Trzeci fragment kolejnej części przygód Nicka Freemana.
Bohater wraca z przejętym artefaktem na stację New Vegas.
Trzeci fragment kolejnej części przygód Nicka Freemana.
Bohater wraca z przejętym artefaktem na stację New Vegas.
Układ: Vegas
Stacja Yulia 42-6006-YMC – Główny apartament barona Olivera Ethana MarCall
Czas: +18:55:00 czasu Uniwersalnego
Gdy baron, wcześniej ogłuszony do nieprzytomności, w końcu oprzytomniał, jego oprawca znajdował się już poza pierścieniem ochronnym stacji.
Alarm i pełna aktywacja systemów bojowych Yulii nastąpiły zbyt późno. Rozkaz natychmiastowego powrotu wszystkich dronów rozszedł się po sieci, ale niczego nie mógł już zmienić.
MarCall zarejestrował, że podczas jego nieobecności system obronny zniszczył kilka promów zmierzających do stacji. W krótkim czasie wydarzyło się tu zdecydowanie za wiele – zbyt wiele rzeczy wymknęło się spod kontroli.
Wydał polecenie przeprowadzenia pełnego audytu systemów oraz natychmiastowej wyceny strat. Sam, podtrzymywany przez robota-asystenta, ruszył w stronę ambulatorium.
– Ktokolwiek tu był, zapłaci za wszystko. Nikt nie przylatuje tutaj ot tak – i nie odlatuje bez konsekwencji.
Gdy położył się na łóżku w lecznicy, jego dłoń odruchowo powędrowała do szyi.
Zatrzymała się na pustce.
– Ukradł go! – wrzasnął.
– Nie tylko – robot-asystent dolał oliwy do ognia. – Posłaniec przesłał jakąś wiadomość na Ziemię.
– Co? – krzyknął MarCall.
– Proszę się uspokoić – zareagował stojący obok bot medyczny.
– Wezwij wszystkich! – rzucił baron, tracąc przytomność. – Wszystkich! I przygotuj mój kombinezon!
Po tych słowach zemdlał.
Układ: Vegas
Dron Gwiezdny BH1 HX YMC-66-8G8G1 – Około 500 km od stacji Yulia
Czas: +20:30:00 czasu Uniwersalnego
Dron przemknął obok zewnętrznych systemów stacji niczym pocisk, ani na moment nie zatrzymując się w świetle radarów. Najgorsze były te pierwsze, nerwowe chwile – gdy statek przebijał się przez zewnętrzną sferę punktów obronnych Yulii. Teraz panował względny spokój.
Kadłub maszyny zaprojektowano z myślą o prędkości. Brakowało stabilizacji i jakiegokolwiek modułu komfortu. Nick co chwilę podskakiwał w fotelu, walcząc z własnym żołądkiem – zwłaszcza po wypitym alkoholu.
Freeman nigdy nie potrafił delektować się spokojnym lotem. A już na pewno nie teraz. To była jednak wyższa konieczność i musiał to przetrwać.
Coraz mocniej odczuwał dziwne pieczenie w tylnej kieszeni kombinezonu. Jakby schowana tam cygarniczka robiła się coraz gorętsza. A przecież się nie paliła.
Gdy zamierzał przejrzeć logi stacji Yulia, szukając jakichkolwiek danych o skradzionym przedmiocie, przed jego oczami pojawił się komunikat o przychodzącej transmisji.
Na wyświetlaczu pojawił się napis:
Nina „BloodHair” Harris – połączenie ogólne.
Zaakceptował.
– W czym mogę pomóc – rzucił na powitanie.
– Panie Freeman… czy baron odpowiedział na przesłaną wiadomość? – Jej głos był zaskakująco seksowny, zupełnie niepasujący do chłopięcego wyglądu. – Czy przybędzie na spotkanie?
– Nie jestem w stanie odpowiedzieć.
– Jak to? Miał pan dostarczyć wiadomość. Jaka jest odpowiedź?
– A czy oddział desantowy dotarł na stację? – zapytał spokojnie.
– Po drugiej stronie zapadła cisza.
Następnie połączenie zostało zerwane.
– To się nazywa angielskie pożegnanie – mruknął Nick.
Nagle dron przeszedł w gwałtowne hamowanie. Nick zacisnął zęby, żeby utrzymać żołądek w ryzach.
– Co jest?! – wrzasnął.
W jego myślach rozbrzmiał syntetyczny głos systemu pokładowego.
– Zostaliśmy zaatakowani.
– Gdzie?! – Freeman gorączkowo rozejrzał się po polu widzenia. Niczego nie dostrzegł.
– Przeciwnicy na szóstej godzinie. Zbliżają się. Przechwycenie za około dziesięć minut.
– Dziesięć?! A może to tylko przypadkowi piloci? Skąd wiesz?
– Aktywne systemy namierzania i uzbrojenia. Kurs kolizyjny. Cel: nasz statek.
– Ile mamy do New Vegas?
– Za daleko. Możemy zawrócić.
– Nie – krzyknął Nick. Po chwili opanował głos. – To znaczy… nie trzeba.
Zapadła krótka pauza.
– Proszę przygotować się do manewrów i walki.
– No pięknie – zaklął Freeman. – Tego mi właśnie brakowało.
Układ: Vegas
Dron Gwiezdny BH1 HX YMC-66-8G8G1 – Około 5000 km od stacji New Vegas
Czas: +20:40:00 czasu Uniwersalnego
– Przygotowanie do walki manewrowej – zakomunikował statek.
Nick od początku przebywał w kapsule – teraz stało się to aż nadto oczywiste. Jej wnętrze zaczęło wypełniać się specjalnym żelem. Substancja wtłaczana pod ciśnieniem unosiła jego ciało, aż znalazł się w czymś na kształt kąpieli – jak w wannie pełnej gęstej, lepkiej cieczy. Nawigometr domknął się wokół jego twarzy, szczelnie izolując drogi oddechowe i nie pozwalając mu utonąć.
Drugim, znacznie mniej komfortowym doświadczeniem było bezpośrednie połączenie komputera drona z jego systemem. Interfejs wszedł głęboko – zbyt głęboko. Przez krótką chwilę Nick miał wrażenie, że granica między nim a maszyną przestała istnieć, jakby stali się jednym organizmem.
Lot wciąż odbywał się w pełni automatycznie.
Myśliwiec sunął pozornie obojętnie przed siebie, powoli zmieniając wektor i wyrównując trajektorię. Sprawiał wrażenie zupełnie nieświadomego tego, co miało nadejść.
Piraci z gangu AstroHydry Beta, w skrócie AsDry, byli bandą wyrzutków, którzy nie grzeszyli ani inteligencją, ani sprytem, ani jakimikolwiek unikatowymi umiejętnościami. Jedna z wielu bezimiennych grup na rubieżach znanego wszechświata – takich, z którymi się walczy, niszczy albo ginie w potyczce. Nikt nigdy nie traktował ich poważnie.
Nie mieli ambicji.
Nie mieli środków.
Nie mieli planu na przyszłość.
Zagrożenie, jakie mogli stanowić – czy to dla większego okrętu, czy stacji kosmicznej – było co najwyżej umiarkowane. Groźni tylko wtedy, gdy trafiali na kogoś słabszego albo gdy dopisywało im szczęście.
Zajmowali się wszystkim, co było akurat dostępne: drobnymi zleceniami ochronnymi, atakami na słabo bronione cele, opóźnianiem transportów. Czasem, dla rozrywki lub paru kredytów więcej, brali udział w zawodach organizowanych przez Vegas.
Z informacji, które Nick zdążył przeanalizować, wynikało jasno, że aby nie przeszkadzali podczas wizyty VIP-a na New Vegas, otrzymali już stosowną zapłatę. Lista przelewów i propozycji była kompletna.
To oznaczało jedno:
Nie powinni tu teraz być.
W polu widzenia Freemana pojawiły się w końcu strzałki wskazujące maruderów. Ponieważ do tej pory nie widział żadnych danych telemetrycznych, z opóźnieniem dotarło do niego, że za chwilę będzie świadkiem starcia kosmicznego – w pierwszym rzędzie. I co gorsza, bez jakiegokolwiek wpływu na jego przebieg.
Zaczął żałować, że nie wypił więcej alkoholu.
Na mozaice gwiazd i czerni kosmosu zaznaczyły się co najmniej cztery czerwone punkty. Były niemal niewidoczne – gdyby nie kolor, zlałyby się z tłem.
Nick zmrużył oczy, ale nadal nie potrafił określić, z czym przyjdzie mu się mierzyć.
– Ciekawe, czy to statki barona… – pomyślał.
– To cztery myśliwce – rozległ się natychmiast głos w jego głowie. – Typ Omega Zetar. Nie odpowiadają na wezwania. Nie przerwały namierzania. Sygnatura: piraci AsDry.
Westchnął.
– Czyli jesteś tą inteligencją, tak? – zapytał na głos.
– Tak można to nazwać. 8G8G1. Do usług.
– No nie mów, że słyszysz, co myślę – mruknął Nick, wyraźnie zniesmaczony.
– W obecnej konfiguracji – tak – odpowiedział statek bez cienia emocji. – Jesteśmy połączeni. Współdzielimy interfejs. Funkcjonalnie tworzymy jeden system.
– No super… – Nick poczuł się nieswojo. – Jeśli masz dostęp do mojej pamięci, będę musiał cię zezłomować.
– Dostęp do pamięci długoterminowej i danych osobistych nie jest aktywny – odparła AI. – Mogę jednak odczytywać bieżące reakcje fizjologiczne i emocjonalne operatora.
Zrobiła krótką pauzę.
– Zalecałbym skierowanie uwagi na nadlatujące jednostki.
– Co możesz mi o nich powiedzieć?
– Znajdują się w szyku bojowym. Nie odpowiadają na wezwania ani na informację, że lecimy z posłaniem dyplomatycznym.
– To już wiem… – tym razem Nick tylko pomyślał pytanie, wpatrując się w czerwone punkty. – Moment, z jakim posłaniem?
– Posłańcem dyplomatycznym. Taki komunikat często wystarcza, by zniechęcić piratów – odpowiedział statek. – Jednak ich zachowanie wskazuje na przygotowanie do zaplanowanego ataku. Proszę o podjęcie decyzji.
– Jakie mamy z nimi szanse?
– Jeden do czterech – padła odpowiedź. – Szanse istnieją, ale nie są wysokie.
– Ile mamy czasu do wejścia w ich zasięg?
– Około trzech. Maksymalnie cztery minuty.
Nick zawiesił się na chwilę.
To musiała być sprawka barona. Chciał go zestrzelić. Z drugiej strony – skoro to, co Nick miał przy sobie, było tak ważne, jak zamierzał odzyskać łup?
Nie było czasu na dywagacje.
Rozejrzał się po wnętrzu kapsuły, szukając czegokolwiek, co mogłoby mu pomóc.
– A wysłałeś im może komunikat, że przewozimy rzadkie substancje medyczne?
– Nie. Taki komunikat byłby podejrzany.
– Oho… – pomyślał Nick. – Czyli jesteśmy celem… a z drugiej strony ten dron sam wychodzi z inicjatywą.
– Dziękuję – odpowiedział głos.
Powstrzymał się od dalszych myśli. Zapomniał, że jest podsłuchiwany.
– Przedstaw mi wszystkie znane tobie statki i miejsca oraz ich odległości.
Przed jego oczami eksplodowało mrowie punktów. Dane były całkowicie nieczytelne – chaos świateł na tle czerni. Nick skrzywił się.
W promieniu tysiąca kilometrów od nas.
Liczba punktów drastycznie zmalała. Zostało ich zaledwie kilka – po szybkiej analizie okazały się kosmicznymi śmieciami.
– Dobra… do trzech razy sztuka. Wyświetl wszystkie znane tobie aktywne jednostki i miejsca w promieniu od tysiąca do trzech tysięcy kilometrów.
Tym razem pojawiło się kilkanaście obiektów. Głównie transportowce. I – oczywiście – stacje kosmiczne.
Byli około pięciu tysięcy kilometrów od celu – ale tylko dwa tysiące od starej instalacji Vegas.
Przy obecnej prędkości stacja arystokraty wciąż była najbliżej. Gwałtowny zwrot w jej stronę oznaczałby jednak natychmiastowe wejście pod lufy maruderów.
– Zmień kurs na starą stację Vegas – pomyślał Nick. – I przyspiesz, jak tylko możesz. Spróbujemy im uciec.
– Przy tej różnicy prędkości dogonią nas za około pięć minut. Potrzebujemy więcej – odpowiedział głos.
– Leć.
BH1 wykonał ostry manewr. Dopalacze ryknęły, a dron rzucił się w stronę starej instalacji.
– Wyślij komunikat do New Vegas. Posłaniec w potrzebie. Prośba o pomoc w pozbyciu się piratów.
– Sugerowałbym inną formę wiadomości – zaproponował statek.
– Wyślij! – krzyknął Nick.
– Wysłane – odpowiedział beznamiętny głos.
Czas płynął, a pościg – powoli, lecz nieubłaganie – skracał dystans.
– Czy na pokładzie masz jakieś miny, bomby albo wabiki? – zapytał Nick.
– Nie.
– Szkoda – mruknął Freeman. – Zostawilibyśmy im coś na drogę.
W tej samej chwili seria eksplozji rozerwała jeden z goniących ich myśliwców. Pozostałe Omegi rozproszyły się, ale nie przerwały pościgu.
Układ: Vegas
Dron Gwiezdny BH1 HX YMC-66-8G8G1 – Około 4000 km od stacji New Vegas
Czas: +20:45:00 czasu Uniwersalnego
– Co to było?! – rzucił Nick.
– Najpewniej wpadli na nasze miny.
– Przecież mówiłeś, że ich nie ma?!
– Nie ma. Zostawiłem je wcześniej, gdy zmieniliśmy kurs.
– Nie mogłeś mi o tym powiedzieć?!
– Nie pytałeś.
– Nasza współpraca zaczyna być trudna – warknął zirytowany Nick.
Brak odpowiedzi.
– Dobra. Ilu ich zostało?
– Trzy myśliwce. Zbliżają się. Kontakt za dwie minuty.
– Jakie masz propozycje na ich pozbycie się?
Wystrzelenie wszystkich torped zmieni ich szyk. W tym czasie spróbuję kontynuować ucieczkę.
– To dało Nickowi pomysł.
– Ile ich masz?
– Cztery.
– Kiedy możesz odpalić pociski?
– Już mogę.
– Trzy. Odpal trzy – po jednej na każdego pirata.
Jedno szarpnięcie. Smugi gazu po torpedach rozciągnęły się za rufą drona jak jasne blizny w próżni.
– Jedna została?
– Jedna.
– Dobra, zostaw ją. Powiedz mi – w manewrach jesteś dobry?
– To zależy od pasażera.
– Co masz na myśli?
– Mogę wykonać manewry śmiertelne dla istoty organicznej. Śmierć pilota ograniczy moją świadomość i zasób wiedzy. Istnieją ograniczenia.
– Dlatego nienawidzę latać. Rób, co możesz. A gdy dojdziesz do mojej granicy – powiem ci. Wybierz najbliższy myśliwiec, namierz go, potem wykonaj nawrót i leć prosto na niego.
– Do starej instalacji Vegas mamy niecałe dwie minuty lotu. Tam można się ukryć.
– Wykonaj!
Statek szarpnął ponownie. Wpadł w ciasny korkociąg, po czym odwrócił się i ruszył prosto na najbliższego Zetara. Przeciążenie wcisnęło Nicka w kapsułę, miażdżąc go mimo absorpcyjnego żelu.
– Ożeż ty… – wykrztusił, ledwo łapiąc oddech.
W trybie awaryjnym uruchomił system obsługi symbionta. Ten natychmiast zakomunikował swoją niechęć do współpracy.
(1).png)
W tej samej chwili odległość między dronem a pierwszym maruderem spadła do wartości liczonych w ułamkach sekundy. Jeszcze moment – i przeciwnik znalazł się w zasięgu BH1 Freemana.
Wtedy torpedy, wolniejsze, lecz odpalone wcześniej, dotarły do celu. Eksplozje wprowadziły taki chaos, że jeden z piratów zawahał się o ułamek sekundy za długo i przyjął plazmową głowicę prosto w środek kadłuba.
Zostały dwa.
Jeden był już pod ciężkim ostrzałem BH1. Drugi wykonywał desperackie uniki przed ścigającą go torpedą.
Po serii trafień uszkodzony został silnik Omegi. Chwilę później kolejna salwa z dział BH1 dokończyła dzieła.
Pirat eksplodował niczym kolorowy fajerwerk na rozpoczęcie nowego roku.
Na tym skończył się efekt zaskoczenia.
Ostatni przeciwnik, mimo ciągnącego się za nim ogona z plazmową głowicą, wystrzelił cztery rakiety w kierunku Freemana. BH1 natychmiast wyrzucił wabiki i rozpoczął ostry taniec – gwałtowne zwroty miażdżyły pasażera w kapsule.
Nick w końcu wymusił pełne wspomaganie symbionta.
Dron unikał rakiet, a gdy nadarzała się okazja, zestrzeliwał je, jednocześnie próbując wejść na ogon ostatniego pirata. Nick zauważył, że mimo szarpania i urywania oddechu było w tym coś… niepokojąco przyjemnego. Coś uzależniającego.
Prawie jak taniec z samymi blasterami.
Dwie rakiety udało się zgubić. Trzecia eksplodowała przed czasem. Czwarta rozerwała fragment poszycia BH1.
Poczuł ból – ostry, promieniujący z okolic potylicy. Uznał, że jeśli statek jest w podobnym stanie, da się z tym żyć.
– Żyjesz? – pomyślał.
– Jeszcze działam – odpowiedział głos.
Przez kolejną długą minutę trwał taniec śmierci – wyścig, kto pierwszy namierzy przeciwnika.
Gdy w końcu BH1 usiadł na ogonie Omegi, pirat zrobił coś zupełnie nieoczekiwanego.
Zatrzymał się.
BH1, pędząc z pełną prędkością, uderzył w bok wrogiego myśliwca. Jedno ze skrzydeł drona zostało odcięte, a silnik pirata poważnie uszkodzony.
Nickowi zakręciło się w głowie, a statek zaczął koziołkować.
– Gdzie jest przeciwnik?! – krzyknął, rozglądając się pośród lekko rozmazanego, wirującego obrazu kosmosu.
Odpowiedziała mu cisza.
To było chyba najgorsze, czego mógł się spodziewać. Głos statku nie odezwał się ani słowem.
Obraz przed oczami zaczerwienił się, a na wizjerze pojawił się komunikat:
AWARIA JEDNOSTKI CENTRALNEJ PRZEJŚCIE NA LOT MANUALNY
Spróbował pomyśleć manewr stabilizacji. Przez chwilę nic się nie działo – potem statek powoli przestał się obracać i wyprostował lot.
Spróbował skręcić w lewo. Działało.
W prawo.
Uderzył go nagły, ostry ból z prawej strony ciała. Maszyna, jakby od niechcenia, zaczęła skręcać z opóźnieniem.
– Dobra… mamy problem w prawo – mruknął.
Teraz musiał gwałtownie odgrzebać z pamięci podstawy pilotażu z symulatora. Spróbował zlokalizować pirata.
Smugi plazmy, które minęły go o centymetry, dały natychmiastową odpowiedź.
Sterując myślami, skręcił ostro w lewo, wykonując zbyt szeroki łuk i próbując wejść na ogon przeciwnika. Statek AsDry zostawiał za sobą cienką smugę płynu wyciekającego z rozbitego silnika.
Zamarznięte drobinki uderzały w kokpit BH1, gdy Nick wszedł w jego ślad.
Namierzył cel.
– Strzelaj.
Nic się nie stało.
– Wal w niego! – krzyknął.
Brak reakcji.
– Odpal działa!
Nadal bez odzewu.
Zawiesił się na ułamek sekundy.
Przecież… najpierw trzeba wskazać cel.
Gdy tylko to zrozumiał, cała seria pocisków wystrzeliła w kierunku Omegi. Smugi ognia ruszyły pełną prędkością. Pirat wykonywał gwałtowne uniki, ale system naprowadzania wciąż działał.
Jeden po drugim pociski przebijały się przez tarcze, rozrywały kadłub i wnikały głęboko w rdzeń myśliwca.
Eksplozja była krótka, jasna i widowiskowa – jak błysk nowej gwiazdy.
– Mamy to! – krzyknął Nick, czując, jak napięcie wreszcie puszcza.
Chwilę później odwrócił statek w kierunku, z którego – jak mu się wydawało – przyleciał. Bez wskaźników, bez opisów, bez głosu maszyny. Leciał na wyczucie.
Co chwilę podskakiwał w fotelu. Myśliwiec był wyraźnie uszkodzony. Przed nim powinna znajdować się stacja New Vegas – o ile doleci.
Czy dostali jego wiadomość?
Czy ktoś po niego wyleci?
Czy w ogóle mu pomogą?
W tej samej chwili Nickowi o mało serce nie stanęło.
– Jak ja mam teraz tym wylądować…?
Układ: Vegas
Korweta ratownicza SCo 54 NV-42-0A8DZ – Około 3400 km od stacji New Vegas
Czas: +20:45:00 czasu Uniwersalnego
Andrew „Scrap” Tuckan był doświadczonym pilotem korwety, która dawno temu służyła głównie do akcji ratunkowych. Dziś jej przeznaczenie było znacznie bardziej… pragmatyczne. Zajmowała się odzyskiwaniem minerałów i komponentów z obiektów dryfujących w próżni – statków, które miały pecha znaleźć się w złym miejscu i o złej porze.
Tuckan skanował przestrzeń pomiędzy New Vegas a stacją Yulia. Odkąd baron zaczął mieć problemy z nieproszonymi gośćmi, okolica stała się prawdziwą kopalnią okazji. A tam, gdzie ktoś ginął, zawsze zostawało coś, co dało się sprzedać.
Jego korweta była solidnie zmodyfikowana. Wyposażono ją w dwa potężne manipulatory – zdolne ciąć, łamać i rozrywać kadłuby z chirurgiczną precyzją lub brutalną siłą, zależnie od potrzeb. Posiadała też trzy pojemne zbiorniki ładunkowe, które cierpliwie przechowywały wszystko, co mogło przynieść zysk po powrocie do skupu.
Z daleka przypominała krótką, metaliczną dżdżownicę – główny kadłub ciągnący za sobą kolejne moduły i przyczepy, połączone jeden za drugim. Brzydka, toporna… ale piekielnie skuteczna.
Gdy tylko Tuckan dostrzegł w oddali walkę pięciu statków, aż krzyknął z radości.
– Ooo, pięknie… – mruknął pod nosem.
Wiedział jedno: nim tam dotrze, wszystko będzie już skończone.
A wtedy zacznie się prawdziwa robota.
Ustawił kurs i ruszył naprzód z pełną mocą silników, nie spuszczając wzroku z migoczących błysków w oddali.
Układ: Vegas
Okręt pasażerski Amanda1 NV-11-01011 – Główny apartament baronowej
Czas: +21:00:00 czasu Uniwersalnego
Nina „BloodHair” Harris była kobietą – choć jej wygląd zdawał się temu przeczyć. Męska, choć szczupła postura, surowy strój oficera służącego pod komendą baronowej, ognista fryzura i gęsta konstelacja piegów w pełni uzasadniały jej przydomek. Jedynie nienaturalnie błękitne oczy – zawsze uśmiechnięte, a jednocześnie przenikliwe – burzyły obraz twardej, bezlitosnej sierżant.
W rzeczywistości Nina była skrybą.
Jej historia była burzliwa. Zaczynała na Ziemi, jeszcze przed wojną. Potem los rzucał ją z miejsca na miejsce – od zlecenia do zlecenia, od układu do układu. Dopiero niedawno trafiła na dwór baronowej. Chciała się wykazać – i nawet nie próbowała tego ukrywać. Pragnęła zacząć od nowa. Zostawić po sobie coś trwałego. Coś, co będzie miało znaczenie.
Było w tym trochę ambicji, trochę desperacji… i coś jeszcze, związanego z szalejącymi hormonami, do czego nie zamierzała przyznawać się nawet przed sobą.
Praca była wszystkim, co miała.
Teraz, stojąc pod drzwiami apartamentu i czekając na możliwość rozmowy z Aurélią, czuła, jak żołądek skręca się z nerwów. To było jej być albo nie być. A wszystko, co tylko mogło, od początku układało się przeciwko niej.
W końcu drzwi się otworzyły.
Harris weszła do środka bez słowa.
Kajuta była zwyczajna jak na okręt baronowej – surowa, spartańska, pozbawiona podsłuchów. Idealna do ustalania spraw, które nie powinny wypłynąć poza te ściany. Na środku pomieszczenia stał holograficzny wyświetlacz, prezentujący mapę otoczenia statku.
Po drugiej stronie projekcji stała baronowa.
Na widok swojej podopiecznej zareagowała tak, jakby zobaczyła karalucha rozgniecionego butem.
– Baronowo – Nina skłoniła się nisko.
– Powiedz, że masz dla mnie dobre wiadomości – głos Aurélii przeciął powietrze niczym zimne ostrze.
– Nasza dywizja desantowa została rozbita.
Mina baronowej ani drgnęła. Już o tym wiedziała.
– Ale jest coś jeszcze – kontynuowała Nina, zmieniając obraz na hologramie.
– Oby to było warte mojego czasu – burknęła arystokratka.
– Baronowo… może i oddział został zniszczony – głos Harris lekko zadrżał – ale posłaniec odczytał wiadomość.
– To znaczy?
– To znaczy… – Nina dobierała słowa ostrożnie – że w jakiś sposób spotkał się z MarCallem.
– Czyli i to się ci nie udało – zaśmiała się baronowa. – Jesteś tylko rozczarowaniem, Harris.
– Baronowo – przerwała jej ruda kobieta – posłaniec wraca na New Vegas.
– No i co z tego?
– Może mieć to przy sobie.
Najstarsza osoba w pomieszczeniu spojrzała na Ninę badawczo.
– Skąd taka pewność?
– Posłaniec zachowywał się inaczej niż wszyscy wysyłani dotąd.
– Nie brzmi to przekonująco – odparła chłodno Aurélia. – I co zamierzasz z tym zrobić?
Skamieniała. Baronowa czekała na odpowiedź, śledząc każdy jej ruch i oddech.
– To znaczy… nie mam pewności, że on to ma – przyznała w końcu – ale istnieje taka możliwość.
Aurélia wybuchnęła śmiechem.
– Masz czelność mówić mi to prosto w twarz? – rzuciła, nadal się śmiejąc. – Tak niekompetentnej asystentki dawno nie miałam. Jesteś wręcz rozbrajająca.
Nina chciała zapaść się pod ziemię. Stała nieruchomo, czekając, aż baronowa skończy swój szyderczy śmiech.
– Dobrze – powiedziała w końcu Aurélia, nagle milknąc. – Zrobimy tak.
Jej lodowate spojrzenie spoczęło na mapie układu i zaznaczonym punkcie – dronie, w którym przebywał Freeman.
– Polecisz na stację. Sprawdzisz, co ten delikwent wie. Jeśli dogadał się z baronem – ma zdechnąć w męczarniach. Jeśli nie… – zawahała się na ułamek sekundy – torturuj go, aż zdradzi wszystko. A potem… i tak niech pożegna się z tym światem. Nie potrzebujemy świadków. Czy to jasne?
– Ale…
– Nie ma „ale” – ucięła baronowa. – Masz to dokończyć. Jeśli okaże się, że ta cała szopka ze spotkaniem nie wypaliła, osobiście wypchnę cię przez śluzę. Nie wspominając o kosztach, które ponoszę.
Zrobiła krok w stronę wyjścia.
– Masz to odkręcić. Tyle planowania – i wszystko przez twoją niesubordynację. Mówiłam: spotkam się z nim, będzie okazja. Nie? To wyślemy oddział. Wyślemy agenta. A teraz nie pokazuj mi się tu bez samego barona. Odmaszerować.
Po tych słowach odwróciła się i wyszła przez drugie drzwi kajuty.
Została sama.
Znowu zupełnie sama – i zdana wyłącznie na siebie.
Układ: Vegas
Dron Gwiezdny BH1 HX YMC-66-8G8G1 – Około 2000 km od stacji New Vegas
Czas: +22:00:00 czasu Uniwersalnego
Dron, w którym przebywał Nick, dryfował.
Uszkodzenia maszyny początkowo nie wydawały się krytyczne, jednak z biegiem czasu kolejne systemy po prostu się wyłączały albo odmawiały współpracy. Jeden po drugim. Bez ostrzeżenia.
Nick tkwił w wypełnionej absorpcyjnym żelem kapsule, pośrodku kosmicznej pustki, lecąc na oślep niczym rozpędzony pocisk – a raczej jak kometa, sądząc po śladzie gazu i zamarzniętego płynu ciągnącego się za BH1.
Komunikacja zewnętrzna nie działała.
System podtrzymywania życia ledwo zipał.
Jeśli nic się nie wydarzy, zamarznie albo się udusi.
Temperatura w kapsule spadła już do niecałych pięciu stopni. Jedynym powodem, dla którego jeszcze żył, był żel, którego nie wypompował po walce – nie wiedział, że powinien. Teraz gęsta, półprzezroczysta substancja powoli oddawała ciepło jego ciału… i równie powoli je odbierała.
Nie pierwszy raz stał przed myślą nagrania pożegnalnego komunikatu.
Zawsze w takich chwilach wracał do Megan Ochary. Do pytań, na które nigdy nie znalazł odpowiedzi. Czy gdyby wszystko potoczyło się inaczej, byliby razem? Czy byliby szczęśliwi? Czy w ogóle miał wybór – czy tylko wmawiał sobie, że go miał?
Myśli krążyły coraz wolniej, stawały się ospałe.
Tak jak statek.
Z tego półsnu, spokojnego pogodzenia się z końcem, wyrwał go nagły wstrząs.
Dron szarpnęło.
Nie jak przy awarii.
Nie jak przy wybuchu.
Został złapany.
Układ: Vegas
Korweta ratownicza SCo 54 NV-42-0A8DZ – Około 2000 km od stacji New Vegas
Czas: +22:00:05 czasu Uniwersalnego
Andrew zamarł.
Analizator w ramieniu korwety wykazał jednoznacznie: w przechwyconym dronie ktoś żył.
Sam BH1 był niewiele wart – tani, masowo produkowany złom. Ale jego podzespoły… procesory, banki pamięci, sensory – to już były prawdziwe pieniądze.
– Potwierdź – rzucił ostro do systemu.
Raport pojawił się natychmiast.
Jednostka biologiczna. Człowiek. Żywy.
Stan krytyczny. Kapsuła wypełniona żelem absorpcyjnym.
Zacisnął szczękę.
To nie było to, po co tu przyleciał.
„Żywiec” – tak się ich nazywało. A z żywcem był problem.
Trzeba go było odstawić na najbliższą stację.
Złożyć raport.
Oddać cały ładunek na potrzeby śledztwa kosmicznej policji.
Bez dyskusji. Bez zysku.
Nie po to latał między Yulią a New Vegas, licząc na martwe wraki i łatwe pieniądze.
Już miał uruchomić drugie ramię – to z wbudowanym świdrem – i rozerwać kapsułę razem z zawartością, gdy system wyświetlił kolejny komunikat.
Wstępna identyfikacja:
Status: posłaniec dyplomatyczny
Kierunek lotu: New Vegas
Andrew uniósł brwi.
Dyplomaci mają kasę.
Zawahał się.
Metal czy żywy problem?
Złom był prosty. Czysty. Bez konsekwencji.
Ale dyplomata… mógł się opłacić.
Zamiast świdra przełączył ramię na wtyk komunikacyjny i ostrożnie wsunął go w gniazdo drona.
– Zobaczmy, co to za gaduła – mruknął.
Układ: Vegas
Resztki drona gwiezdnego BH1 HX YMC-66-8G8G1 – Około 2000 km od stacji New Vegas
Czas: +22:00:10 czasu Uniwersalnego
– Tu Andrew „Scrap” Tuckan, SCo 54 NV-42-0A8DZ. Słyszysz mnie? – głos przebił się przez ciemność kapsuły.
Chwila ciszy.
– Tu Andrew „Scrap” Tuckan, SCo 54 NV-42-0A8DZ. Odezwij się, jeśli jeszcze żyjesz.
Nick przełknął ślinę. Gardło miał suche jak popiół.
– Żyję – wydusił w końcu.
– No proszę! – w odpowiedzi zabrzmiał wyraźnie rozbawiony głos mężczyzny. – Mam dziś szczęście.
Ton zdradzał człowieka w średnim wieku, bez metropolitalnego akcentu. Kolonialny. Surowy. Przyzwyczajony do próżni i ciszy.
– A ty, człowieku, właśnie wygrałeś na loterii – ciągnął dalej.
Przez kapsułę przetoczył się niski szum, po chwili rozległ się metaliczny zgrzyt wyginanego poszycia. Nick instynktownie napiął mięśnie, choć wiedział, że i tak nie ma nad niczym kontroli.
– Spokojnie – odezwał się Scrap. – Mam cię. Uchwyt złapał. Nanity robią obejście. Przynajmniej się tu nie udusisz.
Freeman poczuł, jak do kapsuły zaczyna napływać świeższe powietrze. Głowa wciąż mu ciążyła, obraz falował – od dłuższego czasu oddychał resztkami tlenu. BH1 bez zasilania nie produkował nowego ani nie oczyszczał starego.
– Kim… kim jesteś? – zapytał w końcu, zbierając myśli.
– Scrap – odpowiedział bez wahania. – Mam smykałkę do rozkładania rzeczy znalezionych w przestrzeni. Dział ratownictwa i odzysku New Vegas. NV-S&R.
Krótka pauza.
– Nie mam jak podłączyć ci data-linka. Obwody w twoim dronie są poprzepalane. Jak cię stąd wyciągnę, pogadamy normalnie.
– Co teraz będzie? – zapytał Nick.
– Teraz? – Scrap na moment zamilkł, jakby studiował dane. – Odstawię cię na stację. W końcu dyplomata, tak?
Nickowi przypomniało się ostrzeżenie wysłane automatycznie przez sztuczną inteligencję drona. Informacja, która miała odstraszyć piratów, teraz działała na jego korzyść. Scrap musiał ją odczytać – z przestrzeni albo z logów BH1.
– Tak – skłamał spokojnie. – Może nie do końca dyplomata… raczej namiestnik barona MarCalla. Wracam na Vegas, żeby omówić spotkanie.
– A ta wielka biba? – rzucił Scrap z lekką ironią. – Wszyscy o tym gadają. Media też mają być. Gruba sprawa.
– Coś w tym stylu – Nick próbował wyczuć zamiary człowieka, od którego zależało teraz jego być albo nie być. – Jak widzisz, sprawa jest na tyle poważna, że komuś bardzo zależy, żeby do tego spotkania nie doszło.
– Tak? – zapytał Andrew, wyraźnie zainteresowany.
– Ktoś nie chce, żebym przekazał baronowej odpowiedź.
– A nie łatwiej byłoby ją po prostu wysłać? Albo połączyć się przez jakieś łącze? – rzucił logicznie.
– Arystokraci mają swoje… upodobania – odparł Nick po chwili. Uznał, że to najbezpieczniejsza odpowiedź.
– No tak. Inny świat.
– Gdybyś miał wszystko, też wymyślałbyś sobie takie rzeczy.
– Taaa… – mruknął Andrew, uruchamiając napęd.
Korweta ruszyła, trzymając przed sobą pokiereszowanego BH1 i ciągnąc za sobą szereg doczepionych kontenerów.
– Lecimy na Vegas. Jakieś pół godziny i będzie pan mógł przekazać wiadomość.
Zawahał się ułamek sekundy.
– W związku z tym… mógłbym prosić o dyskrecję?
– To znaczy? – zapytał Scrap.
– Skoro w otoczeniu barona MarCalla są zdrajcy, obawiam się, że po dotarciu na stację ktoś będzie już na mnie czekał.
– To chyba dobrze? – zdziwił się Andrew.
– Niekoniecznie – odparł Nick spokojnie, celowo zmieniając ton.
– A nie będzie tam ochrony? Kogoś, komu zależy, żeby pan przeżył?
– Ten lot miał być tajny – powiedział Nick. – A jednak taki nie był.
Zapadła krótka cisza.
– Aaaa… – mruknął Andrew. – Czyli obawia się pan, że zdrajcy będą czekać na stacji?
– Nie wykluczam tego.
– To może wezwać policję?
– Oczywiście – zgodził się Nick bez wahania. – O ile chciałbyś zostać świadkiem, spędzić kilka dni na przesłuchaniach i oddać cały ładunek do depozytu.
Tym razem zapadła dłuższa cisza.
– Eee… – zawahanie w głosie Andrew było dokładnie tym, na co Nick liczył.
– Jeśli się zgodzisz – podjął – nie zgłaszaj tego. Dostarcz mnie na Vegas tak, jakbyś miał pustego drona. Zniknę szybko, nie dając zdrajcom czasu na reakcję.
– To nie takie proste – odparł natychmiast Scrap. – Transport zawsze sprawdzają przed wlotem na stację. Nie mogę tak po prostu wwieźć żywego człowieka.
– Koszty nie grają roli – powiedział Nick cicho, ale stanowczo. – Baron nie szczędzi środków na ludzi lojalnych jego woli.
Zamilkli oboje.
– Jest jeden sposób – odezwał się w końcu Andrew – ale nie będzie łatwo.
– Zamieniam się w słuch – Nick uśmiechnął się pod nosem.
Gdyby rozmawiali twarzą w twarz, Tuckan pewnie szybciej zorientowałby się, że coś tu nie gra. Teraz jednak prowadził go dokładnie tam, gdzie chciał. Jak po sznurku.
Układ: Vegas
Resztki drona gwiezdnego BH1 HX YMC-66-8G8G1 – New Vegas – dok techniczny S&R05
Czas: +23:15:00 czasu Uniwersalnego
Lot trwał dłużej, niż zakładali.
Na szczęście nanity z korwety zdołały prowizorycznie naprawić system wentylacji drona i odciągnąć absorpcyjny żel z kapsuły, w której Nick wciąż tkwił.
Plan Andrew był prosty: dostarczyć cały „ładunek” do doku technicznego pod pretekstem uszkodzeń własnej jednostki. Takie sytuacje zdarzały się często – New Vegas nie inwestowała w nowoczesną, niezawodną flotę korwet ratunkowych. Do tego dochodziła zachłanność pilotów; nierzadko cały znaleziony złom wracał na stację razem z nimi.
Scenariusz był jasny: Andrew zaparkuje improwizowany konwój, wyskoczy z korwety, a następnie otworzy drona i uwolni Freemana.
Problemy pojawiły się niemal natychmiast.
Po pierwsze – w doku technicznym nie było atmosfery zdatnej do oddychania. Cała operacja wymagała skafandra.
Po drugie – zadokowana korweta musiała zostać całkowicie wyłączona. To oznaczało odcięcie wszystkich systemów podtrzymywania życia, również tych działających tymczasowo w przechwyconym dronie.
Dla Tuckana nie był to pierwszy raz.
Dla Nicka – owszem.
Miał na sobie jedynie lekki kombinezon pilota i nawigometr. Sprzęt przez jakiś czas chronił przed próżnią i skrajną temperaturą, ale nie dawał żadnej gwarancji. Musiał przygotować się na krótkotrwałe, lecz bardzo realne niedogodności.
Andrew wiedział jedno: musiał działać szybko. Jak najszybciej uwolnić go z drona – z kapsuły, która jeszcze niedawno była jego jedyną ochroną przed śmiercią.
Korweta przybiła do boi konfiguracyjnej, po czym przesunęła się wzdłuż prowadnic, automatycznie wyłączając systemy i przechodząc w tryb remontowy.
Nick przestał być świadomy otoczenia. Systemy, które nanity wcześniej podłączyły w pośpiechu, zamarły.
Pozostał mu jedynie nasłuch.
Nie było to miłe uczucie – czekać.
Czekać, czy ten ktoś okaże się słowny… czy nie.
Niemal natychmiast temperatura w kapsule zaczęła gwałtownie spadać. Nie zrobiło się po prostu chłodno – uderzył ostry mróz. Taki, że nawet w ciemności dostrzegł wzory błyskawicznie malowane przez zamarzającą wilgoć na wewnętrznej stronie pokrywy.
Był na to przygotowany.
A jednak jego wewnętrzny system nie zgłaszał problemu.
Faktycznie – nie było mu zimno.
Jego „opakowanie po cygarach” przejęło cały dyskomfort. To, co wcześniej odczuwał, zniknęło. Nie czuł już ciepła z tyłu, z kieszeni. To uczucie po prostu wyparowało. Teraz… nie czuł zimna.
Przeanalizował odczyty.
Wszystko mieściło się w normie.
A jednak coś mu nie pasowało.
I to nie był jedyny problem.
Poziom tlenu spadał w zastraszającym tempie.
Podobnie jak na stacji barona, przygotował się na dłuższy bezdech. Jeśli się nie poruszy, powinno wystarczyć na dziesięć – może dwanaście minut.
Alternatywnie miał jeszcze najmniejszy ładunek w swoim blasterze.
Czy pomógłby mu się wydostać? Zapewne nie.
Ale zawsze mógłby skończyć ze sobą szybciej, niż się udusić.
Układ: Vegas
Resztki drona gwiezdnego BH1 HX YMC-66-8G8G1 – New Vegas – dok techniczny S&R05
Czas: +23:15:00 czasu Uniwersalnego
Andrew „Scrap” Tuckan ustawił automatyczny system dokowania, po czym dołożył brakujące elementy zewnętrznego kombinezonu.
Statek zatrzymał się i wyłączył systemy, wcześniej przechodząc w tryb serwisowy – zapewniający lepszy dostęp do silników oraz elektroniki, w tym komputera pokładowego.
Wyskoczył z korwety, ściskając zestaw ulubionych narzędzi. Choć nieraz wyciągał półżywych ludzi z wraków, tym razem było inaczej. To, co miało się wydarzyć, zmieni jego życie – choć jeszcze o tym nie wiedział.
– Co tam, Scrap, znowu żywiec? – krzyknął jeden z pracowników doku.
– Jak pech, to pech – rzucił Andrew. – Byłem pewny, że już po nim.
– To biegusiem, biegusiem, bo się hieny zlecą!
„Hieny” – tak nazywali policję.
Tuckan nie miał z nimi najlepszych relacji i w tej jednej kwestii zgadzał się z człowiekiem uwięzionym w dronie: lepiej załatwiać sprawy po swojemu, niż liczyć na kosmiczne służby.
Wskoczył na górną część zdezelowanego drona BH1, chwycił klucz i zaczął otwierać kadłub, by dostać się do awaryjnego systemu katapultowania kapsuły. Najpierw jednak musiał zdezaktywować prymitywne, ale skuteczne systemy ostatniej linii obrony statku.
Poszło szybko.
Teraz miał przed sobą kokpit i kapsułę.
Widok płata metalu blokującego dostęp wywołał nagły niepokój. Najwyraźniej fragment statku przeciwnika wbił się w kadłub i zaklinował na dobre – nie dało się go ruszyć ani ominąć.
Trzeba było ciąć.
Sięgnął po akumulatorową spawarkę i przełączył hełm w tryb techniczny.
Gruby metal. Czy temu w środku starczy jeszcze powietrza?
Zimny pot spłynął mu po plecach, ale wyboru nie było.
Iskry sypały się na wszystkie strony, a promień przecinarki posuwał się naprzód z mozołem.
Czas płynął.
W końcu płyta ustąpiła.
Uzyskał dostęp do kabiny pilota, a za nią – do kapsuły. Uderzył kluczem w zewnętrzny pancerz i nasłuchiwał odpowiedzi.
Łup.
Łup.
– Dobra… jeszcze żyje.
Wyciągnął zestaw zawleczek i otworzył kokpit drona. W środku, niczym trumna, spoczywała kapsuła z uwięzionym pasażerem.
Znał tę technologię. Odkręcił trzy z pięciu kluczowych zamków, po czym z całej siły uderzył w górną pokrywę.
Ta ustąpiła z przeraźliwym piskiem trącego o siebie metalu.
Układ: Vegas
Resztki drona gwiezdnego BH1 HX YMC-66-8G8G1 – New Vegas – dok techniczny S&R05
Czas: +23:21:00 czasu Uniwersalnego
Nick zobaczył wąski promień światła przecinający ciemność kapsuły.
Blisko. Bardzo blisko.
Odłożył blaster – palce nie chciały się rozprostować – i, zapierając się plecami, spróbował odepchnąć wieko.
Chwila oporu.
Pisk metalu.
Zawiasy w końcu ustąpiły.
Powietrze uderzyło go w twarz jak zimny cios.
Nad sobą dostrzegł najpierw niewyraźną plamę światła, potem sylwetkę człowieka w technicznym kombinezonie, z czarną szybą hełmu odbijającą iskry doku.
Ktoś podał mu rękę.
Złapał ją odruchowo.
Pilot szarpnął go na zewnątrz.
– Biegnij do śluzy – rzucił krótko, wskazując kierunek. – Tam jest atmosfera.
Ruszył, potykając się, pchany resztką instynktu. Pole widzenia zwęziło się do wąskiego tunelu światła. System wrzeszczał o stanie krytycznym – tlenu było za mało, zdecydowanie za mało.
Musiał tylko dotrzeć. Jeszcze kilka metrów.
Układ: Vegas
Stacja New Vegas 42-4421-VC – Dok techniczny S&R05
Czas: +23:50:00 czasu Uniwersalnego
Gdy tylko dotarł do magnetycznej śluzy, po jej przekroczeniu osunął się pod własnym ciężarem.
System wciąż pozostawał w stanie krytycznym, pulsując karminową czerwienią. Sekunda. Druga. Trzecia. Kolor zaczął się zmieniać – najpierw pomarańcz, potem zieleń – aż w końcu zgasł.
Zaciągnął się powietrzem.
Kaszel, który wyrwał się przy pierwszym pełnym wdechu, niemal rozerwał mu płuca.
Powietrze paliło. Bolało.
Ale oddychał.
Wciąż się krztusząc, podniósł się na nogi.
Udało się.
Ciężko dysząc, czekał na Andrew, aż ten otworzy wyjście z doku do reszty stacji.
Tuckan jednak się nie spieszył. Gdy upewnił się, że żywiec stoi o własnych siłach, uznał, że presja minęła.
Zanim ruszył do pasażera, wolał choć pobieżnie przejrzeć znaleziony statek.
Wiedział, że podróżnemu nic już bezpośrednio nie grozi.
A to oznaczało, że można pomyśleć o zysku.
Gdy podszedł do Nicka, rzucił:
– Hej, panie… a czemu się nie pochwaliłeś, co przemycasz?
Nick znieruchomiał i odruchowo sięgnął do tylnej kieszeni kombinezonu.
Pudełko było na swoim miejscu.
– Znalazłem jeszcze to w kapsule – Andrew uniósł trzymaną w dłoni strzelbę barona.
– No tak – odparł Freeman, wyraźnie się rozluźniając. – Z tego wszystkiego o niej zapomniałem. A teraz i tak mi się nie przyda.
– Wygląda na cenną rzecz.
– Jest. Szczególnie dla MarCalla – uśmiechnął się krzywo. – Podobno ustrzelił z niej niejedno duże zwierzę.
– Ciekawe. I co mam z nią zrobić?
– Proponuję, żebyś ją zatrzymał. W ramach… części wynagrodzenia.
Andrew jeszcze raz przyjrzał się sztucerowi. Przez wizjer hełmu trudno było odczytać jego reakcję.
– Spokojnie – dorzucił Nick. – To nie wszystko. Na razie muszę się dostać do doku 2J.
– Główną windą najszybciej.
– Wolałbym, żeby mnie nikt nie widział.
– Trudne. To hades stacji, fakt, ale wyżej zaczyna się pełen monitoring. Winda przechodzi przez sekcję administracyjną.
– Świetnie…
– Spokojnie. Jest jeszcze dźwig towarowy. Mało pilnowany.
– Jaki haczyk?
– Lata w próżni.
Nick mimowolnie chciał przetrzeć twarz, ale nawigometr mu to uniemożliwił.
– Czyli powtórka z rozrywki.
– Zależy od pana.
Nie miał wyboru. Musiał dotrzeć do doku, przebrać się i odzyskać rzeczy zostawione przed lotem na Yulię. A im dłużej pozostanie poza zasięgiem wzroku, tym lepiej.
Przez chwilę rozważał, czy nie zostawić tu gorącego towaru. Ale Tuckanowi nie ufał aż tak bardzo.
– Halo, jesteś jeszcze? – wyrwał go z zamyślenia Andrew.
– Jestem. Gdzie ta winda?
– Już prowadzę. A co z dronem?
– Jest twój – odparł Freeman bez namysłu.
Na to właśnie czekał.
Stanęli przed wejściem do dźwigu biegnącego po zewnętrznej strukturze stacji. W środku było pusto, poza kilkoma skrzyniami z nieoznaczonym ładunkiem.
– To tu się pożegnamy – powiedział, wyciągając rękę.
– Więcej szczęścia następnym razem – uścisnął ją Andrew.
Nick wszedł do dźwigu i po raz kolejny nabrał powietrza na zapas.
Ustawiam cel: dok 2J! – krzyknął Tuckan przez zamykające się drzwi.
Sprawdził status systemu.
Kopia danych osobowych Andrew „Scrap” Tuckana została zakończona powodzeniem.
Przez najbliższy czas… to on będzie Andrew Tuckanem.
Układ: Vegas
Stacja New Vegas 42-4421-VC – Sekcja Ochrony Poziom 45
Czas: +00:05:00 czasu Uniwersalnego
– Namierzyliśmy go! – krzyknął jeden z ochroniarzy obsługujących monitoring stacji.
Jeffrey „Fast Hand” Nowak podszedł do konsoli i rzucił okiem na dane.
– To jakiś Andrew „Scrap” Tuckan – mruknął. – Co mi tu za dezinformację puszczasz?
– Panie Nowak, proszę spojrzeć – ochroniarz przełączył widok. – Identyfikacja transpondera się zgadza, ale system biometryczny… jest niemal pewien, że to Freeman.
Wczytał raport jeszcze raz.
System rozpoznawczy był dobry. Bardzo dobry.
Ale rozpoznać człowieka zamkniętego w nawigometrze, w nieczynnym doku 2J?
To nie miało sensu.
– Obserwować – rzucił w końcu. – Skoro tam wszedł, to też wyjdzie. Dok 2J jest martwy. Nie ma gdzie uciec.
Ochroniarze wrócili do ekranów.
Nowak tymczasem aktywował szyfrowane połączenie.
Układ: Vegas
Stacja New Vegas 42-4421-VC – Dok 2J
Czas: +00:30:00 czasu Uniwersalnego
Nick wypadł z windy, łapczywie chwytając powietrze.
Tym razem trwało to krócej niż po wydostaniu się z kapsuły – bez duszącej klaustrofobii, ale zmęczenie zaczynało zbierać żniwo.
Rozejrzał się.
Był po lewej stronie doku, w korytarzu łączącym sekcję przylotów z magazynem warsztatowym. Kilka kroków dalej przestrzeń się rozszerzała.
Dok niemal świecił pustką.
W porównaniu z chwilą, gdy rozpoczynał podróż na stację Yulia, panowała tu cisza, przerywana jedynie dalekim brzękiem narzędzi i przytłumionym szumem wentylacji. Nick zerknął na główny wyświetlacz czasu.
New Vegas funkcjonowała według czasu ziemskiego – co od dawna sprawiało problemy przybyszom z układów o innej długości doby. Zarząd stacji rozwiązał to po swojemu: skrócono dobę do dwunastu godzin. Na Vegas nie istniało „od północy do południa” – był tylko okres „po”.
Gdy pojawił się tu pierwszy raz, nie zwrócił na to uwagi. Teraz wszystko zaczynało się układać. Tłumaczyło to również, dlaczego w Rozkoszy Adrianny naliczono mu aż cztery dni pobytu. Różnica między jego zegarem a czasem stacji w końcu miała sens.
Wokół kręciło się kilka osób z obsługi. Nikogo znajomego. Co ważniejsze – nikt nie zwrócił na niego uwagi.
Ta część doku nosiła nazwę Sekcji Odpoczynku Pilotów – PRS. Z wyraźnym trudem ruszył w stronę szatni, gdzie przed lotem z Toodem kazano mu założyć skafander i zostawić ubrania oraz większość sprzętu.
Pomieszczenie było puste.
Podszedł do swojej szafki. Gdy zdjął nawigometr, poczuł natychmiastową ulgę. Spojrzał w lustro – wyglądał jak zmokła kura: blady, potargany, z podkrążonymi oczami.
– Kąpiel… – pomyślał. – Potrzebuję kąpieli.
Na szczęście New Vegas zapewniało podstawowe wygody pracownikom i gościom. Szatnia łączyła się z częścią sanitarną: prysznicami, sauną, a nawet niewielkim punktem medycznym. Były też wyciszone pokoje z kuszetkami – dla tych, którzy musieli się choć na chwilę położyć.
Wziął szybki prysznic, wysuszył się i przebrał w standardowy ubiór.
Jeszcze w szatni sprawdził, czy jego komputer nadal ma dostęp do danych ochrony stacji. Miał. Zbyt łatwo, jak na jego gust. Przejrzał strumień informacji – panował w nim typowy dla Vegas chaos: alerty, komunikaty techniczne, plotki podniesione do rangi wiadomości.
Mignęła informacja o niepewnych negocjacjach małżeństwa MarCallów, ale jej nie zarejestrował. Myślami był gdzie indziej.
Przeskanował pomieszczenie. System potwierdził – był sam.
Dopiero wtedy sięgnął po kombinezon leżący na ławce i wyjął z tylnej kieszeni pudełko po cygarach.
Gdy go dotknął, przeszedł go delikatny impuls – jak krótki ładunek elektryczny. Zbyt słaby, by zabolał, ale na tyle wyraźny, by go zignorować.
Zmarszczył brwi.
Przez moment się wahał. Ukrycie tego nie wchodziło w grę. Musiał jak najszybciej przekazać zawartość przedstawicielowi baronowej. Problem polegał na tym, że gdy tylko się ujawni i aktywuje pełny profil, ktoś od barona na pewno go namierzy. Zakładał, że MarCall ma na Vegas więcej niż jedną parę oczu.
Wziął głęboki oddech.
Otworzył pudełko.
Naszyjnik leżał splątany wokół kryształu.
Wyjął nóż. Najpierw sprawdził, czy kontakt z kryształem wywoła reakcję. Poczuł ukłucie i lekkie mrowienie – jakby rękojeść była delikatnie naelektryzowana.
Odstawił pudełko na ławkę – tę samą, przy której przebierał się przed lotem.
Sięgnął po pusty magazynek po rtęci plazmy. Był znacznie solidniejszy niż opakowanie po cygarach. Sprawdził średnicę wlotu. Kryształ powinien się zmieścić. Wyjęcie go później będzie trudne – ale to już nie jego problem.
Zahaczył naszyjnik nożem i powoli wsunął najpierw kryształ, potem łańcuszek do wnętrza magazynka.
Zabezpieczył pojemnik i wsunął go do wewnętrznej kieszeni kurtki, po lewej stronie. Tym razem nie czuł ani ciepła, ani promieniowania. Nic.
Sprawdził zapas amunicji do blasterów. Przez moment żałował, że nie poprosił Andrew o uzupełnienie – ale zaraz przyszła refleksja: który dyplomata biega po stacji z pełnym uzbrojeniem?
I tak nie wiedział, czy Tuckan był zadowolony ze strzelby MarCalla. Lepiej nie wzbudzać dodatkowych podejrzeń.
Na koniec sprawdził stan zdrowia. Wszystko mieściło się w normie. System regeneracji działał poprawnie, symbiont pozwalał na co najmniej dwa intensywne użycia.
Poprawił kołnierz kurtki.
– Gdy wyruszasz na bój, wbij się w wieczorowy strój – mruknął pod nosem mantrę swojego nauczyciela.
Część 4 i 5 z 8.