- Opowiadanie: Młody pisarz - Dotknięcie chłodu

Dotknięcie chłodu

Cześć, w tym tekście trochę chyba zaryzykowałem? To znaczy, jeśli wyszło, to tego ryzyka pewnie nie widać, a jeśli nie wyszło, to widać ;P

To kolejna próba napisania w końcu czegoś dobrego i będę wdzięczny za wszystkie uwagi. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Dotknięcie chłodu

 Mama płakała. Jar chciał wstać z łoża i ją przytulić, ale nie mógł; opuchlizna po skręceniu kostki jeszcze całkowicie nie znikła, a oparty o ścianę drewniany kij był za daleko. Więc Jar po prostu patrzył, zaciskając palce na drewnianej podstawie łoża.

Bał się, że doskonale wie, co zaszło.

Mama podeszła do niego wolnym krokiem, uklękła, próbując zapanować nad łzami. Nie musiała nic mówić, już zrozumiał.

– A ojciec? – zapytał, próbując się złapać resztek nadziei.

Ciałem mamy znów wstrząsnął szloch. Spróbowała się opanować.

– Też nie żyje – powiedziała.

Spuścił głowę. Tak pewnie musiało być, ojciec cały czas powtarzał, jak to się wszystko skończy. Ale Jar mu nie wierzył.

– Ktoś wrócił?

Przytaknęła, wstając od łoża i wycierając łzy.

– Dwóch.

A wyszło trzydziestu. Co teraz będzie, kto ochroni ich wieś przed kolejnymi najazdami? Jar spojrzał na swoją nogę. Nadal nawet nie mógł chodzić bez kija. Potrzebował kilku dni. Ilu zostało dojrzałych mężczyzn w wiosce? Ośmiu, z czego może czterech zdolnych do walki? No i jeszcze byli ci młodzi, do których należał. Nie wszyscy potrafili dobrze strzelać z łuku. On potrafił. Ojciec go nauczył. Tylko co z tego?

Jar przygryzł wargę i rozejrzał się po pomieszczeniu. Mama już wyszła. A gdzie był Saren? Jego młodszy brat zdecydowanie za często znikał w lesie. Jar położył z powrotem głowę na worku wypchanym słomą. Zza ściany dochodził płacz jakieś kobiety, ktoś próbował ją pocieszyć. Zagłuszył ich głos mężczyzny, chyba Arnema? Pewnie ustalano nowy plan.

Jar zadrżał. Ojciec obiecał, że niedługo razem usiądą przy stole i napiją się piwa na jego piętnaste urodziny. I gdzie był teraz? Nie mógł tak po prostu umrzeć, strzelał lepiej niż ktokolwiek inny… Jak dał się im zabić? Jar pamiętał go bardzo dobrze. Teraz z bólem wracał do wspomnień. 

Ojciec poruszał się zawsze z gracją, oczy miał przenikliwe i chociaż płynęło z nich dziwne zimno, to uśmiech na twarzy łagodził chłód. Jedynie te rękawice na rękach… Ojciec prawie cały czas je nosił i zdejmował tylko wtedy, gdy strzelał z łuku. Jego dłonie były wówczas blade. Bardzo blade.

 

***

 

Było jeszcze przed wieczorem, gdy drzwi się uchyliły. Stanęła w nich nie mama, a Arnem, który musiał się skurczyć, żeby przecisnąć przez wejście i stanąć przy łożu Jara.

– Słyszałeś, co się stało? – zapytał.

Jego głos był zawsze gruby, poważny, spokojny, a teraz wkradły się w niego zachrypnięcie, troska i może ból? Jar się skrzywił.

– Jedynie mniej więcej.

Arnem pokiwał głową. Na jego twarzy, w nikłym świetle, widać było nieostrożnie ukryty grymas wściekłości.

– Nasza trzydziestka wpadła na ich setkę. Wybiliśmy ich z łuków, ale dwudziestu ośmiu naszych zginęło. – Spuścił wzrok. – Rżnęli nas. – Zacisnął pięści. – Sam zastrzeliłem kilku. Nadal nie wiem, jak udało nam się ich pokonać, ale to i tak nie ma znaczenia. Zagrożenie powróci. Przyjdą kolejne oddziały.

Jar rozumiał. Rozmowy te toczyły się od dawna. A jednak teraz zagrożenie było bliżej, niż kiedykolwiek wcześniej.

– Gdzie doszło do starcia? – zapytał, odwlekając zadanie pytania, którego się bał.

– Parę mil stąd, w lesie. Obstrzelaliśmy ich z krzaków, z drzew. Część z nas w końcu dopadli. – Rozłożył ręce. – Zrobiliśmy tyle, ile mogliśmy.

Jar kiwnął głową. Położył ręce na brzuchu, zaciskając dłonie. Czy było sens pytać? Może tak.

– Jak… – Przełknął ślinę, czując drżenie własnego głosu. – Jak zginął mój ojciec?

Arnem przez chwilę patrzył na niego, jakby się nad czymś zastanawiając.

– Był po drugiej stronie – powiedział wolno. – Głowę miał roztrzaskaną przez siekierę. Nie wiem, jak do tego doszło, ale pewnie któryś musiał się przekraść z boku.

– A ojciec go nie zauważył?

– Co mam ci powiedzieć… – Rozłożył ręce. Po chwili zmarszczył brwi. – Jeszcze jedno. Kilkunastu z naszych wrogów zginęło w… dziwny sposób. Jakby przebitych szpikulcem… Ale takich noży nie mamy.

Jarowi chwilę zajęło zrozumienie słów. Wciąż wyobraźnia pracowała, ukazując mu ojca z łukiem i wroga za jego plecami skradającego się z siekierą…

– Nikogo nie widzieliście?

Arnem westchnął.

– Nie wiem. Nic nie wiadomo.

Jar opuścił głowę na pierś.

– Ale przecież…

– Tak, może któryś z tych dwudziestu ośmiu coś widział, ale… – Arnem poczerwieniał na twarzy. – Oni nie żyją i więcej się nie dowiemy. Zrozumiałe? – Nagle opuścił barki, cofnął się. – Wracaj do zdrowia, Jar, przydasz się nam – dodał zmęczonym głosem i szybko wyszedł.

Jar patrzył, jak potężna sylwetka wojownika znika za drzwiami. Arnem nie trzymał się dobrze. Pewnie też zdawał sobie sprawę z bezsensowności dalszego oporu. Choć oczywiście zaprzestanie walki nie wchodziło w grę, dopóki tutaj mieszkały rodziny, których trzeba było bronić.

Jar zamknął oczy. Jemu została matka i brat, który pewnie nadal biegał gdzieś po lesie, pod warunkiem, że jeszcze żył. A jeśli zginął? Ta myśl była przerażająca. Jar potrząsnął głową. Skupił się na powolnym oddechu. Musiał jak najszybciej wyzdrowieć i tyle… Potem chwycić w ręce łuk i zacząć walczyć, nieważne, jakie były szanse na powodzenie. Każdy miał swój obowiązek. Ojciec go spełnił. Teraz kolej na niego.

 

***

 

Była już noc, gdy mama wróciła do domu. Miała zaczerwienione oczy, a na polikach smugi po łzach. Przywitała się gestem, a potem zaczęła szybko chodzić po chatce.

– Gdzie Saren? – zapytała.

Jar się zgarbił.

– Jeszcze nie wrócił – szepnął.

Podeszła bliżej.

– Co powiedziałeś?

Odwrócił wzrok.

– Jeszcze go nie ma.

Usiadła na podłodze, przyciskając dłonie do czoła.

– Wróci – spróbował ją pocieszyć.

Nie spojrzała na niego. Powoli wstała i wyszła z chatki. Usłyszał jej przytłumione nawoływanie, które po chwili ucichło. Miał nadzieję, że nie poszła sama szukać Sarena w lesie, a jedynie poprosić kogoś o pomoc.

Spojrzał na nogę. Nadal nie mógł wstać. Wściekle syknął. Dlaczego akurat w takim momencie musiał mieć skręconą kostkę? Może gdyby był bardziej uważny… Ojciec nadal by żył.

Skulił się na łożu, nasłuchując.

Bardzo późno, bo nad ranem, mama wróciła. Włosy miała w nieładzie, a usta mocno zaciśnięte. Niemal od razu położyła się spać. Wstała w południe. Przygotowała posiłek i z uśmiechem podała mu jedzenie, a potem zaczęła pytać o nieistotne sprawy. Odpowiadał, również starając się uśmiechać. Obaj jednak wiedzieli, że jest to wszystko sztuczne, że służy tylko temu, by zapomnieć. 

Przez kolejne dni poświęcała mu wiele uwagi, dbała, żeby jak najszybciej wrócił do zdrowia i faktycznie, już szóstego dnia od tragicznych wydarzeń mógł znowu poruszać się bez kija. Szło mu słabo, ale potrafił przejść w ten sposób parę kroków.

W końcu postanowił samemu wyjść na zewnątrz i usiąść na dobrze sobie znanym kamieniu. Wysoko w górze świeciło słońce, przebijając się przez zwisające nad jego głową gałęzie świerku. W wiosce wszyscy krzątali się energicznie, ale twarze mieli ponure. Często spuszczali wzrok, przechodząc obok siebie. Arnem doglądał kilkunastu chłopaków, którzy uczyli się strzelać z łuku. Niektórym szło dobrze, innym gorzej. Taka była ich nowa armia. I na co miała się zdać?

Jar pogłaskał brodę. Ludzie mówili, że trzeba dotrwać do zimy, że potem jakoś to będzie. Głupie gadanie. W wiosce było coraz mniej zdolnych do walki. A zresztą, kto miałby zagwarantować, że po przetrwaniu resztki lata, a potem jesieni, najazdy ustaną?

Nie mówiąc już o tym, że wystarczyłby jeden oddział, jeden naprawdę duży oddział, żeby do końca pogrzebać wszelkie nadzieje. Może się nie pojawi. Może nie…

Jar położył ręce na nagrzanym kamieniu. Brakowało mu tego w ostatnich tygodniach. W końcu odzyskiwał wolność nad kończynami, mógł zacząć o czymś decydować… Uśmiechnął się pod nosem. Głupio było tak myśleć.

– Jar. – Wzdrygnął się, słysząc głos zza pleców.

Wstał i chwiejnie się obrócił, a potem chwycił brata w ramiona.

– Jesteś w końcu. – Od Sarena bił dziwny chłód, ale Jar go zignorował. – Gdzieś ty był? – Opuścił brata na trawę.

– Nie wiem.

Jar się zaśmiał.

– Jak to nie wiesz?

– To pewnie nieważne.

Ten chłód czuć było też w głosie. Brat musiał już wiedzieć o śmierci ojca, a może nawet…

– Widziałeś?

Saren przekrzywił głowę. W oczach też miał ten zimny błysk.

– Przyjdę do ciebie jeszcze. Gdzie mama?

– W domu.

Odwrócił się i ruszył w stronę chatki. Jar chciał za nim iść, ale gwałtowny krok spowodował ból i zmusił do zajęcia z powrotem miejsca na kamieniu. Dopiero teraz przyszły kolejne pytania. Jak Saren przeżył tyle dni, gdziekolwiek był? Co jadł? Może udał się do jakiejś innej wioski? I ten chłód od niego bijący. Czym spowodowany? Czy brat naprawdę mógł wiedzieć, jak umiera ojciec? A jeśli nie…

Z domu dobiegł radosny krzyk matki. Ciekawe, czy dotknęła już syna i poczuła, jak zimny był? Jar bezradnie rozłożył ręce. Tak niewiele rozumiał i tak niewiele mógł zrobić. Gdyby ojciec przeżył…

Jar podniósł się i ostrożnie dotarł do chatki. Przy stole siedziała mama, dłońmi muskała mały kamyk. Rozejrzał się.

– Gdzie Saren?

Uśmiechnęła się smutno.

– Powiedział, że wróci.

– Poszedł?

Ale kiedy? Przecież… Jedna z okiennic była otwarta. Więc tak.

– Nie chciałam go wypuścić, odgrodziłam od drzwi… On się tak bardzo zmienił. – Pokręciła głową. – Kim teraz jest?

Jar wsparł się o ścianę. Chociaż pragnął, to nie potrafił znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi. Sam chciał zapytać mamę o chłód bijący od brata, jednak to mogłoby ją jeszcze bardziej przybić, więc po prostu usiadł przy niej i objął ramieniem.

 

***

 

Przyjął stabilną pozycję i przymierzył do ustawionej tarczy po drugiej stronie placu. Płynnie wypuścił strzałę, a ta poszła tak, jak jej kazał, wbijając się w środek.

– Dobry strzał. – Saren pojawił się znowu znikąd.

– Gdzie byłeś? Trzy dni…

Podniósł dłoń.

– Ktoś musi to robić.

Jar odsunął się o krok. Dziwnie było patrzeć na jedenastolatka, który mówił w ten sposób… Przecież nie zawsze taki był.

– Co robić?

Saren podszedł bliżej i wyciągnął rękę po łuk. Jar ostrożnie mu go podał, muskając małą dłoń. Chłód był nadal wyczuwalny. Jar wzdrygnął się.

– Niedługo znowu tu przyjdą. – Saren nałożył strzałę na cięciwę. – Chciałeś wiedzieć, jak zmarł nasz ojciec.

Jar zachłysnął się powietrzem.

– Wiesz?

– Widziałem. – Strzała płynnie pognała do celu i wbiła się zaraz obok swojej poprzedniczki. – Trafili go, rzucając nożem w nogę. Niefortunnie się wbił, rana zaczęła krwawić. Ruszyło za nim czterech. Ojciec zabił ich. Szybko, płynnie. – Trzecia strzała grzmotnęła o tarczę. – Tylko nie zauważył jednego z tylnej straży. A tamten miał topór.

Jar patrzył na brata szeroko otwartymi oczami.

– Gdzie wtedy byłeś?

– Wtedy siedziałem przestraszony na drzewie.

Czwarta strzała wbiła się obok pozostałych. Saren odłożył łuk, odwrócił się i odszedł. Jar nie próbował go zatrzymywać, jedynie odprowadził pustym spojrzeniem.

Potem usiadł wolno na ziemi, wziął strzałę. Więc wszystko się wyjaśniło. Trzeba było pójść tam razem z bratem i ubezpieczać ojca. Wtedy nadal by żył. Jeden zły skok wszystko popsuł.

Jar założył strzałę na cięciwę, gwałtownie wstał i strzelił. Delikatny wiatr poranka popchnął ją ku celowi.

 

***

 

Otworzył oczy, gwałtownie siadając na łożu. Wszystko wokół wciąż było takie niewyraźne, a umysł pracował wolno. W ciemnościach kształtów zaczęła nabierać ludzka sylwetka. Saren? Brat stał zaraz przy wejściu.

– Musimy iść – powiedział.

– Co się stało? – zapytał Jar, schodząc z łoża. Sarena znów długo nie było.

– Niedaleko wrogowie. Pięćdziesięcioro ludzi.

Jar zawahał się na chwilę, szeroko otwierając oczy.

– Zaraz do was dołączę.

Saren mruknął coś i szybko wyszedł na zewnątrz, wpuszczając do chaty chłodny wiatr wieczoru. Jar ubierał się, czując przyśpieszone bicie serca. Chwycił łuk i kołczan. W drzwiach zatrzymała go mama, którą musiała obudzić krzątanina. Przytuliła go.

– Dbaj o brata i wróć.

Kiwnął jej głową.

– Do zobaczenia, mamo.

Na zewnątrz przywitał go blady księżyc. W oddali, pośrodku wioski tańczyły płomienie pochodni, z tej odległości przypominające świetliki. Ruszył w tamtym kierunku. Noga już była zdrowa, nie przeszkadzała w poruszaniu się. Czuł jedynie dreszcz. Dreszcz napędzał go do działania, wyostrzał zmysły.

Jar zatrzymał się przy kręgu, w środku którego stał Arnem.

– Czekamy jeszcze na dwóch – oznajmił. Ci pojawili się chwilę później, byli młodzi, kurczowo trzymali łuki, czasami zgrzytając zębami. – Wszyscy są? – Rozejrzał się. – Wróg jest parę mil stąd, być może będzie chciał podejść nas pod osłoną nocy, ale na to mu nie pozwolimy. Wydamy walkę o świcie. Zasypiemy gradem strzał. Jest nas dwudziestu pięciu, z czego czterech dorosłych mężczyzn. Ich macie się pilnować i rozkazów słuchać. Każdy z was jest istotny i nie może zginąć, ale musi trafić. Jasna sprawa?

Odpowiedziały mu zgodne głosy. Pogasły pochodnie, a oddział rozproszył się i ruszył w stronę ściany lasu.

 

***

 

Dziwnie tak leżało się o mdłym świcie w krzakach na wzniesieniu, nasłuchując kroków. Czuł przyśpieszone bicie swojego serca i wydawało mu się, że słyszy łomotanie u Laya leżącego po lewej stronie. Tamten twarz miał bladą, źrenice rozszerzone.

– Trzymasz się? – szepnął Jar.

Chłopak kiwnął głową i się uśmiechnął.

– Jasne – drżenie głosu zdradziło strach.

Jar odpowiedział mu uśmiechem i wrócił do patrzenia na biegnącą nieco niżej ścieżkę. Obok niego położył się Saren z gotowym łukiem. Jeszcze niedawno było nie do pomyślenia, by brał udział w walce, ale… Teraz nie dość, że strzelał bardzo celnie, to nie miał problemu naciągnąć cięciwy. Chyba nie trzeba się było o niego bać. Pod warunkiem, że nie zrobi nagle czegoś bardzo głupiego. Jar powstrzymał się od westchnięcia.

Z daleka doszedł jakiś odgłos. Jar wytężył słuch. Tupot butów. Szli tu, niespecjalnie się maskując. Błąd. Sprawdził jeszcze raz, czy wszystko z łukiem w porządku, i wtulił brodę w ziemię. Oczy ledwo wystawały mu zza kępek trawy.

Odgłos narastał.

Pierwszy drogą nadszedł mężczyzna w szarej zbroi. Rozglądał się uważnie, ale w szarym świcie nie udało mu się niczego dostrzec. Za nim szła cała reszta. Jar wyszczerzył zęby. Bydlęta prowadzone na rzeź. Dotknął strzały, trzeba było czekać na sygnał.

Większość wrogów miała włócznie, paru nosiło kusze, tych ostatnich trzeba było zabić w pierwszej kolejności.

Na końcu szedł dowódca oznaczony czerwonym pióropuszem na hełmie, jakby wręcz prosił się o posłanie w niego strzały. Jar niespokojnie spojrzał na drugą stronę. Zaraz przejdą i tyle… Gwizd przeciął powietrze.

Jar zerwał się, w tym samym momencie naciągając cięciwę. Wycelował w kusznika najbliżej niego i wpuścił strzałę. Pognała. Tamten nie zdążył się zasłonić. Wbiła się w słabo osłoniętą pierś. Jar patrzył przez chwilę na wyciekającą krew.

Potrząsnął głową. Chwycił kolejną strzałę. Obrał na cel gotującego się do wypuszczenia grotu wroga i pozwolił palcom zrobić resztę. Tym razem już się niepotrzebnie długo nie przyglądał padającemu ciału.

Przygotował się do kolejnego strzału. Kuszników żywych już nie widział. Pozostali wrogowie zasłaniali się tarczami, tworząc szyk. Usłyszał świst obok ucha. Strzała posłana przez Sarena wbiła się nad tarczą, przewracając kolejnego z nieprzyjaciół.

Jar zagryzł wargę i sięgnął do kołczanu. Wzrokiem próbował odnaleźć właściciela czerwonego pióropuszu. Nie było go w rozpadającym się szeregu ani wśród leżących na ścieżce ciał. Musiał uciec. Dokąd?

Jar wypuścił strzałę w stronę cofającego się włócznika. Nie trafił, ale to nieważne. Ci nie mogli zaatakować. Stali się zwykłym celem. Bydlętami prowadzonymi na rzeź. Zostało ich może kilkunastu na nogach. Zasłaniali się tarczami, próbując ocaleć przed krwawym deszczem. Bali się zaatakować wzniesienia, a strzały ich za to karały.

Gdzie ten dowódca? A gdzie brat? Saren przed chwilą tu był. Jar dostrzegł go biegnącego wzniesieniem w stronę, skąd przyszli wrogowie. Zaklął i ruszył za nim. Kątem oka spojrzał jeszcze na otoczony szyk wroga. Poradzą sobie, pomyślał. Dali radę do tej pory, to i dokończą dzieła, a ja muszę…

Przeskoczył nad zwalonym korzeniem. Brat był daleko. Należało przyspieszyć.

 

***

 

Dopadł go dopiero przy jednym ze wzniesień, o wiele za późno. Saren położył palec na usta.

– Zaraz tu będą – wyszeptał.

Jar powstrzymał się od wściekłego syknięcia. Przeszli wiele mil. W tych rejonach pewnie pojawiały się już pierwsze patrole. Teraz mogli jeszcze bezpiecznie wrócić, ale…

Ścieżką zbliżali się trzech żołnierzy i dowódca. Pot ciekł im po karkach. Szli znacznie wolniej niż na początku ucieczki, ale wciąż uważnie się rozglądali. Jar przylgnął do ziemi.

Mówili coś przyciszonymi głosami, ich twarze paskudziły grymasu gniewu. Będę się chcieli zemścić, uświadomił sobie. Czy mają dość władzy? Może wcale nie potrzeba jej wiele, by zebrać kolejną setkę żołnierzy, której tym razem uda się dopaść wioski. A jeśli wyślą konnicę?

Jar spojrzał na Sarena, gotowego do ataku w każdej chwili. O czym brat teraz myślał? Czwórka postaci była coraz bliżej ich kryjówki. Wrogowie zaczynali tracić czujność, co równocześnie oznaczało, że są już blisko swoich. Niedobrze.

Saren podniósł się delikatnie i zza osłony krzaków posłał strzałę. Świsnęła i wbiła się w pierś dowódcy. Pozostała trójka rzuciła się w kierunku wzniesienia. Jar nie czekał, wystrzelił. Zdołał trafić kolejnego.

Pozostali wspinali się teraz szybko, zasłaniając tarczami. Jar drżącymi dłońmi próbował nałożyć strzałę, ale ześlizgnęła mu się z łuku, musiał poprawić… Byli już tak blisko. Zacisnął usta. Wymierzył. Strzelił, grot utknął w tarczy. Jar zaklął. Chwycił palcami lotkę. Wyślizgiwała się z rąk.

Świst strzały brata koło ucha. Jeden z mężczyzn padł. Drugi był już blisko. Zamachnął się i cisnął włócznią.

Jar runął na kolana, drzewce przeszło nad nim i utknęło w drzewie. Poderwał się. Kolejna strzała z łuku Sarena wbiła się w tarczę napastnika.

Jar czekał z napiętą cięciwą, licząc, że mężczyzna na chwilę opuści tarczę, by spojrzeć. Nie, głupi pomysł. Jar wystrzelił, celując w stopę i rzucił się w drugą stronę. Poczuł uderzenie o bark. Przeturlał się wśród krzaków i natychmiast poderwał.

Saren dokończył dzieła; wróg leżał z przebitą tchawicą, grot zabarwiła krew. Jar podbiegł do niego.

– Wszystko dobrze?

Saren przytaknął.

– Musimy się stąd wynosić – głos miał nadal taki lodowaty…

Nie było czasu na podobne myśli. Jar rozejrzał się. Wszędzie tu mógł pojawić się patrol, choć na razie żadnego nie widzieli. Saren ruszył już z powrotem, delikatnie przechodząc między kolejnymi krzakami. Jar podążył za nim.

Zrobili może czterdzieści kroków, gdy dotarł do nich alarmujący krzyk z miejsca, które opuścili. Gdzie był ten patrol, że wcześniej go nie widzieli? Może zwabiły go odgłosy walki?

Saren już biegł. Jar obrócił się jeszcze. Któryś z tamtych nagle zamachał ręką. Zauważyli ich. Jar zaklął, zaciskając pięść. Był za wolny, powinien szybciej zniknąć wśród krzaków.

Pognał za Sarenem. Skręcili w jedną z bocznych ścieżek prowadzących w gęsty las. Omijali kolejne krzaki i drzewa. Przeskoczyli nad strumykiem. Dalej powinno…

Saren gwałtownie się zatrzymał tak, że Jar prawie na niego wpadł.

– Kim jesteście? – Jeden z żołnierzy wyłonił się zza drzewa, towarzyszyła mu jeszcze czwórka.

Jar znieruchomiał. Kolejny patrol… W takim miejscu… Z tej odległości nie było sensu chwytać za łuk, dałoby się wypuścić najwyżej jedną strzałę.

– Pójdziecie z nami. – Żołnierz wystąpił do przodu.

Jeśli zaczną uciekać, dopadną ich włócznie, jeśli…

Saren dobył łuku. Idiota. Jar podążył za jego przykładem. Tamci rzucili się do przodu. Saren zdążył trafić wcześniej mówiącego wroga. Jar przycelował i płynnie wypuścił strzałę, która ugrzęzła pomiędzy oczyma mężczyzny, właśnie przygotowującego się do rzutu włócznią.

W tym samym momencie tarcza odrzuciła Sarena pod drzewo. Kolejny mężczyzna skoczył ku Jarowi, który w odpowiedzi runął do tyłu, próbując nałożyć strzałę.

Usłyszał krzyk. Nie pochodził od brata. A potem kolejny. Odwrócił się gwałtownie i spostrzegł, że mężczyzna go goniący szeroko rozwiera usta, cofając się niepewnie w stronę swoich. Jar błyskawicznie nałożył strzałę i wypuścił ją.

Tamten nawet nie poruszył tarczą, by się zasłonić. Upadł, uderzając plecami o ziemię.

Jar podążył wzrokiem w stronę Sarena. Jego brat leżał oparty o drzewo, trzymając rękę na mężczyźnie, którego ciało przeszył lodowy kolec. Dalej na ziemi wciąż czołgał się ostatni przeciwnik, krzycząc, gdy trzy zimne sztylety coraz mocniej wbijały się w jego ciało. Ucichł nagle.

Wydawało się, że wszystko wokół umarło. Nawet wiatr jakby zniknął. Jar powolnym krokiem podszedł do Sarena.

– Co się stało?

– Zabiłem ich.

Jar pokręcił głową, patrząc na trupy.

– Od kiedy to potrafisz?

– Musimy iść. – Saren spróbował się podnieść.

Jar przycisnął go do ziemi, kładąc rękę na barku.

– Czy, gdy widziałeś śmierć ojca… już to potrafiłeś?

Saren pokręcił głową.

– Siedziałem wtedy przestraszony na drzewie – zaczął w miejscu, gdzie ostatnio skończył. – A ojciec zginął. Wtedy coś mnie dotknęło, przyszedł chłód. I poczułem przenikliwe zimno, gdy przysunąłem dłoń do ust. Łzy zamieniły się w kryształki lodu. Ten na dole z siekierą dostrzegł mnie. Spadłem na ziemię. Nie czułem już strachu, tylko mróz.

Jar patrzył na niego, gwałtownie mrugając.

– I to ty zabiłeś tych kilkunastu, to były twoje szpikulce?

Saren wolno przytaknął.

– Potrafisz przywoływać lód?

Znowu przytaknięcie.

– Jak bardzo?

– Nie wiem. Jeszcze. Ojciec zginął, a ja siedziałem przestraszony na drzewie. – Ziemię pod jego dłonią zaczął pokrywać lód.

Jar chwycił go za ramiona tak, by brat spojrzał mu w oczy.

– Nie. To nie twoja wina. Już w porządku. – Pomógł mu wstać. – Wrócimy. Będzie dobrze.

Saren podniósł z ziemi łuk.

– Przydam się, prawda? – zapytał.

Jar zmarszczył brwi. Dopiero teraz to do niego dotarło. Tak potężny wojownik, jakim jego brat mógł się stać jako dorosły…

– I to bardzo.

Saren pokiwał głową, jakby to go uspokoiło.

– Tam będzie najlepiej. – Wskazał na ścieżkę prowadzącą w głąb gęstego lasu. – Wyjdziemy blisko wioski.

Jar pokiwał głową. Obejrzał się jeszcze ostatni raz.

Stali tam.

Rzucił się na brata, przygwożdżając go do ziemi. Grot z kuszy przebił powietrze nad ich głowami. Jar przeturlał się, wyciągnął strzałę. W ich stronę nadbiegali trzej włócznicy i topornik. Z tyłu stał kusznik, który ładował. Chwilę mu to powinno zająć.

Jar strzelił do nadbiegającego mężczyzny. Strzała utkwiła w piersi, pozbawiając wroga tchu. Saren nie sięgnął po łuk. Uderzył lodem. Tamci cofnęli się z grymasem przerażenia na twarzach. A potem natarli z wściekłością.

Jar wypuścił kolejny pocisk, który jednak ześlizgnął się po tarczy. Saren uskoczył, jednocześnie przebijając lodem jednego z mężczyzn. Jar nałożył strzałę. Przycelował i trafił topornika.

Mężczyzna krzyknął, chwytając się za bok, z którego ciekła wąska strużka krwi. Topornik wściekle zaklął i odwrócił się, by zaszarżować na Jara, ale wtedy lodowy szpikulec trafił go w nogę. Drugi z mężczyzn przystąpił do ataku. Saren zgrabnie odskoczył.

Jar przygotował się do kolejnego strzału. I wtedy rozległ się cichy szczęk kuszy. Jar zapomniał. Zapomniał… Sarenem szarpnęło. Grzmotnął o ziemię. Zgiął się, patrząc na swój przebity brzuch.

Jar odwrócił się i wysłał strzałę w stronę skrytego przy krzaku kusznika. Trafił. Natychmiast naciągnął kolejną. Mężczyzna z włócznią rzucił się w jego kierunku. Pierwszy pocisk uderzył go w kolano, drugi przeszył szyję.

Piątka leżała martwa. Jar doskoczył do brata.

– Saren! – Potrząsnął nim. Wstrzymał drżące dłonie i przyłożył ucho do klatki piersiowej brata, ale nie usłyszał bicia serca, poczuł tylko słabnący z każdą chwilą chłód.

 

***

 

Trafił na nich po drodze. Piątka bydła. Krzyknęli coś w jego stronę. Wyciągnął pierwszą strzałę i płynnie ją wypuścił. Potem kolejną i kolejną. Padali, nie mogąc się zbliżyć. Jak łatwo przychodziło mu strzelanie w stanie otępienia. Nie musiał myśleć… Pociski same odnajdywały cel. Zostawił za sobą martwe ciała.

Stanął na skraju lasu, gdy słońce przyjęło krwawą barwę. Usiadł w krzakach i patrzył na chatki. Nie mógł się zmusić, by zejść, nie chciał zobaczyć mamy i powiedzieć jej… Zacisnął wargi. A potem zaczął bujać się z tępym wzrokiem utkwionym w gasnącej czerwieni zachodu. Nie wiedział, jak długo trwał w takim stanie, ale wybudziło go krótkie pytanie.

– To ty? – Arnem odłożył łuk i do niego podbiegł. Było ciemno. Kiedy to wszystko tak się zmieniło?

– Tak – odpowiedział, wciąż bujając się w tym samym rytmie.

Arnem rozejrzał się wokoło.

– Chłopak mi doniósł o jakimś podejrzanym łuczniku, nie przyjrzał się z bliska. Przyszedłem, a to ty… Mama się niepokoi.

Jar skulił się.

– Później przyjdę.

– Mogę z nią przyjść, jeśli…

– Nie – niemal krzyknął, a potem wbił palce w czoło. – Nie pozwoliłem mu wstać spod tego drzewa, mogłem poczekać… Myślałem, że jesteśmy bezpieczni. Nie wiedziałem. Tak chciałem wiedzieć, co się stało. A potem jeszcze ten kusznik. Jak mogłem zapomnieć? – Uderzył pięścią o ziemię. Nie chciał pamiętać. Saren odszedł w milczeniu, bez krzyku, bez syknięcia z bólu, tylko tak po prostu… I to było w tych wspomnieniach najgorsze.

– Saren nie żyje, tak? – zapytał cicho Arnem.

– Zapomniałem… Powinienem pomóc mu wrócić, powinienem… – Jar znów zaczął się bujać. Arnem jeszcze coś mówił, ale słowa były niewyraźne, nie miały sensu.

 

***

 

Patrzyła na niego ze smutkiem w oczach. Jar spojrzał na buty, zaciskając ręce na łuku.

– Gdzie Saren? – zapytała, choć przecież już ktoś jej musiał powiedzieć.

Dlaczego nie udało mu się go ściągnąć z powrotem? Dlaczego nie złapał wcześniej… Przecież obiecał, że o niego zadba.

– Nie żyje.

Kiwnęła głową. Zachowała spokój. Przez chwilę. A potem zaczęła szlochać. Stał tak, patrząc, jak płacze i trzymał w ręce łuk, który na nic się nie zdał.

Usiadła na łożu, wciąż łkając.

– Przepraszam, Jar – powiedziała. – Po prostu to wszystko…

Usiadł wolno na podłodze, wyjął strzałę i obejrzał ją. Potem przeniósł wzrok na stół, gdzie miał wypić piwo razem z ojcem. Kiedy ojciec odszedł, Jar wierzył, że napije się kiedyś z bratem, ale teraz… Saren miał zdolności, które mogłyby uratować całą wioskę, on…

Jar spojrzał na wciąż płaczącą mamę. Nerwowo zaczął stukać palcem w podłogę. Popełnił dwa błędy i kosztowały zdecydowanie zbyt wiele.

 

***

 

Czekał wraz z innymi na wzniesieniu, aż oddział wroga podejdzie bliżej. Po chwili pojawił się pierwszy żołnierz, potem kolejny, znów popełniali ten sam błąd. Czy powinien się dziwić? Nie przeżył nikt, kto mógłby im przedstawić, jak wyglądało ostatnie starcie.

Zaczęło się tak samo. Najpierw głośny gwizd. Wychylenie się, by wypuścić strzałę. Potem nałożenie kolejnej.

Teraz zawsze trafiał, nie miał już drżących dłoni ani spoconych palców, z których wyślizguje się łuk. Tak łatwo było strzelać. Przeciwnicy ruszali w górę po zboczu, ale odsłaniali tym samym plecy dla łuczników z drugiej strony. Grad był niemiłosierny.

Kilkunastu żołnierzom udało się zdobyć wzniesienie, ale i tu musieli gonić za rozpraszającym się wrogiem. Co chwila jeden z mieszkańców wioski zatrzymywał się, by wypuścić strzałę, a potem znów zniknąć w zaroślach. Wrogowie z tarczami nie mogli nadążyć. Poszło szybko.

Jar nie pamiętał, ile strzał wypuścił. Ważne, że wygrali. Tylko co teraz? Tamci nie wyślą już kolejnego takiego oddziału. Przyjdzie zapewne kawaleria. A może odpuszczą bohaterskiej wiosce? Zaśmiał się głucho. Można było pomarzyć.

Pomógł usunąć ciała i znieść sprzęt do wioski. Mama stała przy skraju lasu, patrząc na wracających, uśmiechnęła się na jego widok. Oczy wciąż miała zaczerwienione. Nie ona jedna tu stała. Przez ostatnie tygodnie zdecydowanie zbyt wiele kobiet i dzieci straciło bliskich. Pole obok wioski stało się jednym wielkim cmentarzem, który rozrastał się szybko.

Arnem zbliżył się do Jara.

– Będzie zebranie na środkowym. Przyjdź za chwilę – oznajmił.

Jar kiwnął głową.

Udał się do domu, zjadł szybki posiłek, wymienił parę słów z mamą i wrócił na plac. Wszystko było tak dziwnie pozbawione kolorów i takie nierzeczywiste, czas też płynął inaczej.

Arnem czekał widocznie, jak przyjdzie, bo gdy się pojawił, od razu zaczął mówić:

– Udało się nam pokonać kolejny oddział, ale dzisiaj straciliśmy trzech chłopaków, których dosięgnęły włócznie. Możemy tylko przypuszczać, że tym razem już tamci nie wyślą tak słabego oddziału i spróbują nas wykończyć. Jeśli przyjdzie kawaleria…

– Więc, co radzisz? – zapytał jeden z mężczyzn, z obandażowanym barkiem.

Arnem skrzywił się.

– Będziemy musieli stąd odejść.

Jar przesunął wzrokiem po twarzach zgromadzonych. Jeszcze niedawno pewnie pojawiłoby się na nich coś więcej, ale teraz każdy był zmęczony, a i gniew już dawno stopniał, więc tylko pokiwali głowami.

Jedynie mężczyzna z obandażowanym barkiem podniósł rękę na znak sprzeciwu.

– To zły moment.

– Krótko po żniwach, to zły moment?

– Jesień może być trudna, zresztą dokąd pójdziemy?

Arnem pogładził brodę.

– Myślałem nad okolicami miasta Bern, to osiemdziesiąt mil stąd. W dwa tygodnie powinniśmy dotrzeć tam z częścią dobytku, wiadomo, że pierwszy miesiąc i zima będą trudne, ale przynajmniej ocalimy nasze rodziny.

– A jeśli wcześniej zginiemy z głodu?

Arnem pokręcił głową ze znużeniem.

– Mamy dość zapasów. Dotrzemy.

– Wróg i tak tam przyjdzie…

– Jutro wyruszamy – powiedział i opuścił plac.

Nikt nie rzucił już żadnego słowa sprzeciwu, może byli wdzięczni Arnemowi, że za nich podjął decyzję, a może było im wszystko jedno.

 

***

 

Kolumna wychodziła z wioski, idąc ku południu. Jar przyglądał się jej z boku. Palce zaciskał na łuku tak mocno, że zbielały mu kostki. Spojrzał po raz kolejny w stronę, skąd przyszedł wróg. Mógłby tam wrócić i zacząć zabijać, chować się wśród drzew tak, by opowiadali o nim historie, wystrzelać całe dziesiątki… Mógłby.

Mama szła na końcu pochodu z uniesioną głową. Jeszcze chwilę temu myślał, że po prostu nie ma siły już dłużej płakać, ale teraz sam nie był pewien. Może podniosła się tak, jak robiła to przez wiele lat. Tylko co, gdyby straciła ostatniego syna? Nie był sam na tym świecie i musiał o tym pamiętać.

Zamknął oczy, wciągając świeży zapach trawy, a potem ruszył wzdłuż kolumny, zostawiając dawny świat. Nagle wzdrygnął się, czując lodowaty dotyk na ręce. Gwałtownie otworzył oczy, kręcąc się w każdą stronę. Nie dostrzegł nikogo. Potarł przedramię. Wciąż wydawało się zimne.

– Wszystko w porządku? – usłyszał głos Arnema.

– Tak. – Uśmiechnął się.

Ruszył dalej, ale zimno nie ustępowało. Wydawało się, że wręcz przenika go coraz bardziej, obejmuje żyły, mrozi krew. A potem coś nim szarpnęło.

Stanął, zapierając się stopami o podłoże. Świat zwolnił. Odgłos kroczącej kolumny sprawiał wrażenie dziwnie stłumionego, jakby dochodził z bardzo dalekiego snu. Było zimno. Jar spojrzał w słońce, już nie raziło, teraz wydawało się dziwnie szare. Dotknął ust. Czuł tylko chłód.

Wyciągnął dłoń ku niebu i zamknął oczy. Poczuł, jak formuje się na niej mroźny płatek, a potem wyobraził sobie kostkę lodu i zaczęła powstawać. Gdy delikatnie rozchylił powieki, już była gotowa i powoli topniała w świetle słońca.

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Przybywam niejako z rewizytą. :)

Każda poniższa sugestia oraz wątpliwość co do strony technicznej jest tylko do przemyślenia:

 

Czasami pewne zdania wydają mi się jeszcze jakby niedoszlifowane, nieco dziwnie brzmiące, może wymagające jedynie przestawienia wyrazów lub zmiany szyku (?); np.:

Bał się, że doskonale wie, co zaszło.

– A ojciec? – zapytał, próbując się złapać resztek nadziei.

W wiosce zostało ilu dojrzałych mężczyzn?

– Jedynie mniej więcej.

W ciemnościach kształtów zaczęła nabierać ludzka sylwetka.

Ich macie się pilnować i rozkazów słuchać.

Może wcale nie potrzeba jej wiele, by zebrać kolejną setkę żołnierzy, której tym razem uda się dopaść wioski.

 

 

Inne sprawy, które zatrzymały mnie przy czytaniu:

Tylko (przecinek albo myślnik?) co z tego?

Zrobiliśmy, co mogliśmy. – tu niechcący stworzyła się rymowanka

Nie wiem (przecinek?) jak do tego doszło, ale pewnie któryś musiał się przekraść z boku.

Jakby przekutych szpikulcem… – może lepiej: przebitych? – do przemyślenia

Może (przecinek?) gdyby był bardziej uważny…

A zresztą, kto miałby zagwarantować, że po przetrwania resztki lata, a potem jesieni, najazdy ustaną? – literówka?

– Jak to (przecinek, myślnik albo dwukropek?) nie wiesz?

– Nie chciałam go wypuścić, odgrodziłam od drzwi… On się tak bardzo zmienił. – Pokręciła głową.(brak spacji?) – Kim teraz jest?

Sprawdził jeszcze raz (przecinek?) czy wszystko z łukiem w porządku (i tu?) i wtulił brodę w ziemię.

Jar zagryzł wargę i sięgnął do kołczanu. Wzrokiem próbował odnaleźć właściciela czerwonego pióropuszu. Nie było go w rozpadającym się szeregu ani wśród leżących na ścieżce ciał. Musiał uciec. Gdzie? – dokąd? – nie mam pewności, sorry, do przemyślenia

– Jesień może być trudna, zresztą gdzie pójdziemy? – tu podobnie?

Ścieżką zbliżali się trzech żołnierzy i dowódca. – tu ewidentnie posypała się składnia

Mężczyzna krzyknął, chwytając się za bok, z którego ciekła wąska strużka krew. – i tu?

Zrobili może czterdzieści kroków, gdy dotarł do nich alarmujący krzyk z miejsca, który opuścili. – literówka?

Polę obok wioski stało się jednym wielkim cmentarzem, który rozrastał się szybko. – i tu?

Tylko (przecinek?) co teraz?

Tylko, co (i tu?) gdyby straciła ostatniego syna?

 

 

Za mało emocji Jara po usłyszeniu o śmierci ojca. Zaginięcie brata też jest dziwnie zapomniane: matka woła wieczorem, a potem uśmiechają się, on zdrowieje, ona mu pomaga, karmi, opiekuje się, To wygląda nieco nienaturalnie. Trzeba tam podopisywać trochę o tym, jak się/co czuli bez Sarena.

 

Bardzo dobrze potęgujesz napięcie. Od samego początku czuje się grozę, przerażającą sytuację wioski, niechybny atak ze strony wrogów i podobne, następne. To oczekiwanie na nieuniknione wisi w powietrzu. Świetnie oddałeś ten klimat. :)

Opisy walk – mega realistyczne, brawa! :)

Ogromnie przypadł mi do gustu pomysł na – tak ich sobie nazwałam – „zlodowaciałych”. :) Bardzo dobry sposób walki. :) Sądziłam, że przy śmierci ojca atakowały jakieś stwory, a tu takie zaskoczenie. ;) Zdumiało mnie, że nie są oni niepokonani, ale i tak – świetni. :)

Zakończeniem dałeś nadzieję. ;) Może jednak ich nie wykończą? :)

 

Klik, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Cześć, bruce

Za mało emocji Jara po usłyszeniu o śmierci ojca. Zaginięcie brata też jest dziwnie zapomniane: matka woła wieczorem, a potem uśmiechają się, on zdrowieje, ona mu pomaga, karmi, opiekuje się, To wygląda nieco nienaturalnie. Trzeba tam podopisywać trochę o tym, jak się/co czuli bez Sarena.

Co do ojca, to miałem nadzieję, że wybrzmi, że te uśmiechy są takie fałszywe, że służą temu, by zapomnieć. Dlatego mama później tak bardzo się zajmuje Jarem, by nie myśleć, o tym co się stało. Ale skoro to jest niejasne, to dodałem zdanie wyjaśniające. To co dzieje się po śmierci brata ma ten sam wydźwięk. W taki sposób reagują ci dwaj bohaterowie na to, co im się przydarzyło. Postaram się jeszcze coś dodać, żeby było to łatwiej odgadnąć. Nie chciałbym też jednak przesadzić w drugą stronę. Może poprawię parę reakcji bohaterów… Muszę pomyśleć :D 

Bardzo się cieszę, że reszta tekstu przypadła ci do gustu. 

Dzięki wielkie za komentarz i też wyłapanie pozostałych błędów, które zaraz poprawię :)

Tylko (przecinek albo myślnik?) co z tego?

Tutaj chyba akurat nie trzeba, przynajmniej jak patrzyłem, ale pewien nie jestem https://sjp.pwn.pl/przyklady/co%20z%20tego.htmlfilter=tylko&context_left=5&context_right=5&quote_left=10&quote_right=10

Pozdrawiam. 

 

Sen jest dobry, ale książki są lepsze

Jasne, dobrze, wszystko ok, to tylko do przemyślenia. :) Szanuję zawsze zdanie Autora, bo to On najlepiej zna swój tekst. :)

Bardzo mi się podobało. :) Ciężka atmosfera i ten specyficzny klimat mają tu znakomite uzasadnienie. :)

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Jasne, dobrze, wszystko ok, to tylko do przemyślenia

Tak tylko pytałem, bo chciałem wiedzieć, czy dobrze myślę :D

Ścieżką zbliżali się trzech żołnierzy i dowódca. – tu ewidentnie posypała się składnia

Jeszcze tutaj, bo nie jest to przykład z podmiotem szeregowym i wtedy “zbliżało się nie pasuje”? Nad tym akurat długo myślałem, więc byłbym wdzięczny za odpowiedź. 

Jeszcze raz dzięki. 

Sen jest dobry, ale książki są lepsze

Ścieżką zbliżali się trzech żołnierzy i dowódca. – tu ewidentnie posypała się składnia

Jeszcze tutaj, bo nie jest to przykład z podmiotem szeregowym i wtedy “zbliżało się nie pasuje”? Nad tym akurat długo myślałem, więc byłbym wdzięczny za odpowiedź.

 

Mnie to zgrzyta; przepraszam Cię bardzo, ale nie jestem pewna, nie mam wprawdzie żadnej wiedzy fachowej w tej materii, jednak wydaje mi się, że lepiej by brzmiały opcje:

Ścieżką zbliżało się trzech żołnierzy i dowódca.

Ścieżką zbliżali się trzej żołnierze i dowódca.

Ścieżką zbliżali się trzej żołnierze, a (wraz) z nimi dowódca.

Ścieżką zbliżało się trzech żołnierzy z dowódcą.

(????)

 

Może poczekaj jeszcze na zdanie kogoś mądrzejszego ode mnie? :)

Pozdrawiam serdecznie. :) 

 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka