Pan Wojny
PROLOG
W pomieszczeniu panował mistyczny nastrój. Półmrok przecinały promienie leniwie zachodzącego. Liczne drobinki kurzu unosiły się w lichym, coraz bardziej pomarańczowym świetle, kontrastując z wilgocią ścian i porastającą ściany pleśnią.
Arabella pchnęła skrzypiące drzwi do opuszczonej biblioteki. W nozdrza uderzył ją intensywny zapach starych mebli i mokrego papieru. “Zaraza” Mruknęła pod nosem. “Czyżby Elian przez ten czas nie zrobił nic z tą wilgocią?”. Kręcąc głową z niedowierzaniem weszła głębiej do pomieszczenia i mrużąc oczy otworzyła na oścież dziurawe okiennice.
Światło było ciepłe i przyjemne. Rzeźniczka z Białego mostu przymknęła oczy i uśmiechnęła się sama do siebie. “Od razu lepiej”. Po chwili odwróciła się z wolna i omiotła wzrokiem wynędzniałe rzędy regałów. Od razu dostrzegła ziejącą w dachu dziurę znajdującą się w rogu pomieszczenia oraz porośnięte mchem ściany. Stare, wiekowe choć solidne drewniane półki uginały się od przesiąkniętych wilgocią książek.
Arabella lekko się skrzywiła i z powątpiewaniem wyjęła zwinięty pergamin z kieszeni futrzanej kurtki. Z uwagą ustawiła się tak, by złapać resztki światła i po raz kolejny przeczytała pozostawione przez maga wskazówki.
Drogi Erazmie
Zgodnie z twoimi wskazówkami udało mi się w końcu skompletować wydarzenia, mające miejsce przed dziewięcioma laty. Wciąż do końca nie wiem, jak dokładne mają nam one pomóc w naszej sprawie, lecz po ich analizie zaczynam podzielać twój niepokój. Niestety, mam przeczucie, że zostało mi coraz mniej czasu. Popełniłem straszny błąd Erazmie, zaufanie wiedźminom szkoły kota, okazało się błędem. Rudwin mnie sprzedał, nie ma co do tego cienia wątpliwości. Nie wiem, gdzie teraz się podziewa, lecz muszę pozostać czujny. Póki co księga pozostaje ukryta na terenie starej biblioteki. Poza tobą, powiadomiłem o tym jedynie kilku najdyskretniejszych towarzyszy z kapituły oraz niejakiego wiedźmina Kastora. Liczni wrogowie na mnie czyhają, postaram się zaszyć w najbliższych tygodniach. Jeżeli się nie mylisz, to niebawem zrobi się wokół tej sprawy niezwykle gorąco.
PS Ostatnio udało mi się nawiązać współpracę z Krzesimirem Zarębą. Powiedz mi Przyjacielu, skąd wiedziałeś, żeby to właśnie do niego zgłosić się wtedy z tą sprawą?
Elian
“W starej bibliotece” Wyszeptała bezgłośnie Arabella i przygryzła ze złości wargę. “Zwariował, czy co? Przecież to wszystko rozpadnie się przy pierwszym dotyku”. Niemniej z wolna ruszyła między wiekowe regały czujnie wypatrując nietypowych okładek. Przeskakiwała wzrokiem przez stare, obszerne tomiszcza na tematy alchemiczne, cieniutkie prace studentów a Ban Aard, oraz zbiory pozornie niepowiązanych ze sobą luźno spiętych kartek. Wszystkie wilgotne, wszystkie trzymające się na słowo honoru i niejako “wrośnięte” w struktury regałów.
W pewnej chwili but Arabelli natrafił na niewielki twardy przedmiot. Pokonując obrzydzenie, schyliła się z wolna i wymacała dłonią pośród zmieszanej papierowo-wodnistej brei drewnianą tabliczkę. Sprawnym ruchem strzepała z niej wodę i przystawiwszy do światła ledwo odczytała pojedynczą, wyrytą przed laty literę “D”.
“D? Jakiś pseudonim artystyczny, czy jakie licho?” Pomyślała Arabella, po czym z rozmachem palnęła się drugą dłonią w czoło. “Głupiaś, przecież to biblioteka”. Momentalnie zawróciła do zatęchłej alejki i po chwili znalazła oczyma to, czego szukała. “Bajki i Klechoty, autorstwa Flourensa Dellanoy-a". Uśmiechnęła się szelmowsko pod nosem, kiedy do głowy przyszedł jej genialny pomysł. “Jak miał na nazwisko Elian?” Zamyśliła się Rzeźniczka. “Szlag by to, nie pamiętam. Może Krzesimir, on na pewno…” Ponownie wyciągnęła niewysłany przez maga list i przeczytała Post Scriptum. Krzesimir Zaręba!
Niewiele myśląc ruszyła dalej wypatrując kolejnych drewnianych tabliczek. Bardzo szybko jej oczom ukazała się litera “F”. Chwilę później wypatrzyła na regale “Krew Elfów” autorstwa Hen Gedymdeitha, nieco dalej “Historię świata” pióra niejakiego Rodericka de Novembre, oraz “Monstrum, albo wiedźmina opisanie” Anonimowe tomiszcze, nie pozostawiające na wiedźminach suchej nitki. “Chociaż, może i mają trochę racji” Wyszeptała Rzeźniczka i wzdrygnęła się na myśl o Rudwinie, o którym Elian pisał w liście.
W końcu udało jej się wypatrzeć nadszarpniętą czasem tabliczkę z literą “Z”. Niestety, większość ksiąg była już w takim stopniu rozkładu, iż niemożliwym było przeczytanie choćby inicjałów autora. Arabella bardzo uważnie przestudiowała cały regał, w poszukiwaniu choć trochę lepiej zachowanej książki. Bezskutecznie, w pewnej chwili w przypływie gniewu złapała rozpadające się lektury i zaczęła ciskać nimi o ziemię.
Książki spadały na wilgotną posadzkę z cichymi plaśnięciami. “Źle, Źle, Źle!” Klęła pod nosem Rzeźniczka, czując podskórnie, że cel jej poszukiwań zdaje się jej wymykać. W pewnej chwili jej palce natrafiły na dziwnie twardą i zwartą oprawkę, pozornie tylko ukrytą za rozpadającą się publikacją botanistyczną.“Mam cię!” Zakrzyknęła triumfalnie, po czym pośpiesznie zabrała ją do światła.
Książka była wykonana solidnie. Wręcz zbyt solidnie, okuta metalem oprawka, pokryta warstwą dziwnego, tłustego oleju prawdopodobnie zapobiegającemu dostawaniu się rdzy. Na okładce o dziwo namalowany był rysunek. Przestawiał… Krzesimira, tylko nieco młodszego i wyjątkowo elegancko wystrojonego. Arabella zdziwiona zamrugała parę razy, po czym ujrzała przed nim jakiś żołnierzy, zaszytą między drzewami chatę oraz liczne ślepia spoglądające na nich spomiędzy chaszczy.
“Pan Wojny” Przeczytała tytuł. “Autorstwa Krzesimira Zaręby. No no, nie chwalił mi się” Mruknęła pod nosem uważnie notując sobie ten fakt w głowie. “Tylko o czym do cholery może być ta księga?
“Sprawdź, jeżeli masz odwagę. Nic cię nie powstrzymuje, prawda?”
Arabella drgnęła gwałtownie wypuszczając książkę z dłoni. Błyskawicznie wyciągnęła zza pasa niewielki nożyk i cisnęła nim w stronę obcego, niskiego głosu.
Kiedy uniosła oczy, ujrzała przeraźliwie kraczącego kruka, który podrywając się pospiesznie o milimetry uniknął śmiertelnego ostrza. “Durne ptaszysko” Pomyślała Rzeźniczka, lecz mając z tyłu głowy stosunkowo niedawne spotkanie z demonem Morrigan, przełknęła tylko głośniej ślinę, podniosła książkę z podłogi i czym prędzej opuściła pomieszczenie.
“Co nagle to po diable”. Przypomniała sobie jedno z powiedzeń swojego dziadka. “Nigdzie mi nie uciekniesz Moja Droga”. Powiedziała czule do księgi, zostawiając za sobą okrytą warstwą kurzu bibliotekę. “Chociaż…”
JAN CHOLEWA I
Lepszy wróbel w garści…
Wczesna Wiosna 1263
Stary Obóz, południowe Sodden, główne zgrupowanie wojsk temerskich pod przywództwem konetabla Jana Natalisa.
W namiocie panował zaduch i półmrok. Jan, leżąc z przymkniętymi oczyma, głęboko odetchnął zatęchłym powietrzem. “Kurwa” mruknął zaspany pod nosem. Wytężył słuch, musiało być wcześnie, bo zamiast typowego gwaru panującego na zewnątrz, wychwytywał tylko poszczególne dźwięki śpiącego jeszcze obozowiska: Cichy trzask płonących tu i ówdzie ognisk, przy których ogrzewali się zmarznięci wartownicy. Szum wiatru, skrzypienie wozu, który musiał przejeżdżać dwa, nie, trzy namioty dalej. No i oddechy, które mimo całkiem niezłego słuchu wciąż zlewały mu się w jedno i nie potrafił ocenić ilu dokładnie jego towarzyszy wciąż cieszyło się błogim snem.
“Przynajmniej Bolka nie da się z nikim pomylić”. Pomyślał Jan słysząc głośne sapanie i ciężko westchnął. Pochodzący z odległego Kaedwen wielkolud, mimo usilnych prób zawsze musiał wybrać posłanie akurat obok niego. “No nic, kto rano wstaje, ten gówno z tego ma”.
Po chwili otworzył oczy i wlepił wzrok w pałatkę, która miarowo falowała nad jego głową. Musiała tędy w nocy przejść niezła wichura, bo szkielet namiotu był lekko przechylony, a tu i ówdzie Jan dostrzegł niewielkie rozdarcia w materiale. Podniósł się z trudem i zaczął wygrzebywać ze śpiwora. Skostniałe z zimna palce z początku nie chciały współpracować, lecz po chwili cicho stękając wygramolił się z posłania. Noga wciąż bolała jak diabli. Mimo zapewnień Mortimera, ich drużynowego medyka, Jan wciąż nie chciał wierzyć, że dobrze się zrasta. Każdego wieczora zagryzał więc zęby, łykał z piersiówki i modlił się w duszy, żeby choć trochę wyspać się w tych psich warunkach. Kiedy usiadł, rozejrzał się po wnętrzu namiotu. W ciemności dostrzegł zarysy 6 sylwetek, pogrążonych w głębokim śnie. Ostatnio Stary ich nie oszczędzał i zapieprzali za całą kompanię, więc każda chwila snu była na wagę złota. “A propos Szefa”, Jan zmarszczył brwi widząc puste posłanie, “Ciekawe, gdzie podział się Magnus?”
Wstał na tyle cicho, na ile umożliwiał mu bolący kulas i po omacku zaczął zbierać sprzęt. Może i wzmocniona stalą, ciężka przeszywana kurta nie była wygodna, ale pozwalała jako tako nie zamarznąć na tym pieruńskim mrozie. “Dlaczego ten drań Emhyr rozpoczynał kolejną ofensywę zanim stopnieją śniegi?” Ostatnimi dniami to pytanie, cyklicznie powracało do głowy Jana i nie dawało mu spokoju. W końcu sam cesarz Nilfgardu, największej potęgi na kontynencie musiał wiedzieć co robi, prawda?
Z jednym butem założonym, a drugim w garści zamyślił się. “Może pali mu się pod stołkiem? A może w końcu gubi go ambicja i zamiast grzecznie poczekać to wreszcie popełnił błąd?” Jan lubił takie rozmyślania, nie żeby dochodził w nich do słusznych wniosków, ale zawsze starał się zrozumieć swojego przeciwnika, zanim przyszło mu stawić mu czoła. Jeden ze zdrowszych nawyków, który zaszczepił w nim Magnus. “Ale no właśnie Magnus”, Jan upewnił się dwa razy, że Starego na pewno nie ma w namiocie, a to mogło oznaczać kłopoty. Owszem, zwykle budził się pierwszy, lecz wtedy boleśnie dawał o tym znać reszcie i przy akompaniamencie przekleństw i błagań zrywał wszystkich do pionu na poranną zaprawę. Teraz jednak śladu po nim nie było, śpiwór zostawił zwinięty w kostkę, razem z pozostałymi rzeczami. “Czyżbyśmy wreszcie mieli się stąd ruszyć?” W głowie Jana pojawiła się myśl pełna nadziei.
Od przeszło trzech tygodni, odkąd tylko przyłączyli się do temerskiej kolumny maszerującej na południe, Stary delegował ich do jak najbardziej gównianej roboty: Kopanie latryn, kopanie okopów, kopanie grobów dla zmarłych z zimna, chorób i nilfgardzkich bełtów. A to wszystko w skutej lodem zmarzlinie, na której łamały się szpadle i klinowały się kilofy.
Namiot rozbili w samym środku Starego obozu, który został założony jeszcze ubiegłej jesieni, kiedy jeszcze nie było pewne, czy Emhyr wraz z wojskiem nie przekroczy Jarugi. Podobno decyzja o ich przydzieleniu miała paść z ust samego króla Foltesta, który nie mogąc osobiście pojawić się pośród żołnierzy, postanowił ulokować Niebieskie Pasy w samym centrum tego pierdolnika, by podnieść morale. Cóż, z początku działanie okazało się skuteczne i Jan widział zazdrosne spojrzenia żołdaków z Biednej Pierdolonej Piechoty, oraz strachliwe miny tych, którzy z różnych przyczyn mieli lekko szpiczaste zakończenia małżowin, lub zbyt gładkie na temerczyków lica.
Niestety wszystko do czasu, bo już trzeciego dnia, kiedy wybrali się na rekonesans, trafili na nilfgardzki podjazd, który nieźle ich poturbował. Jeden z nilfgardczyków, pogardliwie nazywanych w obozie określeniem “czarni” przypieprzył Janowi buzdyganem w nogę, łamiąc kość. Ich medyk Mortimer, stracił dwa zęby po tym, jak wywrócił się o pawęż. Natomiast Stach, będący najbliższym przyjacielem medyka, zarobił bełta w ramię. Reszta na szczęście wyszła bez szwanku, jednak czarni podeszli ich jak amatorów i gdyby nie błyskawiczna reakcja Magnusa, to ktoś z oddziału mógłby tamtego dnia stracić życie. Nic więc dziwnego, że od tego czasu siedzieli na dupie, trenowali, lizali rany i kręcili się po obozie jak gówno w przerębli. W teorii jako żołnierze Niebieskich Pasów, bądź co bądź elitarnej i owianej złą sławą formacji, mieli więcej luzu i swobody w działaniu. Jednak Stary Obóz popadł zimą w taki marazm, że mimo chęci, początkowego animuszu i nawet resztek żołdu w sakiewkach nie mieli tu absolutnie nic do roboty. Piwo skończyło się jeszcze w ubiegłym roku, a te szczyny które pili w zamian nadawały się co najwyżej do przepłukiwania latryn. Żołnierze byli biedni jak myszy kościelne, więc i w kości ciężko było zagrać, a o Gwincie to tym bardziej nie było mowy. Nawet burdelu nie było, gdyż zwinął się przy pierwszych śniegach.
Lecz to nie brak uciech był dla Jana największym problemem, a właśnie niedawne starcie. To nie powinno się było tak potoczyć. Lata uganiania się za wiewiórkami po lasach wyrobiły w nich szereg specyficznych nawyków, więc przyzwyczajeni do pewnych manewrów wystawili się Nilfgardczykom jak na dłoni. Jan przymknął oczy zaciskając pas. Mimo, iż wszystko rozegrało się w mgnieniu oka, pamiętał ten trzask gałęzi pod okutym żelaznym butem. Ten świst bełtów, przeciągły okrzyk „ Vedrai! Enn'le!”. Mieli cholerne szczęście…
Jan upewnił się, że wszystko ma na swoim miejscu, zostawił kuszę i półtoraka przy posłaniu, po czym z trochę raźniejszą miną skierował się ku wyjściu z namiotu “Lepszy chłodek niż smrodek” Mruknął pod nosem wychodząc na zewnątrz. W twarz momentalnie uderzył go lodowaty wiatr, przymknął oczy i po omacku podszedł do miejsca, gdzie powinna stać beczka z wodą. Z nadzieją, że nie natrafi na bryłę lodu, zanurzył w niej dłonie. Dopiero co rozgrzane czubki palców zaprotestowały, lecz Jan chlusnął sobie wodą dwa razy w twarz. Organizm błyskawicznie zaprotestował, a Cholewie zabrakło tchu w piersi. Kaszlnął raz, potem kolejny i zamrugał oczyma. Można powiedzieć, że obudził się po raz drugi.
-Nie śpisz, Cholewa– Magnus bardziej stwierdził niż spytał ciągle mieszając chochlą w kociołku zawieszonym nad trzaskającym wesoło ogniskiem. Cholewa parskając i plując zwrócił na niego szeroko otwarte oczy. Dobijał czterdziestki, a na jego gładko ogolonej, twarzy można było dostrzec już pierwsze zmarszczki. Wzrok miał spokojny, lecz surowy, Blask ogniska odbijał się od jego łysej jak kolano glacy, kiedy barczystym ramieniem spokojnie mieszał w potężnym garze. Tuż obok, oparty o beczkę stał jego ogromny, dwuręczny miecz, z którego jelca zwisała jego wizytówka, beret w brązowo-niebieskie pasy.
-Nie mogę spać– Odparł zgodnie z prawdą Jan, bacznie przyglądając się Magnusowi w blasku ognia, lecz mimo skupienia nie był w stanie wyczytać z jego twarzy absolutnie nic. “Szkoda, że nigdy nie grał w pokera, bo z taką maską zarobiłby fortunę” -Wyruszamy? – Stwierdził, że spyta wprost.
-Za dwie godziny-Odparł spokojnie Magnus– Głodny?
-Jak wilk– Bez namysłu odparł Jan, po czym sięgnął po jedną z misek ustawionych na równym stosiku obok ogniska. Coś było nie tak, żadnych kurew, żadnych rozkazów, no i to śniadanie. Jan obserwował, jak Magnus nakłada mu do miski gulasz z niepokojąco dużą ilością mięsa. Nieufnie zaczął jeść.
-Ehh– Magnus westchnął widząc, że nie uda mu się zwieść swojego podkomendnego -Wezwali mnie na naradę, skończyła się raptem godzinę temu.
-Wezwa…– Jan urwał w pół słowa, jedyną osobą, która mogła wyrwać od tak dowódcę drużyny niebieskich pasów był Jan Natalis, a on grzał sobie obecnie dupę w Nowym Obozie, czyli do niedawna wsi Dęboróg. Dopiero teraz dostrzegł głębokie wory pod oczami swojego dowódcy. – Do czego nas potrzebuje?
-Powiem, jak reszta wyjdzie, ale trzymaj gębę na kłódkę Cholewa– Warknął Magnus, zły, że tak łatwo się rozszyfrować. – A póki co jedz, czeka nas długi marsz.
Jedli w milczeniu. Jan chłonął odgłosy budzącego się pomału do życia obozu: Pokasływanie żołnierzy, trzaski coraz liczniej rozpalanych ognisk, narastający gwar oraz kręcących się tu i ówdzie żołnierzy Biednej Pierdolonej Piechoty. Miał szczęście, bowiem dym z ogniska leciał akurat w jego stronę, normalnie pewnie by mu przeszkadzało, lecz tym razem dym niósł ze sobą ciepło i zapach świeżej potrawki. Oj, Magnus umiał gotować, trzeba mu to było przyznać. Jan znał się na przyprawach mniej więcej tak, jak na dworskiej etykiecie, ale umiał docenić porządnie przyrządzony posiłek. Kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły padać mu na twarz, rozmarzył się. “Dla takich chwil warto być w Pasach” Pomyślał.
Nagle, przypomniały mu się zimowania wraz z “Bandą Rudego”, do której należał przed wstąpieniem do temerskich sił specjalnych. Podróżowali wtedy aż do nadmorskiego Kerrack, gdzie podczas łagodniejszych i cieplejszych zim nawiązywali kontakty z miejscowymi przemytnikami. Na szerokich plażach, między śnieżnobiałymi klifami rozciągała się sieć rozległych jaskiń, które usłane były wrakami dawno porzuconych statków. Razem ze złodziejską hanzą zawsze wpadali tam pod koniec jesieni, wyganiali nieproszonych gości, wykurzali utopce a na koniec resztę cholerstwa. Potem chlali rum, grali w kraty w okolicznych tawernach i cieszyli się mniej lub bardziej obfitym “Sezonem”.
Trochę mu tego brakowało. Pomiędzy odmrażaniem sobie dupy w okopach, a ganianiem za elfimi partyzantami, chciałby choć raz udać się do Kerrack i posłuchać historii czerwonych od gorzały marynarzy. Chciałby poobserwować majestatycznie zacumowane w portach Okręty oraz spróbować ponownie słynnych marynowanych w piwie śledzi. Na wspomnienie elfów skrzywił się. Scoia'tael, wiewiórki, dlaczego akurat musieli sobie wybrać taką nazwę? I psuć mu miłe skojarzenia. “Albo przypominać Ci o własnej nieudolności Cholewa” Wyszeptał mu głos z tyłu głowy. Stłumił go, “To nie czas ani miejsce na takie rozmyślania” Wrócił do rzeczywistości i zobaczył, że Magnus wstaje i kieruje się w stronę namiotu “Oho, szykuje się pobu…”
-POBUDKA ŁACHUDRY! – Usłyszał donośny basowy okrzyk swojego dowódcy oraz odgłosy przekleństw, tłuczenia i szarpaniny– Za kwadrans zbiórka przed namiotem, macie być spakowani i gotowi do drogi! Bo wam śniadanie ostygnie! – Wyszedł z namiotu otrzepując dłonie. Jan uśmiechnął się pod nosem, “Jest i on, w całej okazałości” – A ty się Cholewa tak nie ciesz, bo będziesz namiot zwijał i to na jednej nóżce. – Dogryzł mu Magnus i uśmiechnął się szeroko, widząc jego kwaśną minę.
Jan kończył już drugą miskę, kiedy z namiotu zaczęli powoli wychodzić jego towarzysz. Jako pierwszy wyszedł Radzik, na którego wołali również Zwada. Przyduża uszatka była głęboko zasunięta na oczy, a kwaśna mina sugerowała, że nie w smak była mu tak gwałtowna pobudka:
-Dzień dobry, śpiąca królewno– Wyszczerzył się Jan, widząc jego przygryzioną wargę– Podano do stołu.
-Zamknij się, Cholewa– Warknął Radzik, siadając ciężko na skrzynce– Nie jestem w nastroju– Słysząc to, Jan nieco się zdziwił. Radzik, nazywany był również Zwadą, głównie przez nieskończone kłótnie w karczmach i wieczne narzekania na wszystko i wszystkich. Był ich informatorem i kartografem, nic więc dziwnego, że zawsze szukał dziury w całym. Teraz jednak, widząc jego niską, zgarbioną postać oraz haczykowaty nos spuszczony na kwintę, Cholewa wyjątkowo odpuścił.
Jako drugi z namiotu wytoczył się Bolko. Wychodząc zahaczył głową o belkę stropową, niemalże wyrywając namiot z ziemi. Ze środka dobiegła ich seria przekleństw, a Kaedweński olbrzym robiąc zmieszaną minę ciężko usiadł na kocu obok Cholewy. Miał niemalże siedem stóp wzrostu oraz siłę większą, niż czterech chłopa. Gęste, czarne, lekko pofalowane włosy spływały mu luźno na ramiona, a silny Kaedweński akcent wyczuwalny był w każdym z krótkich zdań, którymi od czasu do czasu raczył obdarzyć drużynę:
-Wjitaj, Rzemyk– Zagadnął, po czym nałożył sobie podwójną porcję
-Witaj, Bolko– Westchnął Jan, wiedząc, że bez odpowiedzi Olbrzym nie da mu spokoju. Lubił go, lecz nawet nie w jednym procencie tak, jak on lubił jego.
Kolejny wyszedł Kostek, czy raczej Konstanty, jak zawsze z mordą szczelnie owiniętą szmatą w biało czarne wzorki imitowanie kości. Ten rodowity Temerczyk wiele lat temu bardzo ciężko przeszedł ospę, co w połączeniu z pożarem rodzinnego gospodarstwa zostawiło mu na twarzy masę szpetnych pamiątek, które na co dzień starał się ukrywać przed światem.
Cholewa lekko się wzdrygnął. Mimo tylu miesięcy spędzonych ramię w ramię wciąż czuł się nieco niepewnie w jego towarzystwie. Jan wiedział, że Konstanty czuje się w chłodzie i beznadziei jak ryba w wodzie, lecz nie to niepokoiło go najbardziej. Nie blizny, nie chłód, jaki ze sobą wnosił. Kiedy pewnego razu zaskoczyli grupę elfów w ich własnym obozowisku, Kostek wymordował wszystkich. Bez wyjątku, nie oszczędził nawet tych skrępowanych przez resztę. Pamiętał, że kiedy zirytowany chciał mu to wygarnąć, ten tylko odrzekł:
-Szef nie mówił, że potrzebni są żywi.
Teraz zauważył, jak ich oddziałowy tropiciel bacznie się mu przygląda, a następnie z uśmiechem macha mu i zdejmuje maskę, żeby pożywić się gulaszem. Cholewa nie chciał tego oglądać, na sam widok jego parszywej gęby robiło mu się niedobrze. “Dobrze chociaż, że jest po naszej stronie”
Po Kostku z namiotu wyszli w tym samym momencie niczym ogień i woda: Stach oraz Mortimer. Oboje pochodzili z Wyzimskich Slumsów, a ich jedyną wspólną cechą niezdrowy upór.
Mortimer był nieco starszy, spokojniejszy i cichszy. Miał talent do łatania ludzi, lecz jego pasją była alchemia. Często siedział do późna nad przeróżnymi mazidłami i truciznami. Stach natomiast, był w gorącej wodzie kąpany i pierwszy do karczemnej awantury. Mortimer był wysoki, Stach niski. Mortimer szczupły, Stach nabity zarówno mięśniami jak i sadłem. Mortimer z pięknymi, lecz krótkimi i rozwichrzonymi włosami, Stach z zakolami niczym pola uprawne. Mimo ponad dziesięciu lat różnicy, jakie ich dzieliły, nie przeszkodziło im to jednak w zbudowaniu prawdziwej i zaskakująco trwałej więzi:
-Smacznego– Powiedział uprzejmy jak zawsze medyk, nakładając sobie czubatą łyżkę gulaszu– A skąd takie frykasy z rana? Macie nam coś do powiedzenia z Szefem? – Spytał kierując wzrok na Cholewę
-Ta, że się hajtają– Burknął Stach i syknął z bólu, kiedy nagle zza pleców Magnus zdzielił go wierzchem dłoni przez łeb– Oj, no to tylko taki żart przecież
-Wiem, miałeś komara na głowie– Odpowiedział troskliwie Magnus, wchodząc po coś do namiotu.
Kiedy to robił, minął się w drzwiach z niewielką, smukłą postacią, która wyszła jako ostatnia.
Olga, z uwagi na wielokrotnie złamany nos zwana również “Krzywą”, była ostrzyżoną krócej od Jana blondynką. Lekko kołysząc biodrami, z jak zawsze hardym i wyzywającym spojrzeniem usiadła obok Bolka i widząc, że w garze została już tylko prawie sama woda, podebrała część porcji od Kaedweńskiego olbrzyma.
-Ej– Zmarszczył mono brew Bolko– Co to ma być? – Spytał groźnie
-Założę się, że to twoja szósta porcja– Odpowiedziała mu od razu biorąc się za jedzenie– Wystarczy Ci niedźwiedziu, też muszę być na siłach.
-Pjąta– Burknął Bolko i tęsknym wzrokiem spojrzał na resztę gulaszu, która została w jego misce. Przez moment zdawał się rozważać, czy nie odebrać Krzywej śniadania, lecz zarzucił ten pomysł
Magnus odbił kiedyś z krasnoludzkiej niewoli w Novigradzie. Gdzie na podziemnej arenie zdobyła podobno złoty pas pokonując ówczesnego czempiona wystawionego przez szefa jednego z gangów: Skurwiela Seniora. Mafia Tasaka musiała tamtego wieczora zgarnąć niemałą fortunę, a Bolko nie zamierzał wszczynać z rana bójki z powodu dokładki. Poza tym, lubił Olgę, tak samo jak lubił wszystkich w oddziale.
-Możesz dojeść po mnie– Powiedział Mortimer, dojadając swoją porcję tylko do połowy. Widząc jego spojrzenie dodał– Najadłem się, naprawdę.
Bolkowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. W mgnieniu oka porwał miskę i zaczął pałaszować.
Kiedy uporali się z potrawką, widząc, jak Magnus wychodzi z namiotu stanęli wszyscy w dwuszeregu na baczność.
-Czemu nas wcześniej nie obudziłeś Rzemyk, co? Chciałeś samemu wrąbać cały garnuszek? – Jan usłyszał złośliwy szept Radzika.
-Nieładnie– zawtórowała mu Krzywa– Mogłeś chociaż mnie obudzić – zasadziła mu bolesnego łokcia między żebra. Jan syknął, ale nie odpyskował, potrawka była zbyt smaczna, a skoro Radzik znów zaczął szukać zwady, wszystko było na swoim miejscu.
-Będzie krótko i na temat– Zaczął oschle Magnus– Dostaliśmy proste zadanie, zlokalizować i zlikwidować rodzącą się w okolicy nilfgardzką partyzantkę, podobno jakaś szajka handluje bronią na prawo i lewo, a co więcej przerzuca cenną stal za rzekę, mahakamską stal moi drodzy…-Dodał wyjmując z zza pleców niewielką sztabkę– Na te słowa Kostek oblizał się po spierzchniętych i nadpalonych ustach, “Nawet na myśl o tej potrawce tak się nie ślinił” Pomyślał zniesmaczony Jan.– Więcej powie nam kontakt, z którym mamy się spotkać w południe przy drzewie wisielców za Dęborogiem, zrozumiano?– Pokiwali głowami– No, to świetnie, idę do kwatermistrza, żeby jakoś nas wyposażył na te kilka– zwiesił głos– kilkanaście dni i jak wrócę, to wszystko ma być gotowe do drogi, Zrozumiano?– Odkrzyknęli mu gromko, a widząc to zadowolony dodał– W takim razie możecie zajrzeć do beczki, załatwiłem wam nieco ogórków na drogę. Jeżeli oczywiście jesteście głodni– Po czym wyszczerzył zęby i zniknął w gąszczu namiotów
Kiedy tylko zniknął im z oczu, rzucili się do beczki:
-Pomału zwierzęta– zrzędził Radzik, starając się wepchnąć przed Stacha, – Zostawcie mi coś.
-Nosz do kurwy nędzy Bolko, zabieraj tego buciora– Dało się słyszeć zachrypnięty głos Krzywej.
-A panicz to, gdzie? – Mortimer złapał Jana w pół kroku– Ty już się najadłeś mój drogi, Ja rozumiem, że nóżka potrzebuje budulca, ale jak mówi prorok Lebioda, z umiarem– Wyszczerzył zęby
-Te, szczerbatek– Odgryzł się Jan– Ty lepiej z pełną mordą nie gadaj, bo ci ogórek ucieknie– Na te słowa towarzystwo ryknęło śmiechem. Chwilę później wszyscy siedzieli wokół ogniska zagryzając kiszone ogórki, aż trzęsły im się uszy.
Po dłuższej chwili, najedzeni zabrali się do zwijania obozu. Wbrew pozorom zajęło im to bardzo krótko i raptem po pół godziny siedzieli z tobołkami wokół dogasającego ognia, z bronią pod ręką, gotów na każde wyzwanie, które zgotuje im los.
-Jak myślicie– Przerwał ciszę Zwada– Silna ta partyzantka? Wygląda na to, że czarni przez zimę nie próżnowali.
-A diaboł ich tam wie– Zaczął Kozioł wylizując zimną już miskę-Mnie bardziej zastanawia kim jest ten kontakt, a jak on jakiś figurant? Znaczy podstawiony?
-To dla takich mamy specjalne miejsce w wyzimskich lochach – Mruknął jakby od niechcenia Kostek, ostrząc jeden noży do rzucania, z którymi nigdy się nie rozstawał– Dla zdrajców nie ma litości.
-Tylko najpierw trzeba ich przejrzeć– Wtrącił się Radzik– Chociaż jeśli to miejscowy i nie figurant, to myślę, że trafiliśmy w dziesiątkę, ludzie są zmęczeni wojną, mimo iż jeszcze na dobre się nie zaczęła. Powinien współpracować
Wtem dostrzeli obładowanego przeróżnymi gratami Magnusa, który ciężko sapiąc zbliżał się do obozowiska:
-Na co czekacie, obdartusy, pomóżcie mi do cholery– Wydyszał dowódca. Pospiesznie rzucili się na pomoc i po krótkim podziale każdy otrzymał swój worek, dołączyli je do reszty ekwipunku i po raptem kwadransie byli gotów do drogi.
Cholewa podejrzliwie zajrzał do swego worka. Magnus chyba musiał pogrozić temu Kwatermistrzowi kordem, bo zaopatrzył ich w pierwszej klasy amunicję, racje żywnościowe, ciepłe ubrania i wiele, wiele innych rzeczy, których Cholewa nie miał czasu podziwiać. Zarzucił tobołek na plecy, po czym rzucił po raz ostatni wzrokiem na miejsce, które przez ostatni miesiąc było ich domem, a po którym teraz została tylko kupa kamieni i zielona ubita trawa kontrastująca z leżącymi jeszcze wokół hałdami brudnego śniegu “Nie będę za tym tęsknić” Pomyślał Jan, po czym zreflektował się “Przynajmniej mam taką nadzieję”
Ruszyli do Południowej bramy, stanowiącej jedną z czterech wyjść ze Starego obozu. Idąc gęsiego przez wąskie uliczki powstałe między namiotami szybko zaczęli wzbudzać uwagę. “Coś się kroi”, “Będzie się działo” Jan wychwytywał strzępki rozmów żołdaków schodzących im z drogi i rzucających ukradkiem trwożne spojrzenia. “Oczywiście, że coś się kroi, przecież inaczej byśmy tutaj siedzieli i zbijali bąki razem z wami nieroby” Jan czuł się w kropce, z jednej strony w końcu coś się działo i ruszali na akcję, z drugiej, noga nie odzyskała jeszcze pełni sił, a cała ta sprawa z partyzantką śmierdziała już na kilometr i miała w sobie nutkę pysznej potrawki Magnusa.
-Powiedz szefie– Spytał Jan, kiedy przechodzili przez bramę– Wiadomo chociaż, kogo mamy szukać? Kto ma niby przewodzić tej świeżo powstałej partyzantce?
-Nie wiem– Huknął z przodu kolumny Magnus– Ale nasz kontakt wspominał kogoś, kto podobno jest u nich dosyć wysoko w hierarchii
-Doprawdy? – Jan zdziwił się, gdyż było to więcej niż oczekiwał.
-Ano, wołają na niego Pan Wojny czy jakoś tak, jak dla mnie gość to na bank jakiś mitoman, powinien szybko wpaść i poprowadzić nas jak po sznurku do reszty.
-Skoro tak mówisz Szefie– Odparł Jan i zamyślił się-Cóż, lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu, zobaczymy co to za “Pan Wojny”
Przechodząc przez bramę zobaczył na gałęzi jednego z ostatnich dębów ostałych w okolicy Kruka, który jakby skrzyżował z nim spojrzenie “Zobaczycie oj zobaczycie” Jan usłyszał w głowie posępny głos, po czym ptaszysko odleciało, kracząc potępieńczo. Cholewa poczuł znajomy ucisk na szyi, blizna zaczynała go cholernie palić…
JAN CHOLEWA II
Mowa jest srebrem, a milczenie kłosem…
Dolne Sodden, na południe od Starego Obozu
Jan zmrużył oczy. Zalegający śnieg odbijał poranne promienie wschodzącego słońca. Delikatnie, lecz konsekwentnie oślepiał Cholewę, który starał się schować wzrok za plecami Bolka. Potężny Kaedweńczyk szedł z przymkniętymi oczyma uśmiechając się od ucha do ucha. Jan miał wrażenie, że, przypominał sobie przy tym rodzinną krainę. Zimy w Kaedwen bywały srogie i długie, a biały puch przykrywał niektóre obszary na ponad osiem miesięcy w roku. “Zupełnie jak niedźwiedź” Uśmiechnął się w duszy Cholewa. “Gdyby nie Magnus, pewnie nażarłby się porządnie i zapadł w zimowy sen”.
Zupełnie jakby na potwierdzenie tych słów, Bolko wyciągnął na boki szerokie ramiona i ziewnął donośnie, strzelając knykciami.
Przyroda wokół nich ewidentnie coraz bardziej chciała przebudzić się do życia. Ziemia wciąż była twarda i zbita, lecz w niektórych miejscach Cholewa dostrzegał pierwsze przebiśniegi, oraz rozmarzające tafle jeziorek i bagien. Te śnieżnobiałe, delikatne kwiaty czekały na pierwszą jaskółkę:
-By przebudzić się do życia– Mortimer, zupełnie jakby czytając Cholewie w myślach, tłumaczył coś Stachowi z zapartym tchem. Jego błękitne, inteligentne oczy o zwężonych źrenicach chłonęły każdy element krajobrazu, kontrastując z ignoranckim wzrokiem jego kompana.
Cholewa się wzdrygnął. “Lepiej, żeby Nilfgard przyszedł tu wcześniej niż później”. Pomyślał i mimo, że nie był przesadnie wierzący, ukradkiem przeżegnał się do Melitele. Jakkolwiek nieznośna i męcząca była atmosfera panująca w Starym Obozie zimą, Janowi robiło się niedobrze, kiedy myślał o zbliżającej się odwilży. Perspektywa spędzenia kilku najbliższych miesięcy w błocie i rzęsistych deszczach przyprawiała go o mdłości. Na szczęście, póki co perspektywa pozostawała tylko perspektywą. Mimo ciasno związanych rzemyków oraz znoszonego futra, które Magnus załatwił od kwatermistrza, Jan na przemian to marzł, to się pocił. Gdzieś z tyłu głowy wciąż słyszał ten szorstki, nieprzyjemny głos, a przed oczyma widział paskudne ptaszysko. “Szkoda, że nie rzuciłem w niego nożem” Pomyślał, po czym zwrócił wzrok na sakwie wiszącej mu u pasa. Po chwili wahania odwiązał ją i zerknął do środka. Jego oczom ukazał się mały pakunek czegoś, co sądząc po okruszkach musiało być sucharami, trochę mąki, pęto suszonej kiełbasy oraz woreczek kaszy. “Nieźle, starczy nam na parę ładnych dni”. Mimowolnie się uśmiechnął. Co prawda w Starym Obozie nie doznawali głodu, lecz tamtejsze żarcie potrafiło skutecznie odebrać resztkę chęci do życia, nie mówiąc już o aktywnej służbie.
“Zresztą, może i miejscowi czymś się z nami podzielą”. Uśmiechnął się paskudnie pod nosem. Co prawda, trochę żołdu im jeszcze zostało, lecz przynależność do “elitarnej” jednostki jego królewskiej mości wiązało się z hmm, szczególnym traktowaniem. Pogmerał trochę głębiej i aż zagwizdał
-No no, wykosztowali się– Powiedział głośniej, wyjmując z worka pierzasty bełt o charakterystycznej końcówce –Takim to i oficera można ustrzelić!
-A i owszem, i to z dwustu kroków– Przyznał Mortimer, poprawiając swoją kuszę na plecach– Lecz to nie wszystko, mazideł też nie szczędzili, olejów no i spirytusu najprzedniejszej jakości. Hej! Nie oblizuj się ty Moczymordo, to do dezynfekcji– Łypnął groźnie w stronę Stacha. Ten niewzruszony, pokazał mu tylko środkowy palec, po czym obrócił się i zaczął podziwiać budzące się do życia pogórze.
Mortimer opowiadał kiedyś, że powstało ono jako efekt działalności erozyjno-akumulacyjnej lądolodu. Według niego, ów lądolód przetoczył się niegdyś przez całą Temerię pozostawiając za sobą liczne jeziora, rzeki i różne głazy. Cholewa, nie bardzo wiedząc o czym ten mówi, kiwał tylko z uznaniem głową.
Chcąc nie chcąc, niemal przyklejając się do pleców Kaedweńskiego Olbrzyma, skupił swoją uwagę na majaczącym w oddali wzgórzu Sodden.” Jeśli wierzyć Magnusowi, to tutaj Jan Natalis będzie chciał wydać bitwę Czarnym. Gdyby zdążył przed roztopami, to będzie miał całe pole bitwy jak na dłoni, a do tego sprzyjający teren. Gdyby jednak mu się nie udało, to sieć bagien oraz rwących rzek będzie śmiertelną pułapką zarówno dla Nilfgardczyków, jak i jego własnych wojsk”.
-Nawet Inkaustu nie żałowali! -Radzik prawie podskoczył z wrażenia– Co my do samego Emhyra będziemy pisać z zapytaniem o tę partyzantkę? Hę?– Rzucił na przód kolumny, gdzie w milczeniu maszerował Magnus.
-Na zabawki napatrzycie się przy Drzewie Wisielców panienki– Warknął – Póki co morda w kubeł i maszerować– Z każdym kolejnym krokiem oddalającym ich od Starego Obozu, wydawał się coraz bardziej spięty.
-Tu nie o zabawki chodzi Szefie– Powiedziała chrapliwie Olga– Kroi się gruba rozróba, a ty odwracasz kota ogonem bardziej niż Cholewa, jak się go zapyta skąd potrafi pisać. – Magnus przystanął, a w jego ślad reszta oddziału. Atmosfera zgęstniała, dowódca nie musiał się nawet odwracać. Czuli, że Krzywa przegięła i w napięciu przyglądali się temu co za moment nastąpi. Ku ich zdziwieniu Magnus westchnął tylko ciężko i powiedział ściszonym głosem:
-Jeżeli któreś z was powie jeszcze choć jedno słowo, zostaniecie posądzeni o niesubordynację i zdradę, a karą za zdradę jest śmierć. Czy to jasne? – Jan i reszta byli w szoku– Zapytałem czy to jasne?! – Podniósł głos.
-Tak jest! – Odkrzyknęli przerażeni, po czym Magnus wznowił marsz.
Reszta drogi upłynęła im w absolutnym milczeniu. Jan bił się z myślami. Nie mógł rozgryźć swojego dowódcy, zupełnie jakby ktoś wywrócił dzisiaj wszystko do góry nogami. W normalnych okolicznościach, Magnus nie stroniłby od przekleństw i przemocy. Nie mówiąc już o tym, że od rana zagoniłby ich do jakiejś paskudnej roboty, aby zetrzeć im z gęb “te paskudne uśmieszki”. Teraz jednak był chłodny, wręcz lodowaty jak woda z beczki którą Jan orzeźwił się z rana. W pewnej chwili, nagle doznał olśnienia. Ba! Obudził się po raz trzeci. Magnus czegoś się bał…
Kiedy udało im się pokonać kolejne wzniesienie, ich oczom ukazał się dość ponury widok. Na niewielkim wzgórzu rósł potężny, leciwy dąb o rozłożystych gałęziach. W Starym Obozie Cholewa nasłuchał się, iż musiał mieć ponad trzysta wiosen. Nawet najstarsi miejscowi wcieleni do armii nie byli co do tego zgodni. W jego rozleglej koronie pośród liści miały ponoć przemykać niespokojne leśne duszki, a korzenie sięgały rozżarzonego wnętrza ziemi. Teraz jednak drzewo wyglądało bardziej upiornie niż majestatycznie, a gałęzie były niemalże gołe.
No właśnie… Jan przełknął nerwowo ślinę. Już z tej odległości można było dostrzec kilka, jeśli nie kilkanaście ludzkich sylwetek ponuro kołyszących się na wietrze. Zdrajcy, złodzieje, dezerterzy. Potencjalna lista była długa i tylko Melitele wiedziała, z jakich powodów zawiśli. Cholewa złapał się na tym, że jedną ręką drapie się po szyi. “Pieprzona blizna”. Pomyślał i chcąc nie chcąc, ponownie cofnął się myślami kilka lat wstecz.
Pamiętał tamten okres jak przez mgłę. Cuchnąca cela, liczne wyzwiska, kamienie, zgniłe warzywa i masa innych rzeczy ciskanych w jego stronę. Zupełnie jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie, podczas gdy wlekł się na szafot. Później krótkie odczytanie listy oskarżeń “Kradzież koni z zuchwałością” Jan do tej pory nie umiał przypomnieć sobie, czym ta zuchwałość się przejawiała. Mimo, iż kurduplowaty, czerwony na twarzy człowieczek podkreślał ją na każdym kroku, opluwając przy tym wszystkich wokół. Potem równie krótki wyrok “Śmierć przez powieszenie” Wtedy Janowi było już wszystko jedno. Wyrzucili go z bandy Rudego, w rodzinnych stronach również nie miał czego szukać, więc równie dobrze mógł iść do piachu. Jakże wielkie było jednak jego zdziwienie, kiedy lina pękła, a on w bezdechu i z mroczkami przed oczyma zwalił się boleśnie na ziemię. Później była tylko ciemność, krzyki, krew i morze rudych loków.
Zbliżyli się do drzewa na mniej więcej ćwierć staji, kiedy nagle dostrzegli niewielką, zakapturzoną postać krążącą w kółko pod drzewem. Wyglądało na to, że ich kontakt był już na miejscu. Magnus przystanął, zlustrował okolicę wzrokiem, po czym upewniwszy się, że nikt jeszcze ich nie dostrzegł powiedział szeptem:
-Poza mną i Radzikiem reszta siedzi cicho. Dopóki nie wybadamy co to za gagatek musimy zachować czujność. Kostek, Stach, przeszukajcie teren, to może być pułapka. Cholewa, Mordek, przygotujcie kusze– Nie musiał dwa razy powtarzać. Dwójka żołnierzy błyskawicznie oddzieliła się od reszty i zniknęła między pagórkami. Jan, wraz z Mordkiem– Gdyż tak również zwracano się do Mortimera, ich polowego medyka, napiąwszy kusze ułożyli na nich śmiercionośne bełty. Kiedy wszyscy byli gotowi, Magnus dał sygnał dłonią i w dwurzędzie ruszyli przed siebie.
Nieznajomy dopiero po dłuższej chwili ujrzał ich pomniejszoną kolumnę. Pomachał w ich kierunku, po czym podbiegł do pnia drzewa i schylił się do sakwy.
-Na pohybel! – Krzyknął Magnus po czym zatrzymał się w oczekiwaniu na hasło
-Czarnym, elfom i zdradzieckim kurwom! – Odkrzyknął zakapturzony mężczyzna ciągle gmerając w sakwie.
Magnus odetchnął, lecz wciąż pozostawał czujny. Szansa na to, że przechwycili zmianę kodu była niewielka, ale nie zerowa. Lepiej dmuchać na zimne.
-Gąsior? -Spytał dowódca niebieskich pasów.
-Tak na mnie wołają– Rzucił Gąsior po czym wyciągnął wreszcie z sakwy niewielkie podłużne pudełko, służące do przechowywania korespondencji. – Nie uwierzycie, ale mam wiadomość z ostatniej chwili, wręcz z pierwszej ręki! – Magnus zmarszczył brwi, kiedy Gąsior się odwrócił i ściągnął kaptur Był krzepkim, nieco łysiejącym mężczyzną po pięćdziesiątce. Sądząc po ogromnym, napuchniętym nosie i czerwony rumieńcu rozlanym po całej twarzy, nie stronił również od picia. Zaczynał siwieć na skroniach, a wydatna grdyka żywo poruszała się przy każdym zdaniu. – Doprawdy moi drodzy! Mamy wielkie szczęście, Pan Wojny podobno zawita dziś wieczorem do Karczmy pod “Cwanym Lisem” – Gąsior wręcz podskakiwał z ekscytacji wyciągając pudełko w stronę Magnusa, drugą ręką sięgając za pas.
-Uspokój się człowieku i zostaw kurwa ten antałek– Ton głosu dowódcy był chłodny, kiedy jednym ruchem dłoni wytrącił naczynię z rąk Gąsiora – Po kolei, wpierw zdaj raport, potem przyjdzie czas na krotochwile– Zrobił groźną minę, widząc niezadowolenie na twarzy ich wtyki.
Mężczyzna przestał przestępować z nogi na nogę. Spojrzał smętnie na wsiąkające w trawę resztki trunku, po czym zwrócił zirytowany wzrok na Magnusa. Nie wytrzymawszy jednak spojrzenia, po chwili zaczął z niechęcią raportować:
-W ciągu ostatniego miesiąca, zgodnie z rozkazami skutecznie udało mi się przeprowadzić rozpoznanie informacyjne -zwiesił głos widząc ciężkie spojrzenia Niebieskich Pasów– Ależ dyskretnie, zapewniam was! W każdym razie zaczerpnąłem języka tu i tam, i w karczmie, i we młynie i u Tego cwanego lisa Felixa i u Zawadzkich.
-Do rzeczy człowieku– Zniecierpliwił się Radzik, my tu szukamy stali, srebra, złota na łapówki, a nie tego jak ma na imię Karczmarz z jakiejś psiej wólki!
-Przecież do tego zmierzam– Gąsior wydawał się urażony– Otóż stary Zawadzki mi powiedział, że ostatnimi czasy jakoś lepiej im się wiedzie. Roboty we młynie sporo i cała Wierzchówka jakaś taka weselsza, będą dom sołtysa remontować a i kowalowi się dostanie.
-Co dostanjie? – Wyrwało się Bolkowi, za co Magnus zgromił go spojrzeniem.
-To znaczy, że kapitał płynie szerokim strumieniem mości żołnierzu. Kapitał i zapasy, bo przecie dopiero się zima skończyła, to skąd we młynie tyle ziarna się mogło pojawić, hę?. Ja żem się w Starym Polu urodził, to może i nie wiem jak co roku u nich to wygląda, ale wała wyczuć umiem! – To mówiąc napuszył się niczym paw– Powęszyłem trochę głębiej i rzeczywiście, co miesiąc pewna karawana zahacza o tę zacną wioseczkę i zdają się na tym wychodzić całkiem nieźle. Bądźmy szczerzy Panowie Żołnierze, przecie oni nic na handel nie mają, więc skąd ten nagły przypływ dobrobytu Hę?– Jego grdyka zadrżała z rozemocjonowania– Niechybnie przemyt jakiś, albo konspiracja niejaka. W końcu wiecie, jak jest. Za kłamstwo Czarni płacą chłopom srebrem, żeby mieli córkom co na posag sprawić, a za milczenie kłosem, aby do tego posagu z głodu nie wyzdychali– Ponownie wyciągnął w stronę Magnusa pudełeczko– Spójrz Pan, sam żem podrobił list, co go od samego Felixa podwędziłem, jak klientelę zabawiał. – Magnus niechętnie sięgnął po pudełko i wyciągnął zwijkę papieru, Jan spojrzał mu ukradkiem przez ramię:
Drogi Felixie
Liczę, że ten list znajdzie cię szczęśliwym i w pełni sił. Jak mogłeś słyszeć, sezon jest bardzo obfity, to i sporo orenów do przepicia. I to, mimo że kurs wymiany z florena sam wiesz jaki jest… Przybywam z tym samym co zwykle, lecz oczekuję 30% więcej niż ostatnio. Pewnie spytasz mój przyjacielu, dlaczego. Otóż śpieszę z odpowiedzią, wojna co raz bliżej więc i czas na robienie zapasów dobiega końca. To zapewne moja ostatnia wizyta w te strony, więc liczę, że mnie nie zawiedziesz Cwany Lisie. Zarezerwuj trzy pokoje i przygotuj trochę tej nalewki co ją młynarz pędzi, bo przednia
Pan Wojny
PS Zorganizuj coś może co? Zaproś miejscowych, Wójta. Kowal to dobry człowiek, zawsze na Melitele da i z bliźnim w kościanego pokera zagra. No i córkę ma przednią. Tybalt nie może przestać o niej gadać
-Bawidamek z niego– Rzekł Radzik– Ale to dobrze, tacy łatwiej wpadają
-Są też mniej przewidywalni– Westchnął Magnus– Daleko ta karczma?
-Koło popołudnia powinniśmy być na miejscu, będziecie mieli kilka godzin na wybadanie terenu– Odparł Gąsior– I na pogaduszki z miejscowymi. Mówię wam, na prawdę niezłą ma tę córkę Kowal. A nalewka Felixa? Niebo w gębie! -Czując na sobie ciężki wzrok Radzika zamilkł skruszony.
Magnus zamyślił się i potarł skroń dłonią. Ewidentnie bił się z myślami– W porządku– Rzekł po chwili– Wyruszamy do Wierzchówki, zatrzymamy się na skraju, obejdziemy, pomyślimy co dalej. Później zabezpieczymy teren wokół karczmy, rozstawimy czujki i zaczaimy się na tego gagatka. A ty– skierował wzrok na Gąsiora– Od teraz nie odstępujesz nas na krok. Zbieramy się! – Powiedział gromko nie zważając na to, że ich kontakt zbladł właśnie niczym kreda.
Gąsior drżącymi rękoma sięgnął ponownie za pas, po czym wyciągnął niewielką piersiówkę i wziął porządnego łyka:
-A-ale czy to na prawdę konieczne? – Zaczął się jąkać i jeszcze bardziej poczerwieniał na twarzy. Magnus słysząc jego słowa przystanął, po czym obrócił się z wolna i położył dłoń na rękojeści dwuręcznego miecza:
-Jeśli mówiłeś prawdę, to nic Ci się nie stanie, a jeśli kupili cię Czarni, to nie wyjdziesz z tego żywy. Coś niejasne? W rozkazach miałeś dobitnie napisane, że za zdradę karą jest śmierć.
-N-no tak, jak najbardziej, absolutnie– Jąkał się Gąsior– T-tylko powiadają, że ten Pan Wojny jest wielki jak dwóch drabów! O-o, prawie taki jak ty Chwacie! – Rzekł w stronę Bolka.
-Im więksi są, tym głośniej upadają ptaszku– Powiedział nagle zza jego pleców Konstanty– Gąsior pisnął i z przerażeniem obrócił się w jego stronę. Widząc trupie, mętne oczy Kostka przełknął ślinę i z drżącymi nogami błyskawicznie podreptał za Magnusem.
-Zawsze działa– Wyszeptała Janowi do ucha Krzywa– Nasz mistrz perswazji, Konstanty we własnej osobie.
-To nie jest dobry moment na żarty Olga– Zwrócił się do niej po imieniu– Chodźmy stąd, te trupy śmierdzą jak diabli.
Kiedy tylko Stach wrócił z rozpoznania, zgodnie ze wskazówkami Gąsiora ruszyli na wschód. Odchodząc, Jan rzucił niepewne spojrzenie w kierunku wisielców i podrapał się po szyi. “Żadnych zasadzek, żadnych niejasności. Czyżby jednak miało pójść łatwiej niż sądziliśmy?”. Zapytał sam siebie w duchu, po czym jego spojrzenie zawisło na czarnym ptaku siedzącym na jednej z gałęzi. Kruk wydziobywał właśnie gałkę oczną jednego ze świeższych wisielców. Zakrwawiony dziób grzebał w oczodole coraz głębiej i głębiej, w akompaniamencie oślizgłych dźwięków. “Odpieprzysz się w końcu? Czy nie”. Cholewa splunął na ziemię, po czym pokazał ptaku środkowy palec. Kruk, nic sobie z tego nie robiąc wciąż ucztował, a zrezygnowany Jan truchtem pobiegł w stronę oddalających się towarzyszy
Zgodnie z przewidywaniami Gąsiora do Wierzchówki dotarli wczesnym popołudniem. Wbrew temu co mówił Radzik, wieś była całkiem spora, kilkanaście przeciętnych chałup, warsztat kowalski, młyn, karczma. Wszystko, czego można by oczekiwać po tego typu osadzie wzdłuż szlaku handlowego. Problem polegał na tym, że od roku handel stał, a mimo to wioska wydawała się być tym faktem absolutnie niewzruszona. Ludzie byli odżywieni, zapracowani i we względnie dobrym humorze, jakby w kontraście do marazmu panującego w temerskim obozie.
Jan łyknął z piersiówki, noga zaczynała dawać o sobie znać. Zwłaszcza, że porządnie jej nie rozgrzał przed wymarszem. Po niecałym kwadransie obserwacji, Magnus rozdzielił zadania. Gąsior z Radzikiem mieli nawet na sekundę nie spuszczać oczu z karczmy. Magnus położył na to największy priorytet. Samemu usiadłszy obok, wypytywał Gąsiora o każdy, nawet najdrobniejszy szczegół dotyczący rozkładu pomieszczeń. Mortimer zajął się przygotowaniem trucizn i mazidła w razie, gdyby ktoś podczas akcji został ranny. Kostek razem ze Stachem ruszyli na zwiad, błyskawicznie rozpływając się w ponurym, wczesnowiosennym krajobrazie dolnego Sodden. Krzywa wraz z Bolkiem zostali przydzieleni do stworzenia prowizorycznego obozu, natomiast Jan udał się na wschód od karczmy, by zastawić sidła.
W teorii plan mieli prosty. Dzielą się na dwie grupy. Jedna wchodzi do środka, druga ubezpiecza z zewnątrz. Spietrani miejscowi grzecznie pokazują im, gdzie siedzi Pan Wojny. Oni łapią go żywcem, aby wziąć na spytki i zrobić to, co Magnus uzna za stosowne. Jeśli jakimś cudem udało mu się zbiec, zabezpiecza go grupa na zewnątrz.
Gdyby i to zawiodło, to właśnie Jan miał się upewnić, że zbieg połamie sobie nóżkę czy dwie podczas próby ucieczki. “Miło wreszcie wrócić do starych dobrych sideł”. Pomyślał z nostalgią i zaczął zbierać zamarznięte gałęzie w lasku nieopodal Karczmy. To właśnie tutaj mieliby największy problem, aby go złapać. “Po ciemku idzie sobie oko wydziobać” Mruknął odgarniając zesztywniałą z mrozu gałąź sprzed twarzy.
Po około dwóch godzinach mocowania się saperką w zmarzlinie, ostrzeniu drewnianych kołków oraz rozwieszania, gdzie tylko się dało linki z dzwoneczkami, z dumą spojrzał na swoje dzieło. Na pierwszy rzut oka, leśna dróżka biegnąca w stronę gęstszego boru niczym się nie wyróżniała. Wprawne oko mogło jednak dostrzec dziesiątki cieniutkich linek, dołków, zaostrzonych jak brzytwa gałęzi oraz hałd śniegu, pozostawionych w taki sposób, aby bez trudu określić w którą stronę pobiegłby zbieg. Cholewa spojrzał na słońce. Nikt po niego jeszcze nie przyszedł, lecz zakładał, że, jeszcze chwila i będzie musiał się zbierać.
Oparł się więc o drzewo i z oddali obserwował zgrabny budynek karczmy “Pod Cwanym Lisem”. Była podmurowana i sprawiała bardzo solidne, przytulne wrażenie. Miała piętro, co w tych stronach było prawdziwym luksusem, a kiedy Cholewa wytężył wzrok spostrzegł, że od tyłu przyrasta do niej pękata dobudówka. “Pewnie stajnia” Pomyślał z uznaniem. “Nie byle kozia wólka Radzik. Kto wie, może kiedy już złapiemy tego chujka, to Magnus pozwoli nam się przekimać chociaż jedną noc pod dachem? Jan się rozmarzył. Ostatnio często mu się zdarzało, łykną jeszcze raz z piersiówki. Po kilku godzinach w kuckach noga zaczęła wyjątkowo pulsować. “Choć raz mogłabyś dać mi spokój” Burknął pod nosem i nagle zapragnął znaleźć się jak najdalej stąd.
“Może w Cidaris, albo novigradzkim zajeździe. Może w wyzimskim pałacu” Pływał myślami po falach wyobraźni. “Albo po prostu w przytulnej chatce, w Kaedwen, choćby takiej w której dorastał Bolko” W zadumie oparł się o drzewo i przymknął oczy. “Zamiast tego odmrażam sobie dupsko w pasie ziemi niczyjej, ścigając ludzi-duchy, elfy i inne wiejskie legendy. I po co?”. Zachmurzony skrzyżował ręce na piersiach i ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że jego plecy idealnie pasują do krzywizny drzewa:
-Wiesz czemu– Odezwał się znajomy, kruczy głos z gałęzi nad jego głową– Zrobisz wszystko, byle tylko mieć dom Cholewa. Nie zostałeś stworzony do samotności.
-A ty nie zostałeś stworzony do gadania, spieprzaj ptaku– Mruknął Jan, zdając sobie sprawę, że jego głowa staje się coraz cięższa…
-Proszę Pana! – Cienki piskliwy głosik wyrwał go ze snu– Proszę Pana, nic panu nie jest? -Cholewa dostrzegł małą pyzatą buzię i cienkie, rozpuszczone blond włosy na oko dziesięciolatki. “Dziewczynka? Co do cholery, czy ja przysnąłem?!” Zerwał się na nogi i zaklął. Dziewczynka przekrzywiła głowę– Nie ładnie tak mówić– Zbeształa go– Mój brat ma już ponad trzydzieści wiosen, a i tak tatko zawsze na niego krzyczy, kiedy tak mówi. – Jan zdębiał. Wokół panował półmrok, czy przespał akcję? Niemożliwe! A jeśli coś poszło nie tak? Zbladł, po czym z trudem wsparł się na pniu drzewa.
-Proszę pana, słabo pan wygląda, może się pan czegoś napije? -Dziewczynka chwyciła go za rękawicę i pociągnęła w kierunku wioski. Cholewa potrząsnął raz jeszcze z niedowierzaniem głową, po czym jak oparzony wyswobodził rękę.
-Nie trzeba, już mi dobrze, Co ty tu do chole…– Ugryzł się w język– Co ty tu robisz? Jak się nazywasz?
-Mirka– Dziewczynka odparła po chwili– Jestem córką Młynarza, Tatko pewnie się o mnie martwi, ale przyszedł do nas Janko i mówił, że Panu Henrykowi i Matyldzie owieczka uciekła, to chciałam pomóc– Cholewa zaklął w duchu, kiedy Dziewczynka zaczęła zalewać go potokiem imion i informacji.
-Hej, skup się Mirka– Jestem Jan…– znowu ugryzł się w język– Wołają na mnie Rzemyk, na pewno brat razem z Ojcem zachodzą w głowę, gdzie jesteś. Posłuchaj, poszukam dla ciebie tej owieczki, ale obiecaj, że wrócisz teraz do domu, dobrze?
-Dobrze– Dziewczynka zmierzyła go nieufnie wzrokiem, zupełnie jakby mu nie uwierzyła, – Nie oszukasz mnie Janko, Mój przyjaciel też ma tak na imię, będę pamiętać– Uśmiechnęła się do niego– Ale jeśli ma być Rzemyk to będzie Rzemyk– Zamyśliła się– Wiesz, jak znajdziesz tę owieczkę to poproś Matyldę o ciasteczka miodowe, dobrze? Bardzo bym chciała jedno– Zrobiła błagalne oczy– Po czym widząc niezdecydowanie Jana dodała: Matylda jest bardzo miła i piękna, na pewno z przyjemnością zrobi Ci te ciasteczka. – Jan był skołowany. Ta mała istota chciała zbyt wiele w zbyt krótkim czasie, a on był spóźniony, kurewsko spóźniony.
-Dobra, dostaniesz te ciasteczko, nawet dwa, ale teraz co leć do domu. Jak już znajdę tego barana, wtedy zajmiemy się słodkościami– Rzucił na odczepnego.
-Hurra!!- Dziewczynka puściła się pędem do domu, natomiast Jan odczekał chwilę i ruszył truchtem do obozu.
-Durne stworzenie. Owieczki? Ciasteczka? Co to kurwa ma być, księstwo Toussaint?– Mówił sam do siebie, modląc się w duchu, żeby jeszcze nie było za późno.
Tym razem, nie było… Pan Wojny co prawda już przyjechał, lecz Magnus podjął decyzję, aby jeszcze trochę poczekać. Chciał upewnić się, że towarzystwo będzie mocno pijane. Jan mimo ostrożnej próby wyłgania się, szybko zebrał od swojego dowódcy opierdol oraz wychowawczy strzał otwartą dłonią w potylicę. Nie było czasu na nic więcej. Przez następne pół godziny dopracowywali plan, odmrażając sobie tyłki między drzewami oraz:
-Malutki no, taki tyci tyci– Marudził Gąsior, prosząc resztę o rozpalenie ognia– Bo się A-a-apsik! Przeziębię– Powiedział żałośnie pociągając nosem i popijając z piersiówki
-Ale będzie przepiękna gruźlica, hihihi, albo zapalenie płuc, prawda Mordek? Tak to się nazywało? – Zapytał Konstanty świdrując wzrokiem przerażonego Gąsiora.
-Dokładnie tak Przyjacielu– Odparł medyk, lecz widząc rozszerzone oczy informatora szybko dodał– Na szczęście Ci to nie grozi Mój Drogi. Jesteś suchy, niebawem ogrzejesz się w środku.
Na te słowa jednak Gąsior pobladł jeszcze bardziej i zaczął bujać się rytmicznie w tył i w przód, szczękając zębami. Magnus tylko zmierzył go ciężkim wzrokiem i wrócił do wykładania planu:
-Mortimer, Radzik i Krzywa. Pilnujecie karczmy od strony kolejno północnej zachodniej i południowej. Reszta idzie ze mną do środka. Spojrzał na Gąsiora– Jeśli będziesz coś kręcił to Kostek ci wsadzi kosę pod żebro zanim zdążysz kwiknąć, zrozumiano? – Gąsior przełknął ślinę, a Konstanty przejechał kciukiem po szyi i zachichotał.
-Jesteś pewien Szefie, że Olga nie sprawdzi się lepiej? – Zapytał Stach– Nie wiem jak z moim barkiem, nie chciałbym go rozpieprzyć na dobre
-Nonsens, powinieneś być już w pełni sprawny– Zaprzeczył Mortimer– Kiedy cię wczoraj badałem, przynajmniej tak to wyglądało.
-Stach ma trochę racji– Krzywa postanowiła wykorzystać furtkę– Przydam się w środku Szefie, obiecuję.
-Nie, postanowione. Wybacz Olga, ale karczma jest wypchana po brzegi, potrzebuję osiłków.
-Chce zaruchać i tyle, dlatego się cofa w cień– Skwitował kwaśno Radzik, takie Ci amory w głowie przed akcją, co Kozioł? Aż taki z ciebie uparciuch?
-Zamknij gębę Zwada– Stach poczerwieniał na twarzy i podwinął rękawy, zamachując się do ciosu
-Patrzcie go, ozdrowiał! – Krzyknął triumfalnie Radzik, chowając się za plecami Bolka! – Mordek mamy cud! Cud miłości!
-Dosyć! – Syknął Magnus– Stach idzie z nami, postanowione! Zamknąć jadaczki i dobrać sprzęt, za kwadrans ruszamy.
Rozeszli się. Jan sprawdził po raz ostatni ekwipunek. Kuszę zostawił w prowizorycznym obozowisku. Sprawdził czy półtorak, puginał i malutki nożyk do rzucania są pod ręką na swoich miejscach, po czym ruszył za dowódcą. Już za moment miało się zacząć…
Zbliżali się do karczmy półokręgiem. Już z daleka słychać było krzyki, śmiechy oraz pijackie odgłosy zabawy i tłuczonych o ławy kufli. Zza przybudówki wystawały sylwetki trzech wozów drabiniastych, którymi wraz z nieliczną obstawą przyjechał Pan Wojny. Kiedy Cholewa zmrużył oczy, dostrzegł również kilku pilnujących ich, zaspanych stajennych.
Od frontu budynek wydawał się lekko przechylać, a na szyldzie wymalowana była ruda lisia głowa, łobuzersko puszczająca oczko do przejezdnych. Kiedy stanęli w szóstkę pod drzwiami, Cholewa skrzywił się i odruchowo złapał parapetu. Nagły ból w nodze był tak silny, że niemal krzyknął na cały głos.
“Co do Cholery” Przygryzł wargę i nagle z przerażeniem zdał sobie sprawę, że nie może złapać oddechu. Blizna na szyi paliła jak diabli. Coś było mocno nie tak…
-Kiedy tylko wejdziemy, szukacie tego cwaniaczka z wąsem co zsiadł z wozu jako pierwszy– Warknął Magnus– Ja i Gąsior idziemy do karczmarza, a wy nie wpuszczacie nikogo ani tym bardziej nie wypuszczacie. Jakby skurwiel siedział na górze, to Kostek i Kozioł idą na szpicę. Jakieś pytania? Cholewa co z tobą? Wszystko gra?
-Tak– Jan zrobił dobrą minę do złej gry i łapczywie zaczerpnął powietrza– Przepierzyłem w murek małym palcem. – Dowódca pokręcił tylko z dezaprobatą głową i powtórzył pytanie. Tym razem odpowiedział mu cisza:
– Zajebiście– Mruknął i pchnął drzwi do środka. Wszechobecny zaduch od razu uderzył ich w nozdrza. Zaduch zmieszany z zapachem piwa, potu, gorzały oraz smacznego pieczystego. Janowi ślina błyskawicznie popłynęła do ust.
Izba była bardzo przestronna. W środku przy kilku rzędach ław siedziało ponad trzydzieści osób. Towarzystwo piło na umór, grało w kości i żarło, jakby nie było jutra. Nawet nie zareagowali na ich wejście. Magnus z Gąsiorem bez wahania ruszyli w stronę szynku, natomiast reszta zaczęła lustrować pomieszczenie. Chłopi, Chłopi, jacyś kupcy, piękne niewiasty. Wtem wzrok Cholewy padł na szeroką ławę ustawioną wzdłuż schodów na pięterko. Pewien wąsaty delikwent z chytrym spojrzenie właśnie zagarniał z niej sakiewki chłopów z szelmowskim błyskiem w oku. “Tu cię mam skurwysynu”. Cholewa zaklął w myślach, po czym szturchnął Stacha.
Wtem nagle, Jan usłyszał trzaśnięcie w stół i ujrzał wściekłe spojrzenie Magnusa, oraz Bolka, który jednym susem doskakuje do Karczmarza i łapie za fraki “Kurwa, coś poszło nie tak”. Kątem oka ujrzał Gąsiora, który szarpie się z jakimś chłopem przy szynku, po czym jego wzrok skrzyżował się z Panem Wojny. Mężczyzna błyskawicznie zbystrzał, po czym strzelił jednego z chłopów, z którymi wcześniej grał sakiewką w pysk. Ten, zalawszy się krwią upadł na ławę, niemal ją wywracając. Pan Wojny nie czekał dłużej. Jednym ruchem zgrabnie rozsupłał sakiewkę i rzucił w tłum garść orenów, po czym rzucił się w kierunku schodów:
-Kolejka dla wszystkich! Na mój koszt! – Rzucił, znikając za balustradą.
W mgnieniu oka w karczmie rozpętało się piekło. Część chłopów rzuciła się karczmarzowi na pomoc, część padła na podłogę zbierać srebrniki, a pozostali skorzystali z okazji i zaczęli lać pięściami kupców.
-KOSTEEEEK, KOZIOOOŁ! – Ryk Magnusa przebił się nawet przez karczemny harmider– ZA NIM ALE JUUUŻ! – Krzyknął i zdzielił z dyńki jednego z wieśniaków. Jan kątem oka dostrzegł błysk stali. Kostek wyciągnął miecz i z manią w oczach poderżną gardło postawnemu mężczyźnie. Ktoś uderzył go w bok, potem w skroń. Konstanty zachwiał się i obrócił w piruecie. Od schodów dzieliła go niemal cała sala.
Jan działał instynktownie. Puścił się pędem między zbierającymi monety chłopami. Zasadził łokcia jakiemuś chuderlakowi, który wyciął do niego łapska. Chwilę później kopnął po żebrach drugiego prostaczka, który akurat stanął mu na drodze.
Kiedy już miał uczepić się palcami balustrady, nagle pociemniało mu przed oczyma, uderzywszy w potężnego, zataczającego się mężczyznę w białym fartuchu. Ogromny młynarz skrzyżował z nim wzrok, po czym łapiąc najbliższe krzesło, zamachnął się w jego stronę.
Cholewa instynktownie wykonał unik i rzucił mu się szczupakiem pomiędzy jego nogami. Poczuł okropny ból na wysokości uda, lecz zagryzł zęby i bez wahania przeturlał się po podłodze. Kulejąc i podtrzymując się oburącz balustrady, zaczął jak najszybciej wspinać się po schodach. Za plecami usłyszał znajome bluzgi, dźwięk łamanej kości i odgłos zwalającego tłustego cielska. Stach był tuż za nim…
Kiedy wpadł na piętro usłyszał szczęk zamka w drzwiach na końcu korytarza, “Nie uciekniesz mi skurwielu” Zaklął w myślach i podbiegł pod drzwi. Po chwili dołączył do niego Kozioł.
-Odsuń się Cholewa– Warknął Stach i wziął rozbieg. Był bardziej masywny i silniejszy od Jana. Poza tym, ćwiczyli to setki razy. Cholewa ugiął nogi do skoku i wyciągnął półtorak zza pasa.
Stach natarł z impetem barkiem na zamek. Ten zaprotestował, po czym puścił, a drzwi wyleciały razem z framugą. Jan rzucił się do środka i usłyszał tylko szczęk zwalnianej cięciwy. Niczym w zwolnionym tempie oglądał, jak bełt trafia Stacha w tors, niczym taran posyłając go na deski. Jan chciał coś krzyknąć, lecz głos uwiązł mu w gardle, a z wnętrza pomieszczenia w rozpiętej koszuli wyleciał na niego z mieczem w garści jakiś młodzik. Cholewa błyskawicznie spiął się do uderzenia i wyprowadził cios jeszcze zanim ten zdążył zaatakować. Dzieciak w panice próbował zbić ostrze, lecz stracił równowagę i potknął się. Cholewa machnął mieczem po raz drugi, tym razem celnie… Nie myśląc zbyt wiele rzucił się z rykiem do przodu, przeskakując nad konającym młodzieńcem.
Nagle, powietrze przeszył krzyk. A raczej pisk, który wydała z siebie rozebrana na jednym z łóżek chłopka. Cholewa zaklął szpetnie pod nosem, widząc mocującego się z kuszą wąsatego mężczyznę. Niewiele myśląc, skoczył w jego stronę.
“Wreszcie ten pieprzony uśmiech zszedł mu z twarzy”. Pomyślał Jan, kiedy tamten w przerażeniu próbował wyjąć bełt z sakwy. “Nie zdążysz Kurwi Synu”. Zaklął w myślach i wykonał sus przez pół pomieszczenia. Zamachnął się Brzytwą, a mężczyzna w desperacji zablokował kolbą kuszy. Miecz zagłębił się w nią z charakterystycznym stuknięciem.
Jan szarpnął, a broń wyleciała za okno. W tym momencie Cholewa dostrzegł, że jest uchylone “Twoje niedoczekanie”. Sapnął i zamachnął się w szale po raz drugi, celując w szyję. Półtorak ze świstem wbił się w belkę nad głową mężczyzny, który tylko cudem uniknął dekapitacji padając na ziemię jak rażony piorunem. Jan szedł za ciosem, ciął ponownie, tym razem od dołu, tym razem celnie. Przeciągnął mieczem przez tors Wąsacza. W pewnej chwili ostrze napotkało jednak opór, polała się krew. “Skurwiel musiał mieć wszywkę” Pomyślał ze złością.
Wtem usłyszał cichy jęk Kozła, mimowolnie zerknął w tamtą stronę, po czym kątem oka dostrzegł pięść spadającą na jego podbródek. Zatoczył się, złapał stołu, miecz stał się nagle bardzo ciężki, po czym, wysunął mu się spomiędzy palców. Przystanął na bolącej nodze i aż nabrał powietrza. Pan Wojny rzucił się na niego i w mgnieniu oka zaczęli tarzać się po podłodze walcząc o życie. Jan zakrył głowę gardą. Przyjął kilka ciosów, po czym odzyskał dech. Pan Wojny był silny. Silny i szybki, lecz Cholewa ani myślał siłować się z nim na ziemi. Namacał dłonią puginał i ze świstem wyciągnął, tnąc na oślep. Trysnęła krew, a na nosie mężczyzny pojawiła się krwawa szrama. Przerażony uderzył Jana łokciem z całej siły. Cholewa zablokował, lecz cios rozbił jego gardę, boleśnie spadając na twarz. Ból eksplodował, a Jan stęknął ciężko Już miał zatopić w nim puginał, kiedy tamten zerwał się jak oparzony i rzucił się w kierunku okna.
Nie widząc na jedno oko, na skraju świadomości, sięgnął do Cholewy buta i wyszarpnął z niej nożyk. Nie miał czasu składać się do rzutu, cisnął na oślep.
Nie wiedział, gdzie trafił, lecz mięsisty odgłos zatapiającego się w ciało ostrza dał mu pewność, że trafił. Nie mogąc złapać tchu, leżał na ziemi mrużąc z bólu oczy. Wrzask tej kobiety był nie do zniesienia. Resztkami woli podniósł się chwiejnie, podpierając łóżka.
Widząc jego zmasakrowaną twarz, kobieta zbladła i z krzykiem wybiegła z pokoju. Pokiereszowany Cholewa, zwalczając mdłości podczołgał się do nieruchomego towarzysza.
PAN WOJNY I
Człowiek o wielu twarzach…
Karczma Pod Cwanym Lisem
Lodowaty podmuch zaparł mu dech w piersiach. Czując przeszywający ból w nodze w desperacji rzucił się przez okno. Świat zawirował mu przed oczyma. Mrok nadchodzącej nocy wymieszał się ze światłem pochodni, krzykami ludzi i smakiem krwi w ustach.
Kiedy uderzył plecami w dach przybudówki, ciężko wypuścił powietrze z płuc i jęknął z bólu. Po omacku wyciągnął ręce, aby czegoś się złapać i uniknąć kolejnego upadku. Niestety, chcąc nie chcąc zaczął turlać się po stromym stropie, nieuchronnie zbliżając się do jego krawędzi.
“To koniec” przeszło mu przez myśl, kiedy runął w ciemność. “Co za gówniany sposób, by zejść z tego świata, że też całe szczęście musiałem ulokować w kartach…”. Ostatnie co ujrzał przed upadkiem, to ostre szpikulce ramy wozu drabiniastego.
Ból był potworny. Odruchowo zgiął się w pół, a z jego gardła wydostał się dramatyczny krzyk. Spazmatycznie zaczął łapać powietrze, kiedy przez barierę świadomości zaczęły przebijać się poszczególne głosy:
-Na Melitele, ależ Pan przypierdolił. Olaboga, ileż krwi!
Stęknął i na oślep uczepił się dłonią ramy wozu. Drugą instynktownie wymacał, co ma pod plecami. “Pieprzone żyto” Wywrócił białkami w głąb czaszki i spróbował się podnieść.
Bezskutecznie. Paraliżujący ból powalił go z powrotem na wypełniony workami z żytem wóz.
-Panie, co pan? Ile juchy, Medyka! Wołać Medyka! Słodka Melitele, to Pan?!
Widząc przerażone spojrzenie podstarzałego stajennego, zagryzł zęby z bólu:
-Co tak stoisz idioto! – Wycharczał resztkami sił– Pomóż mi wstać! – Mówiąc to zaniósł się kaszlem i mętnym wzrokiem omiótł okolicę.
Miał cholerne szczęście. Zwalił się na sam kraniec jednego z wozów, który z racji braku wozowni stał sobie wesoło pod chmurką, tuż obok głównego gmachu. Przerażony stajenny posłuchał i klnąc, oraz krzywiąc się z bólu po krótkiej chwili, udało mu się usiąść na koźle.
-Nie wypinaliśmy ich, zgodnie z poleceniem– Rzekł wciąż roztrzęsiony stajenny w stronę dwóch kasztanek, które z niecierpliwością przebierały kopytami.
-Won! – Kiedy tylko Pan Wojny wymacał rzemienie dłońmi, bezpardonowo sieknął parobka nahajką, po czym strzelił lejcami.
-Wio!! Hajże, Galopem! – Zebrał resztki sił i krzyknął gromko strzelając po raz drugi, po czym pochylił się do przodu, z trudem zachowując równowagę. Był gównianym woźnicą, lecz to nie miało w tym momencie większego znaczenia. Noc była dosyć jasna, lecz mroźna jak diabli, a on był ranny.
Nie wiedział, jak rozległe są jego obrażenia. Mimo piekącego bólu w plecach, nie czuł odrętwienia, a to dobry znak. Krew z rozcięcia na nosie i czole zalewała mu oczy, lecz uparcie zcierał ją rękawem, by choć trochę widzieć drogę przed sobą. W pewnej chwili jego wzrok padł na nogę i chcąc nie chcąc zbladł.
Nóż był prawie po sam czubek zatopiony na wysokości łydki. Krew lała się obficie, a brzegi rany były postrzępione i miały granatowy kolor. Żołądek w mgnieniu oka podszedł mu do gardła, po czym po chwili ogarnęła go fala słabości.
Poluźnił chwyt w lejcach, a jeszcze przed chwilą sprawna noga zaczęła pulsować przyćmionym bólem. “Co do cholery, przecież to tylko malutki nożyk”. Zaklął pod nosem, kiedy poczuł, że zaczyna niebezpiecznie przechylać się w lewo. Nagle zdał sobie sprawę z oczywistej oczywistości. “To trucizna” pomyślał z przestrachem.
Po kilkunastu sekundach kasztanki złapały rytm i ciężki wóz, wytoczywszy się przed karczmę zaczął powoli nabierać prędkości. Kątem oka, Paw Wojny ujrzał, jak ktoś wybiega z karczmy, usłyszał krzyki mordowanych ludzi i mógłby przysiąc, że koło ucha przemknął mu wystrzelony z kuszy bełt.
Instynktownie się schylił i przygryzając język do krwi, na moment z powrotem odzyskał jasność umysłu. “Myśl kretynie, myśl. Którędy do Starego Gniewosza”.
Strzelił lejcami, kiedy wóz wypadł na skąpany w świetle księżyca, zmrożony na kość trakt. Pęd lodowatego powietrza powstrzymywał go przed osunięciem się w majaki. Potężne okute koła łamały gałęzie, a wóz podskakiwał na nierównościach. Pan wojny nie mógł tego zarejestrować, lecz przy każdym takim podskoku, z wozu spadał jeden z worków. Już po chwili, trakt za nim usłany był w kłosach żyta i podartych, jutowych workach.
Konie w szaleńczym pędzie toczyły pianę z pyska, a półprzytomny woźnica w rozchełstanej koszuli co chwila pokrzykiwał rozpaczliwie, aby nie wypaść z drogi. W pewnym momencie, wiedziony bardziej przeczuciem niż świadomą myślą ściągnął lejce w prawo. Konie z głośnym protestem zboczyły z traktu, a wozem zaczęło telepać jeszcze mocniej niż wcześniej. Przy każdym takim podskoku, Pan Wojny jęczał rozpaczliwie, zwijając się z bólu. Trucizna była wyjątkowo paskudna.
Mimo to uczepił się lejców, niczym ostatniej deski ratunku. Wiedział, że jeśli spadnie z wozu, nie dożyje poranka. Modlił się w duszy, aby nie zahaczyć o żadną gałąź i przymknął oczy. Nie miał już sił. Ostatnie co pamiętał to kilka męskich głosów, wszechogarniający chłód, piękne gwieździste błyszczące niebo oraz mgłę, którą zachodziły mu z wolna oczy.
-Na bogów, przecież to Krzesimir Zaręba!
--------------->
Kminek spadał. Raz po raz, w kółko. Spadał normalnie, spadał do góry, później spadał też na boki. Podczas tego spadania przed oczyma wykwitały mu najróżniejsze obrazy. Kaedweńskie łąki, miejskie zaułki. Ból. Nie, żeby był czymś nowym. Towarzyszył mu od zawsze i Kminek zdążył się już do niego nawet przyzwyczaić.
Niby nigdy nie był chroniczny, ale zawsze jakoś tak się musiało złożyć, że coś go bolało. Kiedy był mały bolały go razy od innych dzieciaków, które zbierał za siebie i swojego brata Witolda. Kiedy podrósł, bolały go razy zbierane w karczmach, podczas rozbojów oraz wieczornych awantur w jego rodzimym mieście, Ban Glean. Później bolało go po walkach, w których regularnie i nielegalnie brał udział, byle tylko zarobić trochę grosza.
Jakże wielkie było jego zdziwienie, kiedy w pewnym momencie ból minął. Ból, strach, wszystko minęło. Odkąd dziewięć lat temu pożegnał się z Witoldem na rozstajach, już nic go nie bolało. Zostawił wtedy za plecami zgliszcza swojego rodzinnego miasta, domu i ówczesnego życia. Od tamtej pory wszystko było jakby, przytłumione. Smak karczemnej potrawki, zapach lasu, fajka, którą niegdyś tak lubił popalać. Zupełnie jakby cały czas miał pod ręką antałek z winem, z którego raz po raz brał porządne łyki. Antałek ten nigdy się nie kończył i jego zawartość zawsze wygłuszała cały ten panujący dookoła jazgot.
Nie wygłuszała tylko jednego – ryzyka. Tylko ono trzymało go jeszcze na tym świecie. Było niczym narkotyk. Im więcej go sobie dostarczał tym większej dawki potrzebował dnia następnego, aby jakoś funkcjonować. Nic więc dziwnego, że magiczne kości wygrane podstępem od jego starego przyjaciela Eliana, szły w ruch coraz częściej i częściej.
Nie miało znaczenia, czy wygrywał z Czarnymi, czy z Temerczykami. Srał na tę wojnę. Srał na Nilfgard oraz na te śmieszne królestwa pokroju Brugge, Aedirn, Lyrii czy Rivii. Może trochę mniej srał na Redanię, bądź co bądź było to miasto na miarę XIII wieku. Wielkie, prężnie rozwijające się i przede wszystkim, nigdy nie zasypiające.
Jednak mimo tej nonszalancji, odkąd tylko Nilfgard wyruszył na północ, Kminek musiał być w centrum wydarzeń. Dzień po dniu, kampania po kampanii, bitwa po bitwie. Włóczył się jak pies, jak wyrzutek. Handlował bronią, zbożem, lekami. Wszystkim po trochu, nawet słynną mahakamską stalą. Zdzierał z każdego z kogo tylko się dało. Z każdego nie licząc kapłanek Melitele. Nie, żeby nie próbował. Walczył z tym, starał się nie patrzeć im w oczy, kasować podwójnie lub chociaż wyciągać jakieś przydatne informacje.
Jednak mimo to kończyło się na przysłudze gratis, dodatkowej dostawie lub załatwieniu kilku ludzi do pracy. Za każdym razem Kminek czuł się wtedy taki mały. Mały i zmęczony. Godziny spędzone przy noszeniu wiader, noszy z rannymi, wiązaniu pasów czy kopaniu grobów…
Te wszystkie obrazy przeplatały mu się przed oczyma na przemian z eksplozjami bólu. Te wszystkie głodujące rodziny, którym sprzedawał zboże zdzierając z ich pleców ostatnią koszulę. Ci wszyscy biedni nilfgardzcy poborowi, których dozbrajał w fałszywą stal, a później ogrywał w kości. Ci Temerczycy, których sprzedawał za garść miedziaków. Szajki, które zakładał tylko po to, aby zasiać wokół jeszcze większy chaos. Żeby namieszać, żeby oszukać. Żeby Ci wszyscy pierdoleni ludzie powyrzynali się w wojnach, a cały kontynent spłynął krwią. Spłonął tak jak Ban Glean przed dziewięcioma laty. Pan Wojny, tak go nazywali. Choć tak na dobrą sprawę, nikt nie wiedział jak na prawdę wygląda. Raz był kupcem, innym razem żebrakiem. Niektórzy przedstawiali go z wąsem inni z brodą, a jeszcze inni mówili, że w ogóle nie ma włosów. Kminek bawił się Panem Wojny. Wymyślał mu z dnia na dzień nowy wygląd. Nowe miano, nowe szaty. Mnożył zasługi, podkradał pomysły i wyczyny innych. Siał zamęt, chaos i ferment. Bo przecież dlaczego by nie, prawda? W końcu czy coś się liczyło? Czy było za co walczyć? Za kogo? Nie… A mimo to nosił te nosze, zaciskał pasy na operowanych, kopał groby zmarłym. Nienawidził tego, każdego pierdolonego wbicia szpadla w ziemię. Kojarzyło mu się z domem, a raczej jego zgliszczami, w których pochował rodziców. Lecz czy na pewno? Wszystko było zwęglone, równie dobrze mógł w tamtym grobie złożyć krowę sąsiada…
Z rana okradał chłopów, w południe sprzedawał broń panom, wieczorem wystawiał tych, którzy wcześniej mu zaufali. A nocami? Nocami kopał groby dla nich wszystkich i mimo iż nie chciał tego przyznać, to chyba też po trochu dla siebie.
-Kminek, Kminek– Jak przez mgłę usłyszał chłopięcy płaczliwy głos– Kminek czy ty umarłeś? Proszę nie umieraj, nie możesz umrzeć!
I znowu ból. Krew, na knykciach, na szabli. Na pięknej, zdobionej szabli. Prawie tak pięknej jak szabla Ojca. Przelana czasem słusznie, czasem niesłusznie. Krew będąca konsekwencją jego czynów, jego wyborów. A przecież Gniewosz mówił, przestrzegał. “Oni Ci ufają Krzesimirze, nie zawiedź ich”. I ta dłoń, ciężka dłoń na ramieniu. “Musisz być mężczyzną Krzesimirze, musisz dokonać wyboru. Nie możesz wiecznie odbijać się od ścian” A jednak, lata mijały, a on wciąż się odbijał…
-Kminku proszę– Płaczliwy głosik wwiercał się w głowę niczym świder. Był jak igła, jak szpila. Trafiał w sam środek bólu, w jego epicentrum. Wybuchał mu pod czaszką i odłamkami kości, niczym krasnoludzkimi szrapnelami haratał wszystko co było w środku. – Nie możesz mnie zostawić!!
-Witek– Wyszeptał w malignie.
-Kminek!!!- Głos przebił mu umysł na wylot, aż zwinął się w spazmie bólu. Poczuł, jak na jego spoconej dłoni zaciska się mała rączka. -Obiecałeś…
Obiecał? Może, może rzeczywiście coś obiecał. Czy był wtedy trzeźwy? Tak, chyba, chyba jednak nie. Ale, czy to ważne? Przecież dzieciak nie miał nikogo. Przecież wszystkich mu zamordowali. Przecież jego też by zamordowali, gdyby nie wyciągnął go z płonącej chaty. Z tej samej chaty, w której spędził tak wiele przyjemnych dni. Z jego rodzicami, z którymi tyle razy wspólnie biesiadował, Siostrą, z którą odbył tyle długich spacerów.
Wszystko na kredyt, wszystko co robił Kminek było na kredyt. Podczas gdy w tym samym czasie Pan Wojny żył, jakby nie było jutra. Jakże naiwny był, wierząc, że to może trwać wiecznie. Czy jego rodziców zamordowali bronią, którą sprzedał? Mogło tak być, czy zaatakowali wioskę, bo gdzieś wcześniej kiedyś komuś dał cynk? Tak również mogło być.
Choć przecież miał z Czarnymi umowę. Tej wioski nie ruszamy, tej wiosce pozwalamy żyć w tej wojennej zawierusze. Przez krótką chwilę nawet uwierzył, że ma na to wpływ, że ma sprawczość i może naginać wojnę do swojej woli. Niestety, nie mógł, a wojna boleśnie mu o tym przypomniała.
Wizje z wolna zaczynały się oddalać. Miał wrażenie, jakby upłynęło wiele dni. “Czy to już koniec? Czy wreszcie będę wolny? Czy wreszcie odpocznę razem z moimi bliskimi? Kminek nie dostał odpowiedzi. Zamiast tego, ponownie osunął się w mrok.