Był późny wieczór, gdy Jakub Wilhelm zatrzymał się na szczycie niedużego wzniesienia i osłaniając oczy przed siekącym deszczem, popatrzył w rozpościerającą się niżej dolinę. Górował nad nią wysoki, najeżony strzelistymi wieżycami, pogrążony w ciemnościach zamek, u podnóża którego rozłożyło się mrugające rojem świateł miasteczko.
„Musiałem źle skręcić na rozstajach. Ale nic to, może znajdę tam przynajmniej schronienie przed tą okropną burzą” – pomyślał. Nie zwlekając, świeżo upieczony najemny łowca potworów spiął konia i ruszył w dół zbocza.
Gdy przemoknięty do suchej nitki przekroczył próg lokalnej gospody, na której szyldzie namalowany był kołowrotek przędzalniczy, spojrzenia wszystkich zwróciły się na niego.
– Witajcie, wędrowcze – pozdrowił go karczmarz. Podobnie jak wielu siedzących przy stołach, pomimo panującego w sali ciepła szyję obwiązaną miał wełnianym szalikiem, ale Jakub Wilhelm nie zwrócił na to szczególnej uwagi, uznając to po prostu za osobliwy miejscowy zwyczaj. – Kim jesteście i co was sprowadza do Księstwa Roquelaure? Tak rzadko miewamy tutaj gości…
– Jestem rycerzem Zakonu Czarnego Smoka – odrzekł łowca, podchodząc do szynkwasu. – Pobłądziłem i szukam noclegu.
– Rycerzem, hm? – Usta oberżysty rozciągnęły się w przymilnym uśmiechu. – Kto wie, może właśnie wy zdołacie obudzić z zaklętego snu naszą księżną, piękną Franciszkę?
– Księżną? Z zaklętego snu? – zainteresował się Jakub Wilhelm.
– Dawno, dawno temu, będzie ze sto lat, okrutna czarownica rzuciła klątwę na nowonarodzoną księżniczkę. W efekcie w dniu swoich osiemnastych urodzin dziewczyna ukłuła się w palec wrzecionem i zapadła w sen tak głęboki, że nikt i nic nie było w stanie jej z niego wyrwać. Książę i jego żona zestarzeli się i umarli, ale Franciszka, leżąca w szczytowej komnacie w najwyższej wieży, wciąż pozostaje tak samo młoda i śliczna jak w dniu, w którym skaleczyła się tym przeklętym kołowrotkiem. Legenda głosi, że tylko mężczyzna o czystym i szlachetnym sercu może ją obudzić pocałunkiem w usta, a wtedy ona zakocha się w nim bez pamięci, wyjdzie za niego i będą żyli długo i szczęśliwie…
– Dobrze. Z samego rana udam się na zamek i spróbuję odczarować waszą władczynię – obiecał rycerz, któremu perspektywa ożenku z najprawdziwszą księżną wielce przypadła do gustu.
– Och, nie, nie, nie! – zaprotestował energicznie karczmarz. – Akurat tak się złożyło, że nie ma wolnych pokoi. Skończyły się. Będziecie musieli przenocować w zamku.
– Dopiero co mówiliście, że rzadko miewacie gości – bąknął zdziwiony Jakub Wilhelm.
– Nie ma wolnych pokoi – powtórzył z naciskiem oberżysta, poprawiając szalik.
Chcąc nie chcąc, zaraz po posiłku rycerz zmuszony był ponownie wyjść na szalejącą ulewę, w noc rozjaśnianą jedynie białymi zygzakami błyskawic. Brnąc błotnistymi, opustoszałymi uliczkami, wkrótce dotarł przed masywną zamkową bramę. Okute wrota były zawarte, lecz gdy tylko do nich podszedł, z przeciągłym skrzypieniem otworzyły się na oścież. Uprzedzono go, że tak właśnie się stanie, ale i tak poczuł ukłucie niepokoju.
Przeciąwszy obszerny dziedziniec, otoczony murami nadgryzionymi zębem czasu i porośniętymi ciernistym pnączem, wstąpił na schody prowadzące do najwyższej wieży. Po ciągnącej się w nieskończoność wspinaczce wąskimi stopniami, w niemal zupełnej ciemności, znalazł się wreszcie w szczytowej komnacie. Zamiast łoża z baldachimem zastał w niej spoczywającą na podwyższeniu, oświetloną nikłym blaskiem świec pustą trumnę.
„Zapomnieli mi powiedzieć, że ich pani śpi tylko w dzień!” – pomyślał, kładąc dłoń na rękojeści miecza.
Wtem zza pleców dobiegł go szelest sukni. Odwróciwszy się gwałtownie, stanął oko w oko z tą, którą przybył odczarować. Była rzeczywiście piękna – miała cerę białą jak mleko i lśniące, hebanowe włosy, opadające w miękkich puklach na ramiona. Wzrok przyciągały jednak przede wszystkim usta, pełne, karminowe, jakby stworzone do namiętnych pocałunków. Gdy rozchyliły się lekko, błysnęły w nich długie, ostre kły…
Pół godziny później łowca wrócił do karczmy dyszący i wściekły, ze zmierzwioną czupryną i rozdartym rękawem, z ociekającym krwią workiem w ręku.
– Dranie! Łajdacy! Szumowiny! – zawołał od progu. – Ilu przede mną niewinnych przybyszów posłaliście jej na żer? Dziesiątki? Setki?
– Darujcie nam, panie rycerzu, ten mały podstęp! – Właściciel oberży uśmiechnął się przepraszająco. – Dla nas wasze przybycie było jak uśmiech losu. Jeśli by wam się powiodło, uwolnilibyśmy się od niej raz na zawsze, gdyby was wyssała, zyskalibyśmy przynajmniej jedną noc wytchnienia od jej polowań. No i jak poszło, co?
– Możecie zdjąć te głupie szaliki! – prychnął, rzucając na podłogę worek, z którego wytoczyła się odcięta głowa Franciszki Roquelaure. – Wampirzyca nie będzie więcej pożywiać się waszą krwią.