- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Blaski i cienie gór Karaxna (cz.1)

Blaski i cienie gór Karaxna (cz.1)

Oceny

Blaski i cienie gór Karaxna (cz.1)

Wiatr smagał twarz wędrowca. Cienki szal, który okalał twarz jeźdźca nie dawał mu prawie żadnej ochrony przed żywiołem. Północ była zimna, zimniejsza niż można się było spodziewać.

Choć słońce zbliżało się do zenitu, wędrowiec raz po raz drżał w siodle, targany chłodem. Nie zaopatrzył się dobrze na tę wyprawę. Miał jedynie tunikę wykonaną z koziej skóry, lniane spodnie oraz szary, wełniany płaszcz, który ledwo sięgał mu do lędźwi. Stopy miał owinięte w grube onuce.

Koń rzecz jasna nie narzekał na ziąb, choć jeździec modlił się w duchu, aby nie było mu źle.

Wędrowiec nie przeklinał żadnych bogów, choć nie raz chciał to zrobić. Od czterech dni nie wdział żywego człowieka. Opuścił wówczas równinną krainę Prax’xa, ostatni przystanek cywilizacji, przed dziczą która czekała u podnóża gór Karaxna. Te zaczęły mu dziś majaczyć przed oczami. Daleko na horyzoncie, ośnieżone szczyty migotały słabym blaskiem.

Bał się ich. Bał się śniegu. Białego puchu, który choć wyglądał jak miękka wełna kasemickich kóz mógł przynieść śmierć samym dotykiem. Jeździec bał się też górali. Od napotkanych Prax’xian dowiedział się, że to groźni wojownicy o skórze niemal tak bladej jak u trupów.

– Czy to kraina, gdzie śmierć wnika w to co żywe? – zadumał się, gdy przystanął na niewielkim wzgórzu. Koń od razu skorzystał z okazji i skubnął nieco trawy.

– Jedz, nie krępuj się – rzekł wędrowiec do swego towarzysza.

Wiatr nieco ucichł. Myśli w głowie zyskały na donośności.

– Będzie trzeba pomówić z miejscowymi. Może znają przeprawę przez te góry?

Zerknął na swoje juki. Były w nich paciorki, kolczyki i bransolety wykonane z miedzi. Zabrał je jeszcze ze swej ojczyzny. Choć nie doszacował kosztów tej podróży zostało mu jeszcze nieco ozdób na barter. Dla bardziej wymagających były przygotowane głownie toporków odlane z brązu. Wyryto na nich zaklęcia w kapłańskiej mowie. Słowo pisane miało wielką moc. Nie raz wydział ludzi dzierżących przedmioty, na których widniały słowa w języku z jego ziem. Nawet w tak odległych rejonach jak Prax’xa. Jeździec liczył, że górale również słyszeli o sile Hapesznut i Ammory – bogiń których dłonie zbijały z toru strzały i strzaskiwały miecze.

Wędrowiec ściągnął wodze i ruszył przed siebie. Jechał wolno, nie chciał przeciążać konia. Czekała ich wędrówka przez strome wzniesienia. Szybko znaleźli się w gęstym lesie. Ścieżka, którą wiodła do celu była wąska, gałęzie smagały konia i jeźdźca niemal jak wiatr na równinie. Człowiek w końcu zszedł ze zwierzęcia. Prowadził go za uzdę, odtrącając najboleśniejsze, kłujące gałęzie od końskiego pyska.

Nie mógł postąpić inaczej, koń ten był jego bratem. Urodził dokładnie dziesięć lat po jego narodzinach. Ich rodzice złożyli ofiarę bogu Marahanowi, bóstwu pasterzy z południowych stepów. Gdy kupowali od nich konie, poprosili boga południowców, aby jeden z nich na zawsze związał się z ich dzieckiem. Marahan posłuchał i nakazał karej klaczy urodzić źrebię – nadano mu imię Hunya. Od tej pory wędrowiec strzegł go dzień i noc. W zamian jego brat nigdy go nie zawiódł.

Teraz również tak się stało. Hunya odmówił dalszej drogi i stanął w miejscu. Czarne włosy wędrowca zjeżyły się na głowie. Od razu sięgnął do pasa i wydobył z pokrytej zaklęciami pochwy miecz, o jakim śniliby bogacze nawet w jego ojczyźnie. Długi na długość ramienia, szeroki jak pół dłoni. W dziennym świetle wydawał się niemal złoty. Podróżnik ufał mu niemal tak samo jak Hunyi. W końcu on sam go odlał i naostrzył.

– Wyjdźcie! Nie wróg! Kupiec! Handel! – wrzasnął, używając łamanego języka Prax’xian.

Szybko otoczyło go kilkoro ludzi. Mniej dzikich niż się spodziewał. Mieli tkane spodnie i tuniki. W dłoniach trzymali na wpół napięte łuki. Strzały o kamiennych grotach leżały na cięciwach. Byli to zarówno mężczyźni jak i kobiety. Pierwsi mieli krótko przycięte brody, włosy drugich zwinięte były w koki błękitnymi wstęgami. Musiały być barwione wrzosem.

– Handel? – zapytała jedna z kobiet. Wyróżniała się kożuchem z koziej skóry, narzuconym na tunikę.

– Tak.

– Ty Prax’xia? – drążyła góralka.

Wtedy wędrowiec zsunął wolną dłonią szal ze swej twarzy. Oczom bladoskórych ludzi ukazało się śniade oblicze. Przypatrywali się ciemnozłotym oczom szukając w nich kłamstwa i słabości. W końcu też dostrzegli, że wędrowiec jest kobietą, choć rosłą i krępą.

– Nie. Hummaranya. Za Prax’xia. Za Paione. Za Kariia. Za Prygia. Za Mattiniya. Wielka wieża, wielka rzeka. Hummaranya.

Wędrowczyni nie kłamała. Nie widziała powodu, aby to zrobić. I tak musiała być dla tutejszych egzotycznym widokiem. Zauważyła, że Prax’xianie z wyglądu nie różnili się od górali niczym poza modą.

– Nie znać wielka wieża. Wielka rzeka być tu, być tam… – powoli odrzekła przywódczyni górali.

– Wielkie światło. Białe niebo. Przybyć za nim – odpowiedziała przybyszka z południa.

Po chwili zrozumieli o co jej chodziło. Wśród górali rozległ się szmer.

– Wielkie światło za górami – jasnoskóra kobieta kiwnęła głową za siebie – my przed górami. Ty przed nami. Ty nie przejdziesz.

– Dlaczego? – wędrowczyni zacisnęła zęby. Nie mogła polec tak blisko celu.

Górale milczeli, lecz daleko było im do bezruchu. Chłonęli ją i jej konia oczami. Przez ich kamienne twarze nie mogła pojąć jakie były ich myśli. Tylko odziana w kożuch kobieta uśmiechnęła się lekko, gdy przyjrzała się bliżej jej mieczowi. Powiedziała coś do towarzyszy w ichniejszej mowie. Brzmiała jak szum górskich strumieni i plusk skaczących ryb. Od razu zapanowało poruszenie. Górale zaczęli między sobą szeptać i wymieniać spojrzenia.

– Ty czarownik? – zapytała góralka.

Przybyszka zawahała się. Handel był powszechnie akceptowany, lecz magia budziła skrajne emocje. Większość ludzi nie miała problemu z zaczarowanymi przedmiotami. Czarownicy to jednak co innego. Jedni darzyli ich szacunkiem, inni strachem, jeszcze inni nienawiścią.

– Długi nóż – dodała góralka, pokazując grotem strzały broń wędrowczyni – czary?

Miała bystry wzrok, zauważyła żłobienia na pochwie i rękojeści. 

– Tak. Moja praca. Moje czary – odpowiedziała przybyszka, unosząc wolną dłoń do góry. Odruchowo połączyła dwa palce w geście błogosławieństwa.

Trzask. Gdzieś z boku. Odwróciła głowę. Góral naciągnął cięciwę do końca. Lotki otarły się o jego twarz.

Rozkaz góralki był szybszy. Machnęła ręką. Mężczyzna opuścił łuk. W jego oczach pojawił się gniew. Stłumił go w piersi.

Wędrowczyni skarciła się w duchu.

– Dlaczego jestem taka bezmyślna…

Przez głupi odruch mogła stracić życie. Cel wędrówki skrył się w jej głowie za gęstą mgłą. Ważniejsze stało się bicie serca i gorąca krew w jej żyłach.

– Wielkie światło nieść wielka ciemność – rzekła jasnoskóra, uśmiechając się lekko. – Wielkie światło przybyć tak jak ty. Zaskoczenie. Ten sam kierunek.

„Wielka ciemność” – śniadoskóra mieliła w ciszy te słowa.

A więc to prawda. Jej strach przed górami nabrał nowego znaczenia. Karaxa okazało się miejscem, gdzie pojawiło się zło prosto z niebios. Wyszeptała ochronne zaklęcia. Wezwała na pomoc Hapesznut i Ammorę. Pragnęła, aby nie było to nadużycie boskiej łaski. Przybyszka odnalazła to co chciała, ale i to czego najbardziej się obawiała.

– Ja przybyć za wielkie światło. Ja przybyć przegnać wielka ciemność.

Wszyscy górale spojrzeli na swoją przywódczynię. Jej usta odrzuciły uśmiech. Zwęziły się tak, jak jej powieki.

– Imię? – zapytała przybyszkę.

Czyżby uwierzyła?

– Enhedu – odpowiedziała. Zgodnie z prawdą.

– Ty znać wielkie światło? Znać wielka ciemność? – drążyła góralka.

– Enhedu z Hummaranya znać wielkie światło i wielka ciemność. Znać język bogów. Znać ich łaskę i gniew.

Hunya zadrżał za jej plecami. Jakby chciał ją ostrzec. Jakby chciał, aby powstrzymała swoje pyszne deklaracje. Lecz czuła, że nie ma innej drogi. I tak musiała pokonać to, co miejscowi nazwali „wielką ciemnością”, jeśli chciała zdobyć to, po co tu przybyła. Ich pomoc mogła okazać się kluczowa.

– Ja Austerai – przywódczyni opuściła łuk. – Enhedu z… Hummaranya pójść z nami.

Od razu wydała rozkazy pobratymcom. Płynna mowa górali wypełniła las niczym rzeka, która przełamała tamę. Rozmawiali swobodnie i głośno, jakby znaleźli się na placu targowym w ojczyźnie Enhedu. Tylko Austerai podeszła do przybyszki.

– Schowaj nóż – rzekła do niej i machnęła ręką, aby podążyła jej śladem.

Wędrowczyni dopiero teraz zdała sobie sprawę, że słońce wciąż mogło zerkać na jej broń. Prędko schowała ją do pochwy. Ruszyli chmarą, zupełnie nie zwracając uwagi na hałas. Enhedu po chwili dostrzegła, że dołączyło do nich kilkoro innych górali. Nieśli na plecach upolowane sarny. W ciałach wciąż sterczały wbite strzały.

– Widać nie całkiem im nie przeszkodziłam – pomyślała.

Przybyszka odetchnęła z ulgą. Tego dnia szczęście wyjątkowo jej sprzyjało. Już chciała podziękować Nigghu, przyjacielowi ludzi i bogu szczęścia, lecz wówczas przypomniała sobie co ją czeka. Choć bardzo chciała, nie mogła prosić o więcej pomyślności. Przybycie tutaj było jej decyzją. Sprzeciwiła się swej rodzinie oraz braciom i siostrom z kuźni. Westchnęła. Nie mogła przegapić tej szansy. Pamiętała tamtą noc, gdy bezgwiezdne niebo rozświetliła srebrzysta łuna. Z każdą chwilą jaśniała coraz mocniej, a boskie światło uczyniło z nocy dzień. Enhedu ujrzała jak światłość, otulona językiem ognia pędzi szaleńczo na północ. Jasność zniknęła za horyzontem, ginąc gdzieś w dzikich krainach.

A teraz była w jej zasięgu. Odłamek boskości leżał gdzieś w pobliżu. Lecz boskość nie chciała oddać się w ludzkie ręce. Nigdy nie chciała. Stąd „wielka ciemność”. Enhedu poczuła uderzenie gorąca. Zacisnęła dłonie. Nie wiedziała, czy jest gotowa stawić jej czoła.

Była jednak gotowa spróbować.

Koniec

Komentarze

bardzo ciekawy i oryginalny pomysł na epokę (brąz, pismo kapłańskie kontra neolityczna wczesna północ).

ciekawe użycie surowych nazw geograficznych i plemiennych.

na minus: narrator wchodzi w myśli bohaterów. wykłady genealogiczno-mitologiczne wrzucane bez pomysłu. Monotona forma tekstu.

Choć słońce zbliżało się do zenitu 

Zenit jest z definicji momentem, gdy słońce jest idealnie pionowo nad pozycją obserwatora. Nie jestem pewna, czy to o tym zjawisku chciałeś tam mówić, szczególnie, że górowanie słońca w zenicie występuje tylko w pasie międzyzwrotnikowym, a ta daleka północ raczej się nie klei z tym.

 

Nie raz wydział ludzi dzierżących przedmioty

Tu chyba literówka, wydział zamiast widział?

 

Ogólnie było okej? Czytało mi się trochę mozolnie, zdania często wydawały mi się zbyt krótkie, akapit czy nawet dwa zdań pojedynczych, może to moje subiektywne odczucie, ale jakoś mi to nie podchodzi. Fajnie jest zdania pojedyncze poprzeplatać złożonymi, a tutaj mam wrażenie były całe akapity samych złożonych, a potem całe akapity pojedynczych i tak na zmianę. No, ale to oczywiście tylko moja opinia, możliwe że taki był cel :3

Hej,

 

Wiatr smagał twarz wędrowca. Cienki szal, który okalał twarz jeźdźca nie dawał mu prawie żadnej ochrony przed żywiołem. Północ była zimna, zimniejsza niż można się było spodziewać.

Wstęp taki trochę bez polotu – nieszczególnie zainteresował, nie wyróżnił się. Jest ok, ale od wstępu oczekiwałbym ciut więcej. :)

 

Opuścił wówczas równinną krainę Prax’xa, ostatni przystanek cywilizacji, przed dziczą która czekała u podnóża gór Karaxna.

Nie jestem pewny słowa przystanek. To mógł być ostatni przystanek wędrowca cywilizacji, ale czy dana kraina jest przystankiem cywilizacji samej w sobie? Trochę mi to nie brzmi.

 

Troszkę niepotrzebnych zaimków:

Cienki szal, który okalał twarz jeźdźca nie dawał mu prawie żadnej ochrony przed żywiołem.

Zerknął na swoje juki.

Zabrał je jeszcze ze swej ojczyzny.

 

Trochę brakujących przecinków:

 

Przypatrywali się ciemnozłotym oczom szukając w nich kłamstwa i słabości.

Choć nie doszacował kosztów tej podróży zostało mu jeszcze nieco ozdób na barter.

 

Poza tym nie wiem, czy siadł ten twist, że wędrowiec to kobieta. Sporo o nim (niej) mówisz wcześniej, konsekwentnie używając rodzaju męskiego, a nagle, gdy inne postaci zorientują się, jakiej jest płci, zmieniasz tę narrację. Moim zdaniem – nie do końca potrzebny, karkołomny zabieg.

 

Ostatnia uwaga na minus to to, że momentami trochę powtarzasz informacje, przez co choćby początek jest rozwleczony i podróż staje się nie tyle niebezpieczna co nudna. Na przykład w tej części bardzo długo piszesz o tym, że jest zimno, a będzie jeszcze zimniej:

 

Wiatr smagał twarz wędrowca. Cienki szal, który okalał twarz jeźdźca nie dawał mu prawie żadnej ochrony przed żywiołem. Północ była zimna, zimniejsza niż można się było spodziewać.

Choć słońce zbliżało się do zenitu, wędrowiec raz po raz drżał w siodle, targany chłodem. Nie zaopatrzył się dobrze na tę wyprawę. Miał jedynie tunikę wykonaną z koziej skóry, lniane spodnie oraz szary, wełniany płaszcz, który ledwo sięgał mu do lędźwi. Stopy miał owinięte w grube onuce.

Koń rzecz jasna nie narzekał na ziąb, choć jeździec modlił się w duchu, aby nie było mu źle.

Wędrowiec nie przeklinał żadnych bogów, choć nie raz chciał to zrobić. Od czterech dni nie wdział żywego człowieka. Opuścił wówczas równinną krainę Prax’xa, ostatni przystanek cywilizacji, przed dziczą która czekała u podnóża gór Karaxna. Te zaczęły mu dziś majaczyć przed oczami. Daleko na horyzoncie, ośnieżone szczyty migotały słabym blaskiem.

Bał się ich. Bał się śniegu. Białego puchu, który choć wyglądał jak miękka wełna kasemickich kóz mógł przynieść śmierć samym dotykiem.

 

Z plusów to na pewno nieoczywiste, a interesujące światotwórstwo. Fajne odejście od klasyki, do jakiej przyzwyczaiły nas fantaziaki. Liczne nazwy pozwalają też szybko uwierzyć, że ten świat istnieje od dawna. (Szczególnie działa tu taki konkret jak kasemickie kozy).

No i widać, że jest tu jakiś pomysł na dalszą fabułę. Tak naprawdę dopiero końcówka w pełni obiecuje, że będzie interesująco, a stawka stanie się naprawdę wysoka.

 

Sugerowałbym dopracować przede wszystkim dynamikę i może być naprawdę dobrze :) 

 

 

Dziękuję za uwagi. Mam nadzieję, że chociaż częściowo uda mi się do nich zastosować.

Poza tym nie wiem, czy siadł ten twist, że wędrowiec to kobieta.

miałem o tym napisać.

 

Nielogiczność: budowa ciała, sposób poruszania się i głos zdradzają płeć od razu; sam szal na twarzy nie robi z niej mężczyzny. Wcześniej szal zasłaniał tylko twarz, a miała na sobie tunikę z koziej skóry.

no i nie wiem czy tunika może być ze skóry.

Nowa Fantastyka