Poniższy fragment stanowi prolog do dłuższego formatu, który planuję popełnić. Wszelkie uwagi mile widziane.
Poniższy fragment stanowi prolog do dłuższego formatu, który planuję popełnić. Wszelkie uwagi mile widziane.
(…)
Patrzymy w mroźną dal oboje,
co jak rozwarty stoi grób…
W rozwartym grobie serce moje
pod śniegiem leży u twych stóp.
(…)
Edward Słoński „Zima”
Praeteritum
Otworzył oczy i słuchał, jak deszcz siąpi za oknem. Po dłuższej chwili, korzystając z tego, że ich sypialnia przylega do ogrodu, przekręcił głowę na poduszce i obserwował przez okno w wykuszu, rośliny skąpane w ciepłym świetle lamp solarnych.
Niewielki robot przemieszczał się na gąsienicach wzdłuż rabaty. Zatrzymał się na moment, obrócił metalowy korpus i zaczął miarowo przycinać krzewy derenia. Steven Deerden obserwował, jak z każdym ruchem cienkich ramion maszyny, uzbrojonych w krótkie ostrza, spadają na ziemie martwe liście i suche łodygi. Mechaniczny ogrodnik utrzymywał żywopłot w doskonałym stanie.
Chociaż ogród jest witalny – pomyślał Deerden. – W przeciwieństwie do mnie.
Poranna mżawka, była już tylko reminiscencją o burzy, która przetoczyła się tej nocy nad miastem. Nawałnicy, która tym razem urozmaiciła conocną gehennę, którą przeżywał od kilku miesięcy. Ostatnimi czasy nie sypiał dobrze – wybudzał się najczęściej nad ranem i leżąc na wznak, wpatrywał w sufit. Mocował się, na zmianę przysypiając i wybudzając, z jego, jak zaczął ją nazywać w myślach, upiorną triadą. Zimny pot, drgawki oraz napięte jak postronki mięśnie; tak jego ciało rozmawiało z nim w nocy.
Spojrzał na budzik, który wskazywał szóstą. Podniósł się, zwiesił nogi z łóżka i poczłapał do toalety. Światła w pomieszczeniu zapaliły się automatycznie i zgodnie z programem ustawionym dla każdego z domowników, z głośników popłynął jeden z jego ulubionych utworów muzyki klasycznej. Tym razem Światło Księżyca, Claude’a Debussy.
Steven spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Wiernie oddawało jego kondycję psychofizyczną. Podkrążone oczy, wychudzona twarz, pokryta dwudniowym zarostem i krótko przystrzyżone, siwiejące włosy, nadawały mu wizerunek kogoś przygnębionego lub niezdrowego.
Włożył soczewki kontaktowe do oczu i rozczulił się chwilę nad swoim samopoczuciem i wyglądem. Po krótkim wahaniu jednak, postanowił, że ubierze dres i wyjdzie na jogging. Pomimo deprywacji snu chciał dzisiaj powrócić do swojej porannej rutyny; którą porzucił już jakiś czas temu.
Być może tego dzisiaj potrzebuję? – Wychodząc, przekonywał sam siebie w myślach.
Gdy opuszczał dom, było jeszcze ciemno na zewnątrz, a ulice oświetlone były przez latarnie ledowe, rzucające blado-zimne światło na mokre chodniki i ulice. Kilka metrów nad ulicą krążyła również elipsoida patrolująca. Akurat, gdy zaczynał rozgrzewkę, zrównała się z nim i zatrzymała w powietrzu. Obróciła w jego stronę system kamer i rejestratorów, jakby chciała mu się lepiej przyjrzeć. Steven, chcąc jej ułatwić zadanie, wyprostował się i spojrzał wprost w największy z poruszających się obiektywów. Maszyna przez chwilę lewitowała, lustrując go, po czym ruszyła w dalszą wędrówkę. Elipsoidy monitorowały co dzieje się w ich obszarze działania i mogły w razie potrzeby podjąć samodzielnie interwencje lub zawiadomić odpowiednie służby. Deerden wielokrotnie je widywał, a w zasadzie codziennie. Dzisiaj jednak miał wrażenie, że maszyna wyjątkowo ciekawsko mu się przyglądała.
Ruszył powolnym truchtem przez Mesa Avenue, a później Cresta Road. Wybrał trasę w kierunku Bear Creek Nature Center, jedną z jego ulubionych w Colorado Springs. Obniżył tempo biegu w porównaniu do swojej standardowej prędkości, aby nie przeciążać przemęczonego organizmu.
Rozmyślał o przyczynach powracającej bezsenności. Nie rozumiał, dlaczego prawie każdej nocy, bez powodu budzi się nad ranem i leży w mroku, zalękniony i zrezygnowany. Co gorsza w ogóle nie pojmował natury tego niepokoju ani przyczyn obniżonego nastroju. Nie wierzył w to, że może mieć depresję lub że gnębi go wypalenie zawodowe. Przecież w ciągu dnia czuł się już w miarę dobrze, szczególnie po południu.
Wiedział natomiast, że jeżeli ta sytuacja utrzyma się dłużej, może to mieć katastrofalne skutki dla jego obowiązków służbowych. Z tego głównie powodu postanowił, że tego dnia weźmie urlop w pracy i uda się na wizytę do psychiatry, czego zażądała od niego Emma.
Miał wrażenie, że od jakiegoś czasu oddalili się od siebie, ale żona wciąż dbała o niego i najwidoczniej zauważyła jego problemy ze snem. Uległ jej namowom, ale umawiając się do lekarza, wybrał prywatny gabinet znajdujący się w dość dużym oddaleniu od Colorado Springs, a przede wszystkim Bazy Sił Kosmicznych Peterson. Nawet nie chciał myśleć, co powiedzieliby w Firmie, gdyby dowiedzieli się o jego problemach zdrowotnych.
Po kilku minutach truchtu, Cresta Road przeszła w dwudziestą pierwszą ulicę, która prowadziła dalej na północ. Gdy biegł tego poranka, ulice były prawie opustoszałe – nie minął nikogo, nie licząc samotnego starszego pana z psem na smyczy. Czworonóg był chyba jeszcze bardziej leciwy niż jego właściciel. Gdy Steven przebiegł obok, staruszek odwrócony był do biegacza tyłem. Nie spodziewając się nikogo o tak wczesnej porze, wystraszył się i wzdrygnął, wypuszczając na mokry chodnik do połowy wypalonego papierosa.
– Kurwa jego mać! – Deerden oddalając się, słyszał, jak tamten przeklina pod nosem. – Biegać im się zachciewa. Jebani sportowcy.
Gdy Steve obrócił się przez ramię, dostrzegł, że staruszek, z nabożną pieczołowitością, zbiera z ziemi peta, po czym grozi mu pięścią na pożegnanie. Rozbawił go kontrast pomiędzy rachityczną posturą dziadunia i jego krewkim usposobieniem, któremu dał wyraz odgrażając się Stevenowi.
Gdy odwracał głowę z powrotem w kierunku biegu, gdzieś na granicy pola widzenia, Steven zauważył również, w pewnej odległości za sobą, jakiś duży, mroczny kształt. Zatrzymał się i obrócił, aby dokładniej mu się przyjrzeć. W oddaleniu kilkudziesięciu metrów, powoli sunął jego śladem ciemny SUV ze zgaszonymi światłami. Sylwetka pojazdu unosiła się nad ulicą, korzystając z rotomotorów, umiejscowionych między podwoziem a powierzchnią.
Samochody z możliwością lotu nie były częstym widokiem, a szczególnie nad ranem na przedmieściach Colorado Springs. Tego typu wehikuły zarezerwowane były dla służb, a możliwość ich prywatnego użytkowania była reglamentowana w drodze koncesji. Innymi słowy, jeżeli ktoś miał pieniądze, mógł się również pobawić takim cudem. Rząd chciał mieć pełną kontrolę nad tym, kto może je nabywać i użytkować ze względu na o wiele większą moc i możliwości przemieszczania się. Pojazdy te mogły poruszać się we wszystkich kierunkach w przestrzeni oraz dzięki silnikowi hybrydowemu, wodorowo-elektrycznemu osiągać zawrotne prędkości i przyspieszenie.
Dwie postaci w środku, na przednich siedzeniach, miały na sobie czarne ubrania. Dostrzegł to w momencie, gdy blask kolejnej latarni, mijanej przez wóz przepełzł po przedniej szybie, blado oświetlając wnętrze. Wytężył wzrok, aby lepiej przyjrzeć się swojemu ogonowi; auto wtedy raptownie przyspieszyło. Sylwetka SUVa przechyliła się w przestrzeni, gdy auto skręciło w przecznicę w lewo i z dużą prędkością zniknęło za budynkami.
Ktoś go śledził.
Kto to może być? – pomyślał. – A może już dostaję paranoi? Czy to brak snu miesza mi w głowie?
Stał tak przez chwilę zbity z tropu, po czym ruszył dalej w kierunku Bear Creek Park, rozglądając się baczniej po otoczeniu. W tym momencie nie było już sensu zawracać w kierunku domu.
Niezależnie, w którą stronę by pobiegł, jeżeli ktoś chciał go dopaść, Steven nie mógł mu w tym przeszkodzić. Zaletą parku, do którego zmierzał, było natomiast to, że nie można było wjechać tam samochodem. Przez chwilę rozmyślał, czy nie zadzwonić po pomoc do Toma Gustafsona – kumpla, z którym pracował w Centrum Ostrzegania Przed Atakiem Rakietowym, ale zrezygnował z tego zamiaru. W połączeniu z jego trudnym zapewne do przegapienia ostatnio rozkojarzeniem, spowodowanym bezsennością, telefon o pomoc po szóstej rano, mógłby mu tylko przysporzyć dziwnych spojrzeń w biurze. Tom był jego dobrym kolegą, ale czy mógłby nazwać go przyjacielem i zaufać w pełni? Miał ku temu wątpliwości. Byli kilkukrotnie na piwie w barze, ale po kilku głębszych Gustafson robił się wylewny, opowiadał o swoich problemach w małżeństwie i miało się wrażenie jakby nie odpłacanie tą samą dozą szczerości, stanowiło pewien nietakt. Steven był z natury introwertykiem i nie lubił zwierzać się nikomu ze swoich problemów. Sęk z wzywaniem pomocy, tkwił również w tym, że Deerden tym razem nie wziął ze sobą telefonu na jogging.
Rozmyślając o swoich możliwościach działania, zbliżył się do skrzyżowania dwudziestej pierwszej ulicy i Rio Grande, po czym skręcił z chodnika na szutrową ścieżkę, prowadzącą na szlak wzdłuż strumienia Bear Creek. Mijał po prawej stronie podłużny parking dla samochodów w kształcie prostokąta, który zwykle o tej porze jest jeszcze pusty. Na jego przeciwległym końcu dostrzegł obły kształt zaparkowanego SUVa. Pomimo znacznej odległości, rozpoznał go od razu. Silnik auta wydawał miarowy, monotonny dźwięk na jałowych obrotach, gdy z delikatną fluktuacją góra-dół lewitowało nad miejscem parkingowym. Miał wrażenie, że jest obserwowany z wnętrza samochodu. Gdy minął znak z nazwą szlaku, cały czas zerkając ukradkiem na obiekt, ktoś w środku zgasił motor, a koła powoli wysunęły się w dół. Samochód oparł się na nich z cichym jękiem.
Po chwili drzwi auta po obu stronach otworzyły się, dwie postaci wyszły z pojazdu i ruszyły w jego stronę truchtem. Steven poczuł uderzenie adrenaliny; był pewien, że to on jest celem tej dwójki. Przyspieszył kroku, zwiększając znacznie tempo i ruszył pędem wzdłuż strumienia Bear Creek.
Po pierwszych dwustu metrach ucieczki zauważył, że jego ogon utrzymuje stały dystans, jakby ścigający go ludzie obserwowali rozwój sytuacji i czekali na dogodny moment na wykonanie ruchu. Na początku, gdy opuścili parking przy wejściu na szlak, zmniejszyli do około pięćdziesięciu metrów, dystans dzielący ich od uciekiniera, ale później zaczęli utrzymywać stałą odległość.
Teren na zmianę wznosił się i opadał, z przewyższenia przechodził w strome zbiegi, na których Steven odczuwał dotkliwie pulsowanie mięśni czworogłowych ud. W duchu błagał, aby szalone tempo biegu, połączone z kilkumiesięcznym brakiem jakościowego nocnego snu nie doprowadziło do tego, że odezwie się któraś z jego starych kontuzji. Miał już ponad czterdzieści sześć lat, a uczestnictwo w zawodach biegowych, chociaż stanowiło część jego historii amatorskiego sportowca, zaliczało się do bardzo zamierzchłych jej rozdziałów.
Słońce powoli zaczęło wschodzić, rozpraszając mrok nocy. Ciepło pierwszych promieni dodało Stevenowi odwagi, zaczął zatem myśleć nad jakimś planem wyjścia z sytuacji.
Biegli najpierw brzegiem Bear Creek, ścieżką usianą jesiennymi złoto-bordowymi liśćmi, opadłymi z gęsto rosnących tutaj topoli i klonów. Później przez otwarte przestrzenie, wśród łąk porośniętych trawami preriowymi, poprzetykanymi białymi krwawnikami i złotymi astrami.
Co za popieprzona farsa! – myślał gorączkowo. – Akcja jak z podróbki Jamesa Bonda, klasy C. Jeżeli chcieli mnie wykończyć, dlaczego po prostu nie strzelili do mnie z dystansu, nie zabili mnie w moim domu, nie podali trucizny, rozpieprzyli hamulców w samochodzie lub nie wykorzystali setki z innych bardziej dyskretnych i mniej groteskowych sposobów.
Trakt momentami prowadził nad urwiskami z ekspozycją na pasmo Front Range, z górującym nad okolicą Pikes Peak. Najwyższy szczyt tego pasma Gór Skalistych, zdążył już pokryć się śniegiem, chociaż dopiero był koniec września.
Przynajmniej umrę w pięknych okolicznościach przyrody! – skonstatował w duchu.
Uśmiechnął się kwaśno pod nosem, sam do siebie i rzucił okiem przez ramię. W świetle dnia mógł chociaż przez chwilę przyjrzeć się ścigającym. Zauważył, że podążające za nim osoby to rosły, biały mężczyzna oraz filigranowa, czarnoskóra kobieta. Stevenowi wydawało się, że oboje pod kombinezonami do biegania schowane mieli kabury z bronią, o czym mogły świadczyć pokaźne wybrzuszenia materiału na biodrach. Oboje biegli równo, w zdyscyplinowany sposób, wpatrując się zimno w wyznaczony cel.
– Czego ode mnie, kurwa, chcecie?! – krzyknął.
– Niech się pan nie martwi, poruczniku Deerden! – Biegnąca za nim kobieta cedziła słowa pomiędzy wdechami. Jej głos rezonował echem wśród skał. – Nic panu nie grozi. Właśnie o to chcemy się zatroszczyć.
Ta odpowiedź jakoś wcale go nie uspokoiła. Chociaż nie tak wyobrażał sobie głos kogoś, kto może go ukatrupić. Mimo wszystko miał wrażenie, że ścigająca go kobieta rzeczywiście stara się go uspokoić.
Po około piętnastu minutach zaczęli się zbliżać do końca szlaku. Steven liczył na to, że w Bear Creek Nature Center już ktoś będzie o tej porze. W ośrodku często rozpoczynano pracę dość wcześnie. Wbiegli na ostatnią prostą prowadzącą do ośrodka wzdłuż drewnianego płotu, za którym rósł sosnowo-dębowy zagajnik. Przed Bear Creek Nature Center było jeszcze pusto, nikogo jak na złość! Często biegając tą samą trasą o tej porze, widywał pracowników przygotowujących dla zwiedzających różne atrakcje edukacyjne związane z ochroną przyrody.
Dzisiaj tylko kilka robotów ogrodniczych, przemieszczało się wśród zieleni, wykonując powierzone zadania.
Nie widząc innej możliwości, dał susa za ogrodzenie, po czym szybkiego nura prawie sprintem prostopadle do szlaku, w gęstwinę zagajnika. Gałęzie smagały go po twarzy, gdy pędził przez zarośla. Od rozpoczęcia pościgu przebiegli prawie dwie mile i pomimo buzującej w jego żyłach adrenaliny, dystans przebyty w trybie ucieczki, zaczynał odczuwać powoli w płucach i mięśniach.
Przedarł się przez gęste skupisko mlecznobiałych krzewów saskatoon, skomasowanych pomiędzy szpalerami dębów gambela i wypadł na niewielką polankę. Zauważył żeliwne palenisko oraz stojak na drewno, sięgający mu do pasa. Przesadził go jednym skokiem i szybko opadł na kolana. Chwycił jedną ze szczap drewna, zważył przez chwilę w dłoni, starając się stłumić sapanie i nasłuchiwał odgłosów pościgu. W leśnej ciszy, która zapadła słychać było wyłącznie jednostajny szum strumienia i odległe odgłosy pracujących maszyn.
Po krótkiej chwili, która wydawała się wiecznością, miał wrażenie, że włosy stanęły mu dęba na karku, gdy rozległ się cichy trzask łamanej gałązki, ale kompletnie z innego kierunku niż się spodziewał. Całą uwagę i czujność skierował w stronę, z której przybył. Założył bowiem, że ktoś wyłoni się za stojaka na drewno, a jemu być może uda się wytrącić broń napastnikowi lub go ogłuszyć. Tymczasem ktoś skradał się z przeciwległego kierunku i zapewne już go widział, gdyż z tamtej strony Steven nie był niczym osłonięty. Obrócił głowę i ujrzał jak w kierunku miejsca, w którym klęczał, kroczy trzeci członek ekipy pościgowej. Tym razem ulga mieszała się w jego umyśle z osłupieniem.
– Cześć Steven. – Tom Gustafson uśmiechał się szeroko. Ręce miał uniesione, prezentując pokojowe zamiary. – Odłóż proszę ten drewniany klocek. Chyba nie chcesz mnie spalić w kominku, wariacie? – Uśmiechnął się przyjaźnie do Stevena, który obserwował nadchodzącego kolegę z wyrazem zaskoczenia na twarzy. – Ja w zamian chyba jestem ci winien jakieś wyjaśnienia, być może nawet sporo.
***
– Ale jakbyś zobaczył swoją minę, stary! – Gustafson był szczerze rozbawiony sytuacją, której był uczestnikiem, jakieś pół godziny wcześniej. – Nie wiedziałeś, czy rzucać do mnie tym kawałkiem drewna, uciekać, czy może zesrać się w gacie. – Zaciągnął się papierosem i wypuścił gęstą chmurę dymu. Siedzieli pod zadaszeniem, na tarasie jadłodajni Rudy’s Country Store and Barbeque. W powietrzu unosiła się woń kawy i jajek na bekonie.
– Bardzo śmieszne – odparł Steven. – Ciekawe jak ty byś się zachował w takiej sytuacji. Dwójka zabijaków ściga cię pieszo górskim szlakiem, a na końcu jak królik z kapelusza wyskakuje twój kumpel z pracy i mówi, że wszystko jest git i super.
Gustafson patrzył przez chwilę Deerdenowi w oczy, uśmiech powoli znikał z jego oblicza. W zamyśleniu przez chwilę analizował, od czego powinien zacząć objaśnianie kuriozalnej sytuacji z dzisiejszego poranka. Odwrócił głowę w kierunku ulicy i obserwując ruch uliczny, zaciągnął się papierosem.
– Jak dobrze znasz swoją żonę, Steve? – Tom zaczął wodzić wzrokiem za przejeżdżającymi autami. Ludzie spieszyli się do pracy. – Wiesz w jakim celu podróżuje tak często do Europy? – Ostatnie słowa cedził bardzo powoli i z namaszczeniem, kontrolując tempo wypowiadania słów.
– Przecież pracuje naukowo. To chyba normalne w jej dziedzinie, że aby wygłosić gdzieś wykład, musi tam polecieć, prawda? – Steven pochylił się w kierunku Gustafsona i dodał półszeptem. – A możesz mi wytłumaczyć, co ci do tego, k o l e g o?
– Emma jest mikrobiologiem i specjalizuje się w wirusologii, prawda? – zapytał Tom.
– Mhm… Bingo. A skąd ty to wiesz?
Gustafson wyciągnął z aktówki, którą do tej pory trzymał obok na ławce, szarą tekturową teczkę i wręczył ją koledze. Uśmiechnął się ukazując szereg białych zębów. Steven zawsze się zastanawiał, jak to możliwe, że Tom, paląc jak smok wciąż ma tak jasne szkliwo.
Deszcz już powoli przestawał padać, a słońce zaczynało nieśmiało przygrzewać.
– Zajrzyj do środka, k o l e g o. – Tom przeczesał palcami blond włosy opadające mu po bokach głowy i jakby od niechcenia puścił oko do młodej kobiety siedzącej w przeciwległej części tarasu. Dziewczyna spłonęła rumieńcem i opuściła wzrok. Deerden czasami bał się przyznać przed sobą, że zazdrości koledze z wydziału powodzenia u kobiet.
Steven najpierw obejrzał okładkę teczki. Podpisana była po prostu – „Emma Deerden”. W środku, na pierwszych kilku stronach, znajdował się drobiazgowy opis tego kim jest i czym się zajmuje jego żona. Bardzo szczegółowy życiorys Emmy, uwzględniający miejsce urodzenia, pochodzenie rodziców i ich wykształcenie, ilość rodzeństwa i ich wiek. W kolejnych rubrykach były informacje dotyczące miejsc zamieszkania, byłych partnerów oraz miejsc pracy. Znalazł tam również opis jej drogi naukowej na Uniwersytecie w Helsinkach, temat dysertacji doktorskiej oraz artykułów i badań publikowanych przed habilitacją.
– Co?…Co to ma znaczyć? – Subtelny wiatr poruszył stronami akt, gdy Steven przerwał lekturę. – Po jaką cholerę zbierasz…zbieracie… – wskazał palcem na dwójkę, która wcześniej ścigała go na szlaku, a teraz spokojnie popijała kawę trzy stoliki dalej – te informacje.
– Czytaj dalej. – Tom sięgnął dłonią do teczki, powoli przewrócił kilka stron akt, zawierających między innymi szczegółową analizę rysu charakterologicznego Emmy, co Steve wywnioskował z nagłówków arkuszy. – Tutaj może kryć się część odpowiedzi. – Uśmiechnął się i przycisnął palcem wskazującym kopertę w formacie A4, przyczepioną spinaczem biurowym.
Steven otworzył kopertę i wyjął jej zawartość. Znalazł tam zdjęcia. Wyglądały jakby zrobione zostały z ukrycia i z dużej odległości, chociaż były dość ostre. Od razu poznał swoją żonę. Siedziała na plaży, w stroju kąpielowym, okryta seledynowym, muślinowym szalem. Towarzyszył jej muskularny mężczyzna, rozebrany do kąpielówek. Między nimi wbita w piasek sterczała pod kątem butelka wina bądź szampana. Trzymali w dłoniach kieliszki i uśmiechali się do siebie. Mężczyzna był w podobnym wieku co ona, na oko około trzydziestu pięciu lat, miał ciemne blond włosy, delikatnie falowane. Kolejne kilka zdjęć ukazywało, że naprawdę mieli się ku sobie – na kilku całowali się i obejmowali.
– Wiesz, jak trudno zdobyć jest pozwolenie na użycie odpowiednich zasobów, a konkretnie bezzałogowca o możliwości szpiegowania peryskopowego linii brzegowej? – podjął Tom. – A to wszystko tylko po to, żeby wykonać zdjęcia rozwodowe żony kolegi z pracy. – Gustafson zrobił minę jakby przez chwilę rzeczywiście spodziewał się, że Steven odpowie mu na to pytanie. Skrzyżował ręce na piersi. Dym z papierosa, którego trzymał w uniesionym szyderczo kąciku ust, wił się, przesłaniając jego twarz półprzezroczystym, szarym całunem.
Deerden bez słowa przyglądał się zdjęciom. W każdej z dłoni trzymał po jednym, przesuwając po nich wzrokiem. Wyglądał, jakby nie dowierzał w to, co widzi.
– Jak się pewnie domyślasz – kontynuował Gustafson – nie jestem wyłącznie pracownikiem NORAD[1]. Zostałem przydzielony do twojego wydziału, aby zapewnić wam ochronę kontrwywiadowczą. To – wskazał palcem na zdjęcia – jest jeden z owoców, a zarazem efektów ubocznych mojej pracy.
Steven nadal milczał, wpatrując się w fotografie. Na jednej z nich długie, miedziano-rude włosy jego żony zwieszały się szerokim pasmem na piasek, gdy przechylała głowę do pocałunku. Zrobiło mu się słabo, a po chwili niemoc zaczął zastępować zimny gniew.
– Jak się domyślasz – kontynuował Gustafson ostrożnie cedząc słowa. Zerkał na tężejące w niemej furii oblicze kolegi – cały ten ambaras nie jest związany z tym, żeby zapewnić ci świetny materiał dowodowy do sprawy rozwodowej. – Zaciągnął się papierosem i po chwili podjął, wypuszczając dym. – Ten gość co ci żonkę bałamuci to niejaki Dawid Ryter, oficer polskiej Agencji Wywiadu, działający pod przykrywką attaché naukowego. Mamy powody, aby uważać, że przeflancował się na stronę Ruskich i z ich ramienia… działa na tych zdjęciach.
– Ale po jaką cholerę Rosjanom dostęp do fińskiego mikrobiologa!? – Steven prawie krzyknął. Uniósł się gwałtownie na łokciach i oparł na blacie stołu. Przechyliwszy ciężar ciała w kierunku Gustafsona, schwycił go dłonią za kołnierz koszuli z przodu i wlepił w oczy gniewny wzrok. – Po jaką cholerę, się pytam!? – ostatnie słowa wypowiedział półszeptem, już łagodniej, rozluźniając chwyt na szyi Toma. – Czemu? – jego głos drżał, a twarz wykrzywił grymas rozpaczy. – Steven wycofał się z powrotem na swoje miejsce, zwiesił głowę i podparł dłońmi. Niememu łkaniu zawtórowały spływające na blat pojedyncze łzy.
– Przykro mi, Steve – Tom westchnął i zgasił papierosa. – Nie należy ufać kobietom. Ale jeżeli to będzie dla ciebie, chociaż jakieś pocieszenie… – Gustafson wykonał dramatyczną pauzę, czekając aż Deerden podniesie wzrok znad zdjęć – to w ogóle nie jest jej wina.
– Co masz na myśli? – zapytał Steven z nadzieją w głosie.
– Odpowiedź również znajdziesz w teczce Emmy. – Tom jeszcze raz przekartkował akta. Tym razem otworzył je na sekcji dotyczącej dorobku naukowego. Niespiesznie zapalił kolejnego papierosa. – I jak? Widzisz tu coś co mogłoby cię naprowadzić na drogę oświecenia? Jakąś prawidłowość?
– Przestań się ze mną droczyć, skurwielu. – Steven cały trząsł się z gniewu, który powrócił gwałtowną falą. – Albo mi zaraz powiesz, albo tak ci przypierdolę w ten pusty łeb, że nakryjesz się nogami i fikniesz z tej pieprzonej ławy na ziemię – wycharczał przez zaciśnięte usta.
– Dobra, spokojnie. Pełno jest rybek w tym morzu, stary – odparł pojednawczo Tom. – Spójrz na tematy jej publikacji. Widzisz jakąś prawidłowość?
Steven otarł usta wierzchem dłoni i wziął kilka głębokich, najpierw drżących, potem trochę spokojniejszych i równych oddechów. Przyjrzał się tytułom prac naukowych Emmy. Przeważająca większość dotyczyła pikornawirusów oraz możliwości ich modyfikowania genetycznego.
– Widzisz, poruczniku Deerden, pikornawirusy to takie bardzo małe wirusy. Mierzą poniżej 30 nanometrów. – Tom wykładając, gestykulował papierosem, udając jakby liczył jakieś niewidzialne obiekty na stole. – Na główce szpilki można by zmieścić ich kilkaset milionów. Przez chwilę zawiesił głos, po czym widząc, że Deerden oczekuję dalszej części, kontynuował.
– Twoja żona jest cholernie dobrym mikrobiologiem. Na tyle dobrym, że tworzyła coś na specjalne zlecenie rządu USA, Steve.
– Jakiegoś cholernego super wirusa?
– Najmniejszego znanego pikornawirusa, który miał mieć zdolności do przenikania do układu nerwowego żywiciela i wywoływania określonych skutków – Gustafson zniżył głos do półszeptu. – Rozumiesz, co mam na myśli?
– No właśnie nie do końca.
– Może zabrzmi to niedorzecznie, ale wyobraź sobie, że twoja żona nie całkowicie z własnej woli wdała się w romans z tym Ryterem.
– Co takiego? – Steven pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Gotowym produktem, który miała rządowi dostarczyć Emma – kontynuował Gustafson – miał być wirus, który mógłby w jakiś sposób wpływać na zachowanie zainfekowanej osoby poprzez działanie na układ nerwowy. Kolejnym etapem, niejako upgradem, byłaby możliwość porozumiewania się z nanokomórką wirusa i przekazywania jej poleceń szczegółowo i na bieżąco, aby sterować żywicielem
– Udało się to Emmie?
– Przed zakończeniem badań twoja żona zrezygnowała ze współpracy z wujkiem Samem. – Tom wzruszył ramionami, po czym na moment zawiesił wzrok na kobiecie wchodzącej do baru, podziwiając jej kształty. – Być może ucieszy cię powód jej decyzji. Po prostu miała zbyt duże opory moralne. – Gustafson uśmiechnął się do Stevena – Dobraliście się, nie ma co.
– Nad wirusem pracowało pod kierownictwem Emmy kilkanaście osób – kontynuował Gustafson. – Każdej udzieliliśmy bardzo dokładnej ochrony wywiadowczej, włącznie z twoją żoną.
– I stąd te zdjęcia?
– Dokładnie, Steve. – Gustafson klepnął się dłonią w udo. – Cholera, mógłbyś pracować w kontrwywiadzie, jak boga kocham. – Uśmiechnął się szeroko. – Ale… nie o tym – zmitygował się. – Oprócz robienia zdjęć gołąbeczkom na plaży, objęliśmy ją dokładną ochroną i obserwacją. Odkryliśmy, że wyniki badań, które do tej pory wykonywała miała również u siebie na komputerze i ktoś, a dokładnie gołąbeczek Dawid Ryter, jakiś czas temu na jednej z konferencji naukowych, buchnął jej z dysku te dane. Wtedy jeszcze nie byli… blisko.
– I co z nimi zrobił?
– Przekazał swoim mocodawcom, Steve. Na Kreml. – odpowiedział Gustafson. – Wierzymy w to, że Ruscy wykorzystali te badania i stworzyli wirusa, którego pierwotnie miała dostarczyć Emma rządowi USA. Wykorzystali ją po prostu, żeby wykraść te badania.
– No dobra. – Steven pociągnął łyka kawy, pojrzał pytająco na Toma, poczęstował się jego papierosem i zapalił. – Ale dlaczego Emma wdała się w romans z tym agentem wywiadu?
– Myślimy, że Emma została nim zainfekowana, Steve – odparł Gustafson. – Nie dość, że ukradli jej wyniki badań to jeszcze potraktowali ją jak królika doświadczalnego.
– Wydaje mi się, że nie zdołali jeszcze wejść na poziom pozwalający na szczegółowe sterowanie czyimś zachowaniem – kontynuował. – Ale wygląda na to, że wirus, którego udało im się wytworzyć, na podstawie wykradzionych informacji, może wywoływać określone efekty emocjonalne. Stąd romans Emmy z tym bubkiem – Gustafson wskazał palcem uśmiechniętego Rytera na jednym ze zdjęć.
Parking przy barze zaczynał zapełniać się samochodami. Ludzie w drodze do pracy zatrzymywali się na śniadanie. Koło baru przeleciał policyjny hovercar.
– I tutaj chyba jest miejsce i czas na to, żeby naświetlić ci powód dzisiejszej kuriozalnej gonitwy górskiej – Tom usmiechnął się pojednawczo. – Od jakiegoś czasu zauważyłem, że zacząłeś się osobliwie zachowywać w biurze. Byłeś rozkojarzony i rozbity. Widać było, że raczej nie wysypiasz się dobrze.
– To prawda – przytaknął Steven. – Mam problemy ze snem. Budzę się nad ranem prawie codziennie.
– Ponieważ masz bardzo odpowiedzialne zajęcie – Tom wciąż zezował na dziewczynę po drugiej stronie tarasu – nie mogliśmy pozwolić, abyś w takim stanie obserwował aparaturę mającą wykryć potencjalny atak nuklearny.
– W związku tym – kontynuował – zawsze twój partner na zmianie musiał pracować ze zwiększoną czujnością. Postanowiliśmy również, że musimy zacząć cię obserwować. Wierz mi lub nie, ale uważamy, że nie tylko Emma stała się królikiem doświadczalnym mateczki Rossiji. – Gustafson pociągnął łyk kawy. – U ciebie chcieli chyba wyindukować coś na kształt depresji.
– Nie pytaj mnie jak to kurewstwo działa, Steve – mówił dalej Gustafson. – W jakiś sposób przenika barierę krew mózg i zaczyna robić swoje. Nie mam pojęcia również, jak udało im się ciebie dopaść, ale wiemy na pewno, że masz tego wirusa. Wykorzystaliśmy twoje okresowe badania krwi w Firmie, aby to sprawdzić.
– Ty naprawdę, oczekujesz, że ja w to wszystko uwierzę, Tom? – przerwał mu Steve. – Podsumujmy… – zaczął wyliczać na palcach – moja żona tworzyła super wirusa, którego przechwycili Ruscy. Wykorzystali ją i mnie jako króliki doświadczalne. Ją rozkochano w tym… Ryterze, a mnie chcą zniszczyć? – Steven uśmiechnął się krzywo, kręcąc głową i unosząc brwi.
Gustafson powoli pokiwał głową, patrząc Stevenowi w oczy.
– Dokładnie tak – powiedział. – Dlatego dzisiaj podążyliśmy za tobą. Od jakiegoś czasu nie uprawiałeś joggingu. Istniała obawa, że na szlaku będziesz chciał zrobić coś… głupiego.
– Byłeś już w bardzo złym stanie psychicznym. – dodał. – Niestety moi współpracownicy okazali się mało dyskretni, więc postanowiliśmy cię wtajemniczyć w to co się naprawdę dzieje. Zresztą i tak już był najwyższy czas.
– Na co? – Steve spojrzał pytająco na Gustafsona.
– Żebyśmy to my przejęli inicjatywę – Tom puścił oko, tym razem do Stevena.
***
Deerden miał mętlik w głowie. Starał się poskładać do kupy ten kalejdoskop zdarzeń w jakikolwiek sensowny i racjonalny wzór. W jeden poranek okazało się, że nie dość, że zdradza go żona, to jeszcze robi to z agentem obcego wywiadu, który w jakiś sposób wykradł jej tajne badania dotyczące wirusa, służącego do kontroli nad ludźmi. Dodatkowo, ten sam człowiek zaraził ją tym patogenem i w jakiś sposób również Steven został nim zakażony.
Po opuszczeniu restauracji, w której spędzili poranek, zadzwonił do pracy i wziął wolne. Gustafson poinformował go wcześniej, że szef Centrum Ostrzegania Przed Atakiem Rakietowym, w którym pracowali razem, chciał, żeby Steven wziął chorobowe na kilka dni. Jak się okazało, jego przełożony prawdopodobnie wtajemniczony został w działania kontrwywiadowcze. Gustafson wiedział również planowanej wizycie u psychiatry, którą nakazano Stevenowi odwołać – widocznie monitorowali jego rozmowy telefoniczne. Jeżeli rzeczywiście to świństwo powodowało jego parszywy stan psychiczny, wizyta u lekarze nie była konieczna.
Gdy wracał do domu taksówką, zerkał na dwa metalowe pudełeczka, które wręczył mu Tom. W obu z nich znajdowało się antidotum. Emmie należało je podać w taki sposób, aby się nie zorientowała. Gdyby wyczuła, że próbują ją wyleczyć bez jej wiedzy, kto wie, jak wirus mógłby na nią wpłynąć. Być może miał zakodowane jakieś mechanizmy obronne. Nic dziwnego, że od pewnego czasu tak bardzo się oddalili od siebie – była przecież kompletnie innym człowiekiem.
W domu wziął szybki prysznic i zjadł śniadanie. Emma pojechała do pracy na Uniwersytet, a ich syn, Miko do szkoły. Chłopak miał już piętnaście lat i był bardzo bystry. Wyśmienity intelekt pozwalał mu osiągać bardzo wysokie wyniki w nauce. Nie stronił również od sportu – uwielbiał zapasy. Trenował je od małego. Do tego, podobnie jak ojciec, interesował się militariami i w przyszłości chciał zostać żołnierzem wojsk specjalnych.
– Lepsze to niż patrzenie całe dnie na monitory, jak jego staruszek – myślał Steven.
Teraz, gdy nikogo nie było w domu, miał również trochę czasu sam na sam z puzderkami od Gustafsona. Chciał również na spokojnie zastanowić się nad dalszymi krokami, które podejmie. Siedział w salonie na sofie, w szlafroku i obracał w dłoniach metalowe pudełeczka srebrnego koloru, które grzechotały przy potrząśnięciu. Otworzył jedno z nich i przyjrzał się dokładnie zawartości. Dwie zielono-czerwone kapsułki. Miał je brać przez dwa dni z rzędu o dowolnej porze.
Podniósł jedną z nich, obracał przez chwilę między palcem wskazującym i kciukiem, i w końcu połknął. Celulozowa powłoka kapsułki nie miała żadnego smaku. Popił ją wodą, przymknął oczy, zapadając się głębiej w sofie i zaczął drzemać.
Przez moment wydawało mu się, że okno w salonie otworzyło się i wpadł przez nie chłodny wiatr, który owiał jego twarz. Gdy otworzył oczy zobaczył nad sobą szczupłą sylwetkę Emmy, która nachyliła się i pocałowała go w usta.
– Wróciłam wcześniej z pracy – powiedziała. – Chciałam pobyć z tobą sam na sam. – Zaczęła powoli rozpinać suwak spódnicy.
– Skąd wiedziałaś, że zostanę dzisiaj w domu? – zapytał pomagając jej ściągnąć ubranie.
– Po prostu wiedziałam, kochanie. – Chwyciła go delikatnie dłonią za brodę i spojrzała w oczy. – Powiedz mi tylko… czemu chcesz mnie zabić?!
Deerden zaniemówił, zszokowany. Emma puściła go, odsunęła się na dwa kroki w tył i uniosła w górę ręce. Zefirek, który wcześniej wprawił go w stan błogiego ukojenia, nasilił się raptownie i z hukiem otworzył okna w salonie. Steven ujrzał, jak unoszą się miedziano-rude włosy Emmy, a wiatr szarpie jej, do połowy rozpiętą, koszulą. Na zewnątrz zaczęło robić się ciemno – niebo przesłoniły chmury. Twarz Emmy stężała, a mięśnie karku napięły się. Na jej szyję wystąpiła szeroka żyła. Wbiła wzrok w Stevena, jej oczy gorzały czerwienią. Wiatr nasilił się i przewalał przez salon z przeszywającym hukiem. Z półek zaczęły zrywać się książki, serweta ze stołu pofrunęła wraz z resztkami zastawy, którą pozostawił po śniadaniu. Drzwi w wielu miejscach naraz w domu otworzyły się z trzaskiem. Odgłos wirującego powietrza przeszedł w ryk, nie do wytrzymania. Steven chciał zatkać uszy, ale nie mógł podnieść rąk do góry. Nie mógł także dźwignąć się z sofy, wiatr wciskał każdą jego część ciała w nią z potężną siłą.
Zobaczył jak powoli ubranie Emmy zostaje rozerwane na strzępy przez szalejącą nawałnicę. Szyby okienne z przejmującym trzaskiem wpadły w kawałkach do salonu i zaczęły krążyć w powietrzu raniąc jej ciało. Jego żona wciąż stała pośrodku huraganu z uniesionymi w górę rękami. Z jej ust wydobył się niski chrapliwy krzyk, wzbijający się ponad huk pędzącego wiatru.
– Dlaczego chcesz mnie zabić!? – Jej oczy rozogniły się jeszcze bardziej. Wichura zaczęła unosić coraz więcej przedmiotów w powietrze.
Steven chciał wykrzyczeć, że to nie prawda, ale nie mógł w pełni otworzyć ust. Był całkowicie sparaliżowany przez przenikający wszystko szalejący wiatr. Jedyne co mu się udało, to wydać z siebie jakiś nieartykułowany, przeciągły jęk rozpaczy, który zginął w hałasie.
Nagle usłyszał potężny grzmot, który całkowicie go ogłuszył. Zauważył przez okno błysk eksplozji, która podniosła w górę ogromny słup ognia otoczony dymem, przeistaczającym się w charakterystyczny kształt grzyba. W jakiś sposób udało mu się podnieść z sofy i podejść do okien. Krążące w powietrzu szkło przecinało jego skórę. Widział jakby w zwolnionym tempie jak od miejsca eksplozji rozchodzi się fala uderzeniowa, niszcząc wszystko na swojej drodze.
Poczuł, że Emma obejmuje go z tyłu. Wiatr, który demolował jego dom, ustał jakby został wyssany z domu pod ogromnym ciśnieniem.
– Nie obawiaj się – szepnęła mu do ucha. – Za moment już nas nie będzie.
Po chwili fala uderzeniowa zmiotła ich dom z powierzchni ziemi.
***
Gdy się ocknął z koszmaru, wstał z sofy i podszedł do okna, aby je zamknąć. Spojrzał na jasnoniebieskie, bezchmurne niebo. Słońce już dawno minęło zenit. Czuł gorąco i nasilające się dreszcze; chciało mu się pić. Założył, że organizm został zmuszony do walki z wirusem, stąd ta reakcja.
Wciąż miał pod powiekami obrazy ze snu, który przyszedł do niego podczas drzemki. Rozrywane szkłem ciało Emmy i wybuch atomowy, który zniszczył wszystko w Colorado Springs. Rzucił okiem na zegarek – była czternasta. Niedługo miał wrócić ze szkoły Miko. Deerden poszedł do kuchni i rozpuścił w gorącej wodzie saszetkę przeciw grypie, aby doprowadzić się do ładu. Wypił ją niespiesznie i udał się do sypialni na dalszy odpoczynek, ale do końca dnia nie mógł już usnąć.
[1] North American Aerospace Defense Command – Dowództwo Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej
Witaj. :)
Przebiegłam szybko oczami, na pewno przed wieloma spójnikami “a” brakuje przecinków i dostrzegłam, że w dialogach czasem masz wielkie litery przy formach grzecznościowych, np. tu:
– Dokładnie tak – powiedział. – Dlatego dzisiaj podążyliśmy za Tobą.
Ogólnie treść – ok. :)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Hej, bruce. Dzięki za odwiedziny, komentarz i korektę. Wprowadzę poprawki, jak tylko dopadnę komputer :)
EDIT: Done
Pozdrawiam, dzięks. 
Nagle usłyszał potężny grzmot, który całkowicie go ogłuszył. Zauważył przez okno błysk eksplozji, która podniosła w górę ogromny słup ognia otoczony dymem
Z ulgą przeczytałem potem, że to był sen bohatera. ;)
Pomysł na opowiadnie dobry, temat ciekawy, starasz się też pisać plastycznie – tak, żeby czytający zobaczył te obrazy i przyznam, że to Ci się udaje, ale zakończenie “wszystko mi się śniło i miałem gorączkę” jakoś mi “nie podeszło”.
Pozdrawiam!
Hej @Grzesiek_W, bardzo dziękuję za wizytę i uwagi. Co do samego zakończenia – ten tekst to jest tylko fragment utworu. Prolog do troszkę dłuższej formy, którą planuję.
zaczęło się dobrze, ale dobrze nie trwało długo. obiecujący thriller zamienił się w statyczny wykład przy kawie
rozmowa w barze natychmiast spuściła całe powietrze z balonu
pasywny bohater
złamanie zasady immersji
spłaszczenie dramatu osobistego
koszmar jako tani trik
Hej @TheGuru dzieki za odwiedziny i cenne uwagi. Na pewno je przeanalizuje.
Zasadniczo nie jest źle, pomysł na supermikrowirusa jest nawet bardzo dobry – możliwość wpływania na emocje i zachowania człowieka w sposób trudny do wykrycia pojawia się dość często, ale rzadko z tak dokładnie opisanym mechanizmem, za co plus, duży, bo mechanizm wygląda na logicznie skonstruowany. Ale reszta… no cóż, klasyka. Wywiady, agenci, narzucony romans z bądź co bądź wrogiem, na deser upiorny sen. Nie lubię pisać tego, co za chwilę przeczytasz, Autorze, ale nie zapowiada się to na rewelację jako większa całość. Mocne, wymierzone na deser ,,łupnięcie’’ w czytelnika każe, sądzę, poprzedzić finał kluczeniem po peryferiach tematu, a zrobienie tego tak, żeby wciągało, do łatwych sztuk nie należy. Czego przykład powyżej – nużąca dłużyzna w szczegółowym opisie joggingu, daleko nie szukając…
Pomimo zastrzeżeń życzę powodzenia.
Hej AdamKB, dziękuję za wnikliwy komentarz. Właściwa część książki (bo w zamiarze ma być to powieść, ale zobaczymy), będzie fabularnie mocno oderwana od prologu ;)
Ciekawy pomysł na książkę. Opowiadanie traktuję jako “zajawkę” tego w co może się przekształcić. Dla mnie plusem było wytworzenie trzech zupełnie różnych gatunków w każdym z rozdziałów – przygoda, thriller polityczno-wywiadowczy, apokaliptyczna wizja. Czekam na kolejne części.
Dziękuję, Malachiaszu za odwiedziny oraz komentarz.