To pierwsza opowieść ze świata Bezkresu. Jeżeli po przeczytaniu będziecie chcieli dowiedzieć się, co stało się z Aronem, to znaczy, że osiągnąłem swój cel. Miłej lektury!
To pierwsza opowieść ze świata Bezkresu. Jeżeli po przeczytaniu będziecie chcieli dowiedzieć się, co stało się z Aronem, to znaczy, że osiągnąłem swój cel. Miłej lektury!
– Zbieraj się, powoli świta, a ty się znowu ociągasz, starcze.
– Starcze?! Przecież jesteś rok starszy ode mnie!
– Ha! Starszy i mądrzejszy! Dajesz, bo nie zdążymy!
– Ta, mądrzejszy! Ciekawe z której strony… – zaśmiał się młody mężczyzna. – Na spokojnie, Vark. Mamy jeszcze czas. Zbierzmy jeszcze kilka tych robaków.
– Tylko się nie rozpędzaj, bo oświetlimy całą jaskinię i nas wywalą – zaśmiał się Vark.
– Dobra, chyba wystarczy.
Aron potrząsnął dużym słojem pełnym świecących owadów, które zaczęły brzęczeć od nagłego ruchu. Popatrzył przed siebie, a na horyzoncie pojawiały się pierwsze oznaki świtu.
– Ruchy, Aron, znowu wpadniemy w kłopoty za to, że tak późno wracamy.
Mężczyźni szli szybkim krokiem przez gęstą i wilgotną od rosy trawę oraz zielone krzewy.
– Patrz, Vark. Tu jeszcze lata tyle tego, że żal ich nie łapać – zamruczał pod nosem Aron.
– Jutro też jest noc – zaśmiał się Vark.
Przyspieszyli krok.
Aron poprawił słój i obejrzał się przez ramię.
– Jak znowu każą nam szorować szole, to następnym razem idziesz sam.
– To przestań zbierać te cholerne robaki do ostatniej chwili.
Spomiędzy drzew coraz bardziej rysował się ciemny zarys wejścia do osady. Skała wyrastała z ziemi niczym fragment klifu. Nad kamienną bramą paliły się pochodnie, których światło bladło wraz z nadchodzącym świtem.
– Heeeeej! Otwierać! To my! – krzyknął Aron.
Po chwili w masywnej ścianie pojawiła się wąska szczelina.
– Dzięki, Pat – uśmiechnął się Vark.
Strażnik spojrzał na nich, potem na rozjaśniające się niebo.
– Kung was już szuka.
Aron zaklął.
– Niech zgadnę. Szole?
– Wszystkie trzy.
Aron odwrócił powoli głowę.
– Nie patrz na mnie. Sam je wyczyścisz. – uśmiechnął się z grymasem Vark.
Obaj wślizgnęli się przez szczelinę. Aron z szerokim uśmiechem, dumnie prezentował wszystkim wielki słój, w którym brzęczały dziesiątki świecących, latających owadów.
– No, dobra, tylko dwie szole. Wykazaliście się chłopaki – poklepał ich po ramieniu Kung – ale kara was i tak nie minie. Reguły są po to, by ich przestrzegać.
– Trzymaj, Pat. Tylko go znowu nie rozbij, bo znowu je będziemy musieli wyłapywać!
– Pamiętacie, gdzie są wiadra i szmaty?
– Spokojnie, Kung. Zadbam o to, by Aron miał czym pracować – zaintonował Vark.
– Spóźniliście się razem. Jak skończycie, to chcę was widzieć u siebie w kwaterze.
***
Aron odłożył szmatę.
– Dobra, czystsze już nie będzie. Ruszajmy do Kunga, bo jak nas zaprosił do siebie to na pewno to coś ważnego.
– Nie powinniśmy się umyć najpierw? Jesteśmy uwaleni pyłem od głowy po stopy – westchnął Vark.
– Zróbmy tak. Za dwadzieścia minut się spotkajmy przy jego kwaterze.
Obaj wstali i ruszyli do swoich domów. Spotkali się po dwudziestu minutach przed kwaterą Kunga.
– Zawsze się stresuję jak nas woła – powiedział Vark odwracając się w stronę Arona.
– Ja tam zawsze jestem podekscytowany! Może nowa misja? Obyśmy nie musieli iść kopać tuneli pod spodem…
Mężczyźni weszli do środka. Komnata była przestrzenna, na środku stało duże, masywne drewniane biurko, a na nim leżała sterta papierowych dokumentów. Obok dokumentów stał wysoki, wąski słój pełen świetlików. Za biurkiem stał wysoki regał, na którym również było pełno arkuszy, bardziej lub mniej poukładanych.
– Dobrze, coraz lepiej wam idzie z tymi szolami. Może was na stałe tam przydzielę…
– Nie! – krzyknęli obaj równocześnie.
– Słuchajcie. Dostałem niepokojącą wiadomość od kupca, który nas często odwiedza. Jest pewna osada, z którą nie utrzymywaliśmy dotąd stałego kontaktu. Chodzi o niejakich Rautarzy. Potrzebują naszego węgla, bo bez niego wygasną im piece. A jak do tego dojdzie, to pomarzną.
– Brzmi ekstra! Kiedy wyruszamy? – krzyknął Aron.
– A jaki jest haczyk, Kung? Rozumiem, że coś musi być, skoro dowiadujemy się o tej misji bezpośrednio od Ciebie.
– No tak… Szkopuł tkwi w tym, że są oddaleni kilka nocy drogi od nas, a nie wiemy czy znajdziemy kogoś pomiędzy, kto nam pozwoli się zatrzymać w ciągu dnia.
– Kung, a czemu akurat… my?
– Bo… na was mogę polegać. Tworzycie niezły duet i wiem, że załatwicie robotę.
– W takim razie bierzemy co trzeba i się zbieramy!
Dopiero co wróciliśmy, a ten już chce biec dalej, pomyślał Vark.
***
Obaj wyszli wczesną nocą. Minęło już kilka godzin, a droga mijała im dość wesoło. Wagoniki trzęsły się na nierównościach, ale węgiel się nie sypał. Vark zaczął żałować, że nie dali im trzeciego do pomocy.
– Kung następnym razem niech sam ciągnie ten cholerny węgiel – Aron otarł pot z czoła, zaciskając ręce na linie.
– Jeszcze jakieś dwie godziny i będziemy u Erbowników. Tam się zatrzymamy. Tęsknię już za ich zupą ziołową… – oblizał wargi Vark.
– Daj spokój! Zupa z trawy! Ja to nie mogę się doczekać tego mięsiwa w ziołach! – Aron pociągnął linę mocniej i pognał przed siebie.
– Poczekaj wariacie! Przecież zdążymy! Jeszcze dwa lasy i step przed nami – westchnął Vark.
Podróż przez lasy i step minęła im spokojnie. Gwiazdy zdążyły przesunąć się wysoko nad ich głowami, a koła wagoników zostawiały wyraźne ślady wśród wysokiej trawy. Aron pędził jak szalony, ale jak mu się dziwić. U Erbowników jedzenie było niezwykle aromatyczne, pomyślał Vark.
– Patrz! To już ich teren! Widzisz te pola zielska, Vark?
– Chyba i ślepy by to zauważył, Aron…
– Ale ty jesteś dowcipny… zawsze tak musisz robić…
– Chyba mi się tu nie obrazisz teraz?
– Ostatni musi się tłumaczyć, dlaczego chcemy u nich spędzić dzień! – w tym momencie Aron zaczął pędzić przed siebie.
– To… nie fair…
Vark dotarł chwilę po Aronie do bramy. Aron dyszał oparty o ścianę, ale ten jego grymas mówił wszystko. Vark westchnął. Zapukał do drewnianej bramy.
Nigdy się nie przyzwyczaję do tego zielska rosnącego na bramie, pomyślał.
– Halo! Jest tu kto? Tu Vark i Aron od Karbiarzy!
Odpowiedziała mu cisza. Zero reakcji.
– Dziwne, zawsze strażnicy odpowiadają od razu – powiedział Aron.
– Coś mi tu śmierdzi… Aron, chodź. Zostawimy wózki wśród ziół i się rozejrzymy.
– Wiem, też to czuję. Rozdzielamy się? Ja idę dookoła góry, a Ty zbadaj pola ziół.
Vark skinął głową. Aron skradał się po cichu. Cholera, zapomniałem, że on pod tą maską głupka jest zabójcą, pomyślał Vark.
Vark wszedł w pole ziół. Z początku były niskie i muskały go po piszczelach.
Cholera, to te parzące chwasty, zaklął w myślach. Arona już nie było widać, więc był zdany na siebie. Rośliny były coraz wyższe, gęstsze i widział coraz mniej. Wokół słyszał szum traw i… nic więcej, co było bardzo podejrzane.
Zawsze w tej okolicy bawiły się dzieci i biegała młodzież, pomyślał.
Skradając się przez chaszcze zielonych, gęstych i aromatycznych ziół, zapomniał o jednym. To są te ich zioła halucynogenne, pomyślał. Od samego zapachu zaczynało mu się kręcić w głowie. Obraz mu się rozmazywał, a wśród zarośli widział… puste kosze i kosy.
Cholera, czy to jest prawda, czy te przeklęte zioła mi płatają figle, zaklnął w duchu. Poklepał się po twarzy, żeby otrzeźwieć. Podszedł do koszy i dotknął.
– Prawdziwe. Gdzie są wszyscy? – mruknął.
Obok długiej kosy widział ślady. Czy to ludzkie? Czy jakieś zwierzęce? Rozsunął ręką rośliny. Jego oczom ukazały się drobne ślady ludzkich nóg. Dziecięce? Musiały przed czymś uciekać.
Vark z głową przy ziemi tropił ślady, które prowadziły w stronę sadu.
Dziwne, uciekały od osady, pomyślał. Coś musiało nadejść od strony osady.
Idąc w stronę sadu zarośla rzedniały i mocny zapach halucynogennych ziół ustawał.
– W końcu widzę ostrzej – mruknął pod nosem.
Na jednym z pni zobaczył ślady kłów. Podeszedł bliżej.
Co to do cholery jest, pomyślał. Dotknął pnia i przeleciał palcami po zagłębieniach. Były jak przecięte nożem.
– Vark! Ruszaj się! Tam są ranni! – zawołał Aron.
– Aron… nie wiem… nie wiem, czy nie powinniśmy sami wiać.
– Nie wygłupiaj się! Idziemy ich zabrać do osady!
Vark ruszył biegiem za Aronem. Mijali drzewa w sadzie i wśród gęstwin zarośli wybiegli na polanę. Tam, pośród kwiatów leżała dwójka dzieci. Były nieprzytomne. Vark pochylił się nad jednym z dzieci i nasłuchiwał. Oddech. Żyją, pomyślał.
– Aron, bierz drugie i w nogi do osady! Cokolwiek tu było, w każdej chwili może wrócić!
Zabrali dzieci na ręce i ruszyli w stronę osady. Wbiegli przez bramę, za którą nie było nikogo.
– Heeeeej! Jest tu kto? Pomocy! – krzyczał Aron.
– Zamknij się idioto! Nie wiadomo czy to coś nie jest tutaj!
Z jednej z komnat przy dziedzińcu głównym wychylił się mężczyzna trzymający kij.
– Coście za jedni! Czego tu szukacie!
– Znaleźliśmy ranne dzieci! Pomocy! – krzyczał Aron.
– Karn? Alma?! Dawać je do lazaretu! – krzyknął mężczyzna.
Vark podążył za Aronem i położyli dzieci na łożach. W komnacie pachniało suszonymi ziołami. Pachnie jak na tej polanie, pomyślał Vark. Mężczyzna zaczął osłuchiwać dzieci.
– To cud, że żyją – powiedział mężczyzna.
– Co tu się stało? – zapytał Aron.
– Coś ich zaatakowało, więc strażnicy wybiegli zobaczyć co się stało. To coś musiało uderzyć dzieci i uciec, a strażnicy podążyli za nimi – powiedział Vark.
– Skąd Ty to wiesz, Vark?
– Bo w przeciwieństwie do Ciebie, analizuję tropy. Na polanie były kosy i kosze porzucone. W stronę sad prowadziły ślady stóp, a na drzewach były bruzdy po czymś ostrym.
– Co to mogło być?
– Cokolwiek to było… nie chciałbym tego spotkać.
Erbownik opatrzył dzieci, popatrzył na Varka i Arona i rzekł:
– Nie wiem kim jesteście, ale dziękuję. Nic im nie będzie.
– To był czysty przypadek. Gdzie się podziali wszyscy? Przecież tu nikogo nie ma? – powiedział Aron.
– Tak jak Twój kolega powiedział, strażnicy ruszyli, a wszyscy inni się pochowali w swoich domach. Usłyszeliśmy na zewnątrz krzyk dzieci i przeraźliwy chark. Czegoś takiego jeszcze w życiu nie słyszałem.
– W takim razie, ruszamy szukać strażników! Coś im się mogło stać! – krzyknął Aron.
– Aron, wiem, że chcesz pomóc, ale nie rozpędzaj się! To coś miało kły, albo pazury, które mogą nas porozcinać! Te ślady na drzewach są jednoznaczne.
– Ale… Oni mogą potrzebować pomocy!
– Proszę Cię, to nie jest nasza misja!
– A co jak stąd odejdziemy i nas to jutro zaatakuje? Przecież to i tak tam grasuje!
– Aron ma rację – odezwał się Erbownik. – Jeżeli strażnicy nie wrócą, nie będziemy mieli komu pilnować osady.
Vark spojrzał na niego z niedowierzaniem.
– Chcesz wysłać nas za tym czymś?
– Nie. Chcę was poprosić o odnalezienie strażników. To najlepsi tropiciele, jakich mamy. Jeśli żyją, musimy ich znaleźć. Jeśli nie…
– To co?
– Nie będzie miał nas kto chronić…
– Vark, zbieraj się.
– Ja przez Ciebie kiedyś zginę.
– Dobrze, Aron. Ruszajmy.
***
Noc powoli się już chyliła ku końcowi. Nad sobą widzieli, jak ogromny dysk słoneczny zaczyna się odwracać, rozjaśniając niebo i odległe góry przed nimi. Zdążyli już odejść daleko od osady Erbowników mijając pola ziół i sad, w którym Vark zauważył ślady. Vark widział, że Aron unika jego spojrzenia. Może to i dobrze. Przyda nam się trochę ciszy na skupienie, pomyślał.
Za sadem była otwarta przestrzeń. Step, jak za każdą górą. Kilometry pustej przestrzeni.
– Jak my tu mamy kogokolwiek znaleźć?
– A jak Twoje szukanie śladów? Znalazłeś coś po drodze, Vark?
– Od wyjścia z sadu… nic.
– Może powinniśmy się znowu rozdzielić?
– Nie! Tym razem nie. To zbyt niebezpieczne, a poza tym, mamy zbyt mało czasu do świtu. Powinniśmy myśleć nad powrotem do Erbowników.
– Pomyśl. Oni nie mogli się aż tak daleko oddalić w tak krótkim czasie. Tu musiało się coś więcej wydarzyć…
Aron urwał.
Kilka kroków przed nimi ziemia była rozorana.
Vark przysiadł. Złamana włócznia.
– Vark, to wygląda jak jakiś wielki rozkopany dół. Co… co to mogło zrobić?
– Nie mam pojęcia.
– Patrz! Tam dalej jest następny!
Pobiegli w stronę kolejnego. Ten wyglądał bardziej jak kopiec. Ziemia była spulchniona. To było świeże.
– Patrz! Tu coś wystaje.
Aron zaczął rozgrzebywać kopiec.
– Tu ktoś leży!
Najpierw nogi, później tułów, ręce i w końcu całe ciało. Wyciągnęli je i popatrzyli na siebie. Wtedy człowiek zaczął kaszleć i krzyczeć.
– Już dobrze! Nic Ci nie będzie! Jesteś bezpieczny!
– Gdzie on jest?! Hemp?! – krzyczał mężczyzna.
– Nie ma tu nikogo oprócz nas.
– Aron, musimy wracać. Zaraz się dysk obróci.
Aron wziął mężczyznę na plecy i ruszyli. Mieli dość długą drogę przed sobą. Przez cały ten czas mężczyzna się nie odzywał. Widać było tylko pustkę i przerażenie w jego oczach. Powietrze było już zdecydowanie rzadsze. Aron dyszał coraz głośniej. Za drzewami zobaczyli w końcu kamienną ścianę za polami ziół. Weszli przez bramę, za którą czekał już mały tłum gapiów.
– Rozm! Żyjesz! – krzyknęła kobieta i pobiegła ku nim.
W tym samym momencie w tłumie usłyszał krzyk i lament kobiety. To musiała być żona Hempa, pomyślał.
Zielarz zabrał Rozma do lazaretu i opatrzył jego rany. Na szczęście był tylko poobijany i w szoku.
– Możemy z nim porozmawiać? – zapytał Vark.
– Jasne, tylko on jest w szoku.
– Spokojnie. Wiemy.
Aron wszedł do pomieszczenia za nim. Rozm leżał na łożu na plecach. Oczy miał wbite w sufit.
– I tak mi nie uwierzycie, jak wam opowiem.
– Widziałem na pniach szramy głębokie i precyzyjne zrobione niczym skalpelem.
Rozm odwrócił się do niego, popatrzył i zaczął.
– Usłyszeliśmy krzyk dzieci. Pobiegliśmy w stronę pól. Nikogo nie było, a od strony sadu dobiegały nas dźwięki jakich nigdy dotąd nie słyszeliśmy. Jakieś charki, wycia i cholera wie co jeszcze. Widzieliśmy dzieci i… nic więcej. Zdecydowaliśmy się poszukać co to było i ruszyliśmy w stronę stepu. Wtedy pod Hempem zapadła się ziemia. Widziałem jak jakiś rzemyk z kolcami go złapał za tułów i rozerwał… Pode mną też się od razu ziemia zapadła i… nie pamiętam nic więcej. Później wy mnie znaleźliście. Biedny Hemp…
Oczy Varka i Arona się spotkały.
– Powinniśmy ruszać. Droga do tych Rautarzy może się skomplikować – stwierdził Aron.
– Do Rautarzy? Macie mapę? Bez niej nie ma szans. – rzekł Rozm.
– Damy radę. Zawsze dajemy. – uśmiechnął się Aron.
– Tam na stoliku jest moja torba. W niej są mapy. Weźcie. To jedyne co mogę zrobić, żeby się odwdzięczyć.
***
Późnym wieczorem ruszyli w drogę. Zgodnie z mapą Rozma musieli kierować się dalej na południe. Każdy ciągnął swój wagonik. Przez długi czas maszerowali w milczeniu.
Noc była jasna. Vark widział step ciągnący się aż po horyzont. Nigdy wcześniej nie zapuszczał się tak daleko od znanych szlaków. Co jakiś czas spoglądał na mapę, potem na odległe góry.
Ich szczyty ginęły w chmurach, a białe czapy śniegu błyszczały nawet w nocnym świetle. To tam mieli znaleźć Rautów.
– Vark. Zauważyłeś coś?
– Tak. Te nieszczęsne dołki. Co jakiś czas jakiś wyrasta z ziemi.
I znowu szli dalej w ciszy. Pasma wzgórz pięły się wysoko i były coraz wyraźniejsze. Skały były surowe i ostre, a powietrze zrobiło się wyraźnie zimniejsze.
– Nie dziwię się, że potrzebują tu węgla – para wydobywała się z ust Arona.
– Nie wiem jak długo wystarczą im te dwa wózki, ale zdaje się, że to nie będzie nasza ostatnia podróż do nich.
Noc powoli zamieniała się w poranek. Palce mieli zesztywniałe od chłodu, który przenikał ich kości. Usta mieli fioletowe.
– Za chwilę sami zamarzniemy – mruknął Vark.
– Nie marudź! Przynajmniej jesteśmy znowu w nowym miejscu! – Aron wyszczerzył zęby.
– Niepokoją mnie tylko te doły, które mijaliśmy wcześniej.
– Na szczęście tu ich już nie widać.
– No nie. Czujesz to? Dym?
– No tak, jesteś tak zafiksowany na tych dołach, Vark, że nie zauważyłeś dymu wydostającego się ze szczelin w skałach?
Vark zmrużył oczy i sprzedał Aronowi takie spojrzenie, że ten się roześmiał.
Szli już jakiś czas wzdłuż stromej i strzelistej ściany szukając wejścia, którego niestety nie zaznaczono na mapie Rozma.
Po ich lewej wyrastało coraz więcej drzew. Między młodymi pniami leżały świeżo ścięte kłody. Muszą bardzo rozważnie wycinać starsze drzewa, żeby nie ściąć tego co młode, pomyślał. Na mokrej glebie widać było ślady kół. Już niedaleko. Nagle ich oczom ukazała się olbrzymia, metalowa i okrągła brama w masywnej, kamiennej ścianie. Nad nią wisiały pochodnie, które dumnie oświetlały wejście do siedziby ludu Rauta.
Skrzydła bramy z głośnym zgrzytem się uchyliły. Ich oczom ukazali się uzbrojeni strażnicy trzymający pewnie rękojeści swoich mieczy.
– A niech mnie. Ktoś nam przyszedł pomóc – powiedział ktoś z wewnątrz.
– Przybyliśmy z osady Karbiarzy.
Aron poklepał węgiel na swoim wozie brudząc sobie całą dłoń.
– Murk! Zabieraj te wozy do kuźni!
Młody pomocnik kowala ruszył od razu ku wozom. Były ciężkie, ale zdeterminowany chłopak próbował nie pokazywać trudności.
– W życiu nie widziałem takiego metalu. Co to jest?
– To, młody człowieku jest stal. Dzięki waszemu węglowi, a naszemu żelazu można tworzyć metal, który przewyższa wszystkie inne metale, które są znane ludzkości – powiedział przywódca Rautów.
– To niesamowite! Vark, wyobraź sobie jakby u nas taka brama była!
– Bardzo wam dziękujemy! Dzięki waszej hojności mamy szansę przetrwać tegoroczną zimę! Nie wiem jak się mogę odwdzięczyć!
– To nic. Cieszymy się, że możemy pomóc przyjaciołom, którzy są w potrzebie.
Uśmiech Arona był tak szeroki i tak szczery, że Vark sam się roześmiał.
***
Minęło kilka dni, w ciągu których Vark i Aron zdążyli poznać lud Rauta oraz zdobyć sporo wiedzy na temat stali i jak ją wytwarzać. Murk szybko polubił Arona, a Aron cierpliwie odpowiadał na każde jego pytanie.
– Bardzo wam dziękujemy Varku i Aronie. Mam nadzieję, że współpraca między naszymi ludami będzie rozkwitała i kto wie? Może to nie ostatni raz kiedy się widzimy – powiedział przywódca Rautów.
– Przekażemy wszystkie informacje, które nam dałeś. Jak kiedykolwiek będziecie coś potrzebowali od nas, wiecie gdzie nas znaleźć. Jesteście zawsze mile widziani.
Aron przyglądał się prezentowi, który otrzymał od młodego Murka. Miecz był ostry niczym brzytwa. Był lekki i wyważony. Wymachiwał nim tak swobodnie, jakby ćwiczył walkę od lat, choć spędzili u Rautów zaledwie kilka dni.
Wkrótce wyruszyli w podróż powrotną. Teraz bez wozów mogli iść o wiele szybciej. Podróż powrotna nie powinna im zająć więcej niż 2-3 noce.
– Obyś tego miecza nie potrzebował, bo zaczynam się ciebie bać, kiedy cię z nim widzę.
– Nie marudź, będę cię bronił! – uśmiechnął się Aron szyderczo.
– Ta, jasne! Jak na razie to zawsze ja cię z tarapatów wyciągałem!
– Ciekawe z jakich tarapatów! Zawsze jak się coś dzieje to przez ciebie!
Góry zaczęły za ich plecami być coraz mniej widoczne, ale za to pojawiały się znowu te nieszczęsne doły.
– Albo mnie się wydaje, albo jest ich więcej niż ostatnio.
– Vark.
– Nie.
– Ale ja jeszcze nic nie powiedziałem.
– Chcesz tam wejść.
– No chcę.
– Nie.
– Co jak się dowiemy czegoś ważnego? Kung będzie zachwycony!
– Nie pamiętasz, co się stało u Erbowników? Tam zginął człowiek!
– Mamy się czym bronić – Aron zarzucił mieczem.
– Oni też mieli broń. Nie ma szans. Wracamy do domu.
W tym momencie usłyszli jakiś dźwięk. Ich spojrzenia się spotkały. Bez mówienia skinęli głowami i pobiegli w stronę drzew. Ziemia pod ich stopami zadrżała.
– Aron!
Między nimi grunt zapadł się z głuchym hukiem. Chmura ziemi wystrzeliła w górę. Gdy opadła, w miejscu wyrwy wyrastał już świeży kopiec.
Głośny ryk, zagłuszył wszystko. Vark zastygł. Z kopca zaczęło coś wychodzić. Coś, co wydało z siebie ten przeraźliwy ryk, chark, czy cokolwiek to było. Najpierw ukazał się długi pysk, pełen ostrych niczym brzytwa zębów. Ziemia się ruszyła, za pyskiem ziemię wyrzuciły ostre i długie jak kilofy pazury. Ziemia zadrżała. Potwór przeskoczył Varka. Aron skoczył i przewrócił się razem z nim na ziemię zanim ogon, chudy, rzemykowaty, porośnięty ząbkami niczym żyletki uderzył Varka prosto w głowę.
Zobaczył jak Aron się zrywa z ziemi i dobywa miecza. Stwór już się przygotowywał do skoku i w tym momencie Aron ciął. Trafił olbrzyma w ogon. W powietrzu rozbrzmiał przeraźliwy skowyt.
– Vark! Uciekaj! Uciekaj ile sił w nogach!
– Nie zostawię Cię idioto!
– Nic mi nie będzie! Leć!
W tym momencie Aron spróbował sparować uderzenie olbrzyma. Ciął pazurem. Miecz, który Aron dostał od Murka odbił uderzenie, ale cios był tak mocny, że mężczyzna poleciał w bok.
Vark dobył maczetę i zaczął biec w stronę straszydła. Ciął na oślep, żeby odciąć go od Arona. Stwór zaszarożował prosto w niego. Vark zamknął oczy i ciął przed siebie. Poczuł ostre okłucie w brzuchu. Stwór staranował go długim pyskiem. Vark splunął krwią. Poleciał dobre kilka kroków do tyłu i uderzył plecami w ziemię. Uderzenie było tak mocne, że nie umiał wziąć oddechu. Obraz mu się rozmazał.
– Giń szczurze! – słyszał jak Aron krzyczy.
Vark się ocknął i wstał. To, co zobaczył sprawiło, że krzyknął z wściekłości.
Aron zasypywał stwora celnymi ciosami. Stwór się cofał, i ryczał wściekle.
Aron krzyknął:
– Vark! Spierdalaj! Ratuj się!
I stało się. Stwór się owinął wokół własnej osi. Rozpęd sprawił, że ogon uderzył Arona jak bicz. Ciął go prosto w brzuch. Krew prysnęła na twarz Varka.
– Aron! – rzucił się z maczetą na stwora. Ten, zamachnął się łapskiem na niego i Vark stracił grunt pod nogami. Podciął mu pazurskiem nogi. Vark upadł głucho na ziemię. Obraz zaczął mu się tracić przed oczyma. Obok niego leżał Aron w plamie krwi.
Vark próbował się podnieść.
Nie potrafił.
Świat zawirował.
Ostatnim, co usłyszał, był przeraźliwy chark.
Potem wszystko zgasło.
***
– Co… gdzie… Aron… – jęknął.
Otworzył powoli oczy. Wszystko było rozmazane. Widział kopiec. Przypomniał sobie co się przed chwilą stało.
– Aron! – spróbował się zerwać z ziemi.
Nawet nie umiał usiąść.
Z ogromnym wysiłkiem się podniósł z ziemi i usiadł.
– Gdzie Ty jesteś!
Cisza.
Obok widział zaschniętą plamę krwi.
– Ile ja tu leżałem…
Rozejrzał się gorączkowo.
Arona nie było.
– Nawet śladów nie ma. Gdzieś…
Urwał.
W miękkiej ziemi powinny zostać odciski łap. Ślady walki. Cokolwiek.
Nie było nic.
Tylko kopiec, zaschnięta krew i jego miecz.
Cześć, tom2eku!
Ogółem tekst wydaje się raczej fragmentem, początkiem większej historii, niż zamkniętą opowieścią, trudno przez to powiedzieć coś o fabule. Postacie są w porządku, myślę, że to nawet najmocniejszy element tekstu. Relacja między bohaterami wydaje się żywa. Elementów zaś do poprawy, moim zdaniem, jest kilka.
Po pierwsze, geografia. Tekst skupia się na podróży, geografia jest ważnym elementem, opisy krajobrazów, odległości i czas. To niestety nie działa. Piszesz o godzinach, by później pisać o „nocach”. Słów „las”, „step” używasz, jakbyś patrzył na mapę, nie zaś tak, jak widzi się to z poziomu ludzkiego. Krajobraz wokół zmienia się tak, jakby poszczególne formy krajobrazu były do siebie doklejone, nie zaś przechodziły w naturalny sposób. Las (nawet dwa), step, góry i to wszystko w odległości „trzech nocy”. Niszczy to wiarygodność świata.
Po drugie, światotwórstwo. Zamieściłeś tag postapo, więc zakładałem, że pewne rzeczy mogą właśnie z tego wynikać, ale po przeczytaniu całości, to sam nie wiem. Największą zagadka jest dla mnie zachowanie się dnia i nocy. Nie wiem, czy nieumiejętnie to opisujesz, czy próbujesz opisać coś, co ma działać inaczej, niż w naszym świecie. Piszesz o godzinach, mapach, a zarazem ludzie wydają się na takim poziomie techniki, że to niezbyt do nich pasuje. Słownictwo zaś, nie tylko że nie jest stylizowane (co nie jest obowiązkiem), ale jest bardzo współcześnie „młodzieżowe”. Nie jestem w stanie przez to złożyć sobie tego wszystkie w głowie. Zbyt wiele elementów, według mnie, przeczy sobie.
Po trzecie językowo jest wiele do poprawy.
Poniżej parę przykładów z tekstu tego, co moim zdaniem, nie gra lub też należy poprawić.
Obaj wyszli wczesną nocą.
Szli po ciemku? Nie piszesz nic o żadnym źródle światła.
– Poczekaj wariacie! Przecież zdążymy! Jeszcze dwa lasy i step przed nami – westchnął Vark.
Wydaje mi się, że nikt tak nie określa odległości. To brzmi tak, jakbyś patrzył z góry na mapę i w ten sposób próbował określić odległość. Jeśli żaden z nich nigdy nie miał mapy pewnie, nigdy by się tak nie wyraził. Inna rzecz, czy oni w dwie godziny przejdą „dwa lasy i step”.
Gwiazdy zdążyły przesunąć się wysoko nad ich głowami, a koła wagoników zostawiały wyraźne ślady wśród wysokiej trawy.
Nie wiem, czy jeździłeś kiedyś taczką po ściernisku lub polnej drodze, ale wierz mi, nie jest to przyjemne, co dopiero pchać wagonik przez wysoką trawę. I to z węglem. I jeszcze w nocy. Dołki, kretowiny, kamienie, miękki grunt, zarośla…
Vark dotarł chwilę po Aronie do bramy. Aron dyszał oparty o ścianę, ale ten jego grymas mówił wszystko. Vark westchnął. Zapukał do drewnianej bramy.
Czy brama jest częścią palisady wokół wioski? Jeśli tak, to skąd ściana? Ściana czego? Po drugie wydaje mi się, że pukanie do bramy jest bez sensu. Raz, że to nie drzwi do zamkniętego pomieszczenia i raczej nie jest to dobrze słyszalne, a dwa na murach lub palisadzie powinni być strażnicy. Lepiej jest więc krzyknąć. A jeśli ich nie ma, to czekanie do świtu.
Idąc w stronę sadu zarośla rzedniały
Chyba rzedły.
Mijali drzewa w sadzie i wśród gęstwin zarośli wybiegli na polanę.
Gęstwina i zarośla to właściwie w tym kontekście to samo. To „wśród” to pozostałość z innej wersji? Co więcej, w pierwszej części zdania używasz czasu teraźniejszego. Ja bym poprawił na: Minęli drzewa w sadzie i z gęstwiny wybiegli na polanę.
Tam, pośród kwiatów leżała dwójka dzieci. Były nieprzytomne. Vark pochylił się nad jednym z dzieci i nasłuchiwał. Oddech. Żyją, pomyślał.
Wyrzuciłbym to zdanie, że były nieprzytomne lub dał je na koniec. Bo najpierw coś stwierdzasz, a potem to opisujesz. Bez sensu. Wniosek powinien być na końcu. Jeśli rozumiesz, co mam na myśli.
Wbiegli przez bramę, za którą nie było nikogo.
Czy brama nie była zamknięta?
Z jednej z komnat przy dziedzińcu
Komnata przy dziedzińcu głównym? W osadach raczej są place, a dziedzińce w zamku lub, nie wiem, przed dworkiem. Tak czy siak, raczej z domu lub chaty przy dziedzińcu. Komnata to inaczej pokój i to raczej w zamku lub pałacu.
– Tak jak Twój kolega powiedział,
Dlaczego „Twój” wielką literą?
Jeżeli strażnicy nie wrócą, nie będziemy mieli komu pilnować osady.
Nie będzie komu.
Noc powoli się już chyliła ku końcowi.
Chylić i to ku zachodowi raczej może słońce, może też dzień. Może nawet księżyc, choć nie mam pewności. Ale raczej nie noc. Ta chyba musiałby się chylić ku wschodowi. Napisz po prostu, że zaczynało świtać, albo opisz zachowanie ptaków, które śpiewają jeszcze przed świtem.
Nad sobą widzieli, jak ogromny dysk słoneczny zaczyna się odwracać, rozjaśniając niebo i odległe góry przed nimi.
Ale że jak? Przed chwilą piszesz, że jeszcze jest noc, a zdanie później mają nad sobą słońce. Jeśli to jakiś obiekt fantastyczny, to wypadałoby dać już znać o nim wcześniej lub może tutaj trochę to rozjaśnić.
Za sadem była otwarta przestrzeń. Step, jak za każdą górą.
Te zdania mi się nie kleją. Wynika z nich niejako, że sad i góra to to samo.
błyszczały nawet w nocnym świetle.
Czym jest nocne światło?
pochodnie, które dumnie oświetlały
Skąd ta duma u pochodni?
na swoim wozie brudząc
Wozie, czy wagoniku?
więcej niż 2-3 noce.
Dwie, trzy noce. Liczbami zapisuje się chyba tylko lata, w sensie 1454 itp.
i dobywa miecza
Dobywa miecz.
Ciął na oślep, żeby odciąć go
Może lepiej niech uderzy na oślep.
– Vark! Spierdalaj! Ratuj się!
Po co ten wulgaryzm? Było tak ładnie. Niech powie: ratuj się, do diabła!, albo coś.
Pozdrawiam i życzę powodzenia przy kolejnych tekstach. :)
Witaj. :)
Widzę rejestrację dawno temu, zatem – choć dostrzegłam ten jedyny Twój tekst na Portalu – nie podaję już Poradników, na których namiary przekazuję zawsze Nowicjuszom. :)
Sprawy techniczne i pojawiające się w związku z nimi sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia) dotyczą nade wszystko sporej ilości powtórzeń, czyli błędów stylistycznych – w didaskaliach i dialogach masz często te same wyrazy oraz imiona, stojące niedaleko siebie w tekście, np.:
– Ta, mądrzejszy! Ciekawe z której strony… – zaśmiał się młody mężczyzna. – Na spokojnie, Vark. Mamy jeszcze czas. Zbierzmy jeszcze kilka tych robaków.
– Tylko się nie rozpędzaj, bo oświetlimy całą jaskinię i nas wywalą – zaśmiał się Vark.
– Dobra, chyba wystarczy.
Aron potrząsnął dużym słojem pełnym świecących owadów, które zaczęły brzęczeć od nagłego ruchu. Popatrzył przed siebie, a na horyzoncie pojawiały się pierwsze oznaki świtu.
– Ruchy, Aron, znowu wpadniemy w kłopoty za to, że tak późno wracamy.
Mężczyźni szli szybkim krokiem przez gęstą i wilgotną od rosy trawę oraz zielone krzewy.
– Patrz, Vark. Tu jeszcze lata tyle tego, że żal ich nie łapać – zamruczał pod nosem Aron.
– Jutro też jest noc – zaśmiał się Vark. (…)
– Dzięki, Pat – uśmiechnął się Vark.
Strażnik spojrzał na nich, potem na rozjaśniające się niebo.
– Kung was już szuka.
Aron zaklął.
– Niech zgadnę. Szole?
– Wszystkie trzy.
Aron odwrócił powoli głowę.
– Nie patrz na mnie. Sam je wyczyścisz. – uśmiechnął się z grymasem Vark.
Obaj wślizgnęli się przez szczelinę. Aron z szerokim uśmiechem, dumnie prezentował wszystkim wielki słój, w którym brzęczały dziesiątki świecących, latających owadów. (…)
– No, dobra, tylko dwie szole. Wykazaliście się chłopaki – poklepał ich po ramieniu Kung – ale kara was i tak nie minie. Reguły są po to, by ich przestrzegać.
– Trzymaj, Pat. Tylko go znowu nie rozbij, bo znowu je będziemy musieli wyłapywać!
– Pamiętacie, gdzie są wiadra i szmaty?
– Spokojnie, Kung. Zadbam o to, by Aron miał czym pracować – zaintonował Vark. (…)
Komnata była przestrzenna, na środku stało duże, masywne drewniane biurko, a na nim leżała sterta papierowych dokumentów. Obok dokumentów stał wysoki, wąski słój pełen świetlików. Za biurkiem stał wysoki regał, na którym również było pełno arkuszy, bardziej lub mniej poukładanych.
– Dobrze, coraz lepiej wam idzie z tymi szolami. Może was na stałe tam przydzielę… (…)
Minęło już kilka godzin, a droga mijała im dość wesoło. (…)
Aron pędził jak szalony, ale jak mu się dziwić. U Erbowników jedzenie było niezwykle aromatyczne, pomyślał Vark.
– Patrz! To już ich teren! Widzisz te pola zielska, Vark?
– Chyba i ślepy by to zauważył, Aron… (…)
Z początku były niskie i muskały go po piszczelach.
Cholera, to te parzące chwasty, zaklął w myślach. Arona już nie było widać, więc był zdany na siebie. Rośliny były coraz wyższe, gęstsze i widział coraz mniej. Wokół słyszał szum traw i… nic więcej, co było bardzo podejrzane. (…)
Widać było tylko pustkę i przerażenie w jego oczach. Powietrze było już zdecydowanie rzadsze.
Trzeba także poprawić zapis dialogów, ponieważ miejscami jest niepoprawny, np.:
– Nie patrz na mnie. Sam je wyczyścisz. – uśmiechnął się z grymasem Vark. (…)
– A jaki jest haczyk, Kung? Rozumiem, że coś musi być, skoro dowiadujemy się o tej misji bezpośrednio od Ciebie. (…)
– Kung następnym razem niech sam ciągnie ten cholerny węgiel – Aron otarł pot z czoła, zaciskając ręce na linie.
– Jeszcze jakieś dwie godziny i będziemy u Erbowników. Tam się zatrzymamy. Tęsknię już za ich zupą ziołową… – oblizał wargi Vark. (…)
– Ostatni musi się tłumaczyć, dlaczego chcemy u nich spędzić dzień! – w tym momencie Aron zaczął pędzić przed siebie. (…)
– Wiem, też to czuję. Rozdzielamy się? Ja idę dookoła góry, a Ty zbadaj pola ziół. (…)
– Skąd Ty to wiesz, Vark?
– Bo w przeciwieństwie do Ciebie, analizuję tropy. (…)
– A jak Twoje szukanie śladów? Znalazłeś coś po drodze, Vark? (…)
– Damy radę. Zawsze dajemy. – uśmiechnął się Aron. (…)
Czasem poprawy wymaga interpunkcja, np.:
Wykazaliście się chłopaki – poklepał ich po ramieniu Kung – ale kara was i tak nie minie. (…)
Ruszajmy do Kunga, bo jak nas zaprosił do siebie to na pewno to coś ważnego. (…)
– Poczekaj wariacie! (…)
– Zamknij się idioto! Nie wiadomo czy to coś nie jest tutaj! (…)
– Coście za jedni! Czego tu szukacie! (…)
Podobnie – zapis myśli bohaterów, np.:
Dopiero co wróciliśmy, a ten już chce biec dalej, pomyślał Vark. (…)
Aron pędził jak szalony, ale jak mu się dziwić. U Erbowników jedzenie było niezwykle aromatyczne, pomyślał Vark. (…)
Vark skinął głową. Aron skradał się po cichu. Cholera, zapomniałem, że on pod tą maską głupka jest zabójcą, pomyślał Vark. (…)
Vark podążył za Aronem i położyli dzieci na łożach. W komnacie pachniało suszonymi ziołami. Pachnie jak na tej polanie, pomyślał Vark. Mężczyzna zaczął osłuchiwać dzieci.
Zdarzają się błędy gramatyczne, np.:
Podeszedł bliżej.
(Vark z głową przy ziemi tropił ślady, które prowadziły w stronę sadu.
Dziwne, uciekały od osady, pomyślał. Coś musiało nadejść od strony osady.
Idąc w stronę sadu zarośla rzedniały i mocny zapach halucynogennych ziół ustawał. (…) Mijali drzewa w sadzie i wśród gęstwin zarośli wybiegli na polanę. (…))
W stronę sad prowadziły ślady stóp, a na drzewach były bruzdy po czymś ostrym.
Jeżeli strażnicy nie wrócą, nie będziemy mieli komu pilnować osady.
Stwór zaszarożował prosto w niego.
Między poszczególnymi częściami masz bardzo nierówne odstępy. Trzeba to także poprawić, ujednolicić.
Mnóstwo ciekawego fantasy, dramatyczna walka, sporo krwi, ofiary, potwór, fajna para bohaterów, którym niestety się nie udało… Bardzo dobry pomysł, lecz niestety błędów jest nazbyt dużo. Trzeba jeszcze podszlifować koniecznie całą opowieść pod kątem językowym. Ja zdołałam wypisać tylko przykłady usterek.
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)
Pecunia non olet