Tam, gdzie liście już opadły z drzew wysokich,
Gdzie rozpięta w bladym świetle wisi mgła.
Czarne kruki zaglądają znów do okien,
Wypatrując łupu swego jak co dnia.
Chmury suną po sklepieniu wolnym krokiem,
Przykrywając życie co pod nimi łka.
Po cichutku, po cichutku,
Życie co pod nimi łka.
A w tych oknach tkwią postaci niewzruszone,
Zasłonięte deszczu pajęczyną strug.
Wzrok skupiony w jedną się kieruje stronę,
Myśli każdej nocy mrozi gęsty chłód.
Komuś lampa się zaświeci nad balkonem,
Wykrawając połać mroku mu spod stóp.
Po cichutku, po cichutku,
Połać mroku mu spod stóp.
Żółte Słońce zaszło już za linię świata,
Bez litości odwracając od nas się.
Połyskując znad gałęzi zła poświata,
Pali kosmos – a z kosmosem pali mnie.
Czym dla Ziemi jest jednego życia strata,
Gdy w tych oknach jakby światła coraz mniej?
Po cichutku, po cichutku,
Jakby światła coraz mniej.
Już się zamknął Wszechświat w ciasnych czterech ścianach,
Już do dłoni nie dopływa ciepła krew.
I melodia konarami drzew zagrana,
Krzyczy by od okna nie odwrócić się.
Jak ten Księżyc znikający z nieba z rana,
Bezustannie wciąż powracam w miejsce te.
Po cichutku, po cichutku,
Wciąż powracam w miejsce te.
Racz, wędrowcze, gdy zawitasz w nasze progi,
Zajrzeć choć na chwilę w okien ciemną czerń.
Pomyśl wtedy, że twój zagon, choć ubogi,
W oknach swoich nosi przezroczystą biel.
I gdy kiedyś się skrzyżują nasze drogi,
Z głębi serca dziękuj, że przestrzegłem cię.
Po cichutku, cichutku,
Podziękuj za życie twe…