- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Socjopata. Jedyny punkt odniesienia

Socjopata. Jedyny punkt odniesienia

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

Użytkownicy V

Oceny

Socjopata. Jedyny punkt odniesienia

PIERWSZY

 

Jestem synem amerykańskiego milionera. Żyje się raz, dlatego zamierzam hulać do woli!

Kiedy masz pieniądze i dostęp do wszystkich możliwych zachcianek, to zaczynasz odczuwać nudę – legalne rozrywki już nie wystarczają. Z czasem potrzebujesz coraz silniejszych i silniejszych bodźców.

Włosi zorganizowali turystykę snajperską. Poleciałem zatem do małego kraju leżącego na „miękkim podbrzuszu” Europy. Z lotniska w Banja Luce wozili takich specjalnych turystów jak ja do Travnika i Sarajewa. Wielu „weekendowych snajperów” przylatywało też do Belgradu i stamtąd byli transportowani dalej w pobliże frontu.

Dali mi tam postrzelać z ukrycia do cywilów. Do kobiet, dzieci, staruszków, inwalidów. Upolowanie ładnej, młodej dziewczyny wyceniane było przez organizatorów najdrożej. Rywalizowaliśmy, kto ukatrupi najpiękniejszą. Kiedy któryś trafiony człowiek fikał kozła, obserwujący to Serbowie rechotali i polewali rakiję. Istne safari.

Odszedłem z tego świata w wieku pięćdziesięciu lat, przedawkowując alkohol i kokainę.

 

WYPADEK ZE SKUTKIEM ŚMIERTELNYM

 

Gdańsk. Połowa lat osiemdziesiątych. Jestem dzieckiem i otwieram skarbonkę. Niebieski, plastikowy sejfik z zielonymi drzwiczkami. Z uciułanymi groszówkami i złotówkami idę na upragnioną strzelnicę. Kiedy wracam, myślę tylko o dziwnie pogardliwym uśmieszku zielonookiej, tlenionej blondyny – właścicielki. O malowanych lakierem deskach jej wozu, we wnętrzu którego umieszczone były tarcze i niedostępne trofea. Coś mi to przypominało, ale nie wiedziałem właściwie, co. Widocznie byłem najzwyczajniej przygnębiony. Bo nie zdobyłem żadnego. Gdybym posiadł choć jedną z tych nagród, to może mój umysł uświadomiłby sobie, z czym mu się to kojarzy. Tak sobie rozmyślałem. Było ze czterdzieści stopni, a miejska dżungla falowała coraz mocniej rozgrzanym asfaltem. Słońce oślepiało.

Na pasach wpadam pod koła autobusu. Rozjeżdża mnie wielki, czerwony Jelcz-Berliet. Ostatnie co widzę, to wyskrobane na karoserii słowo „wczucie”.

 

TRZECI

 

Żyję skromnie w małej wsi położonej w głębi Rosji. Nie pamiętam jeszcze poprzednich wcieleń. Godzinami patrzę prosto w wiszący na ścianie trójlistny, prawosławny krzyż. W telewizji w kółko pokazują ośnieżony Kreml. Prowadzą przymusowy pobór. Porywają młodych mężczyzn z ulicy. Jest styczeń dwa tysiące dwudziestego trzeciego. Nikt rozsądny już nie wierzy w oficjalną propagandę.

Dzwonił sołtys. Odebrał moje e-powołanie ze strony Gosusługi, czyli portalu usług publicznych Federacji Rosyjskiej. Wygląda na to, że wkrótce po mnie przyjdą…

Nie chcę. Nie pójdę na tę ich koszmarną „specjalną operację”. Nasi ranni zdychają tam godzinami. Bez pomocy. Pokiereszowani odłamkami, poparzeni albo z głodu i wyziębienia. Wolę chyba samobójstwo od takiego końca. Wybiegając z mieszkania, potrącam łokciem stojącą na komodzie matrioszkę, która rozpada się na części, uderzając o podłogę.

Spotykam przed domem policjanta. Wyrywam mu pistolet z kabury. Szarpanina. Któryś z nas naciska spust. Pada suchy strzał. Moje ciało osuwa się. Leżę pośród bieli.

 

ODKUPIENIE

 

Po tej śmierci coś się we mnie odblokowało. Pamiętam moje poprzednie żywoty.

Tym razem urodziłem się i mieszkam w Polsce. W Warszawie na Bródnie. Jestem nieszczęśliwy. W domu się nie przelewa, a niepełnosprawna siostra wymaga stałej opieki. Myślę, że to może być karma. Wracają wspomnienia z Bałkanów. Poczucie winy zmusza mnie do planowania wyjazdu w rejon przyszłych działań wojennych. Pokazania światu zbrodni. Aby się to więcej nie powtórzyło. Kończę dziennikarstwo i kiedy zaczynają się walki, trafiam do Bośni. Koresponduję pod ostrzałem. Ginę szybko. Od kuli, która przeszywa serce. Złożyłem siebie w ofierze?

 

PIĄTY

 

Ponownie przyszedłem na świat w Polsce, ale w innej rodzinie. Kielce. Rok dwa tysiące piąty. Legenda głosi, że miasto założył Mieszko Bolesławowic. Zabłądził na polowaniu i miał sen, w którym schwytali go zbóje. Wlewali mu do ust truciznę, a wtedy uratował go Święty Wojciech. Po przebudzeniu Mieszko znalazł w pobliżu źródło czystej, leczniczej wody. Na cześć tego wydarzenia kazał wybudować osadę pośrodku puszczy.

Spoglądam z balkonu na górski krajobraz. Zastanawiam się, jak to jest ze mną. Podobno w buddyzmie wygląda to trochę jak odtwarzanie tego samego. A ja niemal za każdym razem pojawiam się w innych okolicznościach. Zwykle nie mam szans powtórzyć tych samych błędów. Ale jedno wiem na pewno. W żadnym wypadku nie pójdę już na obwoźną strzelnicę. Oszuści! Jak to możliwe, żeby nie dało się w nic trafić z odległości zaledwie pół metra?

 

SYSTEM

 

Znajduję się w supermarkecie. Smętni ludzie czekają w kolejce do kolektury. Podatek od głupoty. Ach, jaki jestem wredny. Zły, bo nie mogę wykorzystywać zapamiętanych numerów po odrodzeniu. Zawsze trochę inny czas i miejsce. Poza tym zauważyłem, że takie szczegóły się resetują. I losują od nowa z innym rezultatem.

Raz trafiłem do tego samego hotelu. Najpierw byłem Czechem i budynek znajdował się w Monachium przy ulicy Landsberger sto pięćdziesiąt sześć. Następnym razem reinkarnowałem się jako Austriak, a ten sam lokal odnalazłem w innej miejscowości pod adresem Westendstrase osiemnaście. Nawet kod do domofonu ten sam. Zapamiętałem: trzynaście, kluczyk, dziewięćdziesiąt dziewięć, zero siedem.

Podobnie rzecz się miała ze szczęściarzami w loteriach. Jeśli, dajmy na to, przykładowa pani Basia wygrała trzeciego marca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku trzy szóstki w danej grze, to w kolejnym wcieleniu dowiaduję się, że w tych samych zakładach zwycięzcą został pan Wiesław i trafił inne numery.

Lepiej zrobię zakupy. Warzywka i skrzydełka do rosołku. Ziemniaki, karkówka i słoik korniszonów. Żebym tylko oleju nie zapomniał.

 

TRZYDZIESTY SZÓSTY

 

Przeszedłem na weganizm. Brzydzi mnie mięso.

 

OSIEMDZIESIĄTY DZIEWIĄTY

 

Przestałem jeść cokolwiek! Zanikła we mnie ta potrzeba.

 

STO SIEDEMDZIESIĄTY CZWARTY

 

Francja. Lata siedemdziesiąte. Wchodzę do awiniońskiego domu handlowego. Patrzę na młodą kobietę w eleganckim body. Czerń i biel. Piękna, przyglądając mi się, dość lubieżnie konsumuje łyżeczką torcik przy kawiarnianym stoliku. Kakaowy, puszysty, z białą masą. W mojej podróży przez kolejne wcielenia utraciłem nie tylko apetyt na jedzenie. Czuję, że nie mam już ochoty na żadne amory. Rozglądam się po otoczeniu. Chyba pamiętam tę scenę. Wydaje mi się, że przeżyłem to już wcześniej, ale poprzednio podawali tu napoleonkę. Ostra woń gorzkiej kawy uderza w nozdrza. Pociągam łyk. Pić jeszcze mogę. Entuzjastka słodkości musiała być na jakimś niższym poziomie.

Później poznaję dziewczynę, z którą zaczynam dyskutować na temat reinkarnacji, hinduizmu i filozofii Wschodu. Dowiaduję się, że ona też nie spożywa pokarmów i szuka odpowiedzi. Na pożegnanie przedstawiliśmy się sobie. Zdaje się, że nazywała się Inès Saint-Clair, ale to nie jest ważne. W końcu każde z nas będzie miało nowe powłoki cielesne i coraz to inne nazwiska. To jak wymiana zużytych ubrań, do których nie przywiązujesz zbyt wielkiej wagi.

Spacerowałem. Przypatrywałem się sklepom i ludziom. Zatrzymałem się przed wejściem do toalet. Pomimo że wcześniej przyjmowałem płyny, to potrzeby fizjologiczne zanikają jedna po drugiej. Kto jak kto, ale ja już co najwyżej mogłem się tam przejrzeć w lustrze. Niedługo chyba będę duchem. Chciałbym, żeby mi ktoś wreszcie wytłumaczył, jak działa ta nasza rzeczywistość.

 

POZIOM TRZYSTA DZIEWIĘĆDZIESIĄTY DZIEWIĄTY

 

Spotykam w końcu mądrych nauczycieli. Nie powiedzieli mi wszystkiego od razu.

– Ty albo myślisz zbyt szablonowo, schematycznie, albo niepotrzebnie komplikujesz – mówili. – Może i istnieje jakaś tam karmiczna wędrówka. Na wszelki wypadek rzeczywiście bądź w miarę honorowy i nie przesadzaj z okrucieństwem. Bo naszym zdaniem to wszystko może być wspinaczką na coraz wyższe szczeble wewnątrz gry, w której żyjemy.

 

POZIOM CZTERYSTA DWUDZIESTY DRUGI: KL AUSCHWITZ

 

Przebywam w niemieckim obozie śmierci. Mój numer składa się z pięciu cyfr i jest wytatuowany na lewym przegubie. Ponieważ od wielu już żywotów nie muszę nic jeść, oddaję swoje wątłe racje towarzyszom niedoli. Żaden z nich nawet nie podejrzewa, że stale zostaję z niczym. Każdy tylko martwi się o wypełnienie swojego udręczonego żołądka.

Niemcy przywieźli transport bolszewików. Zapędzili ich do sali i upchali ciasno tak, że więźniowie stali jeden przy drugim, stykając się głowami. Ledwo mogli oddychać. Weszła komisja w maskach przeciwgazowych. Rzucili na środek granat z eksperymentalnym środkiem chemicznym. Nie było wtedy jeszcze komór. Mówią, że po tym zdarzeniu pozostały po ruskich tylko wszy i tyfus.

Jakiś czas później przywieziono też dużą grupę Polaków przeznaczonych do zabicia. Najpierw kazali im iść pod gorący prysznic, a potem popędzili nago na mróz. Stali na placu godzinami i wyli. Wszyscy zamarzli.

Zaczęliśmy się mścić. Zdobyliśmy probówki z przemytu. Można w nich było hodować wszy zarażone tyfusem. W trakcie wizyty Niemców w baraku wysypywaliśmy zawartość na ich płaszcze.

Wkrótce jednak sam zachorowałem. Zostałem umieszczony w szpitalu. Kiedy się z niego wydostałem, komando z naszego bloku ruszyło do pracy za druty. Wysypano ziemniaki na bocznicy, więc chodziliśmy wzdłuż torów z koszami, żeby wszystko wyzbierać.

Dowiedziałem się od kolegów, że ktoś doniósł na mnie do Politische Abteilung. Kapo dorobił bajeczkę na temat tego mojego rozdawania jedzenia. Wmówił im, że jestem katolickim księdzem. Jako że osoby duchowne zwykle były mordowane już pierwszego dnia przyjazdu – pomyślałem, że zaraz mnie skończą. I wtedy zauważyłem, jak w moją stronę zmierza grupa esesmanów.

Wiedziałem, że pobiją mnie na śmierć. Tłukli niemiłosiernie. Zemdlałem. Ocknąłem się, leżąc na plecach. Wtedy jeden z nich położył mi kij na gardle i stanął buciorami na obu końcach, aby mnie udusić.

 

POZIOM PIĘĆSET JEDENASTY

 

Z czasem wytłumaczono mi, że wszelkie współczucie było określane przez doświadczonych wieloma wcieleniami jako Wczucie. Odczuwanie winy to ułuda. Tak jak ból. A żona? Rodzina? Kiedy przestawałeś się przejmować swoją rolą, zanikały w tobie wszelkie więzi i namiętności. Wszystkie te relacje to było też nadmierne Wczucie. Na wysokich poziomach mogłeś odczuwać jeszcze pragnienie. Nie rozstawałeś się z manierką wody. Od niej odzwyczaiłem się dopiero po kolejnych kilkunastu stopniach zaawansowania. Przestała być potrzebna. Ale napiłbym się wina. Jeśli można tak nazwać jeden z etapów mojego cyklu narodzin i śmierci, to na aktualnej planszy domniemanej symulacji nie dało się nawet kupić zwykłego jabola. Zabiłbym za dwie butelki berbeluchy. Napiję się w realu. Jak wyjdę z tej iluzji. Jeśli.

 

POZIOM PIĘĆSET TRZYDZIESTY DZIEWIĄTY

 

Wydaje mi się, że śniłem. A w tym śnie cały mój świat był tylko więzieniem. Umieszczonym wewnątrz cytadeli.

Pośród jej murów z czerwonej cegły wznosiły się strzeliste wieże. I tak oto stała sobie ta budowla na krzemowej skale zawieszonej w ciemności kosmosu jako planetoida.

Na tle owej fortecy zawisła olbrzymia, niemal większa od niej postać Kościeja. W powiewającym, purpurowym płaszczu tkwił tam, pilnując uwięzionych dusz. Był nie tylko strażnikiem, ale i upiornym architektem twierdzy.

Uciekliśmy stamtąd we dwoje. Wraz ze mną Inès Saint-Clair, dziewczyna, którą spotkałem dawno temu w Awinionie. Nasze dusze były teraz wolne i spoglądały z oddali na całe to zjawisko.

Spod kaptura wyglądała żółtawa, masywna czaszka Kościeja. Przestrzeń między żuchwą i rozciągniętymi w sardonicznym uśmiechu zębami zionęła czernią. Z oczodołów patrzyły na nas wybałuszone gałki oczne. Emanowała z nich jadowita zieleń z jakąś hipnotyczną energią, która wlewała się jak kwas w nasze eteryczne byty. Widziałem, jak spokojnie czekał. On wiedział. Że wkrótce wrócimy z błaganiem. Aby nas wprządł z powrotem w labirynty wykreowanych przez siebie zdarzeń.

Bo tam, gdzie teraz przebywaliśmy z moją towarzyszką, nie było niczego. Pusta przestrzeń, zimno i mrok. Unosiliśmy się w próżni, zdając sobie sprawę, że nie podryfujemy donikąd, bo jedynym punktem odniesienia jest cytadela. Nikłe światła, jakie od niej dochodziły, pozwalały nam jeszcze trwać przez jakiś czas, jakby ogrzewając mentalnie. Chociaż nie miałem ciała, chłód i wilgoć wypełniały coraz bardziej moje wnętrze. Czułem się, jakbym tonął w roztopionym śniegu. Brak życia w tym miejscu. Brak wrażeń. Jakichkolwiek. Potęgowało to niesamowicie psychiczny głód.

Uśmiech Kościeja stawał się coraz bardziej kąśliwy.

Koniec

Komentarze

Tylko przeskanowałem, ale, na Boga:

Kielce. Rok dwa tysiące piąty. Legenda głosi, że miasto założył Mieszko Pierwszy. Zabłądził na polowaniu i przyśnili mu się zbóje. Wlewali mu do ust truciznę a wtedy uratował go Święty Wojciech. Po przebudzeniu Mieszko znalazł w pobliżu źródło czystej, leczniczej wody. Na cześć tego wydarzenia kazał wybudować osadę pośrodku puszczy.

Tymczasem ciocia Wiki:

Legenda wiąże powstanie Kielc z Mieszkiem, synem Bolesława Szczodrego. Przed ponad 900 laty w miejscu, gdzie dziś leży stolica województwa świętokrzyskiego, były nieprzebyte, pełne zwierzyny lasy, które przyciągały myśliwych. Polował tu także Mieszko. Kiedy w pogoni za zwierzyną zgubił swoich kompanów, wyjechał na nieznaną polanę i strudzony zasnął w trawie. Przyśniło mu się, że został napadnięty przez zbójców, a ci usiłują wlać mu do ust truciznę. Gdy zaczął już tracić siły, nagle objawił mu się św. Wojciech, uniósł pastorał i na ziemi nakreślił kręty szlak, który przemienił się w strumień wody. Mieszko obudził się, nieopodal ujrzał źródło. Woda w nim była smaczna, przejrzysta, taka jak we śnie. Poczuł przypływ nowych sił i szybko odnalazł swój orszak. Odjeżdżając z polany Mieszko zauważył ogromne, białe kły nieznanego zwierzęcia, być może dzika. Zapowiedział, że wybuduje tu gród z kościołem. Niedługo potem zbudowano w sercu puszczy osadę.

To byłby faktycznie wyższy poziom wtajemniczenia, gdyby Mieszkowi I (zm. 992) przyśnił się św. Wojciech (kanonizowany w 999 r.). :P

Hej,

brakuje sporej liczby przecinków, a w kilku miejscach pojawiają się nadmiarowe. Językowo jest nawet ok, to znaczy styl nie przeszkadza w czytaniu. Wykonanie podsumowałbym więc jako średnie.

Jeżeli chodzi o samą historię, to przede wszystkim trochę zabrakło mi zrozumienia, o czym ona jest. Przeżywamy z bohaterem kolejne wcielenia, obserwujemy go w różnych miejscach i czasach, ale narrator pozostaje na tyle niezaangażowany emocjonalnie, reporterski, że trudno mi było zrozumieć, o czym tak naprawdę jest jego historia, co go w niej poruszyło na tyle, że zapragnął ją opowiedzieć?

Nie pomogło też, że sam koncept powtarzania życia jest dla mnie nieco niezrozumiały. Z jednej strony narrator mówi, że nie pamięta poprzednich wcieleń, a z drugiej, kolejne sceny miotają nim po osi czasu w różnych kierunkach. Czy on ostatecznie pojawiał się w przeszłych czasach, pamiętając już swoje wspomnienia z żyć we (względnej) przyszłości? 

Przykro mi, ale za mało skumałem, żeby dobrze się bawić. Poza problemami ze zrozumieniem, największy problem mam z tym, że nie polubiłem bohatera, a on sam nie sprawił, żebym chciał się bardziej zaangażować w jego losy. 

Tekst sprawił jednak, że zacząłem czytać o turystyce snajperskiej. Nie natknąłem się na informacje o tym, a zjawisko jest absolutnie makabryczne i poruszające. Dzięki za naprowadzenie na ten trop.

Napisane ok, czyta się względnie płynnie, kilka błędów stylistycznych wskazałem niżej. 

Natomiast trochę zabrakło mi jakiegoś większego sensu, bohater trochę bezcelowo przechodzi przez kolejne pokolenia, potem śni jak rozumiem o prawdzie i… co? Fajnie byłoby rozwinąć wątek wyrwania się z matni, może dzięki np. Wczuciu właśnie. Ale to oczywiście tylko moje wrażenie.

 

Subiektywne uwagi:

– brakuje przecinków w wielu miejscach, w innych są nie tam, gdzie powinny,

– krzyż trójlistny nie jest prawosławny,

– “Czeka smętna kolejka do kolektury.” – konstrukcja mocno połamana, powinno być raczej “do kolektury ustawiła się smętna kolejka oczekujących” czy coś w tym stylu,

– “w loteriach . Jeśli,” niepotrzebna spacja przed kropką,

– “pomyślałem, że zaraz mnie skończą” – zaraz ze mną skończą, ewentualnie mnie wykończą.

Szafirowy Smoku, jeśli uwaga na temat krzyża trójlistnego była rzeczywiście subiektywna, wnioskuję, że obie strony nie będą na razie potrafiły rozstrzygnąć trafności co do wyboru tego krzyża. 

 

– “pomyślałem, że zaraz mnie skończą”, to celowe użycie żargonu obozowego. Inny przykład jaki mógłby się tu pojawić w ewentualnym dialogu to “ Kończ go” czyli zabij go.

 

Oczywiście, że subiektywna, w końcu tylko i wyłącznie moja wink Mi się ten rodzaj krzyża po prostu kojarzy z innymi wierzeniami, celtyckimi zdaje się, ale oczywiście mogę się mylić. A poza tym swoboda twórcza autora to rzecz święta!

 

 

A z obozowego żargonu widocznie muszę się podszkolić.

Z mediów chociażby można nabrać przekonania, że krzyż ze skośną belką jest u prawosławnych Rosjan dominujący. Ale skoro tak, to kto używa tego? ????????

 

https://e-dewocjonalia.eu/pl/p/Trojlistny-krucyfiks-ORTHODOX-krzyz-prawoslawny/6084?gad_source=1&gad_campaignid=17181985585&gbraid=0AAAAADxySUFWjKhAXwPo5D2QsDB5DVfzh&gclid=CjwKCAjw4dDTBhAqEiwAkHYmSs7tyxpXHI3rIq7dVKb4DRIcqhLwsz7bnV4QHrecJx_-DPcthYK3ZxoC-k0QAvD_BwE

Jeśli jednak nadal tkwię w błędzie to może jakiś religioznawca mnie wyprowadzi?

 

 Szafirowy Smoku, jeśli chodzi o czerpanie z żargonu obozowego to możesz zajrzeć do “ Raportu Pileckiego”. Ale nie musisz tego robić. Takie teksty często usłyszysz w filmach. 

Ups, teraz doczytałem, że mowa o tym, że krzyż trójlistny powstał na bazie grekokatolickiego.

 

Zwracam honor i milknę na wieki ;)

Szafirowy Smoku, twoje wątpliwości są nadal uzasadnione. Wciąż nie potrafię stwierdzić na 100% czy ta wersja krzyża jest używana. 

Ufff, czyli może nie jestem aż tak skończonym heretykiem ;)

Jesteś… Szafirowym heretykiem.

Hmmm, nawet ładnie to brzmi – myślę, że możemy się zgodzić na taki kompromis ;)

Drugie podejście.

Jestem zblazowanym synem amerykańskiego milionera. Żyje się raz, dlatego zamierzam hulać do woli!

Wywaliłbym ,,zblazowanym”, bo to wynika z kolejnego zdania. Poza tym – jeszcze jest nieoświecony, a czy normalny człowiek opisałby siebie w taki sposób? Tak mówią postacie na plakatach amiszów. :D

Ale większość „weekendowych snajperów” docierała statkami najpierw do Belgradu i stamtąd dalej w pobliże frontu.

Statkami? https://pl.wikipedia.org/wiki/Serbia#/media/Plik:Serbia_roadmap.svg

(Dygresja: gdybym dostawał eurosa za każdym razem, kiedy czytam ,,zachodni” tekst, w którym Serbia/Bośnia = WOJNA!, mógłbym co roku jeździć na Tomorrowland. Koniec dygresji.)

Spotykam w końcu mądrych nauczycieli. Nie powiedzieli mi wszystkiego od razu. – Ty albo myślisz zbyt szablonowo, schematycznie, albo niepotrzebnie komplikujesz – mówili. – Może i istnieje jakaś tam karmiczna wędrówka. Na wszelki wypadek rzeczywiście bądź w miarę honorowy i nie przesadzaj z okrucieństwem. Bo naszym zdaniem to wszystko może być wspinaczką na coraz wyższe szczeble wewnątrz gry, w której żyjemy.

Zapis dialogów – od nowego akapitu. Chociaż ja bym to zamienił całkiem na mowę zależną, bo wcześniej dialogów w tekście nie ma, więc ten akapit wybija z rytmu.

Spod kaptura widniała żółtawa, masywna czaszka Kościeja.

Pod kapturem. (Albo ,,spod kaptura wyglądała…”)

 

Poza tym (i wspomnianym wcześniej anachronizmem, który, jak widzę, został już poprawiony) nic mnie szczególnie nie raziło. Ogólnie… ciekawe to było. Zakończenie zrozumiałem w ten sposób, że bohater ostatecznie wyzwolił się z kręgu wcieleń, tylko po to, żeby odkryć, że poza kręgiem nie ma nic.

Rzeczy, które zrozumiałem trochę mniej – bohater odradza się w różnych, najwyraźniej przypadkowych momentach w czasie. Czasem kolejne wcielenia są ze sobą powiązane (snajper-turysta → dzieciak na strzelnicy → korespondent wojenny), czasem nie, a przynajmniej mi trudno dostrzec związek. Dla większości wspólnym mianownikiem jest wojna, ale nie rozumiem, dlaczego. Trudno mi powiedzieć, czy to wina samego tekstu, czy mam przed sobą łamigłówkę, której nie potrafię rozwiązać.

Zgadzam się z przedpiścami, że brakuje tu jakiejś wyraźnej osi fabularnej albo puenty. Ot, bohater sobie wędruje po epokach i stopniowo zmienia się jego stosunek do przemocy. To może być ilustracja jakichś buddyjskich koncepcji, ale słabo się sprawdza jako tekst.

Interesujący pomysł, żeby obsypywać Niemców zakażonymi wszami. To właściwie broń biologiczna…

Och, internet działasmiley. Dzięki za przeczytanie tekstu Finkla

 

Tak działa, jakby chodził na krew z nosa…

laugh

Aaa, jeszcze zapomniałam wspomnieć, że w którymś momencie zaczęłam podejrzewać, że wszyscy ludzie to jedna dusza reinkarnująca w kółko (skoro odniosłam wrażenie, że życia bohatera nakładają się na siebie). Ale nie poszedłeś w tę stronę.

Witaj. :)

 

W tekście z technikaliów zatrzymały mnie (te sugestie oraz wątpliwości – zawsze tylko do przemyślenia):

Coś mi to przypominało, ale nie wiedziałem właściwie (przecinek?) co.

Zabłądził na polowaniu i przyśnili mu się zbóje. Wlewali mu do ust truciznę, a wtedy uratował go Święty Wojciech. – powtórzenie?

 

Bardzo mroczna, wręcz makabryczna wędrówka bohatera poprzez światy, epoki, podania i legendy oraz przerażające wydarzenia historyczne. Przeskakiwanie liczb wcieleń jeszcze bardziej dramatyzuje fabułę, bo zdajemy sobie sprawę, że takie przemierzanie rozmaitych czasoprzestrzeni nie ma końca. W podziw wprawia nade wszystko wytrzymałość psychiczna wędrownika.

Podoba mi się tak oryginalne wyobrażenie sobie życia po śmierci. :)

Klik, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Przemyślane, poprawione. Ten to mnie zaskoczył. 

 

Anonimie Szanowny, podkreślam zawsze – to są jedynie moje nieśmiałe sugestie, tylko do przemyślenia. :) 

Pozdrawiam. :) 

Cóż, Anonimie, przeczytałam opis kilku wydarzeń w trakcie kolejnych wcieleń bohatera, ale nie mogę powiedzieć, że wiem, co miałeś nadzieję opowiedzieć.

 

Pa­mię­tam moje po­przed­nie życia. → Życie nie ma liczby mnogiej

Proponuję: Pa­mię­tam jak żyłem w poprzednich wcieleniach.

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Zycie;20113.html

 

Ginę szyb­ko. Od kuli, która prze­szy­wa moje serce. → Czy zaimek jest konieczny? Czy mógł zginąć od kuli, która przeszyła cudze serce?

 

Ostra woń gorz­kiej kawy ude­rza w moje noz­drza. → Zbędny zaimek.

 

W końcu każdy z nas bę­dzie miał nowe po­wło­ki cie­le­sne… → Piszesz o kobiecie i mężczyźnie, więc: W końcu każde z nas bę­dzie miał nowe po­wło­ki cie­le­sne

 

Nie po­wie­dzie­li mi wszyst­kie­go od razu. – Ty albo my­ślisz zbyt sza­blo­no­wo, sche­ma­tycz­nie, albo nie­po­trzeb­nie kom­pli­ku­jesz – mó­wi­li. – Może i ist­nie­je jakaś tam kar­micz­na wę­drów­ka. Na wszel­ki wy­pa­dek rze­czy­wi­ście bądź w miarę ho­no­ro­wy i nie prze­sa­dzaj z okru­cień­stwem. Bo na­szym zda­niem to wszyst­ko może być wspi­nacz­ką na coraz wyż­sze szcze­ble we­wnątrz gry, w któ­rej ży­je­my. → Wypowiedź dialogową zapisujemy w nowym wierszu. Winno być:

Nie po­wie­dzie­li mi wszyst­kie­go od razu.

– Ty albo my­ślisz zbyt sza­blo­no­wo, sche­ma­tycz­nie, albo nie­po­trzeb­nie kom­pli­ku­jesz – mó­wi­li. – Może i ist­nie­je jakaś tam kar­micz­na wę­drów­ka. Na wszel­ki wy­pa­dek rze­czy­wi­ście bądź w miarę ho­no­ro­wy i nie prze­sa­dzaj z okru­cień­stwem. Bo na­szym zda­niem to wszyst­ko może być wspi­nacz­ką na coraz wyż­sze szcze­ble we­wnątrz gry, w któ­rej ży­je­my.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

Niem­cy przy­wieź­li trans­port bol­sze­wi­ków. Za­pę­dzi­li ich do świe­tli­cy i upcha­li… → Obawiam się, że w obozie KL Auschwitz nie było świetlicy.

 

po­my­śla­łem, że zaraz mnie skoń­czą. → …po­my­śla­łem, że zaraz mnie wykoń­czą. Lub: …po­my­śla­łem, że zaraz ze mną skoń­czą.

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.

/Fryderyk II Wielki/

 

 

Regulatorzy, co do świetlicy w obozie nie wiem czy należy “stawiać kropkę nad i”. Aczkolwiek nie mam wiedzy aby poważnie polemizować w tym temacie.

Źródło, z którego czerpałem wspomina o “sali” więc po twojej uwadze potraktuję moje użycie “ świetlicy” jako niepotrzebne zniekształcenie. Więc zastępuję teraz słowem –> sala.

 

pomyślałem, że zaraz mnie skończą. → …pomyślałem, że zaraz mnie wykończą.Lub: …pomyślałem, że zaraz ze mną skończą.”

Powyższy fragment to zamierzone użycie lagrowego języka z Oświęcimia czerpiącego między innymi z grup przestępczych i więziennych.

Tutaj podobny przykład u Tadeusza Borowskiego, dokładnie w [60], „Andrej, konczaj ich! Kapo kazał!” czyli brutalny nakaz likwidacji człowieka: 

https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/borowski-pozegnanie-z-maria-dzien-na-harmenzach.html

 

regulatorzy, dziękuję za poprawki, zdecydowanie skorzystałem :)

Bardzo proszę, Anonimie. Miło mi, że mogłam się przydać. :)

Dodam jeszcze, że wszystkie moje uwagi to tylko sugestie i propozycje – to jest Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

Pomysł – ciekawy, tekst – nie zatrzymuje ani w sensie pozytywnym, ani negatywnym.

Zastanawiałem się, na ile jest on lustrem dla czytelnika?

Swego rodzaju wydmuszką, ale na tyle sprytnie skonstruowaną, żeby jednak skłonić do pewnego rodzaju rozmyśleń.

Bo tak, przedpiścy mają rację – pozornie do niczego to nie zmierza… ale może właśnie takie ma być?

Może ma ukazywać pewną bezcelowość?

Może i to, że prawda (o ile istnieje) – ukryta pozostanie przed nami nawet przez tysiąc żywotów?

 

Jak dla mnie najgorszą cechą tego tekstu było po prostu to, że autor nie udźwignął pomysłu – i to na tyle, że ten pomysł (o ile był taki, jak podejrzewam) – dla większości czytelników pozostał po prostu niewidoczny.

Motyw tych kolejnych wcieleń czy poziomów, resetującej się rzeczywistości, swoistej równoległej reinkarnacji z zachowaniem wspomnień, może nie jest specjalnie świeży, ale jednak nadal ma potencjał – potencjał w tym przypadku niestety niewykorzystany. Brakuje dramaturgii, brakuje stawki, ten tekst nie tylko nie jest o czymś, ale też tu nie ma walczyć – o co.

Ciekawa sama w sobie też ta piramida Wczucia – gdzie na każdym wyższym poziomie potrzeba coraz mniej, aż na ostatnim poziomie nie ma się już nawet ciała.

Z początku myślałem, że to będzie implementacja jednej z bliskowschodnich koncepcji, że istnieje tylko jedna dusza, która musi przeżyć wszystkie żywoty, wszystkich ludzi, od samego początku świata, aż do ostatniego oddychającego człowieka – by stać się Bogiem czy czymś podobnym… ale nie – dusz tu jest więcej i jest Kościej.

…i w sumie trochę po prostu żałuję, że tej koncepcji autora nie poznałem w jakiś lepszy sposób – z jednej strony, sporo jest tu objaśniania, narratot często wprost mówi czytelnikowi, co ma zrozumieć – z drugiej – zamysł autora pozostaje nie do końca zrozumiały.

Jeszcze jedną rzecz bym tu poprawił – niespójność tonu – która w takim krótkim utworze po prostu razi – to znaczy, to nie musi być tak, że tego tonu się zupełnie nie zmienia, ale jednak te zmiany (a może ja tylko tak to odebrałem) – po prostu roztrajają.

 

To wszystko sprawia, że tego tekstu jakoś specjalnie nie zapamiętam. A szkoda.

 

Szanowny Jimie… Trudno się odnieść do takiego komentarza. Z jednej strony nie do końca pochlebnego. Ale z drugiej napisanego z taką pieczołowitością jakbyś był krytykiem filmowym recenzującym trudny, niszowy film. 

Hej ho!

 

Bardzo fajny pomysł z pokazaniem różnych wcieleń, ale za bardzo gubiłam się w linii czasowej, żeby zrozumieć to opowiadanie.

Zaczynasz od „wcielenia” jako syn miliardera, który bierze udział w Ludzkim Safari w Sarajewie. Zgodnie z historią miało ono miejsce w latach 90. Zaraz potem czytamy o kolejnym wcieleniu, w którym bohater ginie w wypadku samochodowym w połowie lat 80. Czyli… jeśli to ta sama osoba, to podczas polowania na ludzi w Sarajewie miał… 10 lat?

Przepraszam, może czegoś nie zrozumiałam. Może to wiele wcieleń? Czy mamy kierować się tytułem i jedyne, co łączy te scenki, to socjopatia różnych postaci? Jeśli chciałeś sprowokować czytelnika do rozmyślań, to Ci się udało. ;D 

Językowo nic mnie nie zatrzymywało. :)

 

Pozdrawiam serdecznie! 

 

Witam!

 

Wydawało mi się, że przy kolejnych wcieleniach z tekstu przebijało znużenie bohatera – zaczyna mu być wszystko jedno, stopniowo rezygnuje z potrzeb cielesnych (jak to się fizycznie odbywa – trudno sobie wyobrazić bez odwołania do “matrixa”, iluzji, w której jest uwięziony) – tak odebrałem te “magiczne” elementy.

Podobał mi się koniec, w którym okazuje się, że od owej iluzji nie ma ucieczki. Dusza musi mieć wrażenia, jest skazana na kolejne reinkarnacje, w pustce nie potrafi się odnaleźć. Świat jest więzieniem bez możliwości ucieczki, musimy zgadzać się na to, co serwuje Kościej (czy trafnie zauważyłem, że ma rangę najwyższego boga?).

Sama ta koncepcja jest ciekawa. Brakowało mi jednak nici przewodniej, napięcia. Pisanie o znużeniu bez znużenia czytelnika jest chyba dość trudnym wyzwaniem :P

Może pójście w stronę obłędu i rozpadu osobowości dodałoby całości trochę smaku?

Nowa Fantastyka