– Mm… śmieci… – mamrotał pod nosem ogromny facet w obdartym, brudnym kożuchu. W tłustych palcach niezdarnie obrócił zwiniętą kartkę papieru i bez większego zastanowienia wyrzucił pod obłocone buty, prosto w kałużę brunatnego szlamu. Wokół niego unosił się ciężki do zniesienia odór, mdląca mieszanka moczu i potu od dawna odkładanego w warstwach ubrań, która w połączeniu ze smrodem stęchłego kanału obudziłaby nawet martwego. Aleks nie był martwy, żył jeszcze i wyraźnie czuł to w obolałych kościach i głowie, w której huczało przeraźliwie. Gruby wziął go najwyraźniej za trupa. Dyszał nad nim otwartymi ustami, które ledwo było wydać pod posklejanym z brudu zarostem, bezceremonialnie przewracając kieszenie kurtki i spodni Aleksa. Przypominał wygłodniałego niedźwiedzia pochylonego nad świeżą padliną. Chłopak nie mógł zebrać myśli. Odzyskiwał przytomność, ale przez wciąż zamglony umysł z trudem przypominał sobie co się stało i jak się tutaj znalazł. W ustach czuł lepką, brudną wodę, a na twarzy krew mieszała się z zapleśniałym pyłem tworząc na niej warstwę brązowego błota. W końcu grubasowi najwyraźniej spodobały się jego buty, bo chociaż na pierwszy rzut oka widać było, że nie będą na niego pasować, postanowił zdjąć jeden z nich i nie rozwiązując sznurowadeł mocno szarpnął stopę niedoszłego trupa. Wtedy Aleks nagle otrzeźwiał, zebrał się w sobie, przeturlał gwałtownie wyrywając nogę z uścisku i w mgnieniu oka odskoczył na bezpieczną odległość.
– Kurwa! – gruby zachwiał się wyraźnie zaskoczony takim obrotem spraw – Ty żyjesz. Myślałem, że rozwaliłeś sobie łeb.
Chłopak przycisnął plecy do ściany, odruchowo przyjmując postawę obronną. Dopiero teraz, w całej okazałości, mógł dostrzec potężną posturę wielkoluda.
– C-co jest? Co ty…
Ostry ból głowy przerwał Aleksowi w pół zdania. Odruchowo zmrużył oczy i uniósł rękę do skroni. Musiał wysilić się, aby nie osunąć się po ścianie na ziemię, ale nie spuścił oka z sylwetki grubasa.
– Spokojnie, młody… – stonował wielkolud ochrypłym głosem – przecież nic ci nie zrobię.
– N-nie podchodź. – wydusił z siebie Aleks robiąc krok w tył, nadal przyciśnięty do ściany. Wymacał w ciemności krótki kawałek wilgotnej deski i wymierzył jej koniec w olbrzyma. Gruby zawahał się na moment, ale nie posłuchał, nadal powoli wysuwał swoją zwalistą sylwetkę z mroku w kierunku chłopaka, pod blade światło padające przez dziurę w suficie, ujawniając ogrom plam i dziur w znoszonym ubraniu.
– Boli cię? – zapytał cicho przyjaźnie wyciągając rękę – Daj, pomogę.
– Nie podchodź mówię!
– Dlaczego? Boisz się mnie? Przecież chcę ci po…
Nagły huk rozerwał ciszę. Gruby cofnął się, zawył krótko i runął jak kłoda na plecy. Aleks nie wytrzymał, upuścił deskę, zdawało mu się, że czaszka mu pękła. Pomieszczenie zawirowało, a chłopak opadł bezwładnie na ziemię ocierając się plecami o ceglaną ścianę.
– Olek! Kurwa, Olek, żyjesz?!
Chłopak poczuł ulgę, słysząc znajomy głos dowódcy patrolu. Przez otwór w suficie spadł gruby sznur, a po nim lekko zsunął się mężczyzna w wojskowej kurtce lądując prosto na cielsku grubasa. W rękach trzymał karabin AK. Szybko omiótł wzrokiem resztę pomieszczenia i doskoczył do młodego.
– Olek, co z tobą?
– Głowa… – Aleks uniósł rękę i odwrócił mętny wzrok zasłaniając się przed światłem latarki.
– Daruj, muszę to obejrzeć. Paskudnie wygląda. Musimy wracać, inaczej zostaniemy tu na noc.
Mężczyzna chwycił latarkę w zęby i sprawnie owinął głowę Aleksa kawałkiem materiału.
– Dobra, nic czystszego teraz nie mam. No, chwyć się, naprawdę musimy już iść. Seba!
– Jestem! – odpowiedział z góry rudy chłopak, niewiele starszy od Aleksa, który cały czas cicho przyglądał się akcji i z pistoletem w ręku osłaniał towarzyszy.
– Złap go, poobijany jest!
Dowódca podsadził młodego, sam szybko przeszukał trupa, pozbierał zawartość plecaka Aleksa i wytężając wzrok starał się ogarnąć resztę ciemnego pomieszczenia, ale nie wiele udało mu się dostrzec. To, co wydawało się na początku zwykłą piwnicą, w rzeczywistości było tunelem, a blade światło wysłużonej latarki ginęło w nim zaledwie po paru metrach.
– Panie Adamie! Proszę podać mi rękę!
Seba zawisł na krawędzi otworu wyciągając rękę i po chwili mężczyzna był już na górze.
– Co to jest, jakiś kanał? – zapytał Sebastian, zwijając linę.
– Chyba tak, jakiś tunel czy coś w tym rodzaju. Olek, jak tam?
Aleks wstawał niezdarnie, jakby wspinał się na własne nogi.
– Ok. Chyba.
– Farta miałeś, żeśmy cię usłyszeli. Ten gruby chował cegłę za plecami, mało brakowało… ruszajmy, bo może nie był sam, zaraz zacznie się ściemniać, a my mamy kawał drogi przez miasto.
– To on go tak załatwił? – dopytywał rudy miotając ekwipunkiem – Co on tu w ogóle robił?
– Nie wiem, pewnie ściągnął go hałas, a Olek załatwił się sam, gdy podłoga się pod nim zarwała, dostał gruzem. – Adam badawczo przyjrzał się Aleksowi. – Miałeś szczęście, trzymaj, grubas przywłaszczył sobie Twoje rzeczy, dobrze, że od razu nie zauważył, że żyjesz, bo pewnie by Cię dobił…
– I zjadł– wtrącił Seba, wyszczerzając pożółkłe zęby. Aleks nie odwzajemnił uśmiechu. Zebrał z podłogi plecak ciężko przełykając ślinę. Nie było w tym nic śmiesznego, nie raz podczas przeszukiwania miasta trafiali na oskórowane ciała, poobgryzane ludzkie szczątki, czaszki ostrzegawczo ponadziewane na zaostrzonych kijach. Myśl o tym, że mógłby skończyć tak samo, wywołała u niego mdłości. Ścisnął palcami kolbę pistoletu i ruszył za dowódcą w kierunku wyjścia.
W wąskich ulicach tylko na szarzejącym, stalowym niebie dostrzec można było ostatnie światło słońca tonącego za szczerbatymi dachami kamienic. Trójka garbatych cieni przemykała szybko między rdzewiejącymi autami, od kąta do kąta, to sunąc po odrapanych tynku, to nurkując za jakąś zgniłą karoserią. W końcu dotarli do nadpalonego, rozpadającego się vana, opartego, niemal wrośniętego bokiem w ścianę budynku. Adam długo badał wzrokiem ulicę i pobliskie okna. Wreszcie doskoczył do wraku, niemal bezszelestnie otworzył tylne drzwi i wszedł do środka. Seba i Aleks sprawnie wskoczyli jego śladem, zamykając je za sobą równie cicho. Wszyscy włączyli latarki przypięte do kurtek. Dowódca w stercie śmieci wymacał koniec grubego sznura i pociągnął go mocno. Gruba metalowa płyta w podłodze drgnęła i po chwili odsłoniła wąską, zaledwie czterdziestocentymetrową szczelinę przy ścianie. Chłopcy nie patrzyli na niego; obaj, przyczajeni nieruchomo, ściskali w dłoniach rękojeści pistoletów wycelowanych w drzwi vana jakby w każdej chwili spodziewali się ataku kogoś, kto niezauważony szedł ich tropem, nasłuchiwali. Byli czujni, zacierali ślady, kluczyli przemierzając wymarłe ulice, ale zbytnia pewność siebie gubiła już czujniejszych i lepiej wyszkolonych poszukiwaczy. Wiedzieli, że nie powinni być pewni niczego. Po chwili w szczelinie pod ich nogami pojawiło się światło latarki. Metalowa płyta wróciła na swoje miejsce, wtapiając się z powrotem w podłogę, a cała trójka znalazła się w ciemnej piwnicy, jakieś dwa metry niżej. Starszy, siwy mężczyzna przykręcał kawałek blachy do sufitu, blokując od spodu wejście, które najwyraźniej pełniło kiedyś funkcję piwnicznego okna. Przez ramię miał zawieszony długi karabin z lunetą, a na czubek nosa opadały mu duże czarne oprawki wysłużonych już okularów.
– Co tak długo? – zapytał stary zawieszając przez chwilę spojrzenie na głowie Aleksa, która wciąż owinięta była brudnym kawałkiem bawełnianej koszuli.
– Nic mi nie jest. Muszę tylko odpocząć. – uprzedził dalsze pytania Aleks.
– Tak, wszyscy jesteśmy styrani Tomku – uciął Adam i ruszył w kierunku ciężkich, metalowych drzwi na drugim końcu pomieszczenia.
Po chwili wyszli na długi, piwniczny korytarz, skąpo oświetlony rzędem żółtych lampek. Tomasz przez chwilę siłował się z prowizoryczną zasuwą, zrobioną chyba ze starego zaworu, zanim ostatecznie zablokował drzwi. Było to ostatnie używane przejście po tej stronie korytarza; wszystkie inne, które mijali, idąc pochyleni pod niskim sufitem, były dokładnie zaspawane lub zasypane ceglanym gruzem.
Po kilkudziesięciu metrach drzwi już nie było, a korytarz stawał się co raz węższy, aż doszli do schodów, które skręcając prowadziły do niższego poziomu. Tomasz zamykał kolumnę, musnął palcem plastikowe pudełko przytwierdzone do ściany na szczycie schodów i girlandy z lampek zgasły zatapiając korytarz w gęstej ciemności. Sporo uwagi wymagało zejście po stromych, wilgotnych stopniach przy słabych światłach latarek nasobnych. Na dole, w krótkim korytarzu, drogę do kolejnych masywnych, metalowych drzwi, znów rozświetlała żółtawa łuna. Adam uderzył w nie kilka razy kolbą karabinu. Nim uchylono wizjer usłyszeć można było kroki w ciężkich wojskowych butach, a potem zgrzyt żelaznych zasuw. W drzwiach stanął wielki facet w kamizelce kuloodpornej i w hełmie, które jeszcze dodawały mu objętości. W rękach trzymał odrapane AK47.
– Adaś łajdaku! Wszyscy już są, gdzie żeście się podziewali?
– Dużo by opowiadać, ale jesteśmy, dobrze Cię widzieć Dawidku – mężczyźni poklepali się wzajemnie po ramieniu.
– Idź od razu do Kantyny.
Adam przez chwilę patrzył na niego pytająco, po czym ruszył szybko na przód kolejnym korytarzem mijając kilku wyprostowanych przed nim żołnierzy. Chłopcy ruszyli za nim ledwo nadążając za długimi krokami dowódcy, tylko Tomasz został w izbie z olbrzymem i innymi wartownikami. Grube, ciężkie drzwi zatrzasnęły się, zasuwy zazgrzytały żałośnie. Staruszek opadł ciężko na drewnianym krześle, rozpiął wełniany płaszcz i zatarł dłonie zerkając na młodszych wartowników.
– Nalejcie wódeczki chłopcy, to było długie popołudnie, a na górze już śmierdzi Październik.
Ciekawe opowiadanie pełne akcji i utrzymujące napięcie. Czytało się bardzo dobrze :)
Jako sugestię podpowiedziałbym tylko żebyś rozważył rozbijanie zdań na krótsze.
Przykładowo:
Dowódca podsadził młodego, sam szybko przeszukał trupa, pozbierał zawartość plecaka Aleksa i wytężając wzrok starał się ogarnąć resztę ciemnego pomieszczenia, ale nie wiele udało mu się dostrzec. To, co wydawało się na początku zwykłą piwnicą, w rzeczywistości było tunelem, a blade światło wysłużonej latarki ginęło w nim zaledwie po paru metrach.
Zamienione na:
Dowódca podsadził młodego, a sam szybko przeszukał trupa. Pozbierał zawartość plecaka Aleksa i wytężając wzrok starał się ogarnąć resztę ciemnego pomieszczenia. Nie udało mu się wiele dostrzec. To, co wydawało się na początku zwykłą piwnicą, w rzeczywistości było tunelem. Blade światło wysłużonej latarki ginęło w nim zaledwie po paru metrach.
Mam wrażenie, że w opowiadaniu, które koncentruje się na napiętej atmosferze i wartkiej akcji, krótsze zdanie ułatwiają zachowanie skupienia czytelnika, oddając tym samym napięcie towarzyszące bohaterom. Dodają też pewnej dynamiki. Niemniej jednak jest to tylko sugestia i moja subiektywna opinia.
Dodałbym jeszcze nieco dokładniejszy opis jak przeskakują przez płytę ukrytą w vanie do piwnicy, bo mam wrażenie, że opis tego przejścia nie jest zbyt jasny. A, no i słowo ,,czujniejszych” zamieniłbym na ,,bardziej czujnych” :)
Tyle ode mnie i tak jak pisałem na początku: dobrze się czytało, a to wg mnie najważniejsze :)