- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Lux Dead

Lux Dead

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Lux Dead

Ktoś chciał mnie zabić. Ale nie tak zwy­czaj­nie, o ile oczy­wi­ście za­bi­cie kogoś można w ogóle na­zwać zwy­czaj­nym. Czło­wiek bez twa­rzy i wło­sów, ubra­ny w do­sko­na­le ni­ja­kie spodnie, buty i ko­szu­lę mu­siał mnie na­praw­dę bar­dzo nie lubić.

Naj­pierw przy­kuł mnie do cze­goś na kształt że­la­znej dzie­wi­cy, tylko z od­kry­tym wie­kiem, wstrzyk­nął ad­re­na­li­nę, żebym nie ze­mdlał i tor­tu­ro­wał wsze­la­ki­mi wy­ra­fi­no­wa­ny­mi me­to­da­mi, jakie są znane ludz­ko­ści. Od po­spo­li­te­go przy­pa­la­nia boków i wy­ry­wa­nia pa­znok­ci, przez na­ci­na­nie naj­wraż­liw­szych czę­ści ciała i umiesz­cza­nie w nich lo­so­wo wy­bra­nych, ostrych przed­mio­tów, aż do chiń­skiej tor­tu­ry wod­nej. Ach, za­po­mniał­bym o me­ta­lo­wym pu­deł­ku z wy­głod­nia­łym szczu­rem, przy­mo­co­wa­nym do mo­je­go brzu­cha, który tym samym stał się dla gry­zo­nia je­dy­ną drogą uciecz­ki i przy oka­zji cał­kiem wy­kwint­ną ko­la­cją.

Kiedy zbli­ży­łem się nie­bez­piecz­nie do gra­ni­cy życia i śmier­ci, za­apli­ko­wał mi ko­lej­ną dawkę ad­re­na­li­ny na po­bud­kę, jakiś spe­cy­fik na uspo­ko­je­nie akcji serca, żeby jesz­cze tro­chę wy­trzy­ma­ło oraz mie­szan­kę róż­ne­go ro­dza­ju tru­cizn, które swoim dzia­ła­niem do­pro­wa­dzi­ły mnie do wie­lo­go­dzin­nej i bo­le­snej ago­nii. W mię­dzy­cza­sie w jego am­bit­nym pla­nie zna­la­zło się też miej­sce na tak po­spo­li­te roz­ryw­ki jak ob­cię­cie pal­ców, ję­zy­ka oraz or­ga­nów płcio­wych za­rdze­wia­łym se­ka­to­rem, oskal­po­wa­nie oraz na­kłu­wa­nie gałek ocznych grubą igłą, za­ka­żo­ną wi­ru­sem HIV. To ostat­nie wy­da­wało się w tej sy­tu­acji szcze­gól­nie nie­do­rzecz­ne, ale mój opraw­ca ra­czej nie należał do zdro­wych na umy­śle, więc w sumie nic nie po­win­no mnie dzi­wić.

Wiel­ki finał okazał się rów­nie spek­ta­ku­lar­ny – prze­strze­le­nie kolan, wy­pru­cie fla­ków (oczy­wi­ście tych, któ­rych nie skon­su­mo­wał uprzed­nio szczur), pod­to­pie­nie, pod­du­sze­nie i jako wi­sien­ka na tor­cie – de­ka­pi­ta­cja tępym mie­czem oraz spa­le­nie ciała, a ra­czej tego, co z niego po­zo­sta­ło.

Ku memu wiel­kie­mu zdzi­wie­niu, po tych wszyst­kich za­bie­gach zna­la­złem się znowu przy­ku­ty do kol­cza­ste­go łóżka, a moje ciało było w jed­nym ka­wał­ku. Za­sko­czo­ny po­pa­trzy­łem py­ta­ją­co na mo­je­go opraw­cę. Na środ­ku po­zba­wio­nej twa­rzy głowy nagle po­ja­wił się bez­kształt­ny otwór, który po chwi­li przybrał kształt czegoś w ro­dza­ju obrzy­dli­we­go, wred­ne­go uśmie­chu.

– Pew­nie za­sta­na­wiasz się, co się stało? Będę tak wspa­nia­ło­myśl­ny i wy­świad­czę ci tę jedną, ostat­nią przy­słu­gę, od­po­wia­da­jąc na nie­za­da­ne py­ta­nie. Oczy­wi­ście nie dla­te­go, żeby za­spo­ko­ić palącą cię cie­ka­wość, ale by na­kar­mić twój strach. Uży­łem naj­obrzy­dliw­szych tech­nik ne­kro­man­cji, by przy­wró­cić do życia to spo­nie­wie­ra­ne, zwę­glo­ne ścier­wo. Jedna śmierć to za mało, żebyś od­po­ku­to­wał za wszyst­kie popełnione grze­chy. Dla­te­go bę­dziesz prze­cho­dził przez to wszyst­ko, co ci zgo­to­wa­łem, aż do sa­me­go końca Świa­ta. Witaj w twoim małym, pry­wat­nym pie­kle!

Otwór gę­bo­wy roz­sze­rzył mu się na prawie całą po­wierzch­nię głowy, a z gar­dła wy­do­był się ma­ka­brycz­ny, ochry­pły, sza­leń­czy re­chot.

Obu­dzi­łem się cały blady i zlany zim­nym potem.

– Nigdy wię­cej nie wezmę już tych trójkątnych piguł. No, przy­naj­mniej tych z nie­spraw­dzo­ne­go źró­dła.

Po tej trud­nej do do­trzy­ma­nia obiet­ni­cy, zło­żo­nej sa­me­mu sobie, le­ni­wie prze­cią­gną­łem się, leżąc znowu we wła­snym łóżku. Za­czą­łem się za­sta­na­wiać, co będę robił z tak strasz­nie roz­po­czę­tą so­bo­tą, żeby jakoś ura­to­wać ten wolny dzień.

Me­cha­nicz­nie się­gną­łem po te­le­fon, który jak zwy­kle leżał na noc­nej szaf­ce. Nowa wia­do­mość SMS – przy­po­mnie­nie o wi­zy­cie u le­ka­rza. Za pół go­dzi­ny! Kom­plet­nie nie pa­mię­ta­łem, żebym za­pi­sy­wał się na jakąś kon­sul­ta­cję, zwłasz­cza w so­bo­tę rano, ale za­wsze byłem sta­now­czym prze­ciw­ni­kiem nie­sta­wia­nia się na umó­wio­ne spo­tka­nia – twar­de wy­cho­wa­nie po­zo­sta­wi­ło po sobie ślad. Szyb­ko więc ze­rwa­łem się na równe nogi, za­ło­ży­łem ubra­nie roz­rzu­co­ne po całym po­ko­ju (w tym przy­pad­ku wy­cho­wa­nie po­le­gło w walce z cha­rak­te­rem), umy­łem zęby i opłu­ka­łem twarz zimną wodą. Przej­rza­łem się w lu­strze, ale szyb­ko od­wró­ci­łem wzrok – byłem blady jak trup, pod­krą­żo­ne i za­czer­wie­nio­ne oczy patrzyły niemrawo, a włosy były w nie­ła­dzie. Nie mia­łem już czasu na ukła­da­nie fry­zu­ry, więc tylko prze­cze­sa­łem się dło­nią i czym prę­dzej ru­szy­łem w drogę.

Na szczę­ście pla­ców­ka, któ­rej adres do­sta­łem w SMS-ie, znaj­do­wa­ła się cał­kiem nie­da­le­ko mo­je­go miej­sca za­miesz­ka­nia. Droga prze­bie­gła mi nie­zwy­kle spraw­nie – na mie­ście było kom­plet­nie pusto, kra­jo­braz sko­ja­rzył mi się z jakąś postapo­ka­lip­tycz­ną wizją rodem z ksią­żek sci-fi. A może fan­ta­sy? Nigdy nie ro­zu­mia­łem róż­ni­cy po­mię­dzy jed­nym, a dru­gim.

Od­ru­cho­wo włą­czy­łem radio i za­czą­łem spraw­dzać sta­cje w po­szu­ki­wa­niu pio­se­nek, które bar­dzo lubię bądź które po pro­stu wpad­ną mi w ucho w danym mo­men­cie. Nie­ste­ty, na nic ta­kie­go nie tra­fi­łem – na jed­nym ka­na­le, za­pew­ne z mu­zy­ką kla­sycz­ną – marsz ża­łob­ny, na ko­lej­nych tro­chę roc­ko­wej kla­sy­ki – „Sta­ir­way to He­aven” i „Hi­gh­way to Hell”, w Radiu Ma­ry­ja „U drzwi Two­ich stoję, Panie”. Znie­chę­co­ny wci­sną­łem off i dal­szą część drogi prze­je­cha­łem w gro­bo­wej ciszy.

Na szczę­ście zaraz do­tar­łem do celu. Za­trzy­ma­łem się na pra­wie pu­stym par­kin­gu (stał tam tylko ka­ra­wan, dziw­ne…) i szyb­kim kro­kiem ru­szy­łem do je­dy­nych drzwi w bu­dyn­ku, który znaj­do­wał się pod wska­za­nym w wia­do­mo­ści ad­re­sem. Tro­chę zdzi­wi­ło mnie, że to nie przy­chod­nia NFZ, ale pry­wat­na prak­ty­ka le­kar­ska. Nie ko­ja­rzy­łem, żebym miał tam wy­ku­pio­ny jakiś abo­na­ment. Naj­wi­docz­niej po­trze­bo­wa­łem pil­nej po­mo­cy, więc nie mogąc li­czyć na pu­blicz­ną opie­kę zdro­wot­ną, zde­cy­do­wa­łem się wy­ło­żyć pie­nią­dze na wi­zy­tę pry­wat­ną. Nie­pa­mięć zaś zwa­li­łem na trudy wczo­raj­sze­go wie­czo­ra i dziar­sko ru­szy­łem przed sie­bie.

Nad drzwia­mi wid­nia­ło zna­jo­me logo z fi­ku­śnym krzy­żem. Wpraw­dzie było czar­ne, nie zie­lo­ne, jak je za­pa­mię­ta­łem, ale to też pew­nie za­słu­ga trójkątnych pigułek – po­my­śla­łem. Obok wid­niał napis w tym samym ko­lo­rze – Lux Dead.

W środ­ku zo­ba­czy­łem kla­sycz­ną re­cep­cję i rów­nie kla­sycz­ną, jak mi się z po­cząt­ku wy­da­wa­ło, re­cep­cjo­nist­kę. Czar­ny (czemu nie zie­lo­ny?) uni­form, tle­nio­ne blond włosy i ró­żo­we tipsy, któ­ry­mi dziew­czy­na ży­wio­ło­wo wy­stu­ki­wa­ła coś na kla­wia­tu­rze kom­pu­te­ra.

Kiedy do niej pod­sze­dłem, nie ode­rwa­ła się ani na mo­ment od swo­je­go za­ję­cia, tylko tro­chę dziw­nym, jakby me­ta­licz­nym gło­sem po­pro­si­ła mnie o dowód oso­bi­sty. Po­ka­za­łem jej mO­by­wa­te­la i do­pie­ro wtedy pod­nio­sła głowę, żeby po­rów­nać zdję­cie wid­nie­ją­ce na ekra­nie smart­pho­ne’a z moją szla­chet­ną fa­cja­tą.

Krzyk­ną­łem gło­śno i chcia­łem ucie­kać gdzie pieprz ro­śnie, ale nie mo­głem się ru­szyć – jakby jakaś siła spa­ra­li­żo­wa­ła mnie od pasa w dół. Pa­trzy­ła na mnie para pu­stych oczo­do­łów, osa­dzo­nych w czasz­ce przy­ozdo­bio­nej czer­wo­ną szmin­ką w miej­scu, gdzie po­win­ny znaj­do­wać się usta. Palce nie­ustan­nie tań­czą­ce na kla­wia­tu­rze rów­nież po­zba­wio­ne były ciała – dłu­gie tipsy przy­kle­jo­no bez­po­śred­nio do kości.

Upior­na re­cep­cjo­nist­ka w żaden spo­sób nie za­re­ago­wa­ła na moją pa­ni­kę. Tym samym bez­na­mięt­nym tonem oznaj­mi­ła mi je­dy­nie, że mam się udać do ga­bi­ne­tu numer jeden po pra­wej stro­nie na po­cząt­ku ko­ry­ta­rza i cze­kać, aż dok­tor Piotr za­pro­si mnie do środ­ka. Od­wró­ci­łem się i jak po sznur­ku po­drep­ta­łem pod wska­za­ne drzwi. Kątem oka za­uwa­ży­łem jesz­cze nie­wiel­ką, ró­żo­wą kosę, opar­tą o re­cep­cję, na którą wcze­śniej ja­kimś cudem nie zwró­ci­łem uwagi.

Nie zdą­ży­łem usiąść na krze­śle dla ocze­ku­ją­cych, kiedy drzwi ga­bi­ne­tu otwo­rzy­ły się. Ze środ­ka wy­szła ko­bie­ta w śred­nim wieku z wiel­kim nożem wbi­tym w oko­li­ce serca. Z aniel­skim uśmie­chem na twa­rzy spoj­rza­ła na mnie prze­lot­nie, po czym szyb­ko udała się w głąb ko­ry­ta­rza, na końcu któ­re­go do­strze­głem bar­dzo jasne świa­tło.

– Pan Mi­chał, za­pra­szam do środ­ka. – Usły­sza­łem tu­bal­ny głos, nie zno­szą­cy sprze­ci­wu.

W do bólu zwy­czaj­nym ga­bi­ne­cie sie­dział star­szy męż­czy­zna z dłu­gi­mi wło­sa­mi i rów­nie im­po­nu­ją­cą, siwą brodą. Na sobie miał białą szatę, bę­dą­cą prze­dziw­nym po­łą­cze­niem le­kar­skie­go kitla i sta­ro­żyt­nej togi.

– Dzień dobry, eee… panie dok­to­rze? – wy­krztu­si­łem nie­pew­nie.

Sta­rzec uśmiech­nął się pod nosem, po czym od­po­wie­dział.

– Dzień dobry. Nie jestem doktorem, choć rozumiem, że takie pozory może stwarzać to miejsce. Chcie­li­śmy, żeby nasi pa­cjen­ci VIP nie do­zna­li zbyt du­że­go szoku zaraz po śmier­ci, dla­te­go upodob­ni­li­śmy je do zna­nych żywym lu­dziom wzor­ców.

Zbla­dłem jesz­cze bar­dziej, o ile w ogóle było to moż­li­we. Chcia­łem coś po­wie­dzieć, otwo­rzy­łem nawet usta, ale z za­schnię­te­go na amen gar­dła nie byłem w sta­nie wy­do­być żad­ne­go dźwię­ku. Nie-le­karz kon­ty­nu­ował.

– Na­zy­wam się Piotr, Świę­ty Piotr. Być może pan o mnie słyszał. Tra­fił pan tutaj, bo połowa tablicy Mendelejewa, którą po­sta­no­wił pan sobie umi­lić piąt­ko­wy wie­czór, oka­za­ła się za­bój­cza dla pań­skie­go nad­wy­rę­żo­ne­go po­dob­ny­mi eks­pe­ry­men­ta­mi or­ga­ni­zmu. Ma pan na­to­miast ogrom­ne szczę­ście. W sen­sie nie dla­te­go, że pan umarł, ale dla­te­go, że ma pan taką fan­ta­stycz­ną bab­cię.

Pa­trzy­łem na niego zdę­bia­ły, z ga­ła­mi wy­wa­lo­ny­mi na wierzch jak po za­ży­ciu bia­łe­go prosz­ku, któ­re­go nigdy sobie nie ża­ło­wa­łem. Zdo­ła­łem wy­krztu­sić tylko:

– Yyy, bab­cia Ja­dzia?

– Nie ina­czej. Ta świę­ta ko­bie­ta przez ostat­nie dwadzieścia lat mo­dli­ła się żar­li­wie o dar łaski dla swo­je­go mar­no­traw­ne­go wnu­sia, który nie ra­czył jej nawet od­wie­dzić w innym celu, niż wy­łu­dze­nie pie­nię­dzy na ćpa­nie. Nie­mniej jed­nak, to dzię­ki niej tra­fił pan do (tu Świę­ty użył gestu, ozna­cza­ją­ce­go cu­dzy­słów) „pry­wat­nej” opie­ki po­śmiert­nej Lux Dead. Bez ko­le­jek i w miłej at­mos­fe­rze.

Ostat­nie zda­nie za­brzmia­ło jak tanie hasło re­kla­mo­we, ale tego dnia już nic nie było w sta­nie mnie zdzi­wić. W końcu nie żyję i roz­ma­wiam ze Świę­tym Pio­trem, a przed chwi­lą sta­łem twa­rzą w twarz z Ko­stu­chą w wy­da­niu pink bitch. Prze­ko­na­ny o tym, że go­rzej już być nie może, na­bra­łem wy­star­cza­ją­co dużo od­wa­gi i pew­no­ści sie­bie, żeby zadać nur­tu­ją­ce mnie py­ta­nie.

– Co dalej ze mną bę­dzie?

Świę­ty od­wró­cił się w stro­nę kom­pu­te­ra, sto­ją­ce­go na biur­ku i jed­nym pal­cem z mo­zo­łem wpi­sy­wał coś do sys­te­mu, ko­men­tu­jąc pod nosem bar­dziej do sie­bie, niż do mnie:

– Zo­bacz­my, jak wy­glą­da kar­to­te­ka pa­cjen­ta, hmmm…

Na­stęp­nie spoj­rzał na mnie groź­nie, od­chrząk­nął i pod­jął oskar­ży­ciel­skim tonem.

– Cią­głe na­ra­ża­nie na wy­nisz­cze­nie swo­je­go ciała, stwo­rzo­ne­go na wzór i po­do­bień­stwo Pana, roz­wią­złość, le­ni­stwo, pa­to­lo­gicz­na mi­to­ma­nia i bar­dzo wiele in­nych ob­ja­wów wska­zu­ją­cych na cięż­ką, nie­ule­czal­ną cho­ro­bę zwaną grze­chem śmier­tel­nym. – Świę­ty ani na chwi­lę nie wy­cho­dził z roli le­ka­rza, chyba spra­wia­ło mu to jakąś dziw­ną fraj­dę. – Po­wi­nie­nem wy­pi­sać panu od ręki skie­ro­wa­nie na bez­ter­mi­no­wy pobyt w sali ope­ra­cyj­nej, gdzie próż­no szu­kać ane­ste­zjo­lo­gów czy ste­ryl­nych na­rzę­dzi, a ze­spo­łem spe­cja­li­stów do­wo­dzi dok­tor Lu­cy­fer.

Spoj­rzał wy­mow­nie na miej­sce pod krze­słem, na któ­rym sie­dzia­łem. Od­ru­cho­wo po­dą­ży­łem za jego wzro­kiem i spo­strze­głem, że pode mną znaj­du­je się właz, a ra­czej za­pew­ne za­pad­nia, jak się po chwi­li do­my­śli­łem. Ze szcze­lin po­mię­dzy nią a resz­tą pod­ło­gi prze­ni­ka­ła czer­wo­na po­świa­ta. Do­pie­ro wtedy po­czu­łem, że od spodu bije cie­pło. Okre­śle­nie „go­rą­ce krze­sło” zy­ska­ło zu­peł­nie nowy wy­miar. Roz­dzia­wi­łem usta i pew­nie bym ze­mdlał, gdyby nie fakt, że byłem mar­twy. Świę­ty Piotr nie­wzru­szo­ny kon­ty­nu­ował.

– Ale… Ma pan wsta­wien­nic­two babci Jadzi, a to okoliczność łagodząca. Poza tym uchowało się w panu kilka dobry cech, wbi­tych do głowy w dzie­ciń­stwie, jak chociażby punktualność. Nie bez znaczenia jest też za­cho­wa­nie god­ne największej po­chwa­ły, czyli od­po­wied­nio wcze­sne od­wo­ły­wa­nie wizyt le­kar­skich, żeby inni pa­cjen­ci mogli sko­rzy­stać z wol­ne­go ter­mi­nu. Dlatego mam dla pana inną pro­po­zy­cję. Wy­pi­szę skie­ro­wa­nie do sa­na­to­rium „Oczysz­cze­nie”. Tam bę­dzie mógł pan w kom­for­to­wych wa­run­kach po­pra­co­wać nad kon­dy­cją swo­jej nie­śmier­tel­nej duszy. Py­ta­nia?

Po­krę­ci­łem głową bez słowa.

– Świet­nie, zatem na dzi­siaj dzię­ku­ję i za­pra­szam do ga­bi­ne­tu numer dwa, w ko­ry­ta­rzu po prawo, obok to­a­le­ty. Tam się panem zajmą. A jak już skoń­czą, pro­szę wró­cić do mnie na prze­gląd – za­sta­no­wi­my się, co dalej z panem po­cząć. Do zo­ba­cze­nia. Na­stęp­ny pro­szę!

Po­że­gna­łem się grzecz­nie i wy­sze­dłem, kie­ru­jąc kroki do wska­za­ne­go miej­sca. Przed ga­bi­ne­tem Świę­te­go Pio­tra cze­kał już ko­lej­ny „pa­cjent”; ob­rzu­ci­łem go prze­lot­nym spoj­rze­niem i zdę­bia­łem. Nikczemny wzrost, poplamiony, czarny garnitur, pamiętający lata dziewięćdziesiąte, siwe kłaki wystające z nosa na dobry centymetr. Nie mo­głem się mylić – to był Jarosław Kaczyński!

Nie­wi­dzial­na siła pcha­ła mnie do ga­bi­ne­tu numer dwa, ale zdo­ła­łem się jesz­cze od­wró­cić, żeby po­pa­trzeć na naj­wi­docz­niej już by­łe­go prezesa. Ten wkro­czył pew­nym kro­kiem do po­ko­ju zaj­mo­wa­ne­go przez Świę­te­go Pio­tra, a drzwi za nim za­trza­snę­ły się z hu­kiem. Do­strze­głem jesz­cze, że ró­żo­wa Ko­stu­cha prze­krę­ca klucz w zamku i wy­krzy­wia po­kry­te szmin­ką miej­sce na usta w ma­ka­brycz­nej ka­ry­ka­tu­rze uśmie­chu. Na ko­niec pu­ści­ła do mnie oko, a wła­ści­wie, o zgro­zo, oczo­dół. Zanim prze­sze­dłem przez próg ga­bi­ne­tu numer dwa, zza za­trza­śnię­tych drzwi usły­sza­łem jesz­cze dziw­nie przy­mil­ny głos Świę­te­go:

– Dzień dobry panie prezesie, pro­szę wy­god­nie roz­siąść się na krze­śle.

Koniec

Komentarze

Cześć, jestem nowicjuszem, więc lepiej poczekaj na opinię kogoś bardziej ogarniętego.

 

Bardzo podobał mi się styl, dawno nie czytałem tak przyjemnych opisów tortur :)

 

Z błędów, które chyba są błędami:

 

Droga przebiegła mi niezwykle sprawnie – na mieście było kompletnie pusto, krajobraz skojarzył mi się z jakąś post apokaliptyczną wizją rodem z książek sci-fi.​ –  to chyba łącznie

 

Na środku pozbawionej twarzy głowy nagle pojawił bezkształtny otwór, który po chwili przerodził się w coś w rodzaju obrzydliwego, wrednego uśmiechu. –  tu pomiędzy chyba powinno być się

 

– Ciągłe narażanie na wyniszczenie swojego ciała, stworzonego na wzór i podobieństwa Pana, rozwiązłość, lenistwo, patologiczna mitomania i bardzo wiele innych objawów wskazujących na ciężką, nieuleczalną chorobę zwaną grzechem śmiertelnym. –  chyba miało być na podobieństwo

 

Pozdrawiam serdecznie anonimowego użytkownika i życzę nie tylko miłego dnia, ale również sukcesu w konkursie.

Miło mi niezmiernie! A że początkujący tutaj nie znaczy, że nie znający się na rzeczy i tego będę się trzymał wink

No i wygląda na to, że bardzo uważnie przeczytałeś tekst, bo czujne oko wyłapało faktycznie bardzo drobne błędy, które już poprawiłem.

Tym bardziej się cieszę i dziękuję za uwagi i dobre słowo.

Hej,

dziwna to była lektura. :)

Najpierw opis przeżywanych tortur, ale podany z dystansem i lekceważeniem, jakby przypalanie boków i poszczucie przerażonym szczurem, którego jedyna droga ucieczki przed gorącem wiedzie przez bebechy torturowanego, było igraszką. Przez to już na początku trudno było mi wejść w klimat.

Nawet jeżeli był to bad trip, to dlatego tak się je nazywa, że są brutalne dla głowy. 

Potem część druga – bohater budzi się, orientuje się, że był to przegięty sen po psylocybinie i musi iść do lekarza. Część bardzo rozwleczona, jak na to, że gość po prostu gdzieś dotarł, a potem odbył krótką rozmowę ze Świętym Piotrem (który przedstawia się jak James Bond :D). Znów nieco wytrąciła mnie informacja, że grzybki go zabiły, bo to – zdaje się – absolutna rzadkość. Ale dobra, skoro były z nieznanego źródła, to może kupował sproszkowane i ktoś mu wcisnął do tego muchomory. Niech będzie.

Nagle babcia Jadzia, która spoza kadru ratuje bohatera przed wieczną męką.

I wreszcie to, czego każdy dobry tekst potrzebuje – niespodziewana puenta, zaskakująca i zostawiająca ze szczeną na ziemi. Donald, kurde, Trump. XD Co tu się wydarzyło, skąd pomysł, żeby go nagle wcisnąć w to opowiadanie?

Anonimie drogi, opowiedziałeś przedziwną historię, która cała brzmi jak jeden wielki trip po grzybach i zaczynam podejrzewać, że scena z pobudką wcale nie skończyła fazy. Opowieści tu za bardzo nie ma, bo kolejne wątki nie łączą się ze sobą niemal wcale, a bohater bierze je tak na chłodno, z takim reporterskim dystansem, że mam wrażenie, że to, co mu się dzieje, zupełnie go nie obchodzi – więc dlaczego miałoby obchodzić mnie?

A co, też zakończę niespodziewaną puentą.

DONALD TRUMP!!!

barniusz

 

Przede wszystkim dzięki za lekturę. No cóż, miało być dziwnie, tripowo-półsennie, nie bez powodu dałem tag absurdu :)

Opis tortur miał wprowadzić w czytelnika w błąd, odnośnie tego, o czym w ogóle będzie opowiadanie. 

Przejazd przez puste miasto (podobnie jak potem samotny karawan i czarna kolorystyka standardowo zielonego logo) miał dać do myślenia, że coś jest nie tak – kto w końcu widział zupełnie puste miasto? ;) A przy okazji było to tło, żeby puścić oko do czytelnika i przejść przez kilka tytułów piosenek, które kojarzą się dość jednoznacznie.

To jest opis pojeba**** pomysłu na przejście na drugą stronę, z założenia absurdalny, zaskakujący i zabawny. Faktycznie ciężko tu o rozbudowaną fabułę.

A Donald Trump? W tej zupie grzybowej (nie) pasował po prostu idealnie ;)

Dzięki za wyjaśnienia! :) 

W sumie to trochę bez sensu, że muszę tłumaczyć co autor miał na myśli – chyba coś nie pykło…

 

No nic, tak czy siak mam nadzieję, że mimo wszystko trochę rozwiałem wątpliwości :)

Hej ho! 

Lekko napisane, momentami zabawnie. ;) 

Chyba większym twistem byłoby, gdyby główny bohater naprawdę padł ofiarą jakiegoś brutalnego mordercy, a nie grzybków halucynogennych. Skoro przedawkował narkotyki, nie mam pojęcia, dlaczego musiałam czytać o tych wszystkich torturach, które okazują się jedynie snem czy też halucynacją. Nie mają wpływu na dalszą historię. A szkoda! Mogłeś to znów wpleść w fabułę. 

Wątek z Jadzią mnie rozbawił. Doceńmy nasze babcie, bo ich miłość może dokonać niesamowitych rzeczy. :D I sam pomysł na umieranie w wersji „Lux”, a nie jakieś tam „na kasę chorych”, też jest na plus.

Za to końcówka wydaje mi się bardzo nietrafiona, a Trump wciśnięty na siłę. Mamy Michała, Jadźkę, ewidentnie polskie klimaty i nagle wyskakuje tu prezydent USA?

 

Wiem, że absurd i te sprawy, no ale zaszalałeś anonimie, zaszalałeś! :) 

 

Pozdrawiam serdecznie

A mi się podobało. Lubię absurd i psychodeliczne odloty.

Ta recepcjonistka mnie urzekła wink

Tylko no weź, nie rób grzybkom takiego pijaru. Ile by musiał zjeść, żeby się przekręcić? No chyba, że muchomora sromotnikowego wink

 

Trump był trochę już za bardzo. Miałam przy nim takie WTF devil

Bardzo Wam dziękuję za lekturę i w sumie dobre słowa!

 

Marszawa

Te tortury “od czapy” miały jak pisałem wyżej zmylić czytelnika co do tego, w którym śmierciowym kierunku powędruje historia. 

 

UnaBomba

Anonim rozumiejąc bezdyskusyjną przewagę natury nad ludzkimi wytworami zamienił grzybki na piguły :D

 

Przeczytałxm tekst raz jeszcze i faktycznie Trump trochę nie pasuje. Dopisałem go po jakimś czasie, bo brakowało mi takiej truskawki na torcie, jak mówi klasyk. A że ch*** strasznie nie lubię, on pierwszy wpadł mi do głowy ;)

Ale… Wychodząc naprzeciw Waszym słusznym skądinąd powagą Anonim zmienił final bossa na zdecydowanie bardziej swojskiego :D

Dzięki za inspirację, teraz faktycznie jest dużo lepiej.

Witaj. :)

Wszelkie sugestie co do technikaliów są wyłącznie do przemyślenia.

Co jakiś czas zatrzymywały mnie powtórzenia różnych form takich wyrazów, jak: „moje/twoje/swoje”, „jeszcze”, a także czasowników „mieć” i „być”; tu przykłady:

Kiedy zbliżyłem się niebezpiecznie do granicy życia i śmierci, zaaplikował mi kolejną dawkę adrenaliny na pobudkę, jakiś specyfik na uspokojenie akcji serca, żeby jeszcze trochę wytrzymało oraz mieszankę różnego rodzaju trucizn, które swoim działaniem doprowadziły mnie do wielogodzinnej i bolesnej agonii. W międzyczasie w jego ambitnym planie znalazło się jeszcze miejsce na tak pospolite rozrywki jak obcięcie palców, języka oraz organów płciowych zardzewiałym sekatorem, oskalpowanie oraz nakłuwanie gałek ocznych grubą igłą, zakażoną wirusem HIV. (…)

Będę tak wspaniałomyślny i wyświadczę ci tę jedną, ostatnią przysługę, odpowiadając na twoje niezadane pytanie. Oczywiście nie dlatego, żeby zaspokoić twoją ciekawość, ale by nakarmić twój strach. Użyłem najobrzydliwszych technik nekromancji, by przywrócić do życia twoje sponiewierane, zwęglone ścierwo. Jedna śmierć to za mało, żebyś odpokutował za wszystkie swoje grzechy. (…)

Przejrzałem się w lustrze, ale szybko odwróciłem wzrok – byłem blady jak trup, oczy miałem podkrążone i zaczerwienione, a włosy w nieładzie. Nie miałem już czasu na układanie fryzury, więc tylko przeczesałem się dłonią i czym prędzej ruszyłem w drogę. (…)

To ostatnie wydało mi się w tej sytuacji szczególnie niedorzeczne, ale mój oprawca raczej nie był do końca zdrowy na umyśle, więc w sumie nic nie powinno mnie dziwić. Wielki finał był równie spektakularny – przestrzelenie kolan, wyprucie flaków (oczywiście tych, których nie skonsumował uprzednio szczur), podtopienie, podduszenie i jako wisienka na torcie – dekapitacja tępym mieczem oraz spalenie ciała, a raczej tego, co z niego pozostało. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, po tych wszystkich zabiegach znalazłem się znowu przykuty do kolczastego łóżka, a moje ciało było w jednym kawałku.

 

Inne sprawy:

Wbrew pozorom, jakie może stwarzać to miejsce, nie jestem doktorem. Chcieliśmy, żeby nasi pacjenci VIP nie doznali zbyt dużego szoku zaraz po śmierci, dlatego upodobniliśmy je do znanych żywym ludziom wzorców. – czy dobrze rozumiem – „je” odnosi się do „pozorów”? – upodobnili zatem pozory?

– Nazywam się Piotr, święty Piotr. Być może o mnie słyszałeś. Trafił pan tutaj, bo mieszanka grzybków, którą postanowił pan sobie umilić piątkowy wieczór, okazała się zabójcza dla pańskiego nadwyrężonego podobnymi eksperymentami organizmu. Ma pan natomiast ogromne szczęście. W sensie nie dlatego, że pan umarł, ale dlatego, że ma pan taką fantastyczną babcię. – czemu lekarz mówi do niego w tej samej wypowiedzi raz na „ty”, a raz – „per pan”?

 

Patrzyłem na niego zdębiały, z gałami wywalonymi na wierzch jak po zażyciu białego proszku, którego nigdy sobie nie żałowałem. Zdołałem wykrztusić z siebie tylko.

– Yyyy, babcia Jadzia? (przed wypowiedzią dwukropek zamiast kropki?)

 

Święty odwrócił się w stronę komputera, stojącego na jego biurku i jednym palcem z mozołem wpisywał coś do systemu, komentując pod nosem bardziej do siebie, niż do mnie.

– Zobaczmy, jak wygląda kartoteka pacjenta, hmmm… – tu podobnie?

 

Zanim przeszedłem przez próg gabinetu numer dwa, zza zatrzaśniętych drzwi usłyszałem jeszcze dziwnie przymilny głos Świętego.

– Dzień dobry panie prezydencie, proszę wygodnie rozsiąść się na krześle.

– i tutaj też?

 

Dzięki wstawiennictwu babci Jadzi i kilku dobrych cechach, wbitych panu do głowy w dzieciństwie oraz zachowaniu godnym pochwały, jak np. odpowiednio wczesne odwoływanie wizyt lekarskich, żeby inni pacjenci mogli skorzystać z wolnego terminu, mam dla pana inną propozycję. – składniowy?

 

 

Ta święta kobieta przez ostatnie 20 lat modliła się żarliwie o dar łaski dla swojego marnotrawnego wnusia, który nie raczył jej nawet odwiedzić w innym celu, niż wyłudzenie pieniędzy na ćpanie. – liczebniki w dialogach słownie?

 

 

Wprowadzony do opowiadania bohater – Ś/święty Piotr jest zapisywany różnorako, co stwarza niepotrzebnie błędy ortograficzne i rzeczowe, bo nikt z Czytelników pojęcia nie ma, jak chcesz ostatecznie zapisać jego nazwę; przykłady:

Nazywam się Piotr, święty Piotr.

Niemniej jednak, to dzięki niej trafił pan do (tu Święty użył gestu, oznaczającego cudzysłów) „prywatnej” opieki pośmiertnej Lux Dead.

W końcu nie żyję i rozmawiam ze świętym Piotrem, a przed chwilą stałem twarzą w twarz z Kostuchą w wydaniu pink bitch.

Przed gabinetem świętego Piotra czekał już kolejny „pacjent”; obrzuciłem go przelotnym spojrzeniem i zdębiałem.

Zanim przeszedłem przez próg gabinetu numer dwa, zza zatrzaśniętych drzwi usłyszałem jeszcze dziwnie przymilny głos Świętego.

 

 

 

 

Tortury, opisywane na początku, od razu wprowadziły zabawną atmosferę, a mnie przypomniały fragment znakomitej komedii kryminalnej z Leslie Nielsenem (poniżej kadr z podobnego ciągu niefortunnych wydarzeń – gość nie miał prawa przeżyć, a jednak…). :)

 

 

 

 

(kadr z “Nagiej broni”, imdb.com)

 

Potem było także świetnie, pomysłowo i z humorem. :)

Zakończenie nieco urwane. Poczułam się, jakbym czytała arcyciekawą opowieść, przewróciła z zainteresowaniem kartkę, a nagle za nią znalazła pustkę. :) Być może jednak taki był Twój zamysł – aby pewne rzeczy pozostawić w domyśle. :)

Ogólnie pomysł na duuuży plus. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia, klik. :)

bruce

 

Dzięki za komentarz, praktycznie wszystkie poprawki uwzględniłem i na pewno to znacząco wpłynęło na jakość tekstu. Naprawdę nie wiem, jak Ty to robisz, że jesteś w stanie wyłapać tyle baboli w tekście przeczytanym przez autora dobrych kilka razy!

 

Z zakończeniem przyznaję miałem problem. Ciężko tę historię jakoś sensownie zamknąć, bo jest dość surrealistyczna i żadne moralitety ani inne twisty mi nie pasowały. Stąd, idąc głębiej w kierunku absurdu, postawiłem na takie rozwiązanie.

 

Bardzo dziękuję za klik!!! Cieszę się jak dziecko :)

Ukłony, Anonimie, za wszystkie dobre słowa. heart

Wypisuję jedynie sugestie, nie mam niestety pewności co do większości z nich. blush A sama, jak to zazwyczaj bywa, we własnych wypocinach nie dostrzegam żadnych, karygodnie postawionych błędów, i to dużo poważniejszych, zapewniam. :) 

Pozdrawiam, powodzenia. smiley

O! Jarek pasuje zdecydowanie lepiej! Armia moherowych beretów na pewno wyprosiła dla niego wszystkie vipowskie dodatki w Lux Dead! :D 

Też Ci kliknę do biblioteki :) 

 

bruce

Ja wszystkie uwagi dokładnie przejrzałem i z pokorą przyjmuję jako bardzo sensowne. A swoich błędów faktycznie zazwyczaj się nie dostrzega i to nie tylko w kontekście pisania…

 

Marszawa

To nie jest szczera miłość, a ślepe uwielbienie, więc zapadnia pod krzesłem na niego czeka.

A za klik meeega dziękuję! :)

Pozdrawiam. heart

Anonimie, podmiana grzybków na trójkątne piguły wyszła opowieści na dobre :) I miłościwie panujący na sam koniec też dowiózł. Tak w samej końcówce poczułam dreszcze z obrzydzenia, już bez WTF wink 

Kliknę do biblioteki :)

Baaardzo się cieszę i mam to samo wrażenie :)

 

I dziękuję za klik, wychodzi mi z zaawansowanej kalkulacji, że mam już trzy ;)

Okazuje się, że o sprawach ostatecznych i przykrych można napisać w sposób żartobliwy i przyjemny. Wyjątkowo spodobał mi się finał, kiedy pod gabinetem numer jeden bohater natknął się na kolejnego „pacjenta”.

 

Za­sko­czo­ny po­pa­trzy­łem py­ta­ją­co na mo­je­go opraw­cę. → Czy zaimek jest konieczny?

 

za­ło­ży­łem ubra­nia roz­rzu­co­ne po całym po­ko­ju… → …za­ło­ży­łem ubra­nie roz­rzu­co­ne po całym po­ko­ju

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś zakłada to ubranie.

 

tro­chę roc­ko­wej kla­sy­ki Sta­ir­way to He­aven i Hi­gh­way to Hell, w Radiu Ma­ry­ja U drzwi Two­ich stoję, Panie. → …tro­chę roc­ko­wej kla­sy­ki Sta­ir­way to He­avenHi­gh­way to Hell, w Radiu Ma­ry­ja U drzwi Two­ich stoję, Panie.

Tytuły ujmujemy w cudzysłów albo piszemy je kursywą.

 

– Dzień dobry, eee… panie dok­to­rze? – wy­krztu­si­łem z sie­bie nie­pew­nie. → Zbędny zaimek – czy mógł to wyksztusić z kogoś innego?

 

bo po­ło­wa Ta­bli­cy Men­de­le­je­wa… → …bo po­ło­wa ta­bli­cy Men­de­le­je­wa

 

Zdo­ła­łem wy­krztu­sić z sie­bie tylko: → Zbędny zaimek.

 

Świę­ty od­wró­cił się w stro­nę kom­pu­te­ra, sto­ją­ce­go na jego biur­ku… → Jak wyżej.

 

drzwi za nim za­trza­snę­ły się z gło­śnym hu­kiem. → Zbędne dookreślenie – huk jest głośny z definicji.

regulatorzy

 

Cieszę się, że Ci się podobało na i liczę na klik ;)

 

Poza pierwszą uwagą, bo tu mi ten mój oprawca wydaje się zasadny, reszta poprawione, dzięki! Ciekawa sprawa z tym ubraniem, zastanawiałem się nad tym dłuższą chwilę, ale chyba masz rację.

 

Pozdrowionka!

Najszczęśliwszy dzień życia to ten, w którym się z nim rozstajemy.

/Fryderyk II Wielki/

Nieźle pojechany tekst.

Opisy tortur wydawały mi się przydługie. Za to końcówka należycie zaskoczyła. Mam nadzieję, że tu już wstawiennictwo żadnej babci nie pomoże. Nawet kot może nic nie wskórać.

Aha, jeszcze dodam, że tytuł jakoś tak fonetycznie kojarzył mi się z angielskim looks. No i bohater rzeczywiście wygląda na martwego… ;-)

Finkla

 

Ogromne dzięki za przeczytanie i klik, baaardzo się cieszę, że tekst przypadł Ci do gustu!

 

A z tym looks dead niezłe skojarzenie, uśmiałem się przednio :)

Przede wszystkim brawa za tytuł, też na początku skojarzyło mi się z “looks dead” i spodziewałem się po tekście absurdu, chociaż cały wątek tortur nieco mnie zaskoczył. 

 

Na początku wydawało mi się, że te makabryczne sceny są tylko po to, żeby zbić czytelnika z tropu, ale potem pojawiła się myśl, że być może to zapowiedź tego, co stałoby się z głównym bohaterem, gdyby nie wstawiennictwo cioci. Dzięki temu końcówka była pełna napięcia.

 

Podobał mi się pomysł na to, by dostosować życie pośmiertne do wzorców znanych “pacjentowi". Jestem ciekaw, czy każdy widzi coś innego. 

Fladrif

 

Dzięki za przeczytanie i dobre słowo! To świetne, jak każdy Czytelnik trochę inaczej interpretuje konkretne wydarzenia i pewne

 

Dzięki za kliczek! Wleciałoby do Biblioteki, ale chyba nikt od dłuższego czasu nie klika za Użytkowników :(

Witam. Przy czytaniu miałem drobny problem z dziurami.

Na środku pozbawionej twarzy głowy nagle pojawił się bezkształtny otwór, który po chwili przerodził się w coś w rodzaju obrzydliwego, wrednego uśmiechu.

Jakoś dziwnie mi się czyta o dziurze, która się w coś przeradza. Może otwór mógłby przybrać kształt?

Otwór gębowy rozszerzył mu się tak, że zakrywał teraz prawie całą powierzchnię głowy…

Trudno mi sobie wyobrazić dziurę, która coś zakrywa. Chyba że to czarna dziura ;)

 

Proszę nie traktować moich uwag jako czepialstwa, tym bardziej że te fragmenty raczej mnie rozbawiły, niż przeszkodziły w lekturze. Rozumiem też, że pierwszoplanowemu narratorowi wolno pod tym względem więcej. Z drugiej strony, od takiego narratora czasem też wymaga się więcej, na przykład emocji, gdy jest torturowany. Torturujący tak się starał, tyle atrakcji przygotował, a na torturowanym żadnego wrażenia nie zrobił. Przez to na mnie również nie bardzo.

Mimo że nie trawię ani Kaczyńskiego, ani Trumpa, to końcówki też mi jakoś nie podeszły. Mam wrażenie, że zostały doklejone z braku lepszego pomysłu. Pozdrawiam.

Unfall

 

Dzięki za komentarz. Jako że dziury okazały się ku mojej wielkiej uciesze nie fabularne, szybko je poprawiłem, bo z uwagami się zgadzam.

 

Odnośnie zakończenia, jak pisałem wcześniej-pierwotnie go nie było, ale uznalxm, że nawet w luźnej opowiastce o wizji przejścia w zaświaty jakieś by się jednak przydało, padło więc na takie.

 

Przykro mi, że opowiadanie nie przypadło Ci do gustu – może kolejnym się uda :)

Witam!

 

Pierwsza scena (tortury, a potem zagrożenie wiecznymi torturami) przyciąga uwagę. Z jednej strony to dobrze, bo czytelnik raczej nie zaśnie, z drugiej w reszcie tekstu panuje zupełnie inny nastrój… skojarzyło mi się z dobrym zwiastunem średniego filmu :)

Reszta jest właśnie taka “średnia” – choć nieźle się ją czyta, są humorystyczne akcenty, jest budowanie świata. No właśnie – ta ekspozycja mogła służyć wprowadzeniu do właściwej akcji, ale historia kończy się w zasadzie w momencie, w którym wędrówka bohatera przez zaświaty dopiero się zaczyna.

Miałem wrażenie, że pointa z Jarosławem służyła zamknięciu czegoś, co jest rozgrzebane do połowy. Byłem ciekawy, co stanie się dalej, jak nasz bohater da sobie radę w sanatorium – czy istotnie się poprawi, czy będzie tam “czarną owcą”, a może zamiast poprawiać siebie zacznie (niechcący) prowadzić inne dusze na manowce. 

Było zatem niezłe, choć przydługie rozpoczęcie, urwany środek i doklejony na siłę finał. A można było nawiązać do początku – wyobrażam sobie np. scenę, w której doprowadzony do furii przez głównego bohatera opiekun dusz zmienia się w oprawcę z pierwszej sceny. Trzymanie się limitu znaków mocno ograniczyło fabułę – może gdyby skrócić początkowe sceny, byłoby miejsce na rozwinięcie?

 

Raziło mnie zagęszczenie zaimków osobowych – mój, mnie, mi… wprawdzie w niektórych miejscach lepiej tak, niż iść w anglicyzmy, ale czułem wyraźny przesyt.

marzan 

 

Dzięki za komentarz. Jak pisałem wcześniej, pierwsza scena miała za zadanie klimatycznie zmylić czytelnika. Nawiązuje potem do niej, ale nie jest to motyw przewodni, bo ten miał być i jest inny.

O doklejonym kaczorze też już pisałem, więc nie będę się powtarzał.

A co do zaimków przyznaję bez bicia, że mam z tym problem i obiecuje poprawę ;) Natomiast że to zło mniejsze od anglojęzycznych wtrąceń, nie mogę się nie zgodzić!

Nowa Fantastyka