- Opowiadanie: Dawidek - Panna Jagódka i trzech zaklinaczy

Panna Jagódka i trzech zaklinaczy

Jest to pierwsze opowiadanie z serii, którą roboczo nazywam Kronikami Zaklinacza – utrzymane w lekkim, humorystycznym tonie historie o perypetiach młodego, utalentowanego człowieka, który używa swoich zdolności do pomagania najuboższym. Albo opowiastki o zwykłym zaklinaczu z urzędu, który nie grzeszy talentem. Zależy, kogo spytać ^^

 

Do tej pory napisałem trzy historie z tego uniwersum.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Panna Jagódka i trzech zaklinaczy

Nie sądziłem – będąc świeżo upieczonym magistrem sztuk magicznych – że moja pierwsza sprawa będzie tak… przyziemna.

– Miałem trzy świnie. Są dwie. Znaczy, jednej brakuje – powiedział pan Wacław, z frasunkiem drapiąc się po głowie, widać zmęczony działaniem matematycznym. – Wczoraj jeszcze były trzy. Teraz brakuje Jagódki. O, to jej kokardka ulubiona, mistrz zobaczy!

Możecie się zastanawiać, dlaczego ja, pierwszy na swoim roku, absolwent prestiżowej Akademii Sztuk Zaklinania, stoję po kostki w gównie i wysłuchuję pana Wacława. Dlaczego, zamiast przywoływać chowańce i dorabiać się fortuny na bogaczach, zostałem wysłany na misję znalezienia panny Jagódki?

Kwestia jednego altruistycznego odruchu. Zamiast założyć prywatną klinikę wzorem moich mniej utalentowanych kolegów, od razu po obronie zaniosłem dyplom do miejskiego urzędu. Chciałem pomagać tym, których nie stać na usługi Mistrzów Zaklinania. Mam za swoje.

Wnioskując po woni alkoholu z ust pana Wacława – najpewniej wczoraj pomnożył mu się inwentarz w oczach. A panną Jagódką była jego wstydliwa miłość z dzieciństwa.

Westchnąłem, wpatrując się w pełne nadziei, świńskie (nomen omen) oczka właściciela trzody. Obracał w brudnych dłoniach niebieską kokardkę tak intensywnie, jakby jego jedynym celem w życiu było przyozdabianie trzody chlewnej.

– Mistrz widzi, dziury w płocie nie ma – kontynuował zleceniodawca. – Niepodobne, żeby Jagódka uciekła! Żaden mąż nie byłby w stanie cichaczem Jagódkę wyprowadzić! Muszą to czary przebrzydłe być! Czary, powiadam, czary!

– Tak, najpewniej użyto tu bardzo silnych zaklęć – potwierdziłem poważnie i popatrzyłem na teren za zagrodą. – Śladów nie ma, żeby pannę Jagódkę gwałtem wzięto. Padało, zostałyby odciski butów w błocie, gdyby zawinił człowiek. Widać, że osoba na pannę Jagódkę czyhająca do napadu przygotowała się nad wyraz dokładnie. Musiała potężnych przyzwańców użyć.

Mówię „przyzwańców”, mając na myśli chowańców – wśród pospólstwa taka nazwa się utarła.

– O, na najpotężniejsze klątwy – szepnął gospodarz i ścisnął mocniej kokardkę. – A po co komu takiemu panna Jagódka?

– Wielcy zaklinacze też muszą jeść – skwitowałem, opierając się dłońmi o płotek. – Zaiste, największy to żart istnienia, że najwybitniejsze nawet jednostki skazane są na ograniczenia wątłego ciała…

– …Co?

Odwróciłem się do gospodarza z wielkim postanowieniem poinformowania go, żeby nie zawracał dupy urzędowi i zgłosił się na policję… gdy dostrzegłem na swoim palcu różowy proszek. Zbyłem milczeniem dalsze pytania pana Wacława. Przyjrzałem się uważniej płotowi. Od strony zewnętrznej było tego więcej. Dla ludzi prostych rzecz może i dziwna, ale zupełnie nieistotna.

Dla zaklinaczy zaś jasny sygnał, że w tym miejscu doszło do użycia magii. Rządek mrówek, spacerujący raźno pod płotem, tylko potwierdził moje przypuszczenia.

Wiedzieć musicie, iż mrówki silnie z magią są powiązane – jeśli w domostwie wam się zagnieździły, to najpewniej ktoś wam złej myśli chowańca przyzywał. Albo dużo kruszycie.

W tym momencie za bardziej prawdopodobną uznałem opcję pierwszą. Schyliłem się, szukając innych poszlak. Podniosłem postrzępione czerwone piórko, przyprószone proszkiem.

Sprawa będzie ciekawsza, niż myślałem.

Wstałem z uśmiechem pełnym satysfakcji. Nie wiem, kim byli ci amatorzy (żaden Mistrz Zaklinania nie pozwoliłby sobie na zostawienie tylu tropów), ale czeka ich niemiła niespodzianka.

– Drogi panie Wacławie – rzuciłem i pokazałem wieśniakowi kciuk uniesiony w górę – nie musicie się martwić. Waszą Pannę Jagódkę przyprowadzę, a okrutnicy na jej życie dybiący zostaną ukarani! Macie moje słowo.

Pan Wacław odetchnął z ulgą, aż się ciepło na sercu zrobiło. Widać do swojej trzody przywiązany jest silnie. Wręczył mi nawet kokardkę, żeby panna Jagódka mogła mi zaufać. Nie chcąc sprawić przykrości poczciwcowi, wrzuciłem ją na wieczne zapomnienie do kieszeni płaszcza.

 Z nową dawką motywacji przeskoczyłem przez płot i udałem się w stronę kryjówki szachrajów, szepcąc pod nosem inkantacje wspomagające wykrywanie magii. Miałem rację – to byli najgorsi amatorzy z możliwych. Nawet nie zatarli śladu magicznego, który dla mnie był równie wyraźny co odciski stóp na piasku.

Trop zaprowadził mnie do starej nekropolii. Skrzywiłem się. Nie dlatego, że mi umarlaki straszne – ten teren należał do władz Akademii, o czym wszyscy doskonale wiedzieli. Tutejsi nie zapuszczali się w tę okolicę ze zwykłej bojaźni; wierzyli, że dużo tu paskudnych zaklęć do ukarania ciekawskich. Oczywiście, prawdy w tym było mniej niż w obietnicach rządzących, ale na prosty lud działało. Więc albo to przejezdni, albo…

Przekleństwa dochodzące z opuszczonej chaty grabarza, tylko ugruntowały moje przypuszczenia. Nie siliłem się na podchody – byli tak głośno, że sami siebie zagłuszali.

– Uczyliśmy się tego… to nie może być tak trudne! – wołał chłopak, w gardle którego o hegemonię walczyła rozpacz z rozgoryczeniem. – Przypomnijcie sobie inkantację albo rozpruję ją tak, jak jest!

– Chcesz, durniu, nas flakami zalać? – Kpiący głosik, próbujący się jeszcze przebić przez barierę ku dorosłości, stanął w opozycji do krzykacza. – Nie możemy jej zabić, póki lata. No i rytuał chyba nie zadziała.

– Skąd wiesz?

– W księdze zapisali, że świnia ma być przywiązana, a nie latać po okolicy.

Dalsze słowa zagłuszyły wzajemne przekrzykiwania. Miałem w planach przywołać zgrabnego kamiennego golema, który by natychmiast rozgromił hałastrę, ale przyznam: zasłyszany dialog kupił moją ciekawość. Szyba była zbyt brudna, żeby dało się coś dostrzec, ale w rogu znajdowała się mała wyrwa. Objawiony widok kazał zwątpić w poziom moich wybryków z lat akademickich. Zostałem zdeklasowany bez prawa do odwołania.

Trójka studentów z Akademii – dwóch chłopaków i dziewczyna – machała rękoma, usilnie próbując złapać za racice lewitującą przy suficie sporą maciorę. Małe, znane ze złośliwości impy – latające chowańce – trzymały świnię za uszy poza zasięgiem studenckich kończyn. Na wykładach przestrzegano, że może i łatwo je przywołać, ale przez ich nieposłuszeństwo nie jest to warte zachodu i przynosi więcej szkód niż pożytku. Nic, tylko przyprowadzić tu zdolnego malarza – rycina do następnej edycji podręcznika gotowa.

Pod świnią znajdował się beznadziejnego wykonania pentagram, z którego nic by nie wywołali, no chyba że uczucie zażenowania. Z zarysowanego świecącą kredą obrysu unosiły się jednak białe drobinki, świadczące o tym, że jakimś cudem udało im się aktywować bramę między światami.

Nie czułem niesmaku, że bawili się w nekromancję; sam podczas nauki miałem kilka nie do końca legalnych eksperymentów w tej dziedzinie na swoim koncie. Byłem zły, że nawet nie postarali się zatrzeć śladu magicznego. Gdyby przyłapał ich jakiś wykładowca… skończyliby naukę nagle i bardzo smutno. Ale skoro zdecydowali się przyzwać ze wszystkich chowańców akurat impy, to nie mogli mieć zbyt lotnych umysłów. Chyba że byli aż tak leniwi, co w moich oczach stanowiło jeszcze większą zbrodnię. Lenistwo i zaklinanie to wybuchowa mieszanka.

Świnia coraz donośniej ogłaszała światu sprzeciw wobec zaistniałej sytuacji, na tyle głośno, że zmarli i bez rytuałów zaraz powstaną. W trosce o swój aparat słuchowy postanowiłem zakończyć przedstawienie; spoglądając na niesforne impy, wyszeptałem krótkie zaklęcie nakazu. Chowańce – ku zdumieniu zebranych w chacie i przy dźwięku tłuczonej szyby – wyrwały framugę i wyleciały ze świnią na zewnątrz, posłusznie lądując przy moich stopach. Cały czas jednak trzymały pannę Jagódkę, żeby nie pobiegła gdzieś w nieznane. Dama chrząknęła pytająco i pogrzebała ryjkiem w cmentarnej ziemi.

Grupa studentów wypadła na zewnątrz. Na mój widok chcieli zrejterować, ale wystarczyło kilka kolejnych dźwięcznych zaklęć – jeden imp nadal przytrzymywał świnię, a reszta pochwyciła w szponiaste kończyny swoich pożalcie się zaklinaczy; po chwili cała trójka zwisała bezradnie, trzymana za ramiona przed moim obliczem. Już wiedziałem, czemu wykładowcy czuli taką satysfakcję, karząc co krnąbrniejszych w podobny sposób…

– O ile mnie pamięć nie myli… – zacząłem, nadając głosowi niewróżący nic dobrego tembr – o tej godzinie powinniście grzecznie siedzieć w dormitoriach. A raczej doszłyby mnie słuchy, że przeniesiono je na nekropolie. Ale aż tak chyba niedofinansowani nie jesteśmy – pozwoliłem sobie zażartować, ale chyba nie załapali, bo dalej się wgapiali jak cielęta.

– My n-nie… – wydukał jeden z chłopaków nerwowo – my nie wiedzieliśmy, że…

– Że zostaniecie przyłapani? No popatrzcie, a jednak. – Uśmiechnąłem się wrednie. – Co wy, nie potraficie nawet śladu magicznego zatrzeć? Albo jeszcze gorzej, nie chciało wam się! Lenie! Szczęściem waszym – dodałem już łagodniejszym tonem – nie mam zbyt ochoty was kajać za rażące braki w doświadczeniu. Wykładowcy już się wami zajmą. I bez oskarżeń o nekromancję nie wróżę wam świetlanej przyszłości…

Dalsza tyrada musiała zostać przerwana; zajęty edukacją gówniarzy, nie zauważyłem, że w domku grabarza coraz intensywniej świeci. Panna Jagódka zaskakująco żwawym jak na jej tuszę ruchem wyrwała się ze szponów impa, przy okazji trącając mnie bokiem. Poleciałem do tyłu, a maciora zaszarżowała w stronę światła, tratując po drodze studenta lewitującego na jej drodze. I jego chowaniec nie utrzymał; chłopak przekoziołkował w powietrzu i uderzył łbem o płytę nagrobkową, zdobiąc ją krwią.

Zakląłem głośno i ruszyłem w pościg za uciekinierką, mając wielką nadzieję, że zdążę przerwać krąg. Już w progu budynku zorientowałem się, że nic z tego. A ja powinienem złożyć podanie o podwyżkę.

Szczecina panny Jagódki pociemniała. Ślepia zrobiły się bardziej mroczne, jakby miały ochotę na jakąś smakowitą duszę, na przykład moją. No i nie pamiętam, żeby wcześniej zza uszek wystawały jej rogi.

– Głupcy! – zagrzmiał demon w damie i potrząsnął groźnie ryjkiem. – Zaburzyliście odwieczny porządek rzeczy! Rzeki spłyną krwią, martwi wstaną z grobu, a świnie będą u władzy!

– To ostatnie już się spełniło – mruknąłem.

Widząc, że czeka mnie walka z panną Jagódką, odsunąłem się kawałek. Zacząłem szeptać kolejną, bardziej skomplikowaną inkantację, w międzyczasie prósząc ziemię przede mną różowym proszkiem z sakiewki. Skały schowane głęboko pod warstwą gleby odpowiedziały na wezwanie; cmentarna ziemia rozwarła się przede mną niczym zakurzona księga na dzień przed zaliczeniem. Zamiast jednak niemożliwej do przyswojenia wiedzy wylazł z niej kilkumetrowy kamienny golem i rozglądnął się z frasunkiem dookoła. Po chwili mnie namierzył. Uklęknął, krusząc sobie nieco to, co byśmy nazwali rzepką. Na głazotwarzy pękły dwie szczeliny rozświetlone różową mgiełką. Niżej pojawił się spory otwór. Z tegoż rozległ się twardy głos:

– Mów, człeku, co ci siedzi w łebku!

Nienawidziłem golemów, bo po pierwsze, były durne, a po drugie gadały rymami, często przeinaczając słowa, żeby pasowały. Ale przecież nie wysyłałem go na kolosa z zaklinania stosowanego czy slam poetycki, tylko na walkę z potężnym wrogiem. Wskazałem mu palcem oponenta.

Skalny chowaniec wstał i odwrócił się w stronę chaty. Dopiero jak się zamachnął, uświadomiłem sobie, że pan Wacław po takim ciosie już raczej Jagódki nie zobaczy. Nie zdążyłem jednak zareagować.

Chałupa rozpadła się w drobny mak. Demon zrzucił z siebie resztki cegieł, otrząsnął ryjek z pyłu i zachrząkał z dezaprobatą. Z jego oczu wystrzeliły promienie, trafiając prosto w największy głaz przed sobą – tors mojego golema. Skalny wojownik rozpadł się na kawałki.

– Niedobrze – zauważyłem inteligentnie, próbując sobie przypomnieć, co w prześwietnej Akademii mówiono o opętanych świniach. Chyba nie było takiego precedensu, więc, o ile jakoś przeżyję, mam ciekawy materiał na artykuł naukowy.

Panna Jagódka z gracją wskoczyła na głowę golema. Ślepia ponownie zaczęły się intensywnie żarzyć.

W księgach stało, że nieważne, jak potężny by demon nie był, zawsze da się przemówić do osoby – tutaj trzody – którą opętuje. Najlepiej poprzez silne emocje, wspomnienia, ukazanie bliskich osób…

Czując się jak największy błazen, ponownie wyjąłem różowy proszek i wysypałem sobie na włosy. Tym razem inkantację mówiłem o wiele szybciej, zachowując przy tym odpowiednią dykcję. Liczne ćwiczenia języka na dyktandach inkantacyjnych zaprocentowały.

Ślepia panny Jagódki przestały się świecić, a szczecina nieco odzyskała dawny kolor, rogi też chyba zmalały. Zeskoczyła z głazu i podreptała w moją stronę.

Chociaż w tym momencie bardziej w stronę nieco ode mnie niższego, znacznie grubszego i łysego pana. Pana Wacława, który tak ją kochał i się o nią troszczył.

Odchrząknąłem i kucnąłem, wystawiając przed siebie otwartą dłoń. Potarłem kciukiem palec wskazujący.

– Chodź, moja piękna… chodź, chodź…

Nie wiedziałem za bardzo, jak się zwracać do wielkiej maciory. Co prawda z dworskiej etyki miałem piątkę, ale wykładowca nie przewidział takiego przypadku. Też mi wszechstronne wykształcenie!

Ryjek pannie Jagódce złagodniał, jedno oko znowu zrobiło się swojsko świńskie, drugie dalej anektował demon, ze wszystkich sił walcząc z trzodą chlewną o dominację. Jagódka chciała wrócić do wygodnego domu i wiązania kokardek przez swojego pana, a demon chciał przejąć władzę nad światem. Te równe pragnienia kotłowały się w biednej świni, żadne nie chciało dać za wygraną.

Moje życie zależy od wygranej maciory w pojedynku na silną wolę.

Czując, jak cieknie ze mnie (czy tam z pana Wacława) pot, sięgnąłem ręką do kieszeni płaszcza po chusteczkę. Zamiast niej jednak wyjąłem niebieską kokardkę.

Moje życie zależy od miłości świni do niebieskiej kokardki.

Zbliżyłem drżące dłonie do głowy opętanej maciory. Nie zareagowała. Zawiązałem jej piękną ozdobę, pilnując, by nie zbliżać zbytnio palców do ryjka.

Podeszła do najbliższej błotnej kałuży, podziwiając swoje odbicie.

Rogi znikły, tak samo ślad deprawacji z oka. Panna Jagódka znów stała się brudnoróżowa. Zwycięstwo. Demon został pokonany.

Dama chrząknęła z zawodem, gdy wróciłem do swojej zwykłej postaci. Poklepałem maciorę po boku i ruszyłem w stronę studentów, którzy cały ten czas próbowali ocucić swojego kolegę. Świnia szła za mną niczym wierny pies.

– On żyje! – krzyknęła radośnie studentka, obejmując kolegę. Ten co prawda dalej krwawił, ale bliskość koleżanki wywołała szeroki uśmiech na jego twarzy. No cóż… pora im trochę zepsuć humor.

– Mam nadzieję – zacząłem wyjątkowo ponurym jak na mnie tonem głosu – że jesteście gotowi na poniesienie konsekwencji swoich czynów. Mogliście doprowadzić do zagłady całej okolicy!

Popatrzyli na mnie ze strachem. I dobrze.

– Panie, zaklinam was… nie zdradźcie nas – wychlipała błagalnie dziewczyna, patrząc na mnie wzrokiem pełnym nadziei.

– Wy już lepiej niczego nie zaklinajcie – mruknąłem. – Potraktujcie ten dzień jako ostrzeżenie. Jeszcze raz was tu spotkam, to nie będę taki uprzejmy. Rozumiemy się? – zakończyłem stanowczo.

Widząc rosnące uśmiechy ulgi na twarzach przyszłych wielkich głów tego kraju, nie mogłem sobie darować.

– Ale… za kradzież i zabawy w nekromancję… i mój zniszczony płaszcz… trzeba zapłacić, a sprawiedliwości stać się musi zadość. A dla was będzie to wspaniała okazja zacieśnić więzi z okoliczną ludnością.

– Jaką ludnością? – spytał podejrzliwie jeden z chłopaków.

– Zaraz się przekonacie. Zaczniecie od porządnego umycia wielkiej damy.

– D-damy? Tutaj? Że co, jakąś dziewkę mamy myć? – spytał tępo ten krwawiący.

Nie wiem, co sobie myślał, ale z nieukrywaną satysfakcją rozmyłem jego marzenia.

– Nie byle jaką dziewkę. Wielką… naprawdę, z tego co widzę, wielką damę. Miano jej panna Jagódka i naprawdę… ugh… naprawdę potrzebuje dużej opieki. Siły nieczyste wzięły ją w posiadanie. Ale ufam, że dzięki współpracy i sporej dozie dobrej woli dacie sobie radę.

Pierwsza połapała się dziewczyna. Spojrzała na maciorę z obrzydzeniem. Panna Jagódka zakwiliła, szukając ryjkiem pożywienia w cmentarnej glebie.

– To tak na początek – dodałem pogodnie. – Jestem pewien, że szanowny pan Wacław, któremu na pewno będziecie chcieli się odwdzięczyć za straty moralne, znajdzie wam więcej ciekawych zajęć. I myślę, że miesiąc to minimum, żeby mu je w zupełności zrekompensować.

– Ale… mamy zajęcia! Cały dzień.

– W takim razie ogarnijcie sobie jakieś świece. Po ciemku ciężko się pracuje…

***

Pan Wacław z prostym, budzącym przyjemne ciepło na duszy uśmiechem, obserwował trójkę studentów uwijających się w pocie czoła po kostki w oborniku. Uśmiech ten był przeznaczony na specjalne okazje – gdy prosty chłop odnosi zwycięstwo nad wysoko urodzonymi. No cóż, nie miałem zamiaru mu tego psuć.

Panna Jagódka, z ryjkiem pełnym tutejszych przysmaków, przemykała wesoło między porywaczami. Po odprowadzeniu ofiary do zagrody, pan Wacław natychmiast zajął się jej oględzinami i dopiero gdy się upewnił, że jego trzoda nie ucierpiała, zaczął dopytywać o szczegóły. Oczywiście, nie zdradziłem, że za uprowadzeniem stali studenci z naszej wspaniałej Akademii i że jego podopieczna chwilowo dzieliła ciało z manifestacją zła. Zamiast tego (co przecież zgodne z prawdą) powiedziałem, że za wszystkim stali młodzi szlachcice, których owa szlachecka fantazja poniosła i żadna magia tu miejsca mieć nie mogła. Po co stresować poczciwca. Nawet odstąpił od oficjalnych oskarżeń, jak mu powiedziałem o zawartej z nimi umowie.

– Bardzom wam wdzięczny, panie – przemówił uroczyście pan Wacław, już nie wiem który raz, taki wdzięczny był. – Jednak ten nasz urząd to zawsze pomoże, jak trwoga człowieka dręczy. Nie to, co policja, te obiboki.

Uśmiechnąłem się zdawkowo, obserwując studentów przy pracy. Chociaż już trzeci wieczór będzie, jak się uwijają, wpadałem codziennie – nie żeby specjalnie w tym celu, ot, tak los chciał, że byłem w okolicy – pilnować, czy sobie aby nie pomagają magią. Ale nie – dzielnie znosili swój los; jak tylko się ściemniało, drałowali z Akademii, ściągali z siebie symbole uczelni i oddawali się ciężkiej pracy.

Słysząc, że jeden z krzewicieli zacieśniania więzi na linii wieś–miasto coś mruczy pod nosem, zawołałem łagodnie:

– Bok panny Jagódki coś się błotem… chyba błotem… pokrył. Nie wypada, żeby dama brudna chodziła, nieprawdaż?

Może i wcale nie będzie tu tak nudno?

Koniec
Nowa Fantastyka