mnie nieco tempo, którego nie ratuje żwawszy koniec i żądza przygód silniejsza od śmierci (albo Śmierci). Mam wrażenie, że dziarskiego amatora przygód stać na więcej – choć może rzeczywiście ostatnie dwadzieścia lat “na walizkach” nieco go otępiło.
Ogólnie – dobre (choć mogłoby być lepiej) a ponieważ do biblioteki brakuje niewiele kliknięć, dołożę i swój :)
@Marszawa
Cieszę się, że Ci się podobało ;) Teraz Bonda nie ma, ale kto wie, co Liram robił w młodości. Dzięki za klika!
@marzan
Cieszę się, że podobała Ci się scena w domu córki. Pierwotnie miałem inny pomysł na poprowadzenie tego wątku i zmieniłem go w ostatniej chwili. Po Twoim komentarzu widzę, że to był słuszny wybór.
Faktycznie, zastanawiałem się, czy nie powinienem skręcić bardziej w stronę steampunku. Dotychczas skupiałem się bardziej na necropunku (pozostałością jest przemienienie ciała Lirama w nieumarłego sługę). Dzięki za podpowiedź, spróbuję w najbliższej przyszłości.
Szkoda, że tempo siadło, starałem się, żeby każdy fragment dodawał coś ważnego do ogólnego obrazu, ale widocznie za bardzo skupiłem się na detalach. Liram faktycznie był już trochę stetryczały, ale chciałem pokazać, że ma jeszcze w sobie to “coś”. W końcu jako jedyny w historii przeciwstawił się samej Śmierci ;)
Serdeczne dzięki za komentarz i za klika, faktycznie kilka rzeczy mogłem rozegrać lepiej.
Wszystko mogłoby być zrobione lepiej, ale taki perfekcjonizm powstrzymuje nas od robienia czegokolwiek :)
