- Opowiadanie: Harpagon_the_Dragon - Pan Wojny cz2

Pan Wojny cz2

Kilka słów od autora

Poniższy tekst jest drugim fragmentem większej powieści osadzonej w uniwersum Wiedźmina. Całość jest obecnie w trakcie pisania i docelowo będzie liczyć około 550 stron. Na potrzeby niniejszej publikacji udostępniam jedynie drugą część materiału – około 30 stron (czcionka 14)

Przedstawiony fragment nie stanowi zamkniętej historii, lecz wycinek większej opowieści, w której losy tajemniczego Pana Wojny, Niebieskich Pasów oraz innych bohaterów stopniowo splatają się wokół tajemniczych wydarzeń na pograniczu.

Tekst publikuję przede wszystkim po to, by poddać go próbie czytelniczej i zobaczyć, jak historia oraz jej bohaterowie odbierani są przez osoby spoza mojego najbliższego otoczenia.

Oceny

Pan Wojny cz2

 

JAN CHOLEWA III 

Ukraść złodziejowi, to szlachetniej niźli samemu zarobić… 

Jan splunął krwią na drewnianą posadzkę. Otępiały, wodził wzrokiem to na otwarte na oścież okiennice, to dwa nieruchome ciała leżące przy drzwiach: 

-Stach! – Krzyknął zachrypniętym głosem i zagryzając z bólu zęby ruszył w kierunku swojego towarzysza– Kozioł! Kurwa, żyjesz?! 

Nie widząc reakcji ze strony swojego druha zaklął pod nosem i powstrzymując nabiegające do gardła mdłości podniósł leżący na ziemi półtorak. Miecz był lepki od krwi, która cieknąc ciurkiem z zaszlachtowanego młodzika tworzyła coraz większą i większą kałużę. 

Wtem nagle, Jan usłyszał ciężkie stęknięcie i głęboki, desperacki wdech. Wciąż oszołomiony, instynktownie ujął półtoraka oburącz, gotów dobić przeciwnika. Po chwili poczuł jednak, że czyjeś palce chwytają go za nogawkę: 

-Postrzelił mnie! Postrzelił mnie sukinsyn! – Wycharczał Stach wciąż próbując złapać oddech– Jak matulę kocham, znowu mnie ktoś postrzelił mnie i to znowu w bark! – Skrzywił się, kiedy ujrzał kątem oka sterczącą podobojczykiem lotkę. 

Cholewa poczuł nagły przypływ ulgi i lekko ugięły się pod nim kolana. Miał mroczki przed oczyma i czuł, że jeśli zaraz nie usiądzie, to wyrzyga na podłogę poranną potrawkę. Kiedy jednak skupił rozjeżdżający się wzrok, zaklął szpetnie, zwracając się w stronę towarzysza: 

-Że też cię kurwa podkusiło wchodzić bez tarczy! Od parady ją nosisz? Czy jak?!- Przełknął ślinę i w istocie usiadł na skraju łóżka, na którym chwilę wcześniej leżała przerażona chłopka. 

-Jakiś parobek mi ją ściągnął z pleców podczas tej szamotaniny na dole– Stęknął Kozioł, nieudolnie podnosząc się z ziemi– Chyba weszło w miękkie wiesz? Mam cholerne szczęście. 

-Nosił wilk razy kilka– Skwitował kwaśno Jan, ponownie kierując wzrok w kierunku otwartych na oścież okiennic– Szaleniec wyskoczył przez okno. Oby Olga wraz z resztą go przechwycili zgodnie z planem. 

-Chędożyć ten plan– Warknął pod nosem Stach– Dałbyś mi rękę do chuja, a nie się tak patrzysz jak ciele na malowane wrota. No, już! Widzę, że ciebie też nieźle załatwił, ale musimy zejść na dół. Co, jeśli nasi potrzebują pomocy? 

Cholewa zdał sobie sprawę, że mimo dzwonienia w uszach, rzeczywiście wrzawa no dole zdawała się jakby cichnąć. Badając językiem zęby, podał swojemu towarzyszowi dłoń, po czym z cichym stęknięciem podniósł go z ziemi. Zziajany, gdyż Stach nie należał do filigranowych, zaklął w myślach “Drań poluzował mi zęba”. 

Kiedy Kozioł wreszcie stanął na nogi, machnął tylko ręką na leżący w kącie topór i sięgnął za pas, wyciągając mosiężny piórkowy buzdygan: 

-Wstydź się Rzemyk, że też taki kupczyna Ci wpierdolił– Kiedy poczuł w dłoniach stylisko broni na jego twarz powrócił kpiący, chamski uśmieszek. 

-Nie wkurwiaj mnie –Jan syknął i zbliżył się do okna –Ciebie też załatwił, ożesz w mordę…”. Skrzywił się, gdy zobaczył znikający w oddali wóz drabiniasty. 

 “No, to by było na tyle z udanej akcji”. Pomyślał i splunął zaczerwienioną śliną za okno. Już miał się kierować na korytarz, kiedy jego wzrok przykuła zielonkawa kropelka na ramie okna. Przyjrzał się jej z bliska i uśmiechnął paskudnie rozmasowując pulsującą bólem żuchwę. “Jak Mortimer nazwał tę truciznę? Bolesne rozstanie? To skurwiel długo nie pociągnie, jeśli go nie złapiemy na czas.”

Rzucał instynktownie i na śmierć zapomniał, że nóż był podarunkiem od Konstantego. Drań zawsze musiał czymś pokryć ostrze, zupełnie jakby jego mordercza precyzja to było za mało. “Ehh, zawsze wszystko musi się koncertowo spieprzyć. 

-Będziesz rzygał? Czy możemy już schodzić? Ruchy Cholewa, nie mamy całego dnia! – Niecierpliwił się Kozioł. 

Nie tracąc więcej czasu, Jan ruszył z wysoko uniesionym półtorakiem i ostrożnie zeszli na dół, ostrożnie stawiając kroki. Przestępując nad trupem młodzieńca Cholewę przeszedł grymas rozczarowania. “Gówniarz miał może z szesnaście wiosen, a bronił tego dupka niczym rodzonej matki. Po co Ci to było Dzieciaku?”. Kiedy zeszli do połowy schodów, usłyszeli donośny głos Magnusa. 

-Ktoś jeszcze ma jakieś sprzeciwy?!- Ryknął ich dowódca rozcierając knykcie i kładąc na blat zakrwawiony w okolicach głowni miecz. Przed nim leżał znokautowany mężczyzna, a w karczmie panowała grobowa cisza. 

Wciąż walcząc z rozdwojonym spojrzeniem Cholewa rozejrzał się po pomieszczeniu. Drzwi były zabarykadowane przez Bolka, który stał ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Wielkolud zablokował je jedną z ław i łypał groźnie na każdego, kto odważył się choćby zerknąć w kierunku wyjścia. Groźne dwuręczne toporzysko miał tuż pod ręką, oparte o ścianę swoim rozmiarem przewyższało większość zgromadzonych ludzi.

Cholewa przejechał wzrokiem dalej. Na środku karczmy dostrzegł trzy trupy. Skrzywił się. Sporo krwi, z daleka nie widział, ale założyłby się, że cięcia były robotą Konstantego. Przypomniał sobie zgrzyt stali, kiedy jego zamaskowany towarzysz wyciągał jeden ze swoich mieczy z pochwy. Westchnął ciężko i pokręcił głową. Kostek zawsze musiał narobić bałagan. 

Zwrócił wzrok na dwie zbite w przeciwległych kątach grupki ludzi. Tuż obok schodów kuliło się do siebie paru kupców. Byli pobici, poszarpani, ale żywi i struchlali ze strachu. Patrzyli z mieszanką wyrzutów i strachu to na chłopów, to na żołnierzy. Zwłaszcza na Konstantego, który nic sobie nie robiąc z ich spojrzeń wycierał właśnie skrwawione ostrze o karczmarską szmatę.

Dokładnie po drugiej stronie pomieszczenia w dużo większej grupie stali chłopi. Ich stroje był szare i proste, w kontraście do kolorowych kupieckich kubraków i ich bufiastych rękawów. Kilkoro z nich było rannych. Kobiety kwiliły cicho, chowając nieliczne dzieci za swoimi spódnicami, podczas gdy mężczyźni ramię w ramię mierzyli niepewnym wzrokiem uzbrojonych żołnierzy. Niebieskich pasów było mniej, lecz nikt nie miał wątpliwości, po której stronie leży przewaga. 

Na środku, obok szynku nerwowo przechadzał się Magnus. Spojrzeniem ciskał gromy, łypiąc oczyma to na jedną, to drugą strwożoną grupkę. Po jego prawicy stał Kostek. Maskę miał zaciągniętą pod sam nos, a w obydwu dłoniach trzymał czerwone od krwi miecze. Z błyskiem w oku czekał nieruchomo niczym pies, gotów na każde, nawet najmniejsze skinięcie swego dowódcy zaszlachtować wszystkich w karczmie. 

 Lekko utykając, Jan zszedł ze schodów. Za filarem ujrzał Krzywą, dociskającą Gąsiora do ziemi i trzymająca sztylet na jego gardle. Zmarszczył brwi. “Co ona tu do cholery robi? Przecież miała pilnować tyłów”. Przepełniony niepokojem, Cholewa wytężył wzrok. Wśród zapędzonych jak bydło chłopów dostrzegł nieprzytomnego Karczmarza, ze strużką krwi spływającą po jego skroni. “Co tu do cholery się stało?” 

-Co z Siemkiem?-Widząc niezrozumienie na twarzy Jana Magnus warknął jeszcze raz– Z tym zadufanym w sobie Paniczykiem Wojny Cholewa! 

-Zbiegł– Jan skrzywił się, kiedy to mówił– Znaczy chyba, wyskoczył przez okno i… 

-Jak to chyba?! – Magnus wydarł się tak, że mimo odległości Jan poczuł na twarzy kropelki śliny– To czemuście za nim nie skakali żołnierzu?! 

-Plan zakładał, że wtedy przejmą go Radzik, Mortimer i Olga– burknął Jan, zbity z tropu– Zaskoczył nas z Kozłem, Stach został postrzelony, padł trup, działałem instynktownie szefie, dostał w nogę zatrutym sztyletem, nie mógł zajechać daleko… 

-Mieliście go wziąć żywcem! – Wrzasnął Dowódca Niebieskich Pasów, a reszta obecnych w pomieszczeniu żołnierzy aż skuliła się na jego słowa– Taki właśnie był PLAN! 

-Plan był taki, że mnie tam w ogóle nie powinno być– Warknął Jan– Gdybym puścił Stacha samego, już dawno wąchałby kwiatki od spodu. 

Na te słowa wszyscy wstrzymali oddech. “Przesadziłem” Pomyślał Cholewa widząc jak jego dowódca to czerwienieje, to sinieje, to blednie na twarzy. Nie trwało to jednak długo. Magnus zaklął tylko szpetnie pod nosem, po czym rzucił mordercze spojrzenie najpierw Cholewie, potem Stachowi, a na końcu Konstantemu, który nie zdołał na czas rzucić się w pogoń: 

-Nie puszczę wam tego płazem– Syknął i wyciągnął zza pleców ogromnego Zweihandera– Ale najpierw musimy go złapać, zanim zdechnie. 

– Cholewa dobrze mówi, daleko nie ucieknie. Wtrącił wyłaniający się zza pleców Cholewy Stach– Chyba, że zamarznie na kość. Szefie, jest gdzieś Mordek pod ręką? -Skinął głową w kierunku lotek wystających z ramienia i skrzywił się. 

-Z nim też sobie porozmawiam– Warknął Magnus, po czym dodał– Na zewnątrz, doprowadź się do porządku Kozioł! 

-Tak jest! – Zasalutował niezgrabnie Stach, po czym ciężkim krokiem podszedł do drzwi. Bolko spojrzał na niego smutnym wzrokiem. Zamienili cicho kilka słów, po czym kaedweński olbrzym jednym ruchem odsunął ciężką ławę, wypuszczając kompana na zewnątrz. 

 -Ty, Ty i Ty z córką– Magnus wskazał w międzyczasie na kilku chłopów, po czym obrócił w stronę kupców -I Ty pięknisiu– warknął w kierunku najbardziej krzykliwie ubranego kupca– Za mną na górę! Cholewa idziesz ze mną, Bolko, nikogo nie wypuszczaj, póki co tylko Ty niczego jeszcze nie zjebałeś, Kostek, wyciągnij co nieco z tych kupców na zapleczu, ale nie waż mi się ich zabijać ani zostawiać trwałych śladów ZROZUMIANO?! Olga, zostaw tego nieudacznika i leć z Radzikiem za tym wozem, macie go wyśledzić, ale nie interweniować, jeśli zobaczycie kogoś trzeciego! 

-Tak jest– Zasalutowała czerwona ze wstydu i wściekłości Olga, po czym ogłuszając Gąsiora ruszyła w stronę wyjścia. 

-Tylko uważajcie w lesie na wschodzie, zostawiłem tam niespodzianki– Rzucił za nią Jan i powlókł się za Magnusem na piętro. Czuł się winny, oszołomiony i obolały. Nie tak to miało wyglądać… 

Niecały kwadrans później siedzieli upchnięci w siódemkę w ciasnym pokoiku, w teorii będącym tymczasową “kwaterą” Pana Wojny. Cholewa siedział przy biurku przeglądając korespondencję, a Magnus chodził niecierpliwie w kółko zasypując chłopów pytaniami. Gdy któryś z nich robił zbyt długą pauzę, dostawał w pysk. “Proste, a jakże skuteczne” Pomyślał, lecz wciąż trzymał dłoń na puginale. 

Mimo iż wszyscy mieli dłonie związane za plecami, Cholewa wciąż nie był pewien, czy czegoś nie kombinują. Kupiec w pstrokatym kubraku nie wydawał się co prawda niebezpieczny. Wręcz przeciwnie, był biały jak kreda, jąkał się i szukał oczyma kontaktu z dziewczyną. Cholewa z kontekstu wychwycił, że nazywa się Matylda i jest córką kowala. “Rzeczywiście niezła” Pomyślał mając w pamięci list Pana Wojny. 

Ojciec Matyldy budził już większy niepokój. Najlepsze lata miał już za sobą, lecz praca w kuźni obdarzyła go szerokimi barami, dużymi bicepsami i zapewne ogromną siłą. Siedzący obok młynarz miał co prawda złamaną nogę, lecz oczyma ciskał gromy na lewo i prawo, a z jego ogromną tuszą musiała iść mordercza siła. Ostatnim z chłopów był jakiś parobek, którego imienia Cholewie nie udało się wychwycić 

Przeglądając papiery, był zaskoczony formalnością całego przedsięwzięcia. Żadnej prywatnej korespondencji, żadnych uwag, przemyśleń. Dokumenty zawierały głównie księgi rachunkowe, kontrakty, jakieś czeki, weksle i czort wie co jeszcze. Cholewa przed laty nie bez powodu wytatuował sobie na lewym bicepsie przebitą sztyletem sakiewkę.

Darzył kupców ogromną pogardą. Tak samo traktował Oreny, Floreny, Korony i co tam jeszcze kontynent miał do zaoferowania. Wiedział, że są przydatne, w końcu sam kiedyś napadał na innych, aby je pozyskać. Lecz zawsze były tylko środkiem do osiągnięcia celu, którym przeważnie była pełna kicha i pusta głowa. 

Po kilkunastu minutach zorientował się jednak, że coś mu nie gra. Pośród dokumentów i szkatułek, niewiele było pieniędzy i czeków. Większe kufry zawierały natomiast tylko trochę ubrań i książek. Zupełnie jakby Pan Wojny jechał sobie przez kontynent goły i wesoły, sypiając w zajazdach na kocią łapę, choć księgi rachunkowe mówiły jak na dłoni, że obracał tysiącami, jak nie dziesiątkami tysięcy koron. “Ciekawe, ile tego jest poza księgami”. Pomyślał Jan przekładając stronę. 

Mimo to, Cholewa był zadowolony. Było tu wystarczająco dowodów i wskazówek, które w swoim czasie Radzik na pewno skutecznie wykorzysta. Kto wie, może dokopie się do reszty członków tej parszywej siatki i dalej pójdzie jak z płatka. 

-Posłuchaj mnie pederasto, bo nie będę się powtarzał– Magnus złapał fircykowatego kupca za gardło– Albo mi tu grzecznie wyśpiewasz, dokąd mógł się udać ten cały jak go nazywasz Siemko, albo już go więcej nie zobaczysz BO CI WYŁUPIĘ OCZY, ROZUMIESZ?! – Janowi przebiegł dreszcz po plecach. Magnus bardziej wściekły niż wtedy, kiedy rozprawiał się z Aennorem– elfim dowódcą komanda, które dwa lata temu trzymało ich z razem z Janem jako zakładników. 

-T-Tak– wydusił blady ze strachu kupiec. Był na oko po trzydziestce i miał delikatne wręcz dziewczęce rysy. Czarne loczki spływały mu wraz z potem po policzkach, a wąs skrojony na nilfgardzką modę wyraźnie wyróżniał się w tych stronach. “Elegancik pierdolony” mruknął pod nosem Cholewa i uśmiechnął się kpiąco. 

Kupiec przełknął ślinę i z trzęsącym się, melodyjnym głosem zaczął się nerwowo tłumaczyć, kiedy tylko Magnus puścił jego kołnierz: 

– Mości Panie -Odkaszlnął i wziął głębszy oddech– Pan Siemko zniknął na pół dnia, gdyśmy siedzieli w Baranowicach, kilka staj drogi stąd na północ, zarzekam s…– Błyskawiczne uderzenie otwartą dłonią, posłało go na posłanie -Tak się nie godzi! 

-Zostaw go– krzyknęła córka Kowala, wyrywając się ojcu– Tybalt nic nie wie o poczynaniach tego Potwora! To uczciwy kupiec i honorowy człowiek. Pozwól mu się chociaż, odnieść do tych zarzutów! – Piszczała

-Milcz Matyldo– Kowal widząc obracającego się Magnusa zasłonił córkę potężnym torsem, po czym zwrócił się do dowódcy Niebieskich Pasów– Wybacz Panie, młode to i głupie, myśmy prości ludzie są, nie układamy się z bandytami. Ani z czarusiami z podejrzaną przeszłością– Dodał gromiąc Tybalta wzrokiem. 

-Zdajecie sobie sprawę– Magnus wycedził przez zęby– Że mógłbym powiesić kurwa was wszystkich za zdradę, prawda? – Całą wieś, a potem spalić zabudowania do gruntu i zostawić ku przestrodze dla innych. Co więcej, zrobiłbym to wszystko w świetle prawa, a następnie dostał za to order. -Na te słowa z twarzy wszystkich obecnych w pomieszczeniu więźniów odpłynęła krew. Nawet z twarzy ogromnego młynarza, który w mgnieniu oka zrobił się bielszy niż swój fartuch– Jednakże, dopóki nie znajdę tego łachudry, macie szansę mnie od tego odwieść Albo mi w tym pomożecie, albo wierzcie mi, nie będę się wahał. 

Jan uśmiechnął się półgębkiem. Może wściekły, ale szef jeszcze nie stracił wrodzonego sprytu i przebiegłości. “Może nie wszystko stracone”. Kiedy przekładał jedną ze stert papieru, coś z brzękiem upadło na podłogę. Cholewa zmarszczył brwi. Na podłodze leżała moneta. 

Kiedy ją podniósł i dokładnie obejrzał w świetle płonącej świecy, na pierwszy rzut oka nie zauważył nic nadzwyczajnego. Ot, stara, nic nie warta, z jakimś dawno już zmarłym królem, którego Jan nie poznawał. Napis był koślawy i zatarł się dawno temu, lecz z jakiegoś powodu Cholewa poczuł, że moneta jest bardzo ważna. Z zaciekawieniem wrzucił ją więc do sakiewki. “Okraść złodzieja, to szlachetniej niż samemu zarobić” Przypomniał sobie jedno z powiedzeń jego byłego herszta “Rudego” i uśmiechnął się pod nosem. 

-----------------> 

Kilkadziesiąt minut później stał na zewnątrz i popijał z piersiówki. Maść od Mortimera łagodziła opuchliznę na oku, nos z powrotem był nastawiony, lecz Cholewie wciąż nieco wirowało we łbie. Mortimer mówił coś o wstrząsie mózgu i że powinien teraz odpocząć, lecz na takie pierdoły nie było czasu. “Czas na opierdalanie się był w Starym Obozie” Pomyślał Cholewa i szczelniej opatulił się kurtą. 

Zwiad nie trwał długo, po niecałej godzinie Radzik z Krzywą wrócili z wypiekami na twarzach. Szczęśliwie dla nich, wóz wypakowany był po brzegi żytem, które na wyboistym trakcie wesoło rozsypało się na wszystkie strony. Kiedy jednak udało im się znaleźć miejsce, w którym Pan Wojny zjechał w las, dostrzegli między drzewami kilka postaci i zgodnie z instrukcją wycofali się by zdać raport. 

Magnus nie zastanawiał się długo. Osobiście planował odnaleźć Pana Wojny biorąc ze sobą trójkę żołnierzy. Pozostała połowa oddziału miała utrzymać karczmę do jego powrotu. Zgodnie z rozkazem “Nawet mysz ma się nie prześlizgnąć”. 

Olga paliła się do akcji, Jan widział, że zrobi wszystko, żeby tylko wskoczyć na jego miejsce. O dziwo, Magnus jednak jej odmówił. Cholewa miał mieszane uczucia. Z jednej strony czuł się odpowiedzialny za to, że kupiec mu się wywinął. Z drugiej, wiedział, że nie jest w najlepszej kondycji i zamiast niego sprawiłaby się lepiej. “W co gra nasz szef?”. Zastanawiał się biorąc łyka z manierki. Gorąca ojczyźniana rozgrzewała w chłodną zimową noc, kojąc zarówno ból ciała jak i duszy. 

Dosłownie przed chwilą Magnus zakończył przesłuchanie. Tak jak mówił Gąsior “Za kłamstwo Czarni płacą chłopom srebrem, a za milczenie kłosem”. Wojna odcisnęła na wsi swoje piętno, mimo iż de facto nawet jeszcze do niej nie dotarła. Jesienny pobór, podatek wojenny oraz sroga zima doprowadziły chłopów na skraj śmierci z głodu. Ciężko się więc dziwić wójtowi Wierzchówki, że kiedy Pan Wojny zapukał do ich drzwi, wpuścił go z otwartymi ramionami. Nikt nie chciałby zdychać z głodu.

Jan zrozumiał Magnusa, jego dowódca musiał się tego domyśleć już w trakcie narady z Natalisem. Wiedział, że stanie przed dylematem co zrobić z chłopami, którzy klasyfikowali się jako zdrajcy. W teorii powinien zrobić dokładnie to, czym groził Kowalowi. Mimo to zwlekał, mimo iż było to groźne, oraz groził mu za to sąd wojenny. Jan trochę tego nie rozumiał, a trochę go za to podziwiał. 

“Ciekawe czy ten pieprzony Siemko ma takie dylematy” pomyślał. “Ciekawe czy on kiedykolwiek zawahał się przed odebraniem ludzkiego życia. Czy był za kogoś odpowiedzialny, za kogoś poza nim samym. Czy od jego decyzji zależało życie tak wielu ludzi” Splunął w śnieg. Żal mu było noża, dobry był, wyważony. Kostek zawsze nosił sprzęt najwyższej klasy.

Cholewa westchnął ciężko, modląc się w duchu, żeby sprawa nie skomplikowała się bardziej i ukradkiem spojrzał na wydzierającą się na chłopów Olgę. Żal mu jej było, bądź co bądź była świetnym żołnierzem, no, może tylko nieco zbyt porywczym. “I długo trzymającym urazę” Pomyślał z uśmiechem. “Będę musiał później zapytać Magnusa, czemu tak bardzo trzyma ją z dala od akcji”. 

Tym większe było jego zdziwienie, gdy Krzywa podeszła do niego tuż przed akcją i wyciągnęła dłoń: 

-Hej, pomyślałam, że może Ci się przydać– Burknęła pod nosem. Na te słowa, Cholewę zamurowało. 

-Dzięki, co to takiego? -Odburknął i przyjął prezent. Wiedział, jak bardzo chciała iść, wiedział też, że będzie za to chować do niego urazę, w końcu był jak to mówiła reszta “pupilem” Magnusa. Wiedział też jednak, że w głębi duszy nie umie się na niego gniewać. Trochę dziwnie się z tym czuł. Nie, żeby Krzywa nie była w jego typie. Wysportowana, z charakterkiem. Błękitne oczy i blond włosy, mimo że ścięte krócej od jego własnych, dodawały całości charakteru i niebezpiecznego pazura. Wiedział jednak, że Magnus był kategorycznie przeciwny takim spoufalaniom w oddziale, oraz czuł, że nie mieliby ze sobą przyszłości. “Taka żołnierska dola, ot co” Pomyślał i mimo wszystko puścił jej oczko. 

-Tak ci przypieprzył, że mrugać nie możesz? – Zmieszana spuściła wzrok i przygryzła wargę– Uważaj na siebie Rzemyk– dodała po chwili, po czym stanęła na palcach i pocałowała ukradkiem w opuchnięty od ciosu policzek. Nim zdążył coś powiedzieć, była już w połowie drogi do karczmy. Jan upewnił się, że nikt ukradkiem go nie obserwuje, po czym wypakował podarunek spomiędzy starych szmat. W ręku trzymał porządny, zgrabny toporek do rzucania z czerwoną jak krew rączką…

“Dostała go od Tasaka” Pomyślał i z powagą przypiął go do pasa. Starał się nie zwracać uwagi, na coraz bardziej piekącą bliznę na szyi. Mimo to w jego umyśle zaczęła kiełkować szalona, wręcz obłąkana myśl. “Zobaczycie, oj zobaczycie” Zdawał się słyszeć potępieńcze krucze ostrzeżenie. 

 

GNIEWOSZ I 

Murem za Panem Zarębą… 

Zagajnik niedaleko karczmy pod Cwanym Lisem 

Gniewosz siedział zamyślony paląc fajkę. Poza lichą świeczką, której nieśmiały płomień tańcował niczym leśny ognik, w izbie było ciemno, że oko wykol. Zupełnie jakby nic tu się nie stało. Jakby nic nie miało miejsca. Stary leśniczy wiedział jednak, że krew nie zdążyła jeszcze wsiąknąć w klepisko, ciągnąc się ponurym śladem od drzwi wejściowych, aż do sypialni.” Na Mamunę i sto czartów” Zaklął pod nosem i sięgnął po antałek. Nalał “Ducha puszczy” z rozmachem do obtłuczonego, drewnianego kubka i wychylił jednym haustem. 

Ciepło błyskawicznie rozeszło się po starym cielsku. Mimo ponad sześćdziesięciu wiosen na karku Gniewosz wciąż budził respekt swym rozmiarem. Owszem, z biegiem lat przygarbił się nieco, a niegdyś umięśnione i postawne ciało rozlało się we wszystkich kierunkach zarastając tłuszczem. Mimo wszystko Staremu leśniczemu zostało jeszcze nieco pary w łapach. “I dobrze, bo ten opętaniec wił się jak wąż, kiedy go ratowaliśmy”. Pomyślał i pyknął kółeczko z fajki. 

Mimo wszystko, ledwo we trójkę udało im się go przytrzymać. Gniewosz spojrzał za okno. Pośród mroku dostrzegł przemykającą szczupłą sylwetkę. “Dobrzy chłopcy” Mruknął pod nosem i zaciągnął się głęboko.

Od ponad godziny sprzątali bajzel, który zostawił im w prezencie Pan Zaręba. 

Gniewosz zlecił Czesławowi, jednemu ze swoich synów, by utopił wóz w bagnie, a przestraszone konie ukrył w bezpiecznym miejscu. Mimo iż zadanie nie było zbyt trudne, Gniewosz obawiał się o syna, “W głębi lasu nie jest bezpiecznie ostatnimi czasy” mruknął spoglądając w mętną zawartość obtłuczonego kubka. 

 “Kiedy wróci, pomoże Jarkowi” pomyślał stary leśniczy. Drugi z braci otrzymał nieco prostsze zadanie. Trzeba było pozbierać te pieprzone ziarno i zatrzeć ślady po koleinach. Może kupiłoby to nieco czasu, zanim pogoń trafi w końcu na ich niepozorną chatkę. Gniewosz zerknął ukradkiem na uchylone drzwi do swojej sypialni. Przymknął oczy i odetchnął ciężko.

Pośród dźwięków nocy i starego drewnianego domostwa wyłapał cichy, urywany oddech Krzesimira. Bał się o niego. Znał Pana Zarębę już wiele lat. Wielokrotnie zszywał jego rany i leczył z najróżniejszych dolegliwości, ale takiego przypadku jeszcze nie widział. “Jakiemu rzeźnikowi zaszedłeś za skórę tym razem?” przebiegło mu przez myśl.

Na szczęście rana na nosie i czole okazała się płytsza niż sądził. “Kto wie, może nawet blizna z czasem przestanie być widoczna”. Kilka szwów i po sprawie, nie ma co tym sobie zawracać głowy. Niestety szrama pozostawiona przez jakieś ostre, długie narzędzie stanowiła już większy problem. Gniewosz był prawie pewien, że ktoś chciał Pana Zarębę otworzyć od rzyci aż po czubek głowy mieczem i nie udało mu się to tylko przez przypadek. Na szczęście Krzesimir zawsze nosił kilka warstw wzmocnionej skóry pod płaszczem. Stracił jednak wiele krwi, zbyt wiele… Gdyby ten nożyk trafił o kilka centymetrów niżej, już dawno by nie żył.

Gniewosza niepokoiło jednak coś innego. Pan Zaręba pluł krwią. Na pewno miał połamane kilka żeber, lecz Gniewosz nie był w stanie stwierdzić, czy ma jakieś obrażenia wewnętrzne. Nie widział również miejsca po uderzeniu na przykład pałką czy buzdyganem. Zakładał więc, że musiało chodzić o upadek. “Najbliższe godziny będą kluczowe” obawiał się, że żebro mogło przebić płuco. W takim wypadku był już bezradny. No i ten nóż… wyszedł dosyć gładko, nie był też duży i nie naruszył żadnej tętnicy, jednak rana miała paskudną, poczerniałą obwódkę, z której sączyła się ropa i Gniewosz podejrzewał, że ostrze było zatrute. Co prawda poczynił wstępne analizy, lecz na wyniki trzeba było chwilę poczekać. Niestety alchemia rządziła się swoimi sprawami i była cierpliwa. Gniewosz też był cierpliwy. Krzesimir nie był…

Leśniczy obawiał się, że w tej swojej niecierpliwości może zejść z tego świata jeszcze tej nocy. “Najbliższe godziny będą kluczowe” Polał sobie po raz drugi, wychylił, skrzywił się. Bynajmniej nie przez moc trunku, a przez falę smutku która zalała go wraz z zawartością starego naczynia. “Ty uparty durniu” Wyszeptał przez ściśnięte gardło. “A mówiłem Ci, żebyś tam nie jechał” Niestety wiedział, że Pan Wojny nie słucha ani starych Leśniczych, ani ostrzegawczych listów, ani nawet głosu rozsądku. Gniewosz czasem myślał, że nawet gdyby w drzwiach stanął jego rodzony brat, to Pan Zaręba by nie posłuchał.

Zirytowany otarł strudzoną ręką piekące oczy. Po raz kolejny zacisnął bardziej rzemyki na wełnianym kożuchu. Siekiera leżała spokojnie oparta o ścianę tam, gdzie ją zostawił. Tak strasznie się bał. O Pana Zarębę, o swoich synów oraz tego co czyha na nich w ciemnościach. Wiedział, że czyha i bacznie ich obserwuje. 

Zdrętwiałymi palcami sięgnął ostrożnie po naszyjnik. Misternie wyrzeźbiona w drewnie twarz starca zdawała się uważnie wpatrywać w Gniewosza, zupełnie jakby go oceniała, zdawała się wyśmiewać i kpić jednocześnie. Leśniczy przymknął oczy i zaczął się modlić.

“Panie nasz, Duchu Lasu. O sprawiedliwy Borowy. Nie daj skrzywdzić sług swoich, otocz ich opieką, tak jak oni otaczają na co dzień twoje domostwo. Strzeż ich od złego, jak oni strzegą owoców twej pracy i mieszkańców twojej ziemi. Przepędź intruzów, jak i my przepędzamy tych, co w złym zamiarze przychodzą w twe progi.” Gniewosz nie zwlekał, wrzucił kilka przygotowanych wcześniej polan do paleniska i rozpalił od świeczki ogień. Kiedy płomienie zaczęły wesoło trzaskać sięgnął do torby. Wyjął z niej kilka mniejszych woreczków. “Korzeń pimentu, Wronie oko, Jemioła i Tojad” Sięgnął po garść każdej z nich i wrzucił z uwagą do ogniska.

Płomienie strzeliły do góry i izbę spowił gęsty dym. Gniewosz skupił się, po czym wyciągnął wielki nóż o szerokim ostrzu. Wziął głęboki oddech, po czym rozciął sobie wnętrze dłoni. Gęste krople krwi zaczęły powoli spadać z sykiem w płomienie. Na zewnątrz zerwał się wiatr, który wdzierając się do izby otworzył z hukiem na oścież wszystkie okiennice. Gniewoszowi zamigotało przed oczyma. Zachwiał się. Po chwili było już po wszystkim. Ciężko dysząc zamknął okno i usiadł ponownie na zydelku. Polał sobie trzecią kolejkę. Teraz pozostało już tylko czekać. "I modlić się, aby moi chłopcy zdążyli na czas…” 

---------> 

Ze snu wybudził go odgłos otwartych z hukiem drzwi. Zerwał się z krzykiem na równe nogi i chwycił za siekierę: 

 -Nie weźmiecie nas żywcem skurwysyny! 

-Tatku, to Ino Ja! – Słysząc głos starszego z braci Gniewosz ciężko opadł na fotel– Lada moment tu będą! Musimy schować Pana Zarębę! 

-Gdzie Jarko? – Nerwowo spytał leśniczy, próbujący zrozumieć co właściwie się stało i dlaczego przysnął w tak kluczowym dla nich momencie. 

-Zara będzie– Jeno worek ze zbożem wrzuci do piwniczki, przecie się zmarnować nie może…– Gniewosz aż poczerwieniał ze złości, wiedział, że jego młodszy syn jest bardziej chciwy od krasnoludzkiego lichwiarza, lecz w tym momencie zapragnął udusić go gołymi rękoma. Podniósł się z trudem mieląc w ustach przekleństwo: 

– Chodź ze mną– wydał polecenie młodszemu synowi i bez ceregieli wszedł do sypialni. Krzesimir leżał na wznak, znieczulony wywarem z maku i mandragory nie czuł pewnie zbyt wiele, jednak wciąż dychał. To było najważniejsze. Gniewosz zawczasu przygotował nosze, na których z trudem ułożyli Pana Zarębę. Niestety, Pan Zaręba był dość sporych gabarytów, więc kiedy po raz kolejny jego noga wyślizgnęła się z rąk Czesława, Gniewosz wziął głęboki wdech. -Złap z drugiej strony– warknął i splunął w dłonie.

Z niemałym wysiłkiem podnieśli nosze i chwiejnym krokiem ruszyli na zewnątrz -Uduszę gnojka, jak Dobrawę kocham– Sapnął i barkiem otworzył tylne drzwi prowadzące na zewnątrz. Chłód nocy ukąsił go boleśnie po uszach i przerzedzonej siwymi włosami głowie. – Jarko do kurwy nędzy, otwieraj piwniczkę! – Krzyknął w mrok. Po chwili usłyszał tupot butów młodszego syna i z ciemności wyłoniła się tyczkowata postać.

Jaromir był mniej więcej wzrostu Pana Zaręby, podobnie zresztą jak Czesław, jednak mimo wysiłków ojca, tak jak brat pozostawał chuderlawy i wątły. Pociągła twarz z wielkim jak truskawka i równie czerwonym nosem nadawała mu groteskowego wyglądu, a od brata rozróżniał go tylko brak charakterystycznej brodawki na brodzie. Po chwili drzwi od piwniczki stały otworem. 

-Nie ujdzie Ci to na sucho gówniarzu– Warknął ojciec i wtoczył się ciężko po schodach do piwniczki. Mieli niewiele czasu. Jeżeli Jarko rzeczywiście ich wypatrzył, to znaczy, że przekroczyli już potok i lada moment będą przy starej Brzozie. Klnąc jak szewc i obijając się o regaliki dotarł do końca wąskiego pomieszczenia. Położył nosze i schylił się– W ziemniaki go– Rzucił bez ceregieli i wyciągnął kilka obluzowanych cegiełek ze ściany. W płytkim zagłębieniu, w którym na co dzień trzymali kartofle był niewielki otwór. Gniewosz swego czasu trzymał tam kontrabandę. Nie był to może najdumniejszy okres w jego życiu, ale być może teraz miał uratować Panu Zarębie jego marną skórę. Stękając i zapierając się nogami ułożyli nosze w zagłębieniu. Gniewosz zawahał się, po czym zdjął wełniany kożuch i przykrył Krzesimira. 

 -Wytrzymaj jeszcze trochę Przyjacielu– Położył mu dłoń na ramieniu lekko zacisnął. 

-W-Wytrzymam Wuju, Ja nie pękam wiesz? Redańczycy nie pękają, sam mi tak mówiłeś– Krzesimir zaczął coś bełkotać przez sen. Jego palce zacisnęły się na dłoni Gniewosza. Leśnikowi zeszkliły się oczy, po czym odłożył pośpiesznie cegły na miejsce– Do chaty, po włócznie chłopcy– Polecił synom, po czym rzucił ostatnie spojrzenie na wnękę i wygramolił się z piwniczki. Nie oddadzą Krzesimira, choćby mieli wyrżnąć całą tę zawszoną bandę, która chce go dopaść. “Tak jak kiedyś” pomyślał. “Murem za Panem Zarębą”. Ledwo zdążyli wbiec do domu, kiedy rozległo się walenie do drzwi.

Gniewosz z przerażeniem zdał sobie sprawę, że w całym tym zamieszeniu zapomnieli ukryć Witka… 

 

JAN CHOLEWA IV 

Światełko we mgle… 

Obrzeża wioski Wierzchówka 

Jan przesunął kciukiem po chropowatej rączce, po czym złapał trzonek całą dłonią. Podrzucił parę razy, sprawdzając wyważenie i aż gwizdnął z podziwu. “Niezłe cacko” Pomyślał, po czym ponownie włożył go za pasek. Trochę wystawał, fakt. Nie była to także precyzja noża, lecz z większym pociskiem szła również większa siła. “Na grubego zwierza” Pomyślał z lekkim rozbawieniem pociągając z piersiówki. 

-Przestań się guzdrać Cholewa, idziesz czy nie?!- Głos Magnusa przebił się przez szum w głowie, który towarzyszył mu od pechowego starcia. Śnieg, którego używał do schłodzenia już dawno się roztopił, jednak śliwa mimo to zdążyła rozlać się po całym policzku. Zrezygnowany Jan poprawił tylko rzemienie i odkrzyknął: 

-Idę! – Splunął na ziemię, po czym złapał wzrok uważnie przyglądającego mu się Mortimera. Młody medyk, krzyżując z nim wzrok delikatnie się uśmiechnął, po czym podszedł. 

– Jak się czujesz przyjacielu? – Spytał z troską– Nie szumi za mocno w główce? Wstrząs mózgu i alkohol to kiepskie połączenie– Dodał już z większą ironią. 

-Spieprzaj– Burknął Jan zakręcając piersiówkę– Bardziej mnie boleć nie będzie, a tak przynajmniej nie kłuje aż tak mocno. 

-W takim stanie przydasz się nam mniej od Stacha, a tym bardziej od Olgi– Skwitował kwaśno Mordek i zlustrował go od stóp aż po głowę. 

-Odpuść– Westchnął Jan– Lepiej powiedz, jak się miewa Stach, przeszło przez miękkie? Jeszcze tego brakowało, by nam najlepszego tarczownika wycięli. 

-Na szczęście tak– Odparł Mortimer z wyraźną ulgą– Tyle lat znam tego upartego Kozła, ale ostatnio przechodzi sam siebie. W takim tempie nie dożyje czterdziestki. 

-Jeszcze trochę mu brakuje– Jan również się uśmiechnął. Kiedy dołączyli do czekających na nich Magnusa i Kostka, podjęli raźny marsz w kierunku stajni. 

-Mówisz, że sztylet był zatruty tak? Jak to z Kostkiem nazwaliście? Bolesne rozstanie? – Mortimer aż zacmokał – Masz szczęście, Konstanty ostatnio poprosił mnie o kilka fiolek, to i antidotum zrobiłem na wszelki. Mam tylko nadzieję, że zdążymy. Jeśli nie znajdziemy gagatka to się nam w dwie doby przekręci. 

-W jedną– Jan dodał ponuro– Tak szczerze powinien już nie żyć, ale musiał mieć jakąś wszywkę pod koszulą, klinga mi się zablokowała i prawie mnie przez to posłał na tamten świat– Sapnął ze złości. 

-A mówiłem Ci Cholewa, nożykiem go na bliskim dystansie hihihi– Wtrącił Konstanty– Przecież ten puginał nie od parady nosisz, prawda? 

-Ciekawe jak ty byś się spisał– Mruknął Cholewa, lecz w głębi duszy wiedział jak. Konstanty rozpłatałby go młynkiem i rozwiesił jego flaki po całym korytarzu. Zagryzł tylko zęby, wlepił wzrok w ziemię, lecz i tak nie był w stanie pozbyć się dreszczu z pleców. Wiedział, że Kostek bacznie obserwuje go znad maski tymi mętnymi, różnokolorowymi oczyma. 

-No to tym bardziej trzeba go znaleźć– Mordek przerwał niezręczną ciszę i uśmiechnął się odsłaniając szczerby– Ale uważaj na siebie Cholewa, błędnik Ci może zgłupieć przy głośniejszych dźwiękach 

-Dźwiękach? – Jan zdziwił się i aż się skrzywił, gdy Mortimer klasnął mu przed twarzą– Osz Ty! – Zamachnął się, lecz medyk zwinnie uskoczył. 

-Dokładnie Cholewa, dźwiękach– Mordek wyszczerzył się jeszcze szerzej i zaśmiał donośnie. W głębi ducha był jednak głęboko zmartwiony. Wiedział, że jego kolega robi dobrą minę do złej gry. Jan przewrócił oczyma i resztę drogi przemaszerowali w milczeniu. 

Kiedy dotarli do stajni, zobaczyli prawdziwy armagedon. Spłoszone konie, to rżały, to próbowały dorwać się żyta, którym gęsto zasłana była podłoga. Głębokie koleiny przy wyjeździe i lekko wyłamane skrzydło drzwi wyraźnie sugerowały co stało się z jednym z wozów. Połamana, leżąca nieopodal kusza Pana Wojny dopełniała przykrego obrazu: 

-Koniec pogaduszek panienki– Warknął Magnus do swoich żołnierzy, po czym podszedł do złamanej broni– Bogato zdobiona, sukinsyn lubi świecidełka. 

-Ano –Mortimer już chciał uspokoić konie, lecz jedno spojrzenie Kostka wystarczyło, żeby te z powrotem dostały ataku paniki– Czy mógłbyś, przyjacielu? – Lekko podirytowany medyk zwrócił uwagę zamaskowanemu żołnierzowi. Ten, uśmiechając się szeroko pod maską po chwili wyszedł z pomieszczenia i skupił się na poszukiwaniu tropu. 

Jan obserwował to wszystko nieco z boku. Wiedział, że zwierzęta nie przepadają za jego towarzyszem. Nie był zbyt przesądny, ale kiedyś jakaś zielarka wspominała, że roztacza wokół siebie złą energię. "Kto wie, może i miała rację”. 

Znalezienie tropu nie było trudne. Zgodnie z informacjami Radzika i Olgi, ścieżka z ziarenek doprowadziła ich wprost do traktu, a stamtąd mniej więcej na północ. 

-Nawet księżyc nam sprzyja– Rzucił Kostek, wskazując palcem na okrągły biały placek na niebie. Co prawda jako drużynowy tropiciel, bez problemu znalazłby ten wóz zupełnie po ciemku, oraz pewnie nawet bez ziarna. Jan jednak dobrze wiedział, że lubi umniejszać swoim umiejętnościom.

Mimo wszystko był raczej niskim, chudym człowieczkiem, którego twarz była przez większość czasu skryta za dziwaczną maską. Znad niej wystawały jedynie mętne, różnokolorowe oczka. Jedno puste i szare, drugie błękitne i przeszywające. Niektórzy nawet się na to nabierali, lecz zwykle kończyło się to dla nich tragicznie. Trzy trupy w karczmie były tylko ponurą zapowiedzią tego, do czego był zdolny. Jan zastanawiał się, czy Magnus go za to opierdolił, czy może wręcz przeciwnie… 

-Plan jest prosty– Powiedział po jakimś czasie dowódca Niebieskich Pasów-Radzik znalazł miejsce, w którym ten szaleniec zjechał z traktu w zarośla i zapewne rozbił się na którymś drzewie. W takim terenie nie mógł daleko zajechać, lecz podobno pomiędzy drzewami zauważono kilka postaci. Po zejściu z drogi robimy półokrąg, w odstępach po piętnaście, dwadzieścia kroków, każdy musi widzieć kolegę obok. Idziemy luźno, ale w formacji, tak jak ćwiczyliśmy. Oczy szeroko otwarte, słuch wyostrzony. Ja z Kostkiem idziemy na flankach. Cholewa, Mortimer w środku. Żadnych kusz, żadnych noży do rzucania i mamy go wziąć żywcem, jeśli jeszcze dycha. Zrozumiano? – Spojrzał krzywo na Jana. 

-Tak jest! – odpowiedziała ściszonym głosem reszta, po czym ruszyli dalej. Za plecami już dawno zostawili Wierzchówkę i resztę swoich ludzi siedzących w karczmie. Chłopi i kupcy wciąż musieli być trzymani pod kluczem.

Chcąc nie chcąc, nie mieli wyboru. Bolko musiał zostać. Tylko on i Konstanty byliby w stanie zapanować nad taką grupą ludzi, a Bolko był większy i o dziwo bardziej łagodny. “Mam nadzieję, że odstraszy ich samym rozmiarem. Zaraza, że też musiał ich chlastać” Cholewa przygryzł wargę wiedząc, że w tym momencie ich siły są osłabione i rozciągnięte do granic. 

-Tak się kończy współpraca z Czarnymi– Mortimer jakby wychwycił, co ten miał na myśli– Ale nie martw się Janie, Bolko ma doświadczenie z takim motłochem, a z Olgą u boku to mogą im co najwyżej podskoczyć. 

-Szeptem panowie, szeptem– Upomniał ich Magnus w miarę, jak coraz bardziej oddalali się od wioski. Jan skinął tylko swojemu towarzyszowi, po czym nieco przyspieszył kroku i zrównał się ze swoim dowódcą. Wciąż bił się z myślami. Wiedział, że jeśli nie uda im się znaleźć Pana Wojny, albo co gorsza znajdą go martwym, to wioskę czeka smutny los. Czy wtedy krew będzie również na jego rękach? “Bzdury” odpędził złe myśli. “Trzeba było kurwa nie bratać się z wrogiem” dodał dla otuchy, ignorując głos rozsądku. 

-Co tam się właściwie stało przy tym szynkwasie Szefie? Skąd ta burda? – Zadał pytanie, które siedziało mu w głowie od momentu opuszczenia kraczmy. 

-Cóż– Magnus zdawał się ważyć słowa– Stach wiele się nie pomylił, może nie figurant, ale za to partacz i idiota. 

-Gąsior? – Cholewa skulił się pod ciężkim wzrokiem swojego dowódcy 

-Ano– Magnus poprawił swój beret– Na odchodnym, kiedy wymeldowywał się z tej karczmy, zostawił Felixowi złośliwy liścik. Następnie podjebał pęto kiełbasy razem z butelką wódki, moczymorda jeden. Kiedy więc tylko Karczmarz go zauważył, to poszło już z górki… 

Cholewa zamrugał z niedowierzaniem, po czym westchnął ciężko: 

-I jeszcze menda nam nie powiedział, przecież za coś takiego jest stryczek. 

-I będzie– Przyznał mu rację Magnus– Tylko po tym, jak złapiemy Siemka, czy jak go tam psi chuje nazywają w tej jego hanzie. Znalazł się żartowniś jeden, człowiek o wielu twarzach. 

-A mimo to człowiek to człowiek, zgubiła go pewność, pojechał bez obstawy. 

-Nie wkurwiaj mnie– Uciął gadkę Magnus– Filozof się w tobie obudził? Póki co to nam uciekł, a kto wie jakie niespodzianki zgotuje nam po drodze? Pamiętaj Cholewa, to jego ziemia. Może nam się wydawać, że nasza, lecz jesteśmy w wielkim błędzie. Te lasy należą do miejscowych– Splunął na ziemię, po czym po chwili dodał, naciągając beret tak głęboko, jak tylko się dało– Mam nadzieję… 

Ziąb powoli stawał się nie do zniesienia– Tobie nie jest zimno Cholewa? – Spytał zdziwiony widząc lekko oszronioną czuprynę Jana. Tamten tylko wzruszył ramionami i pociągnął z piersiówki– Nie chlej tyle– Skrzywił się dowódca– Potrzebuję cię ostrego jak brzytwa, a nie przytępionego wódką– Zabrał mu piersiówkę i schował za pas, po czym ściszył jeszcze bardziej głos– Musisz to odkręcić Cholewa, rozumiesz? Jeśli go nie znajdziemy to ich wszystkich czeka stryczek– zatoczył ręką koło w kierunku wioski– A kto wie, nam pewnie też się za to beknie. 

-Mhm– Mruknął Cholewa nie odrywając wzroku od traktu. Był zły, ale wiedział, że dowódca ma rację. Drugi raz nie da plamy. Choćby miał dwa tuziny mężów wyciąć, dostanie się do tego paniczyka. 

-No, to się rozumiemy– Magnus uśmiechnął się ciepło i poklepał Cholewę potężną łapą po policzku. Po chwili, Jana wyprzedził Kostek, a Rzemyk chcąc nie chcąc wlókł się jako ostatni. Bez zbawiennej ojczyźnianej w piersiówce, noga szybko zaczęła z powrotem ćmić. Na szczęście mroźne, nocne powietrze łagodziło bolącą wciąż głowę. 

Nierówne, pokryte cienką warstwą lodu kamienie odbijały delikatnie poświatę księżyca. Mimo iż było mroźno, to na szczęście bezwietrznie. Jak na dłoni widzieli nierówny rząd ziaren pszenicy rozsypanych po całym trakcie, niczym po sznurku prowadzący ich za Panem Wojny. Tu i ówdzie zobaczyć można było nawet całe worki. Rozprute niczym upolowane dziki zalegały bowiem na poboczach drogi. "Tyle żarcia…” Pomyślał Cholewa i aż się oblizał. Można by z tego upiec wiele pysznych chlebów albo podpłomyków. Dokładnie takich, jakie lubił, prostych, znad ogniska, zagryzionych pieczystym i popitych ciemnym Kaedweńskim Stoutem.

Mimo że Ojczyźniana była przednia, to Temerczycy nie umieli ważyć piwa, oj nie umieli. Cholewa rozmarzył się na myśl o pysznej strawie, jaką często jadał z bandą Rudego po udanej grabieży. Po dłuższej chwili wrócił do rzeczywistości i mimowolnie zerknął na resztę oddziału.

Na przedzie szedł lekko przygarbiony Magnus, z beretem naciągniętym aż po same czoło. Potężne dwuręczne mieczysko o szerokim ostrzu, przewieszone miał luźno przez plecy. Ruchy były płynne, a każdy mięsień spięty. Był w swoim żywiole. Z każdą minutą garbił się coraz bardziej. Niczym pies gończy, wyostrzał wzrok, słuch a nawet węch. Jan zerknął przez ramię. Skrzyżował spojrzenie z Mortimerem, który luźno trzymając nienapiętą kuszę w dłoniach pozdrowił go gestem, delikatnie się uśmiechając. Wysoki medyk był szczelnie otulony wełnianym płaszczem z elegancko wyszytymi insygniami Niebieskich Pasów. Był z niego bardzo dumny, zdobył go na owym pechowym patrolu, kiedy stracił dwa zęby. Po kilku przeróbkach i zmianie barw pasował jak ulał, a Mortimer od tego czasu zawsze powtarzał “Dwa zęby za takie cacko, prawdziwa okazja. Mówię wam!”

Jego żółta niczym kłos żyta bródka również zaczynała pokrywać się szronem, a smukła głownia półtoraka wystawała zza pasa. Wypchana po brzegi torba z zielonym krzyżem sugerowała, że Mordek był przygotowany na każdą ewentualność. Dopiero po chwili Cholewa zauważył za nim Konstantego. Był ledwie widoczny, a Cholewa nie potrafił dokładnie powiedzieć, kiedy jego towarzysz zmienił pozycję. Jego szósty zmysł dawał im pewność, że nikt nierozsądny nie będzie próbować ich zajść od tyłu. Szli jednak bezszelestnie, z minuty na minutę coraz bardziej skupieni. Napięcie zaczynało narastać… 

-To tutaj– Po kilkunastu minutach Magnus uniósł zaciśniętą w pięść dłoń w górę, aby się zatrzymali-Wiecie co robić Panowie– Powiedział cicho i czterech żołnierzy z wolna zaczęło się rozchodzić.

Miejsce było niepozorne. Może nieco większy kamień na poboczu, może drzewo ciut bardziej przechylone. Nie za głęboko w las, lecz w bezpiecznej odległości od Wierzchówki. Gdyby nie szerokie koleiny, masa worków oraz połamane gałęzie drzew nigdy by nie pomyśleli, że może tam być coś ciekawego.

“No właśnie…” Jan zajął miejsce w formacji. Po prawej miał Mortimera, natomiast po lewej Konstantego. Tak jak można by się spodziewać, tropiciel Niebieskich Pasów momentalnie zniknął mu z oczu.

Bezszelestnie przeniknęli linię drzew, po chwili otulił ich las, a Cholewa nagle zdał sobie sprawę, że nie słyszy absolutnie żadnych dźwięków. “Dziwne, jechał na ślepo? Czy może coś tu rzeczywiście się kryje. Co, jeśli to pułapka?” Otrząsnął się z chwilowego otępienia, po czym skupił zmysły na tym co miał przed sobą. 

Skala zniszczeń, sugerowała, że woźnica niezbyt panował już w tym momencie nad wozem i chyba tylko cudem nie roztrzaskał się o drzewo. Cholewa bacznie uważał, aby nie nadepnąć na żadną gałązkę. Nagle, wszystkie inne myśli zeszły na drugi plan. Nie liczyło się już, czy Pan Wojny wjechał tu celowo, czy też przypadkiem. Czy ktoś tam na nich czekał, czy może zaraz znajdą trupa. Ważne było tylko zadanie. Ważne, aby nie zawieść.

Przeczesywał ścianę roślinności czujnym wzrokiem. Śnieg zalegał tu i ówdzie, lecz hałdy nie były na tyle duże, aby mógł się w nich schować człowiek. Wyczulony na każdy ruch pomalutku stawiał krok za krokiem przez wymarły las. W pewnym momencie usłyszał cichy bieg strumyka. Spojrzał w prawo. Wysoka postać zrobiła ruch ręką, Jan odpowiedział, po czym przekazał w lewo na ślepo. “Kostek na pewno zobaczy” Pomyślał i ponownie ruszył w kierunku źródła dźwięku. Koleiny prowadziły ich prościutko do wody. 

Po chwili jego oczom ukazał się niewielki strumyk, przecinający spowity grobową ciszą bór. Krystaliczna woda płynęła z wesołym pluskiem, delikatnie odbijając coraz słabszą poświatę księżyca. Księżyc pomału zaczął chować się za chmurami. Jan dwoma długimi susami pokonał bród, przechodząc przez strumyk suchą stopą. Gdzieś po prawej usłyszał cichy plusk. “Magnus musiał mieć mniej szczęścia” Pomyślał i aż przeszły go ciarki na myśl o kontakcie z lodowatą wodą.

W pewnym monecie ziarna zniknęły, a koleiny stały się płytsze i zaczęły skręcać w różnych kierunkach. Jana zlał zimny pot. Padła komenda i oddział błyskawicznie skrócił dystans. Niebieskie Pasy schowały się za drzewami, nerwowo wypatrując zasadzki. 

-Ktoś zaciera ślady– Szepnął Magnus– dam głowę, że już o nas wiedzą. Idziemy gęsiego, tak jak ćwiczyliśmy. Kostek otwierasz, Mordek zamyka. Z fartem Panowie. Nie bierzcie jeńców, Siemko na pewno nie ustoi na nogach, aby osobiście się pofatygować. 

Chwilę później, w coraz słabszej poświacie księżyca, cztery postaci zwinnie zaczęły przemykać od drzewa do drzewa. Minęli wyjątkowo leciwą brzozę i dotarli do niewielkiej, ginącej w mroku polanki. Na jej środku majaczyła niewielka drewniana chatka. Z daleka było widać, że mimo upływu lat ktoś o nią dba, a delikatna smużka dymu ciągnąca się z przekrzywionego komina sugerowała, że właściciel jest w środku. 

-Mamy naszego Pana Wojny-Syknął z pogardą Magnus– Obstawiamy wejścia dwójkami. Cholewa do mnie– Dowódca zaczął wypluwać z siebie polecenia. Przygarbieni, ruszyli pod chatkę w akompaniamencie coraz bardziej dźwięczącej w uszach ciszy.

 W kilka sekund dopadli do drzwi, po czym przywarli do ścian. Oddech Jana gwałtownie przyspieszył. Adrenalina uderzyła do krwi. Nie miało znaczenia co zastanie w środku, był gotów.

Kątem oka zauważył, że Mortimer wyciąga z torby łuczywo, po czym znika za narożnikiem. Kostka nie widział, lecz był pewien, że jest już na pozycji. 

-Otwierać w imieniu Króla Foltesta!- Potężna pięść Magnusa załomotała w drzwi. Otaczały ich głębokie ciemności, atmosfera natychmiast zgęstniała. Z ogromny zdziwieniem Jan zdał sobie sprawę, że się nie widzi nic poza niewyraźnymi konturami własnych palców. W pewnej chwili poczuł w ustach gęsty, siwy dym wylewający się z komina. “Co jest grane” Pomyślał z niepokojem. 

– Wiemy, że tam jesteście! Wiemy, że nie jesteście sami! Oddajcie go po dobroci, to nie spotka was krzywda! – Magnus kłamał jak z nut. Jeśli należeli do jego bandy, już byli martwi. Po dłuższej chwili usłyszeli niski, starczy, lekko zachrypnięty głos: 

-A czego to ludzi po zmroku nękać będą. Czego chcą?! 

-Dobrze wiesz czego chcemy Starcze– Warknął Magnus– A raczej kogo chcemy! Otwieraj albo wejdziemy siłą, a wtedy nie będzie miejsca na sentymenty! – Magnus wyjął zza paska ciężki buzdygan i przymierzył na wysokości zamka. 

-Starcze! Dobre sobie– Zza drzwi dobiegł ich zachrypnięty śmiech– Takich jak ty synku to swego czasu zjadałem na śniadanie– Jeśli tu wejdziecie, komuś z was może stać się krzywda, kto wie, może wszystkim-Starzec zrobił dłuższą pauzę– Odejdźcie, jeśli wam życie miłe. Ten las– Tu zrobił kolejną pauzę– Ten las daje wam ostatnią szansę.

Magnus w odpowiedzi uniósł dłoń. Jan ujrzał tylko jej zarys, gdyż księżyc skrył się za wyjątkowo gęstymi chmurami. Czuł się jak w krypcie, czerń, chłód i sapanie. “Sapanie?” Aż struchlał, kiedy zdało mu się, że z mroku słyszy dyszenie jakiegoś zwierza. Lodowata mgła wślizgnęła mu się za kołnierz. Coś tu było kurewsko nie tak… 

-Jeżeli ktoś ma tu dawać ostatnie szanse starcze, to my! -Magnus grał Twardo– On i tak nie dożyje jutra! Rany są zatrute, a tylko my mamy medyka! Jeśli zależy wam na jego życiu, lepiej nas wpuśćcie! – Odpowiedziała mu cisza. 

Buzdygan ze świstem spadł na grube drewniane drzwi. Rozległo się głuche łupnięcie, a zamek zaprotestował ze zgrzytem. Magnus uderzył po raz kolejny, a później kolejny. Kiedy drzwi wyłamały się z jednego zawiasu, Cholewa usłyszał groźne warknięcie. Obrócił trwożnie wzrok i ujrzał pośród ciemności liczne pary żarzących się ślepi. Warkot i charczenie, ślina kapiąca z pysków. “Wilki” Jan dostał gęsiej skóry “Tylko dlaczego nie uciekają?!”

-Magnus kurwa spójrz! – Trwożnie wyciągnął klingę w kierunku bestii, próbując zrzucić z siebie coraz gęstszą, lodowato-żółtą mgłę. Nagle, uderzanie ucichło, a gdzieś z tyłu chaty rozległo się przeciągłe wycie i stłumione krzyki. 

Bestie nie czekały na zaproszenie. Pierwsza w dwóch susach pokonała dystans dzielący ją od Magnusa i rzuciła mu się do gardła. A przynajmniej tego Jan mógł się tylko domyślać, ponieważ widoczność ograniczała mu się do kilku cali. Jedyne, co przebijało się przez oślizgłą, żółtawą mgłę była czerwień oczu bestii. Cholewa nawet nie próbował liczyć, ile ich było.

Kiedy Kapitan Niebieskich Pasów zamachnął się buzdyganem po raz kolejny, towarzyszył temu głuchy trzask i żałosne skomlenie. Nie czekając na kontrę, głośno zaryczał: 

-Mortimer! Konstanty! Cholewa! Do mnie! 

Jan ujrzał szarżujący w mroku cień. Niewiele myśląc ciął na oślep. Brudno, niepoprawnie, ale skutecznie. Ostrze przebiło wilczą skórę obryzgując Cholewę ciepłą posoką. Bestia kłapnęła zębami, lecz Jan zdążył zrobić niezdarny unik. Wilk wpadł na niego wybijając z rytmu. Cholewa ciął ponownie, tym razem po pysku. Rozległ się obrzydliwy trzask i klinga utkwiła w czaszce bestii.

Janem aż zarzuciło. Desperacko spróbował wyciągnąć miecz z trupa, lecz kolejne ślepia były tuż tuż. Złapał więc za pas, wyszarpując zza niego puginał. Czując w dłoni rękojeść długiego noża, pewniej stanął na nogach. Bestia doskoczyła, Cholewa ciął.

Wilk jednak zwinnie uniknął i zaczął go podchodzić z lewej. Jan wodził wzrokiem jak opętany próbując wychwycić, czy żaden napastnik próbuje zaatakować od tyłu. Nagle w oddali zobaczył żółtawy blask i następującą po nim eksplozję iskier. "Co do cholery” pomyślał poczuł potężne uderzenie w plecy. Obrzydliwy smród uderzył go w nozdrza, kiedy potężny basior powalił go na ziemię. Szczęki kłapnęły mu koło ucha, gdy bestia ryknęła ogłuszająco. Z krzykiem wbił puginał w wilczy łeb. Cielsko zwiotczało, a potwór wywalił paskudny jęzor.

Z wielkim trudem zrzucił z siebie siedemdziesięciokilogramowego potwora. Nim jednak zdążył stanąć na nogi, przed oczyma mignął mu kolejny. Tocząc panię z pyska rzucił się mu do gardła z obnażonymi kłami. Jan zrobił unik. Za wolno, zbyt niezgrabnie. Potwór zwalił się na niego całym swoim ciężarem. Jan aż przyklęknął. Złapał wilka rękawicami za szyję. Łapska z pazurami szarpały mu pancerz, wilk usilnie próbował się wgryźć mu w szyję. Smród był odrażający. Cholewie z bólu pociemniało przed oczyma. Biedna noga dźwigała zbyt wiele.

Niewiele myśląc skręcił tors i z hukiem wylądował razem z wilkiem na ziemi. Zaczęli się kotłować po zalegającym, czerwonym od krwi śniegu. Cholewa trzymał bestię mocno. Uczepił się wilczej szyi i zacisnął dłonie, dopóki gardłowe warczenie nie przeszło w skomlenie, a później w cichy pisk. Potem nie słyszał już nic. Ciężko dysząc puścił martwego wilka i po omacku wymacał puginał. Później drugie truchło, z którego z trudem wyszarpnął miecz. Podniósł się chwiejnie. Zatoczył szerokiego młynka półtorakiem i obryzgany posoką od stóp do głów rozejrzał się wokół. Było cicho. Zbyt cicho. 

-Magnus– Wrzasnął– Mordek! Kostek! – Odpowiedziała mu głucha cisza. Głos niósł się jakby zniekształcony, a po chwili wróciło do niego echo– Co do cholery– Warknął zachryple pod nosem 

Oparł się plecami o ścianę chaty, wszędzie wokół unosiła się gęsta żółtawa mgła, a może poświata? Jan zasłonił usta maską. W pewnym momencie zdało mu się, że ujrzał jakiś kształt. Usłyszał czyjś krzyk, potem zniekształcony głos. Wtem niedaleko z hukiem otworzyły się drzwi. 

-Pamiętajcie Chłopcy! Murem za Panem Zarębą! – Z chaty wybiegło kilka postaci– Jan już miał się ku nim rzucić, gdy nagle po lewej mignęła mu wysoka postać. Obrócił wzrok. “Mortimer!” Cholewa już miał się odwrócić do napastników, gdy poczuł nieznośne swędzenie na szyi. Postać zbliżała się za szybko. 

-Mort…– Nie zdążył. Rozległ się świst i ostre jak brzytwa pazury przecięły powietrze. Zrobił krok do tyłu i tylko to go uratowało. Szpony przeszły gładziutko przez wszystkie warstwy kurty i zostawiły mu płytki ślad na żebrach. Zasyczał z bólu. Przed nim znikąd zmaterializowała się upiorna, ponad dwumetrowa wychudzona sylwetka. Szkaradny łeb potwora przypominał wielką kulę, w której głęboko osadzone żółte ślepia wpatrywały się w niego nienawistnie. Syknął, po czym podniósł łapę po raz drugi. Przerażony Jan ciął instynktownie. Miecz przeszedł jak przez masło. Postać zamigotała, zasyczała i rzuciła się na niego z pazurami. Cholewa w desperacji próbował zasłonić się mieczem. Nie zdążył.

Pazury ponownie przeszły przez zbroję. Poczuł piekący ból, aż zaparło mu dech w piersiach. Kolejne uderzenie sparował, jednak miecz wyleciał mu z dłoni. Bestia była nieludzko silna. Potknął się, upadł. Już żegnał się z życiem, kiedy zza bestii wyłoniła się odziana w płaszcz postać z płonącym łuczywem w dłoni. Potwór w mgnieniu oka się obrócił, kiedy napastnik z pełną mocą przycisnął mu pochodnię do barku. Rozległ się nieludzki skowyt, a swąd palącego mięsa wywrócił treść żołądka Cholewy na drugą stronę. Mgła zakołysała, kiedy potwór zamigotał i rozpłynął się w powietrzu. 

-Wstawaj Janie! Wstawaj na Melitele! – Mortimer był blady jak trup, a na jego twarzy rozciągała się długa krwawa szrama-Musimy stąd uciekać! 

Jan niewiele myśląc złapał medyka za rękę i błyskawicznie się podniósł. Pochwycił leżący obok miecz. Po czym złapał się lewą ręką za bok. Na palcach czuł krew. “Niedobrze” pomyślał, kiedy rzucili się do panicznej ucieczki przez rozmywającą się na ich oczach mgłę. W pewnym momencie usłyszeli syk potwora. Jan mimowolnie spojrzał w bok i… zaniemówił.

Pośród sterty wilczych trupów dostrzegł wijącego się jak w ukropie mężczyznę. Mężczyzna wywijał młynki dwoma krótkimi mieczami, wyginając się w niemożliwych unikach i wyprowadzając obłędne parady. Obok tańczył Potwór, ich cięcia były błyskawiczne. Mężczyzna krwawił, lecz wirował piruet za piruetem. Mortimer niewiele myśląc, cisnął w kierunku stwora pochodnię. Ten z sykiem odskoczył, co dało Konstantemu chwilę wytchnienia, aby rzucić się do ucieczki. We trójkę popędzili, ile sił w nogach w kierunku strumienia, gdzie mgła wydawała się jakby przerzedzać. W pewnej chwili biegnący na przedzie Jan usłyszał głuchy huk. Obrócił się i ujrzał leżącego na wznak Mortimera, oraz kilka zbliżających się szybko w ich stronę postaci. 

-Mordek! – Jan wrzasnął i już miał zawrócić, gdy pędzący Konstanty złapał go za kołnierz i pociągnął w kierunku zbawiennego potoku– Zostaw mnie! -Darł się Jan– Tam zostali Mordek i Magnus! 

-Już im nie pomożesz głupcze– Kostek zdzielił go otwartą dłonią w twarz. Janem aż zatoczyło. Podniósł wzrok na towarzysza. Konstanty ciężko dyszał. Krwawił z kilku ran na rękach i torsie. Maska zwisała mu w strzępach. Na pokrytej bliznami i oparzeniami twarzy malował się grymas bólu. W na co dzień zimnych i mętnych oczach Cholewa dostrzegł błaganie. Z bólem serca odwrócił wzrok i popędził z Kostkiem w mroki nocy, zostawiając za plecami dwójkę towarzyszy… 

-----------> 

Nie pamiętał, jak długo biegli. W pewnym momencie stracił Kostka z oczu i biegł sam. Na oślep, w desperacji, w bólu. W skroniach pulsowała mu krew. Czuł ją też pod palcami. Nie wiedział, jak poważna była rana, lecz z każdym kolejnym krokiem czuł się coraz słabiej. W pewnym momencie zrozumiał, że się zgubił. W rozpaczy usiadł na korzeniu i oparł się o drzewo. Chciało mu się wyć.

Przymknął oczy. W głowie przelatywały mu gwałtownie obrazy. Mgła, krew, Mortimer, przeraźliwe oblicze potwora i płonące ślepia wilków. Istny koszmar. Ile wtedy przeleżał? Tego również nie pamiętał. Chłód nocy był przeszywający i kiedy już miał zapaść w niechybnie ostatni sen w jego życiu usłyszał… rozpaczliwe beczenie.

Wykorzystując resztkę siły woli wstał z trudem. Opierając się o pnie drzew szedł chwiejnie w kierunku płaczu, nie dbając o to czy może to być potencjalna zasadzka. W coraz słabszych dłoniach kurczowo zaciskał półtoraka. W pewnym momencie ujrzał małe stworzonko leżące pod zwalonym drzewem. Była to… owieczka. Rozpaczliwie beczała, coraz ciszej, coraz słabiej.

Podszedł do niej i uklęknął z bólem. Wyciągnął rękę. Zwierzę było tak osłabione, że nie miało siły protestować. Jan ściągnął rękawicę i pogładził owieczkę po głowie skostniałymi palcami. Była wyziębiona niemal tak samo jak on. Odruchowo wziął ją na ręce i rozpiął tunikę, aby wsadzić stworzonko pod podartą kurtę. Tam, gdzie została jeszcze garstka ciepła. Nie wiedział, dlaczego to robi. W głębi serca czuł, że śmierć obserwuje teraz każdy, nawet najmniejszy jego ruch. 

Kiedy podniósł wzrok, zdało mu się, że w oddali dostrzega znajome zarysy zabudowań. Księżyc ponownie wyłonił się zza chmur, rozpalając w jego sercu iskierkę nadziei. Cholewa ruszył chwiejnie, podtrzymując owieczkę zakrwawioną ręką. Z oczu zaczęły mu płynąć łzy. Do wioski wszedł powłócząc nogami i odbijając się od ścian domów. Snuł się pomiędzy zabudowaniami w kierunku karczmy, a może tylko mu się wydawało? Wtem w jednej z okiennic uśpionych chat dojrzał płomień świecy. Przystanął, nie był w stanie iść dalej. Owieczka cichutko kwiliła pod koszulą, a pod Janem ugięły się nogi. Po chwili usłyszał głosik. 

-Janko, Janko, O jeny co Ci się stało? – Przerażona dziewczynka złapała go za siną dłoń– Janko jesteś lodowaty! 

-Nie, jestem…– Wyszeptał Cholewa i zachwiał się. Dziewczynka zobaczyła owczy łepek wychylający się zza kołnierza. 

-Znalazłeś ją Janko! -Radosny pisk dziewczynki wbił się Janowi niczym szpilka prosto w mózg. Skrzywił się i poczuł szarpnięcie. Niestety, był zbyt zmęczony: 

-Może za chwilę dziecko, może za chwilę– Wybełkotał, po czym jego oczy odpłynęły w głąb czaszki 

Ostatnie co pamiętał to ciche beczenie owieczki, czyjeś silne, szorstkie dłonie, ciepło izby oraz morze czarnych loków. Później osunął się bezwładnie w ciemność. Wołała go, szeptała do niego, aby wreszcie się poddał, przecież nic na niego nie czeka prawda? Nikt nie niego nie czeka. A jednak do ostatniej chwili łudził się, łudził się, że gdzieś tam jest. Że jest i kiedyś ich ścieżki ponownie się przetną. Oddałby wszystko, żeby tak się stało… 

 

MORTIMER I 

W potrzasku… 

Gdzieś w ciemności pośród strachów 

Czując pulsujący ból z tyłu głowy, z ogromnym trudem otworzył oczy. Gdziekolwiek się znajdował, było tu ciemno jak w rzyci. Skrzywił się z bólu i oblizał spierzchnięte wargi. Na twarzy poczuł zaschniętą krew i paskudną szramę rozciągającą się od lewego ucha, aż po podbródek. Oddychał z trudem, lecz po dłuższej chwili doszedł do wniosku, że jego rany nie są śmiertelne. “Przynajmniej nie w krótkim czasie” Sprostował sam siebie w myślach. 

Przy najmniejszym przechyleniu głowy, zalewała go fala mdłości. Wystawiając czubek języka, spróbował poruszyć rękoma. Od razu jednak poczuł, że ktoś wyjątkowo ciasno splótł mu je za plecami. Zrezygnowany, oparł się o zbudowaną z belek ścianę i westchnął.

Niestety nogi, tak jak i ręce również oplecione były ciasno zaciśniętym sznurem, skutecznie uniemożliwiającym zrobienie nawet najmniejszego kroku. Zwalczył kolejną falę nudności i odchrząknął. Zabiłby, za odrobinę wody. Ba! Nawet za te szczyny z obozu. “Gdzie ja na płonące stosy Novigradu się znalazłem?!”

Na wspomnienie gorejących stosów Wiecznego Ognia, Mortimer odruchowo się wzdrygnął. Nagle wszystko mu się przypomniało. Tajemnicza, oślizgła mgła. Zgrzyt ostrza wyciągniętego przez Kostka, wilcze ślepia, żar płomieni… 

Kolejny dreszcz przeszedł mu przez plecy. Nienawidził ognia, lecz ten jednocześnie od zawsze go fascynował. Kiedy był mały, godzinami potrafił wpatrywać się w jedyną świeczkę, którą zapalano w przytułku w wyzimskich slumsach. Było w nim coś… nieokiełznanego, wręcz apokaliptycznego. Chcąc nie chcąc, cofnął się myślami wiele lat wstecz. 

Kiedy po raz pierwszy spotkał na swojej drodze kapłanów Wiecznego Ognia, wyjątkowo go zaintrygowali. Był wtedy jeszcze dzieciakiem, podatnym na wpływy i desperacko pragnącym wyrwać się ze slumsów. Chcącym udowodnić swoją wartość zarówno przed sobą, jak i przed niemal dekadę starszym druhem– Stachem. 

Na pierwszy rzut oka wydawali się wyjątkowo pobożni i sprawczy. Pomagali biedocie, wygłaszali kazania o pokorze i potępiali pychę. Młody Mortimer, wychowany w świecie pogardzającym możnymi oraz spędzający godziny w lazaretach wraz z siostrami Melitele, niemal natychmiast im uwierzył. 

Nazywał się Ethard. Mordek nie wiedział, ile ma lat, lecz wydawał się być u schyłku życia. Nie odebrało mu to jednak mocy, więc kiedy tylko przemawiał na wyzimskim placu, Mortimer zawsze starał się być jak najbliżej. 

Ethard grzmiał z mównicy, potępiając możnych i wychwalając cnoty takie jak: prostota, skromność i miłosierdzie. W pewnym momencie zaczął jednak mówić o obcych. 

O elfach, krasnoludach i innych. W płomiennych mowach obarczał ich winą za wszelkie zło, biedę i choroby. Młody Mortimer chłonął to wszystko z zapartym tchem i pewnego dnia, po odprawionym “kazaniu” podszedł do Etharda z ognikami w oczach. 

Z zachwytem poprosił go, żeby wziął go na ucznia. Wręcz błagał go na kolanach, aby wstąpić do kościoła Wiecznego Ognia i zostać jednym z nich. Ethard po chwili namysłu powiedział mu, żeby spotkali się po zmroku pod “Przelanym kuflem”. Gdyby tylko Mortimer wiedział… 

Pech chciał, że jako niespełna czternastoletni chłopak, lico miał wyjątkowo gładkie, a włosy w kolorze złocistej słomy sięgały mu aż do ramion. Lata niedożywienia wyostrzyły jego rysy, lecz mimo tego był pięknym, wręcz zbyt pięknym młodzieńcem. 

Gdyby przypadkiem nie natknął się wtedy na swego druha Stacha, nie przeżyłby tamtej nocy. Starszy towarzysz podejrzliwie zapytał go, dokąd zmierza, a później zmrużywszy oczy ruszył za nim bez jego wiedzy. 

Kiedy spotkali się z Ethardem, kapłan Wiecznego Ognia nie był sam. Olbrzymi drab bez pardonu zdzielił go wtedy pałką przez głowę, po Mortimer czym obudził tak samo zatęchłym jak to miejscu. 

Pamiętał gonitwę myśli, jaką miał wtedy w głowie. “O co chodzi? Oszukano mnie? Co ze mną zrobią?”. Kiedy olbrzymi drab przywiązywał go linami do stołu, Mortimer szlochał z bezsilności. Był przekonany, że stary kapłan zaraz go zgwałci, a następnie zabije. Nie mógł przewidzieć, że może być jeszcze gorzej… 

-Myślałeś, że mi się wywiniesz, parszywy elfie? Że przenikniesz do naszego Świętego Kościoła?!- Wydarł mu się w twarz obryzgując kropelkami śliny– Za tą wyjątkową bezczelność czeka cię po stokroć gorsza kara niż śmierć– W oczach Etharda płonął ogień szaleństwa. Kiedy olbrzymi drab stanął na straży na zewnątrz piwniczki, kapłan zaczął powoli, lecz boleśnie łamać biednego Mortimera. 

Mordek zarzekał się i płakał. Mówił, że nie jest elfem, ani półelfem. Dla starego Etharda nie miało to jednak zbyt wielkiego znaczenia. Był gładki, miał piękne włosy i ostre rysy, jeżeli nie był kobietą, był elfem… 

W desperacji, Mortimer zakrzyknął, że zrobi wszystko, aby tylko mu to udowodnić. Pamiętał ten szaleńczy uśmiech na twarzy starca, kiedy w odpowiedzi wyjął z leżącego nieopodal worka przygotowaną wcześniej lampę 

-Ten, co wypije świętą oliwę niczym wodę, zaprawdę udowodni, że czysta jest krew i dusza jego! – Zakrzyknął i zaśmiał się opętańczo, pochylając się nad struchlałym ze strachu młodzieńcem. 

Wtem, rozległ się huk i przez wyważone drzwi do środka zwalił się prawie dwumetrowy drab. Zza niego wyskoczył Stach, trzymając oburącz okutą metalem pałkę. Mortimer nie pamiętał, co wtedy krzyknął, lecz chwila zawahania ze strony Etharda wystarczyła. Kapłan w desperacji zasłonił się lampą, przed spadającym na jego głowę ciosem.

Wrząca oliwa rozlała się na wszystkie strony, tylko cudem mijając twarz Mortimera. Niestety, nie minęła jego włosów. Długa czupryna momentalnie zajęła się ogniem, a pomieszczenie wypełnił smród płonącego łoju.

Mordek widział, jak jego towarzysz rozbija pałką głowę szalonego kapłana, po czym w ostatniej chwili gasi pożar na jego głowie. “Gdyby spóźnił się choćby o sekundę…” 

Od tamtej pory zawsze ścinał włosy na krótko. Bał się również ognia, lecz tamtej nocy pośród wilków, coś powiedziało mu, aby rozpalił łuczywo. Gdyby nie to, nie uratowałby Jana, siebie i pewnie wszyscy by tam zginęli. 

“Tylko kto tym razem uratuje ciebie mój drogi?” Pomyślał zrezygnowany, wywracając oczy w głąb czaszki, aby zwalczyć kolejną falę mdłości. Wierzył w Stacha. Wierzył również w Bolka i w to, że Cholewa wraz z Kostkiem i Magnusem jakoś dotarli do reszty. Musiał wierzyć. Tylko to trzymało go jeszcze przy zmysłach. 

Mijały godziny. przed oczyma wykwitały mu różnokolorowe kwiaty, a odczynniki alchemiczne zdawały mieszać się ze sobą w najpiękniejszych kompozycjach. Każda próba przerwania tej pięknej symfonii kolorów, tego pejzażu dźwięków, kończyła się bolesną szpilą wbitą aż po sam mózg. Rozluźnił się, na tyle na ile było to możliwe i dał się ponieść.

Widział brudne ulice wyzimskich slumsów. Czuł egzotyczny ziołowy zapach na zapleczu tamtejszej apteki. Intensywny zapach leków i fekaliów pomieszanych z gnijącymi ranami w tamtejszym lazarecie. Słyszał kropelki wody z pluskiem rozbijające się o kamienny trakt. Plusk, Plusk. To go trochę uspokajało. Później obrazy zaczęły mu z powrotem mieszać się w jedno. Magnus, nieustanne życie w trasie. Obozy, namioty, przelatujące jak sceny w teatrze “Pory roku”. Jak kartki w książce. Gdyby Mortimer miał teraz coś przeczytać, bez wątpienia zrzygałby się na własne buty.

“Nie cackali się ze mną” Pomyślał z wyrzutem czując, jak cały tył jego głowy zamienia się w jeden wielki guz. W pewnym momencie usłyszał jakieś stłumione przez lniany worek głosy. 

-… Ale to po co Tatko go kazał brać żywcem, skoro teraz go Tatko chce ukatrupić? – Powiedział jakiś Młodzik. Mordek szarpnął więzami, lecz bez skutku. 

-…Urwiaj mnie Jarko, już i tak dzisiaj nabroiłeś, weź lepiej zajmij się Witkiem. Niech na to nie patrzy. 

Mortimer przełknął ślinę. Po chwili usłyszał, jak ktoś szybko zbliża się do drzwi, po czym poczuł silne szarpnięcie. Nagle czyjaś silna dłoń jednym ruchem zdarła mu z głowy jutowy worek. Zgłupiały błędnik zawirował, gdy Medyk zaczął zachłannie łapać powietrze. Ból w tyle głowy był nieznośny.

Kiedy świat przestał mu kręcić bączki, Mortimer zobaczył w mroku izby potężny kształt, który bez ceregieli złapał go za gardło. W jednej z dłoni trzymał pochodnię, którą po chwili niebezpiecznie blisko przyłożył Mordkowi do twarzy. Poczuł paniczny strach, szarpnął się ponownie, lecz równie dobrze mógłby próbować wydostać się z imadła. Żar łuczywa był tak blisko… Po chwili poczuł, jak ze zdartego strupa zaczęła ciurkiem płynąć krew. 

-Jak już zdążyłeś zauważyć– Zaczął chrapliwie m,ężczyzna– Twoja pozycja jest raczej kiepska– Teraz w blasku ognia Mortimer mógł mu się przyjrzeć bliżej. Na pokrytej bruzdami twarzy widać było zacięcie. Siwa przerzedzona czupryna była w nieładzie, wypieki na twarzy i czerwony nochal musiały świadczyć o tym, że lubił dawać w palnik. “No i ciężko pominąć ten odór jak z gorzelni” Pomyślał Mortimer “Gorszy niż u tego całego Gąsiora”.

Gęsta siwa broda zakrywała mężczyźnie mięsistą szyję i spływała aż do klatki piersiowej. Mordek dostrzegł w niej resztki dzisiejszej jak mógł wnioskować kolacji.

– Wyboru raczej nie masz– Ciągnął dalej potężny mężczyzna– Albo będziesz współpracował i podasz Panu Zarębie antidotum na tę waszą truciznę, albo sam posmakujesz jej na swojej skórze– We wzroku wielkoluda widać było wielką determinację. Mordek nie zamierzał jednak od razu dać za wygraną. 

-Khu..Khu…– Zacharczał, lecz silny uścisk nie pozwalał mu złożyć składnego zdania. Widząc to, Starzec poluzował nieco chwyt za gardziel– Khurwa– Wyrwało się z zachrypniętego gardła Mortimera– A więc nazywa się Zaręba tak? – Uśmiechnął się kwaśno odsłaniając szczerby po potyczce z Nilfgardczykami. -Starzec zaklął szpetnie pod nosem i wymierzył medykowi siarczysty policzek. Zapiekło jak diabli “Chyba nie wybił mi tym łapskiem kolejnych ząbków” Stwierdził z zadowoleniem Mordek badając wnętrze jamy ustnej językiem. Splunął w bok. 

-Znudziło Ci się życie co? Nażyłeś się młodzieniaszku? – Zapytał zdenerwowany Starzec– Mam cię pobić na śmierć? A może– Tu zrobił pauzę i przystawił Mortimerowi nieco bliżej pochodnię do twarzy– A może jak cię przypalę to sobie przypomnisz recepturę, hę?– Mortimer mimowolnie pobladł na twarzy. 

-Nie masz całej nocy– Rzucił, starając się uspokoić walące jak młot serce-Nie! Nie! Nie! Poczekaj! – Desperacko próbował cofnąć twarz przed zbliżającym się powoli łuczywem– Nie powiedziałem, że go nie uleczę! 

-Bo uleczysz robaczku, uleczysz– Odparł grobowym tonem Starzec– Powiedziałbym, że prędzej czy później, ale dobrze wiesz, że nie ma czasu na później. Podaj mi recepturę, a może nawet Pan Zaręba– Ponownie ugryzł się w język– Czy jakkolwiek na niego wołają da ci szybką śmierć. Taką bez ognia– Ostatnie zdanie wypowiedział z uśmiechem na ustach. 

-P-Po prostu lubię wiedzieć z kim pracuję– Odparł Mortimer przełykając ślinę– Wiesz, relacja lekarza z pacjentem i takie tam– Nerwowo się zaśmiał po czym zaskomlał, gdy kapiące z łuczywa krople gorącego wosku i smoły zaczęły mu skapywać na kołnierz-Powiem! Powiem! Jestem tylko prostym lekarzem polowym! Będziesz musiał mnie rozwiązać, bo nie uda ci się połączyć składników w odpowiedni sposób! -Zaczął nerwowo się wiercić i odsuwać od źródła ciepła. Mężczyzna gromko się zaśmiał, lecz nie cofnął pochodni. 

-Bardzo zabawne chłoptasiu, ale tak się składa, że wiem co robić. Wiem jakie to zabawki trzymasz w tej swojej torbie, więc nie próbuj mnie wykiwać– Zmarszczył brwi i cofnął na chwilę pochodnię, aby lepiej oświetlić pomieszczenie. Mortimer odetchnął z ulgą i rozejrzał się po pokoju. Znajdował się w niewielkiej komórce, ewidentnie dobudowanej do chatki z bardziej wyizolowanych i mniej łatwopalnych materiałów. W blasku łuczywa dostrzegł rozległy drewniany blat, na którym poukładane były odczynniki, fiolki, oraz baza alchemiczna w postaci zwierzęcego sadła. W pobliżu prawdopodobnie był też gdzieś spirytus, choć równie dobrze zapach mógł pochodzić z wnętrza gardzieli starca.

W kącie dostrzegł niewielkie palenisko, pod którym już ułożone były polana drewna. “Nie wyłgam się tak łatwo” Pomyślał z przestrachem, lecz po chwili uśmiechnął się kącikiem ust tak, aby mężczyzna go nie zauważył. “Niech sobie myśli, że ma mnie w garści, Magnus i tak chciał go żywcem”. Podniósł oczy na postawnego Starca, który wlepił w niego czarne mętne oczy i wyciągnął rękę z pochodnią w jego stronę. Mordka mimo wszystko przeszył dreszcz. 

-No dobrze, widzę, że znasz się na rzeczy– Zaczął niepewnie– Mam na imię Mortimer, nie będziesz musiał się wiele kłopotać, wystarczy, że sięgniesz do mojej torby. 

Wielkolud schylił się i podniósł torbę medyka spod stołu, bez ceregieli wyrzucił na stół całą zawartość. Mortimer lekko się skrzywił, gdy zobaczył, że część fiolek jest pobita. Pozostała część składników była albo mokra, albo w ogóle ich nie było. “Przeklęte potwory” mruknął pod nosem. 

-Niestety, ale twoje narzędzia uległy zniszczeniu– Powiedział jakby od niechcenia Starzec– Ale nie obawiaj się, mam swoje. Lepiej, żebyś miał szczęście i antidotum było gdzieś tutaj– wskazał palcem na stół i zawiesił pochodnię na ścianie. Mortimer zazgrzytał zębami. Nie tak to miało wyglądać. 

-Musisz znaleźć taki worek-Medyk skrzywił się w nagłej eksplozji bólu z tyłu głowy – Będzie oznaczony zielonym krzyżem. Wyciągnij z niego skórzany flakonik z czerwoną wstążką, tam jest zaczyn odtrutki. Musisz rozpalić ogień i wydestylować wyciąg z liści blekotu. Tylko uważaj, musi być krystaliczny. Później musisz utrzeć w moździerzu mysichwost i ostrożnie wymieszać w proporcjach jeden do trzech. Jeśli nie będziesz dokładny, pan Zaręba zejdzie w niecały kwadrans– Mortimer syknął z bólu– I daj mi do chololery jakiś okład na głowę, bo zaraz mi pęknie i tyle będzie z twojego antidotum– Warknął z wyrzutem– Twoi synalkowie na pewno znajdą chwilę, aby wyściubić nos na zewnątrz. 

-Ciekawe…-Starzec cmoknął w zadumie wykładając składniki, o których mówił Mortimer. Kompletnie ignorując młodego medyka pochylił się nad paleniskiem. Po chwili w pomieszczeniu wesoło trzaskał ogień, a w fiolkach destylował się wyciąg. Mężczyzna podszedł do Mortimera i spojrzał na niego z góry. 

-Czego chcesz góro sadła? – Coraz bardziej obolały Mordek nie gryzł się w język– Teraz mnie przypalisz dla zabawy? Czy może przetestujesz jedną z tych trucizn o których tyle mówiłeś? 

-Nazywam się Gniewosz– Odparł jakby nie zwracając uwagi na to, co mówił wcześniej medyk– I nie, nie przypalę cię Chłopcze, na razie… Zmarszczył brwi– Młody jesteś, lekko starszy od moich chłopców– Stwierdził jakby od niechcenia. 

-Już się nażyłem, wierz mi– Burknął zbity z tropu Mortimer– Więc jeśli chcesz mi przemówić do sumienia, to bez pochodni Ci się raczej nie uda. 

-Młody jesteś, a mimo to wiesz całkiem sporo. Znasz się na alchemii– Kontynuował niezrażony Gniewosz– Mogłeś próbować mnie oszukać, w końcu jestem tylko leśnym dziadkiem– Gniewosz rozsiadł się na zydelku i sięgnął po moździerz– Ale tego nie zrobiłeś. – Zaczął skrupulatnie ugniatać mysichwost– Powiedz mi Mortimerze, myślisz, że jesteś cwany? 

-Najwidoczniej nie aż tak, skoro dałem się złapać– Skrzywił się ponownie. Słowa rozbrzmiewały niczym eksplozje krasnoludzkich sztygarów. 

-Czemu potrzebujecie go żywego? Nie patrz tak na mnie Chłopcze. Wiem, że nie jesteś ze mną szczery z troski o własną skórę. Symbole na twoim płaszczu mówią, że prędzej byś sczezł niż mu pomógł, gdyby taki był rozkaz. 

Mortimer jeszcze bardziej zbity z tropu zmrużył oczy. Gniewosz mówił bardzo spokojnie, wręcz kojąco. Stojąc do niego tyłem spokojnie ugniatał rośliny co chwila zerkając do wyciągu z liści blekotu. Czyżby go nie docenił? – Nie chcesz mówić, to nie. Trudno– Zamyślił się na chwilę– I tak Pan Zaręba nam powie jak stanie na nogi– W jego głosie było słychać spokój, lecz Mordek dałby sobie rękę uciąć, że starzec bardzo dobrze maskuje obawy. “Nieźle go musiał Cholewa pochlastać, skoro jest aż tak poważnie” Ponownie się uśmiechnął, ale tym razem kwaśno. “Rzemyk zawsze musiał coś spieprzyć. Grunt, że przynajmniej wszyscy żyją i może nawet dotrwam poranka. Jeśli mi głowy nie rozsadzi” Co prawda nie mógł sięgnąć dłonią, ale był pewien, że guz jest wielkości porządnej śliwki, albo i małego jabłka. Dawno nie czuł się tak paskudnie. 

-Wiesz, może i bym co nieco powiedział, ale nie chce ci zarzygać podłogi. Wiesz, nie wypada– Rzucił na odczepnego i przymknął oczy. Tak było trochę lepiej– Może chociaż uchyl drzwi do chaty, albo jakąś okiennicę? 

-Na zewnątrz jest wciąż niebezpiecznie– Stwierdził Gniewosz– Najwidoczniej Borowy nie zadowolił się tylko waszym łysym towarzyszem i wciąż czeka na ofiarę. Możesz jednak wypić to– Podszedł do niego z obtłuczonym drewnianym kubkiem, z którego unosił się przyjemny zapach– Powinno zmniejszyć nudności– Mordek na słowa Gniewosza szarpnął się porządnie. “No przecież…” 

-TY! Ty Draniu! Kurwi czartowski pomiocie! – Wrzasnął nie zważając na ból– To twoja sprawka! To ty nasłałeś te monstra– Wlepił w Gniewosza nienawistne spojrzenie. 

Gniewosz tylko westchnął. Położył kubek z wywarem na podłodze obok Mortimera i wrócił do wyciągu z liści blekotu. Słuchając licznych bluzg i pomstowań medyka, ostrożnie odstawił fiolkę i zgodnie z zaleceniem wymieszał z wcześniej utartym mysichwostem. Po chwili dolał zaczyn ze skórzanej fiolki. Nim się obejrzał, już miał w drewnianej miseczce antidotum na “Bolesne rozstanie”. “Albo śmiertelną truciznę, która go zabije, jeśli chłopak jednak mnie wykiwał, lub popełniłem błąd” Przeszło mu przez myśl “Nie, dzieciak nie mógł kłamać”. Nie miał pewności, lecz niestety nie miał też wyjścia. Nie zważając na dalsze krzyki rozgarnął pogrzebaczem płonące polana i udał się do izdebki, w której leżał Pan Zaręba. “Jeszcze trochę Przyjacielu, jeszcze chwila, jeszcze chwileczka” Powtarzał w myślach. 

Krzesimir wyglądał źle, bardzo źle. Co prawda chłopcom udało się go przenieść z powrotem do łóżka, lecz był jeszcze bledszy niż poprzednio. Czoło ewidentnie rozpalone, pełne było kropelek potu, a oddech coraz płytszy i przerywany. “Jeśli lekarstwo nie zadziała, nie dożyje poranka”.

Gniewosz rozejrzał się po izbie. Jego synowie razem z małym Witkiem zgodnie z wcześniejszą radą siedzieli w głównej izbie, aby nie pałętać mu się pod nogami. “Biedny dzieciak, a co, jeśli osierocą go po raz drugi?” Ta myśl nie dawała mu spokoju “Nie! Pan Zaręba nie z takich co im śpieszno na drugą stronę, nie po to przecież te wszystkie skarby zakopywał po lasach, nie po to Witka małego z chaty płonącej wyciągał, aby teraz to wszystko zostawić w cholerę” Gniewosz ujął go ręką za głowę i delikatnie podniósł, wlewając powoli płyn do gardła. “Pomału, aby się nie zadławił” A później bez ceregieli złapał go potężną dłonią za brodę. “Nawet mi się nie waż umierać” Syknął cicho “On cię potrzebuje… my ciebie potrzebujemy ty parszywy egoisto”. 

Krzesimir nie odpowiedział, stęknął cicho i przewrócił oczyma. “Teraz jego życie w rękach Melitele” pomyślał smutno Gniewosz i wrócił do synów. Czekała ich wyjątkowo długa i pełna strachów noc…

Koniec

Komentarze

Hej

Polecam wpisać w wyszukiwarkę – jak zapisywać dialogi, fantazmaty. Przeczytać i poprawić, bo masz tyle błędów w zapisie, że trudno mi czytać. Interpunkcja też do poprawy – brakuje przecinków i kropek.

Pozdrawiam

Nowa Fantastyka