Wielkie podziękowania dla organizatora za fantastyczną inspirację, a potencjalnym czytelnikom życzę przyjemnej lektury.
Wielkie podziękowania dla organizatora za fantastyczną inspirację, a potencjalnym czytelnikom życzę przyjemnej lektury.
Ktoś chciał mnie zabić. Ale nie tak zwyczajnie, o ile oczywiście zabicie kogoś można w ogóle nazwać zwyczajnym. Człowiek bez twarzy i włosów, ubrany w doskonale nijakie spodnie, buty i koszulę musiał mnie naprawdę bardzo nie lubić.
Najpierw przykuł mnie do czegoś na kształt żelaznej dziewicy, tylko z odkrytym wiekiem, wstrzyknął adrenalinę, żebym nie zemdlał i torturował wszelakimi wyrafinowanymi metodami, jakie są znane ludzkości. Od pospolitego przypalania boków i wyrywania paznokci, przez nacinanie najwrażliwszych części ciała i umieszczanie w nich losowo wybranych, ostrych przedmiotów, aż do chińskiej tortury wodnej. Ach, zapomniałbym o metalowym pudełku z wygłodniałym szczurem, przymocowanym do mojego brzucha, który tym samym stał się dla gryzonia jedyną drogą ucieczki i przy okazji całkiem wykwintną kolacją.
Kiedy zbliżyłem się niebezpiecznie do granicy życia i śmierci, zaaplikował mi kolejną dawkę adrenaliny na pobudkę, jakiś specyfik na uspokojenie akcji serca, żeby jeszcze trochę wytrzymało oraz mieszankę różnego rodzaju trucizn, które swoim działaniem doprowadziły mnie do wielogodzinnej i bolesnej agonii. W międzyczasie w jego ambitnym planie znalazło się też miejsce na tak pospolite rozrywki jak obcięcie palców, języka oraz organów płciowych zardzewiałym sekatorem, oskalpowanie oraz nakłuwanie gałek ocznych grubą igłą, zakażoną wirusem HIV. To ostatnie wydawało się w tej sytuacji szczególnie niedorzeczne, ale mój oprawca raczej nie należał do zdrowych na umyśle, więc w sumie nic nie powinno mnie dziwić.
Wielki finał okazał się równie spektakularny – przestrzelenie kolan, wyprucie flaków (oczywiście tych, których nie skonsumował uprzednio szczur), podtopienie, podduszenie i jako wisienka na torcie – dekapitacja tępym mieczem oraz spalenie ciała, a raczej tego, co z niego pozostało.
Ku memu wielkiemu zdziwieniu, po tych wszystkich zabiegach znalazłem się znowu przykuty do kolczastego łóżka, a moje ciało było w jednym kawałku. Zaskoczony popatrzyłem pytająco na mojego oprawcę. Na środku pozbawionej twarzy głowy nagle pojawił się bezkształtny otwór, który po chwili przybrał kształt czegoś w rodzaju obrzydliwego, wrednego uśmiechu.
– Pewnie zastanawiasz się, co się stało? Będę tak wspaniałomyślny i wyświadczę ci tę jedną, ostatnią przysługę, odpowiadając na niezadane pytanie. Oczywiście nie dlatego, żeby zaspokoić palącą cię ciekawość, ale by nakarmić twój strach. Użyłem najobrzydliwszych technik nekromancji, by przywrócić do życia to sponiewierane, zwęglone ścierwo. Jedna śmierć to za mało, żebyś odpokutował za wszystkie popełnione grzechy. Dlatego będziesz przechodził przez to wszystko, co ci zgotowałem, aż do samego końca Świata. Witaj w twoim małym, prywatnym piekle!
Otwór gębowy rozszerzył mu się na prawie całą powierzchnię głowy, a z gardła wydobył się makabryczny, ochrypły, szaleńczy rechot.
Obudziłem się cały blady i zlany zimnym potem.
– Nigdy więcej nie wezmę już tych trójkątnych piguł. No, przynajmniej tych z niesprawdzonego źródła.
Po tej trudnej do dotrzymania obietnicy, złożonej samemu sobie, leniwie przeciągnąłem się, leżąc znowu we własnym łóżku. Zacząłem się zastanawiać, co będę robił z tak strasznie rozpoczętą sobotą, żeby jakoś uratować ten wolny dzień.
Mechanicznie sięgnąłem po telefon, który jak zwykle leżał na nocnej szafce. Nowa wiadomość SMS – przypomnienie o wizycie u lekarza. Za pół godziny! Kompletnie nie pamiętałem, żebym zapisywał się na jakąś konsultację, zwłaszcza w sobotę rano, ale zawsze byłem stanowczym przeciwnikiem niestawiania się na umówione spotkania – twarde wychowanie pozostawiło po sobie ślad. Szybko więc zerwałem się na równe nogi, założyłem ubranie rozrzucone po całym pokoju (w tym przypadku wychowanie poległo w walce z charakterem), umyłem zęby i opłukałem twarz zimną wodą. Przejrzałem się w lustrze, ale szybko odwróciłem wzrok – byłem blady jak trup, podkrążone i zaczerwienione oczy patrzyły niemrawo, a włosy były w nieładzie. Nie miałem już czasu na układanie fryzury, więc tylko przeczesałem się dłonią i czym prędzej ruszyłem w drogę.
Na szczęście placówka, której adres dostałem w SMS-ie, znajdowała się całkiem niedaleko mojego miejsca zamieszkania. Droga przebiegła mi niezwykle sprawnie – na mieście było kompletnie pusto, krajobraz skojarzył mi się z jakąś postapokaliptyczną wizją rodem z książek sci-fi. A może fantasy? Nigdy nie rozumiałem różnicy pomiędzy jednym, a drugim.
Odruchowo włączyłem radio i zacząłem sprawdzać stacje w poszukiwaniu piosenek, które bardzo lubię bądź które po prostu wpadną mi w ucho w danym momencie. Niestety, na nic takiego nie trafiłem – na jednym kanale, zapewne z muzyką klasyczną – marsz żałobny, na kolejnych trochę rockowej klasyki – „Stairway to Heaven” i „Highway to Hell”, w Radiu Maryja „U drzwi Twoich stoję, Panie”. Zniechęcony wcisnąłem off i dalszą część drogi przejechałem w grobowej ciszy.
Na szczęście zaraz dotarłem do celu. Zatrzymałem się na prawie pustym parkingu (stał tam tylko karawan, dziwne…) i szybkim krokiem ruszyłem do jedynych drzwi w budynku, który znajdował się pod wskazanym w wiadomości adresem. Trochę zdziwiło mnie, że to nie przychodnia NFZ, ale prywatna praktyka lekarska. Nie kojarzyłem, żebym miał tam wykupiony jakiś abonament. Najwidoczniej potrzebowałem pilnej pomocy, więc nie mogąc liczyć na publiczną opiekę zdrowotną, zdecydowałem się wyłożyć pieniądze na wizytę prywatną. Niepamięć zaś zwaliłem na trudy wczorajszego wieczora i dziarsko ruszyłem przed siebie.
Nad drzwiami widniało znajome logo z fikuśnym krzyżem. Wprawdzie było czarne, nie zielone, jak je zapamiętałem, ale to też pewnie zasługa trójkątnych pigułek – pomyślałem. Obok widniał napis w tym samym kolorze – Lux Dead.
W środku zobaczyłem klasyczną recepcję i równie klasyczną, jak mi się z początku wydawało, recepcjonistkę. Czarny (czemu nie zielony?) uniform, tlenione blond włosy i różowe tipsy, którymi dziewczyna żywiołowo wystukiwała coś na klawiaturze komputera.
Kiedy do niej podszedłem, nie oderwała się ani na moment od swojego zajęcia, tylko trochę dziwnym, jakby metalicznym głosem poprosiła mnie o dowód osobisty. Pokazałem jej mObywatela i dopiero wtedy podniosła głowę, żeby porównać zdjęcie widniejące na ekranie smartphone’a z moją szlachetną facjatą.
Krzyknąłem głośno i chciałem uciekać gdzie pieprz rośnie, ale nie mogłem się ruszyć – jakby jakaś siła sparaliżowała mnie od pasa w dół. Patrzyła na mnie para pustych oczodołów, osadzonych w czaszce przyozdobionej czerwoną szminką w miejscu, gdzie powinny znajdować się usta. Palce nieustannie tańczące na klawiaturze również pozbawione były ciała – długie tipsy przyklejono bezpośrednio do kości.
Upiorna recepcjonistka w żaden sposób nie zareagowała na moją panikę. Tym samym beznamiętnym tonem oznajmiła mi jedynie, że mam się udać do gabinetu numer jeden po prawej stronie na początku korytarza i czekać, aż doktor Piotr zaprosi mnie do środka. Odwróciłem się i jak po sznurku podreptałem pod wskazane drzwi. Kątem oka zauważyłem jeszcze niewielką, różową kosę, opartą o recepcję, na którą wcześniej jakimś cudem nie zwróciłem uwagi.
Nie zdążyłem usiąść na krześle dla oczekujących, kiedy drzwi gabinetu otworzyły się. Ze środka wyszła kobieta w średnim wieku z wielkim nożem wbitym w okolice serca. Z anielskim uśmiechem na twarzy spojrzała na mnie przelotnie, po czym szybko udała się w głąb korytarza, na końcu którego dostrzegłem bardzo jasne światło.
– Pan Michał, zapraszam do środka. – Usłyszałem tubalny głos, nie znoszący sprzeciwu.
W do bólu zwyczajnym gabinecie siedział starszy mężczyzna z długimi włosami i równie imponującą, siwą brodą. Na sobie miał białą szatę, będącą przedziwnym połączeniem lekarskiego kitla i starożytnej togi.
– Dzień dobry, eee… panie doktorze? – wykrztusiłem niepewnie.
Starzec uśmiechnął się pod nosem, po czym odpowiedział.
– Dzień dobry. Nie jestem doktorem, choć rozumiem, że takie pozory może stwarzać to miejsce. Chcieliśmy, żeby nasi pacjenci VIP nie doznali zbyt dużego szoku zaraz po śmierci, dlatego upodobniliśmy je do znanych żywym ludziom wzorców.
Zbladłem jeszcze bardziej, o ile w ogóle było to możliwe. Chciałem coś powiedzieć, otworzyłem nawet usta, ale z zaschniętego na amen gardła nie byłem w stanie wydobyć żadnego dźwięku. Nie-lekarz kontynuował.
– Nazywam się Piotr, Święty Piotr. Być może pan o mnie słyszał. Trafił pan tutaj, bo połowa tablicy Mendelejewa, którą postanowił pan sobie umilić piątkowy wieczór, okazała się zabójcza dla pańskiego nadwyrężonego podobnymi eksperymentami organizmu. Ma pan natomiast ogromne szczęście. W sensie nie dlatego, że pan umarł, ale dlatego, że ma pan taką fantastyczną babcię.
Patrzyłem na niego zdębiały, z gałami wywalonymi na wierzch jak po zażyciu białego proszku, którego nigdy sobie nie żałowałem. Zdołałem wykrztusić tylko:
– Yyy, babcia Jadzia?
– Nie inaczej. Ta święta kobieta przez ostatnie dwadzieścia lat modliła się żarliwie o dar łaski dla swojego marnotrawnego wnusia, który nie raczył jej nawet odwiedzić w innym celu, niż wyłudzenie pieniędzy na ćpanie. Niemniej jednak, to dzięki niej trafił pan do (tu Święty użył gestu, oznaczającego cudzysłów) „prywatnej” opieki pośmiertnej Lux Dead. Bez kolejek i w miłej atmosferze.
Ostatnie zdanie zabrzmiało jak tanie hasło reklamowe, ale tego dnia już nic nie było w stanie mnie zdziwić. W końcu nie żyję i rozmawiam ze Świętym Piotrem, a przed chwilą stałem twarzą w twarz z Kostuchą w wydaniu pink bitch. Przekonany o tym, że gorzej już być nie może, nabrałem wystarczająco dużo odwagi i pewności siebie, żeby zadać nurtujące mnie pytanie.
– Co dalej ze mną będzie?
Święty odwrócił się w stronę komputera, stojącego na biurku i jednym palcem z mozołem wpisywał coś do systemu, komentując pod nosem bardziej do siebie, niż do mnie:
– Zobaczmy, jak wygląda kartoteka pacjenta, hmmm…
Następnie spojrzał na mnie groźnie, odchrząknął i podjął oskarżycielskim tonem.
– Ciągłe narażanie na wyniszczenie swojego ciała, stworzonego na wzór i podobieństwo Pana, rozwiązłość, lenistwo, patologiczna mitomania i bardzo wiele innych objawów wskazujących na ciężką, nieuleczalną chorobę zwaną grzechem śmiertelnym. – Święty ani na chwilę nie wychodził z roli lekarza, chyba sprawiało mu to jakąś dziwną frajdę. – Powinienem wypisać panu od ręki skierowanie na bezterminowy pobyt w sali operacyjnej, gdzie próżno szukać anestezjologów czy sterylnych narzędzi, a zespołem specjalistów dowodzi doktor Lucyfer.
Spojrzał wymownie na miejsce pod krzesłem, na którym siedziałem. Odruchowo podążyłem za jego wzrokiem i spostrzegłem, że pode mną znajduje się właz, a raczej zapewne zapadnia, jak się po chwili domyśliłem. Ze szczelin pomiędzy nią a resztą podłogi przenikała czerwona poświata. Dopiero wtedy poczułem, że od spodu bije ciepło. Określenie „gorące krzesło” zyskało zupełnie nowy wymiar. Rozdziawiłem usta i pewnie bym zemdlał, gdyby nie fakt, że byłem martwy. Święty Piotr niewzruszony kontynuował.
– Ale… Ma pan wstawiennictwo babci Jadzi, a to okoliczność łagodząca. Poza tym uchowało się w panu kilka dobry cech, wbitych do głowy w dzieciństwie, jak chociażby punktualność. Nie bez znaczenia jest też zachowanie godne największej pochwały, czyli odpowiednio wczesne odwoływanie wizyt lekarskich, żeby inni pacjenci mogli skorzystać z wolnego terminu. Dlatego mam dla pana inną propozycję. Wypiszę skierowanie do sanatorium „Oczyszczenie”. Tam będzie mógł pan w komfortowych warunkach popracować nad kondycją swojej nieśmiertelnej duszy. Pytania?
Pokręciłem głową bez słowa.
– Świetnie, zatem na dzisiaj dziękuję i zapraszam do gabinetu numer dwa, w korytarzu po prawo, obok toalety. Tam się panem zajmą. A jak już skończą, proszę wrócić do mnie na przegląd – zastanowimy się, co dalej z panem począć. Do zobaczenia. Następny proszę!
Pożegnałem się grzecznie i wyszedłem, kierując kroki do wskazanego miejsca. Przed gabinetem Świętego Piotra czekał już kolejny „pacjent”; obrzuciłem go przelotnym spojrzeniem i zdębiałem. Nikczemny wzrost, poplamiony, czarny garnitur, pamiętający lata dziewięćdziesiąte, siwe kłaki wystające z nosa na dobry centymetr. Nie mogłem się mylić – to był Jarosław Kaczyński!
Niewidzialna siła pchała mnie do gabinetu numer dwa, ale zdołałem się jeszcze odwrócić, żeby popatrzeć na najwidoczniej już byłego prezesa. Ten wkroczył pewnym krokiem do pokoju zajmowanego przez Świętego Piotra, a drzwi za nim zatrzasnęły się z hukiem. Dostrzegłem jeszcze, że różowa Kostucha przekręca klucz w zamku i wykrzywia pokryte szminką miejsce na usta w makabrycznej karykaturze uśmiechu. Na koniec puściła do mnie oko, a właściwie, o zgrozo, oczodół. Zanim przeszedłem przez próg gabinetu numer dwa, zza zatrzaśniętych drzwi usłyszałem jeszcze dziwnie przymilny głos Świętego:
– Dzień dobry panie prezesie, proszę wygodnie rozsiąść się na krześle.
Cześć, jestem nowicjuszem, więc lepiej poczekaj na opinię kogoś bardziej ogarniętego.
Bardzo podobał mi się styl, dawno nie czytałem tak przyjemnych opisów tortur :)
Z błędów, które chyba są błędami:
Droga przebiegła mi niezwykle sprawnie – na mieście było kompletnie pusto, krajobraz skojarzył mi się z jakąś post apokaliptyczną wizją rodem z książek sci-fi. – to chyba łącznie
Na środku pozbawionej twarzy głowy nagle pojawił bezkształtny otwór, który po chwili przerodził się w coś w rodzaju obrzydliwego, wrednego uśmiechu. – tu pomiędzy chyba powinno być się
– Ciągłe narażanie na wyniszczenie swojego ciała, stworzonego na wzór i podobieństwa Pana, rozwiązłość, lenistwo, patologiczna mitomania i bardzo wiele innych objawów wskazujących na ciężką, nieuleczalną chorobę zwaną grzechem śmiertelnym. – chyba miało być na podobieństwo
Pozdrawiam serdecznie anonimowego użytkownika i życzę nie tylko miłego dnia, ale również sukcesu w konkursie.
Miło mi niezmiernie! A że początkujący tutaj nie znaczy, że nie znający się na rzeczy i tego będę się trzymał 
No i wygląda na to, że bardzo uważnie przeczytałeś tekst, bo czujne oko wyłapało faktycznie bardzo drobne błędy, które już poprawiłem.
Tym bardziej się cieszę i dziękuję za uwagi i dobre słowo.
Hej,
dziwna to była lektura. :)
Najpierw opis przeżywanych tortur, ale podany z dystansem i lekceważeniem, jakby przypalanie boków i poszczucie przerażonym szczurem, którego jedyna droga ucieczki przed gorącem wiedzie przez bebechy torturowanego, było igraszką. Przez to już na początku trudno było mi wejść w klimat.
Nawet jeżeli był to bad trip, to dlatego tak się je nazywa, że są brutalne dla głowy.
Potem część druga – bohater budzi się, orientuje się, że był to przegięty sen po psylocybinie i musi iść do lekarza. Część bardzo rozwleczona, jak na to, że gość po prostu gdzieś dotarł, a potem odbył krótką rozmowę ze Świętym Piotrem (który przedstawia się jak James Bond :D). Znów nieco wytrąciła mnie informacja, że grzybki go zabiły, bo to – zdaje się – absolutna rzadkość. Ale dobra, skoro były z nieznanego źródła, to może kupował sproszkowane i ktoś mu wcisnął do tego muchomory. Niech będzie.
Nagle babcia Jadzia, która spoza kadru ratuje bohatera przed wieczną męką.
I wreszcie to, czego każdy dobry tekst potrzebuje – niespodziewana puenta, zaskakująca i zostawiająca ze szczeną na ziemi. Donald, kurde, Trump. XD Co tu się wydarzyło, skąd pomysł, żeby go nagle wcisnąć w to opowiadanie?
Anonimie drogi, opowiedziałeś przedziwną historię, która cała brzmi jak jeden wielki trip po grzybach i zaczynam podejrzewać, że scena z pobudką wcale nie skończyła fazy. Opowieści tu za bardzo nie ma, bo kolejne wątki nie łączą się ze sobą niemal wcale, a bohater bierze je tak na chłodno, z takim reporterskim dystansem, że mam wrażenie, że to, co mu się dzieje, zupełnie go nie obchodzi – więc dlaczego miałoby obchodzić mnie?
A co, też zakończę niespodziewaną puentą.
DONALD TRUMP!!!
barniusz
Przede wszystkim dzięki za lekturę. No cóż, miało być dziwnie, tripowo-półsennie, nie bez powodu dałem tag absurdu :)
Opis tortur miał wprowadzić w czytelnika w błąd, odnośnie tego, o czym w ogóle będzie opowiadanie.
Przejazd przez puste miasto (podobnie jak potem samotny karawan i czarna kolorystyka standardowo zielonego logo) miał dać do myślenia, że coś jest nie tak – kto w końcu widział zupełnie puste miasto? ;) A przy okazji było to tło, żeby puścić oko do czytelnika i przejść przez kilka tytułów piosenek, które kojarzą się dość jednoznacznie.
To jest opis pojeba**** pomysłu na przejście na drugą stronę, z założenia absurdalny, zaskakujący i zabawny. Faktycznie ciężko tu o rozbudowaną fabułę.
A Donald Trump? W tej zupie grzybowej (nie) pasował po prostu idealnie ;)
Dzięki za wyjaśnienia! :)
W sumie to trochę bez sensu, że muszę tłumaczyć co autor miał na myśli – chyba coś nie pykło…
No nic, tak czy siak mam nadzieję, że mimo wszystko trochę rozwiałem wątpliwości :)

Hej ho!
Lekko napisane, momentami zabawnie. ;)
Chyba większym twistem byłoby, gdyby główny bohater naprawdę padł ofiarą jakiegoś brutalnego mordercy, a nie grzybków halucynogennych. Skoro przedawkował narkotyki, nie mam pojęcia, dlaczego musiałam czytać o tych wszystkich torturach, które okazują się jedynie snem czy też halucynacją. Nie mają wpływu na dalszą historię. A szkoda! Mogłeś to znów wpleść w fabułę.
Wątek z Jadzią mnie rozbawił. Doceńmy nasze babcie, bo ich miłość może dokonać niesamowitych rzeczy. :D I sam pomysł na umieranie w wersji „Lux”, a nie jakieś tam „na kasę chorych”, też jest na plus.
Za to końcówka wydaje mi się bardzo nietrafiona, a Trump wciśnięty na siłę. Mamy Michała, Jadźkę, ewidentnie polskie klimaty i nagle wyskakuje tu prezydent USA?

Wiem, że absurd i te sprawy, no ale zaszalałeś anonimie, zaszalałeś! :)
Pozdrawiam serdecznie
A mi się podobało. Lubię absurd i psychodeliczne odloty.
Ta recepcjonistka mnie urzekła 
Tylko no weź, nie rób grzybkom takiego pijaru. Ile by musiał zjeść, żeby się przekręcić? No chyba, że muchomora sromotnikowego 
Trump był trochę już za bardzo. Miałam przy nim takie WTF 
Bardzo Wam dziękuję za lekturę i w sumie dobre słowa!
Marszawa
Te tortury “od czapy” miały jak pisałem wyżej zmylić czytelnika co do tego, w którym śmierciowym kierunku powędruje historia.
UnaBomba
Anonim rozumiejąc bezdyskusyjną przewagę natury nad ludzkimi wytworami zamienił grzybki na piguły :D
Przeczytałxm tekst raz jeszcze i faktycznie Trump trochę nie pasuje. Dopisałem go po jakimś czasie, bo brakowało mi takiej truskawki na torcie, jak mówi klasyk. A że ch*** strasznie nie lubię, on pierwszy wpadł mi do głowy ;)
Ale… Wychodząc naprzeciw Waszym słusznym skądinąd powagą Anonim zmienił final bossa na zdecydowanie bardziej swojskiego :D
Dzięki za inspirację, teraz faktycznie jest dużo lepiej.
Witaj. :)
Wszelkie sugestie co do technikaliów są wyłącznie do przemyślenia.
Co jakiś czas zatrzymywały mnie powtórzenia różnych form takich wyrazów, jak: „moje/twoje/swoje”, „jeszcze”, a także czasowników „mieć” i „być”; tu przykłady:
Kiedy zbliżyłem się niebezpiecznie do granicy życia i śmierci, zaaplikował mi kolejną dawkę adrenaliny na pobudkę, jakiś specyfik na uspokojenie akcji serca, żeby jeszcze trochę wytrzymało oraz mieszankę różnego rodzaju trucizn, które swoim działaniem doprowadziły mnie do wielogodzinnej i bolesnej agonii. W międzyczasie w jego ambitnym planie znalazło się jeszcze miejsce na tak pospolite rozrywki jak obcięcie palców, języka oraz organów płciowych zardzewiałym sekatorem, oskalpowanie oraz nakłuwanie gałek ocznych grubą igłą, zakażoną wirusem HIV. (…)
Będę tak wspaniałomyślny i wyświadczę ci tę jedną, ostatnią przysługę, odpowiadając na twoje niezadane pytanie. Oczywiście nie dlatego, żeby zaspokoić twoją ciekawość, ale by nakarmić twój strach. Użyłem najobrzydliwszych technik nekromancji, by przywrócić do życia twoje sponiewierane, zwęglone ścierwo. Jedna śmierć to za mało, żebyś odpokutował za wszystkie swoje grzechy. (…)
Przejrzałem się w lustrze, ale szybko odwróciłem wzrok – byłem blady jak trup, oczy miałem podkrążone i zaczerwienione, a włosy w nieładzie. Nie miałem już czasu na układanie fryzury, więc tylko przeczesałem się dłonią i czym prędzej ruszyłem w drogę. (…)
To ostatnie wydało mi się w tej sytuacji szczególnie niedorzeczne, ale mój oprawca raczej nie był do końca zdrowy na umyśle, więc w sumie nic nie powinno mnie dziwić. Wielki finał był równie spektakularny – przestrzelenie kolan, wyprucie flaków (oczywiście tych, których nie skonsumował uprzednio szczur), podtopienie, podduszenie i jako wisienka na torcie – dekapitacja tępym mieczem oraz spalenie ciała, a raczej tego, co z niego pozostało. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, po tych wszystkich zabiegach znalazłem się znowu przykuty do kolczastego łóżka, a moje ciało było w jednym kawałku.
Inne sprawy:
Wbrew pozorom, jakie może stwarzać to miejsce, nie jestem doktorem. Chcieliśmy, żeby nasi pacjenci VIP nie doznali zbyt dużego szoku zaraz po śmierci, dlatego upodobniliśmy je do znanych żywym ludziom wzorców. – czy dobrze rozumiem – „je” odnosi się do „pozorów”? – upodobnili zatem pozory?
– Nazywam się Piotr, święty Piotr. Być może o mnie słyszałeś. Trafił pan tutaj, bo mieszanka grzybków, którą postanowił pan sobie umilić piątkowy wieczór, okazała się zabójcza dla pańskiego nadwyrężonego podobnymi eksperymentami organizmu. Ma pan natomiast ogromne szczęście. W sensie nie dlatego, że pan umarł, ale dlatego, że ma pan taką fantastyczną babcię. – czemu lekarz mówi do niego w tej samej wypowiedzi raz na „ty”, a raz – „per pan”?
Patrzyłem na niego zdębiały, z gałami wywalonymi na wierzch jak po zażyciu białego proszku, którego nigdy sobie nie żałowałem. Zdołałem wykrztusić z siebie tylko.
– Yyyy, babcia Jadzia? (przed wypowiedzią dwukropek zamiast kropki?)
Święty odwrócił się w stronę komputera, stojącego na jego biurku i jednym palcem z mozołem wpisywał coś do systemu, komentując pod nosem bardziej do siebie, niż do mnie.
– Zobaczmy, jak wygląda kartoteka pacjenta, hmmm… – tu podobnie?
Zanim przeszedłem przez próg gabinetu numer dwa, zza zatrzaśniętych drzwi usłyszałem jeszcze dziwnie przymilny głos Świętego.
– Dzień dobry panie prezydencie, proszę wygodnie rozsiąść się na krześle.
– i tutaj też?
Dzięki wstawiennictwu babci Jadzi i kilku dobrych cechach, wbitych panu do głowy w dzieciństwie oraz zachowaniu godnym pochwały, jak np. odpowiednio wczesne odwoływanie wizyt lekarskich, żeby inni pacjenci mogli skorzystać z wolnego terminu, mam dla pana inną propozycję. – składniowy?
Ta święta kobieta przez ostatnie 20 lat modliła się żarliwie o dar łaski dla swojego marnotrawnego wnusia, który nie raczył jej nawet odwiedzić w innym celu, niż wyłudzenie pieniędzy na ćpanie. – liczebniki w dialogach słownie?
Wprowadzony do opowiadania bohater – Ś/święty Piotr – jest zapisywany różnorako, co stwarza niepotrzebnie błędy ortograficzne i rzeczowe, bo nikt z Czytelników pojęcia nie ma, jak chcesz ostatecznie zapisać jego nazwę; przykłady:
Nazywam się Piotr, święty Piotr.
Niemniej jednak, to dzięki niej trafił pan do (tu Święty użył gestu, oznaczającego cudzysłów) „prywatnej” opieki pośmiertnej Lux Dead.
W końcu nie żyję i rozmawiam ze świętym Piotrem, a przed chwilą stałem twarzą w twarz z Kostuchą w wydaniu pink bitch.
Przed gabinetem świętego Piotra czekał już kolejny „pacjent”; obrzuciłem go przelotnym spojrzeniem i zdębiałem.
Zanim przeszedłem przez próg gabinetu numer dwa, zza zatrzaśniętych drzwi usłyszałem jeszcze dziwnie przymilny głos Świętego.
Tortury, opisywane na początku, od razu wprowadziły zabawną atmosferę, a mnie przypomniały fragment znakomitej komedii kryminalnej z Leslie Nielsenem (poniżej kadr z podobnego ciągu niefortunnych wydarzeń – gość nie miał prawa przeżyć, a jednak…). :)
(kadr z “Nagiej broni”, imdb.com)
Potem było także świetnie, pomysłowo i z humorem. :)
Zakończenie nieco urwane. Poczułam się, jakbym czytała arcyciekawą opowieść, przewróciła z zainteresowaniem kartkę, a nagle za nią znalazła pustkę. :) Być może jednak taki był Twój zamysł – aby pewne rzeczy pozostawić w domyśle. :)
Ogólnie pomysł na duuuży plus. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia, klik. :)
bruce
Dzięki za komentarz, praktycznie wszystkie poprawki uwzględniłem i na pewno to znacząco wpłynęło na jakość tekstu. Naprawdę nie wiem, jak Ty to robisz, że jesteś w stanie wyłapać tyle baboli w tekście przeczytanym przez autora dobrych kilka razy!
Z zakończeniem przyznaję miałem problem. Ciężko tę historię jakoś sensownie zamknąć, bo jest dość surrealistyczna i żadne moralitety ani inne twisty mi nie pasowały. Stąd, idąc głębiej w kierunku absurdu, postawiłem na takie rozwiązanie.
Bardzo dziękuję za klik!!! Cieszę się jak dziecko :)
Ukłony, Anonimie, za wszystkie dobre słowa. 
Wypisuję jedynie sugestie, nie mam niestety pewności co do większości z nich.
A sama, jak to zazwyczaj bywa, we własnych wypocinach nie dostrzegam żadnych, karygodnie postawionych błędów, i to dużo poważniejszych, zapewniam. :)
Pozdrawiam, powodzenia. 
O! Jarek pasuje zdecydowanie lepiej! Armia moherowych beretów na pewno wyprosiła dla niego wszystkie vipowskie dodatki w Lux Dead! :D
Też Ci kliknę do biblioteki :)
bruce
Ja wszystkie uwagi dokładnie przejrzałem i z pokorą przyjmuję jako bardzo sensowne. A swoich błędów faktycznie zazwyczaj się nie dostrzega i to nie tylko w kontekście pisania…
Marszawa
To nie jest szczera miłość, a ślepe uwielbienie, więc zapadnia pod krzesłem na niego czeka.
A za klik meeega dziękuję! :)
Pozdrawiam. 
Anonimie, podmiana grzybków na trójkątne piguły wyszła opowieści na dobre :) I miłościwie panujący na sam koniec też dowiózł. Tak w samej końcówce poczułam dreszcze z obrzydzenia, już bez WTF
Kliknę do biblioteki :)
Baaardzo się cieszę i mam to samo wrażenie :)
I dziękuję za klik, wychodzi mi z zaawansowanej kalkulacji, że mam już trzy ;)
Okazuje się, że o sprawach ostatecznych i przykrych można napisać w sposób żartobliwy i przyjemny. Wyjątkowo spodobał mi się finał, kiedy pod gabinetem numer jeden bohater natknął się na kolejnego „pacjenta”.
Zaskoczony popatrzyłem pytająco na mojego oprawcę. → Czy zaimek jest konieczny?
…założyłem ubrania rozrzucone po całym pokoju… → …założyłem ubranie rozrzucone po całym pokoju…
Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś zakłada to ubranie.
…trochę rockowej klasyki Stairway to Heaven i Highway to Hell, w Radiu Maryja U drzwi Twoich stoję, Panie. → …trochę rockowej klasyki „Stairway to Heaven” i „Highway to Hell”, w Radiu Maryja „U drzwi Twoich stoję, Panie”.
Tytuły ujmujemy w cudzysłów albo piszemy je kursywą.
– Dzień dobry, eee… panie doktorze? – wykrztusiłem z siebie niepewnie. → Zbędny zaimek – czy mógł to wyksztusić z kogoś innego?
…bo połowa Tablicy Mendelejewa… → …bo połowa tablicy Mendelejewa…
Zdołałem wykrztusić z siebie tylko: → Zbędny zaimek.
Święty odwrócił się w stronę komputera, stojącego na jego biurku… → Jak wyżej.
…drzwi za nim zatrzasnęły się z głośnym hukiem. → Zbędne dookreślenie – huk jest głośny z definicji.
regulatorzy
Cieszę się, że Ci się podobało na i liczę na klik ;)
Poza pierwszą uwagą, bo tu mi ten mój oprawca wydaje się zasadny, reszta poprawione, dzięki! Ciekawa sprawa z tym ubraniem, zastanawiałem się nad tym dłuższą chwilę, ale chyba masz rację.
Pozdrowionka!

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.
/Fryderyk II Wielki/
Nieźle pojechany tekst.
Opisy tortur wydawały mi się przydługie. Za to końcówka należycie zaskoczyła. Mam nadzieję, że tu już wstawiennictwo żadnej babci nie pomoże. Nawet kot może nic nie wskórać.
Aha, jeszcze dodam, że tytuł jakoś tak fonetycznie kojarzył mi się z angielskim looks. No i bohater rzeczywiście wygląda na martwego… ;-)
Finkla
Ogromne dzięki za przeczytanie i klik, baaardzo się cieszę, że tekst przypadł Ci do gustu!
A z tym looks dead niezłe skojarzenie, uśmiałem się przednio :)
Przede wszystkim brawa za tytuł, też na początku skojarzyło mi się z “looks dead” i spodziewałem się po tekście absurdu, chociaż cały wątek tortur nieco mnie zaskoczył.
Na początku wydawało mi się, że te makabryczne sceny są tylko po to, żeby zbić czytelnika z tropu, ale potem pojawiła się myśl, że być może to zapowiedź tego, co stałoby się z głównym bohaterem, gdyby nie wstawiennictwo cioci. Dzięki temu końcówka była pełna napięcia.
Podobał mi się pomysł na to, by dostosować życie pośmiertne do wzorców znanych “pacjentowi". Jestem ciekaw, czy każdy widzi coś innego.
Fladrif
Dzięki za przeczytanie i dobre słowo! To świetne, jak każdy Czytelnik trochę inaczej interpretuje konkretne wydarzenia i pewne
Dzięki za kliczek! Wleciałoby do Biblioteki, ale chyba nikt od dłuższego czasu nie klika za Użytkowników :(
Witam. Przy czytaniu miałem drobny problem z dziurami.
Na środku pozbawionej twarzy głowy nagle pojawił się bezkształtny otwór, który po chwili przerodził się w coś w rodzaju obrzydliwego, wrednego uśmiechu.
Jakoś dziwnie mi się czyta o dziurze, która się w coś przeradza. Może otwór mógłby przybrać kształt?
Otwór gębowy rozszerzył mu się tak, że zakrywał teraz prawie całą powierzchnię głowy…
Trudno mi sobie wyobrazić dziurę, która coś zakrywa. Chyba że to czarna dziura ;)
Proszę nie traktować moich uwag jako czepialstwa, tym bardziej że te fragmenty raczej mnie rozbawiły, niż przeszkodziły w lekturze. Rozumiem też, że pierwszoplanowemu narratorowi wolno pod tym względem więcej. Z drugiej strony, od takiego narratora czasem też wymaga się więcej, na przykład emocji, gdy jest torturowany. Torturujący tak się starał, tyle atrakcji przygotował, a na torturowanym żadnego wrażenia nie zrobił. Przez to na mnie również nie bardzo.
Mimo że nie trawię ani Kaczyńskiego, ani Trumpa, to końcówki też mi jakoś nie podeszły. Mam wrażenie, że zostały doklejone z braku lepszego pomysłu. Pozdrawiam.
Unfall
Dzięki za komentarz. Jako że dziury okazały się ku mojej wielkiej uciesze nie fabularne, szybko je poprawiłem, bo z uwagami się zgadzam.
Odnośnie zakończenia, jak pisałem wcześniej-pierwotnie go nie było, ale uznalxm, że nawet w luźnej opowiastce o wizji przejścia w zaświaty jakieś by się jednak przydało, padło więc na takie.
Przykro mi, że opowiadanie nie przypadło Ci do gustu – może kolejnym się uda :)
Witam!
Pierwsza scena (tortury, a potem zagrożenie wiecznymi torturami) przyciąga uwagę. Z jednej strony to dobrze, bo czytelnik raczej nie zaśnie, z drugiej w reszcie tekstu panuje zupełnie inny nastrój… skojarzyło mi się z dobrym zwiastunem średniego filmu :)
Reszta jest właśnie taka “średnia” – choć nieźle się ją czyta, są humorystyczne akcenty, jest budowanie świata. No właśnie – ta ekspozycja mogła służyć wprowadzeniu do właściwej akcji, ale historia kończy się w zasadzie w momencie, w którym wędrówka bohatera przez zaświaty dopiero się zaczyna.
Miałem wrażenie, że pointa z Jarosławem służyła zamknięciu czegoś, co jest rozgrzebane do połowy. Byłem ciekawy, co stanie się dalej, jak nasz bohater da sobie radę w sanatorium – czy istotnie się poprawi, czy będzie tam “czarną owcą”, a może zamiast poprawiać siebie zacznie (niechcący) prowadzić inne dusze na manowce.
Było zatem niezłe, choć przydługie rozpoczęcie, urwany środek i doklejony na siłę finał. A można było nawiązać do początku – wyobrażam sobie np. scenę, w której doprowadzony do furii przez głównego bohatera opiekun dusz zmienia się w oprawcę z pierwszej sceny. Trzymanie się limitu znaków mocno ograniczyło fabułę – może gdyby skrócić początkowe sceny, byłoby miejsce na rozwinięcie?
Raziło mnie zagęszczenie zaimków osobowych – mój, mnie, mi… wprawdzie w niektórych miejscach lepiej tak, niż iść w anglicyzmy, ale czułem wyraźny przesyt.
marzan
Dzięki za komentarz. Jak pisałem wcześniej, pierwsza scena miała za zadanie klimatycznie zmylić czytelnika. Nawiązuje potem do niej, ale nie jest to motyw przewodni, bo ten miał być i jest inny.
O doklejonym kaczorze też już pisałem, więc nie będę się powtarzał.
A co do zaimków przyznaję bez bicia, że mam z tym problem i obiecuje poprawę ;) Natomiast że to zło mniejsze od anglojęzycznych wtrąceń, nie mogę się nie zgodzić!