Tekst jest (nie)oficjalną kontynuacją konkursowego opowiadania o wąsach. Jest jakiś tam humor, szczypta absurdu i garść przemyśleń ogólnych. Udanej lektury!
Tekst jest (nie)oficjalną kontynuacją konkursowego opowiadania o wąsach. Jest jakiś tam humor, szczypta absurdu i garść przemyśleń ogólnych. Udanej lektury!
[1]
Moja pozbawiona życia gęba skierowana była wprost ku ścianie i choć pysznił się na niej urodziwy porost męski, ja zastygłem w kontemplacji nad ignorancją małżonki, Zofii.
Wiedzieć wam trzeba, że w toku żywota dotychczasowego zwiedziłem świat niemalże cały. Od Przenajświętszego Cesarstwa po samą dumną wieś Włoszczowa. Poznałem niezmierzony ocean kobiet, a także sekrety, o jakich nie śniło się astronomom. Jednak tej wrednej baby nie rozumiałem i tak już chyba musiało pozostać.
– Czego pragniesz, o najwredniejsza!? – wychrypiałem, trochę do ściany, a trochę do małżonki.
– Chcę mieć dworek, zwyczajnie już duszę się w tych czterech ścianach w bloku, niczym pospolita mieszczanka – odparła niespodziewanie bezpośrednio.
Ach, czyli o to chodziło przez cały ten czas! Jak mogłem to przegapić? Podczas gdy podbijałem świat i z Tatarzynem o względy Zofii walczyłem, jej udzielił się przemoczony sen szlachty średniej i poczęła o nieruchomości ulokowanej na przedmieściach marzyć!
– Ale najdroższa, serce mego żywota, przecież korki… Bacz, że na trakcie całymi godzinami jeden koń za drugim stać potrafi, bo powóz koło zgubił na wybojach. Wyobrażasz sobie ten cały zmarnowany czas? Przecież w mieście mamy wszystko. Medyka, stragan, plac egzekucyjny. Powiedz, czego ci tutaj brakuje? – Rozłożyłem ręce, dla podkreślenia powagi słów.
– Chcę. Mieć. Dworek – wycedziła przez zęby. – Wtedy będę szczęśliwa, a i tobie coś z tego skapnie – dodała już znacznie przyjaźniej.
Rad nierad zacząłem rozważać zasadność wymiany lokum. Trzeba przyznać, że rzeczywiście nieruchomości zlokalizowane w terenach podmiejskich cieszyły się niemałym zainteresowaniem, a także, co kluczowe, korzystną ceną.
[2]
– A to łotry! Syjoniści, lichwiarze i padlinożercy! – kląłem, niczym chłop jakiś, po opuszczeniu placówki bankowej Rozencwajgów. – To niby ja, bohater Rzeczypospolitej, umiejętności kredytowej nie posiadam?! – krzyczałem sam do siebie. – Jeszcze tego pożałujecie, okrutnicy!
Najwyraźniej fakt wsławienia się przed królem samym podczas wojen z Tatarzynami bez znaczenia pozostawał, jeżeli czynów mych, wprawdzie wielce chwalebnych i wiekopomnych, dokonałem w ramach umowy zlecenia. Szlag by trafił koronną biurokrację i te cholerne kontrakty spisane na skórze śmieciowej!
– Sacré bleu! – zakląłem w języku miłośników jedzenia żab, dla dodania wypowiedzi elementu dramatycznego.
– Żydki pożyczki nie dały, panie szlachcic? – zaczepił mnie przechodzień, mężczyzna o atletycznej budowie, cały na czarno, z jakimś takim… nieprzyjemnym błyskiem w oku.
Wzdrygnąłem się mimowolnie, jednak odpowiedziałem:
– Ano, nie dały.
– Do chrzanu z nimi! – Splunął w kierunku drzwi do banku.
– Może trochę grzeczniej?! – warknęła stojąca obok kobieta w średnim wieku, po czym ściszyła głos i dodała, jakby w konspiracji: – Oni podobno świat jedzą i dziećmi rządzą!
– Idiotka! – zaśmiał się na głos domniemany atleta, ale następnie zakrył usta dłonią i wyszeptał: – Rządzą światem, a dzieci jedzą. Wszystko pomieszała, głupia baba.
– Ekhem… – odchrząknąłem, może nieco zbyt obcesowo. – Drodzy państwo, jako człowiek obyty w świecie, a także gruntownie wykształcony, odrzucam te wasze zabobonne bajdurzenia i spiskowe teorie dziejów. A teraz, wybaczcie, muszę udać się do znajomej wiedźmy, by mi poradziła, co teraz uczynić winienem.
I w tym właśnie momencie dostrzegłem malowidło oprawione w drewniane ramy. Zgodnie z nabazgraną informację sam król zarządził rekrutację do elitarnego korpusu Nienajwyższej Sali Kontroli! Ograniczony pakiet medyczny, obejmujący upuszczanie krwi i wstrząsy na koniu, niektóre niedziele wolne, a co najważniejsze – stabilne zatrudnienie na podstawie umowy o pracę na czas próbny! Wygląda na to, że spełnię marzenie mojej najukochańszej Zofii, ha!
[3]
– Zapoznaliśmy się z pańskim curriculum vitae, a także z załączonym litterae commendaticiae. – Słowa urzędnika brzmiały mądrze, w końcu wypowiedział je po łacinie. – Niestety, to za mało.
– Ale jakże to?! – wykrzyknąłem. – Posiadam doskonałe referencje, jestem uznanym bohaterem, zasłużonym w licznych…
– Banały. Same banały – uciął urzędas. – Jesteś pan kompletny vulgaris. – Widząc niezrozumienie na mej twarzy, westchnął i dodał: – Pospolity. Zupełnie pospolity, a my tu szukamy ludzi niezwykłych, wyróżniających się z tłumu przeciętnych plebejuszy.
– To co ja mam teraz uczynić? – Zrezygnowany przysiadłem na podłodze oficjum.
– Zacząć się wyróżniać.
Zacząć się wyróżniać. Tylko tyle i aż tyle.
[4]
– I czego tak w drzwi uderza, jak potępieniec jaki narwany?! – warknęła na mnie od progu wiedźma.
– Przepraszam, o nadobna i pryszczata pani, ale oczekiwałem na ciebie tak długo, że już nadzieję zacząłem tracić! Podejrzewałem, że wyszłaś z domu, albo, co gorsza, umarłaś ze starości w wieku lat trzydziestu!
– Srałam – odparła bezceremonialnie.
Westchnąłem, po chwili raz jeszcze. Tak oto umarła śmiercią nienaturalną, niczym trufla poturbowana przez nieuważnego dzika, perspektywa osławionej szeptuchy na zostanie główną kobiecą bohaterką mej opowieści. Miała być kimś, tymczasem okazała się wyłącznie rekwizytem. Perspektywicznym, choć dość prymitywnym. Nic tam, najwyżej nie pojawi się tutaj żadna sensowna przedstawicielka płci pięknej. Ostatecznie mamy równouprawnienie, a parytety są dla pospólstwa!
– Będzie tak stał i mamrotał pod nosem, czy wejdzie do środka?
Z lekkim obrzydzeniem przekroczyłem próg chaty wiedźmy. Z miejsca dostrzegłem znajdującą się w centralnej części izby czaszkę, zdecydowanie nieludzką. Umieszczona została na drewnianej konstrukcji, którą otaczały malowidła przedstawiające gwiazdy pięcioramienne, wizerunki kreatur jakichś oraz trzy enigmatyczne litery.
– Z. U. S. – odczytałem i od razu tego pożałowałem, bo prąd mnie nawiedził tajemniczy i chłód straszliwy przeszył.
– Nie wypowiadaj słów mocy bez odpowiedniego przygotowania! – ostrzegła mnie szeptucha. – Chyba, że życie ci zupełnie już obrzydło.
– Co to jest? – zapytałem, mimo strachu paraliżującego me członki.
– Instalacja artystyczna.
Pokiwałem głową z udawanym uznaniem, bo przecież nie miałem bladego pojęcia o takich sprawach.
– I co ona robi?
– Czort jeden wie, zaraz się przekonamy – odparła wiedźma, po czym podeszła do czaszki, chwyciła ją w dłonie i zaczęła inkantować przydługie zaklęcie.
Gdy skończyła, odłożyła rekwizyt na miejsce i oboje zamarliśmy w oczekiwaniu. Oczekiwałem rozbłysków światła, materializacji demonów czy innych poczwar, kakofonii dźwięków, tymczasem nie wydarzyło się zupełnie nic.
Staliśmy tak jeszcze przez dłuższą chwilę. Dalej bez żadnych widocznych efektów.
Poczekaliśmy kolejnych kilka minut… I stan się nie zmienił.
– Ki diabeł!? – zaklęła wiedźma, po czym podniosła czaszkę i odczytała na głos napis wyryty na spodzie: – „Made in China”.
– To ja może opowiem, po co w ogóle przyszedłem, o najpaskudniejsza. – Postanowiłem zmienić temat. – Potrzebuję czegoś wyjątkowego, co mnie wyróżni z tłumu.
W oczach szeptuchy zamigotał niebezpieczny ognik, po czym jęła się wspinać na spróchniały regał z poczerniałymi manuskryptami i zakurzonymi księgami. Siedziała przez chwilę w pozycji, której z pewnością nie potrafiłbym powtórzyć, po czym mruknęła z satysfakcją, chwyciła segregator i skoczyła ku mnie.
– Bierze i wybiera – powiedziała, po czym wcisnęła mi katalog.
– Czymże są te cuda?! – Oczy świeciły mi niczym latarnie morskie z krain odległego Orientu.
– Najnowszy krzyk mody, prosto ze stolicy Cesarstwa – odrzekła enigmatycznie.
– A mają jakąś nazwę, te malowidła przecudne? – dopytywałem.
– Na razie mam dwie robocze, ale nie mogę się zdecydować.
Uniosłem zachęcająco brwi, a także wykonałem gest, by zachęcić wiedźmę do mówienia.
– Wykonane więziennym atramentem obrazki na ciele, które na starość będą wyglądać paskudnie, bo skóra się rozciąga z upływem lat, niosące ze sobą ryzyko zakażenia, a następnie śmierci wskutek sepsy – powiedziała. – To jeszcze wersja robocza, do doszlifowania i poprawy składni.
– Mmm… Mimo tego już teraz jest zwięźle, a jednak niezwykle obrazowo. Podoba mi się. A ta druga nazwa?
– Tatuaże – dodała po chwili wahania, jakby z lekkim wstydem.
– A to rzeczywiście ta pierwsza opcja lepsza – odpowiedziałem na niezadane pytanie.
Byłem już praktycznie zdecydowany, gdy w mej głowie zaczęła kłębić się niepokojąca myśl. Nie chciałbym, broń Boże, zostać uznanym za tchórza jakiegoś, ale musiałem zapytać:
– Czy to boli?
– Jak jasna cholera, a do tego swędzi niemiłosiernie – odparła wiedźma.
– I ludzie, tfu – splunąłem – znaczy, szlachcice się na to decydują?!
– By się zdziwił, jak wielu! – zarechotała szeptucha. – Mówiłam przecież, najnowszy krzyk mody! Co drugi sobie obrazki sprawia ostatnio.
– Rozumiem…
– No, dość tych podchodów! Decyduje się na jakiś?
Jednak ja już nie słuchałem wiedźmy. W głowie rezonowały mi dwa wyrazy: „co drugi”… Wybiegłem czym prędzej z chaty i ani myślałem oglądać się za siebie.
[5]
Znajdowałem się w ciasnej izbie wypełnionej kwiatami, ekologicznymi ozdobami z dalekich krain oraz pozytywną energią.
– I ta zielona, śmierdząca breja ma sprawić, że poczuję się wyjątkowo? – zapytałem, pełen uzasadnionych wątpliwości.
– Panie szlachcic, pan nie tylko poczuje się wyjątkowo, ale będzie wyjątkowy! Jak my wszyscy. – Medyk objął gestem zgromadzonych w pomieszczeniu ludzi w białych szatach.
– WYJĄTKOWO nie chce mi się w to wierzyć – odpowiedziałem, celowo używając wielkich liter i z zamiarem przedrzeźnienia mężczyzny.
Medyk chyba zrozumiał moje intencje, gdyż sprawiał wrażenie, jakbym go dogłębnie zranił. Jego twarz wykrzywił paskudny grymas.
– Kutas – mruknął pod nosem, a ja nic z tego nie zrozumiałem, bo przecież do białej szaty nie zakładałem dzisiaj pasa.
Nabrałem przekonania, że nie tędy droga, a wielbiciele zielonego błota wcale niczym się nie wyróżniają. Jeżeli już, to raczej sprawiają wrażenie zgromadzenia religijnego o wątpliwych motywacjach.
[6]
Im dłużej kluczyłem w poszukiwaniu nieuchwytnego czegoś, co sprawi, że będę się wyróżniał, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że wszystko już było. Pomyślałem wtedy, że trud mój daremny i nigdy nie zarobię na dworek podmiejski, a w konsekwencji nie zasłużę na względy Zofii.
Wtem doznałem kolejnego objawienia. Mówiąc ściślej: dostrzegłem reklamę lokalnego gimnazjonu, która obiecywała rewelacyjne i wyjątkowe efekty pod czujnym okiem nadzorcy personalnego. Tak na marginesie – ładny wyraz, taki nowoczesny, ten cały „nadzorca”.
Był już późny wieczór, gdy trafiłem pod właściwy adres. Pod budynkiem zaparkowane były luksusowe konie sportowych ras, a także kilka przypadków tak zwanego pańszczyźnianego tuningu. Jednak wyjedzie szlachcic z gospodarstwa, ale gospodarstwo ze szlachcica już nie chce!
Stanąłem przed drzwiami wejściowymi i łyknąłem odrobinkę wódki proteinowej dla kurażu, po czym przekroczyłem próg. Delikatny aromat intensywnych ćwiczeń momentalnie zaatakował me nozdrza, aż zęby poczęły odgrywać hejnał. Nadludzką, sarmacką wręcz, siłą woli zmusiłem swe nogi do stawiania kolejnych kroków i w okamgnieniu znalazłem się w recepcji.
Nadzorca przybytku cierpliwie tłumaczył meandry subskrypcyjnego piekiełka, a ja jedynie kiwałem bezmyślnie głową, gdyż całą moją uwagę zaprzątał w tym momencie tłum ludzi wykonujących jakieś wygibasy przy urządzeniach wykonanych z kamienia i metalu, a także cała chmara portrecistów. Najwyraźniej samo dążenie do doskonałości ciała i umysłu to zbyt mało, jeżeli nie zostanie uwiecznione na płótnie.
– Carramba! – wykrzyknąłem, dla odmiany w dialekcie odległej Espanii.
– Coś tam… wyjątkowy… – kontynuował nadzorca, ale słuchałem go już tylko piąte przez dziesiąte.
[7]
Od wielu godzin przemierzałem ulice miasta, przybity i wypalony. Przestałem już nawet zwracać uwagę na końskie odchody, przez co miałem brudne trzewiki. Niespodziewanie dostrzegłem parę mieszczan idących za rękę. W ich wyglądzie nie było nic nadzwyczajnego, a jednak sprawiali wrażenie szczęśliwych.
Jak grom z jasnego nieba spadło na mnie objawienie, więc wystrzeliłem jak strzała w kierunku siedziby komisji rekrutacyjnej do Nienajwyższej Sali Kontroli oraz końca tej opowieści. Nie oglądałem się za siebie, tylko mknąłem, na złamanie karku.
Gdy tylko urzędnik odpowiedzialny za nabór mnie zauważył, teatralnie wywrócił oczami. Po chwili jednak ponownie przybrał obojętną pozę i zapytał:
– I cóż tam? Odkrył pan w sobie coś szczególnego? Wyróżniającego z tłumu?
– Tak i nie – odpowiedziałem zasapany, bo przecież całkiem długo biegłem.
– To znaczy? – Urzędnik sprawiał wrażenie skonfundowanego.
– Nie ma we mnie nic szczególnego – odpowiedziałem spokojnie. – Żadnych malowideł na ciele, ekscentrycznego ubioru, czy upodobań kulinarnych. Nie ćwiczę oraz nie należę do żadnej organizacji. Jestem zupełnie normalny, wręcz przeciętny i myślę, że właśnie to mnie wyróżnia z tłumu.
Urzędas otaksował mnie wzrokiem od góry do dołu, po czym na jego twarzy pojawiło się coś, co u normalnej osoby nazwałbym uśmiechem. Następnie skinął głową i gestem zaprosił mnie do środka.
Cześć!
Rzecz zacna i rewelacyjna! Sam podobne perypetie ongiś przeżyłem, więc w spisanej tu opowieści jakbym własne odbicie ujrzał.
Zabrakło mi tu tylko czarodziejskiego kociołka, zwanego Termomiksem – boć przecie tą maszyną nadreńskiego wynalazku prawie KAŻDY próbuje się z pospólstwa wyróżniać ;)
Pozdrawiam i nominuję do Biblioteki.
Cześć, Grzesiek!
Serdeczne dzięki za wizytę i dobre słowo!
Zabrakło mi tu tylko czarodziejskiego kociołka, zwanego Termomiksem – boć przecie tą maszyną nadreńskiego wynalazku prawie KAŻDY próbuje się z pospólstwa wyróżniać ;)
Przeszło mi to przez myśl, ale ostatecznie zrezygnowałem z TM, bo nieszczególnie dodawał takiej namacalnej wyjątkowości bohaterowi.
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Ave Cezarze x2!

I dobrze, że heisback!
Najwyraźniej sam fakt wsławienia się przed królem samym podczas wojen z Tatarzynami bez znaczenia pozostawał, jeżeli czynów mych, wprawdzie wielce chwalebnych i wiekopomnych, dokonałem w ramach umowy zlecenia.
– Idiotka! – zaśmiał się na głos domniemany atleta, ale następnie zakrył usta dłonią i wyszeptał: – Rządzą światem, a dzieci jedzą. Wszystko pomieszała, głupia baba.
Trochę nosi znamiona tłumaczenia oczywistego żartu ta druga wypowiedź. Czy jeśli zaśmiałem się przed wytłumaczeniem to będzie mi to wybaczone? :)
– WYJĄTKOWO nie chce mi się w to wierzyć – odpowiedziałem, celowo używając wielkich liter i z zamiarem przedrzeźnienia mężczyzny.
Dobra, generalnie miałem buzię uśmiechniętą podczas całej lektury, ale to jest szczyt mego uśmiechu. Piękne no.
Przestałem już nawet zwracać uwagę na końskie odchody, dzięki czemu miałem brudne trzewiki
Chyba jednak “przez co”. Nie dostrzegam jakiejś szczególnej wartości komediowej w “dzięki”.
W to mi graj, panie bracie! Uhahany od początku do samego końca byłem, a jeszcze wplotłeś w to refleksję ciekawą i szlacheckątną. A ten świat przedstawiony, pomieszany czasowo i nomenklaturowo, jest wspaniały!
Pozdrawiam, klikam i w ogóle wyrazy uznania ślę!
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
Hej,
Opowiadanie nie tak zabawne, jak to z brodą ale może dlatego, że zbyt osobiste – dla mnie. Bo też jak bohater nie mam trenera, malowideł na skórze i jestem tak zwyczajny, że aż rzucam się w oczy :). Co nie oznacza, że nie uśmiechałem się w trakcie czytania ;). Klik, klik, klik :)
Pozdrawiam
:)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Bardzie, może dobrze, że to pierwsze opowiadanie nie było dla Ciebie osobiste, bo by to oznaczało, że Ci Tatar (i to wcale nie wołowy) żonę uwiódł ;)
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
Ona jest bardzo tolerancyjna więc bym się nie zdziwił ;P. No i lubi tatar :D
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
B(4xE)cki
Dzięki za odwiedziny i tak pozytywny odbiór! Mialem obawy czy przez dłuższą przerwę nie straciłem całkiem pazura w tworzeniu humoru, ale najwyraźniej nie jest tak źle.
. Czy jeśli zaśmiałem się przed wytłumaczeniem to będzie mi to wybaczone? :)
Niestety, spłoniesz.
Drobne usterki poprawiłem, dzięki za zwrócenie uwagi!
Bardzie
Tobie również dziękuję za wizytę.
Opowiadanie nie tak zabawne, jak to z brodą ale może dlatego, że zbyt osobiste
Czyli wyszło zgodnie z założeniem, to dobrze.
Pozdrawiam!
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Zacna kontynuacja. Uśmiałem się, za co dzięki wielkie!
Dużo prawdy w tym tekście, jak na formę. Ciężko być oryginalnym w tych czasach, chyba rzeczywiście normalność wypada dość wysoko w rankingu wyjątkowych cech XD
Świetne didaskalia, Cezarze, szczerze podziwiam.
Mam nadzieję, że to nie ostatnia przygoda naszego bohatera.
Klikam i pozdrawiam!
You cannot petition the Lord with prayer!
Dzięki, Michaelu!
Świetne didaskalia, Cezarze, szczerze podziwiam.
Bardzo mi miło!
Mam nadzieję, że to nie ostatnia przygoda naszego bohatera.
Póki co nie mam na niego żadnego konkretnego pomysłu, ale kto wie…?
Pozdrawiam!
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Bądź pozdrowiony, Cezarze.
Dobrze się czytało, parę fragmentów wywołało uśmiech na twarzy, więc jestem zadowolony. Samego zakończenia też dość późno się domyśliłem. I przyniosło ze sobą dobre przesłanie, bardzo takie na czasie.
– Wykonane więziennym atramentem obrazki na ciele, które na starość będą wyglądać paskudnie, bo skóra się rozciąga wraz z upływem lat, niosące ze sobą ryzyko zakażenia, a następnie śmierci wskutek sepsy – powiedziała. To jeszcze wersja robocza, do doszlifowania i poprawy składni.
– Mmm… Mimo tego już teraz jest zwięźle, a jednak niezwykle obrazowo. Podoba mi się. A ta druga nazwa?
Pogrubiony fragment nie powinien stanowić wypowiedzi, czyli być poprzedzony pauzą? Tak chyba wynika z kontekstu. Nic więcej mi się w oczy nie rzuciło.
Pozdrawiam.
Sen jest dobry, ale książki są lepsze
Ave, Młody Pisarzu!
Bardzo mi miło, że wpadłeś, a opowiadanie wywołało uśmiech. Cieszy mnie też, że doceniłeś przesłanie.
Pogrubiony fragment nie powinien stanowić wypowiedzi, czyli być poprzedzony pauzą?
Ależ jak najbardziej! Tam nawet półpauza była wcześniej, ale przy którejś edycji tekstu musiała wyparować…
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Moja pozbawiona życia gęba skierowana była wprost na ścianę i choć pysznił się z niej urodziwy porost męski, ja zastygłem w kontemplacji nad ignorancją małżonki, Zofii.
Omg. Pysznił się na niej i skierowana była ku ścianie. Poza tym:

niezliczony ocean kobiet
Ocean bardziej niezmierzony, bo on się co prawda składa z kawałeczków, ale na poziomie mikroskopowym :D
wychrypiałem lekko złośliwie
Widać, że złośliwie, nie ma obawy :)
trochę do ściany a trochę do małżonki
Identyczne tentegesy: trochę do ściany, a trochę do małżonki.
odparła z wyraźną pogardą, jednak niespodziewanie bezpośrednio
… hmm?
przez ten cały czas
Przez cały ten czas.
przemoczony sen szlachty średniej
Pożałuję pytania? XD
Dworek. – wycedziła przez zęby
Tu bez kropki.
że rzeczywiście nieruchomości zlokalizowane w terenach podmiejskich cieszyły się niemałym zainteresowaniem, a także, co kluczowe, korzystną ceną
Lekka czkawka oraz zaprzeczenie prawom popytu i podaży XD Ale to i tak absurd, więc co tam.
jeżeli czynów mych, wprawdzie wielce chwalebnych i wiekopomnych, dokonałem w ramach umowy zlecenia. Szlag by trafił koronną biurokrację i te cholerne kontrakty spisane na skórze śmieciowej!
… XD Wyczuwam nuty autobiograficzne :D

A teraz, wybaczcie, muszę udać się do znajomej wiedźmy, by mi poradziła, co teraz uczynić powinienem.
Może być: winienem, mniej aliteracyjnie :D
malowidło oprawione w drewnianą ramę
W drewniane ramy.
Zgodnie z jego treścią
Treścią malowidła może być subtelnie uśmiechnięta Mona Liza, a przynajmniej jej wizerunek, ale nie zarządzenie królewskie :D
niektóre wolne niedziele
Ale co "niektóre wolne niedziele"? Jeśli chodzi o to, że niektóre niedziele mają być wolne, to: niektóre niedziele wolne.
Słowa urzędnika brzmiały mądrze, w końcu wypowiedział je po łacinie.
:D Ale nie wykursywił :D
uciął mi urzędas.
Bez "mi", bo uciął mu wypowiedź, a nie coś trwalszego :D
To, co ja mam teraz uczynić?
Tu bez przecinka.
warknęła na mnie z progu wiedźma
Od progu.
Miała być kimś, tymczasem okazała się wyłącznie rekwizytem.
Rekwizyty nie mają potrzeb fizjologicznych XD
czaszkę, która nie mogła należeć do istoty ludzkiej
Należeć mogła, w końcu właścicielką czaszki jest wiedźma :P Ale nie była takowej częścią.
– Z. U. S. – odczytałem i od razu tego pożałowałem, bo prąd mnie nawiedził tajemniczy i zrazu chłód straszliwy przeszył.
… nieeeeeeeee!!! Pomocy!

Ale bez zrazów: https://wsjp.pl/haslo/podglad/122738/zrazu
Chyba, że życie ci zupełnie już obrzydło.
Mea culpa. Naprawdę myślałam, że tu ma być przecinek: Chyba że ci już zupełnie życie obrzydło.
przecież nie miałem bladego pojęcia o takich sprawach
A teraz ma? I gdzie się podziała ta atmosfera GROZY? XD
w niemożliwej pozycji, której z pewnością nie potrafiłbym powtórzyć
Hmm? Czy to nie dwa razy to samo?
skóra się rozciąga wraz z upływem lat
"Wraz" trzeba skasować, bo udosławnia metaforę.
w mej głowie zaczęła kłębić się niepokojąca myśl
Jedna? :)
Jak my wszyscy – medyk objął ruchem ręki
A tu kropeczka: Jak my wszyscy. – Medyk objął gestem.

(Gif obowiązkowy :D)
odpowiedziałem, celowo używając wielkich liter i z zamiarem przedrzeźnienia mężczyzny
No, przedrzeźnił go jak sto pięćdziesiąt :D
gdyż sprawiał wrażenie dogłębnie zranionego
A na pewno w sposób ciągły i trwały, czyli niedokonany?
dążenie do doskonałości ciała i umysłu, to zbyt mało
Ten przecinek wysiudaj.
Jestem zupełnie normalny, wręcz przeciętny i myślę, że właśnie to mnie wyróżnia z tłumu.
Genialne XD

I co tu dużo gadać, jak nie ma o czym mówić :D
boć przecie tą maszyną nadreńskiego wynalazku prawie KAŻDY próbuje się z pospólstwa wyróżniać ;)
Ja nie! XD
Czy jeśli zaśmiałem się przed wytłumaczeniem to będzie mi to wybaczone? :)
Właśnie? :D
Ona jest bardzo tolerancyjna więc bym się nie zdziwił ;P
… XD
Niestety, spłoniesz.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Hej, Tarnino!
Chylę czoła i dziękuję za Twoją pracę! Naprawiłem, jak umiałem.
… hmm?
To było nawiązanie do stereotypu, że kobiety rzadko kiedy mówią swoim partnerom czego oczekują wprost.
Pożałuję pytania? XD
Niekoniecznie. Ogólnie patrząc na tendencję wśród moich znajomych, doszedłem do wniosku, że posiadanie domu/szeregówki/bliźniaka stało się celem samym w sobie, niekoniecznie związanym z faktycznymi potrzebami. Natomiast klasyczne określenie “mokry sen” wydało mi się lekko grubiańskie i niepasujące do naszego Sarmaty.
Lekka czkawka oraz zaprzeczenie prawom popytu i podaży XD Ale to i tak absurd, więc co tam.
A z drugiej strony, przynamniej w moich okolicach ceny mieszkań w mieście stoją mniej więcej na równi z domkami na przedmieściach (taka rekompensata za dwie godziny dziennie stracone na staniu w korkach).
… XD Wyczuwam nuty autobiograficzne :D
Ale tylko delikatne!
Jedna? :)
To absurd, więc dokładnie jedna!
(Gif obowiązkowy :D)
A tak, miałem tę scenę przed oczami…
Jestem zupełnie normalny, wręcz przeciętny i myślę, że właśnie to mnie wyróżnia z tłumu.
Genialne XD
Dzięki!
I co tu dużo gadać, jak nie ma o czym mówić :D
Prawda.
Raz jeszcze serdeczne dzięki!
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
To było nawiązanie do stereotypu, że kobiety rzadko kiedy mówią swoim partnerom czego oczekują wprost.
Bo to przecież oczywiste :D
Ogólnie patrząc na tendencję wśród moich znajomych, doszedłem do wniosku, że posiadanie domu/szeregówki/bliźniaka stało się celem samym w sobie, niekoniecznie związanym z faktycznymi potrzebami
Może to wynikać z ogólnego kryzysu zaufania społecznego.

A z drugiej strony, przynamniej w moich okolicach ceny mieszkań w mieście stoją mniej więcej na równi z domkami na przedmieściach (taka rekompensata za dwie godziny dziennie stracone na staniu w korkach).
Tyż fakt.
To absurd, więc dokładnie jedna!
XD
A tak, miałem tę scenę przed oczami…
Gif obowiązkowy! XD

Polecam się ^^
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Wspaniałe! Wręcz rewelacyjne. Mój humor i moje klimaty! Nie wiem czy było to spowodowane również emisją słynnego serialu z polski szlacheckiej, ale mega mi się podobało.
Nominować nie mogę, ale do opka miesiąca, a jakże!
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"
Cóż mogę napisać w odpowiedzi na tak miły komentarz, Melendurze? Serdecznie Ci dziękuję i jest mi niezmiernie miło, że opowiadanie zrobiło na Tobie tak pozytywne wrażenie!
Nie wiem czy było to spowodowane również emisją słynnego serialu z polski szlacheckiej
To akurat wyszło zupełnym przypadkiem. Opko miałem naszkicowane już na początku wakacji, ale dopiero teraz znalazłem czas, by je napisać. W sumie fajnie się zadziało, że zbiegło się datą z trzecim sezonem serialu.
Pozdrawiam!
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"