- Opowiadanie: Ekser - Kaczki

Kaczki

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Kaczki

 

 

Kawałek wpadającego do zalewu chleba wzburzył wodę, na której to zataczały się coraz szersze kręgi. Obserwując powierzchnie, przyglądałem się mojemu odbiciu, które wyginało się na wszystkie możliwe strony aż do momentu gdy woda znowu się uspokoiła. Lubiłem to robić.

Wpatrywać się jak moja podobizna zniekształca się i dziwaczeje. Miałem wrażenie, że właśnie wtedy widzę moje prawdziwe odbicie. Tak jak to w życiu bywa, przynajmniej odrobina chaosu i nieładu, która wyprowadzi nas z równowagi, potrafi pokazać nam, kim naprawdę jesteśmy.

Toteż wrzucałem kolejne to kawałki przed chwilą co kupionego chleba, próbując doszukać się w mojej twarzy, przynajmniej jednej prawdziwej rysy. Wtem kaczki zasłoniły mnie całego, nurkując w wodzie, próbując wywalczyć dla siebie, chociaż mały okruszek chleba. Wykręcając swoje jasnozielonkawe łby, nawet one zatraciły swą dzikość. Czekały na mnie całymi dniami -albo na innego frajera– który przyjdzie i je nakarmi.

 Niemniej byłem im wdzięczny za towarzystwo, może już nie tak dzikie jak stworzyła je natura, jednak wciąż naturalne w swoich ruchach i zachowaniu. Tak naprawdę gdyby nie one, nie miałbym z kim spędzać czasu. Czasami mam wrażenie, że tylko one trzymają mnie przy życiu. Mały kawałek przyrody, który miałem na wyciągnięcie ręki, pozwalał mi utrzymywać się na powierzchni ziemi. Był moim jedynym łącznikiem, między mną a tym co istnieje naprawdę, i w co mogę bezsprzecznie uwierzyć. Ciężko mi wierzyć w cokolwiek innego, strasznie dużo wokół udawania. 

Gdybym tylko miał kiedyś tyle hajsu i władzy, zrobiłbym ze świata jedną wielką plażę nudystów. Założę się, że najpierw wszyscy by się na mnie wkurwili, a potem byliby wdzięczni.

 Koniec gadania, trzeba wracać do domu, robi się ciemno. Pójdę pieszo, nad zalewem wypiłem dobre pół litra ginu, a tramwaj odpada. Zawsze jest szansa, że tramwaj będzie przepełniony i będę musiał ściskać się z innymi. Z tej szansy nie skorzystam. 

Zresztą, lubię moje długie, samotne spacery. Potrafię wtedy całkowicie zniknąć, utopić się w swoich myślach tak głęboko, że naprawdę nie ma mnie w miejscu, w którym się znajduje. Za każdym razem gdy staram się przypomnieć sobie, o czym wtedy myślę, nie potrafię. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, po prostu znikam i mnie nie ma. Wiem, tylko że to musi być coś przyjemnego. Bowiem za każdym razem gdy docieram do celu i wracam do swojego ciała, czuję przyjemność. Przez bardzo krótką chwilę, bo później bardzo szybko orientuje się, gdzie jestem i wracam do mojego dekadentyzmu. Za każdym razem staram się tam wrócić albo przynajmniej przedłużyć to przyjemne uczucie wymieszane z tęsknotą za poprzednim stanem, ale nigdy mi się to nie udaje. 

Ciekawe, o czym wtedy myślę. Może o przyrodzie, albo o moim bracie. Może o tym momencie gdy wstaje rano, otwieram oczy i podziwiam tańczące w powietrzu drobinki kurzu, uwydatnione przez promienie słońca wpadające przez okno. Kolejna, jedna z niewielu chwil, które sprawiają mi przyjemność, dopóki na dobre się nie rozbudzę. A może myślę wtedy o pieniądzach, luksusie i jakiś dobrych dupach. Nie wiem, bez sensu się nad tym zastanawiać.

 Zresztą i tak pewnie myślę wtedy o tych cholernych kaczkach. O co mi tak właściwie z nimi chodzi? Co by było gdyby zamiast nich były tam łabędzie. Też poświęcałbym im tyle czasu? W kaczkach podoba mi się to, że są takie proste i pospolite. Łabędziom trochę tego brakuje… Chociaż i tak bym pewnie nad nimi ślęczał, nie mam nic lepszego do roboty. 

Robi się trochę zimno, a moje chude ciało nie jest do tego przygotowane. Jeszcze połowa drogi przede mną i do tego czerwone światło na przejściu. Widziałem, jak przed chwilą mignęło z zielonego. Nienawidzę tego. Muszę stać w bezruchu dobre dwie minuty. Co ja mam teraz robić, pewnie wyglądam jak jakiś pajac gdy tak stoję. Przynajmniej ludzie wokół mnie na mnie nie patrzą, mają mnie dupie, tyle dobrze. 

Zawsze te światła mnie trochę bawią. Nie ważne kim jesteś i tak czekasz. Nawet jak jedziesz sportową furą, i tak stoisz jak ten złom obok ciebie. Możesz być królem życia, gangsterem, prezydentem i co z tego? Czekasz i chuj. 

Mężczyzna obok mnie, zarabia pewnie ułamek tego co ja. Do tego wygląda jakby resztę swoich pieniędzy wydał przed chwilą na trzy piwa. To by wyjaśniało, dlaczego tak wesoło się gibie. No i co z tego? Czeka tak samo jak ja i tyle. 

Zielone, w końcu zielone. Przyśpieszę kroku, żeby wyminąć innych. Mijam kolejne kałuże, które odbijają światła ulicznych latarni. Spoglądam na nie ze spuszczoną głową, licząc, że uda mi się o czymś zamyślić i zanim się zorientuje, będę już leżał w łóżku. Jest już na tyle późno, że sygnalizacja została wyłączona. Teraz przynajmniej żadna kolorowa żarówka mnie nie zatrzyma. 

Strasznie to głupie, że są sprawy, w których wszyscy podlegamy tym zasadom. Człowiek poświęca całe swoje życiu na edukacje, karierę i mnożenie pieniędzy a na koniec i tak stoi przy tych pasach. Jest traktowany dokładnie tak samo ja zwykły żul spod sklepu. Jak ktoś wnosi mniej do świata, to powinien też mniej dostawać. To chyba sprawiedliwe.

 Zza horyzontu chodnika, zaczęła się wyłaniać grupka młodych mężczyzn. Widzę, że są pijani co niemiara. Jak dalej będą tak krzyczeć, to w końcu ktoś zadzwoni po pały. Dobrze, niech ich zgarną. Widać, że szukają tylko kogoś, żeby go zaczepić i znaleźć jakiś problem. Postawni goście, nawet jednemu z nich nie dałbym rady uciec.

 Zbliżają się coraz bardziej i nie chcą skręcić w żadną z bocznych ulic. Zostało mi jeszcze kilka przecznic do przejścia, ale oczywiście musi mnie coś takiego spotkać. Nie mogę po prostu spokojnie wrócić do domu jak inni. 

Cała ulica zamarła, wokół nic innego się nie działo. Przed chwilą było dokładnie tak samo, ale cisza jakby stała się cięższa i przygniatała swoją obecnością. Jakby za chwilę faktycznie miało wydarzyć się coś złego. Byli już kilka kroków ode mnie i nawet oni zamilkli. Tak jak gdyby dopiero co zorientowali się, że też tutaj jestem. 

Rzucili swoje pewne i przeszywające spojrzenia w prosto w moje oczy. Serce podskoczyło mi do gardła i odwróciłem wzrok. Minąłem ich, idąc przed siebie ze spuszczoną głową. Udało się.

 Tylko dlaczego odwróciłem wzrok? Noszą się tą ulicą, jakby należała do nich. Cwaniaki. Mogłem nie odwracać wzroku. Za kogo oni się mają? Fakt, rozłożyliby mnie na łopatki w jeden moment. Tutaj mogą być bohaterami, a po chwili i tak wrócą i zamkną się w starych odrapanych, kamienicach. To tylko zwykłe przegrywy, nie ma co poświęcać im więcej czasu.

 Po kilku chwilach mojej wewnętrznej wendety otworzyłem hotelowe drzwi, a portier powitał mnie z -jak zgaduję– nieszczerym uśmiechem na twarzy. W windzie otaczają mnie świeżo wypolerowana lustra. Ich odbicia wydają się nawet ostrzejsze od pierwowzoru. Dżingiel z głośnika daje mi do zrozumienia, że już pora wysiadać i od tej pory będę miał już spokój.

 Apartament staje w świetle ledowych żarówek za sprawą karty hotelowej. Od mojego porannego wyjścia wszystko zostało posprzątane, tak jak lubię. Myślę, czy po drodze do łóżka nie zgarnąć kilku miniaturowych butelek z alkoholem. Dzisiaj sobie chyba jednak odpuszczę, zostawię to na jutro i nie będę ryzykować porannego bólu głowy.

 Chłodne powietrze wpadające przez uchylone okno kontrastuje z ciepłem mojego ciała otulonego kołdrą. Daje mi to poczucie bezpieczeństwa. Cały ten chłód i inne nieprzyjemności znajdują się na zewnątrz. I za nic w świecie nie uda im się mnie tutaj pokonać.

 Gdy już całkiem się rozgrzałem i zacząłem to ignorować, w głowie po raz kolejny zawitała pustka. Co mam zrobić, żeby łatwo zasnąć i nie wiercić się do trzeciej w nocy? Mogłem wziąć ze sobą te miniaturki, teraz jest już za późno. Może jutro pójdę upić się na miasto, będzie piątek, więc pewnie młode dziewczyny będą imprezować. Chciałbym mieć kiedyś trójkąt z bliźniaczkami, super sprawa. Tylko jak trafić na dwie wolne bliźniaczki, które będą razem na mieście i będą jeszcze na to chętne? Za dużo z tym roboty i zamieszania. Prościej będzie za to po prostu zapłacić.

 Elektroniczny zegar na stoliku nocnym wyświetlił właśnie pierwszą w nocy. Powinienem już spać. Ciekawe co kaczki teraz robią, zakładam, że jak to zwierzęta śpią o tej porze. Jak one to właściwie robią? Unoszą się na wodzie czy chowają się w krzakach, żeby ukryć się przed drapieżnikami i spokojnie spędzić noc. Pewnie i tak nie mogą zasnąć. Tylko czekają mnie, aż jutro znowu przyjdę je nakarmić. 

*

Kolejne krople wpadają to kałuży pod oknem, dając o sobie znać niewinnym stukaniem o marmurową podłogę. Nie ma to jak zacząć dzień od porządnej ulewy. Powinienem wstać i coś z tym zrobić, ale za bardzo mi się nie chce. Będę tutaj tak leżał, dopóki nie zaleje mi całego pokoju. Przecież gdyby budzik mnie nie obudził… 

Chwila, przecież budzik nie dzwonił. Zapomniałem go włączyć albo telefon się rozładował. Cholera jasna, pewnie już koło południa, znowu spóźnię się do pracy. Zerwałem się na nogi, zrzucając z siebie przepoconą kołdrę gwałtownym ruchem. Moje stopy wylądowały prosto w deszczowej kałuży. Gdzie jest mój telefon? Odnalazłem szybko moje ubrania porozrzucane po całym pokoju. Kieszenie są puste, z wyjątkiem portfela. Przynajmniej jego wczoraj nie zgubiłem. Przecież musiałem mieć ze sobą telefon gdy wróciłem. Blaty, stół i kanapa ciągle nieskazitelnie czyste i puste. Ani śladu mojego telefonu. Przestałem się już martwić moim spóźnieniem, w gruncie rzeczy nic złego z tego nie wyniknie. Pojawił się nowy, ważniejszy problem. Po dokładnych oględzinach mojego apartamentu usiadłem zrezygnowany na łóżku. 

Wyczułem pod udem coś niewielkiego i twardego. Zacząłem przerzucać kołdrę na każdą możliwą stronę, aż w końcu rzuciłem nią o ziemie. Tym samym odnalazła się moja zguba, szybując w powietrzu i uderzając głośno o podłogę. Wyświetlacz pokazywał godzinę szóstą rano. W takim razie mam jeszcze dużo czasu. 

To nienaturalne, że wstałem tak wcześnie. Zazwyczaj gdy mam wolne, śpię do dwunastej, dochodzę do siebie o czternastej i wtedy wstaje z łóżka. Może ten dzień jednak nie będzie taki zły. Szczęśliwy z powodu mojego wczorajszego zdrowego rozsądku, spojrzałem przez okno bez najmniejszego bólu głowy. W pełni trzeźwy swojego umysłu. 

Miasto pomimo złej pogody, budziło się do życia. Gwałtownym ruchem otworzyłem okno na oścież. Zimne powietrze uderzyło mnie prosto w twarz i dotknęło każdy kawałek mojego ciała. Poczułem się lepiej. Biorąc głęboki wdech, zaciągnąłem się deszczowym powietrzem. Nienawidzę deszczu, ale uwielbiam jego zapach. Nawet w takim zakurzonym mieście, potrafi być niesamowicie rześki. 

Zgrabnym ruchem palców zamówiłem taksówkę. Wyciągnąłem z szafy świeżą białą koszulę. Z chirurgiczną precyzją sprawdziłem, czy nie ma na sobie żadnych zagnieceń i założyłem ją na siebie. Nie wiedząc dlaczego, z wyrzutem sumienia spojrzałem w lustro, przyglądając się swojej twarzy. Coś było nie tak. Krople do oczu i krem na zmarszczki poprawiły sytuacje. Teraz wystarczy tylko przeżyć do wieczora. Mam nadzieję, że to będzie po prostu kolejny zwykły, smutny, szary dzień. Zauważyłem za oknem nadjeżdżającą taksówkę.

 Zabrałem ze sobą parasol i udałem się do auta. Wsiadając do samochodu, z zaskakującym uśmiechem na ustach przywitał mnie kierowca. Jego akcent dawał do zrozumienia, że jest imigrantem. Mówił jednak bardzo płynnie, ze specyficzną manierą przerywania sobie wpół zdania swoim chichotem. Dlaczego on się tak uśmiecha? Byłem pewny, że nie miał ku temu żadnego powodu. To ten typ człowieka, który potrafi cieszyć się z każdego powodu, a nawet jeśli go nie znajdzie i tak się cieszy. Zresztą, jaki on mógłby mieć pretekst, żeby tak szczerzyć zęby? Wygrał w zdrapce pięć złotych czy możne dzisiaj puszczają jego ulubiony serial? A może wieczorem czeka go piwo z kolegami? Założę się, że potrafi się podniecać takimi rzeczami. Gdybym miał tak żyć, brakowałoby mi na wszystko czasu. Nic tylko bym się cieszył. Trochę mi go żal. 

Jego naiwne, maślanie oczy wpatrywały się we wsteczne lusterko. Próbował jakoś zagaić rozmowę, myślał o tym tak intensywnie, że zmarszczki pojawiły się na jego skroniach. Chciał powiedzieć cokolwiek, tacy ludzie nie znoszą ciszy. Jeśli przyjdzie potrzeba mówienia przez dwie godziny o pogodzie, on to zrobi. 

Próbowałem przyjąć nieprzyjazną minę, wykrzesać z siebie grymas na swojej twarzy, który skutecznie go zniechęci. Wiedziałem, że jak zacznie, to nie będzie już końca. Uniósł głowę lekko do góry, przez co we wstecznym lusterku zaczęły odbijać się jego wysuszone usta. Już zaczynał coś mówić, ale rzuciłem w jego stronę groźne spojrzenie. Okazało się to niezwykle skuteczne. Zamknął się w sobie i lekko skulił jak pies, który właśnie lanie od swojego pana.

 Musi być strasznie wrażliwym gościem, pewnie dlatego jeździ taksówką. Mam nadzieję, że przynajmniej mnie los oszczędzi i nigdy tak nie skończę. Reszta podróży przebiegła w spokoju. Podziękowałem mu, wysiadając z samochodu i ruszyłem do firmowego budynku. 

Moja sekretarka wstała z krzesła na mój widok i elegancko się przywitała. Odgarnęła swoje blond loki i przygryzła krwistoczerwone usta. Zrobiło jej się głupio, że zerwała się tak, jakbym przyłapał ją na robieniu czegoś złego. Jej mała czarna sukienka pozostawiała ją odkrytą od kolan w dół. Lubię jej zgrabne nogi. Dzięki nim czas w pracy szybciej mi leci. Tak naprawdę ona strasznie mnie nie znosi. Wiem, że jestem wymagający, a ona tego nie lubi. Jednak nigdy w żaden sposób tego po sobie nie pokazała. Jest po prostu profesjonalna. Dlatego tak bardzo ją cenię. 

Po wejściu do biura oślepiło mnie słońce, odbijające się od szklistego blatu mojego ogromnego biurka. Oślepiło mnie tak mocno, że poczułem lekki ból z tyłu głowy. Wczorajszy gin jednak dawał o sobie znać. W atmosferze martwej ciszy, która panowała w moim biurze, odruchowo zasłoniłem rolety, i zaświeciłem światło. Nie chciałem, żeby przebłyski słońca rozpraszały mnie w pracy. Dziesiątki raportów już na mnie czekały. 

Zacząłem przewracać jeden po drugim, a one informowały mnie kolejno o nowych transferach, przelewach i fuzji, w trakcie której firma właśnie się znajduje. Za tym wszystkim stały ogromne pieniądze. Dokumenty zawierały w sobie kwoty, które wydawały się mieć niekończącą liczbę zer. Jedna taka suma mogła ustawić kogoś do końca życia, a jedna moja pomyłka przynieść niewyobrażalne straty. 

To odpowiedzialne zajęcie, ale nigdy nie wzbudzało to we mnie emocji. Ot po prostu cyferki wydrukowane na papierze, po prostu ma ich być jak najwięcej. Bilans musi być dodatni, jak tylko się da i tyle. 

Gdy byłem mniej więcej w połowie mojej papierkowej roboty, telefon nagle zawibrował. Podskakiwał lekko na biurku, wydając z siebie dźwięki, które można usłyszeć, próbując przeciąć stalową rurę, starą zardzewiałą piłą. Skóra na moim czole zacisnęła się i ból głowy powrócił. Podniosłem komórkę z biurka i zobaczyłem, że to brat do mnie dzwoni. Odłożyłem ją z powrotem lekko podirytowany. Kiedy on w końcu nauczy się do mnie nie dzwonić, jak jestem w pracy? Próbowałem go ignorować, jednak nie dawał za wygraną. Przy którymś telefonie z rzędu, odebrałem. 

 

– Ile razy można do ciebie dzwonić? Jeszcze chwila a telefon by mi się rozładował. Czy ty w ogóle zamierzasz kiedykolwiek zadzwonić do mnie pierwszy? – Próbował udawać, że jest na mnie zdenerwowany, jednak oboje wiedzieliśmy, że nie jest zdolny się na mnie złościć. 

– Ile razy mam ci mówić, żebyś nie dzwonił do mnie, jak pracuje. Jestem zajęty.

– Ty cały czas jesteś w pracy.

– Czasami imprezuję.

– Wtedy też nie odbierasz. – Nie dawał za wygraną, za każdym razem gdy dzwoni, musi mi to wypomnieć. To taki nasz mały rytuał, który musimy przejść na początku każdej rozmowy

– Bo wtedy nie słyszę. 

– Dobra, słuchaj lepiej tego. Nie uwierzysz, co znalazłem.

– Hmm? 

– Odkryłem takie ładne jezioro, zaraz obok mojego baraku. Najpiękniejsze, jakie w życiu widziałem. Ryby biorą jak szalone. Mam już zapas na dwa tygodnie. Do tego pełno tutaj kaczek. Pamiętasz, jak lubiliśmy za nimi ganiać i próbować złapać za dzieciaka? Wpadnij do mnie na weekend. To zrobimy sobie rybobranie, a później jakiś grill. Kopę lat się nie wdzieliśmy. 

– Wolny weekend mam dopiero za kilka tygodni. 

– Wtedy już będzie po sezonie. Trzeba łapać okazję, póki jest. 

– Nic na to nie poradzę. 

– Dobra słuchaj, to może przyjedź kiedyś po południu. Pójdziemy na cmentarz do rodziców. Wpadam tam czasem trochę posprzątać. 

– Jasne, dam znać jak znajdę chwilę. Jesteśmy w kontakcie.

-Jasne… trzymaj się. 

Połączenie wciąż trwało. Kilka sekund niezręcznej ciszy dało mi do zrozumienia, że już nic więcej nie powie. Rozłączyłem się. 

Nagle za moimi plecami, usłyszałem głuchy huk. Coś musiało uderzyć o okno. Odsłoniłem rolety, a światło przeszyło moje oczy i wbiło swoją igłę głęboko w mój mózg. Wytrącony z równowagi, zrobiłem krok do tyłu. Otrząsnąłem się i wyjrzałem przez okno. Na chodniku leżał martwy gołąb. 

Zanim się zorientowałem, stałem prosto nad nim. Patrzyłem w jego na wpół martwe ślepia. Leżał brzuchem do góry, a jego skrzydła desperacko drgały. Jakby próbował mi coś powiedzieć, może ostrzec przed czymś niebezpiecznym. Zostało mu kilka minut życia, powinien teraz robić coś lepszego. Już miałem zacząć się zastanawiać czy mogę coś z tym zrobić, jednak w mojej głowie pojawiło się coś innego. Jak się właściwie tutaj znalazłem? Przed chwilą stałem przy oknie, i znalazłem się tutaj. Zrobiłem to odruchowo. Nie mam pojęcia, co wydarzyło się pomiędzy. I po co wciąż nad nim stoję, i tak nie zdołam mu pomóc. 

Robiło się coraz bardziej gorąco i duszno za sprawą wcześniejszego deszczu. Chciałem po prostu wrócić do biura. 

Zrobiłem pierwszy krok i zakręciło mi się w głowie. Co jest do cholery? Oparłem ręce na moich kolanach i próbowałem złapać oddech. Ludzie wokół zaczęli na mnie patrzeć z ciekawością w oczach. Wdychałem powietrze coraz szybciej, jednak bezskutecznie. Jakby w powietrzu nagle zabrakło tlenu. Próbowałem, brać coraz głębsze wdechy bez żadnego efektu. Gdy zacząłem już powoli tracić przytomność, tlen powrócił. Udało mi się stanąć na nogi, jednak wciąż byłem osłabiony. Cholerna pogoda. 

Wróciłem do biura i podkręciłem klimatyzacje. Powiew zimnego powietrza, postawił mnie na nogi. Wciąż jednak czułem, że coś jest nie tak. Czułem się dobrze, jednak wewnątrz mnie pozostał jakiś niepokój, który mówił mi, że za chwilę może się to wydarzyć po raz kolejny. Tak czy inaczej, nie pora się teraz nad tym zastanawiać. Mam jeszcze trochę pracy, a obiecałem sobie, że dzisiaj wyskoczę na miasto. Przez kolejne dwie godziny pozostałe kartki ze stosu, zostały zasypane moimi podpisami i komentarzami. Zdążyłem już zapomnieć o całej sprawie z gołębiem, tak samo jak o mojej rozmowie z bratem. Teraz tylko czekać aż znowu zadzwoni i mi to wytknie. 

Zawołałem moją sekretarkę, a ona stanęła w drzwiach, zanim jeszcze dobrze skończyłem wymawiać jej imię. 

– W czymś pomóc? 

– Mam coś jeszcze dzisiaj do zrobienia? Jakieś spotkania, albo ważne wiadomości, na które muszę odpowiedzieć? 

– Jestem pewna, że to już wszystko na dzisiaj. Myślę że jeśli chce już pan skończyć na dziś to droga wolna. Ja powinnam jeszcze zostać. Mam kilka rzeczy do przygotowania na jutro, ale…

– Ale co? – Przerwałem jej w trakcie. Wiedziałem, że chce mnie o coś poprosić. 

– Moja siostra ma dzisiaj urodziny i chciałam wyjść trochę wcześniej. Szykujemy dla niej imprezę niespodziankę i trzeba przygotować jeszcze mnóstwo rzeczy. 

-Hmm…– Mruknąłem pod nosem. Tak naprawdę nie było się nad czym zastanawiać. Nie było powodu, dla którego miałbym jej odmówić. W gruncie rzeczy mogłaby dostawać w tej pracy o wiele więcej, o ile częściej miałaby odwagę o te rzeczy prosić. Nie chciałem jednak dawać tak łatwo za wygraną. Gdybym wszystko od razu tak łatwo dawał, mógłbym ją rozpuścić, a to nigdy nie kończy się dobrze. W dodatku dzięki temu mogłem chwilę popatrzeć na jej piękne nogi. – A więc robisz imprezę dla swoich bliskich i mnie nie zaprosiłaś? 

– No cóż… Jeżeli pan chce, to oczywiście zapraszam. – Wymamrotała, ze swojej poczerwieniałej twarzy. Założę się, że nie ma dla niej gorszego scenariusza dla tej imprezy niż ze mną na czele. 

– Żartuję, możesz iść. 

Uśmiechnęła się delikatnie pod nosem, podziękowała i wyszła. Wygląda na to, że moja praca na dziś jest już skończona. Jedyne, o czym teraz myślę to zimny prysznic. Przez te wszystkie dzisiejsze perypetie zapach mojego potu przyprawiał mnie o ciarki. 

Zimne prysznice -o ile można je tak nazwać, bo w gruncie rzeczy są lodowate– są dla mnie jak katharsis. Ból, który czuję gdy woda tak zimna, że nie jednego człowieka przyprawiłaby o omdlenie, okrywa moje ciało i daje o sobie znać tak mocno, że powoduje u mnie o zawroty głowy. Działa na mnie jak antidotum. Całe zmęczenie w mojej głowie zdaje się ucichać pod pokrywą fizycznego, oplatającego mnie bólu, o który przyprawia mnie każda kropla spływająca po moim karku, sącząca się powoli po łopatkach i kręgosłupie, zaznaczając swoją obecność drżeniem całego ciała. Tego właśnie teraz potrzebuję. Chwili zapomnienia, która pozwoli mi zapomnieć o dniu dzisiejszym i rozpocząć nowy, która da o sobie znać porannym, sobotnim kacem. 

 

*

Trzęsącą się z zimna ręką, otworzyłem kabinę prysznicową. Było na tyle ciepło, że od razu odczułem ulgę i poczułem, jak moje mięśnie stopniowo się rozluźniają. Biały, bawełniany ręcznik, którego kolor nieustannie kojarzył mi się z hostią, którą przyjmowałem za dziecka, osuszał moją klatkę piersiową, ręce i nogi. 

Zrobiło się już dosyć późno, za dużo czasu spędziłem pod prysznicem, jednak zimna woda naprawdę potrafi mnie zahipnotyzować. Tak czy inaczej, byłem gotowy do wyjścia. 

Założyłem moją czarną koszulę ze złotymi guzikami. Doskonale pasowały one do cienkich, złotych oprawek moich okularów i klamry skórzanego paska w tym samym kolorze. Jeszcze tylko kilka kliknięć moją ulubioną perfumą. Uwielbiam jej wodnisty zapach. Miałem rację, zapomniałem już o całym dzisiejszym dniu. Trzasnąłem za sobą drzwiami i wyszedłem na dwór. 

Świeże wieczorowe powietrze, miało w sobie tyle energii, że poczułem, jakby sił miało mi wystarczyć do samego rana. Nie wiem jak to możliwe, ale nawet miejski, tłok i spalinowe auta nie naruszyły jego świeżości. Gdyby zamknąć oczy, można by się poczuć jak na wsi. O ile tylko zamienić granie świerszczy na warkoty silników. 

Ruszyłem zdecydowanym krokiem przed siebie. Nie wiedziałem, dokąd dokładnie idę. Nie miało to znaczenia, w każdym wielkim mieście o tej porze aż mieni się od miejsc, do których można wejść i upić się do nieprzytomności ku uciesze barmana. 

Kolorowe neony i potykacze zdawały się błagać, żebym odwiedził akurat ich miejsce. Przekonywały do tego jak tylko potrafiły, jasne i jaskrawe kolory, zdjęcia pięknych dziewczyn i promocje na alkohol. Czego można by więcej chcieć? Mimo tego wszystkiego nie udało mi się znaleźć miejsca, do które chciałbym wejść i spędzić tam resztę nocy. Czegoś im brakowało. Im albo mnie. 

Wyprzedzałem kolejne restauracyjne ogródki, na których krzyczeli rozbawieni, pijani ludzie. Zamawiali kolejne kieliszki wina, nie dając się jednocześnie namówić kelnerowi na całą butelkę. Koniec końców i tak zawsze wypijali co najmniej dwie na głowę. Ale może o to właśnie im chodziło, o utrzymywanie się w niepewności. Gdyby od razu zamówili kilka flaszek, mogliby je wypić od razu i wracać do domu. Nie chcieli sami przed sobą przyznać, że będą pić dotąd, dopóki całkiem przestaną myśleć i martwić się codziennością. Na tym polegała ich zabawa. Zabawa w kotka i myszkę z własnym sumieniem. 

Pijane nastolatki stały przed klubem, z którego wydobywała się muzyka disco. Ledwo stały na nogach. Mocno umalowane usta i mieniący się brokat pod oczami, sprawiały, że wyglądały jak miejskie rusałki. 

Założę się, że gdyby chciały, to mogłyby skończyć na okładce playboya. Po prostu jeszcze nie miały okazji nikomu za to obciągnąć. 

Wyglądały na dwadzieścia lat, czyli miały około piętnastu. Nie przeszkadzało to bramkarzom, żeby pozwolić im się tam bawić. Jakoś w końcu trzeba zachęcić mężczyzn do przyjścia. To w końcu oni zostawiają tam połowę swojej wypłaty, a przecież nikt nie chce bawić się z brzydkimi dziewczynami.????? Wiem jedno, nieletnie dziewczyny zawsze oznaczają kłopoty. A głośna muzyka szybko mnie męczy. Od samego stania pod tym klubem i słuchania wydobywającego się z niego dudnienia, zaczęło piszczeć mi w uszach. 

Obok znajdował się lokal, na który nigdy wcześniej nie zwróciłem uwagi. Nie miał żadnego neonu, a ze środka nie dochodziły żadne dźwięki. Miał jedynie szyld z nazwą Fairy Tale, nad szklanymi drzwiami. Niepozorne miejsca potrafią najbardziej zaskoczyć. 

Wszedłem do środka. Zielony wystrój wnętrza, bujne kwiaty na ścianach i stołach faktycznie mógł kojarzyć się z baśnią. W tle leciał jazz. 

Znam tę muzykę. Ludzie z mojego towarzystwa często jej słuchają, więc i mi wypada. Nie przepadam za nią, ale ostatnio wydaje mi się, że zaczynam ją rozumieć. 

Usiadłem przy barze. Zamówiłem Old Fashion, a barman ze szklisto białym uzębieniem zaczął przygotowywać zamówienie. Jego zęby niemal raziły mnie po oczach. Podał mi mój koktajl. Wypiłem go jednym haustem i zamówiłem następną kolejkę. Rozejrzałem się dookoła. Ludzie wokół nadal wydawali mi się nudni, co oznaczało, że nie wypiłem wystarczająco. To jedyny sposób, żeby stali się znośni. Wypiłem kolejnego drinka i zamówiłem następną kolejkę. 

Obok mnie dosiadły się dwie kobiety. Nie były to dziewczyny, które można by spotkać pod klubem. To były kobiety, dojrzałość rysowała się na ich twarzach, co nie umniejszało ich urodzie. Różnice pomiędzy dziewczynami a kobietami są diametralne. Większość z zalet posiadają kobiety. Są bardziej zdecydowane, wiedzą czego chcą, i nie mają siana w głowie. Łatwiej jest z nimi rozmawiać. Można by tak długo wymieniać. Jednak dziewczyny mają jedną bezkonkurencyjną zaletę. Są młode. 

Byłem pewny, że kobiety obok mnie szukają kogoś do towarzystwa. Inaczej nie siadałaby przy barze. Wyzerowałem moją szklankę. Poczułem w końcu lekkie uderzenie alkoholu w mojej głowie. Humor nieco mi się poprawił i jak zwykle nabrałem większą ochotę na rozmowę z innymi ludźmi. Zauważyłem, że jedna z nich ma dłonie ubrudzone farbą. 

Czyżby artystka? – Zapytałem, kiwając głową w stronę poplamionych dłoni. 

Taak, czasami cholernie ciężko zmyć farbę z dłoni. Przestałam już zwracać na to uwagę. 

Co malujesz?

Głównie ekspresje, czasami portrety na zamówienie.

Nuda. Myślałem, że ściany. – Głośno się roześmiała, a jej spojrzenie zaczęło wykazywać zainteresowanie.

A ty czym się zajmujesz? 

Jestem dyrektorem finansowym w KMP. – W jej oczach pojawiły się iskierki. Wiedziałem, że teraz to będzie już z górki. Zawsze gdy poznawałem nową kobietę, był to moment kulminacyjny naszej rozmowy. Po reakcji zawsze byłem w stanie stwierdzić, czy uda nam się spędzić noc. W większości wypadków działało. Tak jak teraz. Coś jak tajemnicze zaklęcie “sezamie otwórz się”, z tym że każdy dobrze znał to hasło i wiedział, że działa. Problem w tym, że nie każdy mógł go użyć. Rozmówczyni obróciła się w moją stronę, a jej nieco brzydsza koleżanka wykrzywiła twarz. Najwyraźniej z zazdrości o poświęconą uwagę dla jej koleżanki. 

Jestem Maria… Znasz ten kawałek, który teraz leci? To mój ulubiony, jeśli chodzi o Jezziego Umperta. 

Tak, jest świetny. Ponadczasowy, bez wątpienia jego najlepszy. – Nie miałem pojęcia, o czym właśnie mówię i kim jest Jezzi Umpert. – Napijesz się ze mną? 

Pewnie czemu nie. Long Island Ice Tea. 

Wypiliśmy kilka kolejek pod rząd. Rozmawiając przy tym o rzeczach zupełnie błahych albo o takich o których jedno z nas nie miało pojęcia. Widać bardzo się od siebie różniliśmy, ale oboje nie chcieliśmy zepsuć dobrego wrażenia. Toteż za każdym razem gdy ona mówiła o czymś, co ją interesuje, a ja nie wiele z tego rozumiałem, uśmiechałem się szeroko i przytakiwałem. Ona robiła to samo. 

Wypiliśmy już na tyle dużo, że gibaliśmy wesoło we wszystkie strony i gestykulowaliśmy tak bardzo, że kilka razy omal nie strąciliśmy naszych szklanek. Gdy już wystarczająco sobie nakłamaliśmy, zapadła cisza. Nasze spojrzenia spotkały się niby przypadkiem. Jednak wiadomo było, że szukamy tego momentu. Położyła swoją drobną, delikatną dłoń na moim wątłym barku. 

Chcesz się przejść? Mam kilka dobrych butelek wina w moim apartamencie. – Przez moment nic nie mówiła. Zastanawiała się. Po chwili jednak uśmiechnęła się do mnie. W sposób, który dawał jasno do zrozumienia, że obdarzyła mnie wystarczającym zaufaniem, żeby się zgodzić. 

Jasne. Robi się tutaj nudno.

Odwróciła się do swojej przyjaciółki i pożegnała się z nią. Całkiem o niej zapomniałem. To znaczy, że przez ten cały czas, tam siedziała i nic nie mówiła. Strasznie mnie to rozbawiło. Musiała się nieźle wkurwić. Ale przez ten cały czas zamawiała koktajle na mój rachunek. Niech ma coś od życia.

Już mieliśmy wstawać z krzesła, gdy zakręciło mi się w głowie. Dokładnie tak samo, jak wcześniej. Przeraziłem się i wybiegłem na zewnątrz. Oparłem się o uliczną latarnię, która starała się mnie dobić swoim jaskrawym światłem. Czułem, że tracę kontrolę, a miliony myśli pędziły po mojej głowie. Czułem je niemal fizycznie. Jakbym włożył głowę w mrowisko. Brat, praca, pieniądze, dziewczyna z baru, gołąb, sekretarka, barman i kaczki. Kurwa! Zapomniałem dzisiaj nakarmić kaczek. 

Oddychałem coraz szybciej i ciężej. Czekałem, aż nagle to wszystko ustąpi jak wcześniej. Jednak nic takiego się nie działo. Zawroty głowy nasilały się a ręce, które przed chwilą drgały jak szalone, uspokajały się. Nie miały już siły poruszyć się nawet o milimetr. 

 

*

 

Moje ciało było gorące. Niemal płonęło. Ktoś mógłby się poparzyć, dotykając jedynie mojej skóry. Chłodne błoto, w którym leżała moja twarz wypełniało usta i szczeliny między zębami. W porównaniu z moim gorącym ciałem dawało to dziwną, niesmaczną przyjemność. Pomimo tego, że wypełniało niemal całe moje usta, odczuwałem przykrą suchość na języku i policzkach. Głowa bolała mnie tak bardzo, że najchętniej zostałbym tu do końca świata. 

Wiedziałem jednak, że muszę wstać, inaczej umrę. Rozważałem przez chwilę tę możliwość. Coś jednak kazało wziąć mi się w garść i stanąć na nogi. 

Postawiłem stopy na zimnej, podmokłej ziemi, to przyniosło niesamowitą ulgę. Wygląda na to, że mam kaca tysiąclecia. Zbierało mi się na wymioty. Resztkami sił otrzepałem się z brudu, trawy i piór. Rozejrzałem się dookoła. Byłem nad zalewem. Nie mam pojęcia jak długo tutaj leżałem, ani jak się tu znalazłem. Widziałem mnóstwo ludzi spacerujących wokół wody. Stałem na uboczu, w gęstych krzakach. Dlatego nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Bardzo dobrze.

 Byłem kompletnie nagi. Nie przeszkadzało mi to. Nawet pomimo tego, że mój organizm był na skraju wyczerpania, czułem się nadzwyczaj dobrze i lekko. Nie sięgam pamięcią kiedy ostatni raz spotkało mnie to uczucie. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. 

Dostrzegając komizm całej tej sytuacji, zdałem sobie sprawę, że nie ma żadnego dobrego rozwiązania. Odwróciłem się. Zamarłem. 

Moim oczom ukazały się kaczki. Wszystkie co do jednej. Wiedziałem dokładnie, ile ich tutaj pływa. Były martwe. Starałem się znaleźć jakieś wytłumaczenie dla tego wszystkiego.

 Jedyne co przychodziło mi do głowy to to, że je zabiłem. Tego byłem pewny. Musiałem to zrobić gołymi rękoma. Skręcić im ich drobne karki. Jedna po drugiej. Nie zastanawiało mnie, dlaczego to zrobiłem. Nie było takiej potrzeby, bo nie miałem wyrzutów sumienia. Czułem się lepiej niż kiedykolwiek, pomimo której makabry dokonałem. 

Kurwa. Czułem się dobrze. Nigdzie nie mogłem znaleźć moich ubrań. Jedynie telefon umazany błotem. Podniosłem go i ruszyłem do domu. Idąc ścieżką przepełnioną ludźmi, piasek lekko podgrzewał moje stopy. Drobne kamyki wgniatały mi się w pięty, jednak było to niesamowicie przyjemne. Ptaki wesoło ćwierkały, jakby grały wzniosłą pieśń dla mojego marszu. Słońce przytulało mnie z każdej strony, przynosząc spokój i ukojenie. 

Jakby mi wybaczyło. Ludzie patrzyli na mnie z przerażeniem, jak na szaleńca. Byli oburzeni i zakrywali dzieciom oczy. A ja nic. Tylko się uśmiechałem i szedłem przed siebie. Telefon zawibrował w mojej dłoni. Dzwonił mój brat. Odebrałem. 

Cześć! Co słychać?

 

 

 

Koniec

Komentarze

Pierwsze primo, usuń tytuł i KONIEC z tekstu opowiadania, nie jest to OFC giga ważne, ale userzy nie będą chcieli tego klikać do biblioteki, nawet gdyby się okazało odpowiednio dobre.

 

Kawałek wpadającego do zalewu chleba wzburzył wodę, na której to zataczały się coraz szersze kręgi.

"Zataczać się" może pijak, nie kręgi.

Tak jak to w życiu bywa, przynajmniej odrobina chaosu i nieładu, która wyprowadzi nas z równowagi, potrafi pokazać nam, kim naprawdę jesteśmy.

Po co tu "przynajmniej".

Toteż wrzucałem kolejne to kawałki przed chwilą co kupionego chleba

"kolejne to kowałki" jeszcze ok, choć to zbędne wydziwianie, ale nie ma czegoś takiego jak "przed chwilą co". Dopiero co, ewentualnie.

Wtem kaczki zasłoniły mnie całego, nurkując w wodzie, próbując wywalczyć dla siebie,

Pierwszy imiesłów jeszcze OK (sposób czynności), drugi już niespecjalnie (cel czynności).

Czekały na mnie całymi dniami -albo na innego frajera– który przyjdzie i je nakarmi.

Po pierwsze obie kreski powinny być długie (myślniki a nie dywizy), a po drugie mieć spacje po obu stronach.

Po drugie "mnie" powinno być obok dopowiedzenia, bo to dopowiedzenie jest o osobie, nie o dniu. "Czekały całymi dniami na mnie – albo innego frajera – "

 

Niemniej byłem im wdzięczny za towarzystwo, może już nie tak dzikie[,] jak stworzyła je natura, jednak wciąż naturalne w swoich ruchach i zachowaniu.

Dalszych błędów nie wypisuję, bo nie mam teraz czasu na szczegółowe oranie, ale generalnie proza wymaga jeszcze wiele pracy pod względem stylu, błędów i podstawowych technikaliów, czasem tak podstawowych jak całe dialogi zupełnie pozbawione pauz.

Polecam poczytać poradniki z działu “publicystyka” i komentarze pod innymi opowiadaniami.


A co do samego tekstu. No niestety, też bez zachwytów.

 

Generalnie widzę, że jakiś pomysł tu był, nuda i monotonia aż bohater pęknie, no ale ten opis nudnego, monotonnego dnia niemożebenie się ciągnął.

 

O nudzie i monotonii oczywiście też można pisać, ale jest to temat piekielnie trudny. Wbrew pozorom – paragrafy o nudnym dniu łatwo wychodzą spod palców, bo każdy z nas ma ogromne doświadczenie w tej kwestii, ale trzeba się ogromnie napocić, by z tego powstało coś, co czytelnikowi będzie chciało się czytać. Trzeba zadbać, żeby ten opis jednak był jakoś ciekawy dla czytelnika, a na końcu mękę przebrnięcia przez taki tekst odpowiednio czytelnikowi wynagrodzić.

 

Tutaj zabrakło jednego i drugiego, napięcie jest szczątkowe a wewnętrzne monologi bohatera niespecjalnie odkrywcze, więc tekst nie przyciąga do kartki. Podobnie z zakończeniem, bohater zabija kaczki i czuje się lepiej, no jakby spoko, bohater wreszcie pękł. Nie jest to złe zakończenie, ale nie na tyle mocne ani odkrywcze, żeby "unieść" 30k znaków opisu nudnego dnia.

 

Pozdrawiam i powodzenia w dalszej pracy twórczej!

quia lata porta et spatiosa via quae ducit ad slopem et multi sunt qui intrant per eam

Nowa Fantastyka