- Opowiadanie: El_nieznany - Blaski i cienie gór Karaxna (cz.2)

Blaski i cienie gór Karaxna (cz.2)

Kontynuacja pierwszego fragmentu. Nieco światła na sytuację. 

Tekst podobnie jak poprzedni pisany dla ćwiczenia pióra i jako ucieczka od rzeczywistości.

Oceny

Blaski i cienie gór Karaxna (cz.2)

Enehdu czuła się dziwnie wędrując w towarzystwie głośnej grupy ludzi, której w ogóle nie rozumiała. Widziała, jak górale co jakiś czas wytykają ją palcami. Męczyło ją to bardziej niż marsz w coraz bardziej stromym terenie. Nie zatrzymali się na żaden postój. Wioska musiała być już blisko. Dotarli do celu tuż przed zmierzchem.

Osada znajdowała się na wysokim wzgórzu. Nie usypano na nim wału ziemnego, jedynie otoczone je na zboczach zasiekami z gałęzi. Powracających myśliwych i przybyszkę przywitały okrzyki z wnętrza osady. Nie wiadomo skąd zwaliła się na nich chmara dzieci. Od razu wróciły uwagę na Enehdu. Z szeroko otwartymi oczami przypatrywały się jej ciemnej skórze. Zaczęły się do niej zbliżać. Szybko otoczyły ją niczym chmara owiec. Nagle ze wzgórza zjechał mężczyzna na małym koniu. Podobnie jak Austerai miał na sobie kozi kożuch. U pasa majtał mu miedziany toporek na długim trzonku. To musiał być ktoś ważny.

Jeździec warknął coś do dzieci, a te błyskawicznie pobiegły do osady. Posłuchały go bez wahania.

– Tacy młodzi, a już urobieni – pomyślała Enehdu.

Mężczyzna zatrzymał się bardzo blisko przybyszki. Podobnie jak reszta bardzo dokładnie się jej przyjrzał. Wtedy odezwała się Austerai. Pomachała mu. Na jej widok jeździec zszedł z konia. Podeszli do siebie zaczęli i całować swoje policzki po trzy razy. Kobieta z południa poczuła uderzenie ciepła w brzuchu widząc to wylewne powitanie.

Przywódczyni grupy myśliwych zaczęła rozmawiać z jeźdźcem w swoim języku. Po chwili przemówił on bezpośrednio do wędrowczyni w mowie Prax’xian.

– Naprawdę jesteś czarownikiem? Wyglądasz nieco niewiarygodnie. Ciemna skóra i zaklęcia na mieczu to nie dowód mocy.

Od razu poznała, że mówi on płynnie i bez zawahania. Poczuła ukłucie zazdrości, że ona sama musi do niego przemówić w prymitywny, handlarski sposób.

– Tak. Czarownik z południa. Przybyć za wielkie światło z niebios.

Mężczyzna skrzyżował dłonie na piersi.

– Udowodnij to. Chcemy zobaczyć te cuda, które potrafisz wyczarować.

Uśmiechnął się lekko. Dopiero teraz Enehdu zauważyła, jak bardzo jest podobny do Austerai. Mieli identyczne usta i te same, ciemnoniebieskie oczy.

Hunya zarżał. Musnął delikatnie swoją siostrę w plecy. Jakby chciał ją ostrzec, aby nie przesadzała. Podziękowała mu w duchu, lecz czuła potrzebę, aby pokazać temu człowiekowi, że nie jest byle kim. Sięgnęła do juków i wyjęła stamtąd grubą miedzianą bransoletę. Położyła ją na ziemi i uklęknęła.

Zaczęła szeptać słowa w kapłańskiej mowie. Prosiła, aby znalazł się bóg, który jej pomoże. Minęło kilka sekund, gdy usłyszała ciche, syczące głosy. Nie miały wyraźnego źródła. Usłyszeli je też jeździec i Austerai, zaczęli rozglądać się nerwowo na boki. Uśmiechy zniknęły z ich twarzy.

Lecz to jeszcze nie było to. Enehdu wiedziała, że teraz mówi do niej tylko Amnnua, władca podziemi. Za swoje usługi zażądałby wielkiej i kosztowanej ofiary. Przybyszka czekała na lepszego boga. W końcu usłyszała głos, który ledwo można było odróżnić od podmuchu wiatru. Poznała w nim wolę Annila, boga niebios i powietrza.

– Pomogę ci, matko szczęku i iskier.

 

– Dziękuję ci, o łaskawy władco chmur i deszczu. Jak mogę ci służyć w zamian? Czego oczekujesz?

O dziwo, na to pytanie bóg nie odpowiedział. Wiatr wciąż zaznaczał jego obecność, lecz nie niósł ze sobą słów. Enehdu zapytała jeszcze raz, zaniepokojona. Bogowie rzadko okazywali tak ogromną dobroduszność. Nagle bransoleta zaczęła w niewiarygodnym tempie pokrywać się patyną. Przybyszka poczuła pod palcami jak powietrze drży od energii. Dotknęła metalu. Od razu przez jej ciało przebiega silna, lecz niebolesna fala energii. Wtedy poczuła jak Annil bez słów udziela jej wiedzy. Wyjaśnił, że od tej pory, ten kto założy nowo postawały artefakt zyska władzę nad malutką częścią pioruna. Będzie mógł rozniecać ognie i razić nim wrogów.

– Dziękuję ci władco wichrów i burz. Ale czego chcesz w zamian? – wyszeptała.

Odpowiedział jej dopiero po dłuższej chwili. Znów bez słów wtłoczył jej wiedzę do głowy. Pragnął, aby znalazła miejsce, gdzie spadło wielkie światło i zabrała je na południe. A tam mogła robić z nim co chciała.

– Tak się stanie – odpowiedziała mu.

Wędrowczyni zdziwiła się takimi warunkami, lecz przyjęła je bez wahania. Bogowie, choćby zgrzytali zębami zawsze dotrzymywali zawartych umów i bezlitośnie ścigali tych którzy je łamali. A ona nie zamierzała rezygnować ze swojego celu.

Wiatr ucichł. Enehdu wstała i podała już całkowicie spatynioną biżuterię jeźdźcowi. Zadrżał, gdy jej dotknął. Poczuł moc Annila zawartą w darze, który otrzymał.

– Wierzyć? – zapytała przybyszka.

– Wierzę. I zapraszam na wieczerzę. Chyba mamy powody do świętowania.

Weszli do osady czy bardziej tymczasowego obozu. Większość budowli była szałasami z gałęzi i darni. To nie było miejsce, gdzie można było spędzić zimę. W centrum znajdowała się zagroda dla zwierząt. Była pusta, ślady na ziemi wskazywały, że niedawno była tam chmara owiec bądź kóz. Ludzie krzątali się we wszystkich stronach. Niektórzy łupili krzemień na narzędzia, inni zaczęli już oprawiać zdobytą zwierzynę. Wszystko odbywało się niemal bez słowa. Enehdu uderzyło uczucie dyskomfortu. To nie było dla nich naturalne. Coś złego wisiało tu w powietrzu.

– Tędy! – pokazał jeździec, który ponownie wsiadł na konia.

Szli w kierunku największej budowli obozu. Jedynej którą można było nazwać budynkiem. Była to niska, choć rozległa kryta strzechą chata z nieociosanych bali. Z otworu w dachu unosił się dym. Dookoła niej stało kilka osób, które wyróżniały się z tłumu. Niektórzy z nich mieli ciemną skórę, choć nie tak jak Enehdu. Byli źli. Opierali dłonie o biodra. Rozmawiała z nimi kobieta o oliwkowej cerze i rozpuszczonych czarnych włosach. Chcieli ją zastraszyć. Opierała się o włócznię, którą co jakiś czas machała na prawo i lewo.

– Czyżby dzieci były tu bardziej posłuszne od dorosłych? – pomyślała przybyszka.

 Nagle zrobiło się głośniej. Jeździec wyprostował się w siodle. Zmrużył oczy. Rozmowa przed chatą przerodziła się w kłótnię. Niektórzy chwycili za pałki i krzemienne noże.

 Enehdu odruchowo sięgnęła rękojeści miecza. Czuła w okolicy dużo negatywnych emocji, widocznie właśnie znalazły one ujście. Nim zdążyła zrobić cokolwiek więcej zaczęła się bójka. Ktoś zamachnął się na kobietę z włócznią. Zrobiła unik. Odskoczyła na ugięte nogi. Zadała pchnięcie. Miedziany grot wbił się atakującemu w ramię. Zakwiczał jak zarzynana świnia.

Jeździec był wściekły. Wyjął toporek zza pasa i pogalopował wrzeszcząc coś w swoim języku. Brzmiał jak bulgocząca od gorąca woda.

– Nie ma co się angażować – pomyślała przybyszka.

Nawet nie wiedziała o co się biją.  

Miedziany toporek jeźdźca rozciął twarz kobiecie uzbrojonej w pałkę. Od razu wstrząsnęły nią drgawki. Wrzasnęła i padła na ziemię. Na jej ciele pojawiały się czerwone linie. Promieniowały od głowy w dół. Jakby trafił ją piorun.

Walczący podzielili się na dwie grupy. Z jednej strony kobieta z włócznią i konny a z drugiej reszta, siedem osób. Krążyli wokół siebie. Wszyscy bali się zaatakować, zrobić jakikolwiek ruch.

Wtedy Enehdu poczuła jak między jej ramię a ciało wsuwa się głowa Hunyi.

– Co jest? – syknęła.

Jej brat chwycił w zęby rękojeść miecza. Zarżał. Ostrze zaczęło wysuwać się z pochwy.

– Przestań, co niby mam zrobić? – krzyknęła w swojej ojczystej mowie.

Hunya nie przestawał ciągnąć za miecz, mimo że Enehdu trzymała go dłońmi za pysk.

Nie zauważyła, że wszyscy zaczęli się jej przyglądać. Kobieta które siłuje się o broń z własnym wierzchowcem była osobliwym widokiem. Na tyle, że chwilowo zapomnieli o walce.  Wtedy bez zaskoczenia buchnął jej w twarz silny wiatr.

– Spraw, żeby przestali. To dla twojego dobra – To był Annil – no już, powstrzymaj ich! – podmuch był tak silny, że wysuszył jej oczy.

– Ja Enhedu z Hummaranya! – warknęła, jedocześnie wyciągając obśliniony miecz i unosząc go do góry.  

I zamilkła. Nie wiedziała co powiedzieć dalej. Nie wiedziała, czy w ogóle ją rozumieją. Postawiła więc na prostotę.

– Zesłać mnie bogowie i boginie. Zesłać by pomóc. Przerwać walkę.

Musiało to wyglądać groteskowo, zważywszy na jej łamany Prax’xiański. Dookoła miejsca sprzeczki zrobiło się zbiegowisko. Głównie dzieci. Dorośli przyglądali się z daleka.

Jeździec był człowiekiem zręcznym na umyśle. Od razu wykorzystał sytuację. Tak wydawało się Enehdu. Zaczął mówić w swojej mowie. Bulgot na powrót stał się miłym dla ucha szumem.

Wszyscy opuścili broń. Ktoś próbował dyskutować. Kobieta z włócznią uciszyła go jednym słowem. Pokazała palcem kobietę o rozciętej twarzy. Leżała w kałuży krwi. Wciąż drżała. Dwójka mężczyzn podniosłą ją z ziemi i zabrała gdzieś dalej, w spokojniejsze miejsce. Reszta się rozeszła. Mieli bardzo gniewne miny. Bójka się zakończyła.

Przybyszka wytarła miecz w tunikę i schowała go do pochwy.

– Następnym razem wytrę go w twój ogon – syknęła do Hunyi.

– Jesteś nieco szalona – usłyszała głos jeźdźca.

Pojechał bliżej Enehdu. Kobieta z włócznią stała obok niego.

– To był wyraz uznania. Żeby nie było wątpliwości – znów się uśmiechnął.

– Dziękuję – odparła.

– Tak w ogóle, jestem Tros. A to moja żona, Teuta. – pokazał dłonią na kobietę z włócznią.

Kiwnęła głową. Rozumiała prax’xiański.

– Naprawdę jesteś tu, żeby nam pomóc? – rzekła Teuta.

– Tak. Nie kłamstwo.

– Mam nadzieję. Przyda nam się ktoś szalony. A teraz zapraszam do środka. – machnęła dłonią w stronę chaty z bali.

Enehdu zostawiła Hunyię przed drzwiami i weszła jako trzecia, za małżonkami. W środku było ciemno i duszno. Nie było żadnych okien. Tylko żar palonego ogniska rzucał ciemnoczerwoną poświatę na ludzi, którzy byli wewnątrz domostwa. Nie wyglądali na miejscowych. Zobaczyła dwóch ludzi z Paione, poznała to po tatuażach na twarzy i zakrzywionych miedzianych nożach. Kroili nimi cebulę na płaskich kamieniach. Obok nich siedziała kobieta o migdałowych oczach i krótko ściętych, ciemnych włosach. To była Kimmeryjka znad stepów morza Siyābun. Kroiła purpurowe marchewki w cienkie plasterki. Po drugiej stronie paleniska był zaś mężczyzna o włosach złotych jak kłosy zboża. On z kolei kroił rzodkiewki. Na poczesnym miejscu, naprzeciw wejścia siedział posiwiały starzec. Co jakiś czas popijał coś z glinianego kubka. Miał kwaśną minę.

– Jak wytłumaczcie to zajście z zewnątrz? – warknął do małżonków doskonałym prax’xiańskim

Nikt nie przerwał pracy.

– Nie spodobał im się nasz pomysł. Ale zmienili zdanie. – rzekł Tros.

– Dlaczego? – zapytał starzec.

– Bo mamy ją – Tros wskazał na Enehdu i ciągnął dalej – to czarownica z południa, Mówi, że pomoże nam przegnać… wielką ciemność. Chyba może mieć rację.

Jeździec zdjął bransoletę i rzucił ją wodzowi. Mimo podeszłego wieku złapał ją bez problemu. Jego dłoń zadrżała od mocy.

– To je dzieło. Zrobiła to na moich oczach, przed chwilą.

Starzec zerwał się na nogi i spojrzał z uznaniem na przybyszkę.

– No no. To jest coś. Już się nie gniewam. Usiądźcie. Wszyscy.

Usiedli blisko ogniska, Enehdu rozkoszowała się ciepłem mimo zaduchu.

– Umiesz mówić? – zapytał się wódz.

– Tak. Prax’xia. Słabo. – odparła.

Starzec sięgnął do worków które leżały obok niego i wyciągnął z nich amulet. Był zrobiony z kości jakiegoś zwierzęcia. Wyciągnął się i podał go przybyszce nad ogniem.

– Załóż to – powiedział. – Do zwrotu – dodał.

Kiedy amulet dotknął szyi Enehdu poczuła ukłucie w skroni, a zarazem lekkość na języku.

– Możesz teraz mówić bez problemu po Prax’xiańsku. Tylko nie noś go za długo, bo zacznie cię szybko boleć głowa. A teraz wyjaśnij, co cię tu sprowadza?

– Cóż – wędrowczyni musiała przez chwilę zebrać myśli i przywyknąć do nowej wiedzy – Mam na imię Enehdu. Przybywam tu za… wielką światłością. Wiem, że wraz z nią pojawiło się zło. Dla was przyniosą one tylko zgubę. Chcę je stąd zabrać.

– Czyli są cenne? – wtrąciła się Kimmeryjka. Nie przerywała siekania marchwi.

– Nie dla was. Nikt nie ma tutaj wiedzy ani narzędzi, żeby cokolwiek z tym zrobić. Będą tylko przyciągać zło i śmierć. Nikt ich nie kupi. Poza tym, wiem jak się do nich dostać. Wielka ciemność… pochłania. Prawda? Daje się wam to we znaki?

Wszyscy się na nią spojrzeli.

– Wodzu, wyjaśnić? – rzekła Teuta.

Starzec kiwnął głową. Był wyraźnie zaciekawiony rozwojem wypadków.

– Przybyliśmy tu, zza drugiej strony gór. Żeby polować i wypasać nasze zwierzęta. Powinniśmy już dawno wracać. Niedługo w górach spadnie więcej śniegu i wszystkie szlaki, które przez nie prowadzą będą nie do przejścia. Ale nie możemy nic zrobić. Gdy wielka światłość pojawiła się na niebie wielka ciemność pojawiła się w górach. Wysłaliśmy grupę, żeby zbadała co się tam dzieje. Z ósemki wróciło dwóch.

– Ich oczy nie reagowały na światło? Jak u ślepców, choć wciąż widzą? – wtrąciła się Enehdu.

Wódz wstrzymał oddech i napił się płynu z kubka. Oblizał wargi. Zaczął drapać się po brodzie.

– Tak – ciągnęła Teuta – mówią dziwne rzeczy. Widzą cienie nawet w samo południe na płaskiej polanie. Boją się zamknąć oczy. Mówili tylko o ciemności. Nie dało się z nich wydobyć co stało się z resztą.

– Nie żyją – odparła Enehdu.

– Wiesz, jak przegnać wielką ciemność? – zapytał wódz.

– Tak – odparła bez wahania.

Ukryła strach tak głęboko, jak tylko potrafiła. Wtedy odezwał się jeden z Paionczyków.

– Musimy się spieszyć. Za kilka dni mogą spaść lawiny i zasypać przełęcze.

– Zawrzyjmy umowę – rzekła przybyszka – pomogę wam przegnać zło, a w zamian dacie mi to co spadło z niebios. Od razu zabiorę się do pracy.

Wódz się uśmiechnął.

– Niech będzie. Podejmiemy tę decyzję dziś na wieczornym zgromadzeniu. Myślę, że wszyscy się zgodzą na takie warunki. Ci którzy byliby przeciwni już dostali wyjaśnienia przed chatą. Gdy się zgodzą, wtedy… doprecyzujemy warunki umowy. Ale chcę czegoś na potwierdzenie twojego słowa. Czegoś jeszcze – uniósł do góry zaklętą bransoletę.

Enehdu bez słowa wstała i wyszła z chaty. Nie widziała, jak wszyscy, poza złotowłosym wymieniają między sobą spojrzenia. Przestali, gdy ujrzeli ją ponownie, Tym razem z głownią topora odlaną z brązu w ręce. Podała ją wodzowi. Ten zważył ja w dłoni i przejechał palcem po wyrytych zaklęciach. Cmoknął z uznaniem.

– Widzę, że się dogadamy. No to idziemy na zgromadzenie. Ty tu zostań – rzekł do Enehdu. Obcy nie mają tam wstępu.

I wyszli. Wszyscy poza przybyszką i człowiekiem o złotych włosach. Zostali sami w chacie. Mężczyzna zebrał pokrojone warzywa i wrzucił je do glinianego garnka z mętną wodą. Włożył go w żarzące się ognisko.

Wędrowczyni wzięła głęboki oddech. Całe ukryte dotychczas napięcie wróciło i przytłoczyło ją swoim ciężarem. Chciała położyć się przy ognisku i zamknąć oczy, ale czuła, że jest na to za wcześnie. Gwizdnęła. Ku zdumieniu jasnowłosego człowieka do środka wszedł Hunyia. Koń położył się za plecami swojej siostry. Ona zaś oparła się o jego bok.

– Nie będą zachwyceni, jeśli tu napaskudzi – warknął jasnowłosy.

– Nie zrobi mi tego. Prawda?

Hunyia prychnął cicho i zamknął oczy.

– Dziwna jesteś.

– Ty też, czemu cię nie wzięli ze sobą?

– Nie jestem miejscowy. Przybyłem z północy.

– A oni nie?

Spojrzał się na nią jak na dziecko, któremu trzeba wyjaśniać najbardziej oczywistą rzecz. Ewidentne mu się nie chciało, więc nic nie powiedział. Pokręcił głową i już tylko mieszał w garnku drewnianą łyżką. Zupa zaczynała bulgotać.

Enehdu westchnęła i wyjęła z juków suszony czosnek.

– Dodać? Będzie smaczniejsze. – rzekła do jasnowłosego.

– Dodaj, spróbujesz pierwsza. Żebyś nas przypadkiem nie otruła. Brom mi świadkiem, że cię wtedy porąbię.

– Dobrze, mi pasuje. – odparła i wrzuciła cztery zgniecione ząbki do garnka.

– Głupia… – mruknął jasnowłosy.

W tym świetle wydawał się przybyszce całkiem przystojny.

– Jak ci na imię? Moje znasz.

Westchnął.

– Powiedzmy, że Agaz.

– Powiedzmy?

– Nie wnikaj, nie chce mi się tego tłumaczyć.

– Jak to jest, że tamci poszli, choć widać było, że nie są stąd? – zarzuciła temat.

– Głupia… oni tu żyją. Długo. Spróbuj – zaczerpnął łyżką nieco zupy i podał ją przybyszce.

Bez słowa wzięła ją i siorbnęła zawartość. Była nieco mdła, ale do zjedzenia.

– Może być, ale jeśli chcesz jeszcze czegoś dodać to nie krępuj się.

Agaz kiwnął głową i dodał do zupy nieco ziół. Miały przyjemny, leśny aromat.

– A ciebie co tu sprowadza? – zapytała

– Chcę iść na północ. Daleką północ. Iść samemu przez góry to samobójstwo – odrzekł beznamiętnie.

Kłamał. Wcale nie chciał tam iść. Enehdu wyczuła to w jego głosie.

Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć do środka wszedł Tros. Był wyraźnie zadowolony.

– Zgodzili się.

Koniec

Komentarze

niestety, nie poprawiłeś błędów ale za to dodałeś sporo nowych.

w pierwszej części miałeś ciekawe problemy komunikacyjne a teraz wyjeżdzasz z cudownym amuletem… po co?

które imię jest prawidłowe? Enhedu czy Enehdu?

Nowa Fantastyka