- Opowiadanie: Zygi_Sonar - Szczurza robota

Szczurza robota

Bir­ming­ham, 1940. Trzech męż­czyzn roz­ma­wia w pubie o przy­szło­ści, któ­rej nie ro­zu­mie­ją. Jeden z nich coś ukry­wa.


Be­to­wa­ła: Tar­ni­na


Beta z prze­rwa­mi trwa­ła ponad rok. Tar­ni­no, dzię­ku­ję Ci za wie­dzę, cier­pli­wość przy ko­lej­nych zmia­nach kon­cep­cji oraz wszyst­kie miłe roz­mo­wy. Po ostat­niej prze­bu­do­wie tekst nie był już be­to­wa­ny, więc jeśli znaj­dzie­cie w nim byka, ten jest wy­łącz­nie mój.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

GalicyjskiZakapior, Użytkownicy, Użytkownicy III, Użytkownicy II

Oceny

Szczurza robota

Spo­śród kilku moż­li­wo­ści Adam wy­brał pub w Bir­ming­ham. W środ­ku było gwar­no i gęsto od dymu. Ro­zej­rzał się i usiadł przy ostat­nim wol­nym sto­li­ku.

Czas się tu za­trzy­mał. A może nigdy nie ru­szył? – po­my­ślał.

W kącie zwi­sał wy­sza­rza­ły trans­pa­rent „Dzień św. Pa­try­ka, 1940”. Nie rzu­cał się w oczy, ina­czej mógł­by wy­wo­łać awan­tu­rę – a w ta­kich lo­ka­lach wy­star­czy­ła iskra. Bar za­peł­nia­li go­ście, spra­gnie­ni co­dzien­nej pinty wa­rzo­ne­go na miej­scu sto­uta.

– Można? – mruk­nął krępy osi­łek, przy­siadł­szy się do Adama.

Jego kom­pan, chu­dzie­lec z brodą, do­łą­czył bez py­ta­nia i po­wie­dział:

– Czyli co? Ten skur­wiel Mer­ski coś kom­bi­nu­je.

– Ta. Ga­da­ją o zwol­nie­niach. – Osi­łek splu­nął na pod­ło­gę. – Urzę­das, szczur jeden. Taki sam jak te, co łapię! Małe śle­pia, węszy no­cha­lem.

Adam za­gryzł wargi, tra­fi­li go w czuły punkt. Ho­ło­ta nigdy nie do­ce­nia służ­by pu­blicz­nej, a prze­cież każdy urzęd­nik tylko sto­su­je prawo i sam o ni­czym nie de­cy­du­je.

– Zwol­nie­nia? I co? Po­to­pi­my się w tych szczu­rach? – ob­ru­szył się bro­dacz.

– Wła­śnie nie! W ra­tu­szu ga­da­ją, że są firmy, co mają tru­ci­zny, co robią tę… jak to się mówi…

– De­ra­ty­za­cję? – włą­czył się Adam.

Osi­łek skrzy­wił się, od­wró­cił ple­ca­mi, a do kom­pa­na rzu­cił:

– Mój stary i dziad ła­pa­li szczu­ry całe życie. Lu­dzie to sza­no­wa­li. I co? Nagle ma być ina­czej?

Dopił sto­uta i spoj­rzał łap­czy­wie na pintę ko­le­gi.

– Zo­staw, mam tylko na jedno! – rzu­cił bro­dacz i od­su­nął szklan­kę. – Za dużo kom­bi­nu­jesz. Ja się nie boję. Je­stem dobry w tym, co robię, tak jak i ty! – za­chry­piał.

– Oby tak było. Mam ro­dzi­nę na utrzy­ma­niu. – Szczu­ro­łap klep­nął bro­da­cza w ramię.

– Ja też, bra­cie, ja też. Mała Sara znowu jest chora. – Bro­dacz spo­chmur­niał.

– A pan? Czym się zaj­mu­je? – za­py­tał Adam.

– A co cię to? Jakiś urzę­das je­steś? Nie twoja spra­wa – wtrą­cił się szczu­ro­łap.

Adam prze­mil­czał za­czep­kę. Osi­łek wy­glą­dał groź­nie, a on… wła­ści­wie był „urzę­da­sem”.

– Roz­wo­żę lód – od­po­wie­dział bro­dacz. – O świ­cie ru­szam fur­man­ką z lo­dow­ni i wożę po do­mach bryły.

Za­nu­rzył wąsy w pian­ce, prze­łknął gło­śno i dodał:

– Ty, a znasz mego szwa­gra? Kawał chło­pa, a szuka ro­bo­ty.

– Co? Czemu? – Osi­łek zmarsz­czył czoło.

– Bo tak! – burk­nął bro­dacz. – Jako czło­wiek-bu­dzik już nie jest po­trzeb­ny.

– Ta, o tym mówię! Kie­dyś i do mnie pukał o świ­cie. A la­tar­ni­cy? Ci od ga­zo­wych lamp na mie­ście? Kto ich pa­mię­ta?

– Nikt. Zni­kli, a świat nie runął. Tak dzia­ła ten cały… no…

– Sys­tem? – znów pod­po­wie­dział Adam.

– Ta. Wła­śnie.

Roz­mo­wę prze­rwał dźwięk tłu­czo­ne­go szkła.

– Le­je­cie tu szczo­chy! – za­wo­łał ze szkoc­kim ak­cen­tem rudy męż­czy­zna w mun­du­rze i ru­szył do wyj­ścia, od­wra­ca­jąc się od baru.

Ele­ganc­ki za­wa­dia­ka o wy­go­lo­nych bo­kach głowy i z za­cze­sa­ną grzyw­ką zła­pał go za rękaw i rzu­cił:

– Wy­ra­żaj się, kra­cia­sty ku­ta­sie. Nie je­steś u sie­bie!

Szkot wy­pro­wa­dził sier­po­wy, ale chy­bił. An­glik bły­ska­wicz­nie tra­fił go w nos.

I wszy­scy rzu­ci­li się sobie do gar­deł, jakby tylko cze­ka­li na sy­gnał. Żoł­nie­rze i cy­wi­le, ko­mu­ni­ści prze­ciw kon­ser­wa­ty­stom, miej­sco­wi i przy­jezd­ni. An­gli­cy, Ir­land­czy­cy i Szko­ci. Krze­sła la­ta­ły, szkło pę­ka­ło pod bu­ta­mi. Adam, czło­wiek z ze­wnątrz, pró­bo­wał prze­ci­snąć się do wyj­ścia. Szczu­ro­łap chwy­cił go za koł­nierz i krzyk­nął:

– Urzę­das zwie­wa!

Nie było czasu na roz­ter­ki. Adam prze­rzu­cił na­past­ni­ka przez ławkę, usiadł na nim i ude­rzył. Raz, drugi. Nie prze­stał, nawet gdy z roz­kwa­szo­ne­go nosa chlu­snę­ła krew.

Nagle szkoc­ki żoł­nierz za­szedł go od tyłu i za­ci­snął ramię na szyi. Adam nie mógł zła­pać po­wie­trza, świat za­wi­ro­wał. I wtedy wszyst­ko sta­nę­ło. Ko­lo­ry wy­bla­kły, dźwię­ki uci­chły. Po­je­dyn­cze li­te­ry kodu za­wi­sły w prze­strze­ni: #Błąd 403.

– Czy chcesz zre­se­to­wać sy­mu­la­cję? – za­py­tał sys­tem.

– Nie. Skończ­my, wy­star­czy – od­po­wie­dział Adam, pró­bu­jąc zła­pać od­dech.

Dzię­ku­ję za udział w Mind­Sync, ko­rzy­sta­łeś z mo­du­łu „trans­fer prze­żyć”. Za­chę­ca­my do wy­pró­bo­wa­nia in­nych usług.

Usiadł na skra­ju fo­te­la. Do­pie­ro po chwi­li uspo­ko­ił od­dech, prze­tarł oczy, po­pra­wił musz­kę i wstał.

– Za­pra­sza­my na dal­szą część przy­ję­cia i ży­czy­my uda­nej za­ba­wy. Pa­mię­taj o prze­ka­za­niu opi­nii. Wciąż je­ste­śmy w fazie te­stów – po­że­gnał go sys­tem, gdy na­ci­snął przy­cisk od­blo­ko­wu­ją­cy drzwi.

Wziął wi­zy­tów­kę z kodem QR, na któ­rej prze­czy­tał:

65 lat

Na czele ludz­ko­ści – ku gwiaz­dom – od 1969 r.

Pa­tron ge­ne­ral­ny: Mind­Sync

Scho­wał ją do kie­sze­ni, zszedł po mar­mu­ro­wych stop­niach i za­nu­rzył się w tłu­mie gości. Oto­czył go gwar roz­mów. Ru­szył w stro­nę bu­fe­tu z owo­ca­mi morza, lecz omal nie wpadł na parę ro­bo­tów tań­czą­cych walca.

– To samo było rok temu. Mo­gli­by sobie da­ro­wać od­grze­wa­ne ko­tle­ty – po­my­ślał, śle­dząc ich płyn­ne ruchy.

Po­czuł na ra­mie­niu dłoń i za­pach zna­jo­mych per­fum. Wzdry­gnął się, po czym od­ru­cho­wo wy­pro­sto­wał.

– Je­steś, Pu­chal­ski. Już my­śla­łem, że się na­wa­li­łeś i za­sną­łeś gdzieś w kącie – rzu­cił An­to­ni Racki.

– Wy­obraź sobie, że nie. Kor­po­sy przy­go­to­wa­ły atrak­cje dla wy­bra­nych.

– Wia­do­mo. To nie am­ba­sa­da jest spon­so­rem im­pre­zy. – Racki zdjął z tacy kel­ne­ra kie­li­szek szam­pa­na. – Trans­fer prze­żyć? W czy­jej skó­rze?

– Urzę­da­sa. – Pu­chal­ski spu­ścił wzrok. Dla­cze­go sam użył tego słowa? Prze­cież go nie zno­sił.

– Czyli w swo­jej sprzed lat! – Racki się ro­ze­śmiał. – Zanim wy­cią­gną­łem cię za uszy i wy­sze­dłeś na ludzi. Przy­naj­mniej fi­nan­so­wo.

Racki prze­su­nął spoj­rze­niem po ma­ry­nar­ce Pu­chal­skie­go. Adam udał, że ko­men­tarz go nie do­tknął.

Racki przy­po­mi­nał mu o tam­tym długu nie­mal przy każ­dej oka­zji. Pu­chal­ski zer­k­nął na jego ide­al­nie przy­strzy­żo­ną brodę, gład­ko za­cze­sa­ne włosy i gar­ni­tur, na któ­rym nie było ani jed­nej fałdy. Wła­sna ma­ry­nar­ka nagle wy­da­ła mu się jesz­cze bar­dziej po­gnie­cio­na.

– W barze wy­bu­chła bójka. To było takie praw­dzi­we. Jakby uży­cie siły… 

– Eks­cy­tu­ją­ce? Zmie­ni­łeś się, Adaś. Nie je­steś już taką mięk­ką klu­chą – po­wie­dział Racki i znów się ro­ze­śmiał.

Daw­niej Pu­chal­ski przy­jął­by cios i spu­ścił wzrok. Teraz wolał my­śleć, że już nie na­le­ży do ludzi, któ­rzy bez­rad­nie ob­ser­wu­ją życie z boku.

Racki ujął go pod ramię i ski­nął w stro­nę dwóch zbli­ża­ją­cych się męż­czyzn.

– Bądź miły, Adaś. Ten w polo ma do cie­bie spra­wę. Wy­słu­chaj go i tego nie spier­dol.

Pu­chal­ski po­dą­żył za jego spoj­rze­niem. Pierw­szy z męż­czyzn miał siwą brodę i ele­ganc­ki smo­king, drugi wy­raź­ną opa­le­ni­znę, ko­szul­kę polo i oku­la­ry z cien­ki­mi, okrą­gły­mi opraw­ka­mi.

Adam wy­pro­sto­wał się i pierw­szy wy­cią­gnął rękę.

– Dzień dobry, panie am­ba­sa­do­rze.

– Dzień dobry, panie mi­ni­strze. Chciał­bym przed­sta­wić panu To­ma­sa Krol­la, pre­ze­sa Mind­Sync. Praw­dzi­wy anioł biz­ne­su i, tak się skła­da, pań­ski rodak.

– Wiele o panu sły­sza­łem, panie pre­ze­sie. To dla mnie przy­jem­ność.

Uści­snę­li sobie dło­nie, po czym za­mie­ni­li kilka słów o sy­mu­la­cji.

– Roz­ryw­ka to tylko jeden z fi­la­rów na­szej dzia­łal­no­ści – po­wie­dział Kroll płyn­ną pol­sz­czy­zną, choć z wy­raź­nym ame­ry­kań­skim ak­cen­tem. – Naj­więk­szy po­ten­cjał wi­dzi­my w sek­to­rze pu­blicz­nym. Au­to­ma­ty­za­cja po­wta­rzal­nych pro­ce­sów ogra­ni­czy kosz­ty, skró­ci pro­ce­du­ry i po­pra­wi ja­kość usług.

– To nie takie pro­ste. Mó­wi­my o mi­lio­nach pra­cow­ni­ków – za­uwa­żył Pu­chal­ski.

– Mó­wi­my o stop­nio­wej trans­for­ma­cji – od­parł Kroll. – Nikt nie pro­po­nu­je dzia­łań z dnia na dzień.

Am­ba­sa­dor przy­wo­łał kel­ne­ra ru­chem dłoni.

– Chęt­nie przed­sta­wię wię­cej szcze­gó­łów, ale naj­pierw wznie­śmy toast za to spo­tka­nie – po­wie­dział Kroll.

Kel­ner bez py­ta­nia podał Pu­chal­skie­mu po­dwój­ną whi­sky z lodem.

– Związ­ki za­wo­do­we się sprze­ci­wią – po­wie­dział Adam.

– To na­tu­ral­ne przy każ­dej więk­szej mo­der­ni­za­cji – od­parł Kroll. – Dla­te­go tak ważny bę­dzie od­po­wie­dzial­ny dia­log spo­łecz­ny. Li­czy­my na pana.

– Po­roz­ma­wiaj­my o tym spo­koj­nie w ga­bi­ne­cie – za­pro­po­no­wał am­ba­sa­dor.

Ga­bi­net miał wy­so­ki strop i otwie­rał się na taras z wi­do­kiem na park. Na ścia­nach wi­sia­ła ko­lek­cja broni bia­łej i pal­nej. Am­ba­sa­dor ob­ja­śniał po­cho­dze­nie ko­lej­nych eg­zem­pla­rzy, a kel­ner co jakiś czas uzu­peł­niał szklan­ki. Gdy po­sta­wił przed Ada­mem na­stęp­ne­go drin­ka, Kroll wró­cił do te­ma­tu.

– Kosz­ty funk­cjo­no­wa­nia pań­stwa rosną szyb­ciej niż wpły­wy, spo­łe­czeń­stwo się sta­rze­je. Bez zmian i tak bę­dzie­cie ciąć, tyle że w pa­ni­ce. Mo­że­my roz­ło­żyć trans­for­ma­cję na etapy i przy­go­to­wać pra­cow­ni­ków do no­wych zadań.

– Jaką rolę wi­dzi­cie w tym dla mnie? – za­py­tał Pu­chal­ski.

– Cie­szy się pan za­ufa­niem pra­cow­ni­ków ad­mi­ni­stra­cji. Po­trze­bu­je­my kogoś, kto po­mo­że wy­ja­śnić, że nie cho­dzi o li­kwi­da­cję pań­stwa ani wojnę z urzęd­ni­ka­mi, tylko o jego uno­wo­cze­śnie­nie. Wszyst­ko, o co pro­si­my, to wspar­cie kon­struk­tyw­ne­go dia­lo­gu.

– Zo­ba­czę, co da się zro­bić – od­po­wie­dział Pu­chal­ski. – Ale nic nie obie­cu­ję.

Racki za­ci­snął usta.

 

***

 

Na­stęp­ne­go dnia, gdy Pu­chal­ski opusz­czał wy­naj­mo­wa­ną willę w Kon­stan­ci­nie, żona i dzie­ci jesz­cze spały. Sta­nął w drzwiach ga­ra­żu i choć w gło­wie wciąż nie­przy­jem­nie mu szu­mia­ło, uśmiech­nął się na widok auta. Lśnią­cy kra­ftwerk, sy­no­nim spor­to­we­go luk­su­su i ele­gan­cji, nadal robił na nim wra­że­nie.

Roz­siadł się w fo­te­lu.

Re­kla­my nie kła­ma­ły – po­my­ślał o uda­nym po­łą­cze­niu pre­cy­zji daw­nych nie­miec­kich marek z chiń­ską tech­no­lo­gią. Trak­to­wał to auto nie­mal jak człon­ka ro­dzi­ny i zgod­nie z su­ge­stią pro­du­cen­ta – nadał mu nawet imię.

– Prze­wi­dy­wa­ny czas po­dró­ży wy­no­si nie­ca­łą go­dzi­nę.

– Co tak długo? – wes­tchnął Adam. Wziął do ręki bu­tel­kę whi­sky, spoj­rzał na reszt­kę i prze­lał ją do szklan­ki.

– Dwa sa­mo­bój­stwa na tra­sie, a pro­te­sty blo­ku­ją Ujaz­dow­skie – od­parł kra­ftwerk.

– Mo­głem nie pytać. Wy­bierz naj­szyb­szą drogę, za wszel­ką cenę. Nie mogę się spóź­nić.

Ziew­nął. Znowu źle spał, nie tylko przez al­ko­hol – wciąż bu­dził go ten sam zły sen.

– Do­brze. Czy życzy pan sobie skró­tu wia­do­mo­ści?

– Co­kol­wiek, Janie – rzu­cił Adam i po­now­nie ziew­nął.

– Po­roz­ma­wia­my o przy­czy­nach de­mon­stra­cji – wy­brzmia­ło z radia. – Słup­ki bez­ro­bo­cia sza­le­ją, pan­de­mia de­pre­sji zbie­ra żniwa, a rząd jest bez­rad­ny…

– Wy­łącz to. Coś in­ne­go.

– Może przy­po­mnieć plan dnia? Włą­czyć mu­zy­kę, czy woli pan je­chać w ciszy? – za­pro­po­no­wał kra­ftwerk.

– Niech bę­dzie plan dnia, a potem coś spo­koj­ne­go – po­wie­dział, opróż­niw­szy szklan­kę.

Za­trzy­ma­li się przed murem ota­cza­ją­cym Kon­stan­cin. Gdy sys­tem bez­pie­czeń­stwa roz­po­znał auto, brama wjaz­do­wa po­wo­li ru­szy­ła w górę. Jak zwy­kle stojąca pod nią grupa że­bra­ków pró­bo­wa­ła do­stać się do środ­ka.

– O go­dzi­nie je­de­na­stej ma pan po­sie­dze­nie Rady Mi­ni­strów w przed­mio­cie pro­jek­tu usta­wy o ochro­nie prawa czło­wie­ka do pracy. Z pana no­ta­tek wy­ni­ka, że bę­dzie dys­ku­sja o for­so­wa­nym przez li­de­ra ko­ali­cji ogra­ni­cze­niu za­kre­su no­wych prze­pi­sów dla sek­to­ra pry­wat­ne­go, w związ­ku z pla­no­wa­ny­mi re­duk­cja­mi w ad­mi­ni­stra­cji. Do dys­ku­sji za­pro­szo­no Zwią­zek Za­wo­do­wy Pra­cow­ni­ków Ad­mi­ni­stra­cji, a wcze­śniej ma pan wypić kawę z ich prze­wod­ni­czą­cą – Iza­be­lą Maj.

Jan opo­wie­dział, z kim i gdzie ma za­pla­no­wa­ne spo­tka­nia, wspo­mniał też sesję te­ra­pii z apli­ka­cją U-Ca­re. Potem włą­czył Cho­pi­na.

Adam po­czuł, że od­pły­wa, a po chwi­li za­czął śnić.

Hełm za­sła­niał mu oczy. W pa­mię­ci mi­ga­ły strzę­py wspo­mnień: brzę­czą­ce trans­for­ma­to­ry i wszech­obec­ne kable wspi­na­ją­ce się po ścia­nach i su­fi­cie, nie­wiel­kie okno, widok na pa­no­ra­mę mia­sta.

Z ulicz­nych kok­sow­ni­ków uno­sił się dym. Zgar­bie­ni lu­dzie kłę­bi­li się na chod­ni­kach, idąc nie wia­do­mo dokąd i po co. Dalej, w mie­ście i poza nim, aż po ho­ry­zont pra­co­wa­ły ma­szy­ny pro­du­ku­ją­ce ener­gię po­trzeb­ną do utrzy­ma­nia sys­te­mów.

Zo­ba­czył swoje od­bi­cie w ekra­nie smart­fo­na. Nie mógł uwie­rzyć, jak się po­sta­rzał.

Potem worek na gło­wie, ude­rze­nie i czar­na dziu­ra.

Szarp­nął się. Sznu­ry otar­ły nad­garst­ki. Nic nie wi­dział, głowę ści­skał cięż­ki hełm. Po­cząt­ko­wo sły­szał tylko ka­pa­nie wody, potem me­lo­dię graną na skrzyp­cach. Znał ją z dzie­ciń­stwa, ale nie umiał na­zwać.

Do­tar­ły do niego sy­czą­ce, pełne jadu szep­ty, ale gdy się po­ru­szył – uci­chły.

– Ock­nął się, szczur jeden – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta.

Za­skrzy­pi­ły kroki. Ktoś się do niego zbli­żał.

Zgiełk wy­rwał go ze snu. Prze­tarł oczy i ro­zej­rzał się, żeby upew­nić się, że jest w sa­mo­cho­dzie. Nagle wrza­snął:

– Okno, Janie! Za­mknij je!

W ostat­niej chwi­li kra­ftwerk za­su­nął szybę. Wy­la­na przez pro­te­stu­ją­cych ciecz spły­nę­ła po pan­cer­nej tafli.

– Od­daj­cie nam pracę! Na korpo po­dat­ki! – skan­do­wał tłum w rów­nym, pul­su­ją­cym tem­pie.

Po­jazd wje­chał w sam śro­dek de­mon­stra­cji. Pro­te­stu­ją­cy oto­czy­li kra­ftwer­ka, ude­rza­jąc dłoń­mi o ka­ro­se­rię w rytm wy­gła­sza­nych haseł. Ich twa­rze skry­wa­ły te­atral­ne maski, głowy osła­nia­ły kap­tu­ry.

– We­zwij pomoc, teraz!!! – wrza­snął Adam.

W ciągu mi­nu­ty ma­syw­ne po­li­cyj­ne drony za­wi­sły nad kra­ftwer­kiem.

– Ro­zejść się! Po­jazd osoby peł­nią­cej funk­cje pu­blicz­ne! – roz­legł się ko­mu­ni­kat z drona.

– Mamy prawo do pracy! Kor­po­sy, płać­cie po­dat­ki!

– Ro­zejść się! Przy braku re­ak­cji uży­je­my siły!

Ktoś z tłumu rzu­cił się na maskę po­jaz­du i od­sło­nił twarz. Oczo­do­ły ko­bie­ty wy­peł­nia­ła czer­wo­na opu­chli­zna, na po­licz­kach miała ślady po czar­nych łzach.

Adam zła­pał się za serce i za­mknął oczy. Gdy je otwo­rzył, pro­te­stu­ją­ca zsu­nę­ła się z ka­ro­se­rii, a drony pró­bo­wa­ły uto­ro­wać drogę ar­mat­ka­mi po­wietrz­ny­mi. Bez skut­ku. Krzy­ki nie usta­wa­ły.

– Prawo do pracy! Prawo do pracy!

Nagle po dru­giej stro­nie ulicy huk­nę­ła eks­plo­zja. Spa­ni­ko­wa­ni pro­te­stu­ją­cy stop­nio­wo roz­pro­szy­li się. Kra­ftwerk mógł w końcu ru­szyć.

– Ura­to­wał mnie sa­mo­bój­ca – po­wie­dział Adam, nie wia­do­mo, czy do sie­bie, czy do Jana.

Od­je­cha­li. Jesz­cze przez chwi­lę wi­dział przed sobą twarz ko­bie­ty. Potem spoj­rzał z żalem na pustą bu­tel­kę.

Do­tarł­szy do gma­chu Kan­ce­la­rii Pre­ze­sa Rady Mi­ni­strów, skie­ro­wał się do ka­wiar­ni.

– Cześć, Iza – za­ga­ił.

– O, do­brze, że je­steś. Mówią o waż­nej spra­wie – od­par­ła Iza­be­la Maj, od­ry­wa­jąc wzrok od ho­lo­gra­ficz­ne­go ekra­nu wi­szą­ce­go po­środ­ku sali.

Adam usiadł obok. Le­ciał ser­wis in­for­ma­cyj­ny, a w nim re­por­taż z de­ba­ty w Par­la­men­cie Eu­ro­pej­skim.

– Hu­ma­nizm nigdy nie był tak za­gro­żo­ny! Pod płasz­czy­kiem po­zor­nych oszczęd­no­ści od­bie­ra­cie lu­dziom środ­ki do życia. Wo­li­cie pła­cić kor­po­ra­cjom – grzmia­ła Ma­rie-Cla­ire Du­bo­is, eu­ro­de­pu­to­wa­na z Fran­cji.

– Czy bez­ro­bo­cie wy­sko­czy mi dziś z lo­dów­ki? – za­śmiał się ktoś przy są­sied­nim sto­li­ku.

Iza­be­la skrzy­wi­ła się. Na ekra­nie po­now­nie po­ja­wi­ła się Du­bo­is.

– Mó­wi­cie o in­te­re­sach lo­kal­nych biz­ne­sów, ale dzia­ła­cie na rzecz ob­cych firm tech­no­lo­gicz­nych. Bo kto opła­cił pana kam­pa­nię? Z kim się pan bawił na ban­kie­cie w War­sza­wie?

– Te­atrzyk dla tłumu – za­kpił Adam.

– U nas jest niby ina­czej? Dys­cy­pli­na, in­struk­cje, lob­by­ści. Wy­mie­niać dalej? Tak jak ten ban­kiet. Naj­pierw szam­pan, potem ra­chu­nek.

Adam spu­ścił wzrok.

– Nie mów, że tam byłeś. Wia­do­mo, po co or­ga­ni­zu­ją takie im­pre­zy.

– Iza, nie prze­sa­dzaj. Nie da się robić po­li­ty­ki, za­my­ka­jąc się w czte­rech ścia­nach. Wiesz, czyją trzy­mam stro­nę.

– Na pewno? Je­steś jed­nym z nas, pa­mię­tasz?

Ski­nął głową.

– Chodź­my, bo się spóź­ni­my.

Spo­tka­nie kon­sul­ta­cyj­ne przed po­sie­dze­niem Rady Mi­ni­strów otwo­rzył pre­mier, po czym oddał głos Sła­wo­mi­ro­wi Krusz­ce, mi­ni­stro­wi spraw we­wnętrz­nych i ad­mi­ni­stra­cji. Krusz­ka przed­sta­wił skut­ki fi­nan­so­we re­for­my w kilku wa­rian­tach. Po­wstrzy­mał się od wła­snej oceny, ale licz­by mó­wi­ły same za sie­bie: po po­waż­nej re­duk­cji za­trud­nie­nia bu­dżet wy­raź­nie by ode­tchnął.

– W wa­rian­cie trze­cim znika ponad po­ło­wa eta­tów – ode­zwa­ła się Iza­be­la. – Co mamy po­wie­dzieć tym lu­dziom?

– Pań­stwo nie może dłu­żej uda­wać przed po­dat­ni­ka­mi, że tak wy­so­kie kosz­ty ad­mi­ni­stra­cji są uza­sad­nio­ne, zwłasz­cza gdy wielu z nich ma wła­sne pro­ble­my z pracą – od­po­wie­dział pre­mier spo­koj­nym, po­zba­wio­nym emo­cji gło­sem. – Po­przed­ni rząd do­pro­wa­dził nas do sy­tu­acji, w któ­rej ła­twych roz­wią­zań już nie ma.

Iza­be­la zer­k­nę­ła na Adama, cze­ka­jąc na re­ak­cję.

– Prze­wod­ni­czą­ca Maj ma rację – po­wie­dział w końcu Pu­chal­ski. – Je­ste­śmy od­po­wie­dzial­ni rów­nież za spo­łecz­ne skut­ki tej re­for­my. Nie mo­że­my naj­pierw zwol­nić ludzi, a do­pie­ro potem za­sta­na­wiać się, co z nimi zro­bić. Poza tym to są też po­dat­ni­cy i kon­su­men­ci, nie po­win­ni­śmy o tym za­po­mi­nać.

– Go­spo­dar­ka wy­trzy­ma spa­dek kon­sump­cji w tej gru­pie spo­łecz­nej – od­po­wie­dział Krusz­ka. – Za­osz­czę­dzo­ne środ­ki mo­że­my prze­zna­czyć na in­we­sty­cje i two­rze­nie no­wych miejsc pracy.

– To naj­pierw je stwórz­my, a re­duk­cje trzeba prze­ło­żyć – po­wie­dzia­ła Iza­be­la.

– A bu­dżet? – za­py­tał pre­mier. – Kto po­kry­je kosz­ty okre­su przej­ścio­we­go?

Za­pa­dła cisza.

Adam prze­su­nął pal­cem po kra­wę­dzi le­żą­cych przed nim do­ku­men­tów.

– Daj­cie mi kilka ty­go­dni na roz­mo­wy ze stro­ną spo­łecz­ną. Spróbujmy wy­pra­co­wać roz­wią­za­nie, któ­re­go bu­dżet nie od­czu­je tak mocno, a lu­dzie nie zo­sta­ną z dnia na dzień bez pracy.

Pre­mier przy­glą­dał mu się przez chwi­lę.

– Do­brze. Skoro pan mi­ni­ster bie­rze to na sie­bie, bę­dzie pan od­po­wie­dzial­ny za wy­pra­co­wa­nie kom­pro­mi­su.

Jesz­cze przed koń­cem spo­tka­nia Adam my­ślał już tylko o whi­sky. W kra­ftwer­ku skoń­czył się zapas, więc wra­ca­jąc do domu, spe­cjal­nie za­trzy­mał się przy skle­pie.

Nagle pod­szedł do niego męż­czy­zna. Na pierw­szy rzut oka wy­glą­dał schlud­nie, ale Adam po­czuł od niego ostry, nie­przy­jem­ny za­pach.

– Prze­pra­szam pana, czy nie po­trze­bu­je pan zło­tej rącz­ki? Mógł­bym też po-p-po…

– Słu­cham?

Adam skrzy­wił się i od­su­nął o krok.

– …po­sprzą­tać albo zro­bić coś w ogro­dzie?

– Nie je­stem za­in­te­re­so­wa­ny – rzu­cił Adam.

Oczy męż­czy­zny były szkli­ste, roz­bie­ga­ne. Trzę­są­cą się ręką roz­piął kurt­kę i się­gnął do we­wnętrz­nej kie­sze­ni. Adam zląkł się i od­ru­cho­wo od­su­nął.

– Pro­szę zo­ba­czyć, to moje dzie­ci.

In­truz wyjął te­le­fon i po­ka­zał zdję­cie kil­ku­let­nich, ru­dych bliź­nia­czek. Adam ode­tchnął. Przez chwi­lę był pe­wien, że zo­ba­czy broń albo ła­du­nek.

– Pro­szę pana, ja umiem wiele rze­czy. Mogę uczyć gry na skrzyp­cach, znam ję­zy­ki.

Męż­czy­zna pró­bo­wał mówić dalej, ale Adam od­wró­cił się i ru­szył do li­mu­zy­ny. Za­trzy­mał go dźwięk skrzy­piec – me­lo­dia, która przy­po­mnia­ła mu dzie­ciń­stwo.

Za­wa­hał się, czy nie wró­cić i za­py­tać, co to za utwór, ale nie zro­bił tego. Trza­snął drzwia­mi i od­je­chał.

Ner­wo­wo otwo­rzył bu­tel­kę, ten facet po­psuł mu na­strój. Gdyby to była sy­mu­la­cja, roz­wa­lił­by mu nos. Po kilku ły­kach za­czął się jed­nak od­prę­żać.

– Dzwo­ni An­to­ni Racki – oznaj­mił kra­ftwerk. Adam wes­tchnął i opróż­nił szklan­kę.

– Od­bierz.

– Ty na­praw­dę chcesz zo­stać me­sja­szem tych urzę­da­sów? – syk­nął Racki. – My­ślisz, że ich ura­tu­jesz?

– Pró­bu­ję zna­leźć roz­wią­za­nie, które…

– Nie ma roz­wią­za­nia, są tylko licz­by. Tego pro­ce­su nie za­trzy­masz. Mo­żesz co naj­wy­żej wy­paść z gry, a całą robotę ogarnie ktoś inny.

– Słu­chaj, tak po pro­stu nie można…

– Można. Za­wsze było można. I za­wsze ktoś to robił. Tylko ty nagle po­sta­no­wi­łeś zba­wiać świat.

Adam za­ci­snął palce na szklan­ce.

– Tylko za jaką cenę?

Racki par­sk­nął.

– Cenę? Adaś, ty za­da­jesz złe py­ta­nie. Po­myśl, ile cię bę­dzie kosz­to­wać, jeśli tego nie zro­bisz. Sys­tem i tak zrobi swoje. Z tobą albo bez cie­bie.

Adam mil­czał.

– Rząd to może być do­pie­ro przy­sta­nek. Potem są rady nad­zor­cze, con­sul­ting. Kon­tak­ty, któ­rych dziś nawet nie umiesz wy­ce­nić. Pie­nią­dze, o ja­kich daw­niej nawet nie ma­rzy­łeś. Ale nikt nie wy­bie­ra ludzi, któ­rzy w de­cy­du­ją­cym mo­men­cie za­czy­na­ją prze­szka­dzać.

– Czyli o to cho­dzi?

– Cho­dzi o to, żebyś prze­stał za­cho­wy­wać się jak na­iw­niak. Za­po­mi­nasz, dzię­ki komu w ogóle sie­dzisz po tej stro­nie stołu.

Adam nie od­po­wie­dział.

– Jutro masz spo­tka­nie ze związ­ka­mi. Pa­mię­taj tylko, kto cię tu po­sa­dził.

Roz­łą­czył się.

Prak­tycz­nie nie tknął ko­la­cji. Prze­su­nął dło­nią po ob­ru­sie, po­czuł jego chro­po­wa­tą fak­tu­rę. Wi­del­czyk zgrzyt­nął o ta­lerz. Napił się wody z lodem i prze­szył go ból wraż­li­wych zębów.

Od­blo­ko­wał te­le­fon, włą­czył na­gra­nie z czwar­tych uro­dzin córki.

– Gabi, kim bę­dziesz, gdy do­ro­śniesz? – za­py­ta­ła mama.

– Uzięd­ni­kiem!

Wziął do ręki wi­zy­tów­kę z kodem QR. Na­brał ocho­ty, by wró­cić do Mind­Sync. Naj­chęt­niej wy­żył­by się pod­czas bójki, ale było już po dwu­dzie­stej. Innym razem.

Zażył lek prze­pi­sa­ny na sen i za­snął.

Szarp­nął zwią­za­ny­mi rę­ko­ma, na gło­wie po­now­nie miał cięż­ki hełm. Znów to samo miej­sce. Z innej czę­ści po­miesz­cze­nia do­biegł ko­bie­cy śpiew:

– Ważne są tylko te dni, któ­rych jesz­cze nie znamy. Waż­nych jest kilka tych chwil, tych, na które cze­ka­my.

Miała pięk­ny głos. Adam po­ru­szył się.

– O, szczur się miota – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, prze­ry­wa­jąc pio­sen­kę.

Ale ktoś ją na­tych­miast uci­szył. Roz­le­gły się szep­ty, brzmia­ły jak kłót­nia. Adam wy­ła­pał tylko uryw­ki, choć miał wra­że­nie, że gdzieś je już sły­szał. O tym, że „plą­cze się w ze­zna­niach” i „coś ma­ja­czy nie na temat”.

W końcu ktoś zdjął mu hełm. Zo­ba­czył ciem­ną piw­ni­cę, całą po­kry­tą ka­bla­mi, a przed nim stały dwie młode ko­bie­ty. Ru­do­wło­se bliź­niacz­ki, nie­mal iden­tycz­ne, róż­ni­ła je tylko bli­zna na twa­rzy jed­nej z nich.

– Co to za me­lo­dia? Skąd ja ją znam? – ośmie­lił się za­py­tać.

– Gre­chu­ta. Nasz oj­ciec to grał, gdy jesz­cze…

– Cicho. Nie roz­ma­wiaj z nim – ucię­ła ta z bli­zną, po czym za­py­ta­ła Adama:

– Jak się do­stać do Kom­pu­tro­nium?

– Tam się nie można do­stać. I po co wam to?

– Nie gadaj tyle. Tylko od­po­wiedz.

– Nic nie zro­bi­cie, tra­ci­cie czas. Kom­pu­tro­nium nie ist­nie­je w świe­cie ma­te­rial­nym, a na pewno nie w tym sen­sie, o któ­rym my­śli­cie.

Za­pa­dła cisza. Adam po­sta­no­wił wy­ko­rzy­stać chwi­lę:

– Po­wiedz­cie, jakie macie żą­da­nia, czego chce­cie, a ja zo­ba­czę, co da się zro­bić. Do­ga­daj­my się.

– Wiesz, czego bym chcia­ła, szczu­rze jeden? Mieć wła­sny kąt. Ka­wa­łek ziemi. Dziec­ko, któ­re­go nie ba­ła­bym się uro­dzić. Ale nie mogę, bo wasze po­ko­le­nie wszyst­ko spie­przy­ło. Sprze­da­li­ście nasze życie za gro­sze.

– Być może. Ale teraz już nic z tym nie zro­bisz. Nie wy­gra­cie z sys­te­mem, więc po co te próby?

Ude­rzy­ła go w twarz.

– Prze­ko­nasz się, ka­na­lio.

Za­ło­ży­ła mu hełm z po­wro­tem.

Obu­dził się z su­cho­ścią w gar­dle. Pod­świe­tlo­ne w ciem­no­ści kre­ski ze­ga­ra po­ka­zy­wa­ły trze­cią trzy­dzie­ści. Nie za­snął do rana. W pierw­szej po­ło­wie dnia miał nad­ra­biać za­le­gło­ści: ana­li­zo­wać sta­ty­sty­ki i pro­jek­ty roz­po­rzą­dzeń, ale nic z tego nie zro­bił. Czas do po­łu­dnia prze­cie­kał mu przez palce. Po obie­dzie wsiadł do kra­ftwer­ka i ru­szył do War­sza­wy.

Naj­chęt­niej od­wo­łał­by spo­tka­nie ze związ­kow­ca­mi i za­miast tego roz­wa­lił komuś nos. Ze­ska­no­wał kod z wi­zy­tów­ki Mind­Sync. Na smart­fo­nie wy­świe­tlił się ka­len­darz. Zo­stał jeden wolny ter­min: sie­dem­na­sta. Pa­so­wa­ło, aku­rat po ne­go­cja­cjach.

– Prze­wi­dy­wa­ny czas po­dró­ży wy­no­si jedną go­dzi­nę. Czy chciał­by pan…

– Nie, włącz U-Ca­re.

– Witam, Ada­mie. Jak minął ci dzień?

– Chyba za­czy­nam wa­rio­wać – rzu­cił, po­cie­ra­jąc czoło.

– Co się dzie­je?

– Chciał­bym coś zmie­nić. Nie wiem… może pracę.

– Czemu? To duża zmia­na.

– Czuję, że stać mnie na wię­cej. Pójść w do­radz­two, jak Racki… Tam są praw­dzi­we pie­nią­dze. On spija śmie­tan­kę, a ja mam odwalić czar­ną ro­bo­tę. Nie mu­siał­bym działać wbrew sobie. Jesz­cze za lep­sze pie­nią­dze.

– Bra­ku­je ci na coś?

Mil­czał chwi­lę.

– Niby nie. Ale nie o to cho­dzi. Czy jest coś ta­kie­go jak dobra cena za gwałt na wła­snej oso­bo­wo­ści?

– Co byś zro­bił, gdy­byś miał lep­szą po­zy­cję albo wię­cej pie­nię­dzy? Wy­star­czy­ło­by ci to?

– Nie wiem. Ku­pił­bym coś dla po­pra­wy na­stro­ju. Bi­żu­te­rię żonie, sobie ze­ga­rek, może jakiś obraz?

– Chwi­lo­we przy­jem­no­ści szyb­ko mi­ja­ją. Dobra luk­su­so­we nie dają szczę­ścia. Są ele­men­tem gry o sta­tus, a to gra o sumie ze­ro­wej: żeby ktoś zy­skał, ktoś musi stra­cić. To droga do­ni­kąd.

Kra­ftwerk za­trzy­mał się przed murem ota­cza­ją­cym Kon­stan­cin. Adam spoj­rzał na unoszącą się bramę.

– Co ty mo­żesz wie­dzieć? Mnie wy­cho­wa­li dziad­ko­wie, któ­rzy ledwo wią­za­li ko­niec z koń­cem. I wiesz co? Wczo­raj sta­łem twa­rzą w twarz z tłu­mem bie­da­ków. Nie wy­glą­da­li na szczę­śli­wych. Co na to po­wiesz?

– Za­bra­kło to­ke­nów. Aby kon­ty­nu­ować te­ra­pię, do­ko­naj płat­no­ści. In­struk­cje znaj­dziesz w…

Wy­łą­czył U-Ca­re i nalał sobie whi­sky.

Spo­tka­nie ze związ­ka­mi za­czę­ło się od re­fe­ra­tu Iza­be­li Maj.

– Jak sami sły­szy­cie, sy­tu­acja jest trud­na. Na szczę­ście jest mi­ni­ster Pu­chal­ski, który obie­cał wspar­cie.

– Bar­dzo dzię­ku­ję za wpro­wa­dze­nie. Zro­bię, co w mojej mocy, by wasze… nasze in­te­re­sy zo­sta­ły od­po­wied­nio za­bez­pie­czo­ne – mówił po­wo­li, prze­su­wa­jąc wzrok po ze­bra­nych.

– Bar­dzo to do­ce­nia­my – ode­zwał się star­szy męż­czy­zna. Adam za­uwa­żył, jak ukrad­kiem chowa po­strzę­pio­ne man­kie­ty zno­szo­nej ko­szu­li w rę­ka­wach sta­re­go swe­tra. 

– Zro­bię, co się da. Mu­si­my za­cho­wać roz­są­dek.

– Roz­są­dek? Dla więk­szo­ści z nas nie ma już al­ter­na­tyw – od­parł związ­ko­wiec z kre­so­wym ak­cen­tem.

Adama prze­szedł dreszcz. Tak mówił jego dzia­dek. Za­wsze ustę­po­wał sil­niej­szym, scho­dził z drogi bo­gat­szym i nigdy nie pod­no­sił głosu.

– Roz­są­dek – od­parł sta­now­czo. – Takie są re­alia. Po­win­ni­śmy ne­go­cjo­wać stop­nio­we re­duk­cje, okres ochron­ny, od­pra­wy, wspar­cie w szko­le­niach, ale nie ma już moż­li­wo­ści utrzy­ma­nia sta­tus quo.

Na sali roz­le­gły się szep­ty.

– Adam, „plan B dla każ­de­go” to nasz wa­ru­nek. Plan mi­ni­mum, poza dys­ku­sją. To wła­śnie jest kom­pro­mis.

Przy­po­mniał sobie bro­da­cza z Bir­ming­ham. „Zni­kli, a świat nie runął”.

– Zo­ba­czę, co da się zro­bić. Tylko na czym po­le­ga ustęp­stwo z wa­szej stro­ny?

Szep­ty za­mie­ni­ły się we wzbu­rze­nie.

– Na tym, że w ogóle zga­dza­my się na re­duk­cje. Chce­cie za­stą­pić po­ło­wę ludzi ma­szy­na­mi, ja­kimś obcym sys­te­mem, a my mamy jesz­cze po­wie­dzieć, z czego zre­zy­gnu­je­my? Czy ktoś to w ogóle prze­my­ślał? To może być chwilowa oszczędność, ale zobaczymy, co potem. I jak to wpły­nie na śro­do­wi­sko – za­bra­ła głos młoda urzęd­nicz­ka.

Wszy­scy mil­cze­li.

– Bar­dzo pro­si­my, sza­now­ny panie mi­ni­strze, w panu jest nasza je­dy­na na­dzie­ja – po­wie­dział męż­czy­zna.

Pu­chal­ski skrzy­wił się. Kre­so­wy ak­cent i po­strzę­pio­ne man­kie­ty przy­wo­ła­ły słowa dziad­ka: „Znaj swoje miej­sce. Nie bądź na­iw­ny. Ta­kich jak my nikt do stołu nie za­pra­sza”.

Adam tylko ski­nął głową. Wy­cho­dząc ze spo­tka­nia, chciał jak naj­szyb­ciej do­trzeć do Mind­Sync i za­tra­cić się w tym, co tam za­sta­nie. Wró­cił do kra­ftwer­ka i ru­szył do filii kor­po­ra­cji w pod­war­szaw­skich Ło­mian­kach.

– Na­zy­wam się Dawid Kel­ler, spe­cja­li­sta do spraw ob­słu­gi VIP. Będę pana prze­wod­ni­kiem i wspar­ciem tech­nicz­nym – przed­sta­wił się wy­so­ki, do­brze ubra­ny męż­czy­zna.

– Miło mi. – Adam uści­snął mu dłoń, pa­trząc w oczy.

– Pre­zes Kroll mówił, że pan przyj­dzie i po­pro­sił, bym za­dbał o pana wra­że­nia.

Wje­cha­li uko­śną windą do oświe­tlo­nej szkla­nej ro­tun­dy, kilka me­trów nad zie­mią, ponad po­zio­mem lasu.

– Przy bu­do­wie na­szej sie­dzi­by nie ucier­pia­ło żadne drze­wo. W Mind­Sync wie­rzy­my w zrów­no­wa­żo­ny roz­wój – po­wie­dział Dawid, pro­wa­dząc Adama po ko­ry­ta­rzu z sza­re­go be­to­nu i czar­ne­go, pod­świe­tlo­ne­go le­da­mi szkła.

– Cie­ka­wi mnie trans­fer prze­żyć. Jak to dzia­ła? – za­py­tał Adam, przy­glą­da­jąc się ko­lej­nym dzie­łom sztu­ki, które mi­ja­li.

– A co do­kład­nie, jeśli mogę do­py­tać?

– Ko­rzy­sta­łem już z tego i mia­łem odczucie wła­snych do­zna­ń. Wie­dzia­łem, że to fik­cja, ale gdzie w tym jest „trans­fer”?

– Za po­mo­cą spe­cja­li­stycz­nej apa­ra­tu­ry re­je­stru­je­my ele­men­ty wyj­ścio­we: rze­czy­wi­stą lo­ka­li­za­cję albo sce­ne­rię stwo­rzo­ną dla sy­mu­la­cji. To jed­nak tylko pod­sta­wa. Akcja roz­wi­ja­ się nie­li­ne­ar­nie, za­leż­nie od dzia­łań uczest­ni­ka i de­cy­zji AI wy­bie­ra­nych z nie­mal nie­skoń­czo­nej bi­blio­te­ki zda­rzeń.

– A in­ten­syw­ność? Czy mo­że­my ją usta­wić?

– Oczy­wi­ście. Ma pan do wy­bo­ru sześć po­zio­mów. Może pan sko­rzy­stać z go­to­wych lo­ka­cji albo wy­brać wła­sne prze­ży­cie. Czy jest ja­kieś miej­sce, jakaś sy­tu­acja, do któ­rej chciał­by pan wró­cić i prze­żyć ją ina­czej?

– Jest coś ta­kie­go.

Udali się do spe­cjal­ne­go po­miesz­cze­nia, w któ­rym Kel­ler na­kle­ił na skro­nie Adama sen­so­ry neu­ro­sty­mu­la­cyj­ne, po­pro­sił o od­two­rze­nie w my­ślach żą­da­nej sy­tu­acji i wy­ja­śnił do­stęp­ne opcje. Po­mi­mo ostrze­żeń Adam wy­brał tryb „do­pa­mi­ne high / fic­tion-hor­ror”.

– Jeśli ze­chce pan za­koń­czyć sy­mu­la­cję albo coś pój­dzie nie tak, pro­szę krzyk­nąć „ter­mi­nus”. Sys­tem to wy­ła­pie i po chwi­li prze­two­rzy po­le­ce­nie, ale pro­szę pa­mię­tać, że zwy­kle zaj­mu­je to około czter­dzie­stu se­kund – po­wie­dział Kel­ler.

Wnę­trze kra­ftwer­ka było iden­tycz­ne z rze­czy­wi­stym. Czuł się do­kład­nie tak, jak w swoim aucie. Po­wo­li prze­jeż­dżał obok ma­sze­ru­ją­ce­go tłumu pro­te­stu­ją­cych. Skan­do­wa­li w rów­nym, pul­su­ją­cym tem­pie:

– Od­daj­cie nam pracę! Na kor­po­sy po­dat­ki!

Pro­te­stu­ją­cy oto­czy­li kra­ftwer­ka, ude­rza­jąc dłoń­mi o ka­ro­se­rię w rytm wy­gła­sza­nych haseł. Adam czuł wzbie­ra­ją­cą w nich ener­gię, wście­kłość i de­spe­ra­cję, tęt­nią­ce spod te­atral­nych masek.

– We­zwij pomoc, teraz! – krzyk­nął do kra­ftwer­ka.

Po­li­cyj­ne drony przy­le­cia­ły, pró­bu­jąc roz­go­nić tłum ar­mat­ka­mi. Nie­zbyt sku­tecz­nie.

– Od­daj­cie nam pracę! Od­daj­cie nam pracę! – skan­do­wał wście­kle tłum.

– Ro­zejść się! Przy braku re­ak­cji uży­je­my siły! – gło­sił ko­mu­ni­kat z drona.

W kie­run­ku la­ta­ją­cych ma­szyn po­le­cia­ła kost­ka bru­ko­wa. Ktoś oblał kra­ftwer­ka ben­zy­ną, auto sta­nę­ło w pło­mie­niach. W ostat­niej chwi­li kra­ftwerk wy­su­nął spod fo­te­la strzel­bę i otwo­rzył drzwi. Adam zła­pał broń i wy­sko­czył z auta.

Pro­te­stu­ją­cy zrzu­ci­li maski. Ich oczo­do­ły wy­peł­nia­ła czer­wo­na opu­chli­zna, a po twa­rzach spły­wa­ły czar­ne łzy. Szli ku Ada­mo­wi po­wo­li, ocię­ża­le. Pu­chal­ski prze­ła­do­wał strzel­bę, ale ktoś za­szedł go od tyłu, za­krył mu dło­nią twarz i za­ci­snął przed­ra­mię na szyi. Pró­bo­wał krzyk­nąć hasło, lecz nie mógł wy­do­być głosu. Wziął lufę pod ramię i na­ci­snął spust. Krew na­past­ni­ka bry­znę­ła mu na kark. Uścisk osłabł. Adam wy­rwał się i wrza­snął:

– Ter­mi­nus! Ter­mi­nus! Ter­mi­nus!

Sy­mu­la­cja nie za­trzy­ma­ła się. Horda była coraz bli­żej. Na jej czele szła ta sama ko­bie­ta. Nie mógł już cze­kać. Strze­lił. Padła, lecz za nią szli na­stęp­ni. On albo oni. To gra o sumie ze­ro­wej. Za­mknął oczy i strze­lał dalej. 

Nagle bły­snę­ło i obraz zgasł. Adam zwy­mio­to­wał.

– Zda­rza się. Też tak mia­łem za pierw­szym razem w tym try­bie – po­wie­dział Dawid.

Adam obmył się w to­a­le­cie. Kel­ler od­pro­wa­dził go do wyj­ścia.

– Może sko­czy­my na drin­ka? Noc jesz­cze młoda, znam lokal z bo­ga­tą ofer­tą. Wie pan, co mam na myśli – rzu­cił Kel­ler.

– Nie, dzię­ki. Po­wi­nie­nem wró­cić do domu. Do ro­dzi­ny. Tak, chcę do nich wró­cić – od­po­wie­dział.

Wszedł do domu po cichu, żona i dzie­ci już spały. Od­pra­wił wie­czor­ny ry­tu­ał: al­ko­hol i leki na­sen­ne. Po­wie­ki same opa­dły.

Obu­dził się. Była trze­cia trzy­dzie­ści. Nie za­snął do rana.

Na­stęp­ne­go dnia, cią­gle ubra­ny w pa­sia­stą pi­ża­mę, roz­ło­żył lap­to­pa na sto­li­ku w oran­że­rii. Przez chwi­lę pa­trzył na pustą wia­do­mość. Wró­ci­ły słowa Rac­kie­go: „Sys­tem i tak zrobi swoje. Z tobą albo bez cie­bie”.

Na­pi­sał e-maila:

Szanowny Panie Premierze,

rozmowy zakończone, nie osiągnęliśmy kompromisu.

Z poważaniem,

Adam Puchalski

Klik­nął „wy­ślij” i po­czuł, że od­pły­wa. Świat nagle zbladł.

 

***

Cy­ber­ne­tycz­ne ramię od­kle­iło sen­so­ry neu­ro­sty­mu­la­cyj­ne ze skro­ni Pu­chal­skie­go. Przez we­nflon po­pły­nął śro­dek przy­wra­ca­ją­cy świa­do­mość. Za­krztu­sił się, opróż­nia­jąc płuca z prze­zro­czy­stej mazi. Zimne świa­tło wy­peł­nia­ło ste­ryl­ną kap­su­łę, był w niej sam.

– Panie Pu­chal­ski, pro­szę po­li­czyć do trzech i opi­sać, jak pan się czuje – usły­szał syn­te­tycz­ny głos, jakby zza ścia­ny.

– Raz, dwa, trzy. Je­stem sko­ło­wa­ny, ale chyba… do­brze. Co się stało? – za­py­tał Adam.

– To nor­mal­ny objaw. Wspo­mnie­nia niebawem wrócą. Ba­da­nie za­koń­czo­ne.

Ramię skie­ro­wa­ło źró­dło świa­tła do le­we­go, a potem pra­we­go oka, spraw­dza­jąc re­ak­cje źre­nic. Ob­rę­cze na koń­czy­nach Adama zwol­ni­ły blo­ka­dy.

– B-ba­da­nie? Cz-cze­go ba­da­nie? Jaki m-mam w-wy­nik? – za­py­tał Pu­chal­ski, wciąż otu­ma­nio­ny. Po­trzą­snął głową, jakby chciał się wy­bu­dzić.

– Nie je­stem upo­waż­nio­ny do prze­ka­zy­wa­nia tego ro­dza­ju in­for­ma­cji. Wkrót­ce otrzy­ma pan de­cy­zję ad­mi­ni­stra­cyj­ną wraz z uza­sad­nie­niem i po­ucze­niem o moż­li­wo­ści od­wo­ła­nia.

Adam przy­krył czoło dło­nią.

– Mind­Sync wspie­ra ad­mi­ni­stra­cję pu­blicz­ną. Dzię­ku­je­my za współ­pra­cę, wy­ni­ki prze­ka­że­my nie­ba­wem.

– Mind­Sync? – po­wtó­rzył, po­trzą­sa­jąc głową.

Na ko­ry­ta­rzu minął kilka ob­cych twa­rzy. Miał ocho­tę ich za­cze­pić, wszyst­ko wy­tłu­ma­czyć. To prze­cież nie był on. Nie na­praw­dę.

Sko­ło­wa­ny, chwiej­nym kro­kiem opu­ścił ośro­dek. Me­dy­ka­men­ty, które do­stał na po­trze­by sy­mu­la­cji, po­wo­li prze­sta­wa­ły mu mie­szać w gło­wie.

Ta re­kru­ta­cja miała być szan­są, by wejść na wyż­szy po­ziom. Jak to moż­li­we, że dał się tak po­dejść?

Wró­cił do cia­sne­go, za­gra­co­ne­go miesz­ka­nia, w któ­rym nikt na niego nie cze­kał. Zo­stał tylko wynik. W my­ślach za­czął wy­ma­zy­wać nową przy­szłość: stare biur­ko w małym po­ko­ju z nie­wiel­kim oknem w De­par­ta­men­cie Kon­tro­li Za­mó­wień Pu­blicz­nych i prze­cięt­na, urzęd­ni­cza pen­sja zo­sta­ną z nim już na za­wsze.

Się­gnął po lap­to­pa, otwo­rzył skrzyn­kę i za­marł. Nie spo­dzie­wał się wy­ni­ków tak szyb­ko. Nie otwo­rzył ich od razu. Pod­szedł do barku i trzę­są­cą się ręką nalał whi­sky. Z tru­dem prze­łknął łyk al­ko­ho­lu.

Otwo­rzył za­łącz­nik, ale sys­tem po­pro­sił o hasło. Za­wi­bro­wał te­le­fon, do­stał wia­do­mość z dwu­na­sto­cy­fro­wym szy­frem. Wpi­su­jąc go, po­my­lił się trzy­krot­nie, w końcu wszedł. Prze­że­gnał się i od­czy­tał:

Po­uf­ne

W wy­ni­ku po­stę­po­wa­nia ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go prze­pro­wa­dzo­ne­go za po­mo­cą apa­ra­tu­ry Mind­Sync® stwier­dzo­no, że Adam Pu­chal­ski uzy­skał wynik po­zy­tyw­ny. Pro­fil oso­bo­wo­ścio­wy ba­da­ne­go speł­nia kry­te­ria sys­te­mo­we, wy­ma­ga­ne do peł­nie­nia funk­cji pu­blicz­nych.

Zmru­żył oczy i prze­czy­tał jesz­cze raz. Ode­tchnął, usta drgnę­ły w ką­ci­ku, ni to w uśmie­chu, ni to w gry­ma­sie. To tyle? Nic wię­cej? Czyli to była szopka?

Usły­szał tę cha­rak­te­ry­stycz­ną me­lo­dię, jakby ktoś grał na skrzyp­cach.

Wy­buchnął śmie­chem. Spoj­rzał na wła­sne dło­nie.

Koniec

Komentarze

No witamże :]

 

Hm, no nie urzekło mnie tym razem. Fabuła jest dość szczątkowa (jak na tekst 32k), a większość czasu upływa nam na migawkach ze smutnego świata przyszłości, które, co gorsza, niespecjalnie mają "kopa", bo o tych żebrakach, zwalnianych urzędnikach itepe zwyczajnie nic nie wiemy; nie są postaciami, tylko tłem. A co gorsza-gorsza, cały czas możemy podejrzewać, że w ogóle nie są, bo wszystko jest symulacją – odwieczna wada tekstów o snach i symulacjach, niezwykle trudna do obejścia: nie czuć stawki.

 

Przedstawiona wizja nawet ma sens, spójność (pierwsza scena, chociaż łączy w sobie dwa z trzech najbardziej zgranych debiutów, ładnie (acz ciut nachalnie) zapowiada nam i symulację, i motyw zwolnień. Oczywiście, z zapowiedzeniem symulacji jest wspomniany wyżej problem, ale – skoro już jest, to zapowiedzieć trzeba) i jest ciekawa, generalnie są zalety, tylko niepotrzebnie rzecz została tak bardzo rozciągnięta. Naprawdę, czytelnik rozumie, że chodzi o ludzi zwalnianych przez AI, nie trzeba tego wcierać w oczy. A jeśli już trzeba wetrzeć, to: raz, a porządnie. Pokazać los konkretnej postaci, a nie kolejnych bezimiennych statystów.

 

Na plus jakość wykonania, widać, że tu wysiłek w prozę był włożony, czyta się to płynnie bez jakiejkolwiek przykrości. Tak że choćby za to i za pomysł/wizję kliczek się tu należy, ale polecałbym na przyszłość zdecydowanie większą dyscyplinę w dokładaniu kolejnych scen.

 

Pozdrawiam!

quia lata porta et spatiosa via quae ducit ad slopem et multi sunt qui intrant per eam

A mnie, dla odmiany, bardzo się spodobało. Możliwe, że to przez mocniejsze w ostatnim czasie wejście w lore Assassin’s Creed – trafiłeś z tym tekstem w odpowiedni moment mojego życia. Z uśmiechem (czy na pewno?) nałożyłem na MindSyc skórkę Abstergo, a wizje Adama wyjaśniłem sobie bleeding effectem. :) 

Odstawiając na bok serię od Ubisfotu, przede wszystkim doceniam jakość wykonania. Piszesz naprawdę dobrze, czyta się płynnie, jest obrazowo, sceny wewnętrznie się kleją. Gratuluję, jakość godna pozazdroszczenia (w każdym razie – ja zazdroszczę).

Co do oceny samej opowieści, nie będę daleko od GalicyjskiegoZakapiora – nie dzieje się tu szczególnie dużo, a to, co już się dzieje, jest nieco nazbyt rozciągnięte i niektóre akapity czytelnik zdąży już sobie wyobrazić, zanim do nich dotrze, ale styl i przyjemność, jaką dawało mi czytanie, mi to wynagradzały.

Klikam, dając równocześnie znać, że gdzieś tak do połowy tekstu zastanawiałem się nad dwuklikiem. :)

@Galicyjski Zakapior – dziękuję za komentarz i klika. Pochwała za jakość wykonania to już dla mnie coś dużego. Rozumiem komentarz o wcieraniu w oczy (gdyby nie Tarnina, to bym pewnie tak je zatarł, że czytelnik mógłby stracić wzrok). To jedna z najważniejszych dla mnie rzeczy, której się można tutaj nauczyć – jak robić tego mniej. Może w końcu zupełnie przestanę.

Co do tego, że nie czuć stawki – kursi mnie, by napisać “ale”, jednak tego nie zrobię. Tekst powinien się bronić bez takich komentarzy, a wszystkie uwagi biorę sobie do serca.

 

@Barniusz – Tobie też dziękuję za komentarz i klika. A sama wizja tego, że tekst do połowy był bliski zasłużenia w Twoich oczach na podwójnego – cieszy podwójnie. Choć nie jestem fanem Assassina (mam dwie gry z tego świata, a żadnej nie skończyłem). To niezły paradoks, bo zawsze nęciła mnie wizja i lokacje, ale fabuła ostatecznie nudziła. Jestem świadomy problemu z balansem i gawędziarstwem, poświęciłem tym aspektom dużo pracy, ale jak widać – mam wciąż nad czym pracować. Wydaje mi się, że ich spełnienie to jedna z najtrudniejszych rzeczy w pisaniu. Bardzo się natomiast cieszę z tego, że

Bardzo się natomiast cieszę z tego, że

Nie stanowi dla ciebie, jak widać, problemu zagranie suspensem! :) 

Przynajmniej w komentarzach udało się ;).

A kończąc myśl – ucieszyło mnie, że przyjemność z czytania wynagrodziła część mankamentów.

Jeszcze raz dzięki za lekturę i komentarz :)

Cześć! Choć bez tak zaawansowanej techniki, to wiele rekrutacji na stanowiska kierownicze już teraz właśnie na czymś takim polega:). Bardzo ciekawe opowiadanie. Kawał porządnego socjo sf. Nominuję do Biblioteki za ciekawy pomysł i bardzo prawdopodobny scenaiusz być moze niedalekiej przysżłości. Pozdrawiam!

Grzesiek_W – dziękuję za lekturę, komentarz i klika! Dobrze rozumiem, że VR jest wykorzystywany w rekrutacjach? BTW to dość częsty komentarz, że moje teksty przedstawiają wcale nieodległą przyszłość. Akcja tego opowiadania toczy się w 2034 r., ciekawe czy wystarczająco to zaakcentowałem :).

Póki co nie VR, tylko testy psychologiczne, które oceniają kandydatów na stanowiska kierownicze, m.in. pod kątem tego czy w razie potrzeby zwalnianie koleżanek i kolegów nie wpłynie na ich motywację, nie zmniejszy lojalności wobec firmy, itp. To np. testy MTQ.

Przeczytam też inne Twoje teksty, skoro inni komentują je w te sposób to pewnie nie bez przyczyny. A przyznam, że cyberpunk i near future to mój klimat. Pozdrawiam!

Witaj. :)

 

Sugestie i wątpliwości odnośnie spraw językowych (zawsze – tylko do przemyślenia):

– Lejecie tu szczochy – zawołał z mocnym szkockim akcentem rudy mężczyzna w mundurze i ruszył do wyjścia, odwracając się od baru. – wykrzyknik przy (za)wołaniu?

To było takie prawdziwe. Jakby użycie siły było… – zawahał się. – powtórzenie?

 

Mam pewną wątpliwość odnośnie zapisu myśli, bo wyglądają jak zapis wypowiedzi ustnych.

 

Tu chciałabym dopytać, czy celowo raz wypowiedź Dubois jest pisana zwykłą czcionką, a raz – kursywą?:

Humanizm nigdy nie był tak zagrożony! Pod płaszczykiem pozornych oszczędności odbieracie ludziom środki do życia. Wolicie płacić korporacjom – grzmiała Marie-Claire Dubois, eurodeputowana z Francji.

– Czy bezrobocie wyskoczy mi dziś z lodówki? – zaśmiał się ktoś przy sąsiednim stoliku.

Izabela skrzywiła się. Na ekranie ponownie pojawiła się Dubois.

Mówicie o interesach lokalnych biznesów, ale działacie na rzecz obcych firm technologicznych. Bo kto opłacił pana kampanię? Z kim się pan bawił na bankiecie w Warszawie?

 

– Państwo nie może dłużej udawać przed podatnikami, że tak wysokie koszty administracji są uzasadnione, zwłaszcza gdy tak wielu z nich ma własne problemy z pracą – odpowiedział premier spokojnym, pozbawionym emocji głosem. – powtórzenie?

 

Hmmm… Tu mi – przy tej całej dyskusji – nie pasuje logicznie ten wyraz, czy tam przypadkiem nie ma literówki i czy nie miało tam być „przełożyć”, co całkiem mienia sens wypowiedzi Izabeli?:

– W wariancie trzecim znika ponad połowa etatów – odezwała się Izabela. – Co mamy powiedzieć tym ludziom?

– Państwo nie może dłużej udawać przed podatnikami, że tak wysokie koszty administracji są uzasadnione, zwłaszcza gdy tak wielu z nich ma własne problemy z pracą – odpowiedział premier spokojnym, pozbawionym emocji głosem. – Poprzedni rząd doprowadził nas do sytuacji, w której łatwych rozwiązań już nie ma.

Izabela zerknęła na Adama, czekając na reakcję.

– Przewodnicząca Maj ma rację – powiedział w końcu Puchalski. – Jesteśmy odpowiedzialni również za społeczne skutki tej reformy. Nie możemy najpierw zwolnić ludzi, a dopiero potem zastanawiać się, co z nimi zrobić. Poza tym to są też podatnicy i konsumenci, nie powinniśmy o tym zapominać.

– Gospodarka wytrzyma spadek konsumpcji w tej grupie społecznej – odpowiedział Kruszka. – Zaoszczędzone środki możemy przeznaczyć na inwestycje i tworzenie nowych miejsc pracy.

– To najpierw je stwórzmy, a redukcje należy przedłożyć – powiedziała Izabela.

 

Dajcie mi kilka tygodni na rozmowy ze stroną społeczną. Może da się wypracować rozwiązanie, którego budżet nie odczuje tak mocno, a ludzie nie zostaną z dnia na dzień bez pracy. – powtórzenie?

Są za to liczby. Tego procesu nie zatrzymasz. Możesz co najwyżej doprowadzić do tego, że zrobi to ktoś inny, a ty wypadniesz z gry. – powtórzenia?

Poza tym (przecinek?) po co wam to? – powtórzenie?

On spija śmietankę, a ja mam robić czarną robotę. Nie musiałbym robić niczego wbrew sobie. – powtórzenia?

Czy jest coś takiego (przecinek?) jak dobra cena za gwałt na własnej osobowości?

– Jak sami słyszycie, sytuacja jest trudna. Na szczęście minister Puchalski jest po naszej stronie i obiecał wsparcie. – powtórzenie?

Tylko (przecinek?) na czym polega ustępstwo z waszej strony?

To jest oszczędność może chwilowa, a zobaczymy (i tu?) co potem.

Takich jak my nikt do stołu nie zaprasza. – mam wątpliwość, czy fragmentu: „jak my” nie rozdzielić przecinkami (?)

– Korzystałem już z tego i miałem wrażenie, że to moje własne doznania. Wiedziałem, że to fikcja, ale gdzie w tym jest „transfer”? – powtórzenia?

Wydarzenia rozwijają się nielinearnie, zależnie od działań uczestnika i decyzji AI wybieranych z niemal nieskończonej biblioteki zdarzeń. – i tu?

– Jeśli zechce pan zakończyć symulację albo coś pójdzie nie tak, proszę krzyknąć „terminus”. System je wyłapie i po chwili przetworzy polecenie, ale proszę pamiętać, że zwykle zajmuje to około czterdziestu sekund – powiedział Keller. – składniowy? – niejasne zdania – czego dotyczy wyraz „je”?

Wcisnął lufę pod ramię i nacisnął spust. – powt./styl?

 

Obiecałam jakiś czas temu, że nie napiszę już o aliteracjach, lecz na wszelki wypadek zwracam tylko uwagę, abym pod ich kątem przejrzeć całość, bo się zdarzają, np.:

Wspomnienia wkrótce wrócą.

Czyli ten test to jakaś szopka?

 

Opowiadanie trzyma w napięciu do samego końca. Pierwsze zaskoczenie było mocne, potem do symulacji już powoli nas przyzwyczaiłeś i Czytelnicy nie mają większego problemu ze śledzeniem dość zawiłej fabuły. :) Ta nieszczęsna melodia jest kluczem do wszystkiego. :) 

Klik, pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Grzesiek_W – Wow, nie wiedziałem o tym. Bardzo ciekawy temat z etycznego punktu widzenia i nie twierdzę, że czarno-biały. Poszukam o tym czegoś więcej, bo ciekawe. Z moich rzeczy na forum najbardziej near future jest “W matni algorytmów”, ale to dość stary tekst i algorytmu od tamtego czasu stały się jeszcze bardziej agresywne (a warsztatowo pewnie słabiej napisany, niż ten). Niemniej zapraszam, nie znięchecam, a sam chętnie też zajrzę do Ciebie :). 

 

Ciekawa koncepcja, czytało się płynnie, ale… Jak na tak długo i tak profesjonalnie betowany tekst, to jest bardzo dużo baboli – mi to bardzo uprzykrzyło czytanie.

Brakuje wielu przecinków, zacząłem wypisywać poniżej, ale w pewnym momencie zrezygnowałem.

 

Subiektywne uwagi:

– “Spośród kilku możliwości, Adam wybrał pub w Birmingham”,

– “Czas się tu zatrzymał. A może nigdy nie ruszył? – pomyślał.” – myśl chyba bez półpauzy?

– “węszy nochalem” – ciężko byłoby węszyć uchem ;)

– zastanawiam się, co firma o nazwie MindSync robiła w chwili założenia, czyli w 1969?

– “Prawdziwy anioł biznesu i, jak się składa, pański rodak” – a nie tak się składa?

– “Czy włączyć muzykę, czy woli pan jechać w ciszy?” – powtórzenie czy,

– “Jak zwykle pod bramą, grupa żebraków próbowała dostać się do środka”,

– “nowych przepisów do sektora prywatnego” – chyba dla zamiast do?

– “Nagle, po drugiej stronie ulicy, huknęła eksplozja”,

– “Można. Zawsze można było” – a nie było można?

– brama do Kontancina najpierw się podnosiła, a w innym fragmencie rozsuwała.

Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.

Bruce – dziękuję za wszystkie uwagi, komentarz i klika. Zgadza się, że kolejna symulacja już nie jest takim zaskoczeniem. Działa tu znane z psychologii zjawisko habituacji, czyli stopniowego zanikania reakcji organizmu na powtarzający się bodziec. Natomiast inspiracją był jeden z ulubionych pisarzy – PK Dick i znakomite opowiadanie „Wpamiętamy to panu hurtowo”

Uwagi będę sukcesywnie wprowadzał :)

 

Szafirowy Smok, no cóż, szkoda, że opko nie przypadło Ci do gustu. To zupełnie normalne, że odbiór tekstu bywa różny, ale z tą interpunkcją to się nie dogadamy.

Dzięki za wypisanie tych kilku uwag, ale tylko część z nich jest trafna. Już w pierwszym przykładzie przecinek po „spośród kilku możliwości” byłby zbędny, podobnie jak po „Jak zwykle pod bramą”. Nie wspomnę o wytykaniu “nochala” w barowej mowie potocznej. 

Co do uszczypliwości dotyczącej betowania: zaznaczyłem na wstępie, że proces pisania był mocno rozciągnięty w czasie, z wielomiesięcznymi przerwami. W międzyczasie zmieniła się koncepcja opowiadania i mniej więcej połowa obecnego tekstu w ogóle nie miała bety. Napisałem o tym wyraźnie na wstępie.

Szanowny Zygi, to ja bardzo dziękuję za świetne opowiadanie yes, natomiast zawsze podkreślam, że każda moja sugestia jest tylko do przemyślenia, bo to Autor zawsze najlepiej wie, jak chce ostatecznie przekazać swój pomysł. :)

Pozdrawiam ciepło. heart

Pecunia non olet

Zygi_Sonar

 

Jasne, ze gusta są różne i nie wszystko zawsze idealnie nam podejdzie, inaczej jaki sens miałoby w ogóle pisanie i różnorodność? I nie napisałem, że mi się nie podobało – wręcz przeciwnie.

 

Z przecinkami ok, ja uważam inaczej, zwłaszcza, że w dalszej część tekstu też zauważyłem braki, ale pięknie się tutaj różnimy i jest ok. Interpunkcja is a bitch.

 

Nochal jako mowa potoczna w barze ok – chodzi mi o to, że jak się węszy, to siłą rzeczy tylko tą częścią ciała.

 

Zero zamierzonej uszczypliwości, czytałem wprowadzenie, po prostu dużo różności przeszkadzało mi w czytaniu, a myślałem, że w stosunku do bety zmieniłeś tekst tylko trochę.

 

Mam nadzieję, że choć z częścią uwag trafiłem.

A zachęcony tym tekstem, na pewno sprawdzę też inne Twoje opowiadania.

 

Pozdrawiam!

Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.

Szanowna Bruce, czytanie Twoich fachowych uwag – zawsze przedstawianych z szacunkiem i empatią – to czysta przyjemność. Wciąż mam problem z aliteracjami, które notorycznie przeoczam w swoich tekstach. Tym bardziej dziękuję, że zwracasz na nie uwagę.

 

Szafirowy Smoku, cieszę się zatem, że nie było aż tak źle. Wprowadziłem, zdaje się, trzy z Twoich uwag i za wszystkie dziękuję. Jeśli chodzi o interpunkcję, która – jak wskazałeś wcześniej – tak bardzo „uprzykrzyła” lekturę i zapewne w pewnym stopniu wpłynęła na wystawioną przez Ciebie ocenę, zostanę jednak przy swoim. Jakiś czas temu odświeżałem sobie te zasady:

https://rjp.pan.pl/zasady-pisowni-i-interpunkcji-polskiej-2/

Może warto zerknąć? Nie twierdzę oczywiście, że jestem w tej kwestii wyrocznią, ale nikt poza Tobą nie zgłosił aż tak daleko idących zastrzeżeń do interpunkcji w moim tekście.

Rozumiem, o co Ci chodziło z logiką „nochala”, ale tutaj również zostanę przy swoim: w barowej rozmowie ważniejsze jest dla mnie oddanie tego, jak ludzie faktycznie mówią.

Zygi_Sonar

 

Super, bardzo się cieszę. 

Twój punkt widzenia rozumiem, a o interpunkcji poczytam.

 

Dzięki!

Kiedy czynić dobro jest słusznie, zyskownie i praktycznie, zło staje się oznaką szlachectwa duszy.

Zygi-Sonarze, opisane wydarzenia z przyszłości, okazały się dla mnie mało zrozumiałe, więc nie mogę powiedzieć, że opowiadanie przypadło mi do gustu.

 

– Lejecie tu szczochy – zawołał… → Skoro zawołał, dodałabym wykrzyknik.

Proponuję: – Lejecie tu szczochy! – zawołał

 

Po­roz­ma­wia­my o przy­czy­nach de­mon­stra­cji – wy­brzmia­ło z radia. → Przed głosem z radia postawiłabym półpauzę, bo teraz komunikat sprawia wrażenie zapisu myśli.

Proponuję: Po­roz­ma­wia­my o przy­czy­nach de­mon­stra­cji – wy­brzmia­ło z radia.

 

brama wjaz­do­wa po­wo­li ru­szy­ła w górę. Jak zwy­kle pod bramą grupa że­bra­ków… → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję w drugim zdaniu: Jak zwy­kle stojąca pod nią grupa że­bra­ków

 

Za­skrzy­pi­ły kroki. → Literówka.

 

– We­zwij pomoc, teraz! – wrza­snął Adam. → – We­zwij pomoc, teraz!!! – wrza­snął Adam.

Przy wrzasku dałabym trzy wykrzykniki.

 

roz­piął kurt­kę i się­gnął do we­wnętrz­nej kie­sze­ni. Adam zląkł się i od­ru­cho­wo od­su­nął.

– Pro­szę zo­ba­czyć, to moje dzie­ci.

In­truz wyjął te­le­fon z we­wnętrz­nej kie­sze­ni… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Możesz co najwyżej wypaść z gry, a robie zrobi za ciebie ktoś inny. → Coś się tutaj pomerdało.

 

Wy­buchł śmie­chem. → Wy­buchnął śmie­chem.

http://okiem-filolozki.blogspot.com/2013/06/zniko-czy-znikneo-wybucho-czy-wybuchneo.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szanowna Bruce, czytanie Twoich fachowych uwag – zawsze przedstawianych z szacunkiem i empatią – to czysta przyjemność. Wciąż mam problem z aliteracjami, które notorycznie przeoczam w swoich tekstach. Tym bardziej dziękuję, że zwracasz na nie uwagę.

 

Zygi, serdecznie dziękuję za tyle miłych słów; od pewnego czasu aliteracje pozostawiam już w sferze domniemywań. :) 

Pecunia non olet

Cześć! Pochłonąłem tekst z ogromną ciekawością. Moim zdaniem świetny zamysł. Zakończenie trafia w punkt. Tego rodzaju symulacje rekrutacyjne wydają mi się bardzo niebezpieczne. Patrząc pesymistycznie, mogą okazać się narzędziem doboru ludzi nastawionych na realizację celu za wszelką cenę. Tzn. tych “najbardziej efektywnych”, a skrupuły, jak wiadomo, są mało efektywne. Smuci mnie wizja możliwości odsiania potencjalnych sygnalistów już na etapie rekrutacji.

 

Co do samej realizacji, to nawiązując do wypowiedzi przedmówców, mnie też się wydaje, że sceny-migawki trochę tu mącą. :) Przyznam się, straciłem rozeznanie w tym, kto się z kim układa i kto na jakiej jest pozycji. Do tego dochodzi rozmycie rzeczywiści na wielu poziomach: od alkoholu, poprzez sny aż po symulacje. Trudno w takim gąszczu przywiązać się do bohaterów. Tym bardziej jeśli protagoniście brakuje mocnego głosu i nie budzi sympatii (przynajmniej jego wersja sprzed przebudzenia); miota się w rozterkach, ale nie podejmuje znaczących działań czy prób zrozumienia. Gdy napotkałem kluczowe: „Nie dogadamy się. Nie ma szans na kompromis. Przekaż premierowi i róbcie, co trzeba”, to się zawahałem, bo w pierwszej chwili nie pojąłem, kto z kim – w tym kontekście – się dogaduje i co trzeba robić.

 

Mam mieszane odczucia co do stawki, o jaką toczy się tu polityczny bój – urzędników i ich posady. Stawiając ich w roli ofiar transformacji, podejmujesz spore wyzwanie, bo “zawód” ten chyba nie budzi wielu pozytywnych skojarzeń. Tekst też niezbyt się za nimi wstawia. Ot, można z nich zrezygnować, podatnikom będzie lżej, a jedynym wyraźnym problemem może się okazać bezrobocie. Przy doborze takiej specyficznej grupy społecznej natomiast pojawia się dość istotna kwestia: co się stanie, jeśli algorytmy zastąpią “panią z okienka” czy innych papierologów. W tekście pada odpowiedź: “Automatyzacja powtarzalnych procesów ograniczy koszty, skróci procedury i poprawi jakość usług”. Moim zdaniem zakwestionowanie tej odpowiedzi mogłoby być osią dla kontrargumentów na rzecz urzędników. Algorytmy nie są bezstronne, nieomylne czy tanie, więc spodziewałbym się, że ktoś w takim sporze wstawiłby się jednak za wartością “pierwiastka ludzkiego”, szczególnie przy takiej skali zmian. Przejęcie przez maszyny sprawczości administracyjnej to w moim odczuciu zupełnie inny kaliber niż korpooptymalizacje. Zmiana nie do porównania z zanikiem szczurołapów. To inny sposób funkcjonowania państwa.

 

Raz jeszcze, bardzo doceniam zamysł. Narracja trzyma poziom i tekst daje do myślenia; zasugerowałbym jedynie przemyślenie konstrukcji poszczególnych scen i uporządkowanie wątków, aby skupić się na tym, co ważne i wyraziste. Pozdrawiam! :)

Nędzniku, dziękuję za lekturę i wnikliwy komentarz. Jest bardzo ciekawy w wielu obszarach.

Choć wcześniej pisałem, że autor nie powinien bronić tekstu, tłumacząc swój zamysł, to tutaj chyba trochę muszę to zrobić. Urzędników jako grupę objętą redukcją wybrałem celowo. Od początku nie chciałem, aby to opko było o walce dobra ze złem. Uważam, że po obu stronach można znaleźć sporo dobrych argumentów i, choć bez ich oceniania, część argumentów za redukcją zatrudnienia w administracji też rozsiałem w tekście, co zresztą zauważyłeś. Nie chciałem się przy tym jednoznacznie opowiadać za którąkolwiek ze stron.

Co do zachowania „pierwiastka ludzkiego” i ludzkiej sprawczości, tu doprecyzuję tylko jedną rzecz: w tekście chodzi o redukcję, a nie likwidację administracji. Celowo zostawiłem też argumenty przemawiające za automatyzacją, bo zależało mi, żeby żadna ze stron tego konfliktu nie miała oczywistej racji. Zresztą problem ludzkiej uznaniowości sam w sobie też nie jest jednoznaczny. Literatura dotycząca błędów poznawczych i tzw. szumu decyzyjnego pokazuje, jak duża potrafi być zmienność profesjonalnych ocen, również wtedy, gdy decyzje podejmują doświadczeni ludzie (D. Kahneman i inni, Szum. Jak podejmować trafniejsze decyzje; D. Kahneman, Pułapki myślenia…). Nie chciałem jednak, żeby tekst rozstrzygał ten spór.

Jeśli chodzi o rozjaśnienie, kto z kim się dogaduje i co właściwie trzeba zrobić, to również dziękuję za tę uwagę. Mam pomysł, jak to trochę poprawić, i gdy znajdę chwilę, postaram się przy tym podłubać.

 

Regulatorzy, dziękuję za uwagi. Niebawem je wprowadzę.

Bardzo proszę, Zygi_Sonarze. Miło mi, że mogłam się przydać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka