Dzięki Ci, Bruce, że mnie zainspirowałaś.
Boże, co ja bym dał, żeby choć przez chwilę znaleźć się w takim gronie. ;)
Dzięki Ci, Bruce, że mnie zainspirowałaś.
Boże, co ja bym dał, żeby choć przez chwilę znaleźć się w takim gronie. ;)
– Gdzie on?
– Nie wiem. Poszedł do seraju.
– Seraju?
– No na stronę. Przyjdzie, jak zrobi się więcej konsonansów. Kiedyś jego ojciec, Leopold, robił mu takie hardkorowe pobudki: grał kadencję, umyślnie kończąc na dominancie.
– Wredne.
– No wredne. Biedak musiał wstać, by rozwiązać napięcie dominantowo-toniczne.
***
– Naprawdę skrobnąłeś sześćset pieśni?
– Naprawdę napisałeś dwadzieścia cztery kaprysy?
– Nie mogłeś dobić do tysiąca?
– Nie mogłeś skomponować „Il venticinquesimo capriccio”? „Kaprysu dwudziestego piątego”?
***
– Franz, skończyłeś?
– Co?
– „Niedokończoną”.
– Nie.
– Nadal?
– Nadal.
– Ale wiesz… teraz już możesz.
***
– Gdzie on poszedł?
– Do seraju. Mówiłem przecież.
– Gdzie?!
– Do seraju!!! Boże, jak można być takim głuchym i parać się odami?
***
– Już raz się spotkaliśmy, pamiętasz? Na tym łez padole. W podobnym gronie. Przewracałeś wtedy kartki, jak grałem.
– Tak. Pamiętam nawet rok: tysiące dziewięćset dwudziesty drugi. Milhaud, Poulenc i Honegger. Strawińskiemu podobała się trzecia część, mnie druga.
– Teraz rozumiem, dlaczego poprosiłeś Arányi, by zagrała tematy ludowe. „Tzigane” nie wzięło się znikąd.
***
– Poproszę Frycka o coś brillant.
– Nie lubię sztuki nowoczesnej.
– Nowoczesnej? On ma ponad dwieście lat. To już romantyk.
– No właśnie: młodziak. Country i rock and roll mu w głowie. Albo inny folk.
– Twój papcio, Wilhelmie, bez obrazy, już za życia brzmiał anachronicznie. A tak przy okazji… gdzie on jest?
– Rozmawia z Nim. Już od partit z Nim rozmawia. Bo widzisz… on nie tworzy dla ludzi, nie tworzy dla królów, nie tworzy nawet dla siebie. Poprzez muzykę rozmawia z samym Bogiem.
– Wróci?
– Zawsze wraca. Na kawę. Albo na lipskie piwo, bo też lubi.
***
– Maurice, dlaczego twoja pachnie kawą?
– A twoja mgłą.
– Nie odpowiedziałeś.
– Ty też nie.
– Ja zapytałem pierwszy.
– To francuska tradycja.
– Unikać odpowiedzi?
– Nie. Robić z niej impresję.
– Jak z księżyca?
– Jak z chmur.
– Claude.
– No?
– Ty naprawdę wszystko zamieniasz w pogodę.
***
– Dlaczego tak długo trwa ta opera?
– Czyja?
– Twoja.
– To nie opera, to tetralogia.
– Tym gorzej.
– Cztery dni.
– Cztery?
– Cztery wieczory.
– Nie można zamknąć „Pierścienia Nibelunga” w dwóch godzinach.
– Można.
– Jak?
– Nie opowiadać.
– To nie jest odpowiedź.
– To jest skrót.
– Richard, sztuka potrzebuje czasu.
– Właśnie.
– Nie aż tyle.
– A ile trwała twoja „Aida”?
– Tyle, ile trzeba.
– A „Don Carlos”?
– Tyle, ile trzeba.
– Więc sam widzisz.
– Widzę. Ty potrzebujesz wieczności, ja tylko orkiestry.
– I dlatego Bóg stworzył wieczność.
– Ale nie dla ciebie ją stworzył, nie dla ciebie.
– Oj, tam, oj, tam. Ja tam wiedziałem, że mnie zrozumie.
– Nie jestem pewien, czy chodziło Mu o to.
– A jednak nie skrócił mojego „Pierścienia”.
– Bo nie słuchał go do końca.
***
– Kto prowadzi chór?
– Najbardziej naturalnym kandydatem jest Bach. Ale nigdzie nie jest powiedziane, że zechce poprowadzić. Bo może nie zechce.
– Widzę takie warianty. Bach: dyrygent z konieczności. Bóg uznał, że skoro napisał tyle kantat, to się zna.
– Tylko że Bach uważa, że śpiewamy za głośno.
– Inny wariant: Händel. Prowadzi, kiedy potrzebna jest monumentalność.
– Tylko że Bach uważa, że przesadza z efektami.
– Kolejny wariant: Palestrina. Odpowiada za „czystość chóralną”, choć jest przerażony tym, co późniejsze pokolenia zrobiły z polifonią.
– Jest jeszcze Bogu miły Mozart. Już to widzę: oficjalnie nie prowadzi, ale wszyscy go proszą, żeby „tylko poprawił jedną rzecz”, po czym poprawia całą partię.
– Beethoven?
– He, został mianowany kierownikiem, ale chór go nie słyszy, a on nie słyszy chóru. Typowe.
– A Mahler?
– Mahler chce prowadzić, ale potrzebuje do tego większego chóru, większej orkiestry i jeszcze jednej sfery Nieba. Masakra.
– No to zostaje Strawiński.
– Został zaproszony jako konsultant i natychmiast stwierdził, że wszystko jest zbyt harmonijne. Taki chór to dla niego żadne „Święto Wiosny”.
– No to klops. Bez be-a-ce-ha się nie da, no nie da się!
***
– To prawda, że sprzedałeś duszę diabłu?
– Nie.
– Na pewno?
– Tak.
– A skąd te plotki?
– Grałem na skrzypcach. Na jednej strunie. W pozycjach. Wysokich. Ekstremalnie. Nieziemsko. Niebosko.
– Te, te. Nie podniecaj się tak, dobrze? Nie podniecaj…
***
– Claude, jesteś impresjonistą?
– Nie.
– Ale wszyscy tak mówią.
– Wszyscy się mylą.
– To jak nazwać twoją muzykę?
– Muzyką. Po prostu.
***
– Te, Eroica! Dlaczego zatytułowałeś utwór „Dla Elizy”?
– Mój mały Satie, nie zatytułowałem, tytuł sam się pojawił. A ty? Dlaczego nazwałeś utwór „Trzy kawałki w kształcie gruszki”?
– Ha! To była ironiczna odpowiedź na krytykę. Jak można nie widzieć struktury?! Jak można nie widzieć formy?! W mojej, kurde, muzyce?!
***
– Najważniejsza jest synteza sztuk, cyruliku-pesarończyku.
– Najważniejsza jest kolacja.
– Najważniejsze, by ludzie nauczyli się słuchać, bo nie umieją.
– Mówisz jak mistrz zen.
– Kontinuum przepływa jak chmury, jak myśli. Zauważasz te myśli, ale się nie zatrzymujesz. Pozwalasz muzyczce płynąć dalej.
– I chmurom.
– I chmurom.
– I myślom.
– I myślom.
…
– Kolacja!
***
– O miły panie, Janie Sebastianie… rymne se na kolanie. Dlaczego twoje sonaty na skrzypce brzmią tak bardzo uniwersalnie i tak mało barokowo? Dlaczego nie ma w nich tylu ozdobników, ile oczekiwalibyśmy po baroku? By nie wspomnieć tutaj choćby tylko Bibera i jego opus magnum.
– A co tam barok. Dziś barok, jutro klasycyzm, pojutrze romantyzm. Najważniejsze jest to, co w muzyce uniwersalne: głos Boga. Język matematyki, proporcje, prowadzenie głosów. Kon-tra-punkt!
– O miły panie, Janie Sebastianie… rymne se na kolanie. Nie uważasz, że zubożyłeś przez to oblicze muzyki? Odebrałeś barokowi to, co w baroku było najpiękniejsze, a inni poszli w twoje ślady.
– Stasiu, uprząśniczko ty moja. Przeceniasz moje wpływy. Odkrył mnie dopiero Felix. Wcześniej się aż tak bardzo nie liczyłem. Traktowali mnie jak starego dziada. Albo w ogóle mnie nie traktowali. Zapomnieli o mnie.
***
– Witoldzie, powiedz no mi. Jak ci biedni młodzi kompozytorzy mają tworzyć? Przecież wszystko już było. Nie ma estetyki. Nie ma nic!
– No nie wiem, czy wiesz, ale pod koniec życia pracowałem nad systemem harmonicznym i kompozytorskim, wyrosłym z wieloletniej mojej praktyki.
– I co?
– Nic. Umarłem. Ale ty, Grażynko, nie musiałaś się nigdy o to martwić. Raz, że miałaś polski folklor w zanadrzu, dwa, że… no… miałaś skrzypce i ich niepowtarzalny idiom, i trzy, że miałaś swój neoklasycyzm.
– I wszystko?
– No wszystko.
***
– Carl? Carl Stalling?
– Tak, a z kim mam przyjemność?
– Szymanowski. Karol. Polak. Antysemita. Snob.
– Ładnie się pan zaprezentował przed milionami słuchaczy. Prr… wróć. To nie to radio.
– Tak jak powiedziałem: Szymanowski. Polak. Antysemita. Snob. To pan skomponował muzykę do tych wszystkich kreskówek: Strusia Pędziwiatra, Elmera, Kaczora Daffy'ego? Ile miał pan czasu na jedną kreskówkę?
– Tydzień.
– Nie oglądał pan tych bajek wcześniej?
– Nie zawsze było co oglądać. Najpierw ustalaliśmy tempo. Mieliśmy rozpisane klatki i znaczniki. Muzyka i animacja musiały się spotkać co do ułamka sekundy. Sporo eksperymentowałem. Jestem autorem systemu synchronizacji obrazu i dźwięku.
– Niewiarygodne. Wśród artystów zdarzają się niekiedy ludzie z patentami. Tu jest taki jeden, co wymyślił wycieraczki samochodowe. Taki Polak. No nie ważne zresztą… Świetna ta pańska muzyczka. Odważna. Awangardowa.
– Aha.
– Niech mi pan powie jeszcze, że gry pan na organach i jest głuchy.
– Aha.
– Geniusze są wśród nas. Bogowie są wśród nas.
***
– Gdzie on?
– Nie wiem. Poszedł do seraju. Dziesiąty raz powtarzam.
– Miał prowadzić. Że to niby teraz taka moda, tak? Na entropię? Wysoką! Burdel, a nie muzyka sfer niebieskich! A za dwa tygodnie koncert.
– A za dwa tygodnie koncert.
– A my nic nie umiemy.
– A my nic nie umiemy.
– Amen.
Cześć, Maćku!
Przeczytałem króciaka i to chyba jedyne, co mogę sensownie napisać. Treść i przesłanie mi zupełnie umknęło.
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
![]()
Sympatyczna impresja…

Dum spiro spero. Albo coś koło tego...
Maćku, jesteś bezczelny.
Nie wiem, co się z Tobą dzieje, ale chyba coś bardzo niedobrego. Ostatnio zalewasz nas slopem AI z niewiadomych powodów, a kiedyś przecież tak ładnie pisałeś.
– Nie. Robić z niej impresję.
– Jak z księżyca?
– Jak z chmur.
– Claude.
– No?
– Ty naprawdę wszystko zamieniasz w pogodę.
Format, a raczej jego brak, te gwiazdki, brak enterów… Nawet się nie starałeś ukryć, że to wygenerowany tekst. Żałuję, że nie można dać jakichś minusowych ocen.
Niewiele można tu zrobić, jedynie zgłosić do Administracji i mieć nadzieję, że odpowiednio zareaguje.
Nie pozdrawiam.
Upadłeś i od razu się poddajesz? To jakim cudem nauczyłeś się chodzić?